Wyścig z czasem  - Karol May - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyścig z czasem - Karol May

Książka znanego niemieckiego powieściopisarza Karola Maya, znanego z licznych powieści przygodowych. Jest to XI tom mało znanego w Polsce cyklu „Leśna Różyczka”.

William Saudores, ekscentryczny bohater prerii i pampasów, zjawia się w Berlinie i rozmawia z samym Bismarckiem. Jednak nie tylko to sprowadza go do Europy.

Płomienne uczucia, intrygi, żywa akcja, elementy westernowej tradycji – słowem – interesująca powieść przygodowa.

Opinie o ebooku Wyścig z czasem - Karol May

Fragment ebooka Wyścig z czasem - Karol May





Karol May

Wyścig z czasem

Literatura.net.pl

Gdańsk 2000


KAROL MAY




WYŚCIG Z CZASEM




Tytuł oryginału: Das Waldröschen oder die Verfolgung rund

um die Erde XI


Tower Press 2000


Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

Konwersja: Nexto Digital Services




AUDIENCJA



Gdy przybył do stolicy wynajął dorożkę i kazał się zawieźć do hotelu magdeburskiego, gdyż bał się ponownego zbiegowiska, dotarłszy do hotelu zawołał portiera:

– Czy to jest hotel magdeburski?

– Tak.

– Dostanę tutaj pokój?

Portier, który przyglądał się przybyszowi ze zdziwieniem rzekł:

– Pan jest obcokrajowcem?

– Tak.

– A ma pan paszport?

– Mam.

– To proszę.

Poprowadził go przez podwórze na tył hotelu i tam otwarł jakieś drzwi. – Proszę do środka.

Sępi Dziób wszedł do środka i oglądnął wnętrze. Był to ciemny, zadymiony pokój pełen rupieci i starej odzieży. Kilku mężczyzn siedziało przy brudnym stole, na którym stały pełne kieliszki.

– Do stu piorunów! Co to za dziura? – spytał. – Pokój dla służby.

– Zamawiałem pokój dla służby czy osobny?

– Zamawiał pan tylko pokój, a myślę, że ten jest stosowny, chyba może życzy pan sobie
coś lepszego?

– Naturalnie.

– A w jakiej cenie?

– To nie ma znaczenia, byle tylko był wygodny.

Portier zrobił drwiącą minę lecz z głębokim ukłonem rzekł: – Proszę pójść za mną.

Poprowadził go głównymi schodami. Zaraz na pierwszym piętrze były otwarte drzwi do wygodnie urządzonego pokoju, można było zobaczyć wielki, elegancko urządzony salonik, a po prawej stronie sypialnię.

– Czy to panu wystarczy? – spytał portier drwiącym głosem, sądząc, że gość cofnie się przerażony.

Jednak pomylił się, gdyż przybysz spojrzał obojętnie i powiedział:

– No, pałac to to nie jest, ale.., może wystarczy.

To zezłościło portiera, więc rozdrażniony powiedział:

– W tym pokoju mieszkał sam hrabia Waldsetten i to przez dwa dni.

– Dziwne, ja zatrzymam to mieszkanie tymczasowo. Portier przeraził się nie na żarty, a jeżeli ten dziwoląg naprawdę się tutaj rozlokuje, a potem nie będzie miał czym zapłacić za pobyt.

– Ten apartament kosztuje pięć talarów za dobę – zawołał szybko.

– To jest mi obojętne.

– Bez jedzenia.

– Wszystko jedno.

– I bez oświetlenia.

– Dobrze.

W tej chwili zjawiła się pokojówka. Była to znajoma Roberta.

– Proszę o dokumenty – powiedział portier.

– Do pioruna, czy to takie pilne? – spytał Sępi Dziób. – Takie są przepisy.

– To nie hotel, tylko jakaś knajpa, skoro nawet książki meldunkowej nie macie dla gości. – Mamy, może ją pan zaraz dostać.

– No to proszę ją przynieść, ale najpierw proszę mi powiedzieć, czy przypadkiem nie zna pan kapitana huzarów, Roberta Helmera?

– Nie.

– Czyli, że jeszcze nie przyjechał.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

W tej chwili do rozmowy wmieszała się pokojówka i rzekła: – Ja bardzo dobrze znam pana kapitana. – Tak?

– Ja pochodzę z tych samych co on okolic.

– Mieliśmy się dzisiaj tutaj spotkać – rzekł Sępi Dziób.

– To zapewne niedługo przybędzie. Czy mam dla niego zarezerwować pokój?

– O tym nie wspominał, ale... – przerwał a zwracając się do portiera powiedział: – Czego pan tu jeszcze stoi? Czy przypadkiem nie miał pan przynieść książki meldunkowej? – Natychmiast, proszę pana – odparł kelner już innym tonem. – Czy pan jeszcze coś rozkaże? – Coś do jedzenia.

– Śniadanie? Zaraz przyniosę spis potraw.

– To zbyteczne, proszę mi przynieść dobre śniadanie. Z czego się będzie składało jest mi obojętne.

Kelner oddalił się. Sępi Dziób porozkładał swe bagaże, a zwracając się do pokojówki spytał:

– Pochodzi więc pani z Moguncji?

– Tak.

– To pani też jest tutaj obca?

– Nie, już kilka lat jestem w Berlinie.

– Widziała już pani kiedyś Bismarcka?

– Widziałam.

– Proszę mi go opisać.

Spojrzała na niego ze dziwieniem.

– Czy pan się może do niego wybiera? – spytała. – Tak moja panno.

– O to raczej będzie trudne, trzeba się najpierw zameldować w ministerstwie.

– Głupstwo, tyle zachodów nie będę robił.

Opisała mu drogę do ministerstwa, tymczasem zjawił się portier z księgą i śniadaniem. Sępi Dziób wpisał się do książki i zabrał do śniadania. Służba się oddaliła. Kiedy po chwili portier zjawił się ponownie, zastał go wypakowującego swój worek i z przerażeniem spojrzał na zawartość. Nie namyślając się wiele pobiegł do gospodarza donosząc mu o dziwacznym gościu. Kiedy go opisał, właściciel zawołał:

– I takiemu człowiekowi dałeś nasz najlepszy apartament?

– Ja chciałem sobie z niego zadrwić – odparł portier usprawiedliwiająco.

– Jaki ma bagaż?

– Strzelbę.

– Do diabła! Co jeszcze?

– Dwa rewolwery, wielki, długi nóż.

– Straszne.

– Starą trąbę.

– Co? Starą trąbę? W to nie uwierzę. Dokładnie widziałeś?

– Hm, przypuszczam, że to trąba.

– Z mosiądzu?

– To trudno powiedzieć.

– A jakiej jest barwy?

– Podobnej do mosiądzu, tylko ciemniejszej.

– O Boże, to na pewno jakiś diabelski instrument, jakieś działo, albo taran. Mówisz, że wygląda podejrzanie?

– O i to bardzo!

– Kto wie jakie on ma zamiary!

Pokojówka, która dotychczas przysłuchiwała się spokojnie, zawołała nagle:
– O Boże, on pytał się o Bismarcka!

Gospodarz zbladł.

– Czego chciał od niego? – zapytał szybko.

– Nie wiem, dokładnie opisałam mu drogę do pałacu.

– On chce tam iść?

– Tak, chce mówić z ministrem.

– Do stu diabłów! On na pewno szykuje jakiś zamach!

– Powiedziałam, że nie tak łatwo się tam dostać, odpowiedział, że nie będzie robił zbytnich zachodów.

– O Boże! naprawdę chce go zastrzelić! – zawołał kelner. – Co tu teraz robić? – spytał gospodarz.

– Jak najprędzej o wszystkim poinformować policję – dodał portier.

– Oczywiście, sam tam pobiegnę! – i gospodarz bez tchu pobiegł na komisariat.

– Zamach! Skrytobójczy zamach! – zawołał. – Gdzie? – spytał policjant.

Hotelarz zaczął opowiadać o szczegółach mieszając się, plotąc piąte przez dziesiąte.

– Jak się ten człowiek nazywa? – pytał dalej policjant. – William Saudores.

– To jakiś Anglik lub Amerykanin. Kiedy przyjechał.

– Przed pół godziną.

– Jak jest ubrany.

– Potwornie dziwacznie. W starych skórzanych spodniach, we fraku o guzikach wielkości talerza, w trzewikach jak do tańca i w ogromnym kapeluszu.

– Hm, to raczej jakiś szczególny okaz, ale nie zbrodniarz. Jeżeli ktoś planuje jakikolwiek zamach, to ubiera się raczej tak, aby innym nie rzucać się w oczy.

– Ale jego broń!

– Co? Posiada broń?

– Tak. Strzelbę, dwa rewolwery, ogromny nóż i jakąś podobną do trąby maszynę, zapewne naładowaną dynamitem.

– Widział pan to?

– Ja nie, ale mój portier.

– Można mu wierzyć?

– Naturalnie.

– A skąd pan wie, że ten zamach wymierzony jest przeciw Bismarckowi?

– Przecież pytał o jego mieszkanie.

– Kogo?

– Pokojówkę.

– Hm, to rzeczywiście podejrzane, ale nie do końca przekonywujące.

– Powiedział, że nie będzie sobie robił zbędnych ceregieli.

– Czy ta dziewczyna może na to przysiąc? – Może.

– Powiedział może kiedy ma udać się do Bismarcka?

– Nie.

– Gdzie jest teraz?

– W swoim pokoju, je śniadanie.

– Dobrze. Mam nadzieję, że pan się myli, ale moim obowiązkiem jest zbadać tę sprawę. Zamelduję to przełożonemu i za jakieś pół godziny zjawię się u pana. Musi pan uważać, żeby do tego czasu nie wyszedł z hotelu.

– W razie potrzeby mogę zatrzymać go siłą.

– Tylko w szczególnym wypadku, pan sam będzie najlepiej wiedział, jak ma to zrobić, jakich użyć środków aby nie działać gwałtownie. – Dobrze, już ja to zrobię.

Z tymi słowami oddalił się. Tymczasem Sępi Dziób zjadł z apetytem śniadaniem nie przeczuwając nawet jakie chmury zbierają się nad jego głową.

– Mam tu czekać na kapitana? – spytał sam siebie. – O nie! Sępi Dziób i bez protekcji potrafitrafić do Bismarcka. Naturalnie nie będę sobie już mógł stroić żartów, jak do tej pory, ale dostać się do niego muszę. Ciekawy jestem jakie oczy zrobi na widok takiego dziwaka, który koniecznie chce się dostać do niego na audiencję.

Rzeczy schował w sypialni, drzwi zamykając na klucz.

– Nikt nie potrzebuje wiedzieć co mam w worku, już i tak ten głupi kelner widział za dużo. Może mają drugi komplet kluczy do pokoju, ale i na to jest rada.

Wyjął śrubę służącą do zamykania zamków i wkręcił ją w dziurkę. Niezauważony przez nikogo zszedł na dół. Gospodarz był właśnie na policji, a służba zgromadziła się w kuchni, by omówić ostatnie wydarzenia. Gdy wyszedł na zewnątrz udał się we wskazanym kierunku. Człowiek mieszkający w wielkim mieście widzi tyle dziwaków przeróżnie ubranych, że raczej nie zwraca uwagi na kolejnego przebierańca. Kilku przechodniów zapytał o drogę i w końcu stanął przed rezydencją kanclerza.

W bramie stał wartownik. Sępi Dziób podszedł do niego, poufale klepnął po ramieniu i zapytał:

– To rezydencja pana Bismarcka, nieprawdaż?

– Tak – odparł służbowo wartownik, przyglądając się z uśmiechem przybyszowi.

– Mieszka na pierwszym piętrze?

– Tak.

– A czy mister w domu?

Mister? Kto?

– No, Bismarck.

– Chce pan powiedzieć, jego ekscelencja, hrabia Bismarck.

– Tak, hrabia, ekscelencja i co pan tam jeszcze chcesz.

– Jest w domu.

– Ha, to dobrze trafiłem.

Chciał przejść obok strażnika, ale ten złapał go za rękę i spytał:

– Stój! Dokąd pan idzie?

– No, do niego.

– Do jego ekscelencji?

– Naturalnie.

– To niemożliwe.

– Tak, a to dlaczego?

– Czy jest pan umówiony?

– Nie.

– A w jakiej sprawie pan przybywa?

– To mogę powiedzieć tylko jemu.

– W takim razie musi pan najpierw złożyć podanie o audiencję.

– Podanie o audiencję? Ani mi to w głowie. – Ha, no to nic panu nie poradzę.

– Bardzo dobrze, ja i tak nie mogę tracić więcej czasu. Do widzenia!

Zamiast odejść poszedł w stronę schodów.

– Stój! – zawołał stróż. – Powiedziałem przecież, że nie wolno wchodzić do środka!

– Nie wolno? Przekonam pana, że wolno. Usunął go na bok i pospieszył naprzód.

– Proszę się natychmiast stąd oddalić! – wołał rozzłoszczony wartownik. – Inaczej będę
zmuszony użyć prawa.

– A ja moich pięści.

Właśnie kiedy się tak kłócili i szamotali zjawił się na schodach jakiś starszy pan w mundurze, z czapką na siwej głowie. Był imponującej postaci i łagodnym wzroku. Trzymał się prosto, j ak na żołnierza przystało.

Wartownik, gdy go zobaczył natychmiast puścił Sępiego Dzioba i stanął na baczność. Traper tego nie zauważył, chcąc skorzystać z wolności pobiegł na schody i tam zrównał się ze schodzącym. Niewiele namyślając się uchylił kapelusza i rzekł:

Good morning, starszemu panu. Może pan potrafimi wskazać pokój, w którym mógłbym spotkać jego ekscelencję, ministra Bismarcka?

Schodzący spojrzał ze zdziwieniem i spytał ze śmiechem:

– Pan chce mówić z Bismarckiem?

– Tak.

– A kim pan jesteś?

– To mogę powiedzieć tylko jego ekscelencji.

– Tak? A czy jest pan umówiony?

– Nie, my old mister.

W takim razie będzie pan musiał odejść z niczym.

– To niemożliwe, bo to bardzo ważna sprawa. – Tak? Prywatna?

Widocznie ów szpakowaty jegomość zrobił na Sępim Dziobie pozytywne wrażenie, bo odrzekł po chwili:

– Właściwie nie powinienem panu tego mówić, ale ponieważ widzę, że nie jest pan byle kim i nie pyta pan z czystej ciekawości, więc powiem panu, że to nie jest sprawa prywatna.

– A jaka?

– Więcej nie mogę powiedzieć.

– To taka straszna tajemnica? – Tak.

– Nie ma pan nikogo, kto by pana u ekscelencji zameldował lub wprowadził?

– O mam, ale dotychczas nie przyjechał, więc nie chciałem na niego czekać.

– A kto to taki?

– Kapitan huzarów gwardii królewskiej.

– Jego nazwisko?

– Robert Helmer.

Przez twarz starszego jegomościa przeleciał dziwny uśmiech.

– Znam go – odrzekł. – On ma przyjechać do Berlina i wprowadzić pana do Bismarcka?

– Tak. – Ale on jest w podróży?

– Miał pojechać, ale spotkał mnie w Kreuznach i dowiedział się ode mnie o paru ważnych sprawach, dlatego chciał, bym to wszystko zakomunikował jego ekscelencji.

– Tak? W takim razie ja sam wprowadzę pana do ministra, proszę mi tylko powiedzieć, kim pan jest?

– Dobrze, ale nie tutaj, bo usłyszy mnie ten gamoń wartownik. – Proszę za mną.

Wprowadził go do pokoju, w którym siedział lokaj. Na widok wchodzących chciał oddać głęboki ukłon, jednak jegomość skinął nieznacznie ręką.

– No, to jesteśmy sami – powiedział gdy lokaj się oddalił. – Teraz może pan wreszcie mówić.

– Jestem myśliwym i kapitanem dragonów Stanów Zjednoczonych, mój przyjacielu.

– Tak? A czy pan ma na sobie przypadkiem strój amerykańskich dragonów?

– O nie. Jeżeli pan, to co mam na sobie uważa za mundur, to musisz mieć słabe pojęcie o mundurach. Ale nic nie szkodzi, przyjacielu. Ja specjalnie ubrałem się w te fatałaszki, żebym, no żebym mógł cieszyć się z miny gapiów, który oglądali mnie z rozdziawioną gębą. – To dość dziwny rodzaj sportu. Ale proszę mi powiedzieć, co to za tajemnica, proszę się nie obawiać zdrady z mojej strony, bo jestem bliskim powiernikiem ministra.

– Tak? Hm, niech już tak będzie. Ja przybywam z Meksyku.

Twarz starszego pana natychmiast spoważniała.

– Z Meksyku? Był tam myśliwym, czy może żołnierzem?

– Przede wszystkim byłem przewodnikiem jednego Anglika, który miał dostarczyć pieniądze i broń do Juareza.

– Lorda Lindsaya?

– Tak, zna go pan?

– Znakomicie. Podróżował pan z nim?

– Tak. Płynęliśmy w górę Rio Grande del Norte aż do miejsca spotkania z Juarezem.

– To znaczy, że pan widział także Juareza?

– Naturalnie. Codziennie. Aż do mego wyjazdu do Prus, cały czas przebywałem przy jego boku.

Twarz mężczyzny zdradzała coraz większe zainteresowanie. – A po co pan przybył do Prus?

– Stosunki rodzinne domu Rodrigandów, Sternaua, Helmera itd. wymagały tego, ale to pana nie będzie interesowało, zresztą, mogę panu pokazać moje papiery.

Wyciągnął cały stos i podał. Starszy pan przeglądnął je szybko i powiedział:

– Rzeczywiście muszę pana szybko przedstawić jego ekscelencji, chociażby jako okaz niezwykłego Amerykanina, bo...

W tej chwili otwarły się drzwi i do pokoju wszedł Bismarck.

– Jego królewska mość jeszcze tutaj? – spytał zwracając się z głębokim ukłonem do starszego jegomościa.

– Co? Jego królewska mość? – zawołał pospiesznie Sępi Dziób. – Do pioruna!

Bismarck spojrzał na nieznajomego wręcz z przerażeniem. Starszy jegomość skinął jednak ręką, mówiąc do trapera:

– Proszę się nie denerwować.

– Ani mi to w głowie – odparł Sępi Dziób – ale jeżeli ten mister nazywa pana jego królewską mością, to pan chyba jest...

– No, kim?

– Królem Prus.

– Tak, w rzeczy samej.

– Ale ze mnie osioł. Ale ktoby pomyślał, no to ładnie się spisałem; Sępi Dziobie, co sobie o tobie król pomyśli?

– Sępi Dziób? A któż to taki? – spytał król.

– Ja. Na prerii każdy ma swój przydomek. Mnie ochrzcili Sępim Dziobem, dzięki memu ogromnemu nosalowi. Ale jego królewska mość, kim jest ten pan?

– Nie zna go pan?

– Nie mam przyjemności.

– A z portretu?

– Portretu? Ja się obrazkami nie zajmuję.

– To ten człowiek, do którego chciał się pan dostać.

Sępi Dziób zrobił krok do tyłu i zawołał:
– Co? To Bismarck? Naprawdę?

– Tak.

– No, inaczej go sobie wyobrażałem.

– To znaczy jak?

– Cienkiego, chudego, prawdziwego mistrza pióra, a tu postawa godna, wysoka. No, ale to nie szkodzi, nawet korzystniej wygląda. A teraz proszę jego królewską mość, aby powiedział ministrowi, kim ja jestem.

Król z uśmiechem podał dokumenty myśliwego Bismarckowi. Ten przeleciał je wzrokiem, po czym spojrzawszy na twarz Sępiego Dzioba skinął ręką i rzekł: – Proszę za mną, panie kapitanie.

Zrobił miejsce królowi, po czym wszedł razem z traperem do swego gabinetu.

Lokaj, który powrócił na swoje miejsce słyszał jakąś ożywioną rozmowę. Treść jej jednak pozostała tajemnicą


* * *


Kiedy gospodarz i właściciel hotelu magdeburskiego powrócił z komisariatu natychmiast zapytał o gościa.

– Ciągle jest u siebie? – spytał kelnera
– Tak.

– Je śniadanie?

– Z pewnością.

– Nie może opuścić hotelu, dopóki nie przybędzie policja.

– W takim razie będę go pilnował na korytarzu.

– Tym zajmę się sam. W tak ważnych sprawach wolę polegać tylko na sobie.

Za jakiś kwadrans przybyła policja. Na ulicy, domu pilnowali detektywi. Dwóch z nich, najbardziej wprawnych w pracach śledczych udało się na górę, by uwięzić przybysza. – Jest w pokoju? – spytali gospodarza.

– Musi być, bo nikt nie widział, żeby go opuszczał – odparł.

– Gdzie mieszka?

– W pokoju numer jeden.

– Dzwonił może na służbę?

– Nie.

– Hm, to obsłużymy go bez dzwonienia. Już chciał podejść do drzwi, gdy nagle coś sobie przypomniał i zapytał gospodarza:

– Ten człowiek podobno rozmawiał z pana pokojówką?

– Tak.

– Gdzie ona jest?

– W kuchni.

– Proszę ją zawołać. – Po co?

– Wejdzie do niego pod jakimkolwiek pretekstem; w ten sposób dowiemy się co on porabia.

Pokojówka zjawiła się szybko i zapukała do drzwi. Ponieważ nie otrzymała żadnej odpowiedzi weszła do środka. Upłynęło sporo czasu zanim wyszła z powrotem. – Co on robi? – spytał policjant.

– Nie wiem – odparła z zafrasowaną miną. – Przecież go widziałaś?

– Nie. Nie było go w pokoju, ani w salonie.

– A w sypialni?

– Sypialnia jest zamknięta.

– Może śpi, pukałaś?

– Pukałam, ale nikt nie odpowiadał.

– Może twardo śpi?

– To niemożliwe, bo waliłam w drzwi pięściami.

– Gdzie ma swoje rzeczy? – prawdopodobnie w sypialni.

– Więc nie chce otworzyć?

– Nie.

– No to spróbujemy sami. Władzy się nie oprze.

Razem z innymi wszedł do środka i podszedł do zamkniętych drzwi sypialni. Zapukał i zawołał:

– Panie kapitanie!

Odpowiedziała mu cisza.

– Proszę otworzyć!

Znowu ani słowa odpowiedzi.

– W imieniu prawa! Nadal cisza.

– Ha, będziemy musieli sami otworzyć.

Zwracając się do jednego ze swoich podwładnych rzekł:

– Proszę mi podać wytrych.

Zaczął próbować.

– Do diabła! Dziurka jest zatkana!

– Może klucz jest z drugiej strony?

– Nie, musiał coś wpakować do środka i to od tej strony. – W takim razie nie ma go w środku. – Prawdopodobnie.

Jeden po drugim zaczęli próbować otwarcia i przekonali się, że rzeczywiście jakaś stalowa śruba tkwiła w dziurce od klucza.

– Tam nikogo nie ma – zawołał jeden z policjantów. – Musiał uciec – powiedział następny.

– Zapewne udał się do kanclerza Bismarcka. Na Boga! To tragedia! Panowie, proszę za mną – zawołał rozgorączkowany urzędnik. – Tymczasem reszta ma pilnować domu. Wybiegł z domu i wsiadłszy do dorożki kazał się zawieźć czym prędzej do ministra.

W tej samej niemal chwili inna dorożka zatrzymała się tuż przy hotelu, wysiadł z niej nasz znajomy, Robert Helmer. Wszedł do restauracji i kazał sobie podać szklankę piwa. Na jego widok kelnerka zawołała przerażona:

– Pan kapitan naprawdę przybył. Czyli, że ten człowiek nie kłamał?

– Kłamał?

– Że pan miał przyjechać.

– A panna skąd o tym wie?

– Jeden obcy, którego właśnie miano aresztować powiedział mi.

– Aresztować? Kogo?

– Tego, który przygotowywał zamach.

– Zamach? Na kogo?

– Na Bismarcka.

– A co to za łotr?

– Pewien amerykański kapitan.

– Jak się nazywa.

– William Saunders.

– Nie znam.

Traper w Kreuznach przedstawił się jako Sępi Dziób, więc Robert rzeczywiście nie wiedział o kim mowa.

– Ale on powiedział, że pana zna – zawołała dziewczyna. – To musiał skłamać. Jak on wygląda? Dokładnie opisała mu Sępiego Dzioba. – Nie znam – powiedział ponownie.

– Powiedział mi wyraźnie, że się na dzisiaj tutaj z panem umówił.

Wiadomość ta zastanowiła go, więc spytał:

– Czy ten nieznajomy miał jakiś znak, po którym mógłbym go rozpoznać?

– O miał.

– Jaki?

– Ogromny nos.

Robert zbladł.

– Czy to możliwe? Mówił z obcym akcentem? – Tak.

– I policja naprawdę chciała go aresztować?

– Tak właściciel hotelu poinformował policję. Ów nieznajomy ma pełno broni przy sobie, strzelbę, rewolwery i jakąś maszynę podobną do trąby Chce zamordować Bismarcka. – Czysty nonsens. Bzdura!

– To nie bzdura, to szczera prawda panie kapitanie.

– Udał się do kanclerza?

– Niezawodnie.

– A policja za nim?

– Tak jest.

– W takim razie nie mam czasu do stracenia, muszę tam biec.

Wybiegł z hotelu biorąc pierwszą lepszą dorożkę i każąc się wieść do ministerstwa.

Tymczasem Sępi Dziób skończył swoją konferencję z wysokimi osobistościami, więc poszedł na spacer bez specjalnego celu, pogwizdując z radości. Miał tak wyrobiony zmysł spostrzegawczy, że mimo tego iż nie znał miasta nie pomylił drogi i trafił z powrotem do hotelu. Już miał wejść do środka, gdy jakiś mężczyzna zastąpił mu drogę i kłaniając się spytał:

– Przepraszam, ale myśmy się już gdzieś widzieli. Sępi Dziób myślał właśnie o niespodziance, jaką zrobił kapitanowi, iż samemu udało mu się wejść do hrabiego Bismarcka, więc niezadowolony z przeszkody odparł gniewnie:

– Ciekawy jestem gdzie?

– Na drugiej półkuli.

– Gdzie?

– W Stanach Zjednoczonych.

– Co one mnie obchodzą.

– Ale pan jest przecież w Stanach kapitanem kawalerii.

– A to pana nic nie powinno obchodzić.

Czy nie mieszka pan przypadkiem w hotelu magdeburskim?

Pchtschchft! – posłał mu całą porcję tytoniu tuż obok nosa.

– Do diabła! Uważaj pan! – zawołał rozzłoszczony tajniak.

– Jak to panu nie na rękę to proszę się oddalić. Ja nie zaczepiłem pierwszy – odparł zimno Sępi Dziób i nie oglądając się za siebie poszedł wprost do restauracji hotelowej.

Kilku tajniaków weszło tuż za nim. Nie przeczuwał nic złego, gdyż przypuszczał, że to tak jak i on goście hotelowi. Dopiero, gdy ten, który zaczepił go na ulicy podszedł do jego stołu i zapytał, czy może z nim dalej porozmawiać zniecierpliwiony zawołał:

– Wynoś się pan czym prędzej, niech pana diabeł porwie!

– Ani myślę się stąd wynosić, – odparł policjant – a kogo ma diabeł porwać to się niedługo okaże.

Myśliwy spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem.

– Hola chłopcze, czy ty naprawdę szukasz ze mną zwady?

– Prawdopodobnie – zaśmiał się spytany z drwiącą miną.

– No to podejdź tu bliżej, to zaraz ci dam poznać, na kogo trafiłeś.

– Nie zlęknę się pogróżek. Zna pan ten znak? – mówiąc to wyjął z kieszeni metalowy krążek i pokazał Sępiemu Dziobowi.

– Co? Pieniędzmi się chcesz przechwalać? Jeżeli jeszcze raz podsuniesz mi tę monetę tak blisko nosa, to zaręczam, że nie ujdzie ci to na sucho!

– A, to pan nie zna tego medalu?

– Nic mnie on nie obchodzi.

– Przeciwnie, bardzo wiele pana obchodzi. Ten medal to moja legitymacja. Zrozumiał pan?

– Jest mi to obojętne, ja zwykłem legitymować się policzkiem, jeżeli mi się ktoś zanadto naprzykrza.

– Pan mnie naprawdę nie chce zrozumieć. Ja jestem urzędnikiem tutejszej policji.

Dopiero teraz Sępi Dziób rozglądnął się dookoła i zauważył, że całe jego otoczenie składa się z samych policjantów.

– Tak, to bardzo pięknie, że pan jest policjantem – odparł. – Ale nie wiem dlaczego właśnie mnie się pan przedstawiasz?

– Bo mnie bardzo interesuje pańska osoba. Żądam, aby na moje pytania odpowiadał pan otwarcie i szczerze.

Sępi Dziób po raz wtóry rozglądnął się wkoło i powiedział:

– Wy, Prusacy jesteście ogromnie dziwnym narodem. – Tak? A to dlaczego?

– Bo nikt, tak jak wy nie kocha aresztować innych ludzi. – Tak? Przekonał się pan już o tym?

– Naturalnie. Od wczoraj już trzeci raz mnie aresztujecie.

– Wczoraj więc aresztowano pana i to już dwa razy?

– Tak.

– I udało się panu wyjść z tego?

– Tak i to z całą skórą.

– Ale dzisiaj się to nie uda.

– Spodziewam się, że wprost przeciwnie.

– Już ja się o to postaram, aby było inaczej. Może będzie pan tak łaskaw i poda mi swoje ręce.

Mówiąc to wyjął z kieszeni stalowe kajdanki. To oburzyło Amerykanina i wstając zawołał: – Co? Chcecie mnie skuć?

– Jak pan widzi.

– Do stu piorunów! Chciałbym zobaczyć tego, który odważy się podnieść na mnie rękę – zawołał już rozzłoszczony. – Co wam takiego zrobiłem łotry, że otaczacie mnie ze wszystkich stron jak odyńca w lesie!?

Pozostali także zbliżyli się do Amerykanina, otaczając go ze wszystkich stron. Właściciel wraz ze służbą przypatrywali się całej procedurze.

– Co pan nam zrobił? – spytał ironicznie policjant. – Nam nic. A co do reszty, to pan sam wie najlepiej. – Jaką resztą? Ja o niczym nie wiem!

– Tak? To my panu udowodnimy. Pan nazywa się William Saunders? – Od urodzenia.

– I jest pan kapitanem kawalerii Stanów Zjednoczonych?

– Tak.

– Ma pan ze sobą strzelbę?

– Tak.

– I dwa rewolwery?

– Tak.

– A nóż?

– Także.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com