Wygrana w Monte Carlo  - Jane Porter - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Wygrana w Monte Carlo ebook

Jane Porter

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Wygrana w Monte Carlo - Jane Porter

Baronowa Samantha van Bergen z przerażeniem przyjęła wiadomość, że została przegrana w karty wraz z majątkiem przez męża – nałogowego oszusta i hazardzistę. Wkrótce po wygraną zgłasza się bogaty, tajemniczy i nieprzewidywalny Włoch, Cristiano Bartolo. Oburzona Samantha wkrótce odkrywa, że Cristiano ma jakiś ukryty cel...

Opinie o ebooku Wygrana w Monte Carlo - Jane Porter

Fragment ebooka Wygrana w Monte Carlo - Jane Porter






Jane Porter

Wygrana w Monte Carlo

Tłumaczyła Monika Łesyszak

Harlequin


Tytuł oryginału: Taken by the Highest Bidder

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2005 Harlequin Presents, 2005

Redaktor serii: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Małgorzata Pogoda

Korekta: Zofia Firek






© 2005 by Jane Porter

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Życie są zastrzeżone.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona


ISBN 978-83-238-5024-3
Indeks 389994
ŚWIATOWE ŻYCIE – 71

Konwersja: Nexto Digital Services


Droga Czytelniczko!


Witam w lipcu. Lato mieni się już wszystkimi kolorami. Jeżeli jesteś na wymarzonym urlopie, może sięgniesz po książkę z serii Światowe Życie? Lato sprzyja lekturze i... miłości.

Oto różnorodna wakacyjna oferta:

Testament z Brazylii omal nie zniweczyłmiłości Nicka Ramireza i pięknej Tess...

Wygrana w Monte Carlo była pierwszym krokiem, który zrobił Cristiano, by zdobyć Samanthę...

Filmowa opowieść i Nieprzypadkowa dziewczyna (Światowe ˙ycie Duo) – dwie historie o krętych drogach do szczęśliwego związku.


Zapraszam do lektury


Małgorzata Pogoda
















Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.



Czekamy na listy! Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


ROZDZIAŁ PIERWSZY




Mąż Samanthy van Bergen znowu od wielu dni późno wracałdo domu. Jak zwykle w takich przypadkach wiedziała, gdzie go znaleźć. Przygotowana na ciężką batalię, owinęła się ciaśniej szarym aksamitnym płaszczem, spiesząc po schodach wielkiego Le Casino w Monte Carlo. Johann od niepamiętnych czasów grałnałogowo w karty. Dawniej przynajmniej częściej wygrywał. Z początku odchodziłod stolika, kiedy nie dopisywało mu szczęście. Z czasem zatraciłtę umiejętność, a wraz z nią resztki zdrowego rozsądku. Ostatnio siedziałw lokalu w nieskończoność, chociaż stracili już wszystkie oszczędności, luksusowy apartament w centrum miasta, a nawet ferrari. Co jeszcze pozostało? – pytała samą siebie bezradnie na marmurowych schodach budynku.

W gabinecie dla prominentów Cristiano Bartolo przyjąłnonszalancką pozę przy swym ulubionym stoliku. Kiedy otworzyły się drzwi, popatrzył w ich stronę, wściekły, że ktoś mu przeszkadza. Na widok pięknej baronowej van Bergen jego spojrzenie nieco złagodniało, a usta wykrzywił ironiczny uśmieszek. Cóż za znamienity tytuł dla nieśmiałej, młodej Angielki, pomyślał. Zdjęła właśnie płaszcz, przerzuciła go sobie przez ramię, odsłaniając białą wieczorową suknię. Nie rozumiał, czemu ta kobieta tak go fascynuje. Widziałją tylko raz, również w Le Casino, półroku wcześniej. Wywarła na nim tak wielkie wrażenie, że nie potrafiło niej zapomnieć.

Tamtego dnia grałw ruletkę. Nagle spostrzegł, że wszyscy mężczyźni obracają głowy w tę samą stronę. Gdy podążyłza ich spojrzeniami, zrozumiał. Drobna, szczupła baronowa miała twarz anioła. Otaczające ją złote loki spływały kaskadą na plecy. Tylko lekko przymrużone, czujne oczy przeczyły złudzeniu niewinności. Znał całe tuziny pięknych dziewcząt, lecz ta właśnie, zdecydowanie zbyt poważna jak na tak młody wiek, głęboko zapadła mu w pamięć.

Teraz przystanęła w drzwiach, czujna, skoncentrowana niczym Joanna d’Arc przed decydującą batalią. Zdecydowanym krokiem podeszła do męża, Johanna van Bergena. Cristiano nigdy go nie lubił. Dlatego właśnie z nim grał. Parę miesięcy wcześniej odkrył, że Johann nie tylko źle gra w karty, ale też brak mu siły woli, żeby opuścić lokal, gdy szczęście przestaje mu dopisywać. Tego dnia straciłjuż pięć milionów. Cristiano nie popełniał takich błędów. Wszelkimi sposobami dążyłdo zwycięstwa, kalkulował, obliczał swoje szanse. Nienawidził porażek. Ostatniej doznałtak dawno, że niemalże o niej zapomniał.

Nie do końca. Nadal odczuwałjej gorzki smak. Jednak ryzykował. I zwyciężał, tak jak teraz. Sięgnąłponownie po karty, żeby wykończyć przeciwnika, zrujnować, wdeptać w ziemię. W ramach rewanżu, z zemsty. Pchnąłgarść żetonów na środek stołu, podwyższając stawkę.

Popatrzyłspod rzęs na Samanthę van Bergen. Przykucnęła obok Johanna z płaszczem przerzuconym przez ramię. Położyła dłoń na jego udzie. Zdaniem Cristiana, na niewłaściwym. Powinna należeć do niego. Nie wątpił, że wkrótce będzie należała, choć przysięgała wierność innemu. Zazdrościł mu. Marzyło tym, żeby owinąć sobie jej złoty lok wokółpalca i umieścić między pełnymi piersiami tej piękności. Sięgnąłpo kieliszek whisky. Alkohol rozgrzałmu krew, podsyciłzarówno ciekawość, jak i pragnienie. Postanowił, że ją zdobędzie.

Zajrzał w głęboki dekolt białej sukni w złociste prążki. Powoli uniósłwzrok ku smukłej szyi, delikatnemu zaokrągleniu podbródka, wyraźnym kościom policzkowym, wreszcie ku zatroskanym błękitnym oczom. Strapienie zbyt wcześnie wyrzeźbiło zmarszczkę pomiędzy łukowatymi ciemnobrązowymi brwiami. Zaciśnięte usta nadawały ślicznej buzi bolesny wyraz. Anioły nie powinny tak cierpieć, pomyślałz przykrością. Wyobraziłsobie, jak te cudowne wargi miękną od jego pocałunków. Oczami wyobraźni widziałją na łożu, spragnioną pieszczot, ubraną jedynie w złoty naszyjnik.

Lecz współczesna Joanna d’Arc nie zwracała na niego uwagi. Nie obchodziłjej nikt prócz męża. Właśnie przystąpiła do działania. Cristiano nie słyszał, co mu powiedziała, za to baron nawet nie raczyłściszyć głosu.

– Idź do domu – ofuknąłją bez żenady.

Lecz ona uparcie tkwiła przy jego boku. Szeptała coś z przejęciem tak, żeby inni nie słyszeli. Jeszcze bardziej go rozzłościła. Znowu na nią nawrzeszczał.

Choć przynosiłjej wstyd, patrzyła na niego z wysoko uniesioną głową, z jakimś bolesnym rodzajem godności. Następnie bez słowa oddała portierowi płaszcz, przystawiła sobie krzesło i usiadła z tyłu, za mężem.

Cristiano złożyłkarty, po czym rzuciłje na środek stołu. Wykorzystał chwilę przerwy, żeby nasycić oczy widokiem młodej, powabnej i niedostępnej kobiety, dokładnie takiej, o jakiej marzył. Właśnie jej nieprzystępność najbardziej rozpalała wyobraźnię. Dawno już nie doświadczałtak intensywnych emocji, nikogo tak mocno nie pożądał. Dopiero teraz poczuł, że naprawdę żyje. Śledził dalsze poczynania baronowej spod wpółprzymkniętych powiek. Raz po raz tłumaczyła coś gwałtownie mężowi, ten zaś całkowicie ją ignorował. Głupiec! Dostałrzadkiej piękności klejnot, a nie potrafił go docenić. Cristiano wezwałgo do odsłonięcia kart. Żadnych atutów. Ukrycie radości kosztowało go sporo wysiłku.

Sam patrzyła na męża z przerażeniem i niedowierzaniem. W kolejnym rozdaniu również dostałbardzo słabe karty, jednak zamiast wstać od stołu, najspokojniej w świecie kontynuowałgrę. Stracił resztki instynktu samozachowawczego. Konto bankowe dawno zostało opróżnione. Teraz właśnie postawiłwillę. Nie zostało już nic. Sam westchnęła ciężko. Serce podeszło jej do gardła.

Johann z jękiem pokazałkarty. Trzy siódemki, nic poza tym. Wraz z nimi oddałobcemu ich dom.

– To już koniec, przegrałem wszystko, nic więcej nie mam, Bartolo – oznajmiłbezbarwnym głosem, zakrywając dłońmi opaloną twarz.

Ten austriacki baron, znany w całym Monte Carlo playboy, spędzał całe popołudnia na słonecznym tarasie ze szklaneczką koktajlu w dłoni.

Przez ciało Sam przepływały na przemian fale zimna i gorąca. Poprosiła go raz, drugi i trzeci, żeby wracałdo domu. Kazałjej milczeć. Z rumieńcem wstydu na policzkach zagryzła wargi, świadoma, że Bartolo wszystko widzi i słyszy. Jego natrętne, przenikliwe spojrzenie doprowadzało ją do rozpaczy. Odbierało resztki sił, których tak bardzo potrzebowała, potęgowało poczucie osamotnienia, bezradności.

Bartolo z nonszalanckim uśmiechem wyłożył własne karty na stół.

– Niewiele ci brakowało do zwycięstwa.

– To prawda, omal cię nie ograłem – przyznał Johann.

Przywołał kelnera, żeby zamówić kolejną porcję trunku.

Sam zacisnęła ręce na kolanach. Nie pij więcej, Johann błagała go w myślach. Z całego serca nienawidziła Bartola. Z premedytacją rozpijał barona, wodziłgo za nos. Tylko po co? Ograbiłgo już z majątku, domu, resztek godności. Czego jeszcze chciał?

Johann pokiwałgłową. Przez chwilę patrzyłna przeciwnika. I nagle, wbrew wszelkiej logice, zaproponowałkolejną rundę. Na co liczył? Nie miał żadnych szans w rozgrywce z tym zimnym draniem, zwłaszcza po solidnej dawce alkoholu. Zdecydowała, że nie zostawi tego głupca na pastwę bezwzględnego Bartola. Powtórzyła swą prośbę. Ponownie ją zignorował. Za to wyrachowany barbarzyńca, Bartolo, zmierzyłją tak okrutnym spojrzeniem, aż przez całe ciało przeszedł lodowaty dreszcz. Dotknęła ramienia Johanna. Strzepnął jej dłoń jak natrętną muchę.

– Jeżeli sama nie wyjdziesz, zawołam ochronę.

Zrozpaczona Sam jeszcze raz spróbowała przemówić mu do rozsądku. Na próżno. Johann spokojnie odebrałod kelnerki kolejną szklankę trunku, następnie gestem przywołał ochroniarza.

– Pani baronowa wraca do domu. Proszę ją wyprowadzić.

Wszyscy obecni, z wyjątkiem Johanna, zwrócili ku niej głowy. Palił ją wstyd. Siedziała jak sparaliżowana jeszcze wtedy, gdy skromnie ubrany pracownik kasyna dotknąłjej łokcia.

– To nie w porządku – zaprotestowała głośno.

Odpowiedziała jej cisza. Tylko Bartolo posłał jej karcące spojrzenie. Jego oczy płonęły zimnym blaskiem. Ochroniarz szeptem poprosiłją, żeby wyszła. Wstała z wściekłością. Fałdy zwiewnej materii zafalowały wokół smukłej sylwetki.

– Jeśli nie obchodzi cię mój los, pomyśl chociaż o Gabby – zaapelowała na odchodnym po raz ostatni do jego sumienia.

Lecz on milczał, jakby wcale nie słyszał. Łapczywie wlewałw siebie alkohol.

Sam w milczeniu opuściła lokal. Odprowadzały ją gwizdy i piski jednorękich bandytów z końca sali. Nienawidziła kasyn, ich jaskrawych świateł, oszukańczego blichtru, który niejednego sprowadziłjuż na manowce. Na szczęście mężczyzna, który towarzyszyłjej do wyjścia, wykazałprzynajmniej tyle taktu, że jej nie popędzał. Wiedział równie dobrze jak ona, co dalej nastąpi. W końcu całe Monte Carlo zbudowano za pieniądze, wyciągnięte z kieszeni pozbawionych rozsądku ludzi o wypchanych portfelach.

Wróciła do domu. Odebrała śpiącą Gabby od sąsiadów, zaniosła do skromnej sypialni miejskiej willi, ułożyła na łóżku, po czym zamknęła za sobą drzwi. Usiadła w fotelu w salonie, szczelnie owinięta kocem. W domu panowało przenikliwe zimno. Nie włączyła jednak ogrzewania. Od dawna nie starczało im pieniędzy na takie ekstrawagancje. Ani też na nic innego. Łzy napłynęły jej do oczu. Usiłowała je powstrzymać. Zakryła oczy dłońmi. Nie wolno mi płakać, nie jestem przecież dzieckiem, powtarzała sobie w kółko. Bez skutku. Zbyt wiele złego ją spotkało. Łzy płynęły strumieniem spod zaciśniętych powiek. Uczyniła wszystko, żeby zapewnić Gabrieli lepsze życie. Dla niej wyszła za mąż bez miłości za kobieciarza, alkoholika, hazardzistę, dla niej znosiła jego zniewagi. Mimo wszelkich wysiłków nie zapobiegła katastrofie.

Nie wiadomo kiedy zasnęła w fotelu. Obudził ją

dopiero rano odgłos kroków na schodach. Niespełna pięcioletnia, zawsze radosna Gabby zeszła do niej już w ciemnoszarym mundurku z białymi lamówkami. Wyglądała przepięknie, jak zwykle. Niemalże każdego dnia ktoś zatrzymywałSam na ulicy, żeby podziwiać niezwykłą piękność dziewczynki. Jej matka była modelką. Pochodziła z Madrytu. Zagrała też kilka drobnych ról w filmach. Zginęła w tragicznych okolicznościach, gdy Gabriela miała rok. Samantha nie znała szczegółów. Ciemnowłosa córeczka o regularnych rysach, zielonych, okolonych nieprawdopodobnie długimi rzęsami oczach, odziedziczyła po matce urodę.

– Gdzie tato? – spytała mała.

Sam wstała i złożyła koc.

– Wkrótce wróci – odrzekła wymijająco, umyślnie przybierając niefrasobliwy ton, jakby nie przepłakała w fotelu całej nocy. – Jakaś ty grzeczna, sama się ubrałaś – pochwaliła, żeby odwrócić jej uwagę.

– Bardzo dawno go nie widziałam – marudziła Gabby. – A ty nawet nie zdjęłaś wieczorowej sukni.

Sam nie posiadała więcej eleganckich ubrań. Posłała dziecku możliwie beztroski uśmiech. Zdawała sobie sprawę, że nie wypadłprzekonująco.

– Zasnęłam podczas czytania – skłamała. – Teraz zjemy śniadanie, a później cię uczeszę.

W podobny sposób podtrzymywała beztroską konwersację o niczym przez całą drogę do szkoły. Kiedy została sama na chodniku, opuściły ją resztki sił. Nie wiedziała, co dalej począć. Nie miała nic, nawet konta w banku. Wcześniej pracowała dla Johanna jako niania. Po ślubie przestałjej płacić. Wszystkie skromne oszczędności wydała na potrzeby Gabrieli. Johann nie przyjmowałdo wiadomości, że dzieci wyrastają z ubranek, a nawet najukochańsze lalki w końcu się niszczą.

W drodze powrotnej podsumowała ostatnie cztery lata pobytu u barona van Bergena. Sprawy z roku na rok szły ku gorszemu, aż wreszcie została na dnie, bez środków do życia, bez żadnego oparcia. Gdyby miała rodzinę, zabrałaby do niej małą. Lecz ona wychowała się w sierocińcu w okolicy Chester. W wieku siedemnastu lat ukończyła szkołę. Stypendium z parafii umożliwiło jej naukę w Princess Christian College w Manchesterze. Mimo że w latach szkolnych dorabiała w kilku miejscach, ledwie starczało jej na utrzymanie. Życie nigdy jej nie rozpieszczało. Aczkolwiek od najmłodszych lat przywykła do skromnych warunków bytowych, takiej biedy jak teraz jeszcze nie zaznała. Dla siebie bez trudu znalazłaby zarówno posadę, jak i dach nad głową, lecz kto ją zechce przyjąć z dzieckiem?

Weszła po czterech schodkach do cudzej już willi. Ledwie zaczęła rozpinać płaszcz, usłyszała z salonu wołanie Johanna:

– Czy zechcesz poświęcić mi chwilkę?

Jaki uprzejmy pomyślała z gorzką ironią. Podążyła za głosem męża do pokoju. Promienie popołudniowego słońca rzucały na drewniany parkiet długie smugi światła. Grube ściany starego domostwa tłumiły wszelkie hałasy ruchliwego Monte Carlo. Cisza aż dzwoniła w uszach. Przytłaczała ją. Stanęła naprzeciwko fotela Johanna z rękami w kieszeniach.

– Zdejmij płaszcz – rozkazał szorstkim tonem.

Bez słowa spełniła polecenie.

Johann wziąłw rękę szklankę, bez wątpienia z jakimś alkoholem.

– Uregulowałem dług wobec Bartola.

Sam o mało nie podskoczyła ze szczęścia. Jednym zdaniem rozpędziłczarne chmury znad jej głowy. Nie kryła radości, obdarzyła męża promiennym uśmiechem.

– Naprawdę? Cudownie! – Nie zdążyła dodać nic więcej.

– Przyjdzie po ciebie za godzinę – przerwał gwałtownie.

– Co to ma znaczyć?

– Przegrałem cię w pokera.

Sam o mało nie zemdlała. Zaparło jej dech, przed oczami wirowały kolorowe płatki. Nie wierzyła własnym uszom. Wychodząc za niego, wiedziała o uzależnieniu od alkoholu i hazardu, znała wszystkie jego wady, ale takiego bestialstwa się po nim nie spodziewała. Postąpiła krok w jego kierunku. Następnego zrobić już nie była w stanie. Stała bez ruchu jak wmurowana. Johann siedziałw milczeniu, z zamkniętymi oczami. Sam wstrzymała oddech. Po namyśle uznała, że sobie z niej żartuje. Czekała na wyjaśnienie nieporozumienia. W nieskończoność. Na próżno. Nie usłyszała nic, tylko brzęk kostek lodu o ścianki naczynia. W końcu nie wytrzymała napięcia.

– Przestań kpić i wytłumacz, o co tu chodzi. Nie można przegrać człowieka w karty – zaprotestowała słabo.

Zaciskała tak mocno pięści, aż paznokcie raniły wnętrze dłoni.

Johann z wysiłkiem otworzył oczy. Obrzucił ją posępnym spojrzeniem. Zapadłgłębiej w fotel, następnie przyłożyłszklankę z zimnym napojem do czoła. Najwyraźniej męczył go kac.

– Czasami i to się zdarza.

– Tylko tobie – wypomniała z goryczą. Dygotała, jakby krew zamarzała w jej żyłach. – Nigdzie z nim nie pójdę. Znajdź inny sposób na uregulowanie długu.

– Jakaś ty stanowcza! Zmiękłabyś, gdybym zamiast ciebie postawił mojego słodkiego aniołka, kochaną Gabrielę. – Zerknąłna nią jednym okiem. Migotały w nim jakieś dziwne, złe iskry. Parsknąłironicznym, zł ośliwym śmiechem. – Rozważałem i ten pomysł, ale Bartolo chciał tylko ciebie. Nie rozumiem, po co mu nudna, zimna Angielka, bez wykształcenia, majątku czy koneksji.

Nawet jej nie uraził. Nie dbała o jego opinię, podobnie jak wtedy, gdy za niego wychodziła, wyłącznie po to, żeby obronić przed tym szaleńcem zaniedbywane, odrzucone dziecko.

– Zimna czy gorąca, nie ma to żadnego znaczenia. I tak kontakt fizyczny nie wchodzi w grę. Nie wyobrażaj sobie, że wepchniesz mnie do łóżka obcemu facetowi.

– W moim i tak nie było z ciebie pożytku. Co on zechce z tobą zrobić, to już jego kłopot.

Sam zaparło dech z oburzenia. Rzucił jej w oczy gorzką prawdę. W wieku dwudziestu ośmiu lat nie znała jeszcze mężczyzn, porywów pożądania. Nie martwiło jej to, nie potrzebowała wielkich namiętności. Wystarczyło, że po wielu latach samotności jedna osoba okazała jej serce. Przelała całą miłość właśnie na nią – na maleńką Gabby. Znosiła z pokorą wszystkie obelgi, póki nic nie zagrażało dziecku. Lecz teraz, gdy jej własny los zależałod dwóch bezwzględnych szaleńców, z których jeden cynicznie ją sprzedał, a drugi bez najmniejszych skrupułów kupił, nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, co czeka małą, bezbronną istotkę.

– Nie zostawię Gabby pod twoją opieką za nic w świecie! – wrzasnęła.

– Nie krzycz tak. Okropnie boli mnie głowa. – Pociągnął długi łyk ze szklanki. – Straciłem wszystko, apartament, samochody, willę, nic mi już nie zostało.

– Pójdę do niego, zrobię, co zechcesz, tylko pozwól mi adoptować Gabby – błagała ze łzami w oczach.

– Decyzja nie należy ani do mnie, ani do ciebie. Teraz Bartolo jest twoim właścicielem. A jego dziecko nie interesuje.

Załamał ją do reszty. Była jego żoną dokładnie przez czterysta sześćdziesiąt pięć dni, a przez poprzednie dwa lata pracowała u niego jako niania. Od początku wiedziała, że Johann jej nie kocha ani nawet nie lubi. Poślubiłją tylko po to, żeby uniemożliwić rodzinie matki Gabby odebranie dziecka. Stanowili małżeństwo tylko na papierze, nigdy w rzeczywistości. Myślała, że przez te wszystkie miesiące upokorzeń nabrała już odporności. A jednak teraz, gdy otwarcie potraktowałją jak bezwartościowy przedmiot, zadałjej cios w samo serce. Ogarniała ją rozpacz na myśl o tym, jaki los zgotuje córeczce – najwspanialszemu dziecku, jakie poznała, pracując jako niania w wielu bogatych domach. Postanowiła o nią walczyć za wszelką cenę. Chwyciła płaszcz z kanapy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com