Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić - Federico Moccia - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 812 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić - Federico Moccia

Niki i Alex od dwóch lat są szczęśliwą, zakochaną w sobie parą. Ona rozpoczyna studia na wydziale humanistycznym, on, starszy od niej o siedemnaście lat, pracuje w agencji reklamowej i jest spełnionym człowiekiem sukcesu. Pewnego dnia Alex zabiera swoją ukochaną na weekend do Nowego Jorku, podczas którego jedną z atrakcji ma być wieczorny lot helikopterem i lądowanie na dachu Empire State Building. Kiedy zbliżają się do słynnego wieżowca, w jego oknach na ostatnim piętrze zapala się napis: Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić. W ten sposób Alex oświadcza się Niki, a ta zachwycona się zgadza. Tylko czy na pewno to jest dobra decyzja? W odpowiedzi na to pytanie pomogą Niki jej nieodłączne przyjaciółki: Olly, Erica i Diletta, u których od czasów szkolnych też wiele się zmieniło. Federico Moccia kolejny raz z trafnością i humorem opisuje życie współczesnych 20- i 30-latków...

• kontynuacja losów bohaterów bestselleru Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie (MUZA 2009)

• czym marzą młode Włoszki u progu dorosłości?

• kolejna książka Federico Moccii, której adaptacja filmowa przyciągnęła do kin miliony Włochów

Opinie o ebooku Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić - Federico Moccia

Fragment ebooka Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić - Federico Moccia




















Federico Moccia

Wybacz,
ale chcę się
z tobą ożenić


Tytuł oryginału: Scusa ma ti voglio sposare

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

Zdjęcie wykorzystane na okładce:

© selena/fotolia.com

Copyright © 2009 Federico Moccia, Italy

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2011, 2012

© for the Polish translation by Karolina Stańczyk

ISBN 978-83-7758-183-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2012

Wydanie I


Moim przyjaciołom.
W związkach małżeńskich i nie.
I wszystkim, którzy o tym myślą.


Poślubię cię, bo
mnie rozumiesz
a nikt nie potrafi tego tak jak ty

Poślubię cię, bo
lubisz się śmiać
i jesteś tak samo szalona jak ja

Poślubię cię,
możesz być tego pewna
jeśli w końcu cię znajdę

Eros Ramazzotti, Ti sposero perché

(Poślubię cię, bo)


1

Kocham cię.

Alex chciałby powiedzieć to cicho, chciałby to wyszeptać. Ale po prostu uśmiecha się i patrzy na nią. Ona śpi smacznie zanurzona w pościeli. Jest słodka, miękka, zmysłowa, ma lekko nadąsane usta, rozchylone wargi pachną jeszcze miłością. Ich miłością. Ich wielką miłością. Zastyga na chwilę, ciarki zaczynają chodzić mu po plecach. Dreszcz wątpliwości. Niki, czy kiedykolwiek podobał ci się ktoś inny? Alex siedzi w milczeniu, nieruchomo, myślami sięga daleko wstecz, żeby lepiej zrozumieć. Znowu się uśmiecha. Ależ skąd, to niemożliwe. Co ja bredzę? Niki podoba się inny… To niemożliwe. Po chwili znowu nachodzą go wątpliwości, kładą się cieniem na ten okres jej życia, do którego nigdy nie miał dostępu. Jego krucha pewność rozpływa się natychmiast, jak lody w sierpniowy dzień w ręku kogoś, kto postanowił właśnie przejść na dietę.

Minął rok, odkąd wrócili z latarni na Niebieskiej Wyspie, z przepięknej wyspy zakochanych.

W ułamku sekundy przenosi się w tamto miejsce.

Koniec września.

– Alex, patrz… Patrz… Nie boję się!

Niki stoi wysoko na skałach, kompletnie naga, wygląda jak namalowana na tarczy słońca, które świeci za jej plecami. Najpierw się uśmiecha. A potem krzyczy:

– Leeecę! – Skacze w pustkę. Jej ciemne długie włosy, rozjaśnione gdzieniegdzie przez słońce i morze, przez te dni spędzone na wyspie, powiewają delikatnie za nią i po chwili słychać plusk! Już jest w wodzie. Znika w lazurowym morzu, wokół niej na powierzchni widać tysiące niebieskich bąbelków. Alex kręci głową rozbawiony.

– Nie wierzę, nie wierzę…

Wstaje z położonej poniżej skały, na której czytał gazetę, i również daje nura. Szybko wypływa tuż obok bąbelków, zaraz pojawia się obok uśmiechnięta Niki.

– I jak, podobało ci się, co nie? Nie umiałbyś tak, nie masz odwagi.

– Co ty opowiadasz?

– No to już… dalej, skacz!

– Nie, nie teraz… Mam lepszy pomysł… – Rozbawieni wybuchają śmiechem, przytulają się nadzy. Poruszają szybko nogami pod wodą, żeby utrzymać się na powierzchni. Ich pocałunek jest słony, długi, miękki, ma słodki smak miłości. Ich rozgrzane ciała przysuwają się i łączą pod orzeźwiającą wodą. Są sami. Sami na środku morza. Całują się raz i jeszcze raz, i jeszcze. Nadchodzi gwałtowny poryw wiatru. Gazeta odfruwa, unosi się, odlatuje daleko, coraz wyżej i wyżej, niczym rozzłoszczony i zbuntowany latawiec zerwany ze sznurka, który niespodziewanie rozpostarł skrzydła. Naraz jakby się rozmnożyła, kolejne strony otwierają się na wietrze i po chwili opadają, uderzając w Alexa i Niki.

– Nieee! Moja gazeta…

– Alex, co cię to wszystko obchodzi! Co tak bardzo musisz wiedzieć?

Rozdzielają się, odpływają szybko i zbierają zamoczone strony: tu reklama, tam wiadomości złe, tu dobre, tam gospodarcze, lokalne, polityczne, kulturalne.

– Moja gazeta… – Alex żałuje tylko przez moment. Po chwili znów jest radosny. To prawda, co muszę wiedzieć? Czego mi trzeba? Niczego. Wszystko mam. Mam ją.

Alex patrzy na Niki, która wzdycha i przewraca się w łóżku na drugi bok, jakby wszystko słyszała. Po chwili bierze głębszy oddech i śpi beztrosko dalej. Natomiast Alex jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powraca myślami w tamto miejsce, do tamtego wieczoru.

Siedzą przy rozpalonym na plaży ognisku, jedzą świeżą rybę upieczoną na kijach znalezionych w pobliskich zaroślach. Długo wpatrują się w gasnące pomału płomienie, wsłuchują się w szum morza, a potem taplają się nocą przy blasku księżyca w kałużach, które zostały po przypływie. Morska woda, uwięziona w nich przez cały dzień, teraz jest gorąca.

– Chodź, schowajmy się do groty spokojnej albo nie, lepiej do tej lśniącej albo do tęczowej…

Nadawanie nazw wszystkim zakątkom plaży, od kałuż po drzewa, skały, urwiska. – Ależ tak, to jest skała słoniowa! – Tylko dlatego, że jej dziwaczne zakrzywienie przypomina śmieszne ucho słonia. – A tamta to skała księżycowa, a ta jeszcze dalej, kocia… a tę poznajesz?

– Nie, co to jest?

– To skała seksu… – Niki przysuwa się do Alexa i gryzie go delikatnie.

– Aua, Niki, no co ty…

– Nudziarz z ciebie… Wydawało mi się, że na tej wyspie jesteśmy jak w Błękitnej Lagunie!

– Naprawdę? Ja myślałem raczej o Robinsonie Crusoe i jego Piętaszku…

– Ach tak… W takim razie na serio zamieniam się w dzikuskę! – Znowu gryzie Alexa.

– Aua, Niki…

Tu tracisz poczucie dnia i nocy, czas płynie spokojnie, jesz i pijesz tylko wtedy, kiedy naprawdę odczuwasz głód i pragnienie, żadnych spotkań, żadnych problemów, kłótni, scen zazdrości.

– Tu jest jak w raju…

– Możliwe, ale jednak trzeba trzymać się bardzo blisko siebie…

– Ej… – Niki się śmieje. – Co robisz?

– Mam ochotę…

– Ale wtedy trafimy do piekła…

– Raczej do raju. Wybacz, ale skoro mówię do ciebie skarbie, wszystkie drzwi stoją dla mnie otworem.

Niki nadyma usta jak mała dziewczynka, która sama nie wie, co chce powiedzieć, ale chciałaby być traktowana poważnie. Chciałaby być kochana. Alex patrzy na nią z czułością.

Od ponad roku są z powrotem w Rzymie. Każdy dzień jest inny, jakby oboje wzięli sobie do serca słowa piosenki Subsonica: „Nie może być rutyny między nami, nigdy u nas nie zagości w naszych pragnieniach, pośród bólu i radości…”.

Niki zapisała się na studia humanistyczne, od razu rozpoczęła naukę i zdała już kilka egzaminów. Natomiast Alex wrócił do pracy, jednak magiczny czas wspólnie spędzony na Niebieskiej Wyspie jakby ich naznaczył, dał im poczucie wzajemnej pewności siebie. Alexowi powrót do szarej rzeczywistości wydał się dość osobliwy. Dlatego podjął decyzję. Chciał wszystko zostawić za sobą, żeby ani jedna stronica jego nowego życia w żaden sposób nie miała związku z przeszłością.

I tak nadszedł ten dzień, dzień niesamowitej niespodzianki.

– Alex, ale tak wyglądamy jak dwoje wariatów…

– Daj spokój… Nie myśl o tym…

– Jak mam nie myśleć?

– Po prostu nie myśl i już. Jesteśmy na miejscu.

Alex wysiada z samochodu i szybko go okrąża.

– Poczekaj, pomogę ci.

– No chyba… Myślisz, że wysiądę sama z zawiązanymi oczami?! A co jeśli wysiądę na złą stronę, potem przejdę przez ulicę i…

– Nie mów tego nawet w żartach… Wiedz jednak, najdroższa moja, że nigdy bym o tobie nie zapomniał.

– Kretyn!

Niki, nadal z zasłoniętymi oczami, próbuje uderzyć go w ramię, ale nic nie widząc, chybia. Po chwili ponawia próbę i tym razem trafia go w szyję.

– Aua…

– Dobrze ci tak…

– Ale za co to?

– Za to, że wygadujesz takie głupstwa.

Alex masuje sobie kark na oczach zdziwionego portiera.

– Ale, kochanie, sama powiedziałaś…

– Tak, ale ty potem dodałeś ten kretyński komentarz!

– Jaki?

– Dobrze wiesz jaki… Że nigdy mnie nie zapomnisz, po tym jak skończę pod kołami samochodu…

Alex bierze ją za rękę i prowadzi w stronę wejścia.

– Słyszałeś, co powiedziałam? – Niki go szczypie.

– Aua! Oczywiście, kochanie…

– Nie wolno ci nigdy o mnie zapomnieć, bez względu na…

– Dobrze, ale w takich okolicznościach pamięć jest jeszcze silniejsza, no bo jeśli teraz, mając zasłonięte oczy, wpadniesz na przykład pod skuter…

– Kretyn! – Niki znowu próbuje go uderzyć, ale tym razem Alex szybko się uchyla i chowa za jej plecami.

– Skarbie, żartowałem…

Niki ponownie chce go uszczypnąć.

– Ja też!

Alex stara się uniknąć jej ręki, ale również i tym razem mu się nie udaje.

– Aua!

– Rozumiesz czy nie? – Niki się śmieje i dalej usiłuje go szczypać. Alex popycha ją delikatnie, opierając dłonie na jej plecach, stara trzymać się z tyłu.

– Dzień dobry, panie Belli – wita go rozbawiony portier. Alex kładzie palce na ustach, dając mu znak, żeby nic nie mówił.

– Ciii!

Niki zwraca się do niego podejrzliwie, oczy ma nadal zawiązane.

– Kto to?

– Jeden pan.

– Tak, to wiem, słyszałam go… a on cię zna! Gdzie jesteśmy?

– To niespodzianka! Poza tym nic nie widzisz… Myślisz, że powiem ci, gdzie jesteśmy?! Wybacz, ale… No, dobra, zatrzymaj się tu.

Alex wyprzedza ją i otwiera wejściowe drzwi.

– Nie ruszaj się…

– Nie ruszam się.

Niki wzdycha i krzyżuje ręce na piersiach. Alex wchodzi do środka, ściąga windę i wraca po Niki.

– Dobra, idziemy, idziemy, uważaj na schodek, cały czas prosto… Uważaj!

Niki jest przestraszona i odskakuje do tyłu.

– Na co?

– Och, to nic, przepraszam… Pomyliło mi się!

– Kretyn! Przez ciebie się uderzyłam, idioto!

– Kochanie… Trochę za bardzo mi ubliżasz… Źle mnie traktujesz!

– Bo zachowujesz się jak kretyn!

Alex się śmieje i wciska guzik w windzie, ale przed zamknięciem drzwi wchodzi jeden mężczyzna. Jest pulchny, ma około sześćdziesięciu lat. Z początku jest skonsternowany, po chwili patrzy rozbawiony na Alexa, potem na Niki z przewiązanymi oczami i znowu na Alexa. Unosi brew i przybiera wyraz twarzy bardzo doświadczonego mężczyzny.

– Jedźcie… jedźcie sami!

Po czym wychodzi z windy ze wszystkowiedzącym uśmiechem na twarzy.

Alex kręci głową i wciska guzik. Drzwi się zamykają. Niki jest zaciekawiona i odrobinę podniecona.

– Można wiedzieć, o co chodzi?

– Nic, kochanie, nic, wszystko okay.

Winda dojeżdża na piętro.

– Jesteśmy, chodź za mną. – Alex prowadzi ją za rękę i szybko otwiera drzwi, wprowadza Niki i zamyka je za nimi.

– Chodź, Niki… Chodź ze mną. Uważaj, tędy.

Pomaga jej przejść między niskim stolikiem, zafoliowaną jeszcze kanapą, wieszakiem na ubrania i nieodpakowanym telewizorem. Na końcu otwiera drzwi prowadzące do dużego pokoju.

– Gotowa? Ta-dam!

Alex zdejmuje z jej oczu opaskę.

– Niemożliwe! Jestem w swoim pokoju! – Niki rozgląda się wokół. – Jak dostałeś się do mojego pokoju… Co to za niespodzianka? Tam, na dole, to byli moi rodzice? Mieli inny głos… Nie myślałam, że to oni.

Niki wychodzi z pokoju i staje jak wryta. Salon jest zupełnie inny, podobnie korytarz i pozostałe pomieszczenia, łazienki i kuchnia. Wraca do swojego pokoju.

– Jak to możliwe? – Widzi swój stół, te same plakaty, zasłony, pluszaki. – To wszystko są moje rzeczy… ale w innym mieszkaniu!

– Tak, zmieniłem je dla ciebie. Chciałbym, żebyś czuła się w tym nowym domu jak u siebie… – Obejmuje ją. – A jak będziesz miała ochotę zostać u mnie, masz tu swój pokój… – Alex przysuwa się do Niki i pokazuje w telefonie wszystkie zdjęcia jej pokoju.

– Jak je zrobiłeś?

– Po jednym zdjęciu, co jakiś czas… – tłumaczy rozbawiony Alex i chowa komórkę do kieszeni. – Najtrudniej było mi znaleźć pluszaki… Podoba ci się? Nie mów, że nie… W końcu to ty wybrałaś kiedyś te wszystkie rzeczy!

Niki się śmieje, Alex podchodzi bliżej i przytula ją.

– Zainaugurujemy ten pokój? – Całuje ją delikatnie, miękko, radośnie. Odsuwa się, uśmiecha i szepcze do ucha z głową zanurzoną w jej włosach: – Jesteśmy w twoim pokoju… Ale nie ryzykujemy, że wejdą rodzice! Jest idealnie. Adrenalina, ale bezpieczna. – Lądują na nowym łóżku. Na jej łóżku, na ich łóżku. W ułamku sekundy roześmiani zatracają się w nowym miejscu, które od razu pachnie miłością.

Trochę później.

– Ach… To miały być twoje szuflady pod biurkiem… – Alex podchodzi do nich i otwiera wszystkie trzy jednocześnie. – Ale tu są atrapą, przerobiłem je na minibar… – Wyciąga butelkę szampana. – Kto wie, co trzymałaś w nich u siebie w domu… Próbowałem je otworzyć, ale zawsze były zamknięte na klucz…

Niki mówi tajemniczo:

– Małe i duże sekrety.

Alex patrzy na nią zaciekawiony, a potem się zamyśla. Ale po chwili całują się raz i drugi, i jeszcze raz. Piją szampana i wznoszą toast: „Za nowy dom!”. Trochę bąbelków, trochę śmiechu, nagły błysk w oku… Zazdrość ulatnia się w mgnieniu oka, rozpływa się ot tak, pozostawiając tylko smak miłości.

Alex prowadzi Niki za rękę i pokazuje jej resztę domu: salon, kuchnię, łazienki, całe mnóstwo rzeczy, które będą jeszcze musieli wybrać wspólnie. Wchodzą do sypialni.

– Tu jest naprawdę pięknie… – mówi Niki.

Alex zauważa na komódce swój kalendarz. Przypomina sobie, co w nim napisał kiedyś w biurze. Pamięta, że na próżno szukał wtedy właściwych słów. Aż w końcu powstało zdanie: Nadchodzi w życiu taka chwila, kiedy wiemy, że to właśnie teraz trzeba zrobić ten krok. Teraz albo nigdy. Teraz albo już nic nigdy nie będzie takie samo. I to jest właśnie ta chwila. Zrobić krok. Zrobić krok. Nagle słychać jej głos. Znów jest teraz, jest noc.

– Alex…

Odwraca się do niej.

– Tak, kochanie?

Niki ma na wpół przymknięte oczy.

– Która jest godzina? Dlaczego nie śpisz?

– Myślę…

– Zrób sobie od czasu do czasu przerwę w pracy, kochanie… Jesteś świetny…

Niki przewraca się wolno na drugi bok, odsłaniając trochę nogi, czym natychmiast wzbudza w nim pożądanie. Alex się uśmiecha. Nie. Dam jej pospać.

– Śpij, skarbie. Kocham cię…

– Hmm… Ja ciebie też.

Alex rzuca ostatnie spojrzenie na kalendarz. Teraz albo nigdy. Wsuwa się pod kołdrę szczęśliwy, jakby wszystko już się zdarzyło. Obejmuje Niki od tyłu. Ta się uśmiecha. Obejmuje ją mocniej. Tak. Jest tak, jak być powinno.


2

– Kochanie, muszę lecieć… Chodź, śniadanie gotowe.

Niki nalewa z parującej kafetierki kawę do dwóch identycznych filiżanek. Wchodzi Alex. Nadal trochę zaspany siada naprzeciwko niej. Niki uśmiecha się do niego.

– Dzień dobry… Dobrze się spało, co?

– Nie najgorzej.

– Coś mi się zdaje, że zaraz znowu wskoczysz pod kołdrę…

– No co ty, też muszę niedługo wychodzić.

Niki podaje kawę i siada.

– Tu jest gorące mleko, tu zimne, a tutaj są herbatniki z czekoladą, które ostatnio kupiłam. Naprawdę pyszne, ale zauważyłam, że ich nie otworzyłeś.

Alex opiera dzbanuszek na brzegu filiżanki i nalewa trochę mleka. Niki zanurza usta i prawie chowa się za filiżanką.

– Kochanie, pamiętasz je?

– Te? Nigdy ich nie widziałem! – Alex obraca w rękach naczynie.

– Ależ, kochanie! Kupiliśmy je podczas naszej pierwszej wyprawy do Paryża! Pamiętasz, kiedy ci je kupiłam, powiedziałeś: „Pewnego dnia będziemy pić z tych filiżanek, jedząc śniadanie przy naszym stole w naszym domu”. Pamiętasz?

Alex upija cappuccino i kręci głową rozbawiony.

– Nie…

– Nieprawda. Ale to nic. W tym, co powiedziałam, nie ma żadnego podtekstu.

Alex omal się nie zakrztusił. Bierze jednego herbatnika, wkłada go do ust i zaczyna gryźć.

– Hmm… Pycha!

– Wyśmienite… Dobra, ja spadam, mam dziś świetne zajęcia… – Niki wyjmuje kurtkę z szafy i szybko się ubiera. – Aha, dzisiaj raczej nie zostanę na noc. Wracam do domu, potem się uczę, później idę na siłownię, a wieczorem jem kolację z rodzicami. Mam wrażenie, że zaczynają się niepokoić, że śpię co jakiś czas u „Olly”.

– Dlaczego?

– Bo skapowali, kim jest „Olly”.

– Ach, no tak…

Alex zastyga bez ruchu z nadgryzionym herbatnikiem w dłoni.

Niki się śmieje i zbiera do wyjścia.

– Nie pij za dużo kawy, bo wieczorem nie będziesz mógł spać… Prawda? – Patrzy na niego znacząco.

Alex udaje, że nie wie, o co chodzi.

– Tak, masz rację. Wczoraj za późno wypiłem ostatnią kawę w biurze…

Niki zastanawia się przez chwilę, przystaje.

– Słuchaj, Alex… Nie, nic.

Alex wstaje i podchodzi do niej.

– Co jest, Niki? No, mów.

– Nie, nic… – Otwiera drzwi. Alex je zamyka i zastawia sobą.

– Albo powiesz, w czym rzecz, albo spóźnisz się na zajęcia. No już, co ci chodzi po głowie?

– Mnie?

– A komu?

Niki patrzy na niego.

– Jestem ciekawa, o czym myślałeś dziś w nocy, kiedy patrzyłeś, jak śpię?

– Ach, to… – Alex oddycha z ulgą i wraca do stołu. – O czym mogłem myśleć? – Siada. Uśmiecha się do niej. – Myślałem, jaki ze mnie farciarz. Myślałem: ta dziewczyna jest naprawdę piękna. A potem myślałem o tej chwili… i że… Słuchaj, aż się boję o tym mówić.

Niki podchodzi do niego, w jej lśniących oczach maluje się szczęście i entuzjazm.

– Kochanie, nie ma się czego bać. Proszę cię, powiedz.

Alex patrzy jej głęboko w oczy. Bierze głęboki oddech i wyrzuca z siebie:

– Nigdy, w całym swoim życiu, nie byłem tak szczęśliwy.

– Kochanie, to jest piękne. – Niki zauroczona i także szczęśliwa, przyciąga go do siebie. Alex przytula ją, dyskretnie obserwując. Jest trochę zły na siebie. To nie wszystko, co chciałby jej powiedzieć. Ale niczego nie daje po sobie poznać. Niki wysuwa się z jego objęć.

– No dobra, muszę lecieć, inaczej naprawdę się spóźnię. – Całuje go pospiesznie w usta. – Usłyszymy się później. Zadzwonię. – Wychodzi, zostawiając go samego z połówką herbatnika w ręku i niepewną miną.

– Dobra… Pa, kochanie… – Przez chwilę myśli o słowach, które śpiewa Mina: „Proszę cię, teraz albo nigdy. Teraz albo nigdy więcej, jestem pewna, że mnie kochasz także ty”.

Zjada do końca herbatnik. Iść na całość teraz albo nigdy. Przecież to nieprawda. Jest jeszcze na to czas. Dopija cappuccino. Mam nadzieję, że to nieprawda.


3

Hol budynku jest naprawdę ogromny. Wszystkie ściany pomalowano na biało, a pomieszczenie bardzo mocno oświetlono. Podłogi pokryte specjalną żywicą przypominają niemal księżycowy krajobraz. Wielkie spiralne schody wzdłuż jednej ze ścian prowadzą na górę. Wszędzie wiszą gigantyczne fotografie kampanii reklamowych różnych kolekcji z ubiegłych lat, świadczące o znaczeniu i pozycji tego domu mody. W głębi, za przeszklonymi drzwiami, dwie śliczne i dobrze ubrane dziewczyny przyjmują interesantów. Siedzą przy dwóch małych biurkach, każda z otwartym przed sobą własnym laptopem i telefonem bezprzewodowym. Znajdujący się obok recepcji bar oferuje gościom czekającym na spotkanie różne smakołyki. Na przeciwległym końcu stoi bardzo duża i wygodna biała kanapa oraz długi niski stolik z masy perłowej, na którym leżą gazety i magazyny o modzie. Dwie na oko czterdziestoletnie kobiety siedzą i ewidentnie na coś czekają. Mają na sobie dopasowane garsonki i beżowe kozaki na szpilce. Są starannie umalowane i uczesane, jedna z nich trzyma skórzaną aktówkę. Rozmawiają w niezwykle dystyngowany sposób i świadomie ignorują to, co dzieje się wokół nich. Po chwili jedna spogląda na zegarek i kręci głową. Zdaje się, że ktoś każe im zbyt długo czekać.

Nagle wielkie szklane drzwi wejściowe się rozsuwają i pojawia się w nich ciemnoskóra piękność ubrana w zwyczajne dżinsy, bluzę i trampki. Za nią idą dziewczyny, niosąc pokrowce z ubraniami, które wyładowały właśnie z zaparkowanego przed wejściem SUV-a. Dziewczyna siada obok dwóch pań, które natychmiast ją lustrują, usiłując okazać obojętność. Witają się z nią chłodno i wracają do przerwanej rozmowy. Odpowiada z uśmiechem i znudzona przegląda swoją komórkę. Tymczasem dziewczyny nadal wypakowują rzeczy z samochodu. To pewnie modelka, która ma pokaz dla jakiegoś klienta.

Olly nerwowo chodzi w tę i z powrotem. Stara się nad sobą zapanować. Starannie dobrała każdy szczegół swojej garderoby. Ma na sobie piękne białe spodnie, sweterek i dopasowaną kurteczkę w kolorze lila spiętą w pasie dużym paskiem. W ręku trzyma teczkę z kilkoma rysunkami i zdjęciami wydrukowanymi na białym kartonie. No i oczywiście z życiorysem, który przesłała wcześniej wraz z podaniem o przyjęcie na staż. Serce bije jej strasznie mocno. Nie wiadomo jak pójdzie rozmowa. Kto wie, ile takich podań dostają. Mimo że wynagrodzenie jest nędzne, odbycie stażu tutaj to ogromna szansa. Możliwość bycia tu przez parę miesięcy, pracy przy kampaniach reklamowych, zaskarbienia sobie sympatii tych ludzi, to wszystko mogłoby otworzyć przed nią wiele drzwi. Nawet do prawdziwej pracy. Taką ma przynajmniej nadzieję.

Ciemnoskóra piękność wstaje z kanapy, bo jedna z recepcjonistek skinęła, żeby podeszła. Olly słyszy, o czym rozmawiają: czekają na nią na pierwszym piętrze. Teraz modelka odwraca się do dziewczyn, które przyszły tu z nią, i mówi, żeby do niej dołączyły. Idzie po schodach, jej ruchy są eleganckie i pewne.

Cholera, myśli Olly, naprawdę jest piękna. A ja? Kiedy moja kolej? Patrzy na zegarek. Już szósta. Kazali być o piątej trzydzieści. Uff. Zaczynają uwierać mnie buty. Noszę je od samego rana. Nie jestem przyzwyczajona. Za wysokie obcasy. Rzuca ostatnie spojrzenie na znikającą na szczycie schodów dziewczynę. Szczęściara, ma sportowe obuwie. Ale ona już tu jest. Już pracuje.

Po chwili pojawia się jedna z recepcjonistek.

– Przepraszam, pani Crocetti?

Olly odwraca się.

– Tak?

– Właśnie przekazano mi, że może pani wejść. Egidio Lamberti czeka na panią. Pierwsze piętro, pierwsze drzwi po prawej stronie. Zresztą wisi na nich tabliczka z nazwiskiem… – mówi z uprzejmym, acz powściągliwym uśmiechem.

Olly dziękuje i wchodzi po schodach. Egidio. Co to za imię. Kto to jest, ktoś sprzed naszej ery? Strasznie starożytne imię. Mniej więcej w połowie schodów upuszcza teczkę, która uderza głośno o stopień. Olly odwraca się, żeby zobaczyć, czy ktoś w holu to zauważył. Oczywiście widziały to obie panie siedzące na kanapie. Bacznie się jej przyglądają. Olly odwraca głowę. Wygładza ubranie. Nie chcę widzieć ich twarzy ani tego, jak się ze mnie śmieją. Nie chcę, żeby te nikczemne sztywniaczki przyniosły mi pecha. Z wysoko podniesioną głową idzie dalej. Wchodzi na piętro. Spogląda na prawo. Widzi drzwi i tabliczkę. Egidio Lamberti. Delikatnie puka. Cisza. Puka jeszcze raz, bardziej energicznie. Nadal cisza. Próbuje po raz trzeci, tym razem zbyt mocno. Zakrywa dłonią usta, jakby chciała powiedzieć „ups”, bo wie, że przesadziła. W końcu ze środka dochodzi głos.

– No wreszcie… Proszę wejść…

Olly unosi brwi. Co za wreszcie? To nie moja wina, że kazał mi czekać ponad pół godziny. Byłam punktualnie. Co więcej, byłam przed czasem. A w ogóle, co to za głos, taki nosowy? Niedobre przeczucie. Naciska klamkę.

– Można? – Przytrzymuje uchylone drzwi i zagląda do środka. Czeka na jakiś znak. Jak na przykład „proszę”. Ale odpowiada jej cisza. Zbiera się na odwagę, otwiera drzwi na oścież, wchodzi i zamyka je za sobą.

Za wielkim szklanym stołem siedzi około czterdziestoletni mężczyzna z łysiną na skroniach i wpatruje się w ekran Maca. Ma na sobie czerwoną koszulę i cienki różowy sweterek, na głowie borsalino w kratę i okulary w ciemnych oprawkach. Tylko czterdzieści lat. To imię w ogóle do niego nie pasuje, myśli Olly.

Mężczyzna nie podnosi nawet wzroku, ręką daje znak, żeby podeszła.

Olly z wahaniem robi kilka kroków.

– Dzień dobry, nazywam się Olimpia…

Nie daje jej czasu nawet na podanie nazwiska. Nadal nie podnosząc wzroku, mówi:

– Tak, tak, Crocetti… wiem. W końcu to ja wyznaczyłem pani spotkanie. Wiem, kim pani jest, prawda? Proszę siadać. Olimpia, co za imię…

Serce Olly bije coraz mocniej. O co mu chodzi? Olimpia, co za imię? A jego? Bardzo niedobre przeczucie. Nie, nie, nie. Nie w ten sposób. Pozbieraj się. Odwagi. Oddychaj, to nic. To tylko trochę wkurzony facet, może mało spał albo źle zjadł, może nie uprawiał seksu dziś w nocy albo nie wiadomo od jak dawna… ale to tylko facet. Teraz trochę nad nim popracuję. Olly przywołuje na twarz najlepszy ze swoich uśmiechów. Pojednawczy. Szczery. Łagodny. Intrygujący. To uśmiech Olly w natarciu.

– Dobrze. Jestem tutaj w związku z podaniem o przyjęcie na staż… To będzie dla mnie zaszczyt…

– No ja myślę, że to będzie dla pani zaszczyt… jesteśmy jednym z największych domów mody na świecie… – Nie patrząc na nią, pisze dalej na klawiaturze swojego laptopa.

Olly przełyka ślinę. Supermeganiedobre przeczucie. Nie. Tu nie chodzi o jeden kiepski dzień. On po prostu zawsze jest taki zgryźliwy. Tak. To jeden z tych, co to mają trudny charakter, są ciągle zestresowani, nie wychodzą nigdy z pracy i nie widzą świata poza nią ani nie potrafią się wyluzować. Ale dam radę. Muszę dać radę.

– Szczera prawda. Właśnie dlatego was wybrałam…

– Nie, pani nas nie wybrała. Nas się nie wybiera. To my wybieramy. – Tym razem podnosi oczy znad komputera i patrzy na nią. Ot tak, bezpośrednio, nieodwołalnie.

Olly czuje, jak płoną jej policzki. I czubki uszu. Całe szczęście, że nie związała włosów, bo teraz wszystko byłoby widać. Bierze jeszcze jeden głęboki oddech. Nienawidzę go. Nienawidzę. Nienawidzę. Kim on jest? Za kogo się ma?

– Tak, ma pan rację. Oczywiście. Chciałam tylko powiedzieć…

– Pani nie ma nic mówić. Pani ma mi pokazać swoje prace i koniec. One będą mówić za panią… No już, proszę… – Robi pospieszny gest ręką. – Po to pani tutaj przyszła, prawda? Zobaczmy, co pani potrafi… i przede wszystkim, ile czasu nam pani zajmie.

Olly zaczyna się denerwować nie na żarty. Ale dzielnie się trzyma. Czasami trzeba umieć przyjąć cios, żeby dostać to, na czym nam zależy. Nie warto wdawać się w pyskówkę. Jest jasne, że ten facet to gnojek… Bierze jeszcze jeden wdech. Kładzie teczkę na stole i otwiera ją. Wyjmuje swoje prace. Sporo rysunków wykonanych różnymi technikami, także ubrań. Potem fotografie. Niki. Diletty. Eriki. Obcych ludzi spotkanych na ulicy. Portrety. Skróty perspektywiczne. Pejzaże. Wyjmuje jedną pracę po drugiej i pokazuje je Egidio. On bierze je, obraca w rękach, niektóre znudzony odkłada na bok. Mruczy coś do siebie pod nosem. Olly z trudem go słyszy, ale zbiera się w sobie i niechętnie pochyla nad stołem.

– Hmm… Banalne… Przewidywalne… Okropne… Znośne… – Egidio półgłosem strzela przymiotnikami, oglądając po kolei rysunki. Olly czuje, że zaraz umrze. Jej prace. Efekt wielkiego wysiłku i wielkiej fantazji, zarwanych nocy, łapanych w locie pomysłów, nadziei, że w zasięgu ręki znajdzie w odpowiednim momencie skrawek papieru i ołówek albo aparat. To wszystko potraktowane w ten sposób, byle jak, z odrazą, przez jakiegoś faceta, który ma na imię Egidio i ubiera się na różowo i czerwono. Wygląda jak geranium.

W końcu facet dociera do ostatniej pracy. To przetworzona w Photoshopie jedna z ostatnich kampanii reklamowych pewnego domu mody. A ściślej rzecz ujmując, tego domu mody. Egidio bacznie się tej pracy przygląda. Studiuje ją. Analizuje. Znowu mówi coś niewyraźnie pod nosem.

O nie. Nie tym razem. Olly usiłuje interweniować.

– Zrobiłam to ot tak, żeby poczuć się częścią waszego zespołu…

Egidio patrzy na nią znad okularów. Przenikliwie. Olly czuje się zażenowana i wbija wzrok w ścianę po prawej stronie. Wtedy zauważa to, co tam wisi. Wyeksponowane nad nowoczesnym meblem z drogiego drewna. Wielkie i cenne trofeum z tabliczką pod spodem: Dla Egidio Lambertiego, Eddy’emu mody i dobrego gustu. British Fashion Awards. Przygląda się dalej. Na ścianie wiszą również inne dowody uznania. Mittelmoda. Nagroda dla najlepszego młodego projektanta tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Oraz inne dyplomy i tabliczki. Na wszystkich jest jego imię. Nie Egidio. Eddy. Brzmi trochę lepiej. Przynajmniej jeśli chodzi o imię.

Olly odwraca się i spogląda na niego. Egidio-Eddy nadal uważnie ją obserwuje, trzymając w ręku przerobioną w Photoshopie pracę.

– Proszę mi coś wyjaśnić… Czy chce pani powiedzieć, że aby poczuć się bliżej nas, ukradła nam pani kampanię reklamową? I to pani zdaniem jest kreatywność?

Olly stoi jak wryta. Nie jest w stanie nic odpowiedzieć. Czuje, jak wilgotnieją jej oczy. Ale dzielnie się trzyma. Po raz kolejny. Powstrzymuje łzy i wtedy przypomina sobie zdanie, które ciągle pisała w swoim szkolnym pamiętniku. Każdego roku. Wpisywała je pod arkuszem ocen profesorów. „Świetni artyści kopiują, wielcy artyści kradną”. Prawie nie zdając sobie sprawy, wypowiada te słowa na głos.

Egidio-Eddy patrzy na nią. Potem spogląda na pracę. Następnie znowu na Olly.

– Jak na razie nie jest pani nawet tą, która kopiuje…

Olly, czerwona z wściekłości, już ma zabrać swoje prace i schować je do teczki. Ale sama nie wiedząc dlaczego, po raz kolejny bierze głęboki oddech i powstrzymuje się. Patrzy Egidio-Eddy’emu w oczy. Nie zauważyła nawet, jak bardzo są niebieskie. Jednym tchem wypowiada zdanie.

– No to jak, dostałam ten staż czy nie?

Mężczyzna zastanawia się przez chwilę. Znowu wpatruje się w ekran laptopa. Coś wstukuje.

– Spośród osób, z którymi się do tej pory spotkałem, pani jest najmniej nieudana. Ale tylko dlatego, że sprawia pani wrażenie osoby przytomnej… – Podnosi wzrok i patrzy na nią. – Wygląda na to, że ma pani również charakter. Natomiast pani prace są dla mnie prawdziwą udręką. Mogę skierować panią do działu marketingu, zważywszy jak bardzo podobają się pani nasze kampanie reklamowe… Ale oczywiście na początek będzie pani robić słynne fotokopie i kawę. Oraz archiwizować adresy, pod które wysyłamy zaproszenia i reklamy. Ale proszę nie odbierać tego jako upokorzenia. Mało kto rozumie, a zwłaszcza wy, młodzi, ile można się nauczyć, słuchając i poruszając się pozornie poza środkiem sceny. Tam, gdzie wszystko się dzieje. Sprawdzimy, czy ma pani w sobie wystarczająco dużo pokory, żeby przetrwać… potem się zobaczy… Teraz proszę zabrać te przedszkolne rysunki i już iść. Do zobaczenia jutro rano o wpół do dziewiątej. – Po raz ostatni spogląda jej prosto w oczy. – Punktualnie.

Punktualnie jak ty, myśli Olly, zbierając rysunki i zdjęcia i chowając je do teczki. Egidio-Eddy pochyla się w skupieniu nad swoim komputerem.

Olly wstaje.

– W takim razie do zobaczenia jutro. Dobranoc.

Zero odpowiedzi. Olly zamyka za sobą drzwi. Opiera się o ścianę. Spogląda do góry. Zamyka oczy i bierze głęboki oddech.

– Ciężko było, co? – Olly otwiera szybko oczy. Przed nią stoi chłopak, mniej więcej tego samego wzrostu co ona, szatyn o intensywnie zielonych oczach, w okularach w lekkiej oprawce. Ma rozbawiony wyraz twarzy. – Wiem, Eddy sprawia wrażenie bezwzględnego. Taki zresztą jest. Ale jeśli go do siebie przekonasz, masz z górki.

– Mówisz? Sama nie wiem… Po raz pierwszy mężczyzna nie spojrzał na mnie nawet przez chwilę! W takich chwilach nagle zaczynasz się zastanawiać, czy mimo że masz dwadzieścia lat, już się starzejesz? Brzydniesz? To cię od razu przygnębia! Zjechał mnie na maksa!

– Nie, to nie ma nic do rzeczy… taki po prostu jest. Ekscentryczny. Perfekcjonista. Bezwzględny. Ale również świetny, genialny i zdolny odkrywać talenty jak nikt inny. Ale wywalił cię czy nie?

– Powiedział, że od jutra odpowiadam za ksero. Niezły początek…

– Żartujesz! No jasne, że to niezły początek! Nie masz pojęcia, ilu ludzi chciałoby być na twoim miejscu.

– A niech mnie… Dobrze się dzieje we Włoszech, jeśli marzeniem ludzi jest kserowanie. Ale jeśli to jedyny sposób, żeby nauczyć się czegoś o modzie i rysowaniu, wchodzę w to…

Chłopak się uśmiecha.

– Brawo! Mądra i cierpliwa. Ach, ja jestem… – Wyciąga rękę, żeby się przedstawić, i wtedy wszystkie kartki, które trzymał pod pachą, spadają na podłogę i rozsypują się dookoła. Niektóre sfruwają po schodach. Olly wybucha śmiechem. Chłopak jest zawstydzony i się czerwieni. – Jestem niezdarą, oto jak się nazywam… – Kuca i zaczyna zbierać dokumenty.

Olly przyklęka, żeby mu pomóc.

– Niezdara na nazwisko, a na imię? – uśmiecha się do niego.

Chłopak czuje się trochę podniesiony na duchu.

– Simone, mam na imię Simone… pracuję tu od dwóch lat. W dziale marketingu.

– Nie, niemożliwe.

– Możliwe… tam właśnie pracuję.

– Ja też. Od jutra, jeśli masz jakieś ksero, dajesz je mnie. Eddy uznał, że mam zacząć tam, bo moje rysunki wzbudzają tylko politowanie.

– No nie! W takim razie będę zarzucać cię dokumentami!

– Hm, coś mi się zdaje, że już zacząłeś… – Olly zbiera dalej kartki.

Simone patrzy na nią zakłopotany.

– To prawda, przepraszam… masz rację. Ja to zrobię, i tak bardzo mi pomogłaś. Jeśli musisz iść, to idź…

Olly zbiera kartki, schodzi kilka schodków i podnosi te, które tam wylądowały. Wchodzi na górę i mu oddaje. Patrzy na zegarek. O, kurczę. Siódma.

– Dobra, lecę.

Simone wstaje, zebrał już wszystkie papiery.

– Jasne, rozumiem. Masz pewnie masę rzeczy do zrobienia. Wiedz, że od jutra nie będziesz miała zbyt dużo wolnego czasu! Wykorzystaj to dziś wieczorem!

Olly żegna się i idzie po schodach. Trochę niezdarny, ale zabawny, myśli.

Simone patrzy na jej plecy, obserwuje, jak się porusza, schodząc po stopniach. Zgrabna, szczupła, wyprostowana. Piękna. Tak, naprawdę piękna. Bardzo się cieszy, że następnego dnia znowu ją spotka. Przy kserokopiarce.

Olly czeka, aż szklane drzwi się otworzą. Żegna się z dwiema recepcjonistkami. Wychodzi z budynku. Następnie przechodzi przez dużą automatycznie otwieraną bramę, podchodzi do swojego skutera i wtedy go zauważa. Siedzi w samochodzie. W swoim nowym białym cinquecento z namalowanymi wzdłuż boków czarnymi pasami. Daje znak światłami. Olly macha do niego uśmiechnięta. Podbiega do samochodu. Otwiera drzwiczki.

– Och, Giampi! Co tu robisz? – Całuje go w usta. – Jestem taka szczęśliwa! Nie spodziewałam się!

– Kochanie, wiedziałem, że to dla ciebie ważny dzień, i przyjechałem cię odebrać. Zostaw skuter, potem po niego wrócimy – mówi Giampi i wrzuca jedynkę.

– Dobra, ale fajnie! To jedna z takich chwil, kiedy cieszę się, że po prostu jesteś…

Giampi patrzy na nią z udawanym żalem.

– Jak to, a wszystkie inne chwile to co?

– Też się cieszę… ale tym razem potrzebowałam po prostu odrobiny miłości!

Giampi znowu się śmieje. I chociaż te słowa odrobinę go uwierają, nie daje tego po sobie poznać.

– Jak poszło?

– Katastrofa… ale muszę sobie jakoś poradzić… – Ruszają w stronę centrum, zostawiając za sobą wielki budynek, i Olly postanawia mu o wszystkim opowiedzieć.


4

Niki szybko dociera na uniwersytet. Parkuje skuter przed wejściem, zakłada blokadę na koło i wraz z innymi studentami wchodzi przez bramę, za którą ciągnie się długa aleja. Idzie raźnym krokiem między zielonymi zadbanymi trawnikami, pośród tryskających fontann rozmieszczonych po obu bokach chodnika, w końcu dociera do schodów prowadzących na wydział. Kilkoro studentów siedzi na stopniach. Rozpoznaje kolegów ze swojego roku. Marca i Sarę, Lukę i Barbarę oraz swoją nową przyjaciółkę Giulię.

– Co tu robicie? Nie jesteście na zajęciach?

Luca wertuje szybko strony dziennika „Repubblica”, który zdaje się już przeczytał. – Była kolejna akcja okupacyjna Fali1

Niki ma ochotę się roześmiać. Myśli o Diletcie, Erice, a zwłaszcza o Olly. Fala, która jest „okupowana” przez… nie wiadomo kogo! Niedoczekanie! Ale zaraz poważnieje. Wie, że tu nie chodzi o żadną z nich.

– Dzisiaj też! Masakra. A miał być taki świetny wykład z literatury porównawczej. Kiedy jest coś ciekawego…

Nagle słyszy z tyłu ten głos. Nowy, nieznany, w którym czai się, śmiech…

– „Cicha formo, co sądom naszym na złość robisz, spokój mącisz, jak wieczność”.

Podobają jej się te słowa. Odwraca się roześmiana, przed nią stoi chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziała. Wysoki, chudy, z długimi, lekko kręconymi włosami. Ma piękny uśmiech. Obchodzi ją dookoła, wdychając jej zapach, zatracając się w jej włosach, jednak nie podchodzi za blisko, nie dotyka, muska tylko swoim oddechem i kontynuuje:

– „Na świecie nie ma nic stabilnego. Zgiełk jest waszą jedyną muzyką”.

Niki unosi brew.

– To nie twoje.

On się uśmiecha.

– Racja. To Keats. Ale chętnie ci go odstąpię.

Luca obejmuje Barbarę i mówi:

– Nie zwracaj na niego uwagi. Niki, to jest Guido… Znamy się od dzieciństwa. Nie było go w kraju, jego ojciec jest dyplomatą. Wrócił w zeszłym roku…

Guido mu przerywa.

– Kenia, Japonia, Brazylia, Argentyna… Dotarłem tam, gdzie łączą się te dwa państwa, do wodospadów Iguazu. To tam powstają magiczne tęcze. To tam przychodzą do wodopoju zmęczone kapibary i młode jaguary, to tam zwierzęta dżungli żyją spokojnie.

– I to tam rdzenne mieszkanki biorą kąpiel o zachodzie słońca. Pamiętam zdjęcia, które mi przysłałeś. – Luca się śmieje.

– Masz brudne myśli. To był cykl fotografii idealnych zachodów słońca, magicznej harmonii między ludźmi i zwierzętami.

– Hm, pewnie tak… Chociaż ja pamiętam tylko piękne kobiety… bardzo rozebrane.

– Bo je tylko chciałeś widzieć…

Barbara daje Luce kuksańca.

– Sorry, ale gdzie się podziały te zdjęcia? Nigdy ich nie widziałam.

Luca obejmuje ją mocno.

– Wywaliłem dwa lata temu… Chwilę przed tym, jak cię poznałem. – Próbuje ją pocałować. Ale Barbara wyślizguje się z jego objęć.

– Akurat, jak tylko do ciebie przyjdę, poszukam w szufladach…

Luca rozkłada ręce, po czym jedną kładzie na piersi, a drugą unosi do góry.

– Przysięgam, skarbie, wywaliłem je! A poza tym, to on sprowadzał mnie na złą drogę…

Barbara daje Luce kolejnego kuksańca.

– Widzisz, Niki, uważaj na tego Guido, kocha poezję, surfing… a najbardziej piękne dziewczyny.

Guido rozkłada ręce.

– Nie rozumiem, dlaczego oni tak mnie widzą… Zapisałem się na wydział humanistyczny tylko dlatego, że chcę studiować. To prawda, lubię surfing, uwielbiam fale, bo jak mawiał Eugene O’Neill, tylko na morzu jest się naprawdę wolnym. A co do pięknych dziewczyn, no cóż, to jasne… – podchodzi do Niki uśmiechnięty – patrzę na nie – obchodzi ją dookoła, taksując spojrzeniem – widzę, jak są ubrane, doceniam ich wybory… Wyobraźnia pracuje… Ale czego może chcieć kobieta piękna? Chce robić wrażenie na innych. Ale kim są ci inni… Nie tylko szata nas zdobi. A co z pięknem duszy? Zarezerwowanym tylko dla prawdziwych przyjaciół? Oto czego chciałbym doświadczyć…

Guido wyciąga dłoń w stronę Niki.

– Zostaniemy przyjaciółmi?

Niki spogląda na niego, potem na jego rękę, po chwili patrzy mu w oczy. Naprawdę piękne, myśli. Ale decyduje się na inne rozwiązanie.

– Przykro mi… W tym roku poznałam już wystarczająco dużo ludzi. – Wzrusza ramionami i odchodzi.

Giulia schodzi z murka.

– Poczekaj, Niki, idę z tobą…

Oniemiały Guido odwraca się do Luki i Marca, którzy się z niego śmieją.

– Źle poszło!

– Dzięki waszej reklamie…

– To jest nasza przyjaciółka…

– Chciałem, żeby została również moją…

– Jasne, twoją zdobyczą!

Guido kręci głową.

– Nic tu po mnie. Źle mnie oceniacie… Ale przynajmniej Niki wyraziła się jasno.

– Czyli?

– To banalne. Ale kto gani, ten kupuje.

– To już chyba nie Keats! – Barbara zeskakuje na ziemię.

– Nie… Ale ona rzuciła mi wyzwanie! Jak mówi Tukidydes: „Najodważniejsi są bez wątpienia ci, którzy mają przed oczami jasny obraz tego, co ich czeka, zarówno chwały, jak i niebezpieczeństwa, a mimo to ruszają, by je spotkać”.

Marco się śmieje.

– Tak, tak, ruszają nieustraszeni!

Luca kręci głową.

– Chciałbym zobaczyć, jak stawiasz czoła tym niebezpieczeństwom, gdyby Niki była brzydulą.


5

Erica podnosi wzrok znad książki do etnologii i antropologii kulturowej. Usiłuje do egzaminu powtórzyć w myślach ważny jej zdaniem akapit. W połowie się poddaje i zerka na stronę. Ponownie przenosi spojrzenie i próbuje jeszcze raz. Na nic. Wiedza nie wchodzi do głowy. Kiedy tak się dzieje, nie warto się zmuszać. Idzie zatem do kuchni, nalewa wody do czajnika i czeka, aż się zagotuje. Bierze filiżankę do zaparzania herbaty, cukier trzcinowy, łyżeczkę i stawia wszystko na stole. W szafce szuka blaszanej puszki, w której przechowuje ziołowe herbaty w torebkach. Jest. Otwiera ją. Zaczyna wybierać. Ma ich całe mnóstwo. Ta nie. Tę piła wczoraj. Ta jest bez smaku. O, ta. Ta jest dobra. Porzeczka, wanilia i żeń-szeń. Wyjmuje saszetkę i czeka. Jak tylko woda zaczyna wrzeć, wyłącza palnik, nalewa ją do filiżanki, wrzuca torebkę i całość przykrywa. Po trzech minutach zdejmuje przykrywkę, dosypuje cukier i siada. Dmucha, żeby herbata odrobinę wystygła, i upija łyczek. Dobra. Ma intensywny smak porzeczki. Bierze kolejny łyk, rozkoszując się mieszanką aromatów. Ogląda filiżankę. Jest biała, na górze fantazyjnie pomalowana w pomarańczowe kwiaty. Marki Thun. Nadal świetnie pamięta wieczór, kiedy Gio jej ją podarował. Przed Bożym Narodzeniem, trzy lata temu. Dobrze wiedział, jak Erica uwielbia herbatę i wszelkie akcesoria służące do jej przygotowania.

Przyszedł z wielkim kartonowym pudełkiem, w którym była filiżanka do zaparzania herbaty, filtr i przykrywka oraz mieszanka białej herbaty, malwy i hibiskusa. Jej zapach przenikał na zewnątrz, chociaż paczuszka była zamknięta. Erice bardzo spodobał się ten prezent. Prosty, ale przemyślany, wybrany specjalnie dla niej, wyszukany. Tak powinna wyglądać każda niespodzianka, w której przygotowanie wkłada się serce. Od tamtej pory zawsze pije w tej filiżance. Jakimś cudem jeszcze jej nie stłukła, co zazwyczaj czyni z innymi naczyniami. Gio. Jej Gio. Jakie to dziwne. Zostawiłam go, to prawda, ale w głębi duszy nie mogę się od niego uwolnić. Fale żartują sobie ze mnie z tego powodu. Mówią, że nadal go wykorzystuję, bo nie umiem przeciąć pępowiny. Że trzymam go przy sobie jak piękną maskotkę. Ale to nieprawda. Zależy mi na nim. To fantastyczny człowiek. Chyba wolno mi mieć go za przyjaciela, prawda? A skoro i jemu to odpowiada… Mógłby powiedzieć dość, ale tego nie robi. Poza tym, co w tym dziwnego? Jesteśmy w kontakcie, chodzimy wieczorami na piwo, wysyłamy sobie SMS-y, e-maile, czatujemy na Facebooku, łazimy po mieście, do kina, na koncerty. To wszystko. Oczywiście nie sypiamy ze sobą. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Co ja mówię, więcej niż przyjaciółmi, właśnie dlatego, że wiemy już, co to znaczy być razem. Skoro znamy wszystkie związane z tym problemy, teraz czerpiemy z tego związku to, co najlepsze. Co w tym dziwnego? Tylko dlatego, że nie wszyscy są wystarczająco dojrzali, żeby umieć przekształcić miłość w przyjaźń? Cieszę się, że nie straciłam Gio. Erica popija herbatę. Poza tym, co to ma do rzeczy, wiem, że czasami może być mu przykro, kiedy wie, że umawiam się z jednym czy drugim chłopakiem. Ale czy ja się z nimi zaręczam? No i przecież nie opowiadam mu wszystkiego. Dziewczynom zresztą też nie. Wyobrażam sobie, jak zareagowałaby Diletta, gdyby wiedziała, z iloma chłopakami umówiłam się od rozstania z Gio! Powiedziałaby, że jestem powierzchowna. Że nadwerężam swoją reputację. Reputacja! Wszystko zależy od tego, jak rozgrywasz karty. To nieprawda. Łatwo im mówić. Niki jest z Alexem. Olly zakochała się w Giampim. Diletta ma Filippa. Są w związkach. Ograniczone. Zdecydowały, że to wystarczy, że nie potrzebują poznać nikogo innego. Ale skąd wiedzą, że to ten właściwy? Ja chcę mieć pewność. Muszę eksperymentować. Chcę poznawać ludzi. Porównywać ich. Tylko tak któregoś dnia będę mogła wiedzieć na pewno, że spotkany mężczyzna jest dla mnie. Rozpoznam go właśnie dzięki temu. Dzięki tym wszystkim, których poznałam wcześniej. Poza tym to nic nieznaczące związki. Nikogo nie krzywdzę. Postępuję jak mężczyźni, prawda? Ich nikt nie krytykuje za to, że flirtują z dziewczynami. Od lat to samo. Kobiety są puszczalskie, a mężczyźni boscy. A czy Olly nie robiła dokładnie tego samego? I wszyscy ją za to lubili. Dobrze. Teraz kolej na mnie. To moje życie. Będę z nim robić, co mi się podoba. Poza tym jedyne dziewczyny, z którymi naprawdę się dogaduję, to Fale. Pozostałe to tylko znajome. Z mężczyznami jest łatwiej. Przy nich nie ma współzawodnictwa, nie muszę martwić się o sceny zazdrości, jeśli chcę któregoś poderwać. Jesteśmy sobie równi. Ja i oni. Często są znacznie lepsi od nas, kobiet. Naprawdę. Nawet z Francesco tak jest. Podoba mi się, jest fajny, miły, dobrze się przy nim czuję, ale absolutnie nie jest moim chłopakiem. Myślę, że on to rozumie i też mu to odpowiada. Uważam, że jeśli jestem szczera i spontaniczna w swoim zachowaniu, nie ma w tym nic niewłaściwego. Serce ma zawsze rację. Tak mówią piosenki, książki, filmy. Koniec końców mówi to również mój podręcznik do etnologii.

Erica dopija herbatę. Bierze filiżankę, opłukuje ją i odstawia na suszarkę, to samo robi z łyżeczką. Czajnik zostawia na kuchence, jest w nim jeszcze odrobina wody, teraz już letniej. Chowa na miejsce cukiernicę. Gotowe. Właśnie ma wracać do swojego pokoju, żeby się pouczyć, kiedy dzwoni domofon. Kto to może być? Erica spogląda na zegarek. Jest piąta. Nikogo nie oczekuje. Przechodzi koło swojego pokoju. Zerka do środka. W porządku. Niczego nie zauważył. Francesco nadal śpi w łóżku. Nie usłyszał. Erica podchodzi do drzwi. Bierze do ręki słuchawkę domofonu.

– Kto tam? – Stara się mówić niezbyt głośno.

– Cześć, gwiazdeczko, co porabiasz?

Erica cofa się o krok. Niemożliwe. A ten co tu robi?

– To ty, Antonio?

– No jasne, a kogo byś chciała. Dlaczego mówisz tak cicho, kiepsko słyszę, tu jest straszny ruch… Słuchaj, może miałabyś ochotę skoczyć ze mną do Baretto na Trastevere? Dziś wieczorem do drinków przygrywają didżeje.

Erica milczy. Po chwili odpowiada:

– Słuchaj, nie mogę, nie czuję się najlepiej, wolę zostać w domu. Wybierzemy się kiedy indziej, okay?

– No dobra. Szkoda. Wpuścisz mnie, żebym się z tobą przywitał?

Erica wzdycha.

– Lepiej nie, już jestem w piżamie, naprawdę. Zobaczymy się jutro na wydziale.

Antonio milczy przez jakiś czas. Potem się krzywi.

– Okay, jak chcesz.

Odchodzi trochę zirytowany, poprawia sobie spodnie biodrówki, znad których wystają bokserki firmy Richmond. Naprawdę bardzo chciał wyskoczyć z nią na drinka. Odkąd ją poznał, umówili się tylko parę razy, a chętnie robiłby to częściej. Ale ona ciągle mu się wymyka…

Erica odchodzi od domofonu i wraca do pokoju. Francesco nadal śpi. Wskakuje na łóżko.

– Hej, a ty ciągle śpisz! – Szturcha go lekko.

Francesco otwiera jedno oko i spogląda na nią spod przymkniętych powiek. Przekręca się na bok.

– Obudzisz się wreszcie? Jak możesz spać w obecności tak pięknej dziewczyny?!

Francesco unosi się nieznacznie na rękach.

– Ach… tak… piękna kobieta…

Erica daje mu kuksańca w bark.

– Aua! To prawda… – Francesco sprawia wrażenie kompletnie obudzonego. – Teraz, kiedy lepiej cię widzę, tak, istotnie jesteś piękna… a nawet jeszcze piękniejsza. Czy przypadkiem nie spotkałem cię w swoim śnie?

– Nieźle, nieźle, tym razem ci się udało… Następnym razem wyrzucę cię za drzwi gołego jak cię Pan Bóg stworzył!

Erica schodzi z łóżka i zasiada przed książką.

– Posłuchasz, co jest w tym rozdziale, i sprawdzisz, czy umiem?

Francesco wzdycha.

– Nie, daj spokój, nie chce mi się… podaj mi iPoda, posłucham muzyki i pomarzę jeszcze o tobie…

Erica się uśmiecha. No cóż, przynajmniej umie wywinąć się komplementami. Sięga nad biurkiem, bierze odtwarzacz i rzuca go do Francesca. Patrzy na książkę. Dobra, powtórzę sama. Chcę dobrze wypaść w przyszłym tygodniu na egzaminie u profesora Giannottiego. Ma go zatkać. I nie chodzi tu o sam egzamin… tylko o profesora, który jest zajebisty! Podoba mi się jak nie wiem co. A dobrze zdany egzamin to z pewnością najlepszy sposób, żeby zrobić na nim dobre wrażenie.


6

Cristina porządkuje szuflady komody w sypialni. Znajduje złożone koszulki Flavia. Bierze je do ręki. Ogląda. Przepełnia ją jednocześnie czułość i złość w stosunku do męża. Przytula je, wdycha ich zapach. Pamięta, kiedy je kupiła i kiedy on miał je na sobie. Każdą chwilę. Ile to już lat są małżeństwem? Osiem. Za nimi tak zwany kryzys siódmego roku. Ale to tylko gadanie. Miejskie legendy. Podawanie miłości w liczbach, określanie czasu kryzysu. Czemu to ma służyć? Głupi ludzki cynizm. Nagle wraca myślami do dnia, w którym kupiła mu tę koszulkę i przypomina sobie, jak założył ją po raz pierwszy. Kiedy odkłada ją do szuflady, zauważa schowaną pod spodem kopertę. Z czerpanego papieru w kolorze kości słoniowej. Niepokoi się. Niczego sobie nie przypomina. Otwiera ją. Czuje, jak gwałtownie zaczyna bić jej serce. Rozpoznaje charakter pisma. Staranny. Zwięzły. Lekko pochylony w prawą stronę. Patrzy na datę. Dwutysięczny. Pierwszy rok nowego milenium. Czternasty lutego. Walentynki. Zaczyna czytać.

Miłość. Hasło walentynek. Hasło dnia, który się ledwie zaczął. Miłość. To Twoje drugie imię. Siedzę przy stole w kuchni. Pewnie śpisz. Jest noc. Jutro rano zostawię Ci ten list pod drzwiami. Już wyobrażam sobie, jak wychodzisz z domu, jeszcze trochę zaspana, i zauważasz kopertę. Twoje piękne oczy błyszczą. Ty, która zawsze chowasz się w sobie, podnosisz ją i otwierasz. Zaczynasz czytać. Mam nadzieję, że się uśmiechasz. Jeden list, jeden mały list, w którym usiłuję zawrzeć kawał historii, naszej historii. To moje podziękowanie dla Ciebie za to, co czuję. Raczej niemożliwe, żeby zmieścić wszystko na dwóch kartkach, ale spróbuję. Ponieważ nie mogę tego odpuścić.

Mówią, że o miłości nie da się rozmawiać, że nią można tylko żyć. To prawda. Wierzę w to. Jeżeli wiem coś o miłości, to tylko dlatego, że przeżywam ją i oddycham nią dzięki Tobie. Nauczyłem się jej przy Tobie. Potem zrozumiałem, że tak naprawdę niczego się nie uczymy. Żyjemy i już, razem, blisko siebie, niczym wspólnicy. Ty jesteś miłością. Ja jestem miłością, kiedy jestem z Tobą. Szczęśliwy. Spokojny. Lepszy. Nadal pamiętam pierwszy raz, kiedy Cię zobaczyłem. Piękną. Na środku parkietu w tamtej małej dyskotece na Trastevere. Tańczyłaś roześmiana koło swojej przyjaciółki, poruszałaś się miękko. Miałaś na sobie króciutką błękitną sukienkę na cienkich ramiączkach, która falowała razem z Tobą. Twoje ciemne kręcone, rozpuszczone włosy opadały na ramiona, podążałaś za rytmem z zamkniętymi oczami. Zobaczyłem Cię i nie mogłem oderwać wzroku. Moi przyjaciele wybierali się w dalszą rundę po knajpach, ale ja odmówiłem. Pognałem do baru, zamówiłem dwa drinki i lawirując między tłumem, ze szklankami nad głową, tak aby nic się nie rozlało, podszedłem do Ciebie od tyłu, a ty nadal tańczyłaś. Twoja przyjaciółka zauważyła mnie i dała Ci znak brodą, odwróciłaś się. Z bliska byłaś jeszcze piękniejsza. Z uśmiechem podałem Ci drinka. Najpierw spoważniałaś, potem lekko się skrzywiłaś, a w końcu uśmiechnęłaś. Wzięłaś ode mnie szklankę i stuknęliśmy się nimi, dwie obce sobie osoby pośrodku roztańczonego parkietu. Potem rozmawialiśmy. Byłaś nie tylko piękna, ale i sympatyczna. W miarę jak Cię poznawałem, odkrywałem Twoje niezliczone zalety. Mam farta. Dużego. A kiedy myślę o wszystkim, co wspólnie robiliśmy, przepełnia mnie szczęście. Nasze krótkie wakacje w Londynie, na które polecieliśmy w piątek wieczorem, a z których wróciliśmy w niedzielę. Zwariowane spacery po Soho, kolacja i jak kochaliśmy się w tamtym parku, ryzykując, że zostaniemy nakryci. Mnóstwo śmiechu. Nasze starania, żeby dobrze mówić po angielsku. Popełniane gafy. Albo wypad na Stromboli, trzymaliśmy się za ręce, spacerując wąskimi uliczkami, pośród niskich, pięknych białych domów, pełnych roślin i kwiatów. Wejście na wulkan. Rybne uczty na tarasach restauracji. Śmiałem się, kiedy siedziałaś okrakiem na osiołku, który w ogóle Cię nie słuchał i nie chciał skręcić w lewo. Zabawnie wyglądałaś taka trochę zrezygnowana, jak ktoś, kto daje w końcu za wygraną. No i nasze rzymskie wieczory, długie spacery do późnej nocy, kiedy ani przez chwilę nie wiało nudą, mnóstwo spraw do omówienia, mnóstwo tematów do rozmowy. Nasze nagłe pocałunki, Twoje miękkie wargi dopiero co zwilżone owocowym błyszczykiem, takim jak lubisz. Każdy wieczór, nawet najzwyklejszy, w Twoim towarzystwie jest wyjątkowy. Nieważne gdzie, dla mnie zawsze jest świętem. Niewiele trzeba. Nawet kiedy się sprzeczamy, chociaż muszę przyznać, że sporadycznie, w głębi duszy mnie to bawi. Bo nigdy nie trwa to długo i zawsze się godzimy.

Mam tysiące fantastycznych wspomnień związanych z Tobą. Im więcej czasu upływa, tym bardziej jestem zakochany. Myślałem, że mocniej już nie można. Kocham Cię, kiedy się śmiejesz. Kocham Cię, kiedy się wzruszasz. Kocham Cię, kiedy jesz. Kocham Cię w soboty wieczorem, kiedy idziemy do pubu. Kocham Cię w poniedziałki rano, kiedy jesteś jeszcze śpiąca. Kocham Cię, kiedy śpiewasz do zdarcia gardła na koncertach. Kocham Cię rankiem, kiedy po wspólnie przespanej nocy nie możesz znaleźć swoich kapci, żeby iść do łazienki. Kocham Cię pod prysznicem. Kocham Cię nad morzem. Kocham Cię w nocy. Kocham Cię o zachodzie słońca. Kocham Cię w południe. Kocham Cię teraz, kiedy czytasz mój list, moje życzenia na walentynki i możliwe, że uważasz mnie za wariata. Co jest prawdą. A teraz szykuj się. Wyjdź. Przeżyj swój dzień. Ciesz się tym listem, którym chciałbym wywołać Twój uśmiech i zobaczyć w pełnym blasku Twoją urodę. Wszystkiego najlepszego, kochanie… Za godzinę wpadnę po Ciebie. To jeszcze nie koniec niespodzianek!

W oczach Cristiny lśnią łzy, nieruchomieją na chwilę, w końcu spływają po policzkach. Jaki był kochany. Jak wszystko było inne. Jaka chęć, żeby się zaskakiwać, być razem, kochać się. Byliśmy wyjątkowi. Wydawało nam się, że jesteśmy dla siebie stworzeni. My. A potem inni. Cały świat. A teraz? Gdzie się to wszystko podziało? Gdzie nam to umknęło? Dlaczego tak się czuję? Płacze, czytając te piękne słowa napisane tyle lat wcześniej. Myśli o ich długim związku, o tym, jak zobaczyła Flavia po raz pierwszy. Jak bardzo jej się spodobał. Był taki przystojny. Nie może uwierzyć, że wszystko tak się zmieniło.


7

Promienie słońca padają ukośnie na strome schody prowadzące ze wzgórza Pincio. Kilku kolorowo ubranych turystów patrzy z zachwytem na piazza del Popolo, pokazując sobie jakiś szczegół, wyznaczając skrót bądź dalszy cel wędrówki. Para Japończyków ustawia maleńki aparat cyfrowy, sprawdzając różne ujęcia, w końcu śmieją się piskliwie, gdy natrafiają na ich zdaniem najlepsze.

– Uważaj, wejdziesz im w kadr.

– Sorry, ale co mnie to obchodzi.

Diletta nagle prostuje się i z drwiącym uśmiechem na twarzy wchodzi dokładnie między obiektyw a obrany do uwiecznienia cel. Japończyk uśmiecha się i nieruchomieje. Czeka. Diletta przechodzi, odwzajemniając uśmiech. Japończyk znowu przymierza się do zdjęcia, ale po raz kolejny zmuszony jest do przerwania tej czynności.

– Diletta…

– Ale to nie moja wina, zapomniałam ci o czymś powiedzieć… – Wraca dokładnie w to samo miejsce, z którego wyruszyła. Japończyk zaczyna się denerwować. – Chciałam ci powiedzieć, że… – Całuje go w usta.

Filippo wybucha śmiechem.

– To jasne, że jesteś szalona… nie mogłaś poczekać, co?

– Nie. Jak to się mówi: kto ma czas, nie czeka na czas. A kto ma miłość, nie czeka w ogóle!

– Jestem z geniuszem! Z copywriterem! – Filippo szczypie ją delikatnie w policzki.

– Aua! Nie, co do copywritera, to mamy już jednego świetnego. A propos, muszę potwierdzić Niki… – Wyciąga telefon z kieszeni kurtki. Odblokowuje i szybko pisze SMS-a.

– Co potwierdzasz?

– Kolację, nie? Mówiłam ci, że dziś wieczorem idę do Niki… Właśnie, mamy zrobić zakupy!

– Jasne! A kto gotuje?

– Ty i tak nie jesteś zaproszony…

– Ale nie chciałbym, żeby ktoś otruł moją dziewczynę! Pamiętam, że ostatnim razem potem bolał cię brzuch!

– Przeziębiłam się.

– No tak, zawsze gotowa bronić swoich Fal!

– Oczywiście, najchętniej byś je pogrzebał żywcem, żeby zająć ich miejsce w moim sercu… ale i tak już całe należy do ciebie… Zamierzasz zamienić się w tyrana?

Filippo się śmieje i chce ją ugryźć.

– Tak, chcę cię całą zjeść, całą moją, tylko moją…

Idą pośród zieleni, żartują, obserwują przechodniów. Matki czytają kolorową prasę, podczas gdy ich dzieci bawią się przy ławce albo kawałek dalej, na tyle, by uciec przed bacznym spojrzeniem i móc ubrudzić sobie spodnie, nurkując w trawie. W pobliżu spaceruje para starszych ludzi, rozmawiają. Ona się śmieje, on lekko ją obejmuje.

Diletta odwraca się gwałtownie.

– Nie rzucisz mnie, jak się zestarzeję, prawda?

– To zależy.

– Od czego, przepraszam?

– Czy ty nie rzucisz mnie wcześniej!

Komórka Diletty wydaje dźwięk upadających monet.

– Gubisz pieniądze!

– Co ty! To sygnał wiadomości. Słychać, jak rozsypują się centimy. Jest super, wszyscy się na to nabierają. Nawet ty! – Diletta otwiera kopertkę i szybko czyta. – Świetnie. Potwierdzone. Za godzinę na piazza dei Giuochi Istmici… Wiesz, co zrobię? Kupię lody w San Crispino… Nigdy ich nie spróbowały, nadal mają słabość do lodów czekoladowych z Alaski… Co ty na to?

Filippo już jej nie słucha, zaczyna nucić pod nosem.

– Lody czekoladowe, trochę słodkie, trochę słone, jak ty, lody czekoladowe… – Robi gest, jakby chciał ją ugryźć, a Diletta wybucha śmiechem.

Odchodzą z Pincio przytuleni i spokojni, nie zdając sobie sprawy, jakie zmiany zajdą wkrótce w ich życiu.


8

Biuro Alexa. Wszystko po staremu. Ten sam chaos czający się pod maską opanowania i kontroli.

Do jego gabinetu wchodzi Leonardo z paczką w ręku i kładzie ją na biurku.

– Dzień dobry, to dla ciebie…

Alex unosi brew.

– Nie mam dziś urodzin. Nie mamy chyba żadnych terminów, raczej o niczym nie zapomniałem i absolutnie nie wydaje mi się, żebyś wkrótce miał do mnie jakąś szczególną prośbę… Mam rację?

– Zawsze nieufny. – Leonardo siada na brzegu biurka Alexa. – A czy nie pomyślałeś, że po prostu bardzo się cieszę z twojego powrotu?

– Na dowód tego dostałem już podwyżkę…

Leonardo się uśmiecha.

– Uznałem ją za niewystarczającą, choć to oczywiście… kupa pieniędzy. Ale mnie chodzi o coś bardziej osobistego…

Alex unosi drugą brew.

– Jednak ten nagły wybuch uczucia jakoś mnie nie przekonuje. – Zaczyna rozpakowywać prezent. Jest zaskoczony. – Płaski komputer i kamera?

Leonardo jest podekscytowany.

– Podoba ci się? To ostatnie nowinki technologiczne, można kręcić filmy w HD i montować je na komputerze, ściągać muzykę z iTunes, regulować jasność obrazu, dodawać efekty z pamięci. Ma zainstalowane supernowoczesne oprogramowanie… Krótko mówiąc, jeśli chcesz, możesz nakręcić film i wyświetlić go chwilę później. Dokładnie tak, jak to robi Spielberg.

Alex jest zaskoczony.

– Dzięki… Czy to znaczy, że zajmiemy się również produkcją filmową?

– Nie. – Leonardo zeskakuje z biurka i idzie w kierunku drzwi. – To znaczy po prostu, że bardzo mnie ucieszył twój powrót. Jeśli musisz zrobić jeden z tych swoich filmów: wyspa, latarnia, cała ta historia, o której mi opowiadałeś… to z tym sprzętem możesz spokojnie tego dokonać, nie ruszając się stąd.

Leonardo wychodzi z pokoju, a dosłownie sekundę później wchodzi bez pukania Alessia, wierna asystentka Alexa.

– O co chodzi? Rozmawiał z tobą?

– O czym?

– Zakładam, że o nowej pracy…

– Nie. Był tak szczęśliwy z mojego powrotu, że chciał tylko wręczyć mi prezent… Ten! – Pokazuje kamerę i cieniutki komputer.

– Niezłe! – Alessia bierze laptopa do ręki. – Najnowsze osiągnięcie Apple’a, MacBook Air, leciusieńki. Wiesz, że ma wbudowany system do montowania…

– …filmów.

– Czyli wiesz… Teoretycznie mógłbyś stać się nowym Tarantino.

– Mnie powiedział, że Spielbergiem.

– Jest trochę staroświecki.

W tym momencie wchodzi Andrea Soldini, genialny grafik reklamowy.

– Spójrzcie tutaj… Mam niesamowitą wiadomość. – Podchodzi ukradkiem. Alex i Alessia mu się przyglądają. Andrea wyjmuje z kieszeni spodni złożoną na pół kartkę.

– Znalazłem ten e-mail…

Alex uśmiecha się do niego.

– Zawsze wierny swoim zasadom, co nie?

– Zawsze.

Alex wraca na moment myślami do tamtego razu… inny e-mail, inna historia. Ale to stare dzieje.

Alex otwiera kartkę, którą podaje mu Andrea, szybko przebiega ją wzrokiem. Do firmy Osvaldo Festa… – Spogląda na Alessię i Soldiniego. – To do nas… Mając na uwadze wasze ostatnie międzynarodowe sukcesy, postanowiliśmy umożliwić wam przystąpienie do przetargu na reklamę naszego nowego samochodu, którego premiera odbędzie się wkrótce…– Alex czyta szybko kolejne wiersze, aż zatrzymuje się przy najważniejszej informacji – interesuje nas produkcja spotu filmowego!

Alex opuszcza list.

– Oto dlaczego dostałem komputer i kamerę… Cieszę się, że wróciłeś… Po prostu chce, żebym pracował za dwóch…

Andrea Soldini wzrusza ramionami.

– Może zrobił to bezwiednie?

– On? Wątpię.

Alessia uśmiecha się wesoło.

– Tak czy inaczej, będzie to kolejne fantastyczne wyzwanie.

Soldini przyznaje jej rację.

– Właśnie! I wreszcie bez tego pyszałka Marcella. Alex, daj spokój, to dla nas bułka z masłem!

Oboje zmierzają do wyjścia, Alessia zatrzymuje się w drzwiach.

– Wiesz co, Alex? Naprawdę się cieszę, że wróciłeś.

– Tak. Ja też… – mówi Soldini i wychodzą uśmiechnięci, zamykając za sobą drzwi. Alex patrzy na kamerę, potem na komputer i na zamknięte drzwi. Nagle wszystko staje się przerażająco jasne. Robią mnie w konia. Rozważa całą sytuację dokładniej. Z drugiej strony nikt mnie nie zmuszał ani nie robił nie wiadomo czego, żeby namówić do powrotu… Jestem tu, bo sam tak zdecydowałem. Tak właśnie jest, pracuję jak wcześniej, nawet więcej niż wcześniej, ale tylko dlatego, że dokonałem takiego wyboru. A teraz, jak to zwykle bywa, mamy nowe wyzwanie. Alexowi nie pozostaje nic innego, jak dojść do ostatniego, dramatycznego wniosku. Sam zrobiłem się w konia.


9

Późne popołudnie. Świeci piękne słońce, wbrew wszelkim prognozom prezentera pogody Giuliacciego, który przykrył je filuternymi chmurkami. A tu proszę. W czterech różnych częściach miasta cztery dziewczyny wsiadają do swoich samochodów albo na skutery. Każda ubrana jest wygodnie i fajnie, w sam raz na spędzenie kilku godzin w swobodnej atmosferze. Trampki, dżinsy, koszulki, krótkie kurteczki lub trencze i już są gotowe na spotkanie przyjaciółek.

Niki odpala swoją hondę SH50. Wkłada kask i siada. Rusza jak zawsze gwałtownie, cudem omijając przejeżdżający obok rower. Dorastanie jest trudne. Nowe obowiązki, nowe znajomości, różny rytm dnia. Czasami ma wrażenie, że się od siebie oddalają, że deprecjonują łączące je relacje. SMS-y nie przychodzą tak często jak kiedyś, wieczorne wyjścia też stały się rzadsze, obiecują sobie spotkanie, a potem z różnych powodów je przekładają. Okres licealny, kiedy to popołudnia ciągnęły się w nieskończoność i można było bez ograniczeń spędzać wspólnie czas, wydaje się bardzo odległy. Przyjaciółki są jak druga rodzina. Trzeba w nie wierzyć. Angażować się. Dbać o relacje. Odświeżać je. Próbować przejść przez życie, nie tracąc ich po drodze. A jednak jesteśmy tutaj. Nadal. Fale. Gotowe rzucić wszystko na parę godzin, żeby się spotkać. Jakie to fajne. Mam ochotę połazić, pośmiać się bez powodu, zjeść z nimi pyszne lody w Alasce. Właśnie tak. Niki uśmiecha się. Tak właśnie jest.

Olly wsuwa nową płytę do odtwarzacza w smarcie. The Best of Gianna Nannini. Kawałek Grazie. Jasne, że dziękuję. Dziękuję nam. Za to, jakie jesteśmy. Za to, że mimo wszystko nadal trzymamy się razem, jak wtedy, kiedy urządzałyśmy pseudopokazy mody na piazza dei Giuochi Istmici. Jak wtedy, kiedy udawałyśmy, że śpimy u mnie, a chodziłyśmy na imprezy. Jak w dniu, w którym kupiłyśmy moleskine’y, żeby przelać w nie swoje myśli i potem przeczytać je przy herbacie. I dzień, w którym je pogrzebałyśmy. I wtedy, kiedy siedziałyśmy w Alasce i wybierałyśmy dla siebie nazwę, Fale, łącząc w absurdalne słowa nasze inicjały. Tak. Było zabawnie, nadal to pamiętam. Olimpia… Erica… Niki… Diletta… OlErNiDi… NiErODi… DiNiErO. Jest! Diniero! Les Diniero, płacisz za dwa, bierzerz cztery! Ile śmiechu. A potem jeszcze N.E.D.O. Zwariowany brat rybki Nemo! Wymyślałyśmy dalej zabawne słowa, aż w końcu znalazłyśmy to właściwe. ONDE. Fale. Tak. Wielkie, silne fale. Fale, które szukają bezpiecznego brzegu, by móc ponownie wyruszyć. Fale na morzu, które nadal istnieje. Na przekór wszystkim, którzy twierdzą, że licealne przyjaźnie nie mają szans na przetrwanie.

Diletta patrzy na swoje odbicie w szybie samochodu. Ma dzisiaj na głowie burzę włosów, to chyba zasługa nowej odżywki. W reklamie mówili, że zwiększa objętość. Nie kłamali. Poprawia spinkę w kształcie serduszka wpiętą nad lewym uchem i wsiada do swojego czerwonego matiza. Włącza radio. Skacze po stacjach, na jednej szum, na drugiej skrót wiadomości, jeszcze dalej audycja o ekonomii i społeczeństwie, w końcu przestaje zmieniać kanały. Nie. Nie chcę tego. Wyjmuje z kieszeni na drzwiach etui z płytami. Otwiera suwak i przegląda płyty CD. Jedna, druga, trzecia… Jest. Czasami mamy wrażenie, że piosenki wiedzą, że to właśnie ich potrzebujemy, i same dają się znaleźć. Diletta bierze płytę i wsuwa ją do odtwarzacza. Och. Składanka, którą podarowałyśmy sobie we wrześniu, po wakacjach, przed rozpoczęciem roku akademickiego. Każda wybrała ulubione piosenki, a potem wypaliłyśmy je w czterech kopiach. Może z obawy, że siebie stracimy. Pierwsza piosenka. Giorgia. Jesteś przyjaciółką. Diletta prowadzi i śpiewa. Wzrusza się na wspomnienie tylu wspólnie przeżytych chwil. Tak. „Jesteś przyjaciółką, nigdy mnie nie zdradzisz, miłość odchodzi, a ty zostaniesz”. To prawda. Chociaż wolałabym, żeby moja miłość nie odeszła. W przeciwnym razie, Filippo, połamię ci kości! „Jesteś przyjaciółką, dzwoń, kiedy chcesz, jeśli na śmiech masz chęć. Czas płynie szybko, a my czekamy tutaj, od jednej tajemnicy do drugiej…” Tak, poczekamy i zawsze tu będziemy. „Zaufaj mi, jak ja ufam tobie, rozmawiamy godzinami, jesteś mi bliska, nigdy nie będziesz sama…” Nie. Wierzę, że wy również mnie nie opuścicie. „Jesteś przyjaciółką, nigdy się nie zmieniaj, jeśli potrzebuję pomocy, wiem, że jesteś…” Diletta sunie w korku i śpiewa coraz głośniej. Już prawie dojechała. Jest punktualnie. Czerwone światło. Diletta porusza rytmicznie głową. Odwraca się. No, nie, nie do wiary.

– Erica! – Diletta opuszcza szybę. Ponownie woła przyjaciółkę. – Erica!

Ale ta niczego nie widzi. Światło zmienia się na zielone i Erica rusza. Diletta kręci głową. Ta dziewczyna jest ślepa. Do tego jedzie złym pasem! Wieśniara. Diletta jedzie za nią. W końcu i tak jadą w to samo miejsce. Rozbawiona mruga długimi światłami i wciska klakson.

– Co on wyprawia? Kto to w ogóle jest? – Erica już ma zamiar coś pokazać, ale spogląda we wsteczne lusterko. Przygląda się. Rozpoznaje burzę jasnych loków. Co jest, to ona? Wariatka! Macha do niej ręką, pokazując język. Ścigają się trochę w drodze do celu. Cudem udaje im się zaparkować. Wysiadają i wybiegają sobie naprzeciw, przytulają się i podskakują jak szalone.

– Mam wrażenie, że nie widziałyśmy się całe życie!

– A co to ma do rzeczy! I tak cię kocham! – Skaczą dalej przyklejone do siebie, niczym piłkarze po strzelonym golu.

Chwilę później dołączają do nich Niki i Olly.

– A wy co robicie? Zaręczyłyście się?! – Niewiele myśląc, też przyłączają się do tego zwariowanego uścisku, mocnego i radosnego, na środku parkingu, wśród przechodzących ludzi, którzy zastanawiają się dlaczego te cztery rozkrzyczane dziewczyny tańczą w kółku.

– Dobra, starczy… Musimy zrobić zakupy!

– Nudziara…

– Dobra, dobra… ale pamiętajcie, że ja nie gotuję.

– Okay, w takim razie kupimy pizzę!

– Przyniosę pyszne, nowe lody, od San Crispino, pasuje?

– Poczekajcie… Niki, dlaczego postanowiłaś nas oszczędzić? Skąd to miłosierdzie?

– O co ci chodzi?

– Nie gotujesz, a więc nas nie podtrujesz!

– Wariatki!

Dalej żartują na środku ulicy, szturchają się roześmiane, ot tak, zupełnie nieważne, ile mają lat, są władczyniami świata, a to można poczuć tylko czasami, w chwilach wielkiego szczęścia.


10

Wieczór. Alex wraca do domu. Wchodzi szybko i od razu szykuje torbę. Otwiera szafę.

– Cholera jasna, i zgaduj tu teraz, gdzie sprzątaczka położyła moje spodenki… – Sprawdza w dwóch czy trzech szufladach. – O, jest koszulka… – Właśnie w tym momencie dzwoni komórka. Patrzy na ekran. To Pietro. O co chodzi? Tylko nie mów, że i tym razem mam po ciebie jechać. Odbiera połączenie.

– Wszystko wiem…

– To znaczy? Skąd? Niemożliwe, żebyś już o tym wiedział, jak to zrobiłeś?

Alex wzdycha.

– Bo zawsze jest tak samo. Chcesz, żebym po ciebie przyjechał.

– Nie. Znacznie gorzej. Nie gramy dzisiaj.

– Co? To ja pędzę na złamanie karku do domu, żeby iść pograć w nogę, a teraz nie gramy? Nie, natychmiast mi to wytłumacz, musiało stać się coś niezwykłego, skoro odwołujesz nasz mecz…!

– I stało się… Camilla zostawiła Enrica.

– Jadę po ciebie.

Chwilę później. Alex i Pietro jadą samochodem.

– Jak to się stało?

– Nie wiem, niewyraźnie go słyszałem, nie był w stanie mówić. Mam wrażenie, że chwilami łkał.

– Taa, pewnie. Ale zmyślasz.

– Przysięgam. Dlaczego miałbym ściemniać?

Dryń. Znowu dzwoni telefon Alexa.

– To Niki.

– Nic jej nie mów. Powiedz, że jedziemy grać…

– Ale tak to powinniśmy być już dawno na boisku, jest dziesięć po ósmej.

– No to powiedz jej, że dzisiaj gramy później…

– Ale po co?

– Potem ci wyjaśnię.

Alex kręci głową, odbiera telefon.

– Kochanie…

– O, cześć! Myślałam, że jesteś już na boisku…

Alex patrzy złym okiem na Pietra, który zaciekawiony porusza głową, jakby mówił: co jest?

– E, nie… Gramy trochę później, bo Pietro jak zwykle źle zamówił halę.

– Naprawdę? Nie okłamujesz mnie przypadkiem?

– Ja? Po co miałbym ci kłamać, skarbie? Jaki mógłbym mieć w tym cel?

Alex znowu patrzy krzywo na Pietra i kręci głową.

– Nie wiem, tak pytam, tak jakoś dziwnie brzmisz… Tak czy inaczej, chciałam ci powiedzieć, że idę do Olly. Jesteśmy wszystkie u niej umówione, a mam prawie rozładowany telefon. Najwyżej zadzwonię później, jak wrócę do domu.

– Nie możesz go teraz naładować? Albo wziąć ze sobą ładowarkę?

– Nie… Już wyszłam, właśnie mi się pokazała ostatnia kreska.

– No to możesz go naładować u Olly…

– Żadna z nich nie ma ładowarki, która pasuje do mojego telefonu… Kochanie, ale czym ty się przejmujesz? Przecież będziesz grać w piłkę…

– No tak… Kretyn ze mnie… Zdzwonimy się później.

– Jasne! Jeśli strzelisz gola, zadedykuj go mnie, tak jak to robią wielcy mistrzowie…

– Oczywiście!

– O właśnie, będziesz takim moim małym Tottim!

Alex rozłącza się i posyła Pietrowi fałszywy uśmiech.

– Gratuluję. Zawsze potrafisz wpędzić mnie w kłopoty, kiedy absolutnie nie ma takiej potrzeby…

– O co ci chodzi?

– Myśli, że jedziemy grać w piłkę, a my wcale nie zamierzamy tego robić.

– A gdzie tu problem?

– Że ją okłamałem.

– I co z tego. Tak jakbyś nigdy jej nie okłamał…

– Nigdy.

Pietro patrzy na niego bez przekonania. Unosi zdumiony brwi. Alex czuje, że jest obserwowany, spogląda na drogę, potem na Pietra, znowu na drogę i na Pietra. W końcu ustępuje.

– No dobra… z wyjątkiem tego razu, kiedy nie powiedziałem jej, że wróciła Elena…

– Nic jej wtedy nie powiedziałeś! Okłamałeś ją również co do tego, że zeszliście się ze sobą…

– Dobra już, dobra! To było ponad rok temu.

– I co z tego?

– O nie, to ja pytam „i co z tego”! Co to, przesłuchanie? A zresztą, chodzi o to, że dzisiaj wieczór, rok później, znowu ją okłamuję, i to bez żadnego racjonalnego powodu.

– I tu się mylisz, powód jest.

– Niby jaki?

– Przypuśćmy, że Niki spotka jutro Susannę i powie jej, że nie graliśmy.

– A co w tym złego?

– To, że dzisiaj wrócę bardzo późno do domu, ponieważ powiedziałem Susannie, że zaczynamy grać o jedenastej…

– O jedenastej?

– No tak. Powiedziałem jej, że zapomniałeś zarezerwować halę i dali nam ostatni możliwy termin…

– Nie wierzę!

Alex kręci głową i jedzie dalej. Pietro kładzie mu rękę na ramieniu.

– Dzięki… jestem dumny, że mam takiego przyjaciela jak ty…

Alex się uśmiecha.

– Chciałbym móc powiedzieć to samo.

– Aha… – Pietro zabiera rękę, jest opanowany. – Naprawdę?

– Nie… – Alex oczywiście wybucha śmiechem i ponownie kręci głową.


11

Enrico siedzi w salonie na fotelu. W ramionach trzyma malutką Ingrid, która śpi.

– To było tak, dacie wiarę, zadzwoniła do mnie… Zadzwoniła do mnie do biura i po prostu powiedziała: Dora jest do siódmej, potem wychodzi, postaraj się być w domu o tej porze, bo inaczej Ingrid zostanie sama…

Enrico spogląda na śpiącą Ingrid. Kołysze ją i poprawia jej śliniaczek.

– Rozumiecie?

Alex, Pietro i Flavio siedzą na kanapie naprzeciwko. Cała trójka z rozdziawionymi ustami. Enrico patrzy, jak z niedowierzaniem kręcą głowami. Alex jest najbardziej ciekawy.

– I co dalej?

– Dalej wróciłem tutaj w ostatniej chwili, Dora już zbierała się do wyjścia.

– Okay, ale Camilla… Gdzie ona jest?

Enrico patrzy na nich spokojnie. Spogląda na zegarek.

– Jest w samolocie. Za mniej więcej cztery godziny wyląduje na Malediwach. O ile wcześniej samolot nie spadnie, czego bardzo bym pragnął!

– Poleciała na Malediwy? Ale z kim?

– Z mecenasem Berettim, szacownym człowiekiem z mojego klubu, którego sam jej przedstawiłem.

– Ty? Ale po co?

– Camilla chciała przeprowadzić drobny remont w domu, robotnicy spartaczyli złącza w łazience, więc ciekła woda. Wraz z mecenasem Berettim wytoczyliśmy firmie proces o odszkodowanie…

– Za straty moralne?

– Moralne, Beretti przegrał sprawę, a ja straciłem żonę, która z nim odeszła…

Flavio wstaje z kanapy. Dopiero teraz Pietro zwraca na niego uwagę.

– Jesteś ubrany w strój do piłki nożnej…

– Może nie pamiętasz, ale mieliśmy grać, nie?

– Ano tak!

– Byłem już spóźniony… Przebrałem się w domu, żeby inni nie musieli na mnie czekać na boisku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyśmy grali… Ale potem zdarzyła się ta mała zmiana planów…

– Nazywasz to małą zmianą planów?!

Enrico wzrusza ramionami.

– To nie ma znaczenia, i tak byśmy przegrali.

– Nie byłbym tego taki pewien… Moim zdaniem to był dobry dzień na wygraną.

– Na pewno. – Enrico patrzy na nich i rozkłada ręce. – Teraz jeszcze czuję się winny straty tego zwycięstwa, które przeszło nam koło nosa.

– Ale pamiętajcie, że mieliśmy grać o jedenastej?

Flavio patrzy na Pietra, nic nie rozumiejąc, nagle uśmiecha się uszczęśliwiony:

– W takim razie gramy?

Alex kręci głową.

– Daj spokój, nie gramy…

Ale Pietro potakuje.

– Gramy, gramy…

Flavio jest już całkowicie skołowany.

– No to gramy czy nie? Może mi wyjaśnisz, Pietro?

– Posłuchajcie, to jest proste: nie gramy, ale gramy… Okay?

– To nie do końca jest jasne…

Pietro siada i rozkłada ręce.

– Dobra, chłopaki, wyjaśnię wam, jak ja to widzę. Prawdziwym problemem jest wierność.

Flavio patrzy na niego zaciekawiony.

– Co masz na myśli?

Pietro mówi dalej uśmiechnięty.

– Nie warto szukać wierności… Nie ma wierności na tym świecie… Ba, nie ma jej w tej epoce. Oscar Wilde mawiał, że wierność jest dla życia uczuciowego tym czym konsekwencja dla życia umysłowego – po prostu przyznaniem się do niepowodzenia. Zatem ja, o jedenastej, zamiast na boisko wejdę… pod kołdrę pewnej szczęśliwie poślubionej kobiety, której mąż gra gdzieś poza domem!

Flavio idzie do kuchni.

– Sorry, ale nie podzielam twojego zdania… Mogę wziąć sobie coś do picia?

– Jasne, w lodówce jest cola, piwo i jakieś soki.

Flavio mówi głośniej z kuchni.

– Wierność przychodzi sama, w sposób naturalny, kiedy związek dobrze funkcjonuje. Widać, że tobie się teraz nie układa… Ktoś ma na coś ochotę?

– Ciii! – Enrico sprawdza, czy Ingrid śpi. – Flavio, mógłbyś tak nie krzyczeć?

Flavio wraca z piwem do salonu. Tym razem mówi przyciszonym głosem:

– Ale my poruszamy tu tematy natury egzystencjalnej!

Alex robi dłonią gest, jakby chciał powiedzieć: mowa.

– No, jasne… Skoro chodzenie do łóżka z mężatką, której mąż jest poza domem, jest mniej lub bardziej dozwolone…

Flavio otwiera piwo.

– Wszystko rozumiem, ale czy nie mógłbyś, abstrahując od problemów Pietra, odłożyć Ingrid do łóżeczka?

– No, tak… – Enrico odnosi dziewczynkę do jej pokoju.

– Nie może się od niej oderwać, co?

Pietro kręci głową.

– Ani na chwilę. Pomyśl, co by zrobił, gdyby zabrała ze sobą dziecko… Już by nie żył.

Enrico wraca do salonu. Flavio usiadł z powrotem na kanapie i usiłuje go uspokoić.

– Nie możesz na razie mieć za złe Camilli, pomyśl, że do wczoraj wszystko szło dobrze… Niestety niespodziewanie coś się zepsuło.

– Tak, rura w łazience…

– I miłosna relacja… – Flavio dopija piwo, nagle jakby coś mu przyszło do głowy. – Sorry, ale tamten detektyw, dwa lata temu, nic nie znalazł, prawda?

Enrico patrzy na Alexa. Alex na Flavia. Flavio na Pietra. Enrico jest skonsternowany.

– No, nie, brak mi słów… Alex, opowiedziałeś im o tym?

Alex świdruje wzrokiem Pietra. Tak naprawdę mówił o tym tylko jemu. Tym razem przesadził, wpędził go w poważne kłopoty. Po raz drugi dzisiaj musi kłamać.

– Wybacz, Enrico, to było zbyt duże obciążenie dla mnie samego, musiałem się z kimś podzielić…

Pietro widzi, że popełnił błąd, i natychmiast usiłuje go naprawić.

– Okay, wiemy to nie od dziś, Enrico, że wynająłeś detektywa, bo nie ufałeś Camilli, ale nie zrozum nas źle. Jesteśmy grupą przyjaciół i musimy jako grupa stawiać czoło problemom. Dzisiaj padło na ciebie, ale jutro mogę to być ja albo on, albo on.

Flavio i Alex natychmiast dotykają swoich kroczy, żeby odegnać klątwę. Pietro to widzi.

– To na nic. Żaden zabobonny gest nie uchroni was przed porażką, jak ma na was paść, to padnie!

Być może Alex trochę zawinił. Powinien był oddać obie teczki detektywa Enricowi! Ale stało się inaczej.

Pietro klepie Enrica po ramieniu.

– Musimy założyć, że detektyw dobrze wykonał wtedy swoją robotę… Ale czasami trudno jest nam się pogodzić z faktem, że miłość wygasa, i koniec.

– Wielkie dzięki! Naprawdę, wielkie! – Enrico wstaje zirytowany. – Dziękuję ci bardzo, jesteś tym, czego potrzeba w takich momentach, jesteś jak aspiryna na ból głowy, jak syrop na kaszel…

– Masz rację, jak prezerwatywa dla dziwki! Przestaniecie w końcu się łudzić? – Pietro patrzy na trójkę swoich przyjaciół i kręci głową. – Jak możecie nadal wierzyć w bajki? W dzisiejszych czasach komórek, czatów, SMS-ów kobiety zdradzają, bawią się, flirtują, marzą, są romantyczne dla innych, generalnie kochają zdradzać tak samo jak mężczyźni. Jak inaczej można by wytłumaczyć moje niewiarygodne sukcesy, wliczając w to dzisiejszy wieczór? – Spogląda na zegarek. – Właśnie, nie chciałbym się przez was spóźnić, jasne?!

Pietro widzi, że pozostali patrzą na niego z dezaprobatą.

– Dobra, ujmę to tak… Kobieta po jakimś czasie zaczyna nudzić się tak samo jak facet, to nieprawda, że żeby iść z kimś do łóżka, musi być zakochana, sami to sobie wymyśliliście, co więcej, to my, mężczyźni, tak uznaliśmy, bo spodobała nam się idea, że kobieta ma z nami orgazm, bo nas kocha. Ale wcale tak nie jest! Mają z tego taką samą przyjemność jak my, o ile nie większą. Całe to gadanie, że trzeba z nimi rozmawiać, żeby je namówić… To nieprawda! Jak mówi Woody Allen, uprawianie seksu jest lepsze niż rozmawianie… Rozmawianie jest nieuniknioną męką na drodze do seksu. Jeszcze lepiej ujął to Balzac: „Lżej jest być kochankiem niż mężem. Z tej prostej przyczyny, że trudniej jest być miłym na co dzień, niż powiedzieć komplement od czasu do czasu”. To szczera prawda! Widzę to po sobie z Susanną, czasami nie idzie mi najlepiej, ale w roli kochanka daję z siebie wszystko!

Wtrąca się Flavio:

– Sorry, Pietro, ale w ogóle się z tobą nie zgadzam. A co z przyjemnością, jaką daje wspólne budowanie, co z chęcią posiadania bliskiej osoby tylko dla siebie? Mnóstwo rzeczy robię dla swojej żony, co nie zawsze jest łatwe. Żeby mogła się realizować, żeby była szczęśliwa i zadowolona!

– Ale co ty opowiadasz! Okay, w jakimś stopniu może być szczęśliwa, ale w końcu zostaje tylko rutyna, przeciętna kobieta boi się zmian! Wiesz, ile poznałem mężatek, które tylko dlatego, że poszedłem z nimi do łóżka, były gotowe odejść od męża, nadając inny bieg swojemu życiu, czuły się niczym heroiny w jakimś romansie… Ale jak tylko zrozumiały, że nie nawiążę z nimi żadnej dłuższej relacji, właśnie z obawy przed nudą, o której tyle mi opowiadały, natychmiast wracały do męża, o dziwo, bardziej zakochane niż kiedykolwiek wcześniej. I za każdym razem postanawiały od razu jechać na wakacje! Dla niektórych z nich byłem niczym terapeuta! Dajcie spokój, chłopaki, miłość jest czasami po prostu śmieszna…

Enrico patrzy na niego zdumiony.

– Czyli chcesz powiedzieć, że Camilla, biorąc pod uwagę jej zachowanie, jest kobietą odważną, zuchwałą. Prawisz jej komplementy!

– Słuchaj, nie mam ochoty rozmawiać teraz o waszych problemach. Nie można generalizować. Kobiety wmawiają wam, że są przy was, wierne, dają wam poczucie bezpieczeństwa… – Spogląda na Alexa z uniesionymi brwiami. – Może mówią wam nawet, że mają rozładowany telefon, bo nie mogą powiedzieć po prostu: dziś wieczorem chcę się spotkać z kimś innym… Bo w związku dwojga ludzi nie ma żadnych otwartych drzwi, wróciliśmy do czasów sprzed sześdziesiątego ósmego roku! Wszyscy zdradzają i wszyscy udają, że tego nie widzą.

Alex patrzy na niego poirytowany.

– Wiedz, że Niki naprawdę ma rozładowany telefon…

– Ach, tak. A skąd ta pewność?

– Bo mi powiedziała…

– Świetna odpowiedź.

– Poza tym, gdyby chciała umówić się z kimś innym, na pewno by mnie o tym poinformowała!

– Ta jest jeszcze lepsza… Zawsze lubiłem fantastykę… Victor Hugo miał świętą rację… „Kobieta, która ma jednego kochanka, jest aniołem, która ma dwóch, jest potworem, która ma trzech, jest kobietą”. Wiecie, ile żon i narzeczonych miało ze mną romans? Zalecam się do nich, wzbudzam w nich entuzjazm pierwszych randek, niespodzianek w łóżku… A one przez chwilę rozważają odejście od męża, czasami nawet od niego na trochę odchodzą, ale tylko mentalnie… po jakimś czasie zawsze wracają, są tchórzami, dokładnie tak samo jak my. Nawet w tym są do nas podobne! Kobiety to mężczyźni z cyckami, ale bez jaj.

– Jesteś okropny. Po co w takim razie się ożeniłeś?

– Ponieważ w pewnym momencie musisz dać kobiecie poczucie stabilizacji, której my zresztą też potrzebujemy… „Rodzina jest organizacją stworzoną przez naturę, by zaspokajać potrzeby mężczyzny”, jak mawiał Arystoteles. A Susanna była właściwą osobą. W każdym małżeństwie tak jest, zarówno ona, jak i ty przestajecie odczuwać satysfakcję, dzieci to za mało, dom też za mało… „Bycie mężem to praca na pełen etat. Dlatego wielu mężów nie daje rady. Nie daje rady skupić na tym całej swojej uwagi”, jak mówił Arnold Bennett. I, cholera jasna, miał rację! Wszyscy chcemy się zakochać, chcemy miłości… i szukamy jej gdzie popadnie! Śnimy o niej i wychodzimy jej naprzeciw!

Alex kręci głową.

– Co z tobą? Jesteś chodzącym Wikiquotem? Sypiesz cytatmi jak z rękawa…

Pietro przybiera uroczysty wyraz twarzy.

– Oczywiście, przygotowałem się w tej kwestii, żeby zaskakiwać moje słodkie zdobycze, one kochają cytaty, a co myślałeś… A to mówię zawsze, kiedy ktoś mnie krytykuje, posłuchaj… „Tuż po twórcy dobrego zdania nadchodzi, w pełni zasłużenie, pierwszy, który go cytuje”. Ralph Waldo Emerson.

Alex kręci głową.

– Jesteś niemożliwy. Niemniej jednak mam inne zdanie i nigdy nie zgodzę się z twoimi poglądami. Moi rodzice pobrali się i są szczęśliwi.

– Wyjątek potwierdzający regułę.

– To samo dotyczy rodziców Niki.

– Za wcześnie, żeby można być tego absolutnie pewnym, oni są w naszym wieku… A my, jak sam widzisz… – Dyskretnie wskazuje na Enrica – chylimy się ku upadkowi…

Właśnie w tym momencie dzwoni telefon Alexa.

– To Niki… – Odbiera. – Kochanie! A jednak ci się nie rozładował, co? – Alex patrzy z satysfakcją na Pietra i robi gest w jego stronę.

– Nie, udało mi się go naładować, bo okazało się, że ładowarka Olly pasuje… Jesteśmy u niej w domu! Skończyliście grać?

– Mhm. – Alex wstaje z kanapy i wychodzi do sypialni.

Pietro odprowadza go wzrokiem i wzdycha, odwracając się do reszty.

– Widzicie, coś mi mówi, że on też ma problemy.

Alex, w bezpiecznej odległości od pozostałych, kontynuuje rozmowę przez telefon:

– Tak, przerwaliśmy, bo jeden z nas miał kontuzję…

– Naprawdę? Który?

– Nie znasz go, taki jeden z przeciwnej drużyny… A potem poszliśmy do Enrica, który nie grał z nami…

– Źle się czuje?

– Gorzej…

– To znaczy?

– Żona go zostawiła.

– Aha. – Niki milczy.

– Niki?

– Tak?

– Czasami niestety tak się zdarza.

– Nie, no jasne, daj spokój… Ale ktoś przysięga przed Bogiem i chciałby, żeby wszystko poszło jak najlepiej… Tymczasem…

Alex jest spięty i zaciekawiony.

– Tymczasem?

– Nic. Nie potrafimy realizować marzeń.

– Tak, Niki, ale nie odbieraj tego tak źle.

– Nie, tylko jest mi po prostu przykro. Widzę niezdolność człowieka do doprowadzenia pewnych spraw do końca.

– Może oboje chcieli dobrze, ale potem coś się zmieniło…

– My też się zmienimy?

– Mam nadzieję, że nie.

– Ja też mam taką nadzieję… – Przybiera weselszy ton. – Chociaż niczego sobie nie przyrzekaliśmy, prawda? Prawda. Dobra, wracam do dziewczyn.

– Okay, usłyszymy się później.

Alex wpatruje się bez słowa w milczący telefon. To zdanie. Niczego sobie nie przyrzekaliśmy. Co to ma do rzeczy? Dlaczego tak powiedziała? Do tego powiedziała to wesoło. Co miała na myśli: całe szczęście, że niczego sobie nie przyrzekaliśmy? Coś lekko ściska go w żołądku. Hmm… Wsadza telefon z powrotem do kieszeni i wraca do salonu.

– Wszystko w porządku? – pyta uśmiechnięty i dziwnie zaciekawiony Pietro.

– Tak, wszystko świetnie.

Enrico patrzy na nich lekko oszołomiony.

– Dziękuję wam za zaangażowanie i ciepłe słowa. Zawsze wiedziałem, że mogę na was liczyć.

Pietro robi wymowny ruch ręką.

– Dobra, już dobra, nie wmówisz nam, że to stało się tak nagle, spadło na ciebie jak grom z jasnego nieba… Ona nie była szczęśliwa, skarżyła się, nie miała satysfakcji.

Enrico patrzy na niego skonsternowany. Również Alex i Flavio.

– Sorry, ale co ty możesz o tym wiedzieć?

– Noo… – Pietro rozgląda się wokół zaskoczony. – Niektóre rzeczy po prostu widać… Wszystko można było wyczytać z jej twarzy, no właśnie, wystarczy trochę wrażliwości. A tego akurat na pewno mi nie brakuje. A teraz wybaczcie, ale muszę iść przelecieć tę dziewczynę, która samotnie siedzi w domu. – Patrzy na zegarek. – Tak… dzieci pewnie śpią, a mąż dzwonił już kontrolnie. Cześć, chłopaki, do jutra.

Wychodzi, zatrzaskując za sobą drzwi.

– Nie brakuje mu wrażliwości, akurat… To potwór, oto kim jest!

– Hmm… – Flavio wzrusza ramionami – Trochę racji ma, czerpie z życia garściami, ma wszystko w nosie i bawi się, jakby miał osiemnaście lat.

Alex jest zaskoczony.

– Dziwne, że tak myślisz. W ogóle nie bierzesz pod uwagę, że ma żonę i dwójkę dzieci! Kiedy decydujesz się na nie, automatycznie wybierasz inne życie i nie można być tak nieodpowiedzialnym… – Właśnie wtedy Enrico bierze ze stolika zdjęcie. Camilla trzyma na rękach nowo narodzoną Ingrid. – A to? Co to jest? Fotomontaż? Matka z córką! – Ze złością ciska ramkę o ścianę, roztrzaskując ją w drobny mak.

– Opanuj się, Enrico… – Alex usiłuje go uspokoić. – Znam jedną dziewczynę, która urodziła dziecko, po czym zostawiła je tu, w Rzymie, z ojcem, ponieważ chciała spróbować czegoś innego w życiu, i poleciała do Stanów… Inna też zostawiła je ojcu i wyjechała do Londynu, a jeszcze inna zrobiła to samo i teraz pracuje w Paryżu…

– Rozumiem, czyli Camilla, która zostawia mi Ingrid i jedzie na Malediwy „tylko” na tygodniowe wakacje z innym, jest w zasadzie normalna.

– Może to jeszcze przemyśli.

– Może wróci.

– Tak, może, może… A ja wiem, że muszę znaleźć nową opiekunkę…

– A co z Dorą?

– Nie wiem jak, ale trafiła do nas przez mecenasa Beretti…

– I co z tego?

– Na znak solidarności ona również odeszła…

Flavio osłupiał.

– Ale na znak solidarności z kim? Mam wrażenie, że dzisiaj wszyscy powariowali…

– Zamieściłem już ogłoszenie, teraz będę musiał przeprowadzić rozmowy z kandydatkami!

– A to co, X Factor?

– Tak… dobrze by było!

– Mógłbyś sprawdzić, która z nich najlepiej śpiewa kołysanki!

– Takim to dobrze, zawsze macie ochotę na żarty…

Enrico ponownie rzuca się na kanapę, rozkłada nogi i odchyla głowę do tyłu. Flavio i Alex patrzą na niego. Wymieniają się spojrzeniami. Flavio wzrusza ramionami. Naprawdę trudno jest znaleźć właściwe słowa dla przyjaciela, który cierpi z powodu miłości. Siedzi zamknięty w swoim bólu, pośród mnóstwa niepotrzebnych pytań, a ty możesz dać mu tylko swoje własne, subiektywne rady, w żadnym razie nieprzydatne w życiu innego człowieka. Alex się przysiada.

– Chcieliśmy tylko, żebyś spojrzał na całą sytuację z lepszej strony…

– Tylko że nie ma lepszej strony…

– Wiesz, co mówił Friedrich Christoph Oetinger? „Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę, i mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego”.

– Jesteś jak Pietro z tymi swoimi cytatami, które mają usprawiedliwiać jego ochotę na seks…

– Jest tylko jedna różnica, ten cytat jest przydatny i ma pobudzić cię do przemyślenia sytuacji, w której się znalazłeś.

– Kim był ten Friedric Cris Tinger? Nigdy o nim nie słyszałem…

– Friedrich Christoph Oetinger. Był duchownym.

– Rozumiem. Dzięki, Alex, właśnie powiedziałeś mi, że powinienem uczyć się na księdza!

– Jeśli o to chodzi, wiedz, że to zdanie pojawia się w filmie Joint Venture, w którym bohaterowie w różnym wieku palą mnóstwo trawki… W takim razie ujmę to inaczej: na tym świecie jest cała masa rzeczy, jedynym problemem jest sposób, w jaki z nich korzystamy.

Enrico się uśmiecha.

– Wiesz, czasami słowa strasznie mi się podobają… Ale potem przystaję i myślę: cholera, bardzo brakuje mi Camilli. Wtedy wszystkie aforyzmy przestają mieć znaczenie, nawet piękne kwestie tego twojego duchownego… Mnie przychodzi do głowy tylko jedno zdanie Vasco: „To mnie boli brzuch, nie ciebie”.

Alex się śmieje. Racja, ból należy do człowieka, który go doświadcza, i żadne słowa tego nie wyjaśnią ani nie poprawią jego samopoczucia. Trudno się z nim nie zgodzić.


12

Olly od razu dostrzega, że Niki jest jakaś niewyraźna.

– Wszystko okay?

– Dlaczego pytasz?

– Masz taki zmartwiony wyraz twarzy…

– Nie, nic. Enrico rozstał się z żoną.

Erica przygotowuje koktajl dla wszystkich: truskawki, banany, brzoskwinie i mleko. Wyłącza blender. Myśli przez chwilę.

– Który to Enrico? A, ten… Nie podoba mi się…

– Erica!

– Wiecie, dziewczyny, w moim życiu jest teraz taki czas…

– Całe życie masz taki czas!

– Co ty opowiadasz! Zaczęłam chodzić ze Stefano, myślałam, że jest pisarzem, a tymczasem okazał się redaktorem w wydawnictwie.

– Rozumiem, ale co było ważniejsze: to, jaką ma pracę, czy to, jak się przy nim czułaś i co dla ciebie znaczył?

– Sama nie wiem, ale w jakimś sensie mnie okłamał!

– Jednak sama sobie wymyśliłaś, że właściciel znalezionego przez ciebie laptopa jest twoim księciem z bajki. No, proszę cię!

– Ależ skąd! Żeby chociaż redagował harlequiny!

– A po redaktorze Stefano był artysta Sergio, internista Giancarlo i szczypiornista Francesco… Czy to możliwe, że żaden z nich się nie nadawał i nie przetrwał miesiąca?

Erica wzdycha. Włącza ponownie blender. Mówi głośno, żeby przekrzyczeć hałas.

– Okay, eksperymentowałam. Co w tym złego? Kiedy masz do czynienia tylko z jednym facetem, co możesz wiedzieć o miłości? Poza tym, dopóki Olly tak postępuje, to wszystko jest w porządku, ale kiedy ja, to już nie…

– Co ja mam do tego?! – Olly wskakuje na kanapę, chwyta poduszkę i ciska nią w Erikę. Krzyczy: – Poza tym moi nie kończą się na -ista! No, dalej, kogo teraz masz? Osvaldo psi stylista?! Giustino brygadzista?! Czy Saverio maszynista?!

Niki jest rozbawiona.

– Nie, to Saverio barista! Wyłącz wreszcie to ustrojstwo!

– Świetnie… Dobrze… Róbcie sobie ze mnie jaja. Nazywa się Giovanni i jest stomatologiem.

– Hm… Abstrahując od wszystkiego, może być przydatny…

– Moim zdaniem w głębi duszy nadal kochasz Gio.

– A skąd!

– Zawsze mówisz „a skąd”! – Olly naśladuje tembr głosu Eriki. – Ale moim zadaniem – puszcza do niej oczko – w głębi duszy mam rację!

– Ja też tak uważam. Nigdy nie pogodziłaś się z faktem, że twój chłopak rodem z Trzech metrów nad niebem, twój pierwszy poważny związek, nie przetrwał próby czasu… Pogódź się z tym, ludzie dorastają, ludzie się zmieniają, to naturalne.

– Właśnie, moja droga Olly, odnoszę wrażenie, że ty dorastasz zbyt szybko. Ze swoim hydraulikiem Mauro byłaś tylko trzy tygodnie…

– Konflikt kulturowy.

– Jasne. Teraz chodzisz z Giampim, o którego jesteś strasznie zazdrosna, więc ciągle się kłócicie.

– Konflikt charakterów.

– Moim zdaniem po prostu ty jesteś konfliktowa, i koniec.

– A skąd! Teraz ja powiem „a skąd”, idealnie pasuje do sytuacji! Zmieniłam się, kiedyś co tydzień miałam nowego chłopaka, teraz jestem z Giampim od dobrych sześciu miesięcy. Erica zawsze była z Gio, a teraz co tydzień ma innego.

– Co dwa…

– Jasne! – Diletta się śmieje. – Zanim przyniesiecie mi pecha, możecie nie wspominać o mojej sytuacji? Jest stabilna i spokojna, a ja sama żegluję po szczęśliwych wodach…

– Pod warunkiem że nie będzie żadnych poślizgów!

– No masz! Wiedźma!

– Bardzo cię przepraszam, ale wszystkie, jak tu jesteśmy, oprócz tego faceta, z którym chodzimy teraz, spałyśmy co najmniej z jeszcze jednym. O ile nie z kilkoma…

Erica wzrusza ramionami.

– Dobra, nie bądźmy drobiazgowe.

– Nie powiedziałabym, że mój pierwszy facet był drobiazgowy…

– Olly! Ty wieśniaro!

– Och, jak mus, to mus.

Niki kręci głową.

– Dobra, chcę porozmawiać na serio. Diletta, wyjaśnij mi jedną rzecz, jesteś z Filippo i być może spędzisz z nim całe życie, tylko z nim. Nie chciałabyś wypróbować w łóżku innych facetów?

Diletta wzrusza ramionami.

– Wyobraź sobie, że moja mama spędza całe życie tylko z moim tatą…

– Rozumiem, to choroba dziedziczna! – Olly kręci głową.

Diletta nie zgadza się z nią.

– Albo przekazywana z pokolenia na pokolenie wartość. Dlaczego uważasz to za coś negatywnego?

– Bo nie mając porównania, nie można kogoś kochać miłością absolutną. Przed chwilą Erica powiedziała dokładnie to samo. To czysta filozofia!

– Akurat! Filozofia na sprzedaż. – Diletta siada na kanapie. – Za wcześnie, by cokolwiek mówić, może za parę lat znowu będziemy inne.

Wchodzi Erica z czterema szklankami koktajlu na tacy.

– Coś na osłodę, żmijki. W waszych rozważaniach pomijacie Niki. Jest ewenementem, włoskim cudem… Nie dość, że uciekła na wyspę, z której jednak powróciła, to jeszcze Alex nie zszedł się z Eleną i co więcej… Jego związek z Niki trwa!

– To jeden z tych przypadków, kiedy kobieta powinna mieć jaja…

– Dlaczego?

– Żeby móc się za nie złapać i odegnać pecha!

Cała trójka wybucha śmiechem, Erica sączy swój koktajl.

– Kiedy przyglądam im się z boku, widzę szczęśliwą, nawet bardzo szczęśliwą parę. Wszystkie związki, w których jest jakaś różnica wieku, jak Melanie Griffith i Antonio Banderas, Joan Collins i Percy Gibson, Demi Moore i Ashton Kutcher, Gwyneth Paltrow i Chris Martin… muszę przyznać, że są stabilne, co więcej… Oni wszyscy się pobrali!

– A propos! – Olly, Erica i Diletta zaciekawione spoglądają na Niki.

– A propos czego?

– Nic, tylko… A propos… Rozmawialiście kiedyś o tym?

Niki patrzy na dziewczyny przez chwilę.

– Co chcecie wiedzieć?!

– Czy wkrótce będziemy się kłócić o to, która zostanie świadkową!

Niki unosi brew.

– Rozmawialiśmy o dzieciach, o ślubie nie.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Tak wyszło. Wiecie, jak to jest, rozmawiasz i nagle coś powiesz… Chcielibyśmy czwórkę, dwóch chłopców i dwie dziewczynki!

– Aż czwórkę! Chyba zwariowaliście…

Erica się śmieje.

– Czwórka… To ilość nie do okiełznania. Nie zapamiętałabym nawet imion. Zanim wieczorem zwołałabyś całe towarzystwo do stołu, kolacja byłaby już zimna!

– Ale w końcu jak marzyć, to na całego, nie? Zawsze będzie czas na zmiany proporcji. Tak czy inaczej, jak tylko będę miała dla was jakieś wiadomości, na pewno się nimi z wami podzielę. A tak przy okazji, dzisiaj na uniwerku poznałam takiego jednego niczego sobie…

– Niki!

– Właściwie, to go wcale nie poznałam, bo sama powiedziałam mu, że w tym roku poznałam już wystarczająco dużo ludzi.

– Ha, ha! Niezłe! Jesteś genialna, Niki!

– No, co ty… Ukradłam to z cudownego filmu Szarada z Audrey Hepburn i Carym Grantem…

– Szkoda, myślałam, że sama to wymyśliłaś!

– Masz rację, właściwie mogę sobie tę kwestię przywłaszczyć…

– Oczywiście, że możesz to zrobić!

– Nie… – Diletta się uśmiecha. – Sporo osób zna ten film i pewnie pamięta ten fragment.

– On jednak go nie skojarzył.

Olly poważnieje.

– Sorry, Niki, ale dla jakiegoś faceta, którego nie chciałaś nawet poznać, stawiasz na szali swój udany związek z Alexem i radosne plany posiadania czwórki dzieci?

– Co wy? Oszalałyście? To wam chciałam go zaproponować. Jeśli ty, Olly, będziesz już miała dość zazdrości o Giampiego, jeśli ty, Diletta, zechcesz spróbować czegoś jeszcze poza swoją „miłością doskonałą”, a zwłaszcza ty, Erica, jeśli jak zwykle po tygodniu…

– Dwóch!

– Dobrze, po dwóch tygodniach rzucisz nowo zdobytego stomatologa… No właśnie, to macie gotowego, zapasowego faceta!

– Świetnie… Jedni mają zapasowe koła, a my mamy zapasowego facecika!

– Pamiętajcie, że naprawdę jest niezły.

– Widzisz, tobie też się podoba!

– Mówię tak ze względu na was!

– Tak, tak, jakżeby inaczej… – I tak żartując, popijają świeży, pyszny koktajl. Patrzą sobie w oczy, nie ma w nich podejrzliwości, nic nie kładzie się cieniem na ich przyjaźni.

– Wiecie, co wam powiem… Przemyślałam to. Nie doceniłyście mojego gestu… Więc nie wypożyczę wam mojego zapasowego facecika! Za bardzo mi się podoba!

Fale rzucają się razem na kanapę.

– Pomocy… Wariatki… Żartowałam…

– Nie, wcale nie żartowałaś!

Te z lekkością wypowiadane słowa są prawdziwsze, niż to się wydaje. Fale wygłupiają się, popychają, biją poduszkami, chwytają się za nogi jak w rugby. Wypiły koktajl, żeby nie zalać siebie i wszystkiego dookoła. Przyjaciółki. Od zawsze. Jak zawsze. Przyjaźń jest jak cienka, niezniszczalna nić, wijąca się przez całe nasze życie i towarzysząca nam na wszystkich zakrętach.


13

Alex i Flavio wychodzą z domu Enrica. Flavio się przebrał, znowu ma na sobie dżinsy, poprawia golf.

– Biedny Enrico… Naprawdę bardzo mi przykro. Pamiętam ich ślub, Enrico wyglądał na najszczęśliwszego człowieka na świecie. Kiedy to było?

– Sześć lat temu, nie dotarł nawet do kryzysu roku siódmego, ale i tak długo to trwało. Niektórzy ledwo wytrzymują pół roku, rok… Nie mówiąc o artystach. Pamiętasz tę historię sprzed paru lat, ta aktorka… Jak ona się nazywała? A tak, Claudia Pandolfi. Właśnie, przebiła wszystkich, wyszła za mąż, a po siedemdziesięciu pięciu dniach ogłosiła, że są w separacji…

– Ale jest też Paul Newman, który przez całe życie miał tylko jedną żonę, zawsze byli szczęśliwi i zakochani w sobie. To on powiedział kiedyś: „Dlaczego miałbym szukać hamburgera, skoro mam pod ręką befsztyk”.

– Powiedz coś takiego Pietrowi… On się zadowoli nawet zimnym hot dogiem, byle tylko jeść poza domem!

Flavio przystaje na dziedzińcu i otwiera sportową torbę.

– Co robisz?

– Nic… – Wyjmuje koszulkę, szlafrok, odkręca kranik z wodą z pobliskiej studzienki i polewa nią ubranie.

– Przecież twoje rzeczy są czyste…

– No właśnie, spróbuj wytłumaczyć Cristinie, dlaczego nie graliśmy.

– Chłopaki, macie chyba paranoję…

– Ostrożności nigdy za wiele. Jak jesteś czysty, masz same kłopoty.

– Co to znaczy?

– Że nasze żony nigdy nie uwierzyłyby, że zrezygnowaliśmy z gry, żeby pocieszać Enrica… Zatem lepiej, żeby myślały, że graliśmy!

– Brak mi słów… – mówi Alex, idąc w stronę samochodu.

Flavio dołącza do niego po chwili.

– Alex, mogę ci coś powiedzieć? Doświadczenie mnie tego nauczyło. Kobiety nie mogą mieć cienia wątpliwości, w przeciwnym razie wszystko skończone. Musisz dać im pewność.

– Nawet jeśli już jesteś po ślubie?

– Oczywiście! Zwłaszcza wtedy! Widzisz, jak o tym mówisz? Nawet jeśli „już” jesteś po ślubie… Tak jakby coś dobiegło końca, jakby uleciało całe napięcie… A to właśnie wtedy wszystko się zaczyna!

– Ale ja miałem na myśli, że skoro zdecydowałeś się ją poślubić, to znaczy, że znalazłeś właściwą kobietę, że to właśnie jej szukałeś. Nie powinno być żadnego napięcia… Ale harmonia, poczucie wspólnoty, zaufanie… Innymi słowy zwycięska drużyna. Zawsze powinno tak być!

– Właśnie, dobrze to ująłeś! – Flavio wsiada do swojego samochodu. – Powinno tak być… Ale czy tak jest? Wcześniej dzwoniła Niki i telefon działał. A teraz? Działa czy jest wyłączony? Ufasz jej? Naprawdę jest u przyjaciółek? Z nimi? Albo zrobisz jak ja, który nigdy nie miałem wątpliwości co do Cristiny, nie jestem zazdrosny i myślę, że ona docenia to moje nieograniczone zaufanie… Albo za dziesięć minut będziesz próbował skontaktować się z Niki. Nie tylko po to, żeby ją usłyszeć. Ale to wiesz tylko ty sam. – Flavio uśmiecha się nieprzyjemnie i zamyka drzwiczki. Włącza silnik, opuszcza szybę. – Tylko ty. Ty i koniec. Zaufanie czy zazdrość, oto jest dylemat!

Odjeżdża, zostawiając Alexa samego na środku ulicy. A on obserwuje, czy Flavio zniknął już za rogiem. Natychmiast wyciąga z kieszeni telefon i wybiera numer. Czeka przez chwilę w ciszy, wstrzymuje oddech, jego serce zamiera w obawie, że komórka Niki może być wyłączona. Wreszcie jest sygnał.

Dryń… Dryń… Alex oddycha z ulgą. Linia wolna. Telefon włączony. Co teraz? Teraz odbierze, prawda?


14

Niki nadal żartuje i śmieje się z przyjaciółkami u Olly w domu.

– Aua, wcześniej prawie rozlałyście na mnie koktajl! Ojej, dajcie spokój!

– A co byś chciała, przecież jest zimny, dobrze ci zrobi na nogi!

– Nie, tylko mi je zapaskudzi!

– A kto cię będzie oglądał… Tylko Alex, nie?

– Nie wiem…

– Ach, tak? – Wskakują na nią i ją łaskoczą.

– Nie, dziewczyny, proszę, tylko nie łaskotki. Robi mi się niedobrze. Dopiero co jadłam. Pomocy, dosyć! Zaraz na was zwymiotuję, przysięgam, że to zrobię…

– No to jak się nazywał ten gość, którego dzisiaj poznałaś!

Niki rozbawiona szamocze się pod ich dłońmi, które nadal ją łaskoczą.

– Ratunku, aua, przestańcie, przysięgam, nie pamiętam…

W końcu udaje jej się spod nich wydostać, czołga się po dywanie i ucieka, lądując koło swojej torby.

Dopiero wtedy słyszy telefon, który ustawiła na wibrę. To Alex usiłuje się do niej dodzwonić. Jeden, drugi, trzeci sygnał. Niki szuka telefonu w torbie, bierze go do ręki i odbiera w ostatniej chwili.

– Nareszcie! Co się dzieje? Dlaczego nie odbierasz? – Alex jest najwyraźniej wzburzony. Niki patrzy na dziewczyny i natychmiast przychodzi jej do głowy pewien pomysł.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com