Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1027 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow

Michael Cornerstone i jego wychowanka, mieszkający w ukrytym w chmurach Rose Castle, zostali sobie przeznaczeni na wieki przez świetlistego Rozmówcę znad Kaskady. Tylko oni na całej Ziemi mają w sobie dość miłości i mądrości, by nieustraszenie zwalczać zło, które na przestrzeni wieków przybiera coraz to nową postać. Nadal jednak pozostaje Moronem – uosobieniem ludzkiej głupoty i bezmyślnego okrucieństwa.

 

Lena Claivenrow, artystka, ma skłonności do mentalnego lądowania w nieistniejącym świecie. Pomaga jej to przetrwać uwierającą, brutalną rzeczywistość. Czy cudem przeżyty wypadek samochodowy w wyniku którego doznała rozległego urazu głowy spowodował u niej trwałe uszkodzenie mózgu? Czemu przypisać uporczywe objawy déjà vu, przywodzące coraz silniejsze skojarzenia z życiem, które niemożliwe przecież, żeby się wydarzyło…?

 

Kim tak naprawdę jest jej wybawca, neurochirurg, profesor Brian Crosentorne?

 

 

[…]„ Jest!” – Crosentorne zdecydowanie nacisnął ów blok. Kamienny element z jękiem niewidocznych zawiasów uchylił się w górę. Oczom obu mężczyzn ukazała się sporych rozmiarów, głęboka nisza. Nisza, z której pociągłe dłonie neurochirurga z nieopisanym pietyzmem wyjęły jakiś nieokreślony kształt, owinięty w miękką tkaninę.

Usiedli na podłodze. Crosentorne ostrożnie odwinął materiał…

– Jaki piękny… – westchnął duch.

– Tak… Rzeczywiście jest bardzo piękny i cenny.

– Nic dziwnego, że Rock…

– Ćśśśś… – stary lekarz przyłożył palec do ust.

– Profesorze, gdyby coś…

– Wiem, Hipokratesie. I dziękuję. Tym razem, jak mi się wydaje, musimy poradzić sobie sami.

– Ale…

– Zaufaj mi. To sprawa między mną a nim – w niebieskich oczach uczony dostrzegł stalowy błysk. I bardzo mu się ten błysk spodobał. […]

Opinie o ebooku Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow

Fragment ebooka Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow




Strona redakcyjna


CZĘŚĆ PIERWSZA
Czekając na miłość

Prolog

– Nie. Rozumiesz to? Nie wolno ci w żaden sposób wpływać na bieg wydarzeń.

– Więc co mam robić? Czego ty ode mnie chcesz? Jak długo jeszcze mam czekać? – cichy głos drżał od hamowanych emocji. – Jestem człowiekiem. Tylko człowiekiem...

Mężczyzna mówił przez zęby, zaciskając szczęki.

Znów, tak jak kiedyś, stał u stóp Kaskady. Jego szmaragdowobłękitna peleryna była już niemal całkowicie przemoczona. Nie widział tego. Wysoko nad sadzawką, do której wpadał wodospad, unosiła się tęcza. A na tej tęczy, w lśniącej bielą szacie, z dłońmi wspartymi na kolanach, siedział Ten Który Żąda Zbyt Wiele.

Tak myślał o nim w tej chwili zdesperowany mężczyzna, unosząc ku niemu okoloną srebrnym zarostem twarz. Twarz naznaczoną cierpieniem. Dobrą. Mądrą. Piękną.

Twarz, w której migotały nieprawdopodobnie niebieskie oczy.

Wiatr poruszał jego długimi włosami, które w blasku słońca przywodziły na myśl świetlistą aureolę. Mężczyzna drżał, nie czując zimna.

Zielone oczy nadal wpatrywały się w niebieskie oczy.

– Najlepszym z ludzi. Najmądrzejszym. I, jak słyszałem, podobno... czarodziejem – w beznamiętnym głosie pojawił się cień rozbawienia. Mężczyzna tego nie zauważył. Milczał nadal, kurczowo zaciskając szczęki.

„Czego jeszcze zażąda?”.

– Jest jedno wyjście... – usłyszał w końcu. Zielone oczy nadal wpatrywały się w jego oczy. Przenikliwie. Wpatrywały się z tak nieopisanym natężeniem, że w rozmigotanym niebieskim spojrzeniu pojawił się w końcu błysk zrozumienia. Pojął, że chyba zna już prawdę. Prawdę jednak tak absurdalną...

– Zaraz... Czy dobrze zrozumiałem? To znaczy, że...

– Tak. Oddacie za siebie życie.

– A potem?

– Och, to chyba logiczne – na gładkiej, niemal bezwłosej twarzy, twarzy ni to męskiej, ni to kobiecej („On nie ma płci?” – zdziwił się stary mężczyzna po raz nie wiadomo który), zakwitło echo uśmiechu. Milczeli dłuższą chwilę.

– Jak możesz być tak okrutny? – srebrnowłosy powiedział to bardzo cicho. Niebieskie oczy wpatrywały się w zielone oczy z niedowierzaniem. – Ty?

– Są rzeczy znacznie gorsze. Wiesz o tym, prawda? Musicie umrzeć – spokojny głos wyzuty był z wszelkich emocji.

– A... potem...?

– Zobaczysz... – docierało już jak przez mgłę. Biała postać robiła się coraz mniej rzeczywista. Aż znikła. Została tylko rozmigotana światłem tęcza.

Powrót do domu

Lubiła szybką jazdę. Jej ukochany mini cooper diesel osiągał na trasie co prawda tylko sto dziewięćdziesiąt siedem kilometrów na godzinę, nie – jak w przypadku wymarzonej wersji na benzynę – dwieście dwadzieścia, jednak przy otwartych oknach pęd wiatru w długich, jasnych włosach sprawiał, że czuła się, jakby frunęła w powietrzu. Wolna jak ptak i jak on radośnie lekka. Lekko jej było na duszy, po raz pierwszy od roku. Wiele sobie w tym czasie przemyślała i poukładała w głowie. I jeśli nawet nadal nie do końca wiedziała, czego chce od życia, na pewno wiedziała już, czego stanowczo nie chce.

„To i tak dużo” – uśmiechnęła się do siebie z dawno nieodczuwaną sympatią.

Wracała do domu. Do ludzi, z którymi tyle ją łączyło. Do szkoły, za którą tak tęskniła...

Gdy dyrektor zaproponował jej objęcie katedry sztuki, nie czuła się na to gotowa. Nie czuła się gotowa na wiele rzeczy, nie była nawet pewna, czy chce tu pozostać. Postanowiła zatem udać się w podróż po Europie, by od wszystkiego odpocząć. Od codzienności, od pracy i od nie zawsze wesołych, za to coraz bardziej niepokojących symptomów natury uczuciowej. I z dystansu kilometrów ocenić, czy w ogóle ma ochotę na przyjęcie propozycji dyrektora. Poprosiła o roczny urlop.

– Oczywiście, moja droga, masz do tego prawo. Jedź zatem, ale... mam nadzieję, że wrócisz tu za rok – powiedział z tym swoim ujmującym ciepłem, maskując uśmiechem coś na kształt... niepokoju? Żalu? A może tak jej się tylko wydawało? Tak, to pewnie gra świateł w szkłach okularów.

I tak Lena Claivenrow po rocznych wojażach wracała stęskniona i pełna wrażeń.

Malowała od najmłodszych lat, a w czasie bajecznej podróży, pod wpływem bieżących doznań, tworzyła wręcz maniacko. Efekt w postaci kilkudziesięciu kartonów o wymiarach siedemdziesiąt na sto centymetrów, zwiniętych pieczołowicie w rulony, zajmował cały bagażnik i większą część powierzchni z tyłu auta. Na podłodze, skromnie wciśnięta pod przednie siedzenie, stała nieduża walizka z rzeczami osobistymi, akcesoriami malarskimi i ukochaną powieścią – bajką, z którą Lena nigdy się nie rozstawała. Nawet w podróży. Uwielbiała bajki. Sama zresztą kilka napisała.

Lena Claivenrow malowała głównie twarze, a jej obsesją były oczy. Nigdy nie umiała jednak tworzyć na zawołanie i często odrzucała zamówienia, nie widząc powodu, dla którego niektórzy ludzie pragnęli uwiecznić na obrazie akurat swoje oblicze. Dla niej, Leny, ważny był sam proces tworzenia. Ta, pełna szczególnej magii, forma obcowania z malowaną osobą. Bo musiała czuć nić osobistego z nią porozumienia, by w ogóle rozpocząć pracę nad obrazem. A jeśli twarz wywarła na niej szczególne wrażenie, podświadomie stosowała charakterystyczny dla wielu jej portretów efekt powiększenia oczu.

Pewien stary hiszpański rybak, u którego przez jakiś czas mieszkała, na pożegnanie powiedział jej coś zaskakującego:

– Twoje twarze mają niezwykłe spojrzenie. Ich oczy są żywe, czasem wilgotne od łez. Jest w tobie jakiś smutek, dziecko.

– Ależ skąd to przypuszczenie, Enrique? – zaśmiała się, całując staruszka w policzek.

– Jest, dziecino, jest, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy – odparł ciepło. – Ten smutek jest w twoich oczach. Wybacz szczerość starego człowieka, który zna życie. Tęsknisz, dziecko, za czymś lub za kimś, nie wiesz jak mocno. Nie uciekaj od tego. Co ma być, to będzie. Będzie, jeśli tylko bardzo tego chcesz – pogłaskał ją po twarzy zniszczoną, stwardniałą i zaskakująco ciepłą dłonią.

Oczy Leny zwilgotniały pod wpływem wspomnienia. To właśnie słowa tego pięknego, mądrego, starego człowieka przekonały ją ostatecznie do powrotu. Zwiedziwszy zatem Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię i Portugalię, wracała teraz przez całą Anglię do domu. Jeszcze kilka godzin i znajdzie się w okolicach Londynu.

Z głośników sączyła się muzyka. Bajeczne krajobrazy napawały duszę Leny takim zachwytem, że chłonęła wszystko roziskrzonym wzrokiem, zapominając o całym świecie.

Prawdopodobnie dlatego w pewnej chwili, całkowicie straciwszy poczucie rzeczywistości i odległości, usłyszała nagle przeraźliwy pisk opon, zobaczyła oślepiający błysk srebrzystego światła (zdążyła się tylko zdziwić: czemu jest tak absurdalnie srebrzyste?) i zapadła w ciemność...

***

Nie od razu dotarło do niej, co się dzieje. Ciemność była zbyt gęsta. Z oddali, jak przez warstwę grubej, miękkiej zasłony, dochodziły do świadomości dziewczyny odgłosy kroków, coś jakby szuranie, przyciszone szepty, których sens jeszcze do niej nie docierał poprzez obłędny szum w głowie. Skrzywiła się z bólu i poczuła, że ktoś delikatnie ujmuje jej nadgarstek.

– Puls wraca do normy. Wygląda na to, że pomału się wybudza.

– Jakie to szczęście, że Edward akurat tamtędy przejeżdżał do pracy. To istny cud, że na nią trafił.

„Edward? Do pracy?” – nic jej to nie mówiło, nie była nawet pewna, czy to jej dotyczy. Ciemność pomału ustępowała jasności i w tej jasności Lena dostrzegła coś... jakby błysk? Spróbowała się poruszyć.

– Rektorze, ona się obudziła.

– Leno? – ktoś z bliska wymówił jej imię ciepłym, kojącym głosem, który skądś dobrze znała.

Z trudem spróbowała unieść powieki. Znowu ten błysk. Obraz rozmywał się, to znów wyostrzał. Wszystko wirowało. Czuła się, jakby miała zwymiotować. Zdołała dostrzec szkła okularów, znad których badawczo wpatrywały się w nią oczy. Niebieskie. Rozmigotane.

– Profesorze – westchnęła z dawno nieodczuwaną ulgą.

– Leno, dziecko drogie, tak się cieszę, tak się cieszę... Twój wypadek... Jesteś jeszcze w szoku... – nie umiał znaleźć słów.

– No, ale Edward na szczęście akurat tamtędy przejeżdżał, to dzięki niemu pomoc przyszła tak szybko. Twoje obrażenia okazały się nie tak groźne, jak sądziliśmy z początku. Nic, czemu nasza medycyna nie dałaby rady – łagodnie poklepywał dłonie dziewczyny.

– Szybko doprowadziliśmy cię do porządku, więc za kilka dni będziesz mogła opuścić szpital. Bardzo się o ciebie martwiliśmy.

– Jak długo tu jestem, profesorze?

– Och, kilka godzin – spojrzał na zegarek. – Byłaś nieprzytomna, ale dojdziesz do siebie, zanim rozpocznie się semestr. Bo... rozumiem, że zdecydowałaś się przyjąć moją propozycję? – patrzył na nią rozradowany znad okularów, a jej serce zalała fala wdzięczności i poczucia bezpieczeństwa.

– Tak się cieszę, że wróciłam – dotknęła jego dłoni.

– Ooo, wróciłaś, i to z hukiem – roześmiali się oboje. – A... jak udała się podróż?

– Och, była fantastyczna, tyle mam panu do opowiedzenia, profesorze. Jednak... bardzo za wami wszystkimi tęskniłam – jej spojrzenie nabrało ciepła.

– A zatem witaj w domu, Księżniczko...

Po tygodniu Lena, doprowadzona pod troskliwą opieką do stanu używalności i szczęśliwa, zainstalowała się z powrotem w swoim dawnym mieszkaniu.

Niepojętym trafem wiezione w samochodzie obrazy prawie nie ucierpiały, a czyjaś troskliwa ręka oprawiła je w piękne złote ramy i rozwiesiła na amarantowych ścianach salonu, zdobionych złoconymi reliefami. Ściany sypialni miały spokojny, ciemnozielony kolor. Fantastycznie kontrastował z nim okazały baldachim ze złocistego aksamitu, na którym tak cudnie załamywały się promienie porannego słońca, wpadające przez otwarty na oścież balkon. Od baldachimu miękko aż do podłogi opadały obfite zasłony z tego samego materiału, w tej chwili rozsunięte tak, że widać było spomiędzy nich ukochaną pościel Leny – tę złocistozieloną, zdobioną haftowanym srebrną nicią motywem róż. W skromnie urządzonej, jasnej pracowni stały stare, wysłużone sztalugi.

Mieszkanie lśniło czystością, pościel w sypialni była świeżo zmieniona, pachnąca. A na konsolce, w kutej srebrnej czarze, stały kremowe róże. Największy bukiet, jaki kiedykolwiek widziała.

„Jaki miły gest” – pomyślała z wdzięcznością, chłonąc ich zapach i rozkoszując się pieszczotą pełnych życia, aksamitnych płatków, na których niepojętym cudem migotały dotąd kropelki porannej rosy.

„Jak dobrze być w domu” – pomyślała po raz setny.

Rose Castle był jej domem, odkąd ukończyła pięć lat.

***

Gdy pod wieczór zjawiła się na umówione spotkanie, w drzwiach gabinetu powitało ją rozradowane spojrzenie.

Michael Cornerstone, założyciel i od niepamiętnych czasów rektor Akademii, mimo iż cieszył się niekwestionowaną opinią największego współczesnego myśliciela i prekursora wielu nauk, dla niej, Leny, był przede wszystkim ukochanym opiekunem. To on zastępował jej oboje rodziców, od których uciekła jako pięcioletnia dziewczynka.

Widząc radość w niebieskich oczach, rozmigotanych tysiącem wesołych ogników, poczuła, że znów ogarnia ją fala ciepła.

– Wejdź, Księżniczko – ujął jej dłonie, prowadząc ją w kierunku fotela.

– Czego się napijesz? Wody? Brandy? Wina?

– Dziękuję, poproszę o wodę.

Z uśmiechem podał jej szklankę.

Gdy rozsiedli się już w przepastnych, obitych pachnącą mięsistą skórą fotelach, sącząc napój, rozglądała się nadal radośnie po pięknym, przestronnym wnętrzu, zbudowanym na planie ośmiokąta Baszty Wschodniej...

Rose Castle postawiono przed wiekami na najwyższym ze szczytów rozległego łańcucha gór. Od stóp zamku aż po widnokrąg rozciągały się błonia gęsto poprzetykane oczkami jezior, wstęgami rzek, pióropuszami wodospadów, fontannami gejzerów... Od północy zwieńczone ciemną ścianą Grającej Puszczy.

Zamek zawdzięczał swą nazwę pewnej roślinie.

Cornerstone kochał róże. Z pasją hodował niemal wszystkie ich odmiany. Kiedyś, jeszcze w młodości, posadził u stóp zamku maleńki krzak róży damasceńskiej, przywieziony z dalekiej wyprawy. Troskliwie go pielęgnował. Wdzięczna za dobroć roślina rozrosła się tak niebotycznie, że otulała teraz mury wysoko, niemal do samych szczytów czterech baszt: Północnej, Południowej, Zachodniej i Wschodniej. Kwitła, pachnąc odurzająco, niemal przez cały rok. Nie to było jednak najdziwniejsze. Kwiaty różanego drzewa miały jeszcze jedną, tajemną właściwość. Nie dało się ich zerwać ani ściąć. Można je było jedynie z wielkiej, prawdziwej i czystej miłości podarować. Nic więc dziwnego, że kwitły przez nikogo nie niepokojone.

U strony wschodniej Rose Castle przycupnął Rose Town. Tą nazwą określano zresztą cały obszar należący do zamku, który przed ciekawskim okiem zwykłych ludzi ukrywał się za grubą, nieprzebytą warstwą chmur. Mógł go zobaczyć tylko ktoś nieprawdopodobnie wrażliwy, o bujnej wyobraźni. Wiadomo jednak, że zwykli ludzie pozbawieni są i tego, i tego. Właśnie dlatego nazywa się ich zwykłymi albo Ludźmi z Nizin. I tylko najstarsi z nich mawiali, że gdzieś tam, w chmurach, dawno, dawno temu zbudowano tajemniczy, niedostępny zwykłym śmiertelnikom zamek.

– Zamek, w którym mieszkają oni - szeptali, pukając się w czoło.

Zamek ów, jak już wspomnieliśmy, był siedzibą Akademii: dziwnej uczelni, innej niż wszystkie na świecie. Skupiała ona najlepszych pedagogów, naukowców i artystów, jakich udało się Cornerstone’owi zwerbować. Nie było to łatwe. Odpowiednich kandydatów szukał bardzo, ale to bardzo długo. Sprawdzał, rzecz jasna, ich kwalifikacje, uważnie śledząc dotychczasowe osiągnięcia. Umawiał się potem na spotkanie. Spotkanie, podczas którego niebotycznie zdumiony delikwent słyszał jedno tylko pytanie:

– Czy zechciałby mi pan łaskawie opowiedzieć swój najciekawszy sen?

Bywają, rzecz jasna, ludzie, którym ani się śni. Albo tacy, których sny są czarno-białe. Takich kandydatów, choćby mieli najlepsze referencje, uśmiechnięty przepraszająco Cornerstone odprowadzał do drzwi.

– Spotkamy się innym razem, drogi kolego. Proszę... ehm... zażywać coś na sen. Dobry sen leczy duszę – puszczał do rozmówcy oko i, doszczętnie otumanionego, przyjaźnie klepiąc po plecach, wiódł w kierunku wyjścia. I niestrudzenie szukał dalej.

I tak stopniowo Akademia zapełniła się ludźmi nie z tego świata. W sensie poniekąd dosłownym.

Któregoś słonecznego popołudnia rektor wertował akurat opasłe tomisko Encyklopedii ziół. Pracując od kilku tygodni nad autorskim Eliksirem, spowalniającym procesy starzenia, natknął się bowiem na pewien problem. „Czegoś tu jeszcze brakuje... Ale czego?” – przygryzł wąsy.

– Ehm... – usłyszał za plecami.

– Wejdź, wejdź, Stan... Może ty mi podpo... – urwał, widząc unoszącą się mniej więcej na wysokości środkowego kandelabra, półprzeźroczystą postać. – Och, witaj Hipokratesie – zreflektował się błyskawicznie. – Czy... nietaktem będzie pytanie, czemu zawdzięczam twoją wizytę? – spytał serdecznie, tak po prostu, jakby codziennie gadał z duchami.

Uczony, mile zaskoczony tą reakcją, podfrunął bliżej. Zajrzał rektorowi przez ramię, uważnie studiując sporządzaną przezeń, skomplikowaną recepturę.

– Hmmm... – zamyślił się, gładząc brodę – osobiście dodałbym jeszcze korzeń chińskiej koszenili... Taaak. I sproszkowane rogi jelenia. Znakomicie stymulują krążenie krwi – dodał tonem wyjaśnienia.

– Tak myślisz? – z błyskiem w oczach Cornerstone bazgrał pośpiesznie na marginesie receptury.

– A... jeśli wolno spytać... Robisz ten Eliksir tak po prostu, czy konkretnie dla siebie?

– A co to ma do rzeczy? – zarumienił się rektor, wyraźnie speszony.

– Bo jeśli dla siebie – uczony uśmiechnął się pod wąsem – radziłbym również dodać lukrecję. Powoduje przyciemnienie siwych włosów. Podobno – dodał. – Nie wiem na pewno. Nie zdążyłem wypróbować – westchnął z żalem. – Przyjemnie tu – dodał po dłuższej chwili, wodząc wzrokiem wzdłuż oszklonych półek.

– Jesteś bardzo uprzejmy.

– Tam, dokąd trafiłem po śmierci, mieszkają sami święci – kontynuował duch pozornie bez związku. – Na dłuższą metę nie da się z nimi wytrzymać. Są tacy monotematyczni – polatywał tu i tam, rozglądając się po gabinecie z rosnącą przyjemnością. – Tak sobie właśnie pomyślałem, czy... nie miałbyś nic przeciwko...? – urwał wyraźnie onieśmielony, zaglądając z nadzieją w niebieskie oczy przyjaźnie uśmiechniętego rektora.

Nie mogąc dłużej znieść kłopotliwego sąsiedztwa Tomasza z Akwinu, Hipokrates próbował kiedyś zamieszkać w pewnej starej, przestronnej, od dawna do tego celu upatrzonej aptece. Nie chciał jednak tak bez wiedzy właściciela... Bez jego wyraźnej zgody. Długo więc czekał dogodnej chwili. Było to marzenie ściętej głowy. W miasteczku zapanowała akurat epidemia grypy. Jedyna w okolicy apteka była oblężona. Pełen najlepszych chęci Hipokrates zjawił się zatem w sypialni starego, łagodnego farmaceuty w środku nocy, gdy ten, nie mogąc zasnąć, liczył właśnie barany.

Tobias Heartburn czuł się ogólnie rozbity. Grypa rozprzestrzeniała się coraz szerzej, zbierając już śmiertelne żniwo. Przedwczoraj właśnie pochował kuzyna, starszego zaledwie o rok. Sam zaczynał już odczuwać charakterystyczne łamanie w kościach i stawach, bolała go głowa, chyba miał gorączkę... „Tylko nie to, na Boga... Tylko nie ta diabelska grypa...” – myślał, coraz bardziej rozbity i przerażony. Nic więc dziwnego, że nie mógł zasnąć.

– Pięćset dwadzieścia dziewięć... Pięćset trzydzieści... Pięćset trzydzieści jeden... – mamrotał, co jakiś czas zapadając w płytki, niespokojny sen.

Liczone barany jawiły mu się w tym śnie jako pierzaste chmurki na niebie... To znów przybierały postacie tłustych, rozchichotanych amorków...

– Pięćset pięćdziesiąt osiem... Pięćset pięćdziesiąt dziewięć...

Sympatyczne amorki zmieniły się właśnie ponownie w stado baranów... Takich kudłatych...

– Sześćset dwadzieścia osiem... Sześćset dwadzieścia dziewięć...

Coraz bardziej kudłatych i coraz większych...

– Sześćset czterdzieści...

Jeszcze większych...

– Sześćset pięćdziesiąt dwa... Sześćset pięćdziesiąt trzy...

„Dlaczego one są takie ogromne, te barany...? Zaraz... jeden jakby odłączył się od stada...”.

– Sześćset pięćdziesiąt siedem...

„Rośnie w oczach... Stado się rozpierzchło... To jakiś tryk? Prowodyr...?”.

– Sześćset sześćdziesiąt... Sześćset sześćdziesiąt jeden... Sześćset sześćdziesiąt dwa...

„On czegoś ode mnie chce...? O co mu chodzi...?”.

– Sześćset sześćdziesiąt cztery...

„Jezu, leci na mnie...Co za...”.

– Sześćset sześćdziesiąt sześć... ZGIŃ, PRZEPADNIJ, SZATANIE!!! – Tobias Heartburn poderwał się jak rażony prądem. Zmierzwione włosy stanęły mu dęba na głowie. Dygotał. Chyba faktycznie miał gorączkę. Siedział, wpatrzony w wiszącą nad łóżkiem postać. I chyba nie był to baran.

„A może...?” – pomyślał Tobias z nadzieją. „No bo przecież nie duch...” – z całych sił próbował zaprzeczyć sam sobie. Postać była bowiem półprzeźroczysta i biała.

– Eee... jesteś baranem, prawda? – z całej duszy pragnął, żeby to była prawda.

– Nie jesteś zbyt uprzejmy.

– Kkkim jjjesteś? Ppo co tu ppprzyszedłeś...?

– Przyszedłem do ciebie, Tobiasie.

„Jezus Mario. Thanatos...?”.

– Oszczędź mnie, błagam! – jęczał nieszczęsny, klęcząc na łóżku i składając dłonie w błagalnym geście.

„Najwyraźniej wzięła go grypa. Chyba ma gorączkę. Majaczy...” – szczerze zaniepokojonym Hipokratesem targnęło współczucie.

– Ależ doprawdy... – poruszony cierpieniem mężczyzny, chciał jak najlepiej. – Proszę się łaskawie uspokoić, drogi panie. Chyba ma pan gorączkę... – pochylił się z troską, wyciągając rękę w kierunku czoła mężczyzny. – Znam się na tym. Proszę pozwolić sobie pomóc. Przyniosę panu ulgę... Wybawienie od wszelkich dolegliwości...- szeptał kojąco, pełen dobrych chęci, nadal zbliżając półprzeźroczystą dłoń do czoła mężczyzny. Czoła obficie już zroszonego zimnym potem.

Sceny, jaka się już po chwili rozegrała, nijak opisać nie sposób. Dość, że oszalały Tobias Heartburn wybiegł – jak stał, w koszuli nocnej – przed dom i bełkocząc coś niezrozumiale, znikł w mroku. Nikt już nigdy więcej o nim nie słyszał...

Hipokrates po dziś dzień czuł się winny. Naprawdę nie chciał nikogo przestraszyć. Wiedział już jednak od tej chwili, że z żywymi trzeba bardzo ostrożnie. „Najlepiej w ogóle się im nie pokazywać” – myślał z żalem. Cóż bowiem poradzić miał na to, że coraz bardziej nużyły go dotychczasowe lokum i sąsiedztwo? Cóż poradzić miał na to, że – mimo iż od tak dawna bezcielesny – nadal miał żywy umysł... Umysł ciekawy świata, nie zaświatów... Od dawna ukradkiem obserwując wymyśloną przez Cornerstone’a uczelnię, zapragnął zamieszkać właśnie tam. Tam, gdzie liczy się i umysł, i dusza...

– Tak sobie właśnie pomyślałem – powtórzył z nadzieją – że... bardzo chciałbym mieszkać w tym zamku...

– Naprawdę? – ucieszył się Cornerstone.

Od tego pamiętnego dnia zachwycony Hipokrates został tu rezydentem. Ale nie tylko on. Do Rose Castle przybywało coraz więcej uduchowionych myślicieli, naukowców, odkrywców i ludzi sztuki, którym atmosfera niezwykłego zamku odpowiadała daleko bardziej niż przereklamowane miejsce, okupowane przez psalmujące rzesze świętych... Jedni zatrzymywali się tu w przelocie, inni zaś zamieszkali na stałe. Otoczeni powszechnym szacunkiem i sympatią, odwdzięczali się uczelni duchową opieką...

Powróćmy jednak do samej Akademii. Wykładano tu dziedziny w świecie Ludzi z Nizin powszechnie uznawane za niepotrzebne. Filozofię, sztukę, etykę, kulturę, estetykę... Były zajęcia z hipnozy i radiestezji, i wiele, wiele innych. Były też przedmioty standardowe, bez których nawet taka, a może zwłaszcza taka uczelnia nie mogłaby istnieć. A więc: filologia, matematyka, fizyka, chemia, astronomia, medycyna, farmacja, biologia, sport... Sam rektor w ostatnich latach z młodzieńczym entuzjazmem prowadził badania na polu neuroestetyki, czyli nauki z pogranicza estetyki i biologii, próbującej odpowiedzieć na pytanie, co i dlaczego w ludzkim mózgu wydaje się piękne.

– Dobrze, że zamku strzegą chmury – chichotał nieraz w rozmowach z nauczycielami. – Czasami lepiej czegoś nie widzieć.

– Gdyby ci głupi ludzie wiedzieli, co my tu robimy, z całą pewnością by go podpalili – mistrz hipnozy, profesor Bluish nigdy nie darzył sympatią Ludzi z Nizin. Niegdyś cudem uniknął spalenia przez nich na stosie. Uratował go... Ale zostawmy na razie ten temat, bo to całkiem inna historia. – Ci tępi, zapyziali, ograniczeni, karłowaci...

– Nie mów o nich w ten sposób, Stanley – ucinał Cornerstone. Niebieskie oczy patrzyły w intensywnie granatowe oczy przyjaciela z wyraźną naganą. – To są po prostu zwykli ludzie, którym my, być może, powtarzam: być może mądrzejsi, jesteśmy coś winni. Właśnie dlatego, że jesteśmy mądrzejsi. I nie znaczy to wcale, że jesteśmy przez to od nich lepsi. Pamiętajcie o tym. Zawsze – mawiał, podkreślając, że oba światy mają sobie wiele do zaofiarowania. – I dlatego – powtarzał często – stanowczo powinniśmy lepiej ich poznać, by stopniowo, niezauważenie wtapiać się w ich społeczność. Dla obopólnego dobra.

Sam obdarzony nieprawdopodobną wiedzą, o graniczącej z magią intuicji, biegle władający wszystkimi językami ludzi, zwierząt i roślin, o nadludzko silnej, charyzmatycznej osobowości, patrzył na świat zza nobliwych dwuogniskowych okularów z dobrotliwym uśmiechem w bajecznie rozmigotanych oczach. Jak każdy geniusz skromny, miał w sobie ogromnie dużo autoironii. Chadzał w długiej, zamaszystej, szmaragdowobłękitnej szacie, a na głowie nosił śmieszną czapeczkę, do której bardzo, ale to bardzo był przywiązany. Dostał ją kiedyś od swojej wychowanki na urodziny.

– Margot? Ile właściwie lat ma profesor Cornerstone? – spytała nauczycielkę biologii niespełna dziesięcioletnia Lena.

– Nikt tego nie wie, drogie dziecko. Wiadomo tylko tyle, że te najbliższe urodziny będą okrągłe.

Lena nie dopytała już, co to oznacza. Wiedziona skojarzeniem wzrokowym, własnoręcznie uszyła dla ukochanego opiekuna okrągłą, zieloną czapeczkę. Biedziła się nad nią w największej tajemnicy przez wiele nocy, troskliwie wyszywając nakrycie głowy opalizującymi, srebrnymi koralikami miyuki. Trzeba nadmienić, że dziewczynka od najmłodszych lat zadziwiała nieprzeciętnymi zdolnościami artystycznymi. Czapeczka wyszła zatem prześlicznie. Uśmiechając się figlarnie, Lena doszyła u jej boków skrzydełka: jedno z prawej, drugie z lewej strony.

– Żeby pan miał bardziej lotny umysł, profesorze – mrugnęła do niego łobuzersko. – Dużo szczęścia w dniu urodzin – zarzuciła mu ręce na szyję i serdecznie ucałowała okolony srebrną brodą policzek.

Odtąd zachwycony Cornerstone z dumą paradował po zamku w czapeczce ze skrzydełkami, z którą nigdy, ale to nigdy się nie rozstawał. Te skrzydełka stały się jego znakiem rozpoznawczym. Pukającym się w czoło nauczycielom wyjaśniał z krotochwilnym błyskiem w niebieskich oczach:

– To ta moja tajemna moc tak mnie uskrzydla.

Zżymał się nieodmiennie, gdy uparcie nazywano go czarodziejem.

– Taki sam ze mnie czarodziej, jak i z ciebie – mawiał każdemu, kto posądzał go o zdolności magiczne. – Ta cała magia, czy jak to tam nazywasz, to nic innego jak dużo silnej woli, popartej jeszcze większą pracą. Wysil się, a i ty również będziesz... Eee... czarodziejem – puszczał do rozmówcy oko.

Byli jednak tacy, których to pogodne gadanie rektora wcale, ale to wcale nie przekonywało. „No bo jak wytłumaczyć choćby fakt, że Cornerstone potrafił pojawiać się jednocześnie w dwóch miejscach?” – zastanawiali się.

– Zdolność bilokacji jest rzeczywiście rzadko spotykana – cierpliwie tłumaczył profesor – ale nie ma nic wspólnego z magią. Poczytaj właściwe książki. To nie boli. Wszystkie znajdziesz w zamkowej bibliotece.

Faktycznie – biblioteka, zajmująca całe trzy kondygnacje wiekowej budowli, była największym światowym zbiorem wszelkich przejawów słowa pisanego, począwszy od czasów najdawniejszych, a skończywszy na współczesności...

Siedząca w gabinecie rektora Lena rozglądała się, rozpoznając niebotycznie wysokie, szklone regały, pełne oprawionych w skórę książek. Część gablot zajmowały pojedyncze egzemplarze wszystkich możliwych instrumentów muzycznych. Inne znów pełne były pędzli, dłut, farb, piór kreślarskich. Jeszcze inne – tajemniczych, delikatnych przyrządów astrologicznych, których dokładnego przeznaczenia dziewczyna nigdy nie poznała... Modeli samolotów, okrętów, łodzi podwodnych, samochodów i statków kosmicznych... Globusów Ziemi i nieba... Lena z rozkoszą wdychała wszechobecny, cudownie znajomy cyprysowy zapach. Wszystko to tak dobrze pamiętała z dzieciństwa. Jakże kochała to miejsce...

– Czy mam prawo sądzić, Księżniczko, że zdecydowałaś się przyjąć moją propozycję?

– Och tak. Dziękuję, profesorze. Ten rok był doprawdy niesamowity, ale... Pozwolił mi zrozumieć, że tak naprawdę moje miejsce jest tutaj – uśmiechnęła się, zarumieniona, a z jednej z oszklonych szaf, w których drzemały instrumenty, dobiegła w tym momencie muzyka.

– Nie tylko ja się cieszę... – rektor popatrzył w szare oczy tak jakoś... inaczej. Dziwnie badawczo. Wsłuchana w cudną melodię, nie zwróciła na to uwagi.

– Och... Eee... cześć... Profesorze, nigdy dotąd nie słyszałam, żeby wiolonczela grała sama na sobie – wyjąkała, komicznie unosząc brwi.

– To sztuka zarezerwowana na specjalne okazje – mrugnął do niej Cornerstone, patrząc już normalnie.

Pierwszego października Lena obudziła się, czując radosne podniecenie i... tremę. Po raz pierwszy wystąpi w nowej roli. Że jej podoła – nie miała wątpliwości, ale w końcu miał to być jej debiut.

Wieczorem w refektarzu zasiadły setki studentów. Gdy umilkły już hałaśliwe powitania i pokrzykiwania, rektor z młodzieńczą energią wskoczył na mównicę.

– Witam, witam wszystkich – rozpostarł ramiona, ogarniając tym gestem obecnych. – Dziś pragnę przedstawić naszą nową nauczycielkę, profesor Lenę Claivenrow. Witamy panią profesor!

Lena wstała wśród burzy oklasków, kłaniając się z wdziękiem.

– Profesor Claivenrow zgodziła się objąć od tego roku akademickiego katedrę sztuki. Odtąd to właśnie pod jej kierunkiem zgłębiać będziecie tajniki muzyki, kompozycji, malarstwa i historii sztuki. Sztuki Ludzi z Nizin – podkreślił ostatnie zdanie. – Ludzie z Nizin, na przestrzeni wieków tak niesprawiedliwie przez nas niedoceniani, mają nam bowiem wiele do zaofiarowania. Dlatego stanowczo powinniśmy lepiej ich poznać. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że do niedawna jeszcze nasze Władze Najwyższego Szczebla nie pochwalały takiego stanowiska. Jednak obecny minister, Johny Order, zdecydowanie je popiera. Nauczanie tych przedmiotów w naszej Akademii to pierwszy krok do – mam nadzieję – wielkich i dobrych zmian w naszych wzajemnych relacjach ze światem zwykłych ludzi. Myślę, że wszyscy życzymy pani profesor powodzenia – znów rozległy się gromkie brawa. – A teraz do roboty! – Cornerstone usiadł za stołem i refektarz zaroił się od tłumu odświętnie ubranych kelnerów, roznoszących gigantyczne półmiski, pełne najprzeróżniejszych potraw, na które wszyscy rzucili się z entuzjazmem.

– I jak się czuje nasza nowa wschodząca gwiazda? – głos Stanley’a Bluisha dobiegający poprzez ogólny gwar przypomniał Lenie, że nie ze wszystkimi jeszcze zdążyła się przywitać.

– Witaj, Stan. Gwiazda czuje się, jakby spadła z nieba bez asekuracji w sam środek trąby powietrznej – skrzywiła się komicznie.

– Będzie dobrze – życzliwy, choć zasadniczy głos Margot O’Proud zawsze dodawał jej otuchy.

– Nasza mała Księżniczka nauczycielką w Akademii! – profesor filozofii przyrody, Anthony Mild otarł wilgotne oczy chustką, wywracając przy tym puchar. Jabłkowy poncz opryskał twarz Fedelmy Santon.

– Nic nie widzę! Nic nie widzę! – jąkała nauczycielka psychologii, próbując wytrzeć oczy.

Profesor matematyki, Elias Dainty, skupił się, nadął, zrobił się czerwony jak burak (wyglądał przy tym, jakby siedział właśnie na... nieważne zresztą), po czym machnął ręką z rezygnacją, wyjmując z kieszeni chusteczkę. Troskliwie jął osuszać twarz sąsiadki i już po chwili Fedelma wyglądała, jakby właśnie wyszła spod woniejącego ponczem prysznica.

– Nigdy nie opanuję tych sztuczek Cornerstone’a – warczał pod nosem Dainty, chowając chusteczkę. – Zamyka oczy i już pędzą do niego wszystkie szklanki i sztućce. A ja ćwiczę, ćwiczę i nic.

– Słyszeliście, że niedawno znalazł w Grającej Puszczy kolejny podziemny strumień? – pytała ściszonym szeptem opanowana już Santon. – Szedł sobie z tą swoją śmieszną różdżką, a ona nagle jak nie zacznie mu szaleć w dłoniach... – głos Fedelmy pełen był niekłamanego podziwu. – A ja... zupełnie tego nie przewidziałam – dokończyła z żalem. Powszechnie wiedziano, że maniacko para się tarotem. A że wiecznie przytrafiały jej się pechowe sytua-cje, była tematem wielu żartów.

– Moja droga, zawsze mogłaś użyć... ehm... Oczu Wyobraźni – mruknął jakiś nieznajomy Lenie, obficie wypomadowany sąsiad Fedelmy.

– Wiesz przecież, że Cornerstone to najlepszy na świecie radiesteta – dodała Margot.

– Z ostatniego słowa rozumiem tylko jego drugi człon – skrzywił się lekko Dainty, poprawiając nienagannie zawiązaną muszkę.

Księżniczka śmiała się ze wszystkimi. Tak bardzo ich kochała. Była taka szczęśliwa...

Wykończona nadmiarem emocji, zasnęła kilka godzin później, ledwie przyłożyła głowę do poduszki. Miała dziwny sen. Oślepiające srebrzyste światło... Przeraźliwy huk... Ciemność... I w tej ciemności znajomy, ciepły głos:

– Pamiętaj, Księżniczko, to nie śmierć jest najgorszym, co może nas spotkać.

Obudziła się zlana zimnym potem. Rano nie pamiętała już tego snu.

Pierwsze tygodnie w nowej pracy okazały się doprawdy fascynujące. Duża klasa, przydzielona Lenie do prowadzenia zajęć, dosłownie pękała w szwach. Profesor Claivenrow musiała zatem podzielić studentów na grupy. Rzecz jasna, nauka gry na instrumentach odbywała się indywidualnie. Lena słyszała, co prawda, że w świecie Ludzi z Nizin, w myśl nowego rozporządzenia ich ministra, lekcje gry na instrumencie uczniowie odbywają parami. A nawet trójkami. Myślała z początku, że to prima aprilis, czyli takie idiotyczne święto, z okazji którego te stworzenia płatają sobie różnego rodzaju psikusy. Następnie krzyczą: „Prima aprilis!” i wszystko sobie wyjaśniają. Z jakichś powodów bardzo głośno się przy tym śmieją. Sprawdziwszy jednak datę wydania owego dziwnego rozporządzenia, Lena, srodze zdumiona, mimo całej żywionej do Ludzi z Nizin sympatii musiała przyznać, że ich minister kultury z całą pewnością zwariował.

– To palant, profesorze – zaśmiewała się w gabinecie Cornerstone’a, parodiując walącą głową o ścianę wytrawną pianistkę, której kazano zmagać się przy jednym instrumencie równocześnie z trójką tępych, całkowicie pozbawionych słuchu i poczucia rytmu uczniów. – I w ogóle po co im aż tylu ministrów? – popukała się palcem w czoło.

– Masz zupełną rację, Księżniczko. Choć ja nie użyłbym tu akurat słowa... ehm... palant.

Ryknęli śmiechem.

– My od zawsze mamy tylko jednego ministra i faktycznie, odkąd jest nim Johny Order, wszystko działa bez zarzutu.

Chichotali nadal. Rektor musiał na chwilę zdjąć okulary, by wytrzeć oczy.

– No właśnie – szare oczy rozbłysły. – Profesorze, czy my nie moglibyśmy ich jakoś...

– Nawet o tym nie myśl – Cornerstone w jednej chwili spoważniał, stanowczo wchodząc wychowance w słowo. – Ich świat, świat Ludzi z Nizin, rządzi się zupełnie innymi prawami. I nawet jeśli nie do końca są one dla nas zrozumiałe, musimy je uszanować. Bo to są ich prawa. Poza tym – zachichotał ponownie – oni najwyraźniej lubią wybierać tych swoich ministrów, premierów, prezydentów. Im częściej, tym bardziej są zachwyceni. Wiesz? Bywa nawet, że funkcję premiera pełnią u nich w jednym roku kolejno dwie lub trzy osoby.

– Dziwni oni jacyś...

– Księżniczko, uwierz mi, to naprawdę fascynujące stworzenia. Spójrz tylko na ich sztukę: malarstwo, muzykę, literaturę, teatr, film...

Niechętnie musiała przyznać opiekunowi rację. Sama przecież tej właśnie sztuki nauczała. Maniacko kolekcjonowała filmy, nieustannie słuchała muzyki... Z powodu nawału zajęć niewiele czasu miała dla siebie. Nadal jednak w wolnych chwilach malowała. I tak nie wiedzieć kiedy mijał słoneczny październik.

Lena szła właśnie przez błonia obładowana materiałami plastycznymi. Pełna świeżych jeszcze wrażeń z podróży, przez całe popołudnie malowała nad brzegiem jeziora. Tuż przed zachodem, poczuwszy chłód, postanowiła na dzisiaj skończyć. Zmierzając w stronę zamku, przystawała co chwila i cieszyła oczy widokami, za którymi podświadomie cały rok tęskniła. Gdy w pysznym blasku udającego się z ociąganiem za horyzont słońca, w oddali dojrzała imponującą burzę poruszanych wiatrem długich, srebrnych włosów, pomachała spontanicznie ręką.

– Hej!

– Dobry wieczór, Księżniczko – rektor szedł w jej kierunku energicznym, sprężystym krokiem, unosząc dla bezpieczeństwa skraj długiej, zamaszystej szaty.

– Cześć, profesorze – dziewczyna roześmiała się radośnie.

– Swędzenie w palcach? – uśmiechnięty Cornerstone wskazał ruchem głowy gruby, kartonowy rulon, który ledwie mieścił jej się pod pachą. – Daj, pomogę ci – wziął go od niej.

– Dzięki. Tak – zaśmiała się znowu.

„Jak ona często się śmieje. Jest taka radosna” – myślał z rozrzewnieniem.

– Od powrotu palce mnie swędzą niemal bez przerwy. Mam w sobie tyle... wrażeń, tyle kolorów, pomysłów, taki power, że... – sapnęła tylko, komicznie spoglądając w niebo. Szare oczy w zarumienionej twarzy aż lśniły z euforii. Niebieskie oczy rektora lśniły radością.

– Odkąd pamiętam, zawsze miałaś power.

Zauważyła, że opiekun przygląda się jej z rosnącą uwagą.

– Profesorze, czy... coś nie tak?

Unosząc komicznie srebrne brwi, podał jej lusterko. Zachichotała, widząc biegnący skosem przez całą niemal długość policzka kolorowy ślad.

– Jak zwykle wkładasz w swoją pracę... eee... całą siebie – podał dziewczynie chusteczkę.

– Wyglądam okropnie – śmiała się, jeszcze bardziej rozmazując smugę. Teraz cały już policzek miała sinoczerwony.

– Wyglądasz jak zwykle...ehm... pięknie. No, może tylko coraz bardziej kolorowo.

Wziął od Leny chusteczkę, starannie złożył na czworo i zbliżył jej do ust jak małej dziewczynce.

– Pluj.

– Tfu!

Znów ryknęli śmiechem.

Bardzo dokładnie przetarł jej policzek. Spojrzał na sinoczerwoną chusteczkę, wzdychając z udawaną rezygnacją.

– A taki byłem do niej przywiązany – komicznie uniósł srebrne brwi. – Dostałem ją od... – zastanowił się. – A wiesz? Nie pamiętam od kogo.

Lena zawyła.

– A pamięta pan, z jakiej okazji? – ledwie mogła mówić.

– Pamiętam! – ucieszył się. – Z okazji urodzin... eee... nie pamiętam których.

Lena dostała czkawki.

– Profesorze – hik! – a pamięta pan, jak profesor Carrot podarował panu te – hik! – śmierdzące kaktusy?

– One jeszcze wtedy nie śmierdziały. Dopiero w nocy... Błeee, a ja myślałem... – znów ryknięcie śmiechem. Stopniowo ich spontaniczna, przerywana co chwila wybuchami nieopanowanej wesołości rozmowa ginęła w rosnących porywach wiatru. Słychać było tylko jakieś oderwane fragmenty: – ...się wtedy rozpłaszczył na ziemi jak dłuuugi! – znów śmiech.

– W tym błocku! – Lena ze śmiechu ponownie dostała czkawki.

– A wściekły... chichichichi... Dustpan o mało mu nie powyrywał nóg z... eee... – rozchichotany Cornerstone po mistrzowsku parodiował woźnego, trzymającego za kark jakiegoś nieszczęśnika. I zmierzali tak w stronę zamku, co chwila wybuchając śmiechem.

Bardzo im tego w ciągu minionego roku brakowało. Najwyraźniej więc postanowili nadrobić zaległości hurtem jednego popołudnia.

– Oooo – jęczała Lena – brzuch mnie już rozbolał.

Cornerstone tylko co chwila ocierał policzki, po których aż na brodę kapały mu łzy.

Tymczasem zaczął siąpić deszcz. Profesor wziął od Leny sztalugi i pudło z kredkami, by mogła okryć peleryną głowę. Deszcz był ciepły, pachnący, a zza chmur uśmiechało się już do nich półgębkiem wielkie, zarumienione słońce. Wracali więc nieśpiesznie, rozkoszując się chwilą. Lenie ani na moment nie zamykała się buzia. Właśnie, co chwila parskając śmiechem, opowiadała jakąś wesołą historyjkę o pobycie w paryskim Luwrze:

– I, profesorze, da pan wiarę? I wtedy oni wszyscy zaczęli w podnieceniu szeptać: „Cud, cud, Święta Magdalena płacze!”. Jakby nie słyszeli przed chwilą jego potężnego kichnięcia! – zaśmiewali się oboje z gapowatego pracownika muzeum, który, wydmuchując nos, uciekł na korytarz, niepomny, że zostawił na świętym obliczu swoje...

– Fuj! – skrzywił się komicznie Cornerstone, a Lena wyła ze śmiechu.

Nie wiedzieć kiedy znaleźli się w jej mieszkaniu. Profesor pomógł dziewczynie wnieść rzeczy do pracowni. Nie przerywając pogodnego monologu, któremu Cornerstone przysłuchiwał się z dawno nie odczuwaną radością, rozplotła wilgotne włosy, by je osuszyć. Z szuflady konsolki wyjęła szczotkę, prezent urodzinowy od Margot. Był to piękny przedmiot. W bogato kutej, srebrnej oprawie osadzono sześć kamieni księżycowych: po jednym dla uczczenia każdego roku życia Leny. Część użytkową wykonano z włosia z ogona srebrnego pegaza.

Pod wpływem impulsu, nie wiedząc czemu to robi, Cornerstone zapytał:

– Pozwolisz?

Jak wieki temu, z uśmiechem podała mu szczotkę. Przez moment czuła się znów małą dziewczynką, która rozczochrana, z radosnym uśmiechem na umorusanej buzi, wróciwszy z jakiejś mrożącej krew w żyłach konnej wyprawy z Mildem, stawała przed Cornerstone’em. A profesor z udawanym niezadowoleniem mruczał:

– Muszę przywołać do porządku tego bałwana, zanim pozwoli, by jakiś wstrętne, drapieżne ptaszysko porwało moją małą Księżniczkę! A ty, młoda damo, naucz się, że księżniczki nie włóczą się po Grającej Puszczy! – i brał się za doprowadzanie jej wyglądu do porządku, rozczesując tą właśnie szczotką jej jasne loki.

Uśmiechnęła się do dawno minionych chwil...

Jego dotyk nie był jednak taki jak dawniej. Ostrożnie, niemal z czcią dzielił długie, lekko wilgotne włosy na cienkie pasma. Czesał każde z nich bez pośpiechu, a każdy gest graniczył z pieszczotą. Wstrzymała oddech, nie mając odwagi spojrzeć w lustro, by nie dostrzegł wyrazu jej twarzy. Nie padło żadne słowo. W absolutnym milczeniu ofiarowywali sobie wzajemnie ten rytuał, będący dla obojga źródłem nieznanej dotąd, dziwnie niepokojącej radości. Poczucia... nieuchronności? Bo choć właściwie nie wydarzyło się nic, wiedzieli, że oto przekroczyli jakąś granicę. I nie odczuwali z tego powodu najmniejszego wzajemnego skrępowania, skupieni bez reszty na tym szczególnym akcie bliskości...

– Obawiam się, że powinienem już iść – głos starego nauczyciela brzmiał bardzo miękko. Czuł, że chwilę później jeszcze trudniej będzie mu odejść.

– Tak, powinien pan...

Łagodnie zwróciła się twarzą do niego. A gdy odkładał szczotkę, uniosła ku niemu dziwnie jasne, szare oczy.

– Profesorze...

– Co, Księżniczko?

– Tak mi żal, że nie jestem już dzieckiem... – powiedziała to cicho i jakoś... smutno.

Poczuł dreszcz na karku: „Co miała na myśli?”. I jak wieki temu, gdy objaśniał jej świat, znów próbował tłumaczyć – tym razem bardziej sobie niż jej:

– Bycie dorosłym ma oczywiście swoje dobre strony. Ale... wspomnienie dzieciństwa wiąże się z odczuwaniem straty, mam rację?

– Zawsze miał pan rację – uśmiechnęli się oboje.

– I mnie żal twojego dzieciństwa, Księżniczko – westchnął. – Wszystko było wtedy takie... proste. Takie oczywiste. Takie... bezpieczne.

Teraz ona poczuła dreszcz. „O czym on mówi?”.

– Wybacz, ale naprawdę powinienem już iść. – Przetarł dłonią oczy, westchnąwszy, jakby budził się niechętnie ze snu. Pochylił srebrną głowę i ucałował jej dłoń, choć tak pragnął raz jeszcze pogłaskać te włosy... I utulić ją, tak jak wieki temu utulał małą dziewczynkę, oddaną mu w opiekę. – Dobranoc...

– Dobranoc, profesorze – w szarych oczach dostrzegł łzy. I prawie uciekł, by nie dojrzała drżenia warg pod długą brodą. A Lena opadła na fotel. „Co się dzieje? Co się ze mną dzieje?!”.

Cornerstone szedł energicznie długim, ciemnym korytarzem. Myśli w srebrnej głowie dosłownie szalały. „Co ja robię? Co ja jej robię? Mieszam jej w głowie, ja przecież... przecież ja... prawie ją napastowałem!” – myślał przerażony, gdy wtem...

– Kto tu jest? Ach to ty, Michaelu? – w blasku kandelabra pojawiła się szczupła, przystojna twarz, okolona jadowicie granatowymi włosami.

„Że też, do wszystkich diabłów, w tej właśnie chwili musiałem się nadziać akurat na tego pawiana!”.

– Szedłem właśnie do toalety, gdy usłyszałem kroki i...

– I zobaczyłeś mnie wracającego z wieczornej przechadzki. Zauważyłem to. Dobranoc, Bluish.

„Przechadzki. Akurat” – granatowe oczy, patrzące za odchodzącym szybko rektorem, rozbłysły. „Damska część mieszkalna to rzeczywiście idealne miejsce na wieczorną przechadzkę”.

Mijały tygodnie. Drzewa na stokach gór, jak to zwykle w listopadzie, zgubiły już liście. Zaczął się sezon przygotowań do zimowej sesji egzaminacyjnej. Cornerstone wysłał właśnie pilną depeszę do Johny’ego Ordera z niepokojącą wieścią, że pokonany ponad dwadzieścia lat temu Moron zamierza powrócić z wygnania, by zebrać potęgę i ponownie ruszyć na Rose Castle. Zamek był bowiem znienawidzonym gniazdem jedynego wroga Morona: Odwiecznej Miłości, Światła Umysłu i Natchnienia Duszy. Te zaś, podstępnie przez tych z zamku wśród ludzi krzewione, stawały się coraz większym zagrożeniem jego potęgi. Michael Cornerstone otrzymał wiadomość zaledwie wczoraj. Nosiła co prawda bardzo nikłe znamiona prawdopodobieństwa, jednak stary, doświadczony i bardzo mądry nauczyciel nigdy nie lekceważył żadnej informacji. Zwłaszcza jeśli mogłaby ona dotyczyć bezpieczeństwa ludzi i jego ukochanej uczelni. Zbyt dobrze pamiętał, do czego doprowadzało wielokrotne już lekceważenie potęgi Morona przez poprzednie Władze Najwyższego Szczebla.

„Na szczęście na razie to tylko niesprawdzone przypuszczenia”. Cornerstone postanowił to jednak zbadać.

Uwadze studentów i nauczycieli, a zwłaszcza Leny, nie umknęła zatem częsta nieobecność rektora w zamku.

– Stan, nie widziałeś gdzieś Cornerstone’a? – zaczepiła pewnego dnia nauczyciela hipnozy.

– Dał mi to tłumaczenie, ale część tekstu jest tak nieczytelna... Jakby... zniszczona jakąś substancją? Wyżarta? Wypalona? – wzruszyła ramionami. – Myślałam, że może on...

Bluish pokręcił głową.

– Rektora nie ma. Wróci w środę.

– Kurczę...

– Jeżeli chcesz, pokaż mi ten tekst. Może będę umiał ci go...

– Nie, dzięki, Stan – stanowczo pokręciła głową. – Cornerstone wyraźnie powiedział, że mam to zrobić samodzielnie – rozłożyła ręce z uśmiechem. – I tego będę się trzymać.

Hipnotyzer przyglądał się dziewczynie z szacunkiem. Przez tyle lat ani na moment nie przyszło jej nawet do głowy, by złamać jakikolwiek nakaz czy zakaz opiekuna. Nie żeby była aniołkiem. Ooo, co to, to nie. Wręcz przeciwnie. Jako dziecko płatała różne figle, niekiedy wywracając spokojne życie Cornerstone’a do góry nogami.

„A swoją drogą ten samotny stary ramol rozpuszczał ją do granic możliwości” – zachichotał w duchu. Nigdy jednak nie zawiodła zaufania, jakie pokładał w niej Michael. Zawsze wierna jego naukom i ideom, gotowa była stanąć przy swoim mistrzu ramię w ramię, choćby przyszło im walczyć z całym światem... „A może jeszcze dojść do walki...” – Bluish wspomniał powód nieobecności Cornerstone’a.

Do dziś nie miał pojęcia, jakim cudem ten niesamowity człowiek ponad dwadzieścia lat temu przeżył, cudownie się odrodził, czy diabli wiedzą co. Dotąd nie był o tym uprzejmy jego, Stana Bluisha, poinformować. Jego, który przecież stał przy nim właśnie wtedy, na Szczycie... Który na własne oczy widział, jak Cornerstone stacza się w Otchłań. Rozjarzył się wtedy jakimś dziwnym, srebrzystym blaskiem i znikł. Znaleziono potem jego szczątki na dnie przepaści...

Od tamtej pory (a konkretnie od momentu, kiedy dużo wcześniej uroczyście i z honorami pogrzebany rektor stanął sobie jak gdyby nigdy nic w drzwiach refektarza i życzliwie patrząc tymi cholernie rozmigotanymi niebieskimi oczami, powiedział: „Dzień dobry wszystkim”) ich dotychczasowa wzajemna sympatia przerodziła się w głęboką przyjaźń. Darzyli się bezgranicznym zaufaniem. Dlatego o ostatnich powodach niepokoju rektora wiedział obecnie Bluish i tylko on. Czekał na jego powrót jeszcze bardziej niż rozgorączkowana Lena. Wiedział, że natychmiast, gdy tylko w oknach pięknego gabinetu rozbłyśnie światło, on, Stan Bluish, uzyska bardziej lub mniej niepokojącą wiedzę wprost z pierwszej ręki...

– Mam nadzieję, że to jednak tylko plotki – mruknął posępnie, mrużąc granatowe oczy. Odpłynął myślami tak daleko, że na śmierć zapomniał o stojącej tuż obok rozmówczyni.

– Stan...? Czy dzieje się coś, o czym powinnam...

– Powinnaś posiedzieć nad tym tekstem. No już, zmykaj.

***

Wydarzenia codzienne pozwoliły naszym bohaterom nie tyle zapomnieć o pewnym niepokojącym incydencie z udziałem srebrnej szczotki do włosów, ile całkowicie odwróciły od niego uwagę. Codzienność była zbyt pochłaniająca.

Lena żyła swoją pracą i swoją twórczością. No i miała na głowie to piekielne tłumaczenie, które okazało się naprawdę bardzo trudne. („Chyba przecenia moje możliwości”).

Niekiedy tylko nawiedzały ją wspomnienia tamtego wieczoru, tak jednak odległe i nierzeczywiste, że z czasem przestała sobie nimi zaprzątać uwagę. No i był Everard...

Everarda McKinleya poznała, zerwawszy kiedyś wyjątkowo drażniącą próbę z kwartetem smyczkowym. Należy wyjaśnić, że nauczyciel matematyki i kompozytor, profesor Dainty, prowadził szkolny chór i dużą orkiestrę. Lena natomiast w ramach nowych obowiązków dostała pod swoją batutę zespół kameralny, składający się zresztą z naprawdę świetnych muzyków. Miał tylko jedną wadę. Altowiolistę. Nie żeby był kiepski. Wręcz przeciwnie. Biegły i wrażliwy muzyk. Profesjonalista w każdym calu. Dopóki grał. Niestety, gdy tylko przestawał grać, natychmiast zaczynał mówić. Dużo i głośno. Miał swój leitmotiv.

– Sztuka Ludzi z Nizin? Świat schodzi na psy! – dowodził każdemu, kto chciał go słuchać, czyli samemu sobie. – Jak tak dalej pójdzie, stary Cornerstone niedługo zatrudni jakiegoś w Akademii! A potem Żyda! O! I może jeszcze komunistę? Bo oni wszyscy tam, na Nizinach, to komuniści! Albo Żydzi! Wszyscy! Ja wyślę pismo do ministra! Niech z tym zrobi porządek! O, światły Konfucjuszu, miej nas w opiece!

Sam jednocześnie w wolnych chwilach z upodobaniem słuchał jednej tylko, nizinnej właśnie, stacji radiowej. Akurat z Konfucjuszem niewiele mającej wspólnego. Na imię miał Angello. Dziwnym trafem Lena jakoś nigdy nie zdołała zapamiętać jego nazwiska. Może nie bardzo się starała? Mówiła o nim Kierownik, bo faktycznie – jako najlepszy w zespole muzyk – pełnił wewnętrznie tę funkcję. Zastępował Lenę, gdy z jakichś powodów nie mogła być na próbie. Gdyby nie to, już dawno by go wylała. Nie lubiła polityki, niemającej ze sztuką nic wspólnego. I nie mogła znieść, gdy ktokolwiek ośmielał się w jej obecności krytykować osobę Cornerstone’a. Po którejś zatem z kolei wypowiedzi altowiolisty trzymająca dotąd nerwy na wodzy Lena zamknęła z hukiem partyturę i – gniewnie zamiatając długimi, jasnymi włosami – opuściła salę prób. Nadal wzburzona, zmierzała właśnie w kierunku błękitnej tafli Śpiewającego Jeziora. Szum fal zawsze koił jej nerwy. Nie miała ochoty na towarzystwo, słysząc więc za plecami zbliżające się energicznie kroki, odwróciła się zniecierpliwiona.

– Witam piękną koleżankę!

Rozpoznała tego śmiesznego, nadętego faceta, który siedział przy stole nauczycielskim zawsze obok Fedelmy Stanton. Zawsze przesadnie elegancko ubrany i ufryzowany. – Jeszcze nas sobie nie przedstawiono – zbliżył się z wyciągniętą, starannie wypielęgnowaną dłonią. – Everard McKinley, od roku nauczyciel gimnastyki... ehm... synchronicznej. Z elementami błyskawicznych uników – dodał szybko, ze znaczącym uśmiechem.

Na błyskawiczny unik, z racji osoby altowiolisty, Lena nieraz miała ochotę. Niekoniecznie jednak synchroniczny. „A już zwłaszcza nie w synchro z tym wypielęgnowanym pajacem” – pomyślała rozdrażniona. Odebrała jednak z rąk Cornerstone’a bardzo staranne wychowanie, wyciągnęła więc rękę:

– Witaj, Everardzie. Lena Claivenrow – uścisnęli sobie dłonie.

– Szedłem właśnie nad jezioro. Widzę, że najwyraźniej zmierzamy w tę samą stronę. Może mógłbym ci towarzyszyć? – już ujmował jej łokieć.

I tak jakoś zaczęli sobie towarzyszyć coraz częściej.

Rozterki rektora

Zawalona pracą profesor Claivenrow dopiero w którąś niedzielę znalazła czas na wizytę w uwielbianym przez nią przestronnym apartamencie, usytuowanym na czwartym piętrze zamku, od strony dziedzińca wewnętrznego.

Puk, puk...

– Tony, mogę wejść?

– Momencik, już otwieram.

Drzwi uchyliły się z jękiem zawiasów.

– O, to ty, Księżniczko – bursztynowe oczy rozbłysły radością. – Wejdź, wejdź – już się krzątał, zaparzając kawę. – Tak sobie nieraz myślałem, kiedy mnie odwiedzi moja dawna ulubiona studentka – sapał, szczęśliwy i wyraźnie wzruszony.

Profesor filozofii przyrody i – mimo podeszłego wieku – wciąż jeszcze zawodowo czynny instruktor konnej jazdy był wysoki i chudy. Obficie wytatuowany, z rozrośniętą na wszystkie strony zaniedbaną, szpakowatą brodą, okalającą łysą jak kolano głowę, przypominał wysłużonego mopa. Łagodny jak gołąb, z byle powodu wzruszał się do łez w wiecznie wilgotnych oczach. Podobnie jak Cornerstone nazywał Lenę Księżniczką i jak on rozpieszczał i rozpuszczał niegdyś małą dziewczynkę do granic możliwości.

– I jak tam w nowej pracy? – z uśmiechem podał jej antyczną filiżankę zdobioną wzorem cebulowym.

– Dzięki – przyjęła z wdzięcznością kawę. – Tak się cieszę, że wróciłam, Tony. Nie wiesz nawet, jak tęskniłam do tego miejsca. Do ciebie, Margot, Cor... Cornerstone’a – zająknęła się wbrew woli. Kędzierzawa broda zatrzęsła się nieznacznie.

– Cornerstone niejedno widział i przeżył. Ale powiem ci, Księżniczko, tęsknił za tobą jak ten pies, biedaczysko. Nie mówił nic, on na to za twardy w sobie. Ale serce ma miękkie. A już do ciebie... A – machnął ręką, strącając przy tym łyżeczkę. – Szkoda gadać, jak się tu truł i zamartwiał – stękając, schylił się po łyżeczkę i długo polerował ją chustką.

– A... – Lena poczuła gwałtowną potrzebę zmiany tematu – jak twoja stadnina, Tony?

– Chodź – wstał, gwałtownie odsuwając krzesło – pokażę ci coś pięknego. Pegaza – dodał szeptem z tajemniczym błyskiem w oczach. Wyszli na zewnątrz.

– Młody, niewyrośnięty, nie lata jeszcze – kontynuował ciepło staruszek już na korytarzu.

– Skrzydła pegaza...

– Ależ profesorze, coś tam jeszcze pamiętam z lekcji poezji i plastyki – dygnęła już w hallu z miną grzecznej uczennicy. I zaśmiewali się oboje, idąc przez łąki i snując wspomnienia.

Aż doszli do padoku, na którym pasł się skrzydlaty koń.

Patrzyła jak urzeczona na cudne zwierzę. Przypominał wyrośniętego kucyka. Był srebrzysty i... taki delikatny. Spojrzał na nią ogromnymi oczami i wolno, bardzo wolno, podszedł. Obwąchał ją ostrożnie i trącając nosem, włożył głowę pod jej dłoń, jakby domagając się pieszczoty. Mild patrzył na tę scenę oniemiały.

– Pierwszy raz... – szeptał, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Pierwszy raz coś takiego... Bo widzisz, Księżniczko, on zawsze był bardzo nieśmiały... Żeby tak sam z siebie do kogoś szedł – nadal kręcił głową z niedowierzaniem – tego jeszcze nigdy nie widziałem... – patrzył na Lenę z podziwem i szacunkiem w bursztynowych oczach.

Lena niemal bezwiednie pieściła dłonią kark tulącego się do niej zwierzęcia.

Myślami odbiegła w przeszłość...

Wstęp do Grającej Puszczy był od pewnego czasu oficjalnie zakazany.

Puszcza była kiedyś całkiem, ale to całkiem zwyczajnym lasem. Może tylko większym, starszym i bardziej gęstym niż większość europejskich lasów.

Znany z ekscentrycznych pomysłów Cornerstone zamówił w 1907 roku u przebywającego wówczas gościnnie w Rose Castle znakomitego malarza, Celnika Rousseau, obraz. Należy nadmienić, że to właśnie profesor, człowiek o niezwykłej wrażliwości i intuicji, odkrył w Rousseau geniusza. Rozradowany malarz podarował swojemu dobroczyńcy ogromny (sto sześćdziesiąt dziewięć na sto osiemdziesiąt dziewięć i pół centymetra) olej na płótnie, zatytułowany „La charmeuse de Serpens”. Zachwycony rektor godzinami przesiadywał wpatrzony w ogromne płótno, zapominając o całym, ale to całym świecie.

– To wprost niewiarygodne... – nie mógł wyjść z podziwu. – Ten obraz działa jak hipnoza...

Uznawszy w końcu, że tej klasy dzieło sztuki należy się światu, wielkodusznie podarował je Musee d’Orsay. Zanim to jednak zrobił, długo, bardzo długo mamrotał coś pod nosem w nieopisanym skupieniu. Nikt nie wie, co to były za słowa.

Od tego pamiętnego dnia jednak las Rose Town zamienił się w puszczę z obrazu Rousseau. Cornerstone z jakichś, sobie tylko znanych powodów ochrzcił ją mianem Grającej Puszczy.

– Ależ mój drogi, z pewnością masz halucynacje po tej swojej herbacie z wkładem. Przejdź na wodę mineralną – uśmiechał się pod wąsem, uspokajająco klepiąc rozdygotane plecy Milda, który, wróciwszy pewnego dnia z lasu, stanął przed obliczem rektora i ledwie mógł mówić.

– Tttto jakieś czary, czy co? Niech liśćmi porosnę! – szczękał zębami.

Grająca Puszcza była bowiem miejscem budzącym grozę. Pełnym tajemnic. Śmiałek, który mimo zakazu rektora zapuścił się w jej ostępy, w jednej chwili tracił rezon. A jednak... marzył, by tam wrócić. Jeszcze raz... I kolejny... Brakowało mu niestety odwagi. I tylko w snach błądził w gąszczu nieprzebytym...

Było to przedziwnie bajeczne skrzyżowanie trzeciorzędowego lasu z legendarnym Celidonem i puszczą tropikalną. Zaraz po przekroczeniu pierwszej linii drzew zapadało się w duszną ciemność. Roślinność była tak gęsta, że nie docierał tu najmniejszy bodaj promień słońca.

Mała Lena, jak już wspomnieliśmy, aniołkiem nie była. Wpatrzona w swojego opiekuna jak w obraz, szanowała jednak jego zakazy i nakazy. Ale pewnego dnia, biegnąc za piłką, która potoczyła się aż za pierwszą linię drzew, znalazła się nagle w zupełnym mroku... Poczuła niepokojący dreszcz. Była odważną dziewczynką, nigdy jednak nie lubiła ciemności. Niezwykle bujna wyobraźnia podsuwała jej wówczas czające się w mroku, niesamowite, absurdalne w swej grozie obrazy. Mała Lena rozglądała się trwożnie, czując na ciele gęsią skórkę.

„W takiej ciemności nawet najbardziej pluszowa przytulanka może stać się potworem” – ponownie zadrżała, gdy wtem w nadnaturalnie wielkiej i gęstej kępie orchidei coś nagle rozbłysło...

Oczy?

Rzuciła się biegiem na oślep. Z trudem łapiąc oddech, brnęła przez jadowicie kłujące, tryskające jakimś wonnym sokiem chaszcze, raniąc dłonie i stopy. W biegu zgubiła buciki. Grube pnącza chłostały pobladłą buzię oszalałej ze strachu dziewczynki, chwytały jej ramiona i włosy, szarpały ubranie... Nie wiedziała, w którą stronę biegnie. Nie miała pojęcia, jak trafić do zamku... Małe serduszko tłukło się jak serce ściganego ptaka... Było tak ciemno... Jednak po kilku chwilach zdyszana Lena dostrzegła jakieś źródło światła.

I jeszcze jedno. I kolejne... Rozglądając się dokoła z nieopisanym przerażeniem, widziała coraz więcej par oczu. Pozbawionych twarzy. Oczu wpatrujących się w jej szare oczy z takim natężeniem... Takich złowrogich... Usłyszała makabrycznie zwielokrotniony echem śmiech...

– Profesorze... – łkała. – Profesorze... Ja chcę do domu... Ratuj...

Stała z zaciśniętymi powiekami. Sparaliżowana strachem. Instynktownie, jakby podświadomie broniąc się przed szaleństwem, które już, już niemal ją ogarniało, przywołała w myślach obraz tej jedynej twarzy, okolonej srebrnym zarostem. I tych jedynych, dobrych, mądrych, rozmigotanych, niebieskich oczu. Oczu patrzących na nią z miłością. Dodających otuchy.

I poczuła nagle, że tonie w tych oczach...

Cornerstone przemierzał właśnie gabinet od ściany do ściany. Czuł narastający niepokój. Jeszcze pół godziny temu, wyglądając przez okno komnaty, widział maleńką postać w lawendowej sukieneczce, pędzącą w podskokach za piłką. Tylko na kilkanaście minut usiadł przy biurku, by skończyć zaczęty wczoraj artykuł. Gdy ponownie wyjrzał przez okno, Księżniczki nie było już na błoniach...

– Dziecino, co się dzieje? – przygryzał wąsy. W tym momencie coś kazało mu odwrócić się w stronę drzwi. Spojrzał i skamieniał.

W zamkniętych drzwiach stał pegaz, a na jego srebrzystym grzbiecie, między skrzydłami, siedziała ona. Lena. Trzęsła się ze strachu. Szare oczy były wielkie jak spodki i pełne łez.

– Profesorze... Profesorze... Ja chcę do domu... Ratuj... – postać wyciągała ku niemu małe, drżące rączki. – Jestem w... w puszczy... – i znikła.

Zamknął oczy, próbując się opanować. Serce waliło mu jak oszalałe. Stężał w nadludzkim skupieniu i... już po chwili, w lesie, tulił rozdygotaną Lenę, głaszcząc uspokajająco jasne włosy.

– Dziecino – szeptał. – Jestem tu... Jesteś już bezpieczna...

Wtulała się całą sobą w jego cyprysami pachnącą brodę. Brodę, która od zawsze kojarzyła się jej z niczym niezmąconym, dziecięcym poczuciem bezpieczeństwa.

– Dziękuję, czarodzieju... – chlipała. Często nazywała go właśnie tak. Był dla niej uosobieniem nadludzkiej mocy, siły.

Ułożywszy Księżniczkę w fotelu i otuliwszy kocem (w drodze powrotnej do zamku usnęła mu na rękach), Cornerstone nadal niespokojnie krążył po gabinecie.

„Dlaczego polazła sama do lasu?” – myślał, szarpiąc wąsy. Nie będzie na nią krzyczał, to przecież jasne, ale muszą o tym jutro porozmawiać.

„Ona musi zrozumieć...”.

Jeszcze bardziej intensywnie myślał o czymś zupełnie innym. O pojawieniu się Leny w jego gabinecie, gdy tak naprawdę dziewczynka, skrajnie przerażona, uwięziona była w puszczy...

„Czyżby ona również?...”.

Koniecznie musi to sprawdzić.

– Skupiłaś się? Oczyściłaś umysł? – pytał następnego dnia wychowankę, udzieliwszy jej przedtem niezbędnych instrukcji. Kiwnęła jasną główką, do granic możliwości skupiona.

Zamknęła oczy. Napięła się. I... już za pierwszym razem pojawiła się równocześnie w drugim końcu klasy, galopując na grzbiecie srebrnego pegaza.

– Widział pan? Profesorze, widział pan? Udało mi się! Za pierwszym razem! – spojrzała radośnie na swojego mistrza. W niebieskich oczach ujrzała jednak dziwny błysk. Zdumienia? Zaniepokojenia? Stary nauczyciel błyskawicznie się zreflektował i entuzjastycznie zaklaskał w dłonie. Pegaz wraz z dżokejką przegalopował w powietrzu przez całą długość komnaty i rozpłynął się w powietrzu.

– Brawo, Księżniczko!

– Jesteś ze mnie dumny? – podskakiwała podniecona. Jasne loki tańczyły wokół zarumienionej buzi jak sprężynki. – Jesteś ze mnie dumny, profesorze? – podbiegła do ukochanego mistrza, który, kucnąwszy przy niej, przytulił ją serdecznie i mocno.

– To, czy ja jestem dumny, jest dużo, dużo mniej ważne od tego, co ty sama czujesz, Księżniczko – ucałował jej główkę, głaszcząc jasne włosy. – Pamiętaj o tym. Zawsze.

Nie mogła wiedzieć, że, odprowadziwszy ją, nadal podskakującą radośnie, do mieszkania, myślał o czymś bardzo, ale to bardzo długo. Nie były to wesołe myśli.

Od dawna wiedział już, że w małej Lenie coś drzemie... Coś tajemnego... „Kim tak naprawdę jest to dziecko? To samo dobro. Samo światło”. Co do tego mądry stary nauczyciel nie miał najmniejszych wątpliwości. Nigdy nie mylił się w ocenie ludzi. „Co jednak oznacza tak niespotykana moc w umyśle małej, delikatnej dziewczynki? Ten jej dwukrotny wyczyn z bilokacją... Przecież to bardzo zaawansowana sztuka. A Księżniczka dokonała tego bezbłędnie, bez najmniejszego wysiłku już za pierwszym razem. Nie ma jeszcze dziesięciu lat. Nie chodzi jeszcze do szkoły...”. Nawet jemu, Michaelowi Cornerstone, udało się to dopiero w drugiej klasie...

I na dodatek ten pegaz... Co takiego drzemie w tej małej istotce?

Istotka tymczasem dorosła. I przysparzała opiekunowi coraz to nowych powodów do zadziwienia. I do niepokoju...

***

Któregoś dnia o świcie rektor zapukał do jej komnaty. Nad ranem otrzymał wreszcie niecierpliwie oczekiwaną przesyłkę. Była to brakująca część dokumentów dotyczących tego starołacińskiego tekstu, nad tłumaczeniem którego ślęczeli wspólnie od kilku tygodni.

Nie usłyszawszy odpowiedzi, wszedł. Sądził, że dziewczyna maluje w swojej pracowni.

Idąc przez ogromny salon, mijał kolekcję naprawdę dobrych obrazów, których od powrotu Leny przybyło tyle, że na niektórych ścianach brakowało już wolnego miejsca. Bił z nich jakiś szczególny rodzaj magii. Z każdego portretu patrzyły oczy tak żywe, jakby namalowana postać oddychała...

Rektor poczuł nagły powiew wiatru od wschodniego okna komnaty. Spojrzał w tamtą stronę i zamarł. Na balkonie (właściwie była to głęboka, ogromna loggia, podtrzymywana od zewnątrz przez wspaniałe kamienne gargulce) stała Lena. Malowała. Właśnie odeszła nieco od sztalug i przygryzając dolną wargę, patrzyła w skupieniu na jakiś szczegół, który najwyraźniej zamierzała poprawić. Długie włosy, związane byle jak, z jednej strony opadały jej na twarz, dmuchnęła więc niecierpliwie. Wreszcie odgarnęła je, nieposłuszne, zostawiając na policzku ciemnozieloną smugę. Zapomniała o bożym świecie, a tym bardziej nie miała pojęcia o obecności rektora. Stała w lekkim rozkroku, uginając jedno kolano, boso. Najwyraźniej zerwała się o świcie i – widząc znakomite światło (w tej części zamku światło najlepsze było właśnie wczesnym rankiem) – od razu wzięła się do pracy. Tak jak stała. W koszuli nocnej. Uszytej z czegoś tak delikatnego i przeźroczystego, że padające przez nią na wskroś promienie słońca nie pozostawiały zbyt wielkiego pola dla wyobraźni. Prawdę mówiąc, wyobraźnia nie miała tu nic do roboty...

Najciszej jak umiał, Cornerstone wycofał się na korytarz. Nie wiedział, jak i kiedy dotarł do jakiejś fontanny. Wsparty dłońmi o cembrowinę, próbował uspokoić oddech. Zanurzył obie dłonie w cudownie chłodnej wodzie i napił się. Obmył twarz. Napił się znowu. Przysiadł na kamiennej podmurówce i oparł się plecami o zimną ścianę. Drżały mu kolana, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Odczuwał grozę. Nie, wcale nie z powodu tego, co zobaczył. Grozę wzbudziła w nim jego własna reakcja na ten widok. Ukrył twarz w dłoniach o pięknych, długich palcach. „Przecież to dziecko, które wychowywałeś od małego jak swoje” – mówił oskarżycielski głos w jego głowie. „Ale nie jest twoje” – mówił inny, niepokojący. „Nie, i co z tego? Jest nietykalna”. I znów ten drugi głos: „Nie jest już dzieckiem. Jest w pełni dojrzałą kobietą i nie oszukuj się, to nie przyszło nagle”.

Uświadomił sobie, że Lena, dorastając pod jego troskliwą opieką, stopniowo roztaczała nad nim nieuchwytną moc. Moc, z jaką tylko kobieta owładnąć może mężczyzną...

„Czyżby przeznaczył mi właśnie ?”.

Poczuł się zarazem tak oszołomiony i zdruzgotany, że...

– Ta-ta-ta – taaam! – aż podskoczył, usłyszawszy w prawym uchu złowieszczy motyw Piątej Symfonii. Złapał się za serce.

– Przestraszyłeś mnie, Ludwiku – w głosie rektora słychać było delikatną wymówkę.

– Ta-ta-ta – taaam! – usłyszał w lewym uchu.

„Ten bałwan z tym swoim cholernym motywem losu! Chyba zabronię mu wstępu na teren uczelni!”.

Nie całkiem jeszcze przytomny profesor dopiero po chwili zauważył półprzeźroczystą postać wiszącego nad nim w powietrzu Ludwiga van Beethovena, który wymownie wskazywał dłonią ucho:

– Nie słyszałem, co pan powiedział.

– Powiedziałem, że mnie przestraszyłeś – powtórzył głośniej Cornerstone.

– Dziękuję, nie używam. Dobrze się pan czuje, profesorze? – spytał kompozytor z troską. – Wygląda pan, jakby zobaczył ducha.

***

– Przecież widzę, że coś cię z samego rana wytrąciło z równowagi. I to nieźle.

Hipnotyzer wodził wzrokiem za przechadzającym się tam i z powrotem po gabinecie rektorem. Cornerstone zatrzymał się wreszcie przy okiennej niszy. Z rękami założonymi do tyłu, z wzrokiem wlepionym w dalekie zarysy tafli Śpiewającego Jeziora... Nie zdradzał najmniejszej ochoty na rozmowę. Co zresztą miałby powiedzieć? Bo chyba nie to, że on, Michael Cornerstone, o którym przecież powszechnie wiedziano, że jest niereformowalnym, zatwardziałym kawalerem, niemal stracił przytomność na widok półnagiej kobiety?!

– Wybacz, Stan ale to... ehm... prywatna sprawa.

– Wiesz co, Cornerstone? Gdybym cię nie znał aż tak dobrze, wysnułbym przypuszczenie, że twój... eee... niecodzienny stan ma związek z płcią przeciwną.

Cornerstone głośno zaczerpnął powietrza. Bluish skwitował to uniesieniem brwi.

– Michaelu, zaufaj mi. Akurat na tych sprawach znam się lepiej od ciebie.

Nie do końca wiedząc dlaczego, rektor zaczął mówić. Być może w nadziei, że pomoże mu to uporządkować myśli? Spojrzeć na wszystko z dystansu? Nadal odczuwał grozę.

Jego relacja nie zrobiła jednak na Stanie szczególnego wrażenia.

– Zobaczyłeś ładny kawałek kobiecego ciała i zareagowałeś wreszcie jak stuprocentowy mężczyzna. Nadal nie rozumiem, co w tym dziwnego, a tym bardziej niestosownego.

– A to – Cornerstone odwrócił się gwałtownie od okna i Bluish zobaczył rozpacz w niebieskich oczach – a to, że... że tą kobietą była... Lena – dokończył dramatycznie.

Stan gwizdnął cicho.

– Nnno tak. To... eee... rzeczywiście nieco komplikuje sprawę.

Milczenie.

– Chociaż z drugiej strony... może w ogóle nie ma żadnej sprawy?

– Co masz na myśli, Stan?

– To, że jesteśmy dorośli. W końcu każdy mężczyzna ma prawo poczuć chwilowy... ehm... pociąg do kobiety, niezależnie od tego, kim ona jest. Nic w tym złego ani sprzecznego z naturą. Gdybym zadręczał się za każdym razem, gdy mnie to spotyka, już dawno popadłbym w paranoję.

– Nie rozumiesz, Stan – rektor skrzywił się niecierpliwie. – To coś więcej niż... niż... jak mówisz... pociąg. Och, cóż to za prostackie słowo! Nigdy dotąd nie dopuszczałem do siebie takich myśli. Tej... prawdy. A ona we mnie żyła. Nie w ciele – dodał niecierpliwie. – To byłoby zbyt, daruj, prymitywne. Żyła w duszy. W sercu. To dziecko to jedyna istota ludzka, którą miałem tylko dla siebie.

– Dopóki była dzieckiem – mruknął Bluish.

Cornerstone tylko machnął ręką. Niebieskie oczy patrzyły w przestrzeń.

– Byliśmy dla siebie całym światem. Księżniczka i ja. Była promykiem w moim życiu. Kiedy wyjechała... – nieświadomie nerwowo obracał pierścień na palcu. – Myślałem... miałem nadzieję, że tęsknię za córką... Ale po jakimś czasie... Panowałem nad tymi myślami. W dzień. Ale po każdym dniu przychodziła noc. A z nocą sen. A we śnie... Nie, jesteś naprawdę niemożliwy! – spojrzał gniewnie na Bluisha, który dusił się ze śmiechu. – Mylisz się. Nawet we śnie nigdy nie zbliżyłem się do niej inaczej, niż pozwalałaby na to nasza relacja opiekun – wychowanka.

Poczuł nagłe uderzenie gorąca na wspomnienie długich, lekko wilgotnych włosów Leny.

– Nigdy nie przekroczyłem granicy – rozpaczliwie próbował zaprzeczyć sam sobie. – Nigdy – powtórzył cicho i tak jakoś bezradnie, że Stan spoważniał.

– A... wybacz... ehm... szczerość, Michaelu... Nie wydaje ci się, że ty ją w takim razie po prostu... kochasz?

– Po prostu?! A co w tym jest prostego?! Chyba tylko to, że ja – mówił z goryczą – stary dureń, kocham, tak, Stan, kocham kobietę, która jest całkowicie poza moim zasięgiem...

– Nie dramatyzuj, Cornerstone – Bluish rozlał whisky do dwóch szklanek, jedną z nich podając przyjacielowi. – Masz, to ci dobrze zrobi.

Drugą, krzywiąc się niemiłosiernie, opróżnił jednym haustem.

***

Godzinę później przy śniadaniu Lena, nieświadoma burzy, jaką wywołała, serdecznie dotknęła przez stół dłoni Cornerstone’a.

– Profesorze, czy mogę prosić o dżem pomarańczowy?

Dłoń pod jej palcami zesztywniała. Cofnął ją tak gwałtownie, że pierścień z zielonym onyksem zadzwonił o talerz.

„Co, u licha? Uraziłam go?”.

Poczuł za sprawą tego dotyku mrowienie w całym ciele, a włoski na dłoni stanęły mu dęba.

„Opanuj się, stary pierniku” – skarcił się w myślach, widząc pełne wyrzutu i zaskoczenia oczy Leny. Z najwyższym trudem przywołując na twarz zwykły dobrotliwy uśmiech, podał jej dżem:

– Leno, jak się masz? Dawno cię... eee... nie widziałem.

Bluish parsknął w swoją owsiankę i – niemal biegiem, otrzepując szatę – wypadł z refektarza, ścigany zaciekawionymi spojrzeniami studentów. Na korytarzu, zgięty wpół, ocierając łzy, rechotał:

– Cornerstone, ty sieroto! – bił się otwartymi dłońmi po udach. – Ty niepoprawny, kochany, stary durniu!

***

Tymczasem zbliżały się święta. Całą okolicę otulił śnieg. Rose Castle tonął w bożonarodzeniowych dekoracjach. Kilkanaście pachnących choinek jak co roku stanęło już w hallu, refektarzu i auli. Młodsi studenci wieszali na nich właśnie złociste i srebrne bombki. Z kuchni dobiegały oszałamiające zapachy: kucharze prześcigali się w przyrządzaniu najbardziej wymyślnych potraw.

Zaczęły się ferie świąteczne. Ci studenci, którzy zostali na święta w akademiku, mnóstwo czasu spędzali na dworze, jeżdżąc na nartach. Dziewczęta przesiadywały w salonach lub grupkami snuły się korytarzami, szepcząc zarumienione i chichocząc co chwila. I nawet wśród mieszkających w zamku duchów wyczuwało się radosne podniecenie: zbliżał się bal sylwestrowy.

Kolejny powód, dla którego Michael Cornerstone stawał się z dnia na dzień coraz bardziej rozdrażniony.

– Co się z nim dzieje? – szeptali zaniepokojeni nauczyciele.

– Nigdy się tak nie zachowywał – profesor Dumpy mruczał z dezaprobatą, widząc, że Cornerstone nieoczekiwanie ostro beszta jakiegoś czwartoroczniaka za odpalenie na korytarzu diabełka. – Czyżby starość nawet jego w końcu dopadła?

– Jego? – prychnął drwiąco Bluish, jedyny, który znał powód niecodziennego stanu rektora. – Zapewniam cię, Soames, nastrój Cornerstone’a nie wynika ze starości. Wręcz przeciwnie – granatowe oczy rozbłysły. – Uwierz mi, ma w sobie... ehm... wigor, którego my dwaj razem wzięci możemy mu pozazdrościć.

– Doprawdy, nigdy nie rozumiałem twojego poczucia humoru, Stan – skrzywił się Dumpy, wkładając do ust maleńki koreczek śledziowy na wykałaczce. Zawsze miał na podorędziu talerzyk z wonnymi koreczkami anchois.

– Bo masz sadło zamiast mózgu – lekceważąco machnął dłonią hipnotyzer.

– No nie, doprawdy! – nalana twarz grubasa przybrała barwę karmazynu, gdy z oburzeniem prychał w sumiaste wąsy. Nagle oko mu błysnęło. – Halo, panno Danby, co by pani powiedziała na małą przechadzkę? Taki piękny dzień... – stopniowo głos nauczyciela estetyki tonął w ogólnym gwarze.

Stan, obserwując, jak spocony grubas prowadzi za łokieć niezbyt z tego zadowoloną studentkę, mruknął z niechętnym uznaniem:

– Ten to ma niespożytą energię. Ciekaw jestem, czy od tych śledzi, które tak nałogowo wcina...

Chwilę później kątem oka dostrzegł wychodzącą z sali za gromadką studentów Lenę.

– Witam piękne ciało pedagogiczne – podchodząc do niej rzekł jedwabiście.

– Kiedy zmienisz kolor włosów na czerwony? – trzepnęła go przyjaźnie w ramię zwiniętym w rulon arkuszem kartonu.

– Jak Cornerstone się ożeni – niemal natychmiast zakrył dłonią usta, komicznie wytrzeszczając granatowe oczy. Pojął, że biorąc pod uwagę stan, w jakim najwyraźniej znajduje się zwierzchnik, nie powinien tak lekko składać deklaracji. Zwłaszcza, że bardzo lubił swój kolor włosów i wcale, ale to wcale nie miał ochoty go zmieniać. Tym bardziej na czerwony.

– Bardzo śmieszne. Z kim idziesz na bal, Stan?

– Z dużą podwójną whisky, jak zwykle.

Zaśmiała się.

– Jesteś niemożliwy, ale lubię twój czarny humor.

– A ty? Otwierasz bal jak zwykle z rektorem, ale potem? Jesteś wolna, czy Everard już cię zaanektował?

– A daj ty mi spokój z Everardem.

– Sądziłem, że jesteś nim zainteresowana – granatowe oczy błysnęły badawczo.

– Tym smarkaczem?!

– O co ci chodzi? Jest w twoim wieku, no i, niechętnie przyznam, na swój sposób przystojny. I jak zauważyłem, nie odrywa od ciebie oczu.

– No właśnie – sapnęła komicznie, spoglądając w sufit. – Prześladuje mnie to jego cielęce spojrzenie. Nic tylko patrzy i namawia mnie na gimnastykę.

Należy nadmienić, że profesor Claivenrow gimnastyki jako takiej nie uznawała. Była wysportowana, jednak uprawiała wyłącznie konną jazdę i wschodnie sztuki walki. Sztukę samoobrony opanowała do perfekcji.

– A co chciałabyś, żeby robił? – granatowe oczy zwęziły się ironicznie, a kącik ust uniósł się w drwiącym grymasie.

– Och, wiesz co mam na myśli. Po prostu... nie mamy wspólnych tematów – wzruszyła lekceważąco ramionami. – Co z tego, że jest przystojny? Której kobiecie to wystarczy? Jeśli dwoje ludzi naprawdę coś łączy, mają sobie mnóstwo do powiedzenia – jej głos nabrał pasji, szare oczy błyszczały. – Chodzi o dzielenie się przemyśleniami, wzajemną inspirację. Taki na przykład Corners... – urwała, speszona. – Wiesz... eee... obawiam się, że mam nagłą próbę kwartetu – i nie zważając na osłupienie hipnotyzera, oddaliła się prawie biegiem.

To naturalne, że często wspominała niekończące się rozmowy, twórcze dyskusje, a nawet merytoryczne spory z Cornerstone’em. Dotychczas jednak nie miała pojęcia, że każdego mężczyznę podświadomie porównuje właśnie z nim. A teraz wie o tym i ona, i – niestety – również Bluish! Marzyła, by zapaść się pod ziemię.

Tymczasem osłupienie w granatowych oczach stopniowo ustępowało zrozumieniu i rozbawieniu.

„Chapeau bas, Cornerstone!” – Bluish z sadystyczną satysfakcją analizował zachowanie Leny. „Tak ustawić poprzeczkę, żeby żaden śmiertelnik jej nie przeskoczył, no, no” – kręcił głową z mieszaniną niedowierzania i uznania. Wtem uczuł dziwny niepokój. „Żaden śmiertelnik...”

Noc...

Szczyt Odwagi...

Upiorne zawodzenie Gwyllion...

Ostatnie spojrzenie Cornerstone’a...

I to coś, coś srebrnego, co na moment przesłoniło staczającą się w czarną otchłań, bezbronną postać...

– Brr... – wzdrygnął się. Wcale nie z powodu zimna. Lubił zimno.

***

– O nie, Michaelu. Zatańczysz z nią jak co roku.

– Stan, zrozum, nie mogę. Nie tym razem.

– A niby dlaczego?

– Ludzie zaczną gadać – rektor przygryzł wąsy. – Już i tak czegoś się chyba domyślają – dokończył szybko.

– Czyżby? A czy twój wielce uczony mózg nawiedziła myśl, że naprawdę gadać zaczną dopiero wtedy, gdy z nią nie zatańczysz? Co roku otwierałeś bal sylwestrowy w pierwszej parze ze swą wychowanką, odkąd ukończyła osiemnaście lat. To stało się już tradycją.

– Och nie dręcz mnie, Stan! Nie mogę. Nie zatańczę z nią i już. Koniec, kropka. Nie będę tego z tobą negocjował – wzburzony, szybkim krokiem przemierzał gabinet od okna do drzwi i z powrotem już blisko dziesięć minut. – Zrozum człowieku: obawiam się ją dotknąć. Obawiam się spojrzeć jej z bliska w oczy. Obawiam się, że odczyta moje myśli. Runie cały jej bezpieczny świat. Przecież zawsze byłem dla niej jak ojciec – w głosie rektora pobrzmiewała gorycz.

– Ale nie jesteś jej ojcem – ton Bluisha był chłodny, rzeczowy. – Spełniłeś już tę rolę. Najlepiej jak umiałeś. Dorosła. Jest częścią twojego personelu. I tak się składa – zachichotał w myślach na wspomnienie ostatniej rozmowy z Leną – że nie słyszałem, by kiedykolwiek szczerze się kimś zainteresowała. Choć, oczywiście, niejeden oddałby wiele za jedno jej spojrzenie – dokończył kwaśno.

– Podoba ci się? – spytał Michael ostrzej, niż zamierzał.

– A jakie to ma znaczenie? – prychnął Bluish. – Dawno już przestałem się łudzić.

– I bardzo dobrze – rektor posłał mu surowe spojrzenie.

– Spokojnie, Cornerstone – Bluish uniósł dłonie w obronnym geście. – Są w tym gabinecie godniejsi ode mnie.

– Co masz na myśli?

– A to, że ja widzę, jak ona na ciebie patrzy, gdy ty tego nie widzisz. A może pomyślałbyś już o mocniejszych okularach?

– Och tak, to bardzo dowcipne, ale prowadzi do punktu wyjścia. Nie mogę w takim razie otworzyć balu. Udam, że jestem chory. Udam się w podróż. To jest to! Wyjadę i wrócę po świętach! – ta myśl tak go uradowała, że klasnął w dłonie.

– Nigdzie nie wyjedziesz, stary tchórzu. Bal sylwestrowy bez rektora Akademii? Ooo, to by dopiero dało powód do domysłów.

– Więc co mam robić? – Cornerstone bezradnie zwiesił ramiona.

– Jaki ty potrafisz być tępy... Odpowiedź na to pytanie znasz równie dobrze jak ja. Za to o niebo lepiej znasz sztukę hipnozy. Jeśli tak boisz się zdradzić ze swoim... eee... stanem, zrób z niej użytek.

Milczenie.

– Ach, zapomniałem... – w cichym tonie Stana pobrzmiewało echo ironii. – Zapomniałem, że ty masz serce. Wiesz co? – dodał po chwili, odwracając wzrok od smutnej twarzy, okolonej srebrnym zarostem. – Śmieszy mnie czasami ten twój pożałowania godny sentymentalizm. Ale... tak naprawdę budzi mój głęboki szacunek – Bluish zdjął na chwilę maskę zimnego drania. – Michaelu... Sam w przeszłości przełamywałeś niejeden stereotyp. Bywało, że wywracałeś do góry nogami całe nasze myślenie. Uczyłeś nas szacunku dla Ludzi z Nizin, prostaczków, dziwadeł, odmieńców wszelkiej maści... Czy ty naprawdę nie potrafisz odrzucić stereotypu, jeśli dotyczy on ciebie i Leny? Powtarzam: nie jesteś jej ojcem. Nie łączy was nawet powinowactwo. Daj sobie szansę. Wykorzystaj ten bal. Spróbuj się przełamać. Spójrz na Lenę jak na kobietę, a nie na córkę, którą nie jest!

– Rzecz w tym, że od dawna nie patrzę na nią jak na córkę – westchnął cicho stary nauczyciel. – I tu jest właśnie problem. Nie chcę jej spłoszyć. Nie chcę robić z siebie głupca – dokończył po chwili jeszcze ciszej.

– I tu cię mam! – Bluish plasnął dłońmi o kolana. – Nie chcesz się ośmieszyć?

– To cię tak dziwi? Właśnie ciebie? – uniesione brwi Cornerstone’a wyrażały drwinę.

– Posłuchaj mnie, Michaelu. Nie mam w zwyczaju wywlekać takich spraw, więc doceń to, co powiem. Sam... eee... cenię cię niemal jak ojca – skrzywił się, jakby właśnie wypił środek do pielęgnacji włosów.

– Stan, jestem bardzo wzruszony – rektor zamrugał gwałtownie. Bluish zainteresował się nagle tytułem jakiejś książki, dając przyjacielowi czas na opanowanie emocji.

„Stary, sentymentalny dureń” – pomyślał z rozdrażnieniem. Po dłuższej chwili, uznawszy, że może już spojrzeć w twarz rektora, podjął przerwany wątek:

– Uratowałeś mi życie. I dlatego właśnie nie mogę spokojnie patrzeć na to, co wyprawiasz ze swoim. Nie jesteś sobą. Gdzie podział się największy czaro...

– Stan... – Cornerstone wpadł mu w słowo, krzywiąc się niecierpliwie.

– Nie przerywaj mi, drugi raz tego nie powtórzę. Zapamiętaj moje słowa. Być może, powtarzam: być może, nie wiem tego na pewno, stoisz u progu szczęścia. Nigdy się tego nie dowiesz, jeśli nie wyjdziesz mu naprzeciw. Jestem świadom, że – biorąc pod uwagę twoją i Leny niecodzienną relację – może się to okazać niemal tak trudne, jak stawienie czoła Bojówce Zbawienia i Sprawiedliwości. I – zachichotał niespodziewanie – zważywszy na jej temperament, równie bezpieczne. Ale, na miłość boską! Spójrz na siebie! Nie jesteś, z całym szacunkiem, jakimś... pierwszym lepszym człowiekiem starającym się o względy bogini! Michaelu Brianie Cornerstone – Bluish wyraźnie akcentował teraz każde słowo. – Zrób. To. Zrób. Pierwszy. Krok. Czas pokaże, czy słuszny. Jeśli nie, przyjmiesz porażkę z godnością. Jeśli tak, zasłużysz na swoje szczęście.

Umilkł, zaskoczony żarem swych słów. W ciszy, jaka po nich nastała, słychać było jego przyśpieszony oddech i tykanie zegarów. Cornerstone wstał. Podszedł do szczupłego mężczyzny i położył mu dłoń na ramieniu. Z powagą spojrzał w granatowe oczy.

– Stan. Powtarzam po raz setny. Nie. Jestem. Czarodziejem. Taki sam ze mnie czarodziej, jak z ciebie. Wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem, co kiedykolwiek osiągnąłem, zrobiłem i osiągnąłem tylko dzięki niestrudzonej pracy i silnej woli. Ale... Dziękuję ci za te słowa.

– No, ja myślę – Bluish próbował swoim zwyczajem prychnąć. Nie wyszło. Sam był wzruszony, po raz pierwszy od...

„Nie, to nie pora na wspomnienia”.

Cornerstone ścisnął jego ramię, odgadując myśli.

– Siedź cicho – powiedział łagodnie. – I teraz ty mnie wysłuchaj. Być może to wszystko na nic. Być może wyjdę na starego durnia. Ale niezależnie od tego, co się stanie, zrobię, jak radzisz. A tobie... Tobie zawsze będę wdzięczny za wierność i przyjaźń.

– Więc dość już tych czułości – powrócił naczelny akademicki ironista. – Przestań ględzić i bierz się w garść. Trzymam kciuki. A jakby coś, to wiesz, gdzie mnie szukać – z tymi słowami opuścił gabinet rektora.

In the hope of love

Tłumy studentów i nauczycieli wypełniały salę balową, rozświet-loną tysiącami świec i lampionów. Choinki migotały miriadami złotych i srebrnych gwiazdek, a między bombkami unosiły się, trzepocząc bajecznie kolorowymi skrzydłami, prawdziwe rajskie ptaki i gigantyczne ważki w ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Tu i ówdzie pomiędzy rozmawiającymi raz po raz przepływały duchy, pozdrawiając zebranych.

Trzeba przyznać, że większość duchów na okoliczność balu wzniosła się na szczyty wykwintu i pomysłowości. Konfucjusz na tę okazję zakręcił brodę w anglezy. Maria Skłodowska-Curie zdjęła nieodłączny fartuch i rozplotła mysie włosy. Vincent van Gogh przyprawił sobie całkiem nowe, jeszcze ciepłe ucho. Isaac Newton zdjął perukę i umył głowę, a Ryszard Wagner zmienił swój wyświechtany już beret na wytworny, lśniący cylinder. I tylko Albert Einstein, jak zwykle ze zmierzwioną koafiurą, tłukł się od ściany do ściany, mamrocząc jak mantrę:

– E równa się em ce kwadrat.

Nie zwracał przy tym uwagi na to, że nikt już nie chce tego słuchać.

Wszyscy trwali w radosnym oczekiwaniu. A gdy wreszcie zegar wybił godzinę dwudziestą, profesor Dainty podniósł batutę. Auftakt – i szkolna orkiestra rozpoczęła bal. Gwar podnieconych głosów stopniowo milkł.

Gdy przy pierwszych dźwiękach hymnu Akademii w drzwiach sali balowej stanęli Michael Cornerstone i Lena Claivenrow, setki zebranych utworzyły długi szpaler. A ci dwoje szli nieśpiesznie, rozpromienieni. I świadomi, że oto wszystkie spojrzenia skierowane są na nich i tylko na nich. Nie dodawało to rektorowi odwagi. Dzielnie się jednak trzymał, co z ulgą skonstatował Bluish, pokazując mu ukradkiem uniesiony kciuk. Widząc ten gest, rozbawiona Lena spojrzała na swego partnera, unosząc brwi w niemym pytaniu.

– Och, Stan i jego spaczony humor – mruknął Cornerstone, prawie nie poruszając wargami. Zachichotała trochę nerwowo, łapiąc się na tym, że coraz trudniej jej zachować dawną naturalność w bezpośrednim zetknięciu z rektorem. Fakt, nieczęsto się widywali, odkąd zyskała pełną samodzielność jako nowy pracownik Akademii. Traktował ją na równi z innymi nauczycielami: tak samo rzeczowo, choć zawsze bardzo ciepło. I po raz kolejny dotarło do niej, jak bardzo brakuje jej tak częstej jak niegdyś obecności profesora. Jego rola opiekuna właściwie się skończyła. I w jakimś zakamarku duszy tkwiło ziarenko żalu za czymś bezpowrotnie utraconym...

No, ale teraz miała go na kilkanaście minut tylko dla siebie. Gdy tak wiódł ją wzdłuż sali balowej przy dźwiękach uroczystej muzyki, spostrzegła, jakie wrażenie robi na niej jego wzrost, postawa.

„Jakiż on...” – nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. „Przystojny? Piękny? Pociągający?” – myślała z zachwytem. „Opanuj się, wariatko” – skarciła się w duchu. „To twój szef!”. Zamrugała szybko powiekami, starając się odpędzić niestosowne myśli.

Stali już u szczytu sali. Rozległy się pierwsze dźwięki walca. Cornerstone pochylił w ukłonie srebrną głowę:

– Pozwolisz?

Obdarzyła go radosnym uśmiechem, pozwalając się prowadzić. Przez kilka chwil tańczyli tylko we dwoje. Zaraz potem, stopniowo, wszystkie pary ruszyły na parkiet.

– Czy tylko mi się wydaje, czy rektor ma dziś jakąś... niepewną minę? – spytała wyraźnie zaintrygowana profesor Cornflower, uwieszona ramienia Bluisha. – Jakieś kłopoty?

Przez chwilę nie był w stanie odpowiedzieć, bo ledwie udało im się uniknąć stratowania przez tańczącego z partnerką Milda.

– Kłopoty? Można to i tak określić, ale zapewniam cię, to nic takiego, z czym by sobie nie poradził. Jak sądzę.

– Ty coś wiesz, Stan – uśmiechnęła się lekko nauczycielka filozofii.

– Może i wiem – skrzywił się nieznacznie – ale nikt mnie nie upoważnił do rozpowszechniania tej wiedzy.

– Alice, spójrz na Lenę – księgowy William Cork odwrócił głowę, śledząc wzrokiem tańczącą parę.

– Wygląda dziś wyjątkowo pięknie, to fakt. Może się zakochała? – energiczna i pełna uroku nauczycielka fizyki wzruszyła ramionami. Lubiła Lenę i życzyła jej jak najlepiej. Zbliżyły się obie na długo przed wyjazdem Księżniczki. Księżniczki, która, zawsze z głową w chmurach, nie miała nic wspólnego z naukami ścisłymi. „Matematyka to dziedzina dla mojego umysłu szczelnie zamknięta” – zaśmiewała się zwykle.

Przestało jej być do śmiechu jakoś tak w okolicach egzaminów końcowych. Wtedy to właśnie Alice, która owe egzaminy zdała zaledwie kilka lat wcześniej (ze wszystkich przedmiotów ścisłych uzyskując summa cum laude), dostała od Cornerstone’a propozycję objęcia katedry fizyki. I tylko dzięki niej, Alice, Lena jakoś zdała nieszczęsną matematykę...

– To nie to. Wiesz... dawno nie widziałem jej tak spiętej – Cork poprawił na nosie oldschoolowe okulary w szylkretowych oprawkach.

– Willi, uważaj, jak stawiasz stopy. Właśnie nadepnąłeś mi na but – syknęła Mashnitzky, zręcznie podstawiając partnerowi nogę. Księgowy potknął się i wylądował twarzą w jej dekolcie.

– Wybacz, Alice, tak jakoś... – drżącymi dłońmi nerwowo znów poprawiał przekrzywione okulary o dość grubych soczewkach. – ...Eee... tracę czasem panowanie nad... – znów się potknął. Z tym samym skutkiem.

– ...prawami fizyki? – domyślnie wpadła mu w słowo Mashnitzky.

– To też... – coraz bardziej zarumieniony Cork rozpaczliwie starał się nie widzieć ponętnego dekoltu partnerki.

Pierwszy walc tymczasem dobiegł końca. Cornerstone ucałował z atencją dłoń Leny i odszedł, by jak co roku kurtuazyjnie zatańczyć z innymi nauczycielkami. Przed dziewczyną tymczasem bezszelestnie zmaterializował się Bluish, ubrany w powłóczystą, granatową szatę. W prawym uchu hipnotyzera pobrzękiwał kolczyk. Bluish na okoliczność balu sprawił sobie również taką ozdobę w pępku (był zagorzałym entuzjastą piercingu), jednak, ze zrozumiałych względów, Lena nie mogła o tym wiedzieć.

– Pani pozwoli?

– Pozwoli, pod warunkiem, że nie będziesz się z nią drażnił – trzepnęła mistrza hipnozy w ramię.

– Dziiiś? – przeciągał sylaby, wymownie unosząc lewą brew. – Dziś nawet ja bym nie śmiał – z leniwym wdziękiem, charakteryzującym każdy jego ruch, poprowadził ją do tańca.

– Dlaczego akurat dziś?

„Dlaczego ze Stanem tak naturalnie mi się rozmawia, żartuje, a przy rektorze zaczynam być tak spięta?”.

– Czyżby nawet Naczelny Akademicki Ironista uległ urokowi sylwestrowej nocy?

– Och, w tym szczególnym dniu nawet my, pawiany, schodzimy z drzewa. A tak naprawdę – dodał bardzo, bardzo cicho prosto w jej w ucho – nie chciałbym do reszty wytrącić z równowagi twojej biednej, i tak już skołatanej duszyczki – zachichotał, faktycznie jak złośliwy pawian.

– Hej! A cóż to niby znaczy? – odsunęła się na długość ramienia.

– Nic, nic, tańcz, bo ludzie patrzą.

Tańczyli nadal, gdy szare oczy Leny dojrzały w tłumie widok, który ją zemdlił. Z drugiego końca sali, roztrącając niecierpliwie rozbawione pary, przeciskał się w ich kierunku Everard McKinley.

Z racji często odbywanych wspólnie spacerów, podczas których usilnie, acz bezskutecznie namawiał Lenę na błyskawiczny unik „gdzieś, gdzie będziemy tylko ty i ja, kochanie”, najwyraźniej uznał, że do tańca z wybranką ma prawo on. Tylko i wyłącznie on. Everard McKinley. Rektora jakoś jeszcze przeżył.

„Ten stary dinozaur i tak już pewnie niedowidzi przez te swoje idiotyczne okularki. Poza tym to zatwardziały stary kawaler” – tak przynajmniej dawno temu gdzieś czytał czy słyszał.

Jednak ujrzawszy wybrankę w rozleniwionych ramionach diabelnie przystojnego mistrza hipnozy, poczuł się zdecydowanie zagrożony. I urażony.

– Ehm... Nie macie przypadkiem już dość?

„Ciebie, bałwanie, na pewno” – warknęła w myślach.

– Leno, zostawiam cię w wymarzonych ramionach – skłonił się komicznie Bluish, całując koniuszki palców profesor Claivenrow i mrugając do niej porozumiewawczo.

– Świnioniezostawiajmnieztymdupkiem – szepnęła cichutko, nie poruszając ustami, wprost w skryte pod kurtyną granatowych włosów ucho. To z brzęczącym indyjskim kolczykiem.

– Co mówisz? – jasne włosy Leny w okolicach ucha zafalowały, poruszone szeptem Stana.

– Niebądźświniąmówięniezostawiajmnieznim – objęła mistrza hipnozy w pasie.

McKinley spąsowiał. Nic z tych szeptów, rzecz jasna, nie rozumiał. Brzmiały jednak tak jakoś... prywatnie, że poczuł się co najmniej dziwnie.

– Że co? Nie rozumiem tych twoich zdań wielokrotnie złożonych – Bluish odgarnął włosy z ucha dziewczyny, by lepiej słyszała jego szept.

– Stan, błagam... nie zostawiaj mnie z... tym... – mówiła już normalnie, a jej głos brzmiał coraz bardziej rozpaczliwie.

– Ooo, moja droga. To już twój problem, nie mój – również powiedział to na głos.

– Stan, pomóż mi, proszę... – jęknęła.

– Nie, kochana – rzekł sucho. – Trzeba było uważać. Ja z nim nie mam nic wspólnego – uniósł dłonie, jakby się stanowczo od czegoś odcinał. – Pa, skarbie! – machając do niej, oddalił się z nieprzeniknionym wyrazem w granatowych oczach w kierunku wpatrzonej w niego jak w obraz profesor Cornflower.

W szarych oczach błyszczały łzy wściekłości. Brązowe oczy McKinleya robiły się coraz większe.

„Ona? Z nim? Jest w... w...” – nie miał odwagi dokończyć myśli. Uważnym spojrzeniem zmierzył ukochaną od stóp do głów; na dłużej zatrzymał przenikliwy wzrok na jej talii.

– Co się tak gapisz? – warknęła ukochana.

Należy dla porządku nadmienić, że ukochaną McKinleya Lena była tylko i wyłącznie w jego mniemaniu. Ich zażyłość nie wyszła nigdy poza wspólne spacery. Nużyły one dziewczynę coraz bardziej i drażniły. Jakoś jednak do tej pory nie przychodziło jej do głowy, w jaki sposób miałaby delikatnie dać mu to odczuć. Odebrała wszak z rąk Cornerstone’a bardzo staranne wychowanie. Wiedziała natomiast, że od tej chwili bal już się dla niej skończył. Ma się chandryczyć z McKinleyem na oczach tłumów?

„Co to w ogóle za seksistowski obyczaj, że kobieta ma obowiązek tańczyć z każdym facetem, który prosi ją do tańca?” – myślała, wzburzona coraz bardziej. „No, owszem, Bluish, Cor... Cornerstone...” – zająknęła się w myślach, a jej szare oczy przybrały rozmarzony wyraz. Uśmiechnęła się bezwiednie. „Ja z tobą nie chcę!” – mimowolnie tupnęła nogą, patrząc znów wściekle na Everarda. „Jak ten Cornerstone fantastycznie tańczy” – szare oczy rozmarzyły się ponownie. „A ten tu jeszcze stoi?!” – gniewnie zmarszczyła brwi, patrząc na coraz bardziej zdezorientowanego McKinleya.

– Nie przejmuj się, kochana – objął ją Everard. – Nie złość się... W... w twoim stanie taka huśtawka nastrojów jest całkiem zrozumiała. Ale nerwy mogłyby zaszkodzić tobie i... i dziecku – dodał, trwożnie się rozglądając, szeptem, więc w ogólnym hałasie nie dosłyszała samej końcówki.

– W jakim stanie? – spytała bezmyślnie, pozwalając prowadzić się na parkiet. Czuła się przy tym jak owca idąca na rzeź. Tańcząc z rezygnacją, wcale, ale to wcale nie słuchała tego, co McKinley cały czas do niej mówi.

– ...się zaopiekuję tobą i dzieckiem, najdroższa. A na tamtego drania spluń po prostu. Zapomnisz o nim. Już ja o to zadbam. Kupię nam słodki domek z ogrodem. Posadzę drzewo. Zbuduję piaskownicę...

Akurat w tym momencie wpadli na nich rozochoceni tańcem Liam i Gloria Carrot.

Lena, niemal padając do przodu, usłyszała zatem ostatnie zdanie Everarda.

– Że co? Jaką znów piaskownicę? Dla kogo?

– Dla ciebie, kochana... – brązowe oczy lśniły bezgranicznym oddaniem.

– Pogięło cię? Po co mi piaskownica?

– Jak to po co? Żeby się bawić... – brązowe oczy rozbłysły bezbrzeżnym zdumieniem.

„Jak to? Niby przyszła matka i nie wie, co się robi z dzieckiem w piaskownicy? No tak, ale ona przecież jest artystką. Jest taka inna. Taka słodka. Taka śliczna...”.

– Eee... Poczekaj chwilę – Lena zatrzymała się w tańcu tak gwałtownie, że wyrżnęli w jakąś parę wystraszonych studentów piątego roku, którzy usiłowali ukradkiem się pocałować. Zęby zadzwoniły o zęby. – Poczekaj chwilę – powtórzyła, patrząc na niego całkiem już przytomnie. – Czy sugerujesz, jakobym ja wykazywała inklinacje do bawienia się w piaskownicy? – szare oczy zwęziły się niebezpiecznie. – Uważasz, że mój intelekt nie wyrasta ponad poziom wiaderka i łopatki? – szare oczy ciskały już błyskawice.

„Jaka ona jest piękna, gdy się tak złości” – pomyślał mimowolnie.

– Leno nie złość się, proszę. Naprawdę, w twoim stanie...

– W. Jakim. Stanie. Kretynie. Jaka. Piaskownica. Odpowiadaj.

– Nnnno, jak to? Przecież będziesz miała dziecko. No i z tym dzieckiem w piaskownicy...

– Ja? Ja będę miała dziecko? A z kim, jeśli wolno spytać?

– Zzzz... zzze Sstanem...

Zdumienie wzięło w niej górę nad innymi uczuciami. Musiała, po prostu musiała poznać źródło tej rewelacji.

„Spokojnie. Tylko spokojnie. Bo inaczej nic nie powie”.

– Wiesz, Everardzie, głowa mnie boli. Usiądźmy gdzieś i opowiesz mi o wszystkim.

Posłusznie prowadził ją w kąt sali, gdzie stało kilka wolnych krzeseł. Po drodze zastanawiał się, co prawda, dlaczego to on ma Lenie opowiadać o jej najwyraźniej burzliwym związku z tym niebieskowłosym lowelasem, a nie odwrotnie. No, ale wiedział przecież, gdzieś o tym nawet czytał, że kobiety w ciąży bywają nieobliczalne. Postanowił zatem, że będzie bardzo cierpliwy. I że będzie mówił wolno, głośno i wyraźnie. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie było już najmniejszych niedomówień.

– Ehm... – wziął głęboki oddech. – Posłuchaj, Leno.

– Słucham – usiadła wygodniej, zakładając nogę na nogę. Ręce splotła na piersiach.

Poczuł się, jakby miał zdawać egzamin z tańca na linie.

– Leno. Będziesz miała dziecko. Ze Stanem.

Milczenie.

– Na własne uszy słyszałem, że on nie chce mieć z nim nic wspólnego.

– Niby z kim? – mówiła bardzo spokojnie.

– Z nim. Znaczy się z tym... z tym dzieckiem.

– Aha.

– No przecież wyraźnie ci to powiedział, sam słyszałem.

„Ona jest najwyraźniej w szoku”.

– Cóż, zawsze lepiej usłyszeć potwierdzenie od kogoś jeszcze. Na wypadek spadku ilorazu inteligencji do poziomu wiaderka i łopatki – mówiła nadal bardzo spokojnie. W szarych oczach pojawiły się jednak wesołe błyski. Wiedziała już, w czym rzecz.

„Zobaczymy, jak ten wypomadowany bubek z tego wybrnie” – kąciki jej ust drżały już wyraźnie od wstrzymywanego śmiechu.

„To ją naprawdę musiało złamać” – myślał specjalista od gimnastyki synchronicznej, z coraz większą troską obserwując niestosowną, jak mu się wydawało, wesołość ukochanej. „Ale nic, nic, przy mnie dojdzie do siebie. Już ja o nią zadbam. A tamtemu... dam po pysku” – postanowił.

Coraz bardziej rozbawiona Lena przerabiała teraz w myślach szczegóły jej rozmowy ze Stanem na temat McKinleya.

„Faktycznie, daliśmy z Bluishem ciała...”.

Nie skończyła jeszcze myśli, gdy dotarł do niej lapsus. Zawyła ze śmiechu.

McKinley podskoczył jak oparzony. Niespokojnie rozejrzał się po sali. Widząc setki zaintrygowanych spojrzeń, uśmiechnął się niepewnie. Wyglądał z tym uśmiechem jak idiota. To jeszcze bardziej rozśmieszyło Lenę. Trzęsła się, omal nie spadła z krzesła, trzymała się za brzuch, łzy kapały jej z oczu. Śmiała się tak serdecznie, że zwróciło to w końcu uwagę Bluisha. Cornerstone wyszedł akurat na pół godzinki z zaproszonym na bal ministrem. Kto wie, czym skończyłaby się ta scena, gdyby i on (a może zwłaszcza on) był jej świadkiem...

– Jakiś problem? – uniesiona lewa brew wyrażała umiarkowane zainteresowanie. Tylko granatowe oczy lśniły diabolicznie.

– Ty draniu... – wycedził McKinley.

Czarna brew uniosła się nieco wyżej. Lena w dalszym ciągu zanosiła się śmiechem.

– Coś ty do mnie powiedział, McKinley? – granatowe oczy zwęziły się niebezpiecznie.

– Ty cholerny sukin...

Bluish złapał w garść ciemnozielony atłas tuż pod szyją McKinleya. Brązowe oczy wylazły z orbit. Lena, widząc, że robi się niebezpiecznie, błyskawicznie oprzytomniała.

– Dość tego, chłopcy. Na korytarz. Ale już. Wszyscy. Tu są ludzie – syknęła, wypychając złączonych morderczym uściskiem mężczyzn z sali. Wyszli posłusznie, sapiąc z wściekłości. Granatowe i brązowe oczy rzucały śmiercionośne błyski.

– No? – warknął już na korytarzu mistrz hipnozy. – Masz coś do mnie, ty wypomadowany palancie?

– Stan, uspokój się, proszę – Lena delikatnie uwolniła zmiętoszony ciemnozielony atłas z kurczowo zaciśniętych palców Bluisha. Brązowe oczy odzyskały normalną wielkość, a ich właściciel – oddech.

– No? – granatowe oczy patrzyły teraz na Lenę.

– Bo widzisz, Stan – zachichotała. – To właściwie pośrednio moja wina.

– ?

– To przez to dziecko... – chichotała coraz bardziej.

– Czyje dziecko, do cholery?

– Moje – zanosiła się śmiechem.

– Twoje?! Jesteś w ciąży?!

„Biedny Cornerstone, jak on się o tym dowie...”.

– Z kim?!

– Z... z tobą – osunęła się wzdłuż muru, siadając na kamiennej posadzce. Śmiała się tak, że echo niosło się chyba po całym piętrze zamku.

„Zawsze wiedziałem, że to wariatka. Ale żeby aż do tego stopnia?” – kształtne, depilowane brwi niemal się skryły pod kurtyną granatowych włosów.

– Co się tak dziwisz? – odzyskawszy głos, McKinley postanowił zrobić z niego użytek. – Uwiodłeś dziewczynę, a teraz mówisz, że nie chcesz mieć nic wspólnego z dzieckiem?!

Everard gotów był bić się o cześć ukochanej. Zaciskał pięści, a jego nozdrza groźnie drgały.

Lena nadal wyła ze śmiechu, siedząc na zimnej posadzce. Wyła jak nigdy dotąd. Bluish powziął zatem słuszne przypuszczenie, iż za całe nieporozumienie winić należy nie ją, lecz niezbyt lotny intelekt nauczyciela gimnastyki. „Synchronicznej” – pomyślał złośliwie. Zaczynał się całkiem nieźle bawić. Usiadłszy na posadzce obok niemogącej wykrztusić słowa koleżanki, spojrzał na McKinleya z troską.

– Uwiodłem ją, powiadasz. A... gdzie, jeśli wolno spytać?

Lena w paroksyzmie śmiechu waliła tyłem głowy o ścianę. Bluish mimowolnie syknął.

– Uspokój się, wariatko, bo się uszkodzisz...

– Kiedy nie moooogę – zawodziła. – Co za kretyn!

– To idź stąd gdzieś, zaraz cały zamek się tu zleci... No już, ja z nim pogadam, a ty się ukryj...

– Ale gdzie? – nadal chichocząc, ocierała oczy fałdami sukni.

– Gdzie?! Na twoim strychu! – och, ten refleks intelektualisty McKinleya.

– Co? Na moim strychu ma się ukryć?! Czyś ty oszalał?!

– Jakie ukryć?! Co tu jest do ukrycia?! UWIODŁEŚ JĄ NA TWOIM STRYCHU, mówię! I chcesz to jeszcze ukryć? Już ja porozmawiam z rektorem! Niech on z tym zrobi porządek! – sapał mistrz gimnastyki synchronicznej.

Bluish szybciutko pojął, że ten wypielęgnowany idiota naprawdę może spełnić groźbę. „Tego jeszcze brakuje, żeby wmieszać w to Cornerstone’a” – myślał niespokojnie. „Trzeba jakoś unieszkodliwić McKinleya”.

Patrząc przenikliwie w brązowe oczy, przez chwilę miarowo kiwał głową w prawo i w lewo. Twarz McKinleya stężała. Mimowolnie wodził oczami w ślad za płynnymi ruchami gałek ocznych Bluisha. Brązowe oczy stały się nieobecne. Ich właściciel opuścił ręce. Rozejrzał się dookoła. Nagle rozpostarł ramiona w geście powitania:

– Leno, kochanie, co ty tutaj robisz?

Śmiech uwiązł jej w gardle. Spojrzała pytająco na Stana, który pokręcił nieznacznie głową.

– Nie teraz – poruszył bezgłośnie ustami. Mrugnął do niej.

– Witaj, Stan! Idziesz na bal?

– Eee... tak. Spóźniłem się trochę, miałem drobny kłopot – po mistrzowsku zapanował nad wyrazem twarzy.

– To chodźcie, chodźcie! Pić mi się chce! – mistrz gimnastyki synchronicznej już otwierał drzwi sali balowej. Już wchłonęły ich tańczące pary. Już McKinley znikał w tłumie, zmierzając w kierunku baru...

– Uuufff – granatowe oczy wymownie spojrzały w sufit.

– Stan, czy... czy ty...? – szare oczy patrzyły ze zgrozą.

– Daj spokój. Jeszcze tego brakowało, żeby rektor się dowiedział o naszym dziecku... Tfu! Zgłupiałem z tego wszystkiego – zachichotali. – Tak. Musiałem użyć hipnozy.

– Stan, dzięki – dziewczyna westchnęła z ulgą. Wszystko ją bolało ze śmiechu.

– Uważaj na niego, mała. To świr. Chcesz coś do picia?

– Yhy. Brandy. Podwójną.

Granatowe oczy rozbłysły uznaniem:

– Wyrabiasz się. Jeszcze będą z ciebie ludzie – bezszelestnie oddalił się w kierunku baru.

Akurat w tym momencie zjawił się Cornerstone, nadal pogrążony w rozmowie z ministrem.

Kątem oka dostrzegłszy Lenę, zamachał do niej.

– I jak, Księżniczko? Dobrze się bawisz?

Odpowiedziała salwą śmiechu.

– Ona zawsze taka radosna – uśmiechnął się do ministra rozrzewniony rektor.

Tymczasem zegar na szczycie zamku wybił północ. Wśród hałaśliwych wystrzałów setek korków od szampana, witany gromkimi brawami, rozpoczął się Nowy Rok. Cornerstone zwyczajowo złożył wszystkim oficjalne życzenia, po czym wmieszał się w wiwatujący tłum, zmierzając w kierunku podium dla orkiestry.

Lena nie miała już siły tańczyć. Sącząc przyniesioną przez Bluisha podwójną brandy (nigdy nie lubiła szampana), obserwowała pląsające pary. Odpoczywała. Z wielką sympatią myślała o Stanie tańczącym znowu z profesor Cornflower.

„Czy oni dwoje przypadkiem...?” – zachichotała. „Ciekawe, jaki to będzie rok...” – odpływając w marzenia, przymknęła na chwilę oczy...

Nagle usiadła prosto. Zmarszczyła brwi... Do jej uszu dobiegły bowiem przedziwne dźwięki... Słuchała urzeczona. I pewna, że zna skądś tę niezwykłą melodię, budzącą w duszy uśpione, nieznane dotąd emocje. Aż ciarki przeszły jej po plecach... I już wiedziała, kiedy i gdzie słyszała cudny temat. Jeden jedyny raz, gdy po wyjściu ze szpitala odwiedziła gabinet rektora, by oznajmić mu, że zostaje. A dokładnie przy słowach zrozumiałam, że moje miejsce jest tutaj – to uwięziona w szklanej gablocie wiolonczela ten jeden raz w jej obecności sama z siebie zagrała. Tak, nie miała najmniejszych wątpliwości: była to ta sama melodia. I znów poczuła dreszcz. Cornerstone uwielbiał muzykę. Sam komponował, ale z reguły były to percepcyjnie piekielnie trudne, prawie matematyczne kwartety smyczkowe...

Odpłynęła myślami w przeszłość...

– Gotowa? – profesor pogłaskał jasną główkę dziewczynki. Skinęła głową, patrząc w niebieskie oczy tak rezolutnie, że jej opiekun wybuchnął serdecznym śmiechem. Zgodnie z umową znów przyprowadził ją do Grającej Puszczy.

Panowała tu pozorna cisza. Pozorna, gdyż po pewnym czasie, im dalej w głąb lasu szli, do uszu Leny coraz wyraźniej dobiegały niezwykłe dźwięki.

– Profesorze... Co... co to jest?

– Jesteśmy w Grającej Puszczy, maleńka – odpowiedział tylko, patrząc w szare oczy z tajemniczym uśmiechem. Dźwięki już były na tyle wyraźne, że Lena z najwyższym zdumieniem rozpoznała w nich muzykę... Nie była to jednak zwykła muzyka. Nie była to jedna, konkretna melodia. Zdać by się mogło, że każdy instrument jakiejś monumentalnie rozbudowanej orkiestry gra własny, dobrze skądś Lenie znany temat.

– Profesorze... Co to jest? – spytała ponownie, coraz bardziej zaintrygowana.

– Jesteśmy w Grającej Puszczy... – powtórzył z uśmiechem.

– No dobrze, ale... te... instrumenty? – zatoczyła rączkami dokoła.

– To grają drzewa, z których zostały zrobione.

Dziewczynka dłuższą chwilę milczała, zasłuchana. Czegoś tu jednak nie rozumiała. Czegoś tu było za dużo. O właśnie!

– Profesorze, ale... co one właściwie grają?

– Dobre pytanie, Księżniczko. Każdy, kto wchodzi do Grającej Puszczy, słyszy inną muzykę.

– Jak to możliwe?

– Posłuchaj. Każdy człowiek jest inny. Ty na przykład lubisz czekoladę, a ja... ehm... nie bardzo za nią przepadam. Wolę chipsy, których ty nie znosisz.

Skinęła głową.

– Każdemu z nas co innego wydaje się smaczne, interesujące, piękne. Każdy z nas czego innego się lęka, o czym innym marzy... – niebieskie oczy odpłynęły w przestrzeń.

– Profesorze, ale ja... ja słyszę... wszystko... – szepnęła zdumiona.

– Witaj w klubie – skrzywił się komicznie. Spojrzała na niego zaskoczona.

– Księżniczko, zdarzają się przypadki, że ktoś jest na tyle wrażliwy, jego emocje są tak silne, że... Sama zresztą słyszysz – zaśmiał się, bezradnie rozkładając ręce. I zadumał się ponownie. Tym razem nad rzadko spotykaną wrażliwością dziewczynki na dźwięk.

– Profesorze?

– Mmm?

– Czy można... – Lena zmarszczyła brwi w skupieniu, szukając właściwych słów. – Czy można... no... samemu na tych instrumentach... nie, nie tak – tupnęła nóżką, zniecierpliwiona. – Czy one grają tylko same z siebie, tylko to, co same chcą, czy można nimi kierować jak... jak dyrygent?

– Chodzi ci o to, czy można nad nimi zapanować?

– No tak, kazać im, żeby zagrały to, co ja chcę. Żeby... no, żeby wykonały mój utwór.

– Ooo, chcesz zostać również kompozytorką?

– Może...

– Tak, maleńka – kucnąwszy przed dziewczynką, Cornerstone ujął jej rączki w swoje piękne dłonie o długich, smukłych palcach. – Można nad nimi w ten sposób zapanować. Ale... to bardzo rzadko się zdarza. Jest bardzo, bardzo trudne. Prawie niemożliwe.

– Dlaczego? – Lena z uwagą wpatrywała się w rozmigotane niebieskie oczy. Profesor zamyślił się jakoś tak... smutno.

– Może tego dokonać tylko ktoś, kto bardzo, bardzo mocno kocha.

– Nie rozumiem...

Westchnął.

– Instrumenty w Grającej Puszczy można opanować tylko wtedy, gdy pragnie się opowiedzieć muzyką o wielkiej, prawdziwej, bezinteresowniej i czystej miłości. A muzykę tę usłyszy wówczas tylko ta osoba, dla której jest ona przeznaczona.

– Nawet jeśli będzie na końcu świata?

– Tak, maleńka – spojrzał na nią ciepło. – Nawet na końcu świata...

Milczeli dłuższą chwilę.

– Profesorze?

– Co, dziecino?

– Czy... panu się to kiedyś udało?

– Drogie dziecko – srebrnowłosy mężczyzna uśmiechnął się trochę kwaśno. – Napisałem co prawda pewien specjalny utwór, ale... nigdy jeszcze tego nie próbowałem.

– Dlaczego?

– Jakoś... eee... nie było okazji.

– Profesorze, czy boli pana ząb? – indagowało „drogie dziecko”, widząc wyraz twarzy opiekuna.

– Chodź – wyciągnął do niej rękę – zobaczymy, czy w spiżarni nie zostało jeszcze trochę czekolady dla pewnej wścibskiej młodej damy.

I już po chwili w podskokach biegli do zamku...

Stopniowo obraz rozwiewał się, ustępując rozbawionym tłumom.

„Dzieci są jednak straszne” – Lena zachichotała w myślach na to wspomnienie. „Biedny, kochany Cornerstone”.

Zaraz jednak spoważniała. I już po chwili, coraz bardziej oniemiała, patrzyła na muzyków, którzy siedzieli bezczynnie z instrumentami na kolanach. Profesor Dainty stał z opuszczoną batutą...Tłumy tańczyły nadal jak pogrążone w hipnozie, a salę ni stąd, ni zowąd wypełniła muzyka jakby nie z tego świata... Bo oto stopniowo dźwiękowi wiolonczeli towarzyszyć jęły drzewa i wiatr... Wtórowały im ptaki z nocnego snu obudzone... I już po kilku minutach muzyką była cała Grająca Puszcza i cały Rose Town... I zdało się Lenie, że oto cała Ziemia opowiada jej właśnie o czyjejś wielkiej, odwiecznej, wiernej i czystej miłości...

„Jakież to piękne”.

I nieoczekiwanie poczuła, że zalewa ją fala gorąca. Rozbawione setki ludzi nadal tańczyły jak w transie. Najwyraźniej to do niej, Leny, adresowane były dźwięki. Bo tylko ona, Lena, je usłyszała. Ogarnięta niemym zachwytem i tym czymś, czego nie umiała na razie sprecyzować, nie od razu spostrzegła, że od kilku chwil stoi przed nią...

– Zamyślona i zasłuchana Leno, czy uczynisz mi ten zaszczyt?

Drgnęła jak wyrwana ze snu. Z zaskoczeniem spojrzała w rozmigotane, niebieskie oczy. Zwykle prosił ją kurtuazyjnie jedynie do pierwszego, otwierającego każdy bal walca. A oto dziś stary opiekun już po raz drugi skłaniał srebrną głowę, podając dziewczynie ramię. Czując, nie wiedzieć czemu, przyśpieszone bicie serca, niepewnie ujęła to ramię i już szli na parkiet.

– To... bardzo piękna muzyka, profesorze – wyszeptała, żeby powiedzieć cokolwiek.

– Usłyszałaś... – uśmiechnął się lekko, patrząc na nią jakoś inaczej niż zwykle.

Nie miała zupełnie głowy, by analizować to spojrzenie. Może to zresztą gra świateł w szkłach okularów? A może zanadto poddała się czarowi dźwięków?

Tańczyli bardzo wolno. Szare oczy unikały niebieskich, dziwnie onieśmielone. Jego dotyk budził w niej nieznany dotąd dreszcz, miły i tak wysoce niepokojący, że starała się tańczyć odsunięta od profesora jak najdalej, dotykając jego dłoni i ramienia samymi koniuszkami palców, wyprostowana sztywno jak kołek.

– Nie pożrę cię, Księżniczko – zabawnie uniósł krzaczaste brwi, a ona uświadomiła sobie, jak komicznie muszą wyglądać, drepcząc w tym niby-tańcu, odsunięci od siebie bezpiecznie, niemal na długość ramion. Zaśmiała się. A on, rad, że wreszcie się rozluźniła, przytulił ją łagodnie i bardzo, bardzo blisko. Tak blisko, że poczuła na twarzy miękkość srebrnej brody, cyprysowy zapach szat i ciepły, lekko przyśpieszony oddech w swych jasnych włosach...

Tymczasem muzycy ponownie ujęli w dłonie instrumenty. Profesor Dainty uniósł batutę, a spokojne dotychczas tempo utworu przeszło w wirujący walc. Lena przez chwilę bała się, że pomyli kroki. Zupełnie niepotrzebnie. Cornerstone prowadził tak fantastycznie, że wystarczyło zamknąć oczy i ufnie zdać się na niego. „Jak zresztą w każdej kwestii” – zdążyła pomyśleć i już płynęli w takt walca.

Tworzyli piękną parę. On, o stopę od niej wyższy, w aureoli srebrnych włosów i mieniącej się złotem i srebrem szacie. Ona – w atłasowej, perłowozłotej, odsłaniającej ramiona sukni z jasnymi włosami upiętymi tak, że podkreślały delikatny owal uniesionej ku niemu twarzy i kremową szyję. W blasku tysięcy świec oboje jaśnieli jakimś nierzeczywistym, własnym blaskiem.

Z jego postaci biła zniewalająca moc, której całkowicie się poddała.

To już nie był taniec. Wpatrzeni w siebie płynęli jak w zwolnionym tempie, gubiąc kontakt z rzeczywistością. Jeszcze chwila, a wzbiją się w powietrze jak ptaki ku słońcu. Jakaś cząstka jej świadomości rejestrowała rozmyte kształty innych tańczących par. Nierealnych. Świat stał się jedną parą oczu. Niebieskich. Rozmigotanych. Patrzących na nią znad okularów tak jakoś... Tonąc w tych oczach, czuła, że nabierają całkiem nowego wyrazu: poprzez niemy zachwyt przebijała jakaś... dzika, niepohamowana radość.

Wszyscy patrzyli już tylko na nich.

Rozległy się szepty zachwytu. Tu i ówdzie słychać było nerwowy chichot. Niektórzy bezwiednie zatrzymali się w tańcu, by nic nie uronić z tego niezwykle pięknego widoku.

W pewnej chwili jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tańczące pary rozstąpiły się, tworząc ogromny krąg, w sercu którego – nie zdając sobie z tego sprawy – wirowali w obłędnym walcu tylko oni: Lena i Michael. Ona – myśląc, że śni. On – szczęśliwy jak nigdy dotąd. Bo dziś, teraz, w tej jednej cudownej chwili poczuł oto, że... może jednak jego oczekiwanie dobiega końca? Ta myśl tak go uradowała, że w prowadzącym do ostatniej kulminacji glissando, w radosnym uniesieniu poderwał Księżniczkę w powietrze jak piórko. A gdy śmiejąc się radośnie, oszołomiona, bezpiecznie dotknęła stopami posadzki, tu i ówdzie rozległy się zrazu pojedyncze oklaski, podejmowane stopniowo przez wszystkich. Aż cała sala balowa rozbrzmiała niekończącym się aplauzem, nagradzając solowy popis najpiękniejszej tego wieczoru pary.

– No, no, Michaelu – mruknął z uznaniem Bluish.

Cornerstone niemal do końca balu nie odstępował już Leny. Raz tylko, widząc udającego się już w kierunku wyjścia ministra, przeprosił partnerkę; musiał go pożegnać i odprowadzić.

– Ehm... niedawno skarżyłeś się, Michaelu, na jakieś starcze dolegliwości – ostrożnie zagaił Order. Uważnie przy tym lustrował rozradowaną twarz, okoloną długim, nieco w tej chwili zmierzwionym, srebrnym zarostem. Rektor akurat mimowolnie podskoczył w takt jakiejś rytmicznej melodii. Czapeczka mu się przy tym przekrzywiła, poprawił ją zatem zawadiackim gestem, mechacąc niechcący prawe skrzydełko.

– Rzeczywiście? – zdziwił się. – A wiesz...? – w zamyśleniu zmarszczył krzaczaste brwi. – A wiesz, że... nie pamiętam... – zamyślił się znowu. – Dolegliwości, mówisz? Starcze? Słuchaj, a może ja miałem na myśli Soamesa? – ożywił się. – Widziałeś, jak on ostatnio zdziadział? – mówił konfidencjonalnie. – Strasznie się roztył. I tak jakoś... obwisł w sobie. To pewnie te jego przekąski, nie sądzisz, Johny?

Cały czas rytmicznie przebierał stopami, nie zdając sobie z tego sprawy. Order dyskretnie powściągnął uśmiech. Wilgotne oczy w sympatycznej, piegowatej twarzy wiecznego chłopca podejrzanie błyszczały.

– Taaak, z pewnością mówiłeś wtedy o Soamesie...

Parsknął, ledwie nad sobą panując. Zabrzmiało to jak zduszone kichnięcie.

– Przeziębiłeś się? – niebieskie oczy rozbłysły troską. – Masz jeszcze te krople do nosa, które ci dałem? – rektor ostrożnie prowadził kichającego raz po raz ministra w kierunku wyjścia.

Order nie był w stanie wykrztusić słowa. Otarł łzy rękawem. Znów parsknął.

– Przyjacielu, gorąca kąpiel i łóżko. Tak. Łóżko – powtórzył rektor z przekonaniem. – I w ogóle zacznij wreszcie o siebie dbać – w tonie Cornerstone’a słychać było naganę. – W twoim wieku należy wreszcie zacząć na siebie uważać. No. Trzymaj się! – uścis-nęli sobie dłonie.

Wróciwszy do sali balowej, rektor poszukał wzrokiem Leny, która w międzyczasie wsiąkła gdzieś w tłumie. Bal miał się już ku końcowi. Rozchichotane pary nieśpiesznie opuszczały salę. Gdy nieco się przerzedziło, dojrzał wreszcie przy barze znajomą jasną głowę („jakież ona ma cudne te włosy”) w bezpośrednim sąsiedztwie dwóch jeszcze głów: jadowicie granatowej i kasztanowej. Błyskawicznie rozpoznawszy wypielęgnowanego właściciela kasztanowych loków, sapnął z irytacją.

„Zniewieściały bałwan” – prychnął w myślach. „Ta jego pożałowania godna gimnastyka. Synchroniczna” – prychnął znowu. „No tak... ale nie było innego kandydata” – westchnął z rezygnacją. Zaraz się jednak uśmiechnął. Tak naprawdę nic, ale to nic nie było mu dziś w stanie popsuć nastroju. „Lena. Jakaż ona jest radosna. Jaka śliczna” – myślał z rozrzewnieniem. „Jak ona fantastycznie tańczy. Niezły ten mój In the hope of love” – pokręcił głową z uznaniem.

Cornerstone miał najwyraźniej dobry dzień. A raczej noc. Była godzina trzecia nad ranem.

Rozpamiętywał właśnie ten cudowny moment, kiedy Księżniczka tak jakoś mocno, tak jakoś... inaczej się do niego przytuliła w tym walcu... Poczuł uderzenie gorąca. Puls mu gwałtownie przyśpieszył. Niebieskie oczy zaszły mgłą... Nie mógł zatem widzieć, że przy barze wywiązała się szarpanina. W jej wyniku właściciel kasztanowych loków wstał gwałtownie, acz mocno chwiejnie ze stołka. Następnie jakby się potknął, spojrzał pod nogi i wyszarpnął coś spod buta właściciela granatowej głowy, sycząc pod jego adresem. Właścicielka jasnej głowy w tym momencie wstała, oddalając się z godnością.

– Leno, skarbie, pozwól, że odprowadzę cię do domu – maślane oczy mocno już mającego w czubie McKinleya usilnie próbowały skupić się na jakimś punkcie. Konkretnie na osobie profesor Claivenrow. Bezskutecznie. Ukochana istniała jakby podwójnie. Momentami nawet potrójnie. Lena skrzywiła się z obrzydzeniem.

– Zrób coś, błagam! – poruszyła bezgłośnie ustami, wpatrzona desperacko w siedzącego tuż obok Stana. Mrugnął do niej, nieznacznie unosząc kciuk. McKinley tymczasem chwiejnie powstał ze stołka. I już ujmował ten właściwy łokieć, gdy poczuł, że ktoś przydeptuje skraj jego szaty. Odwrócił się, szarpiąc gwałtownie ciemnozielony atłas.

– To moja nowa szata! – gniewnie spojrzał wprost w zmrużone złośliwie, granatowe oczy. – Mógłbyś patrzeć pod nogi, Stan! I wybacz, śpieszę się – już szukał wzrokiem Leny, która, wykorzystując incydent, najwyraźniej rozpłynęła się w powietrzu.

– Czekaj. Nie tak prędko. Pobawimy się? – mistrz hipnozy, zginając i prostując prawy palec wskazujący, skupił na nim (wreszcie jako tako zborny) wzrok McKinleya. Piewca kultury fizycznej odebrał ten gest jako figlarny i w swej wymowie co najmniej niestosowny.

– Co ty mi tu... Ups! – czknął, zasłaniając wypielęgnowaną dłonią usta.

Bluish zauważył na jego nadgarstku srebrną personalizowaną bransoletkę, ozdobioną blaszką z wygrawerowanym napisem. Zaintrygowany, nachylił się, by odczytać życiowe motto kolegi.

– Carpe diem – mimowolnie przeczytał ów napis na głos. Zachichotał.

McKinley, mimo rosnącego szumu w głowie, nadal był jeszcze względnie przytomny. Nie na tyle jednak, by pamiętać w tej chwili o swojej bransoletce. W tej chwili widział tylko pochylającego nad nim, podejrzanie chichoczącego mistrza hipnozy, robiącego jakieś aluzje... Musi jakoś łagodnie, ale stanowczo dać mu do zrozumienia...

– Eee... wiesz, Stan, jakoś... głowa mnie boli.

– To może odprowadzę cię do domu? – granatowe oczy rozbłysły, gdy ich właściciel z trudem powstrzymywał ogarniającą go wesołość.

Zdecydowanie owym błyskiem zaniepokojony mistrz sportu zapragnął jak najszybciej znaleźć się w domu. Sam. Jak najdalej od tego... Zrobił krok do przodu. Zachwiał się. Czknął. Przetarł dłonią oczy.

– Chodź, Everardzie – hipnotyzer już ujmował ramię kolegi.

– Won!!! – krzyknął rozpaczliwie McKinley, błyskawicznie wyszarpując z kieszeni cylindryczny metalowy pojemnik.

Zawsze, bez względu na okoliczności, miał przy sobie gaz obezwładniający. Jakoś... nigdy nie zdołał opanować innej sztuki samoobrony. Nie patrząc, uniósł pojemnik na wysokość twarzy, kierując go w stronę zagrożenia, i z całej siły nacisnął korek...

W tym samym momencie padł na posadzkę bez czucia.

– Dzięki, że odwrotnie skierowałeś dyszę, baranie – Bluish, stękając, wlókł za nogi nieprzytomnego mistrza gimnastyki synchronicznej za kontuar.

***

Lena tymczasem przeżywała najpiękniejsze minuty swojego życia. Cornerstone zaproponował, że odprowadzi ją do mieszkania. Szli nieśpiesznie, mijając co pewien czas inne wracające z balu pary. Tu i ówdzie, w ciemniejszych zaułkach, widać było złączone w objęciach postacie. Zachichotała nerwowo. Dotarłszy do jej drzwi, zatrzymali się jeszcze na chwilę. Stojąc w otwartym oknie, rozkoszowali się widokiem zalanych blaskiem księżyca błoni Rose Town. Dziwnie jakoś nie mieli ochoty na rozmowę. Znienacka powiał silniejszy wiatr. Lena zamrugała gwałtownie.

– Coś mi wpadło do oka – syknęła, krzywiąc się lekko. Próbując usunąć paproszek palcem, tylko pogorszyła sprawę. – Auuu – skrzywiła się bardziej, mrugając zawzięcie.

– Pokaż – Cornerstone zaprowadził ją w krąg światła. Wyjął z kieszeni chusteczkę i pochylając się nad dziewczyną, delikatnie usunął to coś spod powieki. Zacisnęła podrażnione oczy, z których spłynęła łza.

Poczuł tkliwość i nie umiał nad nią zapanować. Ku zaskoczeniu Leny miękko ujął dłonią jej twarz i przeciągnął długim kciukiem po aksamitnym policzku. Łza spłynęła po jego dłoni. Nadal obejmował twarz dziewczyny. Zaskoczenie w szarych oczach stopniowo ustępowało radości. Żaden dźwięk nie zakłócał ciszy.

I dojrzała w niebieskich oczach nagie, wolne od jakichkolwiek hamulców uczucie.

Patrzył na Księżniczkę z miłością graniczącą z bólem.

Chcąc ukryć zmieszanie wywołane niespodziewanym żarem, jaki wznieciło w niej to spojrzenie, odsunęła się zbyt gwałtownie, dygając żartobliwie.

– Profesorze, zawdzięczam panu oko...

Czar w jego spojrzeniu prysł. Znów miał na twarzy swój zwykły uśmiech.

– Cóż, ratowanie cię z opresji to od zawsze mój, jakże uroczy, obowiązek.

Skłonił się z galanterią, musnąwszy wąsami koniuszki palców Leny.

– Dobrej nocy – odwrócił się szybko (zbyt szybko) i odszedł sprężystym krokiem.

A ona poczuła się głupio. Bardzo głupio.

Clair de lune

Palce niemal bezwiednie pieściły klawisze. Blask świec igrał w rozmarzonych, szarych tęczówkach. Serce przepełniała radość, a zarazem irracjonalny... smutek? Tęsknota?

Nie analizowała tych uczuć. Oczyma duszy widziała inne oczy: rozmigotane, niebieskie, spoglądające na nią z takim ogniem...

Uświadomiła sobie, że od czasu balu sylwestrowego każdej nocy siada do fortepianu tylko po to, by znów – jak wówczas – zatonąć w otchłani tego spojrzenia.

„Głupia. Co ja sobie wyobrażam? To tylko czar muzyki, czar balu. On tego już nie pamięta. Ma tyle spraw na głowie” – próbowała wrócić do rzeczywistości, nie umiała jednak ani nie chciała odpędzać tych wizji. Czar muzyki trwał, pozwalając obrazom wypełniać jej umysł i serce.

I była tylko ona. I to niebieskie, rozmigotane spojrzenie...

Pewnie dlatego nie od razu jej wzrok zarejestrował jakiś ruch. Jakby niewidzialna dłoń kreśliła coś w powietrzu na tle pulpitu. Kształt kwiatu?

Zmarszczyła brwi, obserwując ledwie dostrzegalny zarys, przybierający stopniowo formę róży. Róży damasceńskiej. To nie było złudzenie. Głęboki, niemal pąsowy kolor aksamitnych płatków, układających się w cudny pąk, odcinał się wyraźnie od tła lśniącego, czarnego pulpitu.

Drżącymi palcami nieśmiało dotknęła kwiatu. Nie znikł. Wyraźnie wyczuwała sprężystość żywych płatków. Ostrożnie ujęła pąk, przytulając do niego twarz.

„Jaka piękna...” – szepnęła, do głębi poruszona.

Sposób, w jaki zjawił się kwiat, przepełnił ją tak bezgranicznym zachwytem, że dopiero po długiej chwili zaczęło do niej docierać, że róża nie mogła pojawić się sama z siebie. Że ktoś ją podarował.

Słyszała wszak kiedyś z ust Cornerstone’a o niezwykłej właściwości drzewa porastającego zamkowe mury. Najwyraźniej ktoś w ten wzruszająco subtelny sposób próbuje jej powiedzieć... No właśnie: co? I kto? Zadrżała na wspomnienie niebieskich oczu, ale...

„Nie, to przecież niemożliwe” – poczuła ukłucie żalu. – „To nie mógłby być on”.

Nie pamiętała, by kiedykolwiek mówiono, że jej opiekun interesował się jakąś kobietą. Zawsze był sam. Żartowano sobie powszechnie z tego jego starokawalerstwa. Musiałby zresztą upaść na głowę, by kiedykolwiek pomyśleć o niej, Lenie, inaczej niż o przybranej córce. Opiekował się nią od dziecka. Wychowywał ją, rozpieszczał. Dbał o jej wykształcenie...

– Moja mała Księżniczka – tak ją nazywał w chwilach, kiedy miała go tylko dla siebie.

– Mój wielki czarodziej – odpowiadała, bawiąc się – jak robią to dzieci – jego srebrzystą brodą i długimi włosami.

– Jak tylko dorosnę, ożenię się z tobą – mawiała rezolutnie, z przekonaniem.

– Kobiety się nie żenią, kobiety wychodzą za mąż. A kiedy ty dorośniesz, ja będę starym ramolem.

– Już jesteś stary!

Śmiał się wtedy serdecznie, a ona wtulała się w jego miękką brodę.

– Kocham cię, czarodzieju – mówiła, wdychając piękny, cyprysowy zapach jego szat. Zapach, który od zawsze kojarzył się jej z niczym niezmąconym dziecięcym poczuciem bezpieczeństwa.

– I ja ciebie kocham, Księżniczko.

Kochał ją. Kochał miłością ojca, którego pamiętała jak przez mgłę, podobnie jak matkę. Nigdy jej jakoś nie szukali. Przynajmniej nic o tym nie wiedziała...

Pewnego jesiennego popołudnia Cornerstone wracał właśnie znad Kaskady.

Znów, tak jak poprzednio, usłyszał kolejne niejasne przesłanie. Nie wiedział już, co o tym wszystkim sądzić.

„Bawi się mną?” – dumał coraz bardziej rozżalony i rozdrażniony o swym Rozmówcy, na którego bezwłosej twarzy jak zwykle błąkał się cień rozbawienia.

Zaaferowany myślami, dopiero po kilku chwilach uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu słyszy cichutki płacz. Płacz dziecka.

Idąc ostrożnie w kierunku dobiegających dźwięków, z nieopisanym zdumieniem ujrzał kilkuletnią, jasnowłosą dziewczynkę, odzianą w łachmany. Przedzierała się między kłującymi krzakami dzikich róż. Wyglądała jak zabiedzony elf.

– Kim jesteś, maleńka? – zagadnął łagodnie Cornerstone. Był bardzo wysoki. Nie chcąc wystraszyć i tak już przerażonego dziecka, kucnął więc, spoglądając na małą, zapłakaną istotkę z nieopisanym ciepłem.

Lena błąkała się już od dwóch dni. Zziębnięta, głodna, podrapana i poobijana. Nie tęskniła jednak do domu. Domu, z którego właśnie uciekła.

Rodzice oczywiście kochali Lenę na swój, niezrozumiały dla niej sposób. Nigdy nie chodziła obdarta, głodna ani brudna. Nigdy też nie była ubrana tak, jak by chciała. Nie chodziło tu zresztą wcale o ubranie samo w sobie. Lena nie miała specjalnych wymagań. Marzyła tylko o tym, że ktoś w domu zainteresuje się tym, co tak naprawdę ona, Lena, lubi. Jakie są jej pragnienia. Upodobania. Marzenia. A marzeń miała tak wiele... I nie chodziło o to, by się spełniły. Chciała podzielić się nimi z kimkolwiek. Nikogo jednak nie interesowało to, co ona, Lena, ma do powiedzenia. W oczach rodziców dziecko nie miało głosu. Nie miało prawa do marzeń. Potrzeb. Miało wyłącznie powinności wobec starszych.

Stopniowo, mimo iż miała dopiero pięć lat, dziewczynka nauczyła się, że lepiej jest milczeć. Nie zadawać żadnych, ale to żadnych pytań. Wykonywać polecenia. Rozkazy. Nakazy.

Dwa razy dziennie odmawiać pacierz i chodzić w niedzielę do kościoła. W świątyni siedziała zawsze na jakimś schodku bocznego ołtarza, między butami dorosłych. Pieniążkiem przeznaczonym na tacę w czasie bardzo długiego i bardzo nudnego kazania, z którego nic, ale to nic nie rozumiała, rysowała na bucikach wymyślne wzorki. Obrywała potem reprymendę za niszczenie obuwia...

I tak, stopniowo mała Lena nauczyła się samotności.

Gadała sama ze sobą i z postaciami z bajek. I z tymi, które narysowała. Bo rysowała zawsze, odkąd sięgała jej pamięć. Cóż jednak poradzić miała na to, że takie życie uwierało ją coraz bardziej? Miała tyle pytań. Tyle pomysłów. Miała w sobie tyle nieokiełznanej, twórczej ciekawości i pasji...

I czuła coraz silniej całą sobą, że gdzieś, nie wiadomo gdzie, z całą pewnością jest takie miejsce, w którym można żyć inaczej. Pięknie. Pytać o wszystko, nie bojąc się skarcenia. Rozwijać własne pomysły. Dzielić się przemyśleniami, których ktoś wysłucha z najwyższą uwagą. Podyskutować... Nie umiała tego nazwać, ale... chciała poczuć się wreszcie godnym szacunku człowiekiem.

Nieraz słyszała, jak starzy ludzie mówili, że tam, w chmurach, dawno, dawno temu zbudowano zamek, w którym mieszkają oni.

„Jacy oni?” – zastanawiała się dziewczynka. Instynktownie czuła, że chciałaby mieszkać właśnie tam. Że tam by właśnie pasowała. Bo tu z całą pewnością nie pasowała ani trochę...

Któregoś dnia zatem całkiem po prostu wsiadła na grzbiet skrzydlatego konia, który pojawił się w jej sypialni nie wiadomo skąd. I zachwycona przeleciała na nim przez grubą warstwę chmur...

Zarówno niecodzienny środek lokomocji, jak i samą podróż uznała za zjawisko zupełnie naturalne. Zrobiło się jej tylko żal, gdy skrzydlaty koń rozpłynął się w powietrzu, zostawiając ją u podnóża jakiegoś niebotycznie wysokiego wzniesienia. Miała wszak nadzieję, że wreszcie znalazła odpowiednie dla siebie towarzystwo... Westchnąwszy tęsknie, pomachała rączką i nie zastanawiając się długo, podjęła wspinaczkę.

I tak po dwóch dniach tułaczki dotarła na błonia Rose Town.

Cornerstone był niebotycznie zdumiony. „Jakim cudem to dziecko tu trafiło? Przecież to niemożliwe dla zwykłych ludzi. Niewykonalne. Ludzie z Nizin nie widzą ukrytego w chmurach Rose Town. Nie bujają w obłokach” – myślał, patrząc na małą istotkę spoglądającą na niego z ciekawością i ufnością w szarych, załzawionych jeszcze oczach. „No tak. Zwykli ludzie” – pomału zaczynał rozumieć, że najwyraźniej, skoro to dziecko dotarło aż tutaj, nie może być zwykłym człowiekiem. Człowiekiem z Nizin, nawet jeśli stamtąd pochodzi...

– Nazywam się Lena Claivenrow. A pan?

– Michael. Michael Cornerstone.

– Jest pan czarodziejem?

Zaśmiał się cicho i bardzo, ale to bardzo serdecznie.

– Skąd ci to przyszło do głowy, Leno Claivenrow?

– Wygląda pan jak czarodziej. Albo jak król.

– Czuję, że się rumienię – niedoszły czarodziej albo król usiadł na trawie. Dziewczynka zrobiła to samo. Nigdy dotąd nie rozmawiała z obcymi. Instynktownie czuła jednak całą sobą, że ten człowiek niczym jej nie zagraża. Przeciwnie. Że jest kimś bardzo, ale to bardzo dobrym. Widziała to w jego oczach. Niebieskich. Rozmigotanych tysiącami wesołych ogników.

– Nigdy nie widziałam takiej długiej brody. Nie przeszkadza panu przy jedzeniu?

– Do wszystkiego można się przyzwyczaić. A ja swoją brodę mam już bardzo, bardzo długo – srebrne wąsy uniosły się w lekkim uśmiechu. Podobał jej się ten uśmiech.

– Mogę? – z błyskiem w szarych oczach wskazała tę brodę. Jej właściciel komicznie uniósł krzaczaste brwi, które niemal się skryły w burzy długich srebrnych włosów.

– Chcesz mi ją odkleić? – udał przerażenie. – Zapewniam cię, że jest prawdziwa. Sam sprawdzałem – zastrzegł. – Rano, zaraz po przebudzeniu. Codziennie to robię – mrugnął do niej.

Zaśmiała się. Po raz pierwszy w życiu ktoś z nią rozmawiał. Jak z kimś równym sobie. Żartował z nią. Nie z niej. Coraz bardziej podobał jej się ten dziwny człowiek.

– Chcę ją uczesać – zadecydowała.

– Proszę uprzejmie – dziwny człowiek nadstawił brodę, a dziewczynka szybciutko, z niesamowitą zręcznością drobnych paluszków, zaplotła ją w warkocz. – Po raz pierwszy w życiu czuję się tak elegancko. Bardzo ci dziękuję, Leno Claivenrow.

– Nie ma za co. Mieszka pan w tym zamku? – wskazała oblepione różanymi kwiatami mury Rose Castle.

– Tak. Mieszkam tu. A ty? Gdzie mieszkasz?

– Nigdzie... – wbiła wzrok w ziemię. Zauważył, że jej buciki ledwie trzymają się kupy.

„Musiała długo się błąkać. Pewnie jest wycieńczona. Na razie trzeba się nią zająć, o resztę dopytam, jak się oswoi. Najwyraźniej to bardzo wrażliwa istota, którą ktoś dotkliwie i długo ranił”.

Sam bardzo wrażliwy, wyczuwał to w innych jakimś szóstym zmysłem. Rozumiał, że indagowaniem tego dziecka niczego nie osiągnie. Może tylko czekać, aż dziewczynka oswoi się na tyle, że sama mu o sobie opowie. Usłyszał, że burczy jej w brzuchu. Serce mu się ścisnęło. Była taka jakaś... zabiedzona, oczy miała podkrążone. A jednak, wbrew temu, wyczuwał w niej jakąś nieprawdopodobną moc.

– Kiedy ostatni raz jadłaś, Leno Claivenrow?

– Bo co?... – spojrzała na niego spode łba.

„Oho, do tego jeszcze ambitna”.

– Nic, nic. Po prostu... eee... – spojrzał na zegarek. – Czuję, że burczy mi w brzuchu, a w zamku niedługo podadzą kolację. Chyba będą kiełbaski – mrugnął do niej. – Lubisz kiełbaski?

– Bardzo! – szare oczy rozbłysły. – Najbardziej takie z rożna, z musztardą. A pan?

– Wolę keczup. Ale tu, w zamku, mamy i to, i to. To co? Idziemy? – wstając, wyciągnął do niej rękę.

– Pewnie!

I tak Lena Claivenrow po raz pierwszy w życiu przekroczyła progi Rose Castle, który od tej chwili stał się jej prawdziwym Domem.

***

Tymczasem ferie dobiegły końca. Rozpoczął się drugi semestr. Nauczyciele mieli ręce pełne roboty. Zajęcia przygotowujące do wyczerpującej końcowej sesji egzaminacyjnej, choć miała się rozpocząć dopiero w maju, pochłaniały już teraz mnóstwo energii i czasu.

Lena w nielicznych wolnych chwilach malowała.

Cornerstone często opuszczał Rose Castle, udając się w swoje tajemnicze podróże, z których wracał głęboko czymś zaniepokojony. Potem zamykał się w swoim gabinecie i długie godziny konferował ze Stanem. Toteż rzadko w ciągu tygodnia mieli z Leną okazję zamienić więcej niż kilka ciepłych słów podczas wspólnych posiłków w refektarzu. Starannie jednakowoż pielęgnowali pewien zachowany z przeszłości zwyczaj. Raz w tygodniu mianowicie, zawsze w sobotę, udawali się na wspólny spacer. Mieli wówczas tylko dla siebie cudowne, wolne od obowiązków dwie, trzy, czasem cztery godziny. Pełen beztroski czas, będący dla obojga okazją do najpiękniejszych wspomnień, wymiany myśli i do niekończących się żartów. Dla samej zaś Leny – do zadawania wciąż nowych i nowych pytań, na które zawsze dostawała pełne najwyższej uwagi i zrozumienia odpowiedzi.

Dzisiejsza przechadzka zaprowadziła ich w kierunku mostu. Roztaczał się z niego fantastyczny widok na otoczone górami błonia Rose Town i rozmigotaną wstęgę rzeki. Rzeki Wspomnień. W dole, na dnie przepaści, fale łagodnie pieściły kamienisty brzeg.

A Lena znów odpłynęła w przeszłość...

– Profesorze, czy woda naprawdę umie śpiewać?

– To zależy od tego, czy umie się słuchać – uśmiechnął się Cornerstone.

Stali właśnie u stóp lśniącej tafli Śpiewającego Jeziora. Dziewczynka myślała chwilę, nadstawiając uszu.

– Słyszę tylko szum fal.

– W tej chwili tak. Jeśli jednak kiedyś bardzo mocno będziesz tego chciała, jezioro śpiewająco odpowie na każde twoje pytanie. Jest tylko jeden warunek.

– Jaki?

– Musi to być pytanie, na które ludzki rozum nie zna odpowiedzi.

Bardzo zdecydowanie potrząsnęła główką. Jasne loki omiotły zarumienioną od wiatru buzię.

– To niemożliwe, profesorze. Przecież pan zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Zaśmiał się bardzo serdecznie.

– Dziecino, zapewniam cię, że jest bardzo wiele pytań, na które odpowiedzi nie znam.

– Jak pan z tym może wytrzymać? – komicznie wytrzeszczyła szare oczy.

Zaśmiał się jeszcze serdeczniej. Zaraz jednak spoważniał.

– Niekiedy lepiej jest o czymś nie wiedzieć...

– Jak to? – nie mogła tego pojąć. – Ja chciałabym wiedzieć... wszystko!

Kucnął przed nią, z powagą patrząc w szare oczy.

– Wierz mi, Księżniczko, nie każda wiedza daje szczęście. Zapewniam cię, o niektórych sprawach wolałbym nie mieć pojęcia. Są... zbyt smutne i przerażające.

Wiedziona impulsem, wtuliła się w niego.

„Nie rozumiem, o czym on mówi...”. Jakoś... po raz pierwszy instynktownie poczuła, że poruszyli temat, którego nie powinna drążyć.

Stojąc teraz obok niego na moście, ze zdumieniem spostrzegła, że przez te wszystkie lata, odkąd go poznała, profesor wcale, ale to wcale się nie zmienił. Mimo srebrnego zarostu i burzy długich, siwych włosów, niezmiennie wyglądał na jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt kilka lat. A przecież wiedziała, że żyje dużo, dużo dłużej. Pełen młodzieńczej energii, z blaskiem w tych swoich rozmigotanych, niebieskich oczach, był dla niej uosobieniem tego, co Dobre. Mądre. Uczciwe. Piękne. „I takie...” – odwróciła głowę, czując z rozpaczą, że się rumieni. Miała już dwadzieścia siedem lat, a jakoś nigdy nie zainteresowała się na poważnie żadnym mężczyzną. No, owszem, miała adoratorów (uśmiechnęła się mimowolnie na wspomnienie ostatnich randek z McKinleyem), ale...

I znów odpłynęła we wspomnienia...

– Profesorze, dlaczego mówił pan, że to oczy są w twarzy najważniejsze?

Cornerstone oglądał właśnie portret. Kolejny, jaki piętnastoletnia już Lena namalowała w ostatnich miesiącach. Malowała jak szalona, a jej portrety były coraz lepsze. Kiedyś stary opiekun delikatnie zasugerował jej, by więcej uwagi poświęcała oczom.

– W oczach jest cała dusza człowieka, dziecino. Mogłabyś namalować same oczy, bez twarzy. Już byłby portret...

No właśnie... Te jego dobre, mądre, nieprawdopodobnie rozmigotane, niebieskie oczy... Oczy, które coraz częściej widywała w snach. Właśnie dlatego wyjechała stąd na rok. Czuła, że jej uczucia są w jakiś sposób nie w porządku wobec Cornerstone’a. Przecież zawsze był dla niej jak ojciec. Najlepszy opiekun. Przyjaciel. Powiernik. Najbliższy człowiek, jakiego znała... Cóż jednak poradzić miała na to, że stopniowo, jakimś niepojętym zrządzeniem losu, dostrzegła i pokochała w nim...

Uświadomiła to sobie tak naprawdę dopiero w podróży, gdy poczuła dojmującą tęsknotę i pustkę w sercu, która kazała jej jednak wrócić. Wróciła i... Nie bardzo wiedziała teraz, co o tym wszystkim sądzić.

– Tak się cieszę z twojego powrotu, Księżniczko – uśmiechnięty Cornerstone zwrócił ku Lenie rozradowane oczy.

„Jakaż ona jest jasna, pełna ciepła”.

– I ja się cieszę. Kocham to miejsce. Dziękuję, że mnie pan tu przyprowadził, profesorze.

Chłonęła roziskrzonym wzrokiem cudną panoramę, wdychając z rozkoszą zapach wiatru, który łagodnie pieścił jej długie włosy.

– Widok jest jeszcze piękniejszy niż ten zachowany w moich wspomnieniach z dzieciństwa – szepnęła zachwycona.

– Tak się nieraz zastanawiam, czy nie za dużo od ciebie wymagałem, gdy byłaś mała. Te wszystkie dodatkowe zajęcia, godziny, które spędzałaś przy fortepianie, gdy inni bawili się, odpoczywali, zajmowali się sportem... Na dodatek jeszcze lekcje rysunku, których, jak teraz sądzę, nigdy chyba nie potrzebowałaś... Nie masz do mnie o to żalu?

Spojrzała z powagą prosto w niebieskie oczy:

– Moje dzieciństwo było tak szczęśliwe, jak tylko można sobie wymarzyć.

Zamrugał nieoczekiwanie, odwracając głowę.

– Dziękuję ci za te słowa – rzekł bardzo cicho, po chwili milczenia.

– To ja ci dziękuję, profesorze. Za to, kim jestem – odpowiedziała, z wzrokiem znów bezpiecznie wbitym w przestrzeń. Odruchowo chciała przytulić się do niego, tak jak dawniej, serdecznie cmoknąć w policzek, ale... coś ją powstrzymało. Chyba odgadł jej myśli.

– Jako dorośli tracimy naszą prostotę, prawda? Nic już nie wydaje się tak niezachwiane i pewne jak wówczas, gdy było się dzieckiem. Bywa, że wszystko, czemu ufaliśmy, zaczyna drżeć w posadach...

Jak dobrze ją rozumiał. On jeden. „On, który zna odpowiedzi na wszystkie, najbardziej zawiłe pytania” – myślała z wdzięcznością.

– Wiedz jednak, Księżniczko, że choćby wszystko wokół ciebie runęło, tu jest i zawsze będzie twój dom. Pamięć o tym, cokolwiek się wydarzy, da ci siłę. Cokolwiek się wydarzy – powtórzył.

„A nic się nie wydarzy, maleńka” – zapewniał ją w myślach. „Nie odbiorę ci poczucia bezpieczeństwa”.

Słuchając go, poczuła nagły ucisk w gardle. Nie, nie może się rozbeczeć. Tłumione łzy przysłoniły jej jednak oczy na tyle, że nie zauważywszy jakiegoś uskoku, potknęła się. Odruchowo chwyciła ramię opiekuna. Również odruchowo przytrzymał ją mocno i pewnie.

I przez jedną cudowną chwilę czuł zawrót głowy, gdy pachnące różą jasne włosy omiotły jego twarz.

– W porządku, Księżniczko?

– Tak, przepraszam, potknęłam się – uśmiechem zamaskowała łzy, swoją niezręczność i to coś, co nieoczekiwanie poczuła, gdy przez moment trzymał ją bezpiecznie w silnych ramionach...

***

Minęły dwa tygodnie. W kutej srebrnej czarze w salonie Leny stało już czternaście damasceńskich róż. Nie więdły.

W gabinecie Cornerstone’a mimo późnej pory dotąd paliło się światło. Stan Bluish rozkoszował się właśnie pierwszym od dawna, całkowicie wolnym od osoby rektora wieczorem. Gdyby jednak wszedł teraz do pięknego, ośmiokątnego gabinetu, z całą pewnością złapałby się za głowę.

Cornerstone klęczał na podłodze, wybebeszając przepastne szuflady biurka. Obok, na kamiennej posadzce, piętrzyła się zaskakująca kolekcja... Kilka kartonowych teczek. Zużyte gęsie pióra. Pałeczki nawozowe dla roślin kwitnących. Dwanaście otwartych listów. Pusty kałamarz. Wahadełko („Znalazło się! A tak go wtedy szukałem...”). Trzy skarpetki (każda w innym kolorze). Napoczęta paczuszka chipsów. Kłębek szpagatu. Papier nutowy. Stalówki. Kilkadziesiąt czystych arkuszy pergaminu. Preparat do pielęgnacji włosów siwych. Siedem opasłych segregatorów. Koperty różnej wielkości i świeżości. Pojemnik z zaschniętym lakiem do pieczęci. Brzytwa. Okulary z jednym szkłem. Projekt machiny latającej („Niezły. Warto go kiedyś skończyć”). Pomarszczone, nadgryzione jabłko...

Czapeczka ze skrzydełkami wisiała na oparciu fotela, jej właściciel zaś, najwyraźniej mocno czymś zaaferowany, drapał się w głowę, bezradnie patrząc na czynione pobojowisko.

„Jakiś się ostatnio zrobiłem roztargniony. Ciekawe, dlaczego?...” – myślał.

– Gdzie ja go mogłem położyć? – mruczał coraz bardziej zniecierpliwiony. Marszcząc brwi, raz po raz przecierał dłonią zamyśloną twarz. Nagle gwałtownie usiadł prosto. Niebieskie oczy błysnęły. Trzepnął się otwartą dłonią w czoło. Zachichotał. Następnie mocno, zdecydowanie potarł dłonią nos, a w tym samym momencie spod sterty papierów, notatek, teczek i segregatorów wyfrunął ku niemu arkusz pergaminu.

„No, nareszcie!” – ucieszył się Cornerstone, chwytając w locie zgubę.

Zniecierpliwiony własnym roztargnieniem wpadł kiedyś na genialny w swej prostocie pomysł wynalazku przypominającego. Nie mogąc sobie czegoś przypomnieć lub znaleźć, wystarczyło potrzeć nos. Trzeba to było zrobić palcem wskazującym prawej dłoni od lewej do prawej strony (w żadnym wypadku odwrotnie, bo wówczas można się było nabawić okresowej amnezji. Ważne przy tym, by ów nos był odpowiednio długi).

Cornerstone zachichotał. „Doprawdy, zapomnieć nawet o własnym wynalazku” – kręcił głową.

My się jednak rektorowi wcale, ale to wcale nie dziwimy. Wszak w obliczu sercowych perturbacji największy geniusz wszechczasów może na chwilę zapomnieć nawet o tym, że ma nos...

Pergamin był bardzo stary, w wielu miejscach nadgryziony zębem czasu. Cornerstone ujął go ostrożnie w dłonie, strzepując zeń jakieś paproszki. Zdmuchnął niewidoczny pyłek. Wygładził arkusz.

„A swoją drogą” – myślał, rozglądając się po coraz bardziej z tygodnia na tydzień zagraconym gabinecie – „przydałoby się zrobić tu porządek”.

Zerwał się, sprawnie wykonał kilka czynności – i wszystkie papiery, zaczęte listy i mnóstwo przeróżnych drobiazgów, wszystko wróciło na swoje miejsce. Rozejrzał się po biurku z uznaniem. „Teraz jest dużo lepiej”.

Uśmiechnął się pod wąsem, konstatując powody, dla których w ostatnich tygodniach wcale nie myślał o porządkach. Ani o tym, pilnym przecież, tłumaczeniu, nad którym nieszczęsna Lena biedziła się od jesieni.

Lena...

Niebieskie oczy rozbłysły tysiącami ogników. „Opanuj się, ramolu” – upomniał sam siebie. I w skupieniu, przysiadłszy na oparciu fotela (uprzednio zdjął zeń czapeczkę), jął studiować treść pergaminu. Machał przy tym w powietrzu jedną nogą tak energicznie, że haftowany w róże zielony pantofel zsunął mu się z pięty. Rektor z uwagą czytał pochodzący z zamierzchłych czasów rękopis. Jako że przed wiekami atrament był nieludzko drogi, skrybowie dla oszczędności posługiwali się pewnym ujednoliconym kodem skrótów. Dla laika niemożliwym do odcyfrowania. Cornerstone, ma się rozumieć, laikiem nie był. Ba! Był bodaj najlepszym w świecie paleografem. Z wprawą zatem, co chwila poprawiając na nosie okulary, odczytywał zawiłą treść.

„Tak myślałem... Tak właśnie myślałem!” – ucieszył się. „Tego nam właśnie brakowało! To jest właśnie brakujące ogniwo!” – nie patrząc na zegarek, rozradowany złapał czapeczkę i tak jak stał, popędził w kierunku mieszkania Leny. Już za chwilę wręczy jej brakujący fragment skomplikowanej układanki, nad którą – był tego pewien – właśnie ślęczała.

Na korytarzu zorientował się, że jest w połowie bosy. Zdumiony spojrzał w dół. Poruszył palcami lewej stopy w zielonej, podobnie jak brakujący pantofel skarpetce. Zachichotał. Zawrócił. Rozejrzał się po gabinecie. Dostrzegł pod biurkiem, w okolicach fotela, znajomy kształt.

„To i tak dobrze, że obie moje skarpetki pochodzą z jednej pary” – dla pewności jeszcze to sprawdził. Słyszał wszak o wielkich myślicielach, roztargnionych do tego stopnia, że zdarzało się im przyjść do pracy w dwóch całkiem różnych skarpetkach...

„A nawet butach” – chichotał, obuwając stopę. Pergaminu nie musiał ponownie szukać. Przezornie trzymał go cały czas w zębach.

Śpiesznie mijał korytarz za korytarzem. Już miał zapukać do drzwi profesor Claivenrow, gdy wydało mu się, że słyszy znajome dźwięki... Fortepian...?

„Co, u licha? Jeszcze ćwiczy? Powinna przecież robić to tłumaczenie, a nie grać” – zmarszczył się niecierpliwie. „Powinna...”.

Najciszej jak umiał, nacisnął klamkę i wszedł.

Nie miała pojęcia o jego obecności.

Blask świec igrał w rozmarzonych, szarych oczach. Oczach, którymi widziała... Dopiero gdy skończyła utwór, jej wzrok napotkał wzrok prawdziwego Cornerstone’a. Drgnęła.

– Cześć... To... Pan? O tej porze?

– Jeszcze nie śpisz? – uśmiechnął się.

– Eee... tak jakoś... nie mogę zasnąć. To mnie wycisza, uspokaja – wskazała ręką klawiaturę. Minę miała przy tym mocno zmieszaną, jakby przyłapał ją na jakiejś niestosowności.

Kiwnął głową ze zrozumieniem. On sam, gdy miał kiedyś więcej czasu, również koił nerwy, grając na tym samym fortepianie. Na fortepianie, przy którym teraz ona... Lena...

Gwałtownie potrząsnął srebrną głową.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.