WWW.1939.COM.PL - Ciszewski Marcin - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 14 godz. 14 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka WWW.1939.COM.PL - Ciszewski Marcin

[color=rgb(68, 68, 68)][font=Ubuntu]Podpułkownik Jerzy Grobicki, dowódca Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego, nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczał, że wraz ze swoją elitarną jednostką zamiast w Afganistanie roku 2007, wyląduje pod Mokrą w dniu 1 września 1939 roku i z miejsca zostanie zaatakowany przez Wermacht. Rozpoczyna się fascynująca gra wojenna. Garstka żołnierzy NATO, uzbrojona w śmiercionośny, futurystyczny sprzęt, zmaga się w krwawym boju z nieprzeliczoną potęgą hitlerowskich Niemiec. Grobicki ma przy tym świadomość, że broniąc ojczyzny swoich dziadów, jednocześnie ingeruje w historię, czego skutków nie jest w stanie przewidzieć. W tym niesłychanym dziele sekundują mu barwni oficerowie i żołnierze, a także piękna pani kapitan Nancy Sanchez z US Army.[/font][/color]

Opinie o ebooku WWW.1939.COM.PL - Ciszewski Marcin

Fragment ebooka WWW.1939.COM.PL - Ciszewski Marcin







Marcin Ciszewski

WWW.1939.COM.PL

 


Ustroń 2010

Chociaż „www.1939.com.pl” jest powieścią wojenno-sensacyjną, a więc zajmuje się „męskimi” tematami, jej powstanie zawdzięczam trzem kobietom:

mojej żonie Kasi, bez której wsparcia przez cały okres pracy na pewno niczego sensownego bym nie napisał; Eli Brodowskiej, która pojawiła się w moim życiu w odpowiednim momencie i odblokowała pokłady twórczej pasji; oraz Monice Luft, która spojrzała na tekst życzliwym okiem i oceniła go pozytywnie, dając mi impuls do dalszego działania.

Reszta mojej Rodziny i Przyjaciół wspierała mnie, wierząc w cały projekt niejako na kredyt.

Ukazanie się książki nie byłoby możliwe bez zaufania, jakim obdarzył mnie mój wydawca. Moniko, Sławku i Mariuszu – dziękuję.

W tekście większość postaci jest fikcyjna. Jednak umieszczenie przeważającej części akcji w realiach 1939 roku spowodowało, iż na kartach książki pojawia się także szereg postaci historycznych: marszałek Edward Rydz-Śmigły, generał Wacław Stachiewicz, pułkownicy Jaklicz, Filipowicz i Kamiński. Faktem była również bitwa pod Mokrą, stoczona 1 września 1939 roku przez Wołyńską Brygadę Kawalerii z oddziałami niemieckiej 4 Dywizji Pancernej.

Pomysł z przejęciem złożonych do depozytu kosztowności z rąk pracowników Urzędu Skarbowego przy ulicy Lindleya w Warszawie zaczerpnięty został z opowiadania Cezarego Chlebowskiego „Polska jest waszą dłużniczką”. Za inspirację serdecznie dziękuję.


Marcin Ciszewski jest absolwentem Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, ze specjalizacją historia najnowsza. Od lat, choć nie uprawia historii zawodowo, pasjonuje się przebiegiem II Wojny Światowej, ze szczególnym uwzględnieniem Kampanii Wrześniowej.


I. Prolog

Londyn, 1989

– Zabij Ruska!

Łatwo powiedzieć!

– Urwij mu łeb!

Aha! Dajcie mi czołg.

– Skop mu jego tłustą, sowiecką dupę!

Skopię, a jakże. Jak będzie mnie czterech. Albo sześciu.

Ryk sali słyszałem jakby zza grubej szyby, właściwie sam nie wiem, jakim sposobem rozróżniałem słowa. Za plecami czułem chłodną stal prętów ograniczających klatkę. Ten dotyk chyba powinien uspokajać. Może uspokajał, a może nie – w każdym razie bez niego pewnie bym zwariował.

Powoli podniosłem głowę. Chociaż klatka była nie najgorzej oświetlona, wszystko było jakieś nieostre, szare i rozmazane. Przede mną kilka metrów wolnej przestrzeni, dalej pręty tworzące przeciwległą ścianę. Na podłodze szara mata z niedoczyszczonymi plamami. Chyba rdzawymi albo szarymi. Albo czarnymi. Krew?

Skupiłem wzrok.

Witalij Geliadze stał naprzeciwko mnie i uśmiechał się – trochę uprzejmie, a trochę łobuzersko – jak dobrze wychowany starszy pan, obiecujący swemu młodszemu koledze same przyjemności tego pogodnego wieczoru. Miał szczere spojrzenie, miły uśmiech, przyjemną fizjonomię, na pewno uczciwych rodziców i wspaniałe dzieci. Porządny z niego gość. Amen.

Gong.

Na dobrych kilkadziesiąt sekund wrzaski publiczności umilkły. W absolutnej ciszy Geliadze bez pośpiechu, dystyngowanym krokiem ruszył do przodu. Powoli podniósł obandażowane ręce, ot tak, aby podkreślić, że szanuje i docenia swoje vis-a-vis.

Podszedł na jakieś dwa kroki i niegłośno, głębokim, niemal aksamitnym głosem zapytał:

– Nu mołodiec, pojechali?

Pojechali, sukinsynu, tylko nie tam, gdzie chcesz.

Gwałtownie odbiłem się od ściany klatki i silnym, niesygnalizowanym ruchem wyprowadziłem płaskie kopnięcie prawą nogą. Miało trafić w bok kolana przeciwnika. I trafiłoby, gdyby nie to, że Wujek Witalij okazał się pomimo swych gabarytów piekielnie szybki i zdołał trochę zejść z linii strzału. Kop doszedł jednak i faceta przestawiło o dobre ćwierć metra w bok. Nawet się nie skrzywił.

Lecz nie miałem czasu na obserwację jego mimiki. Zaraz po kopnięciu posłałem prawego sierpowego na szczękę. Gdyby wszystko przebiegło zgodnie z planem, dwie minuty później popijałbym whisky w garderobie, a Witalija G. odwożono by na pogotowie. Niestety, niestety, Wujek był za stary wróbel na takie szczeniackie zagrywki. Wykonał podręcznikową kontrę bezpośrednią i tak oto, po raz pierwszy tego pięknego wieczoru, wylądowałem na deskach.

Muszę sprawiedliwie powiedzieć, że Wujek wyglądał na szczerze zmartwionego. Walczyłem ze stadem gwiazd tańczących mi przed oczami i ogólnie słabo się czułem, ale on był zmartwiony – głowę daję. Może mu płacono za godziny, a nie za dzieło?

Do roboty! Jureczku, do roboty... No, Dżazi, jak mówią ci nabąblowani whiskaczem Angole, kołatało mi się we łbie. Rusz dupę, ty leniwy sukinsynu, przecież nie będziesz się wylegiwał jak jakaś laska na plaży. Nie za to ci płacą grubą forsę.

Dałem się przekonać i jakoś się podniosłem. Ryk tłumu złożonego z kilkuset dżentelmenów i dam o nieskazitelnych manierach, którzy zapłacili za ten wieczór po tysiąc funtów i chcieli zobaczyć coś więcej niż pięciosekundowe zwarcie, wzmógł się. Chyba wyraźnie byli po mojej stronie.

Witalij, całkiem zadowolony z tego, że zdołałem się podnieść, stał grzecznie nieopodal. Zabawa potrwa dłużej – a dobra zabawa to jest to, na co zawsze warto trochę poczekać. Znów podniósł ręce do bokserskiej gardy. Podniosłem i ja – form przestrzegaliśmy starannie.

Wejście w nogi. Stało się dla mnie jasne, że właśnie tę starą zapaśniczą technikę Wujek zamierza za chwilę wykonać. Patrząc mi głęboko w oczy, odbije się lekko i, jakby skakał szczupakiem do wody, zagarnie ramionami moje nogi pod kolanami, błyskawicznie uderzy barkiem w biodro i obaj pofruniemy w siną dal – z tym, że ja w charakterze podwozia. Po czym, usiadłszy na mnie wygodnie, zbije na kwaśne jabłko w ciągu dziesięciu sekund, a w ciągu następnych dziesięciu pozbawi przytomności. I tak zostanie przegrana pierwsza poważna wojna polsko-sowiecka od 1939 roku.

Nie mam pojęcia, skąd wiedziałem, co zrobi. Szczęśliwy przypływ jasnowidztwa? Intuicja?

W każdym razie wiedziałem i już.

Uprzedził mnie o ataku minimalnym zwężeniem oczu.

Mocno oparł się na potężnych stopach i ułamek sekundy później wystrzelił do przodu z przyspieszeniem startującego odrzutowca. Przygotowując się na spotkanie, cofnąłem lekko biodra i kiedy dojeżdżał już prawie na miejsce, gwałtownie wyrzuciłem nogi w tył – jakbym stał na dywanie i ktoś mi go wyrwał spod nóg. Jednocześnie objąłem Witalija od spodu za szyję, prawą dłoń położyłem na swoim bicepsie i zacisnąłem lewą rękę. Tym samym szyja Wujka znalazła się pod moją prawą pachą i chyba raczej nie było takiej siły, która mogła ją stamtąd wyrwać. Upadliśmy z hukiem na matę.

Wujek na pewno nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zamiast na górze, niespodziewanie znalazł się na dole, na dodatek zaczął już odczuwać przykre skutki duszenia gilotynowego, bowiem bez zbędnej zwłoki najpierw klęknąłem, a potem ze wszystkich sił – nie bacząc na furię uderzeń, które bębniły po moich żebrach i nerkach – zacząłem się podnosić.

Upływają dekady, zmieniają się pokolenia i ustroje, a jednak istnieje zachowany w naszej pamięci Polski Wrzesień i AK-owska legenda...

Cezary Chlebowski


II. BRYGADA

1.

Polska, 2007

– Panie majorze – dobiegł mnie głos jak z zaświatów. – Panie majorze, chyba lecą.

Był straszny upał, który otulał mnie jak watą cukrową. Zapadłem się w nim tak głęboko, że minęła dobra chwila, nim się ocknąłem ze starych wspomnień i zerknąłem w stronę, z której dochodził głos.

Kapral nadterminowy Józef Galaś stał oddalony o dwa metry i mówił coś, pokazując punkt za moimi plecami. Na Brzydko-Przystojnej, szabrawej gębie miał jak zawsze wymalowany ironiczny uśmieszek. Dopasowałem ruch ust do dźwięków i usłyszałem:

– Melduję posłusznie, że lecą te jankeskie patałachy. – Galaś żuł gumę i mrugał do mnie całkowicie nieregulaminowo. – I nawet nic im nie nawaliło ani nie zestrzelił ich afgański scud, i chłopcy od Osamy też im nie dali rady. Widzi pan major? A spóźnili się tylko cztery godziny.

Spojrzałem na niego krzywo. Kevlarowy hełm pokryty maskującą tkaniną, polowy mundur, amerykańska kamizelka kuloodporna, karabinek automatyczny beryl, pas z zapasowymi magazynkami i granatami – kapral wystrojony był jak na wojnę. Stojący za nim żołnierze – trzecia drużyna z piątej kompanii – także. A powagi dodawały dwa opancerzone samochody rozpoznawcze BRDM-2 z groźnie sterczącymi lufami wukaemu 14,5 milimetra i sprzężonym z nim kaemem 7,62 milimetra. Ja również dźwigałem sporo sprzętu i uzbrojenia – byliśmy przygotowani, jakby co.

– Scudy nie służą do zestrzeliwania samolotów, kapralu, nie wiecie o tym? – przygadałem dobrodusznie. – Wątpicie w punktualność najważniejszego sojusznika? Kapitan Sanchez dałby wam popalić, gdyby usłyszał takie opinie o nim i jego ludziach.

– Sanchez? – Mój elokwentny rozmówca skrzywił się z niesmakiem. – Już swoich nie mają? Muszą Meksykańców brać?

– Kapitan Sanchez jest Amerykaninem – powiedziałem autorytatywnie. – Nie martwcie się, kapralu.

Rozkaz dowództwa rzucił nas na lotnisko grubo przed siódmą rano. O ósmej dostaliśmy z wieży meldunek, że samolot, na który czekamy, nieco się opóźni. („Nieco” było właśnie tym sformułowaniem, którego użyły typki z kontroli lotów). Teraz dochodziła jedenasta i jakoś miałem wrażenie, że dźwięk, który usłyszał Galaś, to raczej senne brzęczenie much niż oczekiwana przesyłka. Stąd leniwe pogaduszki, bo naprawdę nie mieliśmy nic do roboty na tym martwym, betonowym placu.

Swoją drogą to skandal trzymać ludzi przez tyle godzin na palącym słońcu. Zwłaszcza jeżeli nieszczęśnikiem, którego rozkaz dowództwa rzucił w ten piekielny upał, byłem przede wszystkim ja: Jerzy Grobicki, major Wojska Polskiego. Lat 36. Oddelegowany przez dowództwo brygady do przeprowadzenia Bardzo Ważnej Misji Służbowej, Która Polegała Na Sterczeniu Na Cholernym Lotnisku Nie Wiadomo Jak Długo.

Kevlarowy hełm, który tkwił na mojej głowie, ma wiele zalet: jest dość lekki, ogromnie odporny na uszkodzenia mechaniczne i dobrze leży na głowie. Ale ma też i wadę: nie został zaprojektowany jako słomkowy kapelusz. Po trzech godzinach prażenia się w temperaturze niewiele mniejszej od tej na równiku, rozgrzał się i zaczął służyć jako dodatkowe, tanie i wydajne źródło energii. Założę się, że gdybym go wstawił w tej chwili do zimowego domu w górach, przez parę godzin byłoby całkiem ciepło.

Nieoceniony kapral, Sokole Oko i Sherlock Holmes w jednej osobie, miał jednak, zdaje się, rację: sojusznicy rzeczywiście lecieli. Na horyzoncie pojawiła się maleńka kropeczka, która, mrucząc energicznie, dość szybko się powiększyła, by w końcu przyjąć gigantyczne rozmiary transportowca C-5 Galaxy. W tkwiącej w moim uchu słuchawce, która była zakończeniem przytroczonego do pasa supernowoczesnego cyfrowego systemu łączności, zatrzeszczało jak w antycznej łącznicy polowej, po czym wśród buczenia i trzasków usłyszałem słaby głosik:

– Orzeł 1, tu wieża, przesyłka podchodzi do lądowania.

Nareszcie się zorientowali. Pewnie myśliwiec rozbijający się o tę cholerną wieżę byłby zaraportowany jako „potencjalna możliwość drobnej awarii”.

W każdym razie transportowiec rzeczywiście zbierał się do lądowania. Pilot ostrożnie okrążył lotnisko i starannie ustawiając się pod wiatr, usiadł monstrualną maszyną na lekko wklęsłym i przykrótkim runwayu lotniska.

Amerykanin znał się na rzeczy. Samolot wyhamował i zatrzymał się niemal na wprost mojego oddziałku. Silniki zwolniły bieg, hałas przeszedł w rejony akceptowalne dla ucha. Z lekkim zgrzytem zaczęła opadać rampa ładunkowa – nie zdążyła nawet wykonać do końca swego krótkiego biegu w dół, gdy na jej szczycie pojawiła się grupka ludzi i zaczęła niespiesznie opuszczać samolot.

Kiedy w końcu rampa bezpiecznie zakotwiczyła na betonie lotniska i grupa piechurów znalazła się poza maszyną, z wnętrza doleciał dźwięk odpalanego wielkiego diesla i potężna, ośmioosiowa ciężarówka zjechała na beton.

Dowództwo nie raczyło poinformować mnie o zawartości przesyłki, więc zaskoczenie było adekwatne do niewiedzy. W życiu nie widziałem takiego samochodu. Bardzo szeroki, z maleńką szoferką i umieszczonym na naczepie gigantycznym kontenerem. Na dachu kontenera leżała na płask wielka antena – o ile to była antena – zajmująca całą szerokość i sporą część długości pojazdu. Oliwkowa farba nie odbijała promieni słonecznych, dzięki czemu cała maszyna właściwie wtapiała się w otoczenie.

Tymczasem grupka pieszych podeszła do nas i wtedy zdumiałem się jeszcze bardziej.

Ekipa ubrana była w mundury US Marines i objuczona jak na wyprawę do buszu. Wszyscy, łącznie z idącym na czele oficerem, uzbrojeni byli w karabiny szturmowe M-4, lżejszą i mniejszą wersję słynnego M-16. Ciężkie plecaki zawierały zapewne wszystko, co niezbędne do przeżycia w dalekim i dzikim kraju: zapasową amunicję, tabletki do odkażania wody, błyskotki i paciorki dla tubylców, prezerwatywy dla ochrony przed AIDS i tym podobne akcesoria.

Nie byłem w stanie zgadnąć, czy prowadzący oficer miał w ogóle prezerwatywy w swoim plecaku. Oficer ten był bowiem kobietą. W dodatku najładniejszą kobietą, jaką dane mi było spotkać w swoim krótkim życiu. Workowaty mundur skrywał szczegóły sylwetki, ale i tak można było dostrzec, że figury mogłaby pani oficer pozazdrościć niejedna aktorka. Blond czupryna wymykająca się spod hełmu, niebieskie, roześmiane oczy, lekko nieregularne rysy twarzy i usta jakby stworzone do całowania – wszystko składało się na zapierający dech w piersi obraz. Znieruchomiałem, bojąc się, że najmniejsze poruszenie przegna tę fatamorganę.

Amerykanka też wyglądała na zaskoczoną. Trudno się dziwić – po długiej podróży zobaczyć dzielnych, odzianych w nowe mundury junaków z trzeciej drużyny, sprawnie dowodzonych przez przystojnego i energicznego majora – to dla jankesów musiało być coś!

Choć liderka peletonu zwolniła nieco przed metą, nastąpił w końcu moment prezentacji. Dłonie miała drobne o długich palcach, jednak uścisk należał do silnych i zdecydowanych. W końcu w piechocie morskiej nie tolerują mdlejących panienek o wątłej budowie ciała.

– Kapitan Nancy Sanchez. – Obdarzona przyjemnym dla ucha sopranem, mówiła po angielsku ze śpiewnym amerykańskim akcentem, prosto z dalekiego południa Stanów. – Miło mi.

– Sanchez? – wydukałem. – Nancy... Sanchez? Emmm... mnie również miło panią powitać, kapitan Sanchez. Major Jerzy Grobicki. Mam za zadanie bezpiecznie dostarczyć was do bazy.

Po początkowym zaskoczeniu zdumiewająco szybko odzyskała pewność siebie, czego niestety nie można powiedzieć o mnie. Uśmiechnęła się, więc ja również wykrzywiłem się w grymasie, który od biedy można było uznać za uśmiech. Z boku musiało to wyglądać dziwnie: dwoje oficerów sojuszniczych armii widzi się po raz pierwszy w życiu i patrzy na siebie w sposób daleki od profesjonalnych standardów.

Na ciąg dalszy powitania nie było czasu. Z samolotu na płytę lotniska zjechały dwa terenowe hummery z zamontowanymi nad szoferką sześciolufowymi karabinami maszynowymi minigun oraz ciężarówka z zapasami. Dwunastu marines szybko zajęło miejsca w hummerach, kilku członków załogi samochodu radaru wsiadło do niego przez niewielkie drzwi z boku kontenera, moi ludzie też wskoczyli do transporterów.

– No cóż, kapitan... Sanchez – powiedziałem. – Wygląda na to, że możemy ruszać. Ja pojadę czołowym transporterem. Drugi będzie zamykał kolumnę. Czy zechciałaby pani mi towarzyszyć?

– Dziękuję za propozycję, majorze, ale zostanę ze swoimi ludźmi. – Odmowę złagodziła promiennym uśmiechem. – Muszę ich pilnować. Są pierwszy raz w Polsce, nie chciałabym, żeby się już na wstępie pogubili...

– Dobrze. – Udałem, że biorę wykręt za dobrą monetę. – Jedźmy zatem.

Odwróciłem się i szybkim krokiem podszedłem do transportera.

– Galaś! – krzyknąłem zły jak chrzan. – Gotowi?

Kapral wychylił się z wieżyczki.

– Melduję posłusznie, że tak jest, panie majorze. Jesteśmy gotowi, możemy ruszać, naboje w lufach, a rączki na kołderce, panie majorze. – Pomimo moich surowych reprymend i kar, kapral nie mógł się do końca przestawić na bardziej oficjalny styl.

– Nocna warta za takie odzywki, kapralu. – Jednym susem wskoczyłem na pancerz, a z niego na wieżyczkę. Galasiowi trochę mina zrzedła. Nigdy nie był pewien, czy żartuję, czy mówię poważnie. – Posuniecie się trochę, czy mam jechać na zewnątrz? – Urażony Galaś przesunął się prawie o pięć centymetrów. Opuściłem nogi do wewnątrz kabiny, uchwyciłem się mocno klapy zamykającej właz i machnąłem ręką. Ruszyliśmy.

2.

– Proszę, majorze, proszę, niech pan wejdzie – sekretarka generała przyzwalająco skinęła dłonią – ale szef nie bardzo w humorze... – Skrzywiła się.

Hiobowe wieści o złym humorze generała zwykle działały na mnie wysoce niekorzystnie. Z reguły odczuwałem ucisk w żołądku i drżały mi ręce, prezentowałem także podejrzaną chrypkę. Tym razem jednak, dzięki niedawnemu spotkaniu na lotnisku i kwadransowi poświęconemu na rozlokowanie Amerykanów w przydzielonych kwaterach, byłem przekonany, że z każdym nastrojem dowódcy poradzę sobie śpiewająco. Decyzja, dojrzewająca we mnie od wielu miesięcy, właśnie została podjęta.

Bez większego sukcesu spróbowałem wygładzić pogniecione moro i lekko zapukałem do drzwi.

– Wejść – usłyszałem ze środka.

– Panie generale, major Grobicki melduje się...

– Dobra, dobra. – Generał nawet nie podniósł głowy zza biurka.

W niedużym, urządzonym w stylu późnego Gierka gabinecie byłem zaledwie kilka razy. Ustawione pod ścianami regały uginały się od książek – Clausewitz, Sun Tzu, Kutrzeba, biografie Napoleona, taktyka, strategia, filozofia, medycyna. Sporo tego było. Poza książkami pokój prezentował się zgoła nikczemnie. Stare biurko, lampa na cienkim metalowym patyku z poprzepalanym abażurem, dwa krzesła i pokaźnych rozmiarów sejf składały się na to ponure i zakurzone miejsce. Piąta Brygada Pancerna może i była jednostką skazaną na nowoczesność zgodną z NATO-wskimi standardami, dostającą największe przydziały amunicji na ostre strzelania, ale jej dowódca najwyraźniej hołdował zasadzie, że spartański wystrój miejsca pracy pomoże mu w koncentracji. Jedynie stojący na biurku laptop był niechętnym ustępstwem na rzecz nowoczesności. Zacząłem już rozglądać się za telefonem na korbkę, kiedy szef przywołał mnie do porządku.

– No, niechże się pan tak nie czai. – Niecierpliwym ruchem wskazał niewygodne krzesło na wprost biurka.

To, co miałem generałowi do zakomunikowania, można było powiedzieć na stojąco. Usiadłem jednak i zacząłem przyglądać się swojemu dowódcy. Jeszcze wtedy miałem nadzieję, że patrzę na niego po raz ostatni.

Generał Lucjan Dreszer był niewysoki, bardzo szczupły i zwykł mierzyć rozmówców ostrym spojrzeniem wyblakłych oczu. Rozmawiając z nim, za każdym razem czułem się jak student zawalający najważniejszy egzamin na roku. W zamierzchłej przeszłości, będąc świeżo upieczonym absolwentem Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych, snuł się po mocno zapyziałych garnizonach Polski B. Chociaż był – zdaniem peerelowskich generałów wychowanych na sowieckich wzorach – zbyt samodzielny i elastyczny w podejściu do ścisłych rozkazów, udało mu się parokrotnie, jako dowódcy kompanii czy batalionu, błysnąć na ćwiczeniach. Jego kariera nabrała przyspieszenia po osiemdziesiątym dziewiątym roku, a zwłaszcza po wejściu Polski do NATO. Dowódcą Piątej Brygady Pancernej został dwa lata temu. Od tej pory brygada modernizowała się w przyspieszonym tempie.

Na trzecim krześle siedział pułkownik Karski, dowódca pułku. Mój, jak to się mówi, Bezpośredni – Już Nie Tak Długo – Przełożony. Kompletne przeciwieństwo Dreszera – gruby, gęba nalana, włos rzadki. Ten z pewnością niczego nie czytał, może poza donosami na mnie. Mógłby z powodzeniem grywać sowieckich funkcjonariuszy bezpieczeństwa państwowego, podejrzewam zresztą, że nawet był nim swego czasu. Dreszer, podobnie jak ja, serdecznie go nienawidził – Karski był typowym wychowankiem sowieckiej szkoły, tępym, trzymającym się kurczowo rozkazów służbistą. Stanowiło dla mnie nierozwiązywalną zagadkę, jakim cudem dotąd uchował się na stanowisku. Chyba po prostu Dreszer musiał go tolerować, bo taki był układ sił politycznych w brygadzie.

Karski siedział jak mumia egipska i, o ile go znam, będzie tak trwał do końca spotkania. Odbije to sobie później. Sam na sam ze mną.

– Udało się panu dostarczyć naszych amerykańskich przyjaciół bez szwanku? – Dreszer po raz pierwszy podniósł głowę znad papierów i zaczął świdrować mnie tymi swoimi oczkami.

– Tak jest. – Pozwoliłem sobie na poufały uśmiech. – Umieściłem ich w kwaterach drugiej kompanii, tamtejsze toalety chyba jako jedyne nadają się do pokazania komuś obcemu.

Karski poruszył się niespokojnie, ale generał nawet nie zwrócił na to uwagi.

– Świetnie. A... pojazd?

– Zgodnie z rozkazem zamknęliśmy go w hangarze B, którego pilnuje drużyna alarmowa z ostrą amunicją. Oprócz tego Amerykanie zorganizowali sześciogodzinne warty i przynajmniej dwóch z nich na krok nie rusza się od wozu.

Dreszer kiwnął głową, ale myślał chyba o czymś innym.

– Wie pan, dlaczego pana tu wezwałem, majorze?

Pokręciłem przecząco głową, po czym zebrałem się na odwagę.

– Panie generale, chciałbym zameldować, że...

– Poźniej – przerwał, prawie nie słuchając. Zamilkłem. Zacząłem przeczuwać, że ta rozmowa niczego dobrego nie przyniesie. – Słyszał pan o systemie IVIS?

– Czytałem coś w literaturze fachowej i...

– I w „Kawalerii Pancernej” Clancy’ego, prawda? – Dreszer uśmiechnął się uprzejmie, a ja postanowiłem, że przynajmniej do sylwestra nie będę się w ogóle odzywał.

– Ale o Afganistanie pan słyszał? – Uznałem pytanie za retoryczne i dalej milczałem obrażony. Minęło pół minuty i już mnie zdążył wkurzyć. – Niech pan się tak nie nadyma i słucha. Jak pan wie, nasi chłopcy od niemal pół roku walczą w Afganistanie i choć opinii publicznej wmawia się co innego, dostają niezłe baty, próbując w tych cholernych górach złapać Osamę. Talibowie ostatnio znacznie się wzmocnili, zaczęli używać lekkiego sprzętu pancernego i śmigłowców, którymi w nocy przerzucają małe oddziałki piechoty na nasze tyły. Muszą mieć bardzo dobre źródła finansowania, bo uzbrojenie nie pozostawia wiele do życzenia. Ich armia coraz bardziej przypomina regularne wojsko, przy czym nie rezygnują z technik terrorystycznych. W związku z tym jankesi doszli do wniosku, że potrzebują niewielkich, ale potężnych ogniowo oddziałów pancernych, wspartych piechotą, komandosami, artylerią i śmigłowcami bojowymi do zwalczania komunikacji powietrznej. Tak więc czołgi wracają do łask. Zaproponowali nam udział w tej zabawie, a nasz rząd i pan prezydent ochoczo wyrazili zgodę. Amerykanom tak bardzo zależy na utworzeniu możliwie szerokiej koalicji antytalibskiej, że są skłonni sfinansować sporą część kosztów polskiego udziału. Już to zresztą robią od jakiegoś czasu. Dają sprzęt, ludzi i pieniądze. MDS, który pan tak dzielnie konwojował z lotniska do koszar, jest właśnie częścią tej pomocy.

W pokoju zapanowała kompletna cisza. Aż się bałem poruszyć, żeby przypadkowe skrzypnięcie krzesła nas nie zdekoncentrowało.

– Jak pan wie, od pewnego czasu intensywnie pracujemy w jednostce nad podniesieniem standardów szkolenia i uzbrojenia. W ramach przygotowań do afgańskiej operacji dostaliśmy specjalne dotacje na sprzęt – zmodernizowane czołgi twardy, rosomaki z nowymi wieżami artyleryjskimi, haubice krab, moździerze AMOS i tak dalej. Większość to prototypy. Najlepsi mechanicy dopinają ostatnie szczegóły. Przydzielono nam również szturmowe śmigłowce wyposażone w nową awionikę, uzbrojenie i silniki. Słowem – będziemy, w przybliżeniu, dysponowali tym, czym dysponują Amerykanie.

Cisza.

– Jest pewne, że do Afganistanu nie wyślemy całej brygady. Mimo wszystko nie stać nas na to. Pojedzie oddział wydzielony, w sile wzmocnionego batalionu, który po odpowiednim przeszkoleniu i zgraniu zostanie podporządkowany operacyjnemu dowództwu któregoś z amerykańskich korpusów. Chociaż formalnie oddział otrzyma status batalionu, chcemy, aby był uniwersalny taktycznie i naprawdę potężny. Żeby mógł sobie poradzić co najmniej z brygadą. W tym celu otrzyma własną artylerię i śmigłowce. Jednostka zostanie całkowicie zintegrowana systemem IVIS – między innymi po to przyjechali Amerykanie. Dzięki IVIS-owi i nowym systemom łączności batalion będzie w pełni kompatybilny z wojskami amerykańskimi.

Karski i ja pokiwaliśmy głowami. Taki oddział to było coś. Dreszer wstał zza biurka i podniósł z niego papierową teczkę.

– Majorze, zapadła decyzja, aby powierzyć panu dowództwo tej jednostki. Otrzyma ona nazwę Pierwszy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy, a pan awansuje na podpułkownika. Gratuluję.

Stanął przede mną – już w trakcie poprzedniego zdania poderwałem się na równe nogi – i energicznie potrząsnął moją dłonią. Upał mocno zwolnił moje możliwości percepcyjne, może dlatego nie zdążyłem nawet pomyśleć, że poważny oficer na wysokim stanowisku robi sobie bolesne żarty.

– Dziękuję... – wydukałem. – To jest, ku chwale ojczyzny, panie generale! Ale...

Nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, co mu miałem do powiedzenia.

– Awansu panu gratuluję, chociaż od razu muszę powiedzieć, że dowództwo daję bez entuzjazmu. Z ludzi, których mam pod ręką, pan jeden zna biegle angielski i może poradzi sobie z naszymi amerykańskimi przyjaciółmi, aczkolwiek pewności nie mam. Pańscy poprzedni zwierzchnicy piszą, co prawda, o pana dużych zdolnościach taktycznych i charyzmie, równocześnie jednak wspominają o skłonnościach do samowoli i improwizacji, a także kilku istotnych niesubordynacjach. No cóż, znając pana prawie dwa lata, jakoś tych zdolności nie zaobserwowałem, ale może nie znam się na ludziach, co, pułkowniku Grobicki? Naprawdę mocno się zastanawiałem, czy przydzielić panu to zadanie...

Przezornie milczałem, chociaż przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli na sekundę. Niestety, żadna z nich nie nadawała się do przekazania wysokiemu rangą oficerowi Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dreszer westchnął i kontynuował:

– W teczce znajdzie pan specyfikację wyposażenia i strukturę batalionu. W jego skład wejdą: sztab, kompania twardych, kombinowany dywizjon artylerii, kompania piechoty na rosomakach, klucz śmigłowców Mi-24, bateria przeciwlotnicza, pluton rozpoznawczy, pluton komandosów z GROM-u, pluton saperów, nasi Amerykanie, czyli MDS wraz z drużyną ochrony, pluton łączności i kompania logistyczna. Zresztą ze szczegółami zapozna się pan później. Załogi ukończyły już szkolenie, ale w warunkach bojowych będą tego sprzętu używały pierwszy raz, zatem zapowiada się niezła zabawa.

A więc to były te nieustanne korowody starannie zamaskowanych transportów, wjeżdżających co noc na teren koszar. Stąd znikanie najlepszych ludzi oraz tłumy cywilnych i mundurowych ekspertów, pętających się po całej jednostce.

Dreszer zamilkł na chwilę jakby dla zebrania myśli, a ja przypomniałem sobie o oddychaniu. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Pomogło, chociaż upał w pokoju nadal był nie do zniesienia. Po mojej stanowczej decyzji sprzed piętnastu minut zostało tylko odległe wspomnienie.

– Specyfikację IVIS-a znajdzie pan w dokumentacji. Mówiąc ogólnie, to system monitorujący stan wszystkich pojazdów, które są do niego włączone. Nasi amerykańscy przyjaciele zainstalują oprogramowanie IVIS w wozach batalionu. Sprzęt całe szczęście został już zamontowany, a niektóre załogi nawet wiedzą, jak się nim posługiwać.

W głowie regularnie rozbłyskiwało mi czerwone światło: „Alarm! Kłopoty! Alarm! Kłopoty!”. Generał jednak nie zwracał uwagi na panikę w moich oczach i dalej spokojnie pogrążał mnie i siebie:

– To jeszcze nie koniec, pułkowniku. W ciągu najpóźniej miesiąca, o ile wcześniej nie wyruszycie na wojnę, na poligon przyjedzie delegacja, która oceni stan przygotowań jednostki oraz przydatność sprzętu. Musimy udowodnić, że umiemy się posługiwać IVIS-em, że haubice krab to nie były wyrzucone pieniądze, że warto wyposażyć wozy bojowe w nowe wieże artyleryjskie, a moździerz AMOS jest tym, czego trzeba polskiej armii. Że tworzenie małych oddziałów, wysoce mobilnych, które będą działały zgodnie z nowymi zadaniami i nową doktryną, ma sens. Krótko mówiąc, trzeba politykom dać do ręki argument, który podniesie wartość naszego kraju jako niezłomnego ogniwa w walce ze światowym terroryzmem. – Dreszer uśmiechnął się, ale nie wiedziałem, czy żartował, czy mówił poważnie. – Na pokazie zabraknie tylko Claudii Schiffer, poza tym będą wszyscy: prezydent, premier, minister obrony, reszta zainteresowanych i niezainteresowanych ministrów. Generałów na pewno wystarczy na średniej wielkości wojnę. Przyjadą też Amerykanie z Szefostwa Połączonych Sztabów i kto tam jeszcze tylko zdoła wepchnąć się do autobusu.

Cudownie. Kupa nieznanego sprzętu, jacyś Amerykanie ze swoimi tajemniczymi technologiami, do tego banda umundurowanych tyłowników i cywilnych polityków, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby wściubić nos w nie swoje sprawy. Pomyślałem, że muszę szybko coś zrobić, na przykład przebiec dwadzieścia okrążeń dookoła placu apelowego albo udać się na długotrwałe zwolnienie lekarskie. Może wtedy spojrzałbym na świat nieco optymistyczniej. Generał jednak nie zarządzał żadnej przerwy i niezrażony moim wymownym milczeniem, kontynuował:

– Chcę, aby pan osobiście dopilnował montażu IVIS-a w pojazdach, upewnił się, że wybraliśmy najlepsze załogi do obsadzenia twardych, przejrzał składy pozostałych oddziałów, wybrał dowódców, osobiście dopilnował wszelkich szkoleń, a także przeglądów i napraw. Większość załóg już jest gotowa. Szef sztabu batalionu, major Łapicki, powie panu, czego i kogo jeszcze brakuje. W teczce znajdzie pan dokładny spis sprzętu i amunicji. Jednostka ma najwyższy status tajności i będzie od nas całkowicie niezależna. Zabierzecie ze sobą kompletne zapasy – łącznie z amunicją – na dwa miesiące pobytu na poligonie. Możliwe, że do Afganistanu wyruszycie bezpośrednio stamtąd, a wiadomo, jak u nas jest z logistyką. Radzę wziąć więcej niż potrzeba, ma pan w tej kwestii wolną rękę. Na miejscu zostały już zorganizowane kwatery oraz zainstalowane kontenery z amunicją i cysterny z zapasami paliw. Poligon będzie silnie ubezpieczany przez żandarmerię i oddziały naszej brygady. Rozkaz o wyjeździe do Afganistanu może nadejść w każdej chwili. Niniejszym wychodzi pan z podporządkowania służbowego pułkownikowi Karskiemu. Szefem sztabu batalionu mianowałem majora Łapickiego, pańskiego dobrego znajomego z pułku. Raporty proszę składać bezpośrednio mnie. Codziennie o ósmej wieczorem oczekuję meldunku o wykonaniu zadań ku chwale ojczyzny. Proponowaną obsadę oficerską batalionu chcę zobaczyć na swoim biurku dziś po południu. Podkreślam, że wszyscy żołnierze jednostki mają być ochotnikami i muszą podpisać oświadczenie, że w misji biorą udział dobrowolnie, a także specjalne zobowiązanie o dochowaniu tajemnicy. Wyjazd na poligon – jutro. To wariactwo, ale myślę, że da się zrobić. Sprzęt i większość ludzi jest gotowa. Od pojutrza rano proszę zarządzić ostre strzelanie i jakąś próbę zgrania tych oddziałów. Ma pan Amerykanów do pomocy – na czas misji będą panu podlegać – i dwa, najwyżej trzy tygodnie na szkolenie. Jakieś pytania?

Tak! Dlaczego ja??? Co ja takiego, kurwa, zrobiłem?!

– Jaka jest rola tego MDS-a i Amerykanów?

– No, pułkowniku, jestem z pana dumny. Świetne pytanie.

Dreszer podniósł z biurka jakiś dokument i wstał. Był niższy ode mnie o głowę. Wyczułem, że jest lekko zdenerwowany, co było zastanawiające, bo ten facet zwykle miał nerwy ze stali.

– MDS to skrót od Mobile Defence System. System wykrywania, identyfikacji i śledzenia celu, naprowadzania własnych rakiet i antyrakiet, a jednocześnie, a nawet przede wszystkim, tarcza chroniąca macierzyste oddziały. Technologiczny przełom, o czym nikt nie ma prawa wiedzieć, bo, rzecz jasna, urządzenie objęte jest ścisłą tajemnicą wojskową. Nie znam szczegółów, ale w skrócie: tarcza w kształcie kopuły tworzona jest z pola magnetycznego o ogromnej mocy. To tak, jakby skupiony w jednym miejscu oddział przykryć miednicą o półkilometrowej średnicy. Z tym, że ta akurat miednica wykonana jest z czegoś znacznie lepszego niż stal; pola magnetycznego materialna siła przebić nie może, tak więc żadne konwencjonalne środki nie zagrażają ukrytym pod parasolem ludziom i sprzętowi. Tarcza wytrzymuje nawet eksplozję nuklearną do 20 megaton z odległości kilometra. Niech mnie pan nie pyta, co z promieniowaniem, bo nie wiem. Zresztą i tak nie będziemy się na razie bawić w żadną wojnę atomową, prawda? – Generał uśmiechnął się krzywo. – Przysłanie nam MDS-a jest dowodem sojuszniczego zaufania do Polski w ogólności, Piątej Brygady w szczególności, no a pan stanowi clou tego zaufania.

Zbędna ironia. I tak byłem out.

– Eemmm – wyjąkałem, całkowicie przytłoczony spoczywającą na mnie odpowiedzialnością. – To oczywiście wielkie wyróżnienie dla mnie, panie generale, ale... czy dwa tygodnie na nauczenie się nowej taktyki walki, obsługi sprzętu i tych cholernych systemów nie jest, eemm, troszkę za krótkim okresem? Zwłaszcza że mamy walczyć w górach?

– Oczywiście, że jest. – Dreszer zaczynał być zniecierpliwiony. – Tyle że nie mamy innego wyjścia. Wszystkim zależy na czasie. I albo zrobimy wszystko w terminie, albo nie zrobimy w ogóle i zapewniam pana, że wtedy zarówno moja, jak i pańska kariera nie będą warte złamanego grosza. A teraz, jeżeli pan nie ma mądrzejszych pytań, proszę się odmeldować i zabierać do roboty.

Posłuchałem tej światłej rady. Niestety, skorzystał z niej także Karski. Miałem taki kołowrotek myśli w głowie, że dopiero na schodach zorientowałem się, że generał nawet nie zapytał mnie, czy zgadzam się na tę cholerną awanturę. Po prostu dał dowództwo, krzyknął: „wykonać!”, a ja jak idiota posłusznie się zgodziłem. Z tego wszystkiego nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do pokoju Karskiego.

Było to pomieszczenie znacznie bardziej od gabinetu Dreszera naznaczone osobistym piętnem. Maleńki, ciasny pokoik wszędzie udekorowany zdjęciami, świadczył o świetnej przeszłości bojowej mojego pułkownika. Przepraszam. Mojego byłego pułkownika. Karski z towarzyszami radzieckimi. Karski wśród radzieckich czołgistów. Karski z radzieckim generałem. Karski w radzieckim czołgu. Roześmiany Karski z roześmianymi towarzyszami radzieckimi. Poważny i marsowy Karski z poważnymi i marsowymi towarzyszami radzieckimi. I tak dalej.

– Słuchajcie no pan, panie majo...wniku Grobicki. – U niego brzmiało to jak „towariszcz majownik Grobickij”. – Wiecie, jaki was zaszczyt spotkał, a? Ja zupełnie nie wiem czemu, zupełnie. – Bezradnie rozłożył ręce. – Wy jesteście lawirant i anarchista. Ja nie wiem, co wy w ogóle w wojsku naszym polskim robicie. Ale gienierał was wybrał i w ogóle argumentów moich słuchać nie chciał. Trudno.

Patrzyłem na tego grubego osła i zachodziłem w głowę, o co mu może chodzić. Nie była to pierwsza taka rozmowa. Przed każdymi ćwiczeniami, przed każdym najdrobniejszym zadaniem albo po każdym najdrobniejszym incydencie, Karski wygłaszał do mnie przemowy, przeważnie zresztą tej samej treści. Że, jego zdaniem, kompletnie się nie nadaję. Zaczął typowo, ale teraz już mógł mnie cmoknąć, z czego zresztą nie zdawał sobie najprawdopodobniej sprawy, bo z namaszczeniem zaczął wyłuszczać swój plan:

– Tak, ja myślę, wiesz pan, panie Grobicki, że wy nie powinniście tak odpowiedzialnego zadania brać, bo rady sobie na pewno nie dacie i wstyd ojczyźnie naszej polskiej przyniesiecie. Ale skoro się stało, trudno mówi się. Wy dobrać macie sobie dowódcę kompanii czołgów. Dobrego żołnierza wziąć musicie, odpowiedzialnego. Takiego, co to przed rządem naszym i prezydentem – tu pułkownik skrzywił się nieznacznie, dając do zrozumienia, że taki on tam prezydent – was i nas nie skompromituje. Taki, co wam pomoże oddziałem dowodzić.

Oho.

– Więc wy wiecie, że najlepszy tankista u nas to Poklewski porucznik jest, ha? Więc wy go dowódcą kompanii czołgów zrobicie i on wam to zadanie pięknie przygotuje.

Bingo.

Porucznik Stanisław Poklewski był ukochanym oficerem Karskiego. Świeżo upieczony absolwent szkoły, podejrzanie szybko awansował na pełnego porucznika. Stanowił doskonałe ucieleśnienie popularnego hasła „nie matura, lecz chęć szczera...”. Chłopski syn, gęba rumiana, niebieskie oczka pod wiechą jasnych włosów. Był tak tępy, że chyba od pryncypała swego głupszy, co, zważywszy na kondycję intelektualną Karskiego, było nielichym osiągnięciem. Tylko ambicji mu nie brakowało. Karski wcisnął go na dowódcę plutonu w moim batalionie i musiałem jakoś to znosić. Poklewski, ufny w siłę protekcji i swój chłopski rozum, nawet ze mną swego czasu wojenkę chciał wszczynać, ale szybko go usadziłem. Od tej pory pałał do mnie żywą i bezinteresowną nienawiścią, a ja ignorowałem go kompletnie.

– Panie pułkowniku, oczywiście, również uważam porucznika Poklewskiego za najlepszego kandydata na tę funkcję... chociaż ranga nie za wysoka...

– To go tu zaraz zawołać każę – Karski aż podskoczył z zadowolenia, bo pewnie spodziewał się większego oporu z mojej strony – i szybciutko się dogadacie.

– ...i sądzę, że doskonale da sobie radę z obsługą systemu GPS i IVIS. Jak pan wie, panie pułkowniku, ten dowódca czołgistów będzie kluczową postacią w naszym oddziale. Będzie obsługiwał główny komputer i wszystkie zainstalowane na nim aplikacje: NavStar, Positioning Block, drugą wersję IVIS-a, mapy cyfrowe w formacie Mapinfo, cały program sterujący i tak dalej. No i wie pan oczywiście, że ci cholerni Amerykanie nie kwapili się specjalnie, aby wszystkie instrukcje obsługi przetłumaczyć na polski. Więc to jest parę grubych książek po angielsku do przeczytania na jutro.

Trudno sobie wyobrazić, z jaką wściekłością patrzył mój były bezpośredni przełożony. Nie zauważył nawet, że połowę nazw i funkcji zmyśliłem – bo skąd niby mogłem je znać pięć minut po wyjściu od Dreszera?

– Przecież wy świetnie wiecie, że Poklewski angliskij zna ledwo co i kompiuter obsługiwać umie też ledwo co. Nie róbcie sobie jaj, dobra?

Pewnie, pewnie. Po co czołgiście obsługa komputera. On tylko „odłamkowym ładuj” i „ognia” krzyczeć głośno umieć musi.

– No, ja nic na to nie poradzę. – Bezradnie rozłożyłem ręce. – Więc myśli pan, panie pułkowniku, że porucznik Poklewski nie nadaje się? – Spojrzałem na niego z obawą.

– A niech was chaliera jasna!! Idźcie wy do diabła!

– To ja, jeśli pan pułkownik pozwoli, odmeldować się chciałbym...

– Wooooooon!! – ryknął Karski. – Wy mi się na oczy nie pokazujcie, won, ale już.

Wyprostowałem się dziarsko, bardzo starannie oddałem honory wojskowe, odwróciłem się i wyszedłem. Po przejściu bezpiecznego dystansu roześmiałem się głośno. Łatwo poszło. Za łatwo – powinno mi to dać do myślenia.

3.

Popołudnie upłynęło pod hasłem „job overtime”. Dopiero potem zaczęły się kłopoty.

Najpierw musiałem ochłonąć.

Nominacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Jeszcze wczoraj nie za bardzo przejmowałem się wojskiem i moją karierą. Po siedemdziesiątej w tym miesiącu awanturze z Karskim i po wiadomości, którą dostałem od adwokata mojego ojca, postanowiłem wziąć rozwód z armią. Wiem, wiem. Taką decyzję podejmowałem ostatnio dwa razy dziennie po każdym pokazie głupoty i niekompetencji prezentowanej przez moich przełożonych lub podwładnych. Wczoraj jednak zdecydowałem definitywnie. Składam dymisję.

Moje plany dziś nad ranem pokrzyżował zwykły aparat telefoniczny. Na ogół wyłączam w nim dźwięk, aby nie można się było do mnie dodzwonić. Jednak wczoraj zapomniałem to zrobić, zmęczony i zły po ciężkim dniu. I dziś, o piątej rano, telefon zadzwonił, postawił mnie w dziesięć sekund na baczność, a wydobywający się ze słuchawki podejrzanie rześki głosik tonem niepozostawiającym jakiegokolwiek marginesu twórczej interpretacji rozkazał zerwać na nogi drużynę alarmową, uzbroić jak na jakiś Blitzkrieg, wystroić niczym do kościoła i o wpół do siódmej rano stawić się na pobliskim lotnisku w celu przyjęcia i bezpiecznego dowiezienia do bazy „dowodzonego przez kapitana Sancheza sojuszniczego oddziału, wyposażonego w sprzęt podlegający najwyższym klauzulom tajności”. Za wykonanie zadania odpowiadacie głową, sąd polowy w razie niepowodzenia, życzę szczęścia, majorze, baczność, spocznij, odmaszerować.

Hymn państwowy. Orkiestra – tusz!

Był to dość niefortunny moment, aby poinformować zirytowany głos w telefonie, że już jestem właściwie passé i niech mnie cmoknie tam, Gdzie Ja Mogę Pana Majstra W Dupę Pocałować. Potem też nie było ani kiedy, ani komu zwierzyć się z moich hamletowskich dylematów. Spotkanie na lotnisku Nancy Sanchez, wraz z jej oddziałem i kosmicznym samochodem, spowodowało chęć natychmiastowej ucieczki, chociaż powody nie były bezpośrednio związane ze służbą.

Jazda pancernymi pojazdami po ulicach miasteczka z maksymalną przewidzianą przez producenta szybkością, wizyta u generała i jego nieodpowiedzialna propozycja, sprawiły, iż moja niezachwiana wiara w decyzję odejścia z armii przestała już być taka niezachwiana.

W końcu dowództwo takiego oddziału jak Pierwszy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy to było coś. Amerykanów mogłem ignorować.

Ale dlaczego Dreszer – pomimo starań mojego byłego przełożonego – na dowódcę oddziału wybrał akurat mnie? Nie słyszałem, żeby specjalnie za mną przepadał. Znałem dobrze angielski, wiadomo było, że przynajmniej pod tym względem będę gładko współpracował z sojusznikami. To, że występowałem w charakterze koła ratunkowego, które gwałtownie zatonie w wypadku niepowodzenia, było oczywiste. Ale co jeszcze, co jeszcze? Miałem kompletny mętlik w głowie.

Czy to w końcu ja, do cholery, wymyśliłem wojnę z talibami? Jeżeli Dreszer, zapewne przy akceptacji wyższych dowództw, wyznaczył mnie na wodza wyprawy, musi jakoś tam wierzyć, że sobie poradzę, w końcu też bierze za tę nominację odpowiedzialność. Jeśli ktoś tak nie uważa, chętnie przekażę dowodzenie batalionem kapralowi nadterminowemu Galasiowi. Będzie równie skutecznie, a o ileż śmieszniej.

Uff, jak gorąco.

A może w końcu, po tylu latach szkoleń, moknięcia na poligonach i znoszenia wszechogarniającej głupoty, mógłbym się czymś wykazać? I to samodzielnie, z dala od tysięcy oczu „życzliwych” i jawnie nieżyczliwych kolegów. A jako ukoronowanie zadania – mała zwycięska wojenka. Człowiek jest jednak krwiożerczym bydlęciem.

Roześmiałem się cichutko w duchu. Byłem niepoprawnym, chorobliwym hipokrytą. Wystawiałem nadwątloną przez starczy wiek pierś po ordery i chwałę wojenną, a nie umiałem sam przed sobą przyznać, o co w tej awanturze naprawdę chodzi.

Nawet nie zauważyłem, kiedy doszedłem do budynku, w którym kwaterował mój „stary” batalion. Trzech żołnierzy, ubranych w pełne stroje przeciwchemiczne i maski przeciwgazowe, biegało dookoła placu apelowego. Wyglądało na to, że mają już za sobą wiele okrążeń. A przypominam – był potworny upał. Na środku placu postawny oficer, w nienagannie odprasowanym mundurze wyjściowym, miłym, acz nieco teatralnym głosem zachęcał biegaczy do wzmożonego wysiłku.

– Wróbel! Czy ty myślisz, że mam czas czekać do Bożego Narodzenia, aż zrobisz tych marnych trzydzieści okrążeń? Trzeba się było tyle nie zabawiać siusiakiem pod kołdrą, tobyś miał więcej siły. Jankowski! A tobie chyba przepiszę specjalną dietę, bo ci tyłek za bardzo urósł. Próbujesz, próbujesz, a więcej jak trzydzieści centymetrów nad ziemię nie jesteś w stanie go podnieść. Ruszaj się.

I tak dalej.

Podszedłem do prowadzącego to pouczające ćwiczenie i zagaiłem:

– Cóż te nieboraki przeskrobały?

– Ochotnicy – obruszył się, ale na wszelki wypadek stanął w sposób, który od biedy można było uznać za postawę zasadniczą. – Melduję, że szlifują formę.

– Ochotnicy? – Podniosłem brew. – Przecież zaraz padną na udar mózgu.

– Wtedy już nie będą ochotnikami – zgodził się. – Wie pan major, każdego dnia, o każdej godzinie dbam o podnoszenie umiejętności naszych żołnierzy.

– Jasne. Puść ich tymczasem, chcę pogadać.

Oficer jedną komendą wyzwolił w żołnierzach ukryte zapasy energii. Pocwałowali w stronę kwater, już w biegu pozbywając się kombinezonów. Ich dowódca odwrócił się i stanął w wyczekującej pozie. Wojtek Kurcewicz, kapitan. Według nomenklatury tego pacana Karskiego – tankista. Kawał chłopa – blisko metr dziewięćdziesiąt w skarpetkach, do tego waga z pewnością przekraczająca sto kilogramów i odpowiednia muskulatura. Z trudem mieścił się w ciasnej wieży twardego. Odczuwaliśmy obaj pewną wspólnotę facetów słusznego wzrostu i wagi. Miał dwadzieścia dziewięć lat i swoim emploi przypominał trochę Kmicica z pierwszego tomu „Potopu” – nieposkromiony temperament, niewyparzony język, czyn czasami szybszy niż myśl i nieustanna chęć wszczęcia awantury. Ale do tego był inteligentny, zdolny jak cholera i bardzo ambitny; podwładni go lubili – w przerwach, kiedy nie klęli na niego z powodu wlepionej dodatkowej służby. Ja też go lubiłem. Jeżeli mam z kimś jechać na wojnę, to na pewno z nim.

– Chciałbyś powojować? – spytałem.

– Proszę?

– Normalnie. Strzały, wybuchy, napalm. Wiesz, jak w filmach.

– Jureczku, zawsze cię prosiłem, żebyś z gołą głową nie wychodził na słońce. Nie posłuchałeś mnie i teraz masz efekty – zatroskał się fałszywie.

– Poważnie. Stary właśnie wyznaczył mnie na dowódcę jednostki, która ma pojechać do Afganistanu na wojnę z Osamą. Wchodzisz?

Udało mi się zwrócić jego uwagę, bo tym razem spojrzał nieco uważniej.

– Mówisz serio?

– Serio, serio – odparłem. – Podowodziłbyś sobie kompanią twardych. Nowa optyka, nowe oprogramowanie, nowe silniki, amunicji ile chcesz. W ogóle cały oddział ma być tak uzbrojony i nowoczesny, że Terminator przy nim to pikuś.

– A ciebie jak ten zaszczyt spotkał? Karski przeniósł się na łono Abrahama? Dreszer cię usynowił?

Puściłem złośliwości mimo uszu i streściłem mu rezultaty spotkania z Dreszerem. Powoli zaczęło do niego docierać, że jednak się nie wygłupiam.

– Super! Wchodzę w ten interes.

– Coś podobnego?! Zawsze miałem cię za pacyfistę – odegrałem się. I on też się uśmiechnął. – Ale dobrze. Załogi podobno są już skompletowane i przeszkolone. Musisz dobrać tylko dowódców plutonów. Możesz szukać w całej brygadzie. Do wieczora podaj mi nazwiska.

– Tak jest. A masz już kandydatów na artylerię, piechotę, śmigłowce i całą resztę tego szajsu?

– Jeszcze nie. A ty co myślisz?

– Ależ panie majorze, ja nie jestem od myślenia...

– Pułkowniku, panie kapitanie. Dostałem awans.

– Gratulacje – ucieszył się szczerze. – Ku chwale ojczyzny.

– Dzięki. Więc jak?

– Na pewno Wieteska. Wariat, ale najlepszy. Jak Amerykanie zobaczą go przy robocie, dadzą nam wszystkie swoje apacze za darmo, a sami zaczną latać na kukuruźnikach, bo stwierdzą, że się do niczego innego nie nadają. Na zaopatrzenie – Sawicki. Nie lubię skurwysyna, ale jak go weźmiesz, wszystko będzie chodziło jak w zegarku. Piechota, hm... Lubosz jest dobry, ale dupek. Jak pojedzie z nami, będzie ciągle płakał do mamusi. Wyda majątek na telefony. Weź Borka, celnie strzela skubany i mówi po angielsku. Artyleria? Diabli wiedzą, to wszystko będzie jedna wielka improwizacja. A skoro tak, to bierz Wójcika, w życiu nie widziałem większego bałaganiarza. Na resztę nie mam pomysłu.

Taaaa, bardzo ciekawe kandydatury. Poza Sawickim, banda pijaków i obiboków, traktujących wojsko jako doskonałą odskocznię do robienia rozmaitych podejrzanych geszeftów. W najlepszym przypadku – dobrze płatne wakacje. Problem polegał na tym, że ci ludzie, odpowiednio zmotywowani, byli najlepszymi żołnierzami w brygadzie. Wszyscy bez wyjątku inteligentni, odważni, obdarzeni wyobraźnią i zdolnościami taktycznymi. Z pewnością łączyło ich nieprzesadne trzymanie się regulaminu.

Lista Kurcewicza całkowicie pokrywała się z moją – w końcu przyjaźniliśmy się i poglądy na ludzi mieliśmy podobne. Oto nasi bohaterowie:

Mały, chudy, małomówny, czterdziestoletni porucznik Tomasz Sawicki. Powinien już dawno być kapitanem albo nawet majorem, ale kompletnie się o to nie starał. Chyba mu po prostu nie zależało. Jako dowódca kompanii logistycznej perfekcyjny – nikt nigdy nie słyszał, aby kolumna Sawickiego gdzieś się spóźniła, miała awarię czy czegoś nie dostarczyła na czas. Po prostu wojsko było jego życiem. Będzie dowodził kolumną czterdziestu dwóch potężnych, czternastotonowych starów, ośmioma cysternami, zmotoryzowanym parkiem naprawczym, warsztatem helikopterów, kuchnią i polowym lazaretem.

Porucznik Jakub Borek – dowódca kompanii piechoty i dziesięciu rosomaków, czyli transporterów piechoty. Podobnie jak Sawicki dość nikczemnej postury. Nieśmiały jak panienka na wydaniu, kochał się beznadziejnie w jednej Basi z sąsiedztwa. W ogóle – romantyk. Ale jakoś w niego wierzyłem, bo był uparty jak muł i zawsze osiągał to, co sobie założył.

Kapitan Dariusz Wójcik – kandydat na dowódcę ad hoc skleconego dywizjonu wsparcia artyleryjskiego – czyli czterech haubic krab, czterech wielolufowych wyrzutni rakietowych BM-21 i dwóch moździerzy AMOS. Ten będzie miał jeszcze gorzej od Borka, bo swoje działa widział do tej pory głównie w telewizji. Szwedzi od AMOS- a wyszkolili co prawda dwie załogi u siebie, ale obsada haubic krab, choć podobno postrzelała trochę na przyfabrycznym poligonie, nie prezentowała oszałamiająco wysokiego poziomu. Wójcik to artylerzysta z dziada pradziada – jego cała rodzina od trzech pokoleń związana była z wojskiem, począwszy od bitwy warszawskiej – i fanatyk, który kocha swój zawód.

Kapitan Jan „Johny” Wieteska, dowódca klucza helikopterów – może nawet większy wariat niż Kurcewicz. Wypowiadał się z prędkością dwustu słów na minutę, zawsze miał coś do powiedzenia. Powoził swoim Mi jak pijany stangret dorożką; mistrz w swoim fachu – nie widziałem w życiu lepszego pilota. Jego załogi też były warte dowódcy – banda chyba największych pijaków w jednostce, ciągle wszczynali burdy z miejscowymi. Szkopuł w tym, że na ćwiczeniach zawsze mieli dziesięć trafnych strzałów na dziesięć możliwych. Latali – pomimo permanentnego kaca – z nieprawdopodobną wprawą.

I wreszcie porucznik Karol Stańczak – dowódca plutonu zwiadowczego. Miał dowodzić trzema opancerzonymi samochodami rozpoznawczymi BRDM-2 i czternastoma ludźmi oraz przydzielonym plutonem saperów. Małomówny, uparty, rzeczowy do bólu. Potrafił zniknąć ze swoimi ludźmi bez śladu, pojawić się siedemdziesiąt kilometrów dalej i ostentacyjnie wziąć do niewoli sztab wraz z dowódcą. Po czym znowu znikał i wynurzał się w następnym nieoczekiwanym miejscu. Jak on to robił, pozostawało dla wszystkich – łącznie z rozjemcami ćwiczeń – nieodgadnioną tajemnicą.

Skład uzupełniali porucznicy: Wacław Grabowski, dowódca baterii przeciwlotniczej, i Janusz Wojtyński, dowódca plutonu GROM-u. O tym ostatnim nie wiedziałem dosłownie nic – nie znałem go wcześniej, lecz nie miałem żadnego wyboru. Dreszer po prostu mi go przedstawił i kazał włączyć do oddziału. Pluton GROM-u, liczący dwudziestu ludzi – trzy drużyny po sześciu plus strzelec wyborowy plus Wojtyński – miał podróżować wynajętymi od Amerykanów czterema hummerami.

Pożegnałem się z Kurcewiczem i poszedłem na spotkanie z nieznanym. Dumałem o tym i owym, jednocześnie przygotowując w głowie listę argumentów, którymi przekonam przełożonych tych oficerów, którzy rzecz jasna nie będą chcieli się pozbywać swoich najlepszych ludzi. Rzeczywiście – w ciągu reszty popołudnia musiałem odbyć kilka naprawdę ciężkich walk. W jednym przypadku odwołałem się do pomocy Dreszera.

W końcu zebrałem tę doborową grupkę w obskurnej stołówce w przydzielonym batalionowi baraku i wygłosiłem krótki, ale efektowny spicz, w którym jasno przedstawiłem, w co się pakujemy. Niestety wszyscy kandydaci, nie wiedzieć czemu, radośnie podniecili się faktem, że stali się elitą polskiej armii, awangardą światowej wojny z terrorem i terrorystami. Według mnie byli oderwani od rzeczywistości i mieli skłonności samobójcze, jakoś bowiem słuch ich zawiódł, kiedy tłumaczyłem, ile mamy czasu na przygotowania i że umiejętności będziemy prezentować wobec ludzi, dla których złamać nasze kariery to tyle, co pstryknąć palcami. Kompletnie również zignorowali fakt, że będziemy użyci w prawdziwych działaniach wojennych. Może usłyszeli tylko część o splendorach i zaszczytach. Oczywiście jednogłośnie zadeklarowali chęć uczestniczenia w tym cyrku.

– A więc dobrze – westchnąłem. – Od tej chwili podlegacie mnie, z waszymi przełożonymi zostało to już formalnie załatwione. Proszę natychmiast objąć dowództwa podległych pododdziałów. Zdaje się, że to w dużej większości wasi ludzie. Gotowość do odjazdu: jutro, godzina 13.00. W tej chwili najważniejsze jest pobranie reszty sprzętu, dopilnowanie montażu IVIS- a oraz koniecznych przeglądów. Sprawdzić listy zaopatrzeniowe. W razie uwag – natychmiast meldować. Ma nam brakować tylko ptasiego mleka, więc wykorzystajcie to. Są pytania? Nie ma. A więc, panowie oficerowie Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego, rozejść się!

– Tak jest!

Nastąpił mały korek przy wąskich drzwiach, bo chłopcy, niesieni entuzjazmem, chcieli jak najszybciej przystąpić do odciskania osobistego piętna w rozprawie z tym rzeźnikiem Osamą. Wyszedłem za nimi dostojnym krokiem. Mnie nie wypadało biegać jak byle gówniarzowi.

Poszedłem w stronę kwater amerykańskich sojuszników. Z nimi był, niestety, osobny problem. Już rano odebrało im mowę, gdy zobaczyli, w jakich warunkach będą mieszkać, a w końcu przed ich przyjazdem drużyna służbowa przez pół dnia sprzątała i pucowała przydzielony barak. Potem krzywili się przy jedzeniu i, o ile dobrze podsłuchiwałem, główny sierżant zaklinał się na wszystko, że jego noga więcej w stołówce nie postanie i pytał o McDonalda.

Wszedłem do obszernego hangaru, uważnie zlustrowany przez pełniących wartę marines. MDS stał na samym środku i chociaż pomieszczenie było naprawdę wielkie, nie mogę powiedzieć, że zostało dużo miejsca. Obok MDS-a przycupnął opancerzony star, czyli moje miejsce dowodzenia. Przy sojuszniczym gigancie wyglądał jak ubogi krewny. Nancy Sanchez stała przed wozem i energicznie tłumaczyła coś swoim ludziom.

– Jak postępy robót, pani kapitan? – Miałem ochotę powiedzieć coś zupełnie innego, ale ponieważ nie byliśmy sami, musiałem starannie trzymać się służbowych tematów.

– Posuwamy się do przodu – odparła równie oficjalnym tonem. – Utworzyłam trzy zespoły informatyków i łącznościowców. Instalujemy oprogramowanie we wszystkich pojazdach i helikopterach. Chcemy dziś skończyć instalację, a jutro, jeszcze przed wyjazdem, przetestować cały system. Bardzo pomaga nam ten wasz kapral... Galas.

– Galaś. – Pokiwałem głową. – On się wszędzie wepchnie.

– Zauważyłam – powiedziała pogodnie. – W tej chwili poucza naszego głównego informatyka, jak instalować oprogramowanie w pana samochodzie.

Uśmiechnąłem się uprzejmie.

Błękitnochabrowe oczy patrzyły na mnie z życzliwością. Uśmiech był czymś więcej niż zwykłym służbowym grymasem. Poczułem coś w rodzaju złośliwej satysfakcji, że nie robi to na mnie specjalnego wrażenia.

Weszliśmy do stara. Na małym stołeczku siedział amerykański specjalista, w moim wygodnym fotelu rozpierał się Galaś. Brakowało mu tylko cygara i lampki koniaku. Od razu zauważyłem, że kapral, mimo pokaźnych braków językowych, dochrapał się zaszczytnej funkcji alfy i omegi w kwestiach dotyczących prozy życia polskiej jednostki wojskowej. Co dla Amerykanów było oczywiste, u nas trzeba było załatwiać – często na lewo – czego z kolei Amerykanie kompletnie nie rozumieli. I Galaś właśnie to robił. Sprzęt komputerowy zakupiony zgodnie z wymaganiami systemu był pierwszej klasy, ale oczywiście okazało się, że brakuje kilku transformatorów i przejściówek. System za kilkaset tysięcy dolarów nie działał z powodu braku części za kilkaset złotych. Galaś popatrzył, pokombinował, pogadał ze znajomymi z kwatermistrzostwa i sposobem domowym wszystkie brakujące części uzupełniono. Kapral osobiście podłączył je wielką lutownicą, a monter z oddziału remontowego, który był bodajże z wykształcenia hydraulikiem, połączył kable. Wszedłem w momencie, kiedy Galaś ruchem prestidigitatora przekręcał główny włącznik mocy. Zanim przerażeni Amerykanie zdołali w ogóle zareagować, monitory w wozie dowodzenia rozjarzyły się setką różnokolorowych światełek i, ku zdumieniu naszych gości, program IVIS wraz z towarzyszącymi mu aplikacjami ruszył. Moim skromnym zdaniem honor polskiej armii został uratowany, niestety nasi amerykańscy sojusznicy mieli odmienne zdanie. Zdaje się, że od tej pory zaczęli nas traktować jak bandę groźnych szaleńców, którym śmiercionośną broń dano do ręki tylko przez poważne niedopatrzenie Wuja Sama. Ta śmiercionośna broń niewątpliwie posłuży – w opinii Amerykanów – do zrobienia sobie i wszystkim dookoła nieodwracalnej krzywdy. Co, jak się niedługo okaże, nie było znowu tak odległe od prawdy.

Tak więc od początku współpracy ekipa kapitan Sanchez patrzyła na nas dość podejrzliwie. Nawet ja, mający wszelkie możliwe upoważnienia i autoryzacje do posługiwania się IVIS-em, a także wgląd w tajemnice MDS-a, byłem przez nich traktowany nieufnie; sierżant-szef Wilson, oglądając moją legitymację, miał taką minę, jakby chciał ją podrzeć, a potem połknąć (lub może odwrotnie: połknąć, a potem podrzeć) i pokazać mi środkowy palec, mówiąc z lubością „fuck yourself”. Niestety moja legitymacja była w porządku, więc sierżant z westchnieniem wpuścił mnie do środka MDS-a. Jak sądzę, zaczął od tej pory uważać, że bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych będzie nieustannie zagrożone. Pogadałem z operatorami systemu, pogapiłem się chwilę na kolorowe okienka aplikacji – i wyszedłem. IVIS i MDS to były moje najmniejsze problemy. Nancy pomachała mi na pożegnanie. Mój puls niebezpiecznie przyspieszył.

Wojtek Kurcewicz stał przed hangarem i patrzył na mnie spod oka. Miał wyraźnie zadowoloną minę.

– Na co się gapisz? – burknąłem. – Wybrałeś ludzi?

– Wybrałem. – Kiwnął głową. – Już się uczą programu. Mechanicy robią gruntowny przegląd wszystkich podzespołów. Chłopakom też nieźle idzie. – Mówił o dowódcach pozostałych pododdziałów. – Nawet nie mieli specjalnie kłopotów ze skompletowaniem załóg, chociaż wydaje mi się, że główną motywacją tych pieprzonych gemajnów była mamona, jak zwykle zresztą. Wyglądasz, jakbyś miał za chwilę zemdleć.

– Nic mi nie jest. Dopilnuj, aby w każdym wozie bojowym był przynajmniej jeden człowiek, który wie, o co chodzi z IVIS-em. Nie chcę słyszeć, że ktoś czegoś nie wie. Muszę jeszcze pogadać z logistyką. Stary chce nam załadować tyle amunicji, że będziemy musieli strzelać bez przerwy przez miesiąc, żeby wszystko zużyć. Swoją drogą to dziwne – prawie w ogóle nie mamy amunicji ćwiczebnej, tylko samą ostrą. I wszystko najnowsze patenty – pociski kasetowe, samonaprowadzające, sidewindery... Cuda, mówię ci.

– No i bardzo dobrze – ucieszył się, nie zwracając uwagi na moje wątpliwości i nie przestając mi się przyglądać. – Nareszcie będziemy mogli popracować na ostro, zwłaszcza w ruchu. A propos ruchu: robimy imprezkę?

– Chyba tak. – Westchnąłem. – W tej sytuacji pozostaje tylko porządnie się upić.

– Ależ panie pułkowniku, proszę nie dramatyzować. Dzisiaj się nawalimy, a potem ze śpiewem na ustach pokażemy kościanym dziadkom z Warszawy, kto tu rządzi.

– Spadaj, dobra? Powiedz oficerom, że spotykamy się o ósmej w „Kolorowej”. Aha, chcę zaprosić kapitan Sanchez, więc bez wygłupów!

– Kapitan Sanchez? – Kurcewicz uśmiechnął się domyślnie. – Panie pułkowniku, doskonały pomysł. Jednak chciałbym panu pułkownikowi zwrócić uwagę, że pan pułkownik to za wysoka szarża dla pani kapitan. Pan pułkownik ma za dużo obowiązków i w ogóle. Co innego dowódca kompanii czołgów... Ot, skromny oficer, w sam raz, aby pani kapitan Sanchez zaproponować – całkowicie bezinteresownie – intensywne szkolenie na przykład z polskich regulaminów albo z systemów celowania... Niezła laska z tej Nancy, no nie? Połowa wojska o niej gada.

Sprawdzał mnie, ale pomimo to nie mogłem się opanować:

– Baczność!

– Tak jest!

– Kapitan Sanchez jest stara, kulawa i brzydka. Zrozumiano?

– Tak jest!

– Nawet jeżeli nie jest, wam ma się wydawać, że jest! Zrozumiano?

– Tak jest!

– Jeżeli wy albo któryś z waszych ludzi na nią spojrzy, każę was rozstrzelać! Zrozumiano?

– Tak jest!

– Odmaszerować!

– Tak jest! Zrozumiano. Odmeldowuję się. – Kurcewicz wykrzywił twarz w grymasie udawanej rozpaczy, zasalutował i defiladowym krokiem odmaszerował w stronę kwater. Miałem ochotę kopnąć go w tyłek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.