Wyklęci - Lorraine Dunn - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 312 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyklęci - Lorraine Dunn

„Boimy się tego, czego nie rozumiemy, a strach przed nieznanym zawsze rodzi agresję”.

 

Violette de Montraine żyjąca w epoce krwawych tumultów, fanatyzmu religijnego i polowań na czarownice w niczym nie przypomina zwyczajnej panny ze szlachetnego rodu. Wyniosła, chłodna i apodyktyczna, nie dopuszcza do siebie nikogo, skrywając w sobie mroczny Dar, który ma związek z pewną rodową relikwią i może ściągnąć na nią prześladowania ze strony Świętej Inkwizycji.

 

Zarówno klejnot, jak i jego właścicielka stają się obiektem pożądania ambitnego i despotycznego diuka Bretanii, który pragnie zdobyć w ten sposób potęgę i nieograniczone bogactwo. Nieświadomy zagrożenia płynącego z przebudzenia mocy Pradawnych, staje się marionetką w rękach tajemniczych stworzeń, obserwujących z ukrycia bieg wydarzeń.

 

Zobacz, jak przeklęty oręż przeciwstawia się potędze ludzkiego przeznaczenia.

"Wyklęci Księga II - Nefrytowe Fatum" już wkrótce.

Opinie o ebooku Wyklęci - Lorraine Dunn

Fragment ebooka Wyklęci - Lorraine Dunn





Strona redakcyjna


I
Zasadzka

XIII-wieczna Francja

Jasny błękit pogodnego wiosennego nieba w ciągu kilku chwil przesłoniły ciemne, burzowe chmury niosące z sobą zapowiedź deszczu. Nad lasem pociemniało, powietrze stało się ciężkie i duszące, a ukryte w koronach drzew ptaki umilkły. Jedynym dźwiękiem rozlegającym się w tej nienaturalnie martwej ciszy był tętent końskich kopyt i turkot kół lekkiej, zdobnej, dobrze wyważonej karety. Pojazd gnał okolicznym traktem prowadzącym do twierdzy Illion, która kilka wieków wcześniej wyrosła w sercu położonej na północy kraju Bretanii. We wnętrzu karety przewożono córki człowieka niesłusznie posądzonego o zdradę i herezję, a tym samym skazanego już na śmierć.

Przed nimi jeszcze długa droga i pewne było, że nie zdążą dotrzeć do twierdzy przed zmrokiem. Starsza z sióstr o imieniu Violette położyła dłoń na pięknym, złotym krzyżu spoczywającym na jej piersiach. Jego zimna powierzchnia i misterne rzeźbienia tchnęły atmosferą sprzed wieków. Tę pamiątkę rodzinną przekazywaną z pokolenia na pokolenie ojciec postanowił ofiarować jej właśnie dziś. Przymknęła powieki, delikatnie uniosła klejnot i przytuliła do ust. Nim zdążyła zauważyć, na jej białą dłoń spadły dwie łzy.

„Nic już nie będzie tak jak wcześniej” – pomyślała.

Słońce stało w zenicie, gdy kareta wraz z eskortującym ją oddziałem wikingów znajdowała się w połowie drogi do celu. Odkąd wyruszyli, nie zatrzymali się ani na chwilę i choć konie były już zmęczone, to uzbrojeni wojownicy z dalekiej Północy wciąż nieubłaganie gnali je naprzód. Ci najemnicy, zwani w tych stronach nordami, za sowity żołd ofiarnie służyli diukowi Bretanii i przelewając własną krew, stanowili główny trzon jego świetnie zorganizowanej armii oraz najgroźniejszą broń Armanda van der Zahra. Nie znali strachu przed wrogiem ani litości dla pokonanych. Ich dziki wygląd, obyczaje i sposób walki budziły prawdziwy popłoch zarówno na polu bitwy, jaki i wśród miejscowej ludności, zapewniając im kolejne sukcesy w zbrojnych potyczkach i wypełnianych na polecenie władcy misjach.

Trzymający się pewnie na grzbiecie swego ogromnego wierzchowca dowódca oddziału, podążał w samym środku konwoju, by znajdować się możliwie najbliżej ochranianego powozu. Zwał się Hagen i mimo młodego wieku był najmężniejszym spośród wojowników. Z dumą nosił przy swym boku dwuręczny nordycki miecz o zaokrąglonym sztychu i długiej klindze, która przelała już morze krwi i ścięła setki nieprzyjacielskich głów. Wyglądał niczym złotowłosy bóg wojny rodem z samego Asgardu, a jego sława najemnika odbijała się dalekim echem poza granicami ojczystej krainy fiordów.

Jadący obok niego wojownik miał na imię Thore i był jego stryjecznym bratem, który od młodzieńczych lat lojalnie towarzyszył mu we wszystkich wyprawach.

– Czemu van der Zahr posyła swych najlepszych ludzi do eskortowania córek de Montraine’a? – spytał pogardliwie, nie pojmując intencji diuka Bretanii. – Od kiedy to nordowie zajmują się niańczeniem dzierlatek?

– Płacą nam za wypełnianie rozkazów, a nie zadawanie pytań – uciął lakonicznie Hagen, wyrażając całkowity brak zainteresowania tematem.

Jednak Thore, który od dziecka był bardziej gadatliwy od swego kuzyna, nie dawał za wygraną.

– Te dwie dziewczyny muszą być dla niego ważne, skoro zmusił hrabiego do odesłania ich – ciągnął dalej, dzieląc się zasłyszanymi wiadomościami. – Podobno oskarżył go o herezję i zagroził, że zrówna z ziemią gród de Montraine’ów, jeśli nie odda swych córek pod jego pieczę.

– Van der Zahr to okrutny i bezwzględny władca – rzekł z uznaniem dowódca nordów. – Musi mieć wobec nich jakiś plan, w przeciwnym razie nie ryzykowałby aż tak bardzo.

– Na jego rozkaz zamordowano ostatniego męskiego potomka tej rodziny, więc starsza z sióstr jest teraz prawowitą dziedziczką wszystkich rodowych włości, ale nie sądzę, by chciał się z nią żenić.

– Czemu?

– Widziałeś ją z bliska? – spytał Thore, ściszając głos tak, by nie usłyszeli go pozostali.

W odpowiedzi Hagen pokręcił przecząco głową.

– Więc zrozumiesz, gdy ją zobaczysz...

Wtem sygnał ostrzegawczy zwiadowców przerwał ich rozmowę, a dowódca uniósł dłoń i natychmiast zatrzymał oddział. Trakt wiódł w tym miejscu jedynie wąską groblą z obydwu stron otoczoną grzęzawiskami, a dwa świeżo ścięte drzewa o bardzo grubych pniach leżały obok siebie w poprzek drogi, tworząc zaporę nie do pokonania dla eskortowanego powozu. Zdezorientowani barbarzyńcy kręcili się na swoich postawnych koniach i pokrzykiwali między sobą w niezrozumiałym nordyckim dialekcie:

– Co to ma znaczyć?! Czyja to robota?!

– O świcie trakt był jeszcze przejezdny!

– Wszyscy wiedzą, że to niebezpieczna okolica, ale ktoś, kto odważyłby się nas zaatakować, musiałby być chyba szaleńcem!

W tej lawinie okrzyków nie wziął udziału tylko Hagen, który w milczeniu rozejrzał się po okolicy i już wiedział: „To zasadzka”.

Martwy bezruch panujący dokoła nie wróżył niczego dobrego. Było cicho...

„Zbyt cicho” – pomyślał.

Nagłe szarpnięcie wyrwało Violette z zadumy, a gdy kareta niespodziewanie stanęła, zaniepokojona dziedziczka rodu de Montraine’ów energicznie otworzyła drzwi powozu i wychyliła się na zewnątrz. Wraz z tym ruchem obszerny kaptur, który ocieniał jej twarz, zsunął się, a wśród nordów zapadło grobowe milczenie. Wystarczyło jedno spojrzenie w jej oczy, by żołnierzy przepełniła najprawdziwsza groza.

– Zły omen! Ta kobieta to demon! Przybyła, by zwiastować śmierć nam wszystkim!

Wśród ludów dalekiej Północy głęboko zakorzeniony był przesąd, że widok kobiety przed walką wróży nieszczęście, ale to nie wystarczyłoby do wywołania strachu w wojownikach, którzy go nie znają. Musiało być coś jeszcze... Pewien niezwykły, a może nawet nadnaturalny szczegół urody tej dziewczyny uczynił ją w oczach wikingów wcieleniem złego ducha, który przynosił im zapowiedź rychłej śmierci.

Gdy spłoszona ich reakcją Violette cofnęła się do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi, Hagen zwrócił się do swego oddziału, lecz nim zdążył wydać rozkaz, rozległ się pierwszy świst. W tym samym momencie Thore ciężko zwalił się w siodła, a potem jeden za drugim zaczęli spadać kolejni. Małe, pierzaste strzałki świszczały w powietrzu i co rusz jeden z wikingów osuwał się na ziemię z wywróconymi białkami oczu i krwawą pianą na ustach. Działanie śmiertelnej trucizny było natychmiastowe. Nordowie niemal czuli, jak diabelski jad w ich ciele łączy się z krwią i płynie wprost do serca. Strzałki sypały się bez końca, a oni nie byli w stanie się bronić. Wróg był wszędzie – niewidoczny, a co za tym idzie nieuchwytny.

W narastającym chaosie Hagen szybko rozdzielił oddział i sam na czele jednej części rzucił się w przydrożne mokradła. Reszta poszła w jego ślady, lecz była to kolejna pomyłka. Nie zastali tam nikogo, ale mimo to ich koniec nadszedł nieuchronnie. Tajemniczy napastnicy zaczęli spadać im na karki wprost z konarów drzew, błyskawicznie podrzynając gardła, wbijając noże między żebra i wyrzynając eskortę w pień. W parę minut świeże trupy zaścieliły gościniec, a krew wikingów wsiąkała w obcą ziemię.

Ich przeciwnicy byli zbieraniną najróżniejszego pokroju ludzkich kreatur, pośród których znaleźć można było nie tylko złodziei i rzezimieszków, ale też zwykłych morderców. Było ich dwunastu, może piętnastu, i na pozór niczym nie różnili się od dzikich zwierząt prócz tego, że mieli zdolnego przywódcę.

Choć Hagen bronił się zaciekle ostatkiem sił, to w pojedynkę nie miał już najmniejszych szans. Z wściekłością rozłupywał czaszki kolejnym napastnikom, ale ich wciąż przybywało, a trucizna osłabiała go coraz bardziej. Długi, ciężki miecz wikinga spływał krwią, i Hagen wiedział, że nie pozostało mu już wiele czasu. W jego żyłach płynęła błękitna krew jednego z książęcych rodów Skandynawii i nie bał się śmierci, a co więcej, wierzył, że była mu ona pisana. Widział już oczyma wyobraźni siebie zasiadającego z praojcami w odległej, słonecznej Valhali, gdzie mężni wojownicy żyją wiecznie. Nie zbrukał swojego honoru tchórzostwem i walczył aż do końca, a to oznaczało, że zginie jak prawdziwy nord.

„To dobra śmierć” – uznał, pogodziwszy się z losem.

Oręż wysunął się z jego zmęczonej dłoni, a Hagen opadł na kolana i czekał na decydujący cios. Ten jednak nie nadszedł. Naraz cała wrzawa ucichła i zamiast trzech pięknych walkirii mających poprowadzić jego duszę w zaświaty, ujrzał przed sobą postawnego, barczystego mężczyznę z łysą czaszką i starannie wystrzyżoną bródką. Łotr przyglądał mu się badawczo, a po chwili jego ciemną twarz skrzywił przebiegły uśmiech.

„To musi być ich przywódca – domyślił się Hagen. – Człowiek, który zorganizował tę zasadzkę i poprowadził atak”.

Jego wojsko to na wpół obłąkana horda szaleńców, a on potrafił nad nimi zapanować. Wiking spojrzał na niego ze spokojem, który mogła dawać tylko nadchodząca śmierć.

– No dalej... Dokończ, co zacząłeś!

Mężczyzna przyłożył mu do gardła ostrze miecza.

– Spieszno ci na tamten świat, nordzie? Splamiony honor nie pozwala ci już żyć?!

Hagen poczuł zimny dotyk metalu na szyi.

– A jednak będziesz żył. – Zbir roześmiał się grubiańsko. – Po to, żebyś mógł opowiedzieć van der Zahrowi, jaki koniec spotkał jego najlepszych ludzi!

– Popełniłeś błąd – wycharczał Hagen. – Dla moich towarzyszy już umarłem... Ty również umrzesz z mojej ręki. Będę czekał, aż znów się spotkamy, i wtedy cię zabiję! Przysięgam na krew praojców!

Tymczasem jego własna krew powoli sączyła się z ran i kapała na ziemię, a poranionym ciałem norda wstrząsały deliryczne dreszcze. Darowano mu życie, a to oznaczało, że spadła na niego najgorsza hańba. Nigdy nie zdoła już zmyć tej plamy na honorze i po śmierci nie dostąpi zaszczytu zasiadania z przodkami. To piętno sprawi, że zostanie wyklęty spośród swego ludu i nie będzie już dla niego drogi powrotnej.

Kilkadziesiąt kroków dalej zgraja zbirów z wściekłością usiłowała wyłamać drzwi karety, by dorwać w swe łapy przewożone w niej kosztowności. Gdy tylko ich przywódca zauważył, co się dzieje, natychmiast rzucił się w tamtą stronę. Pod naporem motłochu powóz trząsł się i kołysał na osiach, a dwie dziewczyny w środku krzyczały przeraźliwie. Mężczyzna z impetem wpadł między kłębowisko ludzkich ciał i zaczął brutalnie przepychać się naprzód.

W tym samym czasie ogromny zbój imieniem Galvos – syn rzeźnika, który kilka lat temu w szale zazdrości zatłukł na śmierć swoją żonę i uciekł przed stryczkiem – wziął niewielki rozpęd i z całej siły rąbnął ramieniem w drzwi. Cienkie deski puściły i ciężki zbir z trzaskiem wpadł do środka. Wtem rozległ się krzyk i wszyscy zamarli, gdyż to nie był kobiecy krzyk – to Galvos krzyczał... Ostatnim widokiem, jaki zapamiętał, były jej płonące oczy, a w chwilę później Violette błyskawicznie wydobyła spomiędzy fałdów sukni sztylet i z nieprawdopodobną siłą wbiła go w bark oprawcy tak, jakby pomogła jej jakaś druga, niewidzialna ręka. Trysnęła krew, a zaskoczony intruz z impetem wypadł na zewnątrz i odrzucony na sporą odległość, runął na ziemię. Jego towarzysze otoczyli go kręgiem i z niedowierzaniem patrzyli na mężczyznę wzrostu i postury zapaśnika, który z przerażeniem wił się w konwulsjach. Nikt z nich się nie odezwał. Nikt mu nie pomógł. Otwarte wnętrze karety ziało czarną pustką nieznanego...

– To diabelskie nasienie! Ludzie! Zło! Zło, słyszycie?! Tam jest czyste zło! – wrzeszczał jak opętany, próbując wyrwać z siebie rozżarzone do czerwoności ostrze, które paliło go żywym ogniem.

Wśród pozostałych najemników rozszedł się szmer niepokoju i narastał z każdą chwilą.

– Zawrzeć mordy, ścierwa jedne, bo łby poskręcam!

Usłyszeli nad sobą głos przywódcy i rozstąpili się natychmiast. Postawny, ubrany na czarno mężczyzna podszedł do tarzającego się po ziemi i wrzeszczącego Galvosa. Przyklękając na jedno kolano, wprawnym ruchem schwycił jego głowę i w ułamku sekundy skręcił mu kark. Kość obrzydliwie chrupnęła i zbój znieruchomiał.

– Cofnąć się! – warknął i podszedł do karety. – Te dwie dziewczyny należą do mnie! Jeśli któryś z was je tknie, zabiję jak psa!

Na te słowa w otaczającym go tłumie rozległ się pomruk niezadowolenia.

– Cisza! – Podniósł nakazująco prawą rękę. – Tylko one są moje. Kiedy je zabiorę, reszta będzie wasza! Odbierzecie sobie swoją zapłatę!

Milcząco przystali na układ. Mężczyzna stanął na wprost wyłamanych drzwi powozu i wszedł do środka bez cienia strachu, gdyż w przeciwieństwie do Galvosa – wiedział, z kim ma do czynienia.

Kiedy po dłuższej chwili obezwładnione córki hrabiego zagadkowym sposobem znalazły się w końcu na zewnątrz, rozbestwiona hołota rzuciła się na powóz, drąc brudnymi pazurami atłas, wyrywając deski i podważając łomami rzeźbione wieka kufrów. Szukali tego, na czym najbardziej im zależało – kosztowności. Odbierali swoją zapłatę, którą obiecał im ten nieznany mężczyzna za pomoc w zorganizowaniu napadu, ale ani on sam, ani żaden z jego dwóch towarzyszy nie wziął w tym udziału. Choć złodziejska natura sprawiała, że na widok złota oczy zaczynały pałać mu dziwnym blaskiem, nie chciał ani grama z posagu tych dziewcząt. Zdobył już to, po co przyszedł – córki jego mocodawcy de Montraine’a leżały nieprzytomne, a dowódca eskorty zaniesie van der Zahrowi wieść, że zginęły w napadzie. Nie powiedział im, kim jest, ani z czyjego działa rozkazu.

„Jeszcze nie czas, by wiedziały” – zadecydował Serim, który w całym tym zamieszaniu zapomniał o jednej osobie.

Być może dlatego, że w jego oczach Phil – chudy, piegowaty chłopak w futrzanej czapce – nie był wart więcej od robaka. Serim sam nie wiedział, dlaczego właściwie pozwolił mu żyć. Niewykluczone, że jedynym powodem było to, iż znęcanie się nad nim sprawiało mu niegroźną, sadystyczną przyjemność. Phil był wśród nich najmniejszy i najsłabszy, w związku z czym zawsze najmniej mu się należało – ulubione popychadło szefa i pośmiewisko jego dwóch towarzyszy. Był niczym więcej jak tylko posługaczem najemników, a jedyną zapłatą było dlań to, że żyje.

Znał swoje miejsce i nie zamierzał sobie tym zaprzątać swego i tak niezbyt światłego umysłu. W zamian za to, pchany na poły dziecinną ciekawością, podkradł się teraz do dwóch leżących na trawie panien. Nigdy nie widział istot tak pięknych i delikatnych jak one – pewnie nie wiedział nawet, że takie istnieją. Zastanawiał się, czy krew płynąca w ich żyłach jest naprawdę błękitna, czy to tylko zmyślone gadanie. Przyjrzał się bliżej jasnowłosej dziedziczce rodu i poczuł się tak, jakby znów spoglądał na rzeźbiony posąg w kościele, choć był tam tylko raz w życiu, i to bardzo dawno temu. Wtem coś błysnęło złotym refleksem w koronkowym wycięciu jej dekoltu. Phil pochylił się i dostrzegł złoty krzyż spoczywający na kształtnych piersiach dziewczyny. Chłopak z otwartymi ustami i niemym zachwytem w oczach wpatrywał się w bogato zdobiony klejnot i czuł, że nigdy jeszcze w zasięgu jego ręki nie znalazło się nic równie cennego. To sprawiło, że w nim samym toczyła się okrutna walka – strach przed gniewem Serima i żądza konkurowały ze sobą. Wyrostek dyskretnie rozejrzał się wkoło i nabrawszy pewności, że nikt nie zauważy jego nikczemnego postępku, nachylił się nad Violette i gwałtownym ruchem zerwał jej z szyi rodową relikwię.

Z początku tajemnicza postać, która pojawiła się na horyzoncie, nie zwróciła niczyjej uwagi. Nieznajomy mężczyzna podążał przed siebie wolnym, miarowym krokiem zmęczonego wędrowca powracającego z długiej podróży. Choć był młody, wspierał się na długim, mocnym kiju, a jego brudne, postrzępione ubranie wyraźnie kontrastowało ze zbyt przenikliwym jak na włóczęgę spojrzeniem. Od dawna nieobcinane włosy koloru ciemnego piwa zwijały się na ramionach w niechlujne pukle, a jedyną rzeczą, jaką przy sobie miał, był zawieszony na szerokich barkach miecz. Przybywał aż z Dalekiego Wschodu, ale w głębi ducha miał nadzieję, że być może tutaj jego droga się zakończy.

Phil jako pierwszy dostrzegł zagadkową postać i wiedział, że kimkolwiek ona jest, oznacza kłopoty. Obcy spokojnie wkroczył pomiędzy świeże trupy wojowników zaścielające gościniec, przyklęknął przy jednym z nich i chwytając za okrwawione kłaki, podniósł jego głowę do góry.

– Nordowie – mruknął.

Horda morderców jak na zawołanie oderwała się od dzielenia łupów i w milczeniu przyglądała się nieznajomemu. Czuli, że prędzej czy później dostaną go w swoje ręce, ale na razie musieli zaczekać. Włóczęga skierował się w stronę Serima, lecz dwaj uzbrojeni młodzieńcy natychmiast zastąpili mu drogę.

– Czego chcesz?! – spytał bez ogródek przywódca leśnych najemników.

Ale obcy zupełnie go zignorował.

– Kim jesteś? – zadał kolejne pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.

Chłopak przelotnie spojrzał na leżące na ziemi kobiety. Nie wiedział, czy były już martwe, czy tylko nieprzytomne.

– Nikim – odparł po chwili. – A zresztą, po co ci to wiedzieć? Jeszcze dziś pójdziesz do piachu, jak oni wszyscy.

Mówił to tak spokojnie, że niejednemu ciarki przeszłyby po plecach, ale Serim nie był pewien, czy powinien zacząć się bać, czy też wybuchnąć śmiechem.

„On sam – przeciw nam wszystkim!?” – pomyślał z pogardą.

W owych czasach wszędzie pełno było na wpół obłąkanych włóczęgów i żebraków, którzy postradali zmysły. Musiał być samobójcą albo szaleńcem i najemnik właściwie nie dostrzegał w nim żadnego zagrożenia, a jednak coś w jego zachowaniu zaczynało go niepokoić.

– Odejdź stąd, wędrowcze – powiedział, ostrzegając go. – Dużo ludzkiej krwi wsiąkło dziś w tę ziemię. Bacz, bym nie musiał upuścić i twojej.

– Spróbuj szczęścia – rzucił obojętnie przybysz.

Łotr przez pierwsze kilka sekund nie mógł uwierzyć własnym uszom. Ten obdarty włóczęga rzuca mu wyzwanie?!

– Młodyś i głupiś! – krzyknął. – Sam się prosisz! Nie odejdziesz stąd żywy!

Jednym skinieniem ręki przywołał zgraję płatnych morderców gotowych rozszarpać na strzępy każdego, kto stanie im na drodze.

– Jest wasz – stwierdził głosem pana rzucającego psom ochłap mięsa. – Postarajcie się tylko, żeby nie umierał zbyt szybko.

Odwrócił się na pięcie, a jego ogorzałą twarz skrzywił przebiegły uśmiech. Czuł, że los wyraźnie mu sprzyja. Już wystarczająco nadwerężył ich cierpliwość, broniąc im w ostatniej chwili przystępu do córek de Montraine’a.

„Niech się teraz zabawią, a młokos zapłaci za swoją zuchwałość życiem” – postanowił.

Bez pośpiechu podnosili z ziemi porzucony oręż, a coś w ich przymrużonych ślepiach błyskało dziko i złowrogo. Dostali już od swego przywódcy rozkaz przyzwolenia i teraz okrążyli intruza zamkniętym kręgiem.

„Dlaczego ten włóczęga stoi tak spokojnie?! – zastanawiali się. – Czeka, aż rozedrzemy go na strzępy? Tym lepiej!”

Osaczony schwycił oburącz długi, drewniany kostur i czekał. Pierwszego przeciwnika zabił w walce, gdy miał trzynaście lat... Dalej poszło już łatwiej i lata morderczych ćwiczeń, okupione nadludzkim poświęceniem, przyniosły oczekiwane rezultaty. Mając dziewiętnaście lat, wyruszył w podróż, która zdawała się nie mieć końca. W trakcie swej wędrówki przemierzył wiele krain i napotkał wiele ludów, widząc śmierć, wojny i zarazy. Dlatego czasem spoglądał na świat wzrokiem starca, choć miał dopiero dwadzieścia trzy lata. Niejeden poległ z jego ręki i ci, którzy polegną dzisiaj, nie będą mieli większego znaczenia.

„Dziś, jutro – co za różnica?” – pomyślał, uśmiechając się ironicznie do samego siebie.

Rzucili się na niego całą zgrają. Nie kolejno, lecz wszyscy naraz – byle rozszarpać, zabić, zatłuc. Długi kij obrócił się parę razy w dłoniach wędrowca. Pierwszemu, który doń dopadł, wybił oko, następnemu połamał ręce, kolejnemu rozwalił czaszkę. Przeciwnicy w ogóle nie rozumieli, co się dzieje, gdy z diabelną szybkością unikał ich ciosów i zadawał własne, które okazywały się śmiertelnie celne.

Wtem natarł na niego muskularny, niemal o głowę wyższy zbir, wprawnie władający mieczem. Gdyby zdążył zadać cios, kij mógłby pęknąć, dlatego wędrowiec, nie czekając na nic, rzucił się wprost na atakującego, a klinga miecza przepruła powietrze o cal od jego głowy. Zwarli się w morderczym uścisku i zbój poczuł przenikliwy ból, a potem rozległ się trzask i kość wykręconego nadgarstka chrupnęła. Nie wiadomo kiedy miecz znalazł się w dłoni młodzieńca, który jednym zdecydowanym ruchem poderżnął mu gardło. Instynktownie wyczuwając kolejne niebezpieczeństwo, kątem oka dostrzegł zawieszone nad sobą ostrze topora.

„Niech to szlag!” – zaklął w duchu.

Gwałtownie dźgnął za siebie mieczem, wbijając go prosto w brzuch napastnika. Nie musiał się nawet odwracać, gdyż wiedział, że ciężar oręża przeważy do tyłu słabnącego przeciwnika.

– Ktoś jeszcze?! – krzyknął zdyszany. – Wszystkich was poślę do krainy umarłych!

Ledwo się obejrzał, a już natarło na niego trzech kolejnych. Im wścieklej atakowali, tym szybciej padali. Przybysz bez trudu niszczył przeciwników ich własną siłą, gdyż tak go nauczono. Z każdą chwilą stawał się coraz bardziej brutalny i bezwzględny. Nie zamierzał ich oszczędzać, ani się litować – uderzał zawsze tak, aby zabić.

Być może wcale nie zależało mu na ratowaniu dwóch dziewczyn, których nawet nie znał. Może po prostu lubił sprawdzać się w podobnych sytuacjach. W każdej z takich potyczek mógł zginąć, ale czy to cokolwiek zmieniało? Gdy opadł kurz na miejscu walki, pośród leżących trupów stał tylko on jeden, a Serim niespodziewanie znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Nieznajomy spojrzał na niego z chłodnym spokojem, jakby chciał powiedzieć: „Teraz czas na ciebie”.

I każdy inny najemnik w tym momencie przestraszyłby się, ale Serim niczego nie pozostawiał przypadkowi, więc i teraz miał jeszcze coś w zanadrzu.

– Ablaj! Tarik!

Dwaj bracia w sekundzie znów zastąpili mu drogę do swego przywódcy i dobyli broni. Pierwszy z nich o imieniu Ablaj nosił krótko ścięte włosy, podgolone po bokach głowy i wydawał się starszy od swego brata. Natomiast Tarik odznaczał się delikatniejszą posturą i niższym wzrostem, a jego długie, ciemne włosy splecione z tyłu głowy w długi warkocz sprawiały, że przypominał bardziej kobietę niż mężczyznę. Charakterystyczne rysy twarzy i odcień skóry najemników zdradzały, że pochodzili z Bliskiego Wschodu, a ich korzenie sięgały koczowniczych plemion zamieszkujących rozległe stepy. Dwie doskonale wyszkolone maszyny do zabijania. Razem byli niepokonani i Serim dobrze o tym wiedział. Do tej pory dziwny przybysz ani razu nie sięgnął po zawieszony na plecach miecz. Nie było takiej potrzeby, gdyż równie dobrze mógłby pozabijać tych najemników gołymi rękami. Czy tym razem będzie inaczej?

– Aż tak bardzo szukasz śmierci, przybyszu?! – krzyknął młodszy z siepaczy. – Możemy ci to załatwić!

– Takiś pewien?! – Wędrowiec zaśmiał się cicho. – Zalatujesz mi strachem, żołnierzyku! A wiesz, czemu się boisz? Bo ty musisz wykonać rozkaz, a ja robię to z czystej satysfakcji.

Tarik posłał mu mordercze spojrzenie, a gdzieś w oddali zakrzyknęła wilga. Nim zdążyła to zrobić, po raz drugi rozległ się stalowy szczęk oręża. Zaatakowali go bez ostrzeżenia dwóch na jednego.

„Zginie! Tym razem musi zginąć” – powtarzali sobie w duchu z niezachwianą pewnością.

Obcy zwinnie przysiadł i z półobrotu odparował ich ciosy. Szerokie, zakrzywione ostrza kunsztownie zdobionych sejmitarów przeszły tuż obok jego gardła.

„Psia krew! – zirytował się. – Zaskoczyli mnie”.

Ich technika walki była czystą perfekcją, sztuką dla sztuki, ideałem samym w sobie. Wzięli go w krzyżowy ogień, a mimo to kij zwinnie i pewnie obracał się w rękach wędrowca, służąc mu jednocześnie za broń i tarczę. Choć zyskał chwilowy odpór przed lawiną ciosów, to przeciwnicy wciąż mieli nad nim przewagę. Atakowali szybko i bezbłędnie, a on mógł tylko odpierać kolejne natarcia.

„Jak długo?” – przebiegło mu przez myśl.

Wtem otoczyli go i sprytnie zapędzili w potrzask, z którego nie mógł się wydostać.

„Już po mnie!” – jęknął bezgłośnie i kątem oka zerknął na rękojeść miecza wystającą znad barku.

Był już zmęczony, ale nie dał tego po sobie poznać.

„Żadnych słabości!” Pamiętał dobrze własne postanowienie sprzed lat.

Znienacka Tarik rzucił się na niego. Zauważył, że do tej pory obcy trzymał ich na odległość, ale teraz musi popełnić błąd.

„Po prostu musi!” – zawył w duchu z wściekłością.

Przybysz zareagował o ułamek sekundy za późno i nie zdołał już skontrować. Zablokował kijem pchnięcie, lecz tracąc przy tym równowagę, runął na ziemię.

– Już po tobie, gnojku! – krzyknął Tarik, który wylądował na nim.

Zwarli się w śmiertelnym uścisku, a ostrze sejmitara zatrzymało się na drewnianym drągu dosłownie o kilka cali od twarzy wędrowca. Przygwożdżony do ziemi ciężarem ciała przeciwnika, czuł, że nacisk z każdą chwilą staje się coraz większy. Pot wstąpił mu na czoło, mięśnie drgały pod ubraniem naprężone i twarde jak stal.

„Nie! – zakołatało mu w myśli. – Nie mogę pozwolić mu...”

Wtem rozległ się trzask i kij pękł, a przed oczami obcego przesunęło się całe jego życie. Opadająca klinga niechybnie rozpłatałaby mu czaszkę, gdyby w ostatniej chwili jednym, silnym wykopem nie przerzucił przez siebie napastnika. Najemnik spadł na ziemię, zaskoczony i zdezorientowany. Znów zerwali się na nogi, lecz nagle stanął między nimi Ablaj.

– Dosyć tego!

Ze złością odwrócił się w stronę brata i z całej siły trzasnął go pięścią w twarz. Tarik zatoczył się, a z rozciętej wargi popłynęła krew.

– Głupi, bezmyślny szczeniaku! – krzyknął. – Bawi cię to?! Tak go nie pokonasz!

Długowłosy szermierz z miejsca opamiętał się i przytomniejącym wzrokiem spojrzał na brata. Dwie połówki przełamanego kija wciąż tkwiły w zaciśniętych dłoniach wędrowca, ale on nawet nie zwrócił na to uwagi. Dopiero teraz odrzucił je od siebie i stanął naprzeciw nich bez broni, z pustymi rękami, a złowrogie cienie drgały w jego spojrzeniu.

– Nie róbcie tego.

Myśleli, że prosi o litość, a tymczasem on ich ostrzegał.

– Czas umierać, wędrowcze! – rzucił chłodno starszy z braci.

– Nie ja dziś zginę, lecz wy – powiedział cicho przybysz, a w jego głosie brzmiała nieuchronna, smutna pewność.

– Kpisz ze mnie?! – zawrzał wściekłością Ablaj.

– Nie tym razem.

Tarik napotkał spojrzenie brata i lekko kiwnął głową, bezbłędnie odczytując jego zamiar. To będzie ich ostatnie starcie. Jeśli w pojedynkę nie mogą go zabić, uczynią to razem.

„Teraz albo nigdy” – zadecydowali.

Osaczą przeciwnika i stosując tajemną, tylko sobie znaną taktykę, zasypią go gradem pchnięć, a potem zręczną manipulacją odwrócą jego uwagę, by jeden z nich mógł niespodziewanie zadać decydujący cios.

„Już nam się nie wymknie!” – przesądzili o losie przeciwnika i ruszyli wprost na niego, rozpoczynając swój taniec śmierci.

Ich ostrza zataczały w powietrzu błyskawiczne, precyzyjne kręgi. Z gardeł najemników wyrwał się krótki bojowy okrzyk i w tej samej chwili dłoń przybysza spoczęła na rękojeści jego miecza.

„Sami tego chcieli” – pomyślał z rezygnacją.

Nagle wszyscy trzej usłyszeli hałas i spoglądając w jego kierunku, zatrzymali się. Kareta wykonała gwałtowny zwrot, a konie zarżały i ruszyły z kopyta prosto na nich. Powóz przetoczył się z impetem środkiem gościńca, omal ich nie tratując, i popędził przed siebie, znikając wśród tumanów kurzu. W ostatniej chwili mignęła im przed oczami zakapturzona dziewczęca postać trzymająca lejce. Zanim się zorientowali, było już za późno. Serim rzucił się w pościg za powozem, krzycząc i wymachując rękami, lecz na próżno. Jego najcenniejsza zdobycz, którą miał ukryć i chronić przed Armandem van der Zahrem, oddalała się od niego bezpowrotnie. W przypływie rozpaczy i wściekłości cisnął kamieniem w ślad za niknącą mu z oczu karetą.

„Jak mogłem tego nie zauważyć?! – wyrzucał sobie w bezsilnym gniewie. – Niech to cholera! Niech to szlag! Niech to wszyscy diabli! Uciekły! Uciekły, bo nie powiedziałem im prawdy”.

Wbił jarzący się nienawiścią wzrok w zdumionego przybysza, a jego zaciśnięta ręka wznosiła się powoli tak, jakby chciał zadać mu cios.

– Po co się wtrącałeś?! To ja miałem je chronić! A przez ciebie już są martwe! Martwe, słyszysz?!

Nagle jednak nienawiść płonącą w jego oczach zastąpiła udręka, a pięść opadła z rezygnacją. Najemnik odwrócił się bez słowa i zagłębił w las, chcąc jak najszybciej opuścić miejsce masakry. Ablaj i Tarik schowali broń i bez słowa powlekli się za swoim dowódcą, posyłając wędrowcowi wyzywające, pełne nienawiści i pogardy spojrzenia.

Wraz z zapadającym zmrokiem wielowiekowy las zastygł w milczącym oczekiwaniu na to, co miała przynieść nadchodząca noc. Wtem spowity czarnymi chmurami nieboskłon został brutalnie rozdarty przez oślepiający błysk gromu. Ziemia zadrżała i po chwili z nieba spadły pierwsze krople deszczu, a potem rozpętało się prawdziwe piekło. Strugi ulewy zacinały bezlitośnie, a przeszywający wicher napełnił ciemność głuchym rykiem, pogrążając świat w mroku i chaosie.

Violette de Montraine z coraz większym trudem kierowała rozpędzonym zaprzęgiem. Cztery narowiste rumaki były niespokojne i pędziły przed siebie jak oszalałe. Nie wiedziała, jak długo jeszcze zdoła utrzymać je w ryzach, ale musiała wytrwać za wszelką cenę. Inaczej ona i jej siostra będą zgubione.

Wiodący przez wzgórza trakt stawał się coraz bardziej kręty i wyboisty, aż w końcu przybrał postać skalnej półki zawieszonej nad głęboką przepaścią. Znajdująca się już na skraju wytrzymałości dziewczyna zdawała sobie sprawę, że wystarczy jeden nieostrożny ruch lub chwila nieuwagi, by nigdy nie dotarły do celu swej podróży. A jednak wciąż miała nadzieję, że zdarzy się cud i pomimo wzmagającej się wichury poganiała zaprzęg, ostatkiem sił walcząc o życie.

Mimo to jej upór i desperacka odwaga nie zdały się na nic, gdy potężny piorun trzasnął prosto w drzewo rosnące obok drogi. W jednej chwili buchnęły płomienie, a przerażone konie stanęły dęba i gwałtownie zrywając się do galopu, pognały przed siebie wprost na zatracenie. Jednym silnym szarpnięciem wyrwały lejce z rąk dziedziczki, rozcinając tym delikatną skórę jej dłoni, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Tylko przerażenie odbiło się w jej oczach, gdy zdała sobie sprawę, że to koniec.

Do odgłosów rozszalałej nawałnicy dołączył przeraźliwy krzyk Violette w chwili, gdy spłoszone konie ściągnęły powóz prosto w przepaść. Drewniana kareta koziołkowała, rozbijając się o kolejne skalne występy, a w końcu legła strzaskana na samym dole. Jeden z rumaków zdołał zerwać się tuż przed tym i uciec w las, a reszta stoczyła się wraz z pojazdem. Ich zmasakrowane ciała leżały teraz na dnie głębokiego, ciemnego wąwozu, a deszcz padał nieprzerwanie. Mroczna przepowiednia Serima sprawdziła się, dając wyraz odwiecznej prawdzie o tym, że człowiek przeciwstawiający się potędze natury zawsze poniesie klęskę.


II
Wędrowiec

Przybysz, który tego dnia napotkał na swej drodze Serima i jego towarzyszy, zdołał w ostatniej chwili schronić się przed ulewą w małej wnęce pośród skał. Gdzieś tam w górze rozszalałe żywioły toczyły ze sobą zaciętą walkę, ale on był tu w miarę bezpieczny. Wokół niego panowała tylko nieprzenikniona ciemność, wilgoć, chłód i samotność – żadne z tych odczuć nie było mu obce. Po omacku odnalazł kilka suchych gałązek, a gdy wreszcie udało mu się rozpalić ogień, rozgrzał nad nim zziębnięte ręce i poczuł, jak przyjemne ciepło zaczyna mrowić go w palcach. Był zmęczony i głodny. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł...

„Wczoraj? Przedwczoraj?” – zastanawiał się.

Powoli ściągnął z siebie brudne, przemoczone łachy i przyjrzał się własnemu ciału, które stało się dziwnie wychudzone i blade jak cień. Pozostała w nim już tylko dawna szybkość i nadludzka wytrzymałość. Długa wędrówka kosztowała go już wiele – bardzo wiele. Oparł głowę o zimny głaz i przymknął powieki. Przemierzył już pół świata i nic... Sam. Zawsze sam. Wszędzie był tym obcym. Czy za kimś tęsknił? Tam, skąd przybywał, nie miał rodziny, domu, nikogo. Oprócz niej... Serce przeszył mu bolesny skurcz. Wiedział, że ona będzie na niego czekać, nawet jeśli nigdy nie powróci. W końcu zasnął znużony, a noc przyniosła ukojenie i gdy parę godzin później ktoś zawołał go we śnie: „Reynardzie”, rozpoznał jej głos i wiedział już, że musi ruszać.

Dochodziło już prawie południe, gdy wędrowiec szedł wąską granią, u stóp której rozciągała się głęboka, mroczna przepaść. Myślał o tym, że nie uda mu się dotrzeć dziś do miasta i będzie musiał znów przenocować w lesie, gdy wtem jego oczom ukazały się szczątki roztrzaskanej karety, spoczywające na dnie skalistego wąwozu.

Zimny dreszcz natychmiast przebiegł mu po plecach, a przed oczami jak żywy stanął najemnik krzyczący: „To przez ciebie będą martwe!”. Bez zastanowienia wydobył więc spod ubrania cienką, mocną linkę i starannie obwiązał ją wokół pnia grubego drzewa.

„Mówią, że nadzieja jest matką głupców – westchnął w duchu. – Niech tak będzie”.

Za pomocą sznura zaczął szybko i sprawnie spuszczać się po stromym zboczu, a w chwilę później był już na dole. Pośpiesznie przeskakując po głazach, którymi usiane było dno wąwozu, dotarł do karety i bez entuzjazmu potoczył wzrokiem dokoła.

„Nic” – pomyślał zawiedziony.

Żadnego ruchu, dźwięku, nawet szmeru... Tylko cisza. Dopiero wtedy powoli zaczął uświadamiać sobie, że nikt nie byłby w stanie przeżyć upadku z takiej wysokości.

„To niemożliwe” – stwierdził i zaśmiał się gorzko z własnej naiwności.

Poczuł, że musi jak najszybciej opuścić to ponure miejsce. Nie zamierzał szukać trupów, a przynajmniej nie tym razem. Być może nie powinien był się w to wtrącać, ale stało się, i reszta nie należała już do niego.

„Niech ktoś inny je pochowa” – rzekł w duchu.

Postąpił parę kroków naprzód i wtem wydało mu się, że w gąszczu ciernistych krzewów dostrzegł jakiś kształt. Zmrużył oczy i przyjrzał mu się uważniej, a gdy dostrzegł wyraźny zarys dziewczęcej postaci, bez namysłu rzucił się w jej stronę. Był pewien, że wzrok go nie myli – ona naprawdę tam była.

„Jej suknia – myślał gorączkowo. – Jaki to kolor? Kwitnącego wrzosu?”

Jednym mocnym szarpnięciem odciągnął kujące chaszcze broniące mu do niej dostępu.

– O, bogowie! – jęknął i kolana nagle ugięły się pod nim.

Z czasem do wszystkiego można przywyknąć i choć widok trupów nie wywoływał w nim już żadnych emocji, to teraz zacisnął mocno zęby, a coś w jego wnętrzu głucho zawyło. Dziewczyna leżała nieruchomo z głową roztrzaskaną o skały i wydawało się, jakby po prostu zasnęła.

Niepewnie wyciągnął dłoń i pogładził opuszkami palców jej blady policzek. Ciało było jeszcze ciepłe, a w oczach wędrowca drgały zagadkowe cienie. Mieszkańcy tych krain wierzyli, że na ziemię mogą zstępować skrzydlaci posłańcy niebios, ale czy to możliwe, by była jednym z nich?

– Śpij słodko, aniele – wyszeptał zdławionym głosem. – Nie chciałem tego, wybacz.

Odwrócił się, by odejść, i nagle kątem oka dostrzegł coś dziwnego – jakby poruszenie, jakby...

„Oddech?” – odkrył ze zdumieniem.

W ułamku sekundy przypadł do niej i pochyliwszy się, zaczął nasłuchiwać. Wtem jego twarz omiotło ciepłe tchnienie powietrza, tak słabe i ulotne jak wątła iskra życia, która jakimś cudem jeszcze się w niej tliła. Ale na jak długo to wystarczy? Powoli i bardzo ostrożnie podniósł dziewczynę z ziemi, po czym z powątpiewaniem spojrzał w górę.

„I co teraz?” – zapytał sam siebie.

Z wolna czuł, jak ogarnia go wściekłość. Znalazł się w potrzasku na dnie wąwozu, trzymając na rękach konającą dziewczynę, a jedyna droga powrotna wiodła prosto w górę. Czuł, że musi się spieszyć, inaczej ona umrze.

„Czy wszystkie siły na niebie i ziemi sprzysięgły się przeciwko mnie?!” – zawołał w duchu z mieszaniną wściekłości i irytacji.

Mógł liczyć tylko na siebie i wiedząc, że nikt nie pomoże mu wydostać się z tego przeklętego parowu, zaczął gorączkowo rozglądać się dokoła w poszukiwaniu innego wyjścia, lecz go nie znalazł. Znów podniósł w górę wzrok, próbując zważyć w rękach ciężar dziewczyny. Przez chwilę wydała mu się dziwnie lekka, mimo iż przemoknięta suknia ciążyła na niej i utrudniała mu ruchy. Wtedy podjął decyzję.

– Samobójstwo – mruknął.

To oczywiste.

„Ale do diabła z tym!” – rzucił wyzwanie losowi.

Przecież chciał ją uratować. Chciał tak bardzo, że... Wziął głęboki oddech i przerzucił przez ramię jej bezwładne ciało, a sam oburącz schwycił linę i rozpoczął żmudną wspinaczkę. Podejście było bardzo strome i niemal nadludzkim wysiłkiem udało mu się dotrzeć na samą górę. Pozostał jeszcze ostatni odcinek i choć znajdował się już tylko kilka stóp od urwiska, to pionowa ściana i bliskość krawędzi uczyniły pokonanie go prawie niemożliwym. Nagle jedyna wystająca skałka, na której znajdował oparcie, oderwała się i poszybowała w dół. Jego stopy na próżno szukały choćby najmniejszego zagłębienia w gładkiej litej skale. Sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej dramatyczna. W przypływie desperacji ostatkiem sił spróbował podciągnąć się, ale lina tylko bezlitośnie wrzynała się w jego dłonie. Czuł, jak pot zaczyna ściekać mu z czoła. Straszliwy wysiłek i poświęcenie nie zdały się na nic, a on zamiast piąć się górę, obsuwał się coraz bardziej.

„To koniec” – przeleciało mu przez myśl.

Zawisł tak pomiędzy życiem a śmiercią, trzymając na swoim ramieniu jeszcze jedno życie, które za wszelką cenę pragnął ocalić. Zacisnął z bólu zęby. Przecież doskonale znał swoje możliwości, a jednak tym razem się przeliczył. W duchu wyrzucał sobie własną lekkomyślność, ale najgorsza była świadomość, że naraził nie tylko siebie, lecz również ją.

Postawił wszystko na jedną kartę i teraz zapłacą za to oboje. Czuł, że zdrętwiałe palce nie utrzymają już długo takiego ciężaru. Ból w rękach stał się nie do zniesienia i zaraz runą z powrotem w przepaść. Dosłownie sekundy dzieliły ich od nieuchronnej śmierci, gdy wtem poczuł, jak jakaś silna ręka wciąga ich na górę.

„Wytrzymam – postanowił w nagłym przypływie nadziei. – Muszę wytrzymać! Jeszcze tylko chwilę”.

Znad krawędzi wyłoniła się chuda, sękata dłoń i z przedziwną łatwością wydobyła z przełęczy najpierw nieprzytomną dziewczynę, a potem jego. Gdy znaleźli się na górze, wędrowiec opadł na kolana, dysząc ciężko, i resztkami sił zmusił się, by podnieść wzrok. Spodziewał się wybawcy lub w najgorszym razie Serima i jego ludzi, a ujrzał... TO.

„Kim jest ten stwór?!” – omal nie wykrzyknął na głos zdumiony wędrowiec, gdyż nie do końca był pewnie, czy ma przed sobą człowieka.

Na pierwszy rzut oka wyglądał jak Belzebub rodem z ludowych opowiadań. Mierzył około sześciu stóp wzrostu i pomimo kościstej budowy ciała wydawał się silny. Wędrowiec obrzucił go uważnym spojrzeniem i natychmiast zauważył, że dziwnie nierówny, pokraczny chód wcale nie przeszkadza mu w szybkim i zwinnym poruszaniu się, a przygarbiona w wyniku jakiejś wrodzonej lub nabytej wady sylwetka odznacza się charakterystycznym ułożeniem szyi i głowy, które sterczą drapieżnie i niepokojąco, przywodząc na myśl padlinożernego sępa. Spod ciemnej plątaniny przyprószonych siwizną włosów niespokojnie błyskały czujne oczy, zdradzające głęboko zakorzenioną nieufność i wrogość wobec ludzi. Miejscowi wieśniacy bali się go, unikając jak ognia. I dobrze – wolał, by trzymali się z daleka. Nie tęsknił do ich towarzystwa. Jego powierzchowność sprawiła, że wiele lat temu został wyrzucony poza nawias społeczeństwa i teraz wiódł życie z dala od ludzkich spojrzeń pełnych wścibstwa i zakłamania.

Mimo tego Reynard nie ufał temu dziwnemu mężczyźnie. Nie wiedział, czego może się po nim spodziewać. Wtem zobaczył, jak obcy pochyla się nad dziewczyną i coś wyciąga z zanadrza.

– Hej, uważaj! – krzyknął. – Zostaw ją!

Mając złe przeczucie, skoczył i chciał go odepchnąć, ale nim się zorientował, silne ramię mężczyzny bez trudu cisnęło nim o pień drzewa. Wędrowiec błyskawicznie znów zerwał się na nogi i wtedy... wreszcie zrozumiał. W wysoko uniesionych dłoniach pustelnika tkwiły podarte w pasy tkaniny i zawiniątka z ziołami. Reynard popatrzył na niego ze zdumieniem i zrobił rękoma przepraszający gest. Odmieniec, nie spuszczając z niego wzroku, powrócił do przerwanej czynności, a przybysz pogodził się z tym, że musi mu zaufać. Nie miał innego wyboru. Trzeba było wrócić po drugą z dziewczyn i jeśli pomógł mu poprzednim razem, być może zrobi to znowu.

„Nie ma czasu do stracenia” – powziął decyzję.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.