Wśród obcych - Jo Walton - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 463 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wśród obcych - Jo Walton

Nastrojowa, poruszająca książka o tym, dlaczego i jak bardzo ważna może być fantastyka/fantazja w życiu człowieka. Mnóstwo odwołań i przywołań najznakomitszych powieści w historii SF i fantasy, niewiarygodnie smakowita lektura dla osób zorientowanych w temacie, a równocześnie wciągająca opowieść fantasy/urban fantasy dla mniej zorientowanych czytelników. Jedna z niewielu powieści w historii gatunku, które zdobyły dwie najważniejsze nagrody: Hugo i Nebulę. Znalazła się też w finale World Fantasy Award.

Jest rok 1979. Mor traci siostrę bliźniaczkę w wypadku samochodowym. Ucieka od toksycznej matki i trafia do szkoły z internatem. Zagubiona i samotna opatruje traumy wiarą w świat wróżek ze swoich dziecięcych zabaw. Tam przy pomocy wróżek ratuje świat przed swoją matką-czarownicą.

Wśród obcych” nie jest książką o wróżkach. Jest powieścią o dorastaniu, przeżywaniu żałoby i godzeniu się ze stratą, o układaniu sobie życia na nowo, o przyjaźniach i pierwszej miłości.

Jo Walton (ur. 1 grudnia 1964 w Aberdare w Walii) – brytyjska poetka i pisarka fantasy oraz science fiction, od 2005 r. mieszka w Montrealu. Otrzymała nagrodę im. Johna W. Campbella dla najlepszego nowego pisarza w 2002, nagrodę World Fantasy za powieść „Tooth and Claw” w 2004, nagrodę Prometeusza za powieść „Ha'penny” w 2008 oraz Nagrodę Hugo (2012) i Nagrodę Nebula (2011) za powieść „Wśród obcych”.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Wśród obcych - Jo Walton

Cytaty z ebooka Wśród obcych - Jo Walton

Jako kaleka „barbarzynka” miałam przechlapane, a na dodatek zjawiłam się już po rozpoczęciu roku szkolnego w klasie, w której dziewczęta znały się od dwóch lat, mając ustalone wpływy i sojusze, o których nie miałam pojęcia.
Drugi tom dylogii Historia Tezeusza . Pierwszy ukazał się po polsku pt. Król musi umrzeć w 2005 roku. Tejże autorki, jednej z najświetniejszych pisarek historycznych świata, mamy przekład trylogii o Aleksandrze Macedońskim.
Zawsze można wytłumaczyć wszystko zbiegiem okoliczności, który przeczy działaniu magii. Magia nie działa jednak tak, jak opisane jest to w wielu książkach, ale właśnie dzięki tworzeniu zbiegów okoliczności.
Przysłał mi też Jeźdźców smoków , zawierających W poszukiwaniu Weyr i opis tego, co się zdarzyło bezpośrednio potem, Miasto iluzji Le Guin i opowiadania Larry’ego Nivena The Flight of the Horse . Są niezłe, ale nie tak dobre jak Pierścień albo A Gift from Earth
No i kiedy jesteś w potrzebie, zawsze ktoś się znajdzie. Nie muszą to być nawet rodzice ani dziadkowie, ale w obliczu katastrofy, gdy potrzebujesz wsparcia, zawsze pojawi się ktoś, kto się tobą zaopiekuje, tak jak robiła to ciocia Syl.
prawda umarła jeszcze przed moją babcią, i kiedy bardzo potrzebowałam pomocy, ta rodzinna siatka zawiodła, i zamiast odbić się od niej jak na trampolinie, spadłam na twardą ziemię. Rodzina nie dopuszczała bowiem do siebie myśli, że z moją matką jest coś nie tak, a musieliby uznać ten fakt, żeby przyjść mi z pomocą.
Dziewięciu książąt Amberu i Karabiny Avalonu są absolutnie olśniewające. Od dwóch dni czytam je bez przerwy. Koncept Cieni jest nadzwyczajny, Atutów też, ale najlepszy Corwin narrator. Muszę poczytać więcej Zelaznego.
chciałabym napisać coś, co ktoś inny chciałby czytać, siedząc na ławce w niezbyt ciepły dzień, i zapomnieć w tym momencie, gdzie się znajduje i która jest godzina, i zatopić się bardziej w świecie książki niż we własnych myślach.
Parę dni temu czytałam o Lavoisierze, wiesz? – Odkrył tlen – powiedziałam. – Razem z Priestleyem. – Był Francuzem, a przy tym arystokratą, markizem. Zgilotynowali go podczas rewolucji francuskiej. Powiedział, że po odcięciu głowy będzie mrugał oczami, dopóki zachowa świadomość. Mrugnął siedemnaście razy. To
Z drugiej strony jednak ja też odczuwam co nieco, jeśli chodzi o seks. Triton , książki Heinleina, i The Charioteer podsunęły mi myśl, że właściwie seks jest czymś całkiem zwyczajnym, a to społeczeństwo go demonizuje i obrzydza.
Nie ma najmniejszej szansy, by cokolwiek zostało przepojone naszą esencją, by ożyło pod wpływem uczuć. Żaden przedmiot nie jest tu świadomy siebie, żadne krzesło ani szklanka. Nikt nie może przywiązać się do niczego.
Arthur Ransome (1884–1967) – brytyjski pisarz dla młodzieży. W Polsce znany z Wyspy krabów ( Peter Duck , 1975), a zwłaszcza cyklu o Jaskółkach i Amazonkach : Jaskółki i Amazonki ( Swallows and Amazons , 1930) i Jaskółczyn ( Swallowdale , 1931),
Zaczarowane baletki ( Ballet Shoes , 1936). To historia trzech osieroconych dziewczynek, które pewien starszy pan przywiózł ze swoich licznych wypraw zamorskich. Po polsku wydano jeszcze Złotą jabłoń ( Apple Bough
są to zdrowe, przyjemne opowiastki o dzieciach, które pływają łódkami, tańczą w balecie czy coś w tym rodzaju, odnoszą niewielkie zwycięstwa i spotykają je niezbyt groźne przygody, ale ostatecznie wszystko dobrze się kończy. Krzepiąca lektura, szczególnie po Czechowie. Cieszę się, że nie jestem Rosjanką.
Musiałam jej opowiedzieć o żydowskim ojcu mojego ojca. Stwierdziła, że to wcale nie znaczy, iż jestem Żydówką, bo nie można być Żydem tylko częściowo, a poza tym matka musi być Żydówką. Powiedziała, że gdybym chciała zostać żydówką, musiałabym się nawrócić na judaizm.
System wypożyczeń międzybibliotecznych uważam za najwyższe osiągnięcie cywilizacyjne. Biblioteki to cudowne miejsca. Są nawet lepsze od księgarń. Księgarnie zarabiają na sprzedaży książek, a biblioteki wypożyczają je z dobroci serca.
Sięgnęłam po mój drewniany amulet, ale oczywiście nie miałam go przy sobie, bo nie mogę nosić czegoś takiego do mundurka. Mam w kieszeni kamyk, i to jego dotknęłam. Nie wiem, czy to pomaga, z całą pewnością dodaje otuchy. Dotknęłam też drewnianego biurka, wypolerowanego przez czas i setki rąk.
Nic nie mówiłam, bo, po pierwsze, to sprawa bardzo osobista, po drugie, nie znoszę współczucia, a po trzecie, tym bardziej nie zniosłabym kpin. Ludzie, którzy kpią sobie z Mor, narażają się na wybuch agresji z mojej strony.
Mamy dbać o pozycję naszych domów i opiekować się koleżankami w ramach domu, niezależnie od tego, do której klasy chodzą. Nie muszę chyba mówić, że mi to wszystko dokładnie zwisa. To granfalon w najczystszej postaci – jestem nieskończenie wdzięczna Vonnegutowi za wymyślenie tego terminu.
„Klasa”, „poziom”, to pojęcia całkowicie nieuchwytne – wpływ, jaki wywierają, nie podlega naukowej analizie. Nie są niczym realnym, ale mają wpływ na wszystko i dają moc. No widzicie, zupełnie jak magia.

Fragment ebooka Wśród obcych - Jo Walton





















JO WALTON

WŚRÓD
OBCYCH


Tytuł oryginału: Among Others

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Sławomira Gibka

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Słama, Jadwiga Piller

Copyright © 2010 by Jo Walton

All rights reserved.

For the cover illustration © Krzysztof Krawiec

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Marek S. Nowowiejski

© for the Polish translation by Izabela Miksza

ISBN 978-83-7758-521-4

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


Dla wszystkich bibliotek świata i bibliotekarzy,
którzy w nich siedzą dzień po dniu,
wypożyczając ludziom książki.


Er’ perrehnne!

Ursula K. Le Guin: Jesteśmy snem

Jaką radę dałbyś swojemu młodszemu wcieleniu
i w którym roku życia?

Na pewno w przedziale między dziesiątym
a dwudziestym piątym rokiem życia.

Będzie lepiej. Naprawdę. Są ludzie, których polubisz
i którzy ciebie polubią.

Farah Mendlesohn, LiveJournal,

23 maja 2008


1 maja 1975

Fabryka brykietów antracytowych w Abercwmboi spowodowała śmierć wszystkich drzew w promieniu ponad trzech kilometrów. Sprawdziłyśmy odległość licznikiem samochodowym. Budowla wyglądała tak, jakby wyłoniła się z czeluści piekielnych, czarna i najeżona kominami buchającymi płomieniem. Odbijała się w ciemnym jeziorku, które zabiłoby każde zwierzę, jeśli spróbowałoby z niego pić. Bił stamtąd nieopisany smród. Kiedy musiałyśmy przejechać obok, zawsze podkręcałyśmy szyby w samochodzie tak szczelnie, jak tylko się dało, i starałyśmy się wstrzymać oddech. Co prawda Dziadek twierdził, że nikomu nie uda się wstrzymywać oddechu na tak długo, i miał rację. W tym smrodzie dawało się wyczuć siarkę, która, jak wiadomo, jest pierwiastkiem piekielnym, a oprócz tego inne, gorsze substancje – rozpalony metal i zgniłe jaja.

Moja siostra i ja nazywałyśmy to miejsce Mordorem. Nigdy wcześniej nie byłyśmy tu same. Miałyśmy już po dziesięć lat, ale gdy tylko wysiadłyśmy z autobusu i rozejrzałyśmy się trochę, wzięłyśmy się za ręce, żeby dodać sobie otuchy.

Zapadał mrok. Fabryka majaczyła na tle nieba, czarniejsza i bardziej złowroga niż zwykle. Z sześciu kominów buchały płomienie, cztery pozostałe pluły jadowitym dymem.

– Z całą pewnością to twór Nieprzyjaciela – mruknęłam.

Mor nie podjęła zabawy.

– Naprawdę myślisz, że to zadziała?

– Wróżki były o tym przekonane – powiedziałam, starając się, by brzmiało to wiarygodnie.

– Wiem, ale czasami zastanawiam się, ile one rozumieją z prawdziwego świata.

– Ich świat też jest prawdziwy – zaprotestowałam – tylko inaczej. Jest zbudowany w inny sposób. Inaczej funkcjonuje.

– Fakt. – Wpatrywała się w budynek fabryki, który w miarę jak się zbliżałyśmy, rósł i stawał się coraz bardziej przerażający. – Nie wiem tylko, w jakim stopniu pojmują one zasady i prawa naszego codziennego świata. A ta ohyda definitywnie do niego należy. Drzewa są martwe. W promieniu wielu kilometrów nie ma ani jednej wróżki.

– Po to tu jesteśmy – odparłam.

Podeszłyśmy do ogrodzenia zrobionego z drutu – trzy poziome pasma, najwyższe najeżone kolcami. Wisiała na nim tabliczka z napisem: NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY. UWAGA NA STRÓŻUJĄCE PSY. Brama znajdowała się daleko, po drugiej stronie, stąd jej nie widziałyśmy.

– Naprawdę są tam psy? – zapytała Mor. Bała się psów, a one o tym wiedziały. Spokojne, grzeczne pieski, które podchodziły bawić się ze mną, przy niej jeżyły sierść na karku. Matka mówiła, że to dobry sposób, aby nas od siebie odróżnić. Owszem, można było, ale brzmiało to wyjątkowo paskudnie – cała matka! – i cokolwiek niepraktycznie.

– Nie ma – zapewniłam ją.

– Skąd wiesz?

– Gdybyśmy teraz zawróciły, po tym, jak zadałyśmy sobie tyle trudu i dotarłyśmy tak daleko, wszystko poszłoby na marne. A poza tym to cała wyprawa, nie można z niej rezygnować tylko z obawy przed psami. Nie wiem, co by na to powiedziały wróżki. Pomyśl, jakie trudności muszą pokonywać ludzie udający się na wyprawy. – Wiedziałam, że wcale nie jest przekonana. Wytężyłam wzrok, próbując coś wypatrzyć w gęstniejącym mroku. Mor zacisnęła mocniej palce na mojej dłoni. – Poza tym psy to zwierzęta. Nawet wyszkolone psy stróżujące próbowałyby pić wodę, a to by je zabiło. Gdyby rzeczywiście wypuszczali tu psy, na brzegu jeziorka leżałoby przynajmniej kilka psich zwłok, a nie widzę żadnych. Blefują.

Przeczołgałyśmy się pod drutami, po kolei unosząc je jedna dla drugiej. Nieruchome jeziorko wyglądało jak stary talerz z niepolerowanej cyny, płomienie buchające z kominów odbijały się w nim w postaci niewyraźnych smug. Budynek był oświetlony, pracowała nocna zmiana.

Nie było widać żadnych roślin, nawet martwych drzew. Pod stopami chrzęścił żwir, grudy żużlu groziły skręceniem kostki. Wydawało się, że prócz nas nie ma tu niczego ani nikogo żywego. Światło padające z okien domów stojących na najbliższym wzgórzu wydawało się absurdalnie dalekie. Nasza szkolna koleżanka tam mieszkała. Raz poszłyśmy do niej na imprezę i smród czuło się nawet w domu. Jej ojciec pracował w fabryce. Zastanawiałam się, czy teraz jest w środku.

Zatrzymałyśmy się na brzegu jeziorka. Było kompletnie nieruchome, tafla wody bez najmniejszej zmarszczki. Wygrzebałam z kieszeni magiczny kwiat.

– Masz swój?

– Jest trochę pognieciony – stwierdziła, wyciągając go.

Przyjrzałam się obu. Mój też był trochę wymięty. To, co robiłyśmy tutaj – stojąc pośrodku jałowego pustkowia, nad martwym jeziorkiem, trzymając wymięte kwiatki kurzyśladu, które zdaniem wróżek miały zlikwidować fabrykę – wydawało się nieprawdopodobnie dziecinne i głupie.

Nie wiedziałam, co dalej mówić.

– No dobra, un, dai, tri! – powiedziałam w końcu. Na „trzy” rzuciłyśmy kwiatki do jeziorka, gdzie zatonęły bez śladu. Nic poza tym się nie wydarzyło. W oddali zaszczekał pies, Mor odwróciła się i pobiegła. Popędziłam za nią.

– Nic się nie stało – wysapała, gdy już byłyśmy na drodze. Powrót zajął nam mniej więcej jedną czwartą czasu, którego potrzebowałyśmy na dotarcie do jeziorka.

– A czego się spodziewałaś? – spytałam.

– Że fabryka zapadnie się i zmieni w nawiedzone ruiny – odparła, jakby to było oczywiste. – No dobrze, albo że pojawią się huornowie.

Nie pomyślałam o huornach i zrobiło mi się ich bardzo żal.

– Wyobrażałam sobie, że kwiatki się rozpuszczą, a na wodzie powstaną kręgi, że fabryka się rozpadnie, drzewa i bluszcz zakryją ruiny na naszych oczach, że jeziorko wypełni prawdziwa woda, nadleci ptak, by się napić. A potem pojawią się wróżki, podziękują nam i zabiorą nas do pałacu. Ale nic takiego się nie stało. – Westchnęła. – Jutro będziemy musiały im powiedzieć, że się nie udało. Chodź. Idziemy pieszo czy czekamy na autobus?

A jednak się udało. Rano nagłówki w „Aberdare Leader” głosiły: FABRYKA BRYKIETÓW ANTRACYTOWYCH ZAMKNIĘTA. TYSIĄCE MIEJSC PRACY ZLIKWIDOWANYCH.

Opowiadam o tym na początek, bo to zwięzła i krótka historia, która przynajmniej ma jakiś sens, podczas gdy reszta nie jest taka prosta.

Uznajcie to, co piszę, za pamiętnik. Coś w rodzaju dzienników, które później, ku ogólnemu zaskoczeniu, okazują się czystą fantazją, bo pisarz kłamał i naprawdę jest zupełnie innej płci, koloru skóry, pochodzi z klasy społecznej i jest innego wyznania, niż kazał czytelnikom wierzyć. Ja mam odwrotny problem. Muszę się bardzo starać, żeby nie uprawdopodabniać tego, co opisuję. Fikcja jest super. Pozwala wybierać i upraszczać. To nie jest fajna ani łatwa historia. Opowiada o wróżkach, więc możecie uznać ją za bajkę. I tak przecież w nią nie uwierzycie.

ZAPISKI BARDZO OSOBISTE.

TO NIE JEST SŁOWNICZEK!

Et haec, olim, meminisse iuvabit!

Wirgiliusz, Eneida


Środa, 5 września 1979

– Jakież to dla ciebie dobre – mówili – że zamieszkasz na wsi. W końcu pochodzisz z przemysłowej okolicy. Szkoła jest na wsi, są tam krowy, trawa i zdrowe powietrze.

Chcą się mnie pozbyć. Najlepszy sposób to wysłać mnie do szkoły z internatem, wtedy będą mogli udawać, że w ogóle nie istniałam. Nigdy nie patrzyli wprost na mnie, tylko gdzieś nade mną, albo zerkali na mnie spod półprzymkniętych powiek. Nie należałam do krewnych, jakich chciałoby się mieć, gdyby można było wybierać. On być może na mnie patrzył, nie wiem. Ja nie potrafiłam spojrzeć na niego wprost, cały czas rzucałam mu szybkie spojrzenia z ukosa, starając się zobaczyć, jaką ma brodę, jaki kolor włosów. Czy jest do mnie podobny? Nie umiałam tego ocenić.

Było ich trzy, jego trzy starsze siostry. Widziałam fotografię, na której były znacznie młodsze, ale twarze miały jedna w drugą dokładnie takie same. Były ubrane w suknie druhen, a ciocia Teg wyróżniała się brązową opalenizną. Na zdjęciu zobaczyłam też moją matkę, w okropnej, różowej, ślubnej sukience – różowej, bo to działo się w grudniu, a my urodziłyśmy się w czerwcu następnego roku, więc nie wypadało wkładać białej sukni. Jego na tej fotografii nie było. Matka oderwała czy odcięła jego podobiznę ze wszystkich ślubnych zdjęć, a kawałki spaliła. Zrobiła to, kiedy uciekł. Nigdy nie widziałam żadnej jego fotografii, ani jednej. W Janka z Latarniowego Wzgórza Lucy Maud Montgomery dziewczynka, której rodzice się rozwiedli, podświadomie rozpoznała ojca na zdjęciu w gazecie. Kiedy o tym przeczytałyśmy, przejrzałyśmy trochę zdjęć, ale żadne z nich nie zrobiło na nas wrażenia. Prawdę mówiąc, przez większość czasu wcale o nim nie myślałyśmy.

Nawet kiedy już znalazłam się w jego domu, poczułam coś w rodzaju zaskoczenia, że on istnieje. On i jego trzy apodyktyczne przyrodnie siostry. Poprosiły, żebym nazywała je ciotkami. „Nie ciociami, to takie pospolite”, stwierdziły. Więc zwracałam się do nich „ciotko”. Nazywały się Anthea, Dorothy i Frederica. Wiedziałam to, jak wiele innych rzeczy; z pewnością niektóre imiona były zmyślone. Nie mogę tak po prostu, bez sprawdzenia wierzyć we wszystko, co opowiadała mi matka. Co prawda niektórych informacji nie da się sprawdzić w książkach. Zresztą co z tego, że znałam imiona, skoro i tak nie umiałam ich rozróżnić, więc nie mówiłam „ciotko Antheo” czy „ciotko Frederico”, tylko po prostu „ciotko”. One nazywały mnie Morwenną, bardzo oficjalnie.

– Arlinghurst to jedna z najlepszych w kraju szkół dla dziewcząt – stwierdziła jedna z nich.

– Wszystkie tam uczęszczałyśmy – dodała druga.

– Doskonale się tam bawiłyśmy – dokończyła trzecia. Najwyraźniej tak już miały.

Stałam sobie zwyczajnie przed wygasłym kominkiem i patrzyłam na nie spod grzywki, oparta na lasce. Tego też reszta rodziny nie chciała widzieć. Kiedy po raz pierwszy wysiadłam z samochodu, na twarzy jednej z ciotek zobaczyłam litość, której nie znoszę. Miałam ochotę usiąść, ale nie zamierzałam pytać, czy mogę. Potrafię stać znacznie dłużej. Wiedziałam, że mój stan będzie się poprawiać, niezależnie od tego, co mówili lekarze. Czasami chciało mi się biegać tak bardzo, że aż bolało mnie całe ciało, bardziej niż kontuzjowana noga.

Żeby o tym nie myśleć, odwróciłam się i przyjrzałam kominkowi. Był z marmuru, niezwykle ozdobny, w palenisku czekał stosik gałęzi brzozy nadrzecznej. Wszędzie było czysto, ale niezbyt przytulnie.

– Zaopatrzymy cię w mundurek i wszystko inne jeszcze dziś, w Shrewsbury, a do szkoły pojedziesz jutro – oznajmiły ciotki.

Jutro. A więc chciały się mnie pozbyć jak najszybciej. Miałam paskudną walijską wymowę, kulałam i w ogóle moja obecność bardzo im przeszkadzała. Ja też nie chciałam tam mieszkać. Problem polegał na tym, że nie miałam wyboru. Nie można decydować o sobie, dopóki nie skończy się szesnastu lat, dowiedziałam się tego jeszcze w domu. No i on był moim ojcem, nawet jeśli nigdy wcześniej go nie widziałam. W pewnym sensie te kobiety naprawdę były moimi ciotkami. Czułam się bardziej osamotniona i oddalona od domu niż kiedykolwiek wcześniej. Tęskniłam za prawdziwą rodziną, która mnie zawiodła.

Resztę dnia spędziłam na zakupach w towarzystwie ciotek nierozłączek, ale wciąż bez niego. Nie mogłam się zdecydować, czy mnie to cieszy, czy wprost przeciwnie. Mundurki Arlinghurst kupowało się w określonych sklepach, w liceum było tak samo. Byłyśmy takie dumne, kiedy skończyłyśmy jedenaście lat. Sama śmietanka Dolin Południowej Walii, tak o nas mówiono. A teraz zmuszano mnie do chodzenia do ekskluzywnej szkoły z internatem o dziwnych wymaganiach. Jedna z ciotek miała listę zakupów. Nie liczyły się z kosztami. Nikt nigdy nie wydał na mnie tyle pieniędzy. Szkoda tylko, że wszystko było takie paskudne. Nie brakowało kompletów do uprawiania rozmaitych sportów. Jak miałabym ich używać? W najbliższym czasie nie będą mi potrzebne, może nawet nigdy. Starałam się unikać takich myśli. Całe dzieciństwo wypełniało nam bieganie. Byłyśmy najlepsze w wyścigach. Zresztą w większości szkolnych zawodów ścigałyśmy się głównie ze sobą, resztę zawodniczek pozostawiając daleko w tyle. Dziadek lubił mawiać, że kiedyś pojedziemy na olimpiadę. I zawsze dodawał, że jeszcze nigdy w żadnej olimpiadzie nie brały udziału bliźniaczki.

Podczas kupowania obuwia pojawił się problem. Buty do hokeja, do biegania i tenisówki do gimnastyki pozwoliłam ciotkom kupić, bo mogłam ich po prostu nie używać. Jednak przy codziennych pantoflach do mundurka musiałam je powstrzymać.

– Muszę mieć specjalne obuwie – powiedziałam, nie patrząc na nie. – Z grubszą podeszwą. Trzeba je zamówić u ortopedy. Nie można go tak po prostu kupić.

Sprzedawczyni potwierdziła, że nie ma takich pantofli w sklepie ze szkolnymi akcesoriami. Pokazała szkolny bucik. Był brzydki i niewiele różnił się od moich niezgrabnych butów.

– Nie mogłabyś chodzić w takich? – spytała jedna z ciotek.

Wzięłam but i przyjrzałam mu się.

– Nie – stwierdziłam, obróciwszy go w dłoniach. – Proszę popatrzeć, ma obcas.

To był argument nie do odparcia, chociaż w szkole zapewne uważano, że jest to najniższy możliwy obcas, jaki może zaakceptować każda nastolatka bez utraty szacunku dla samej siebie.

Nie miały zamiaru upokarzać mnie, kiedy tak gdakały nad butami, nade mną i grubą podeszwą z koturnem mojego buta. Powtarzałam to sobie, stojąc bez ruchu, z wymuszonym półuśmiechem. Miały ochotę zapytać, co jest nie tak z moją nogą, ale się nie ośmieliły. Pocieszyło mnie to trochę. A ciotki stwierdziły, że szkoła będzie musiała wykazać wiele zrozumienia.

– W końcu nie noszę czerwonych odświętnych bucików – stwierdziłam.

To był błąd, bo wtedy wszystkie cztery wlepiły wzrok w moje obuwie. Buciki dla kaleki. Miałam do wyboru tylko jeden fason damskich butów ortopedycznych i dwa kolory: brąz albo czerń. Wybrałam czarne. Laskę mam drewnianą. Należała wcześniej do Dziadka, który wciąż żył, był w szpitalu i starał się wyzdrowieć. Gdyby mu się polepszyło, może mogłabym wrócić do domu. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, było to mało prawdopodobne, ale nie traciłam nadziei. Do zamka błyskawicznego przy kardiganie doczepiłam kiedyś drewniany nieokorowany breloczek do kluczy, pochodzący z Pembrokeshire. To był mój talizman. Dotknęłam go, żeby poczuć kontakt z drewnem, i wtedy zobaczyłam, jak na mnie patrzą. Wiedziałam, co widzą – małą, śmieszną, kaleką nastolatkę, trzymającą w palcach kawałek drewna. A powinny były zobaczyć dwie promienne, pewne siebie dziewczyny.

– Jesteście bardzo angielskie – stwierdziłam.

Uśmiechnęły się. Tam, skąd pochodzę, Saes to najstraszliwsza obelga, sygnał do walki. Znaczy „Anglik”. A teraz byłam w Anglii.

Obiad jadłyśmy przy stole, który byłby trochę za mały, gdyby posadzić przy nim szesnaścioro ludzi. Dla mnie przygotowano piąte nakrycie. Wszystko było dopasowane, w jednakowym stylu – podkładki pod nakrycia, serwety, talerze. Zupełnie inaczej niż w domu. Jedzenie, jak się spodziewałam, było okropne: twarde jak skóra mięso, wodniste ziemniaki i jakieś zielone warzywo w kształcie włóczni, które smakowało jak trawa. Przez całe życie słyszałam od różnych ludzi, że angielskie jedzenie jest wstrętne. To w pewien sposób pocieszające, że mieli rację. Opowiadali też o szkołach z internatem, do których chodzili. Wiem o nich wszystko. Nie na darmo czytałam Greyfriars[1], trylogię Malory Towers Enid Blyton i wszystkie powieści Angeli Brazil.

Po kolacji on zaprosił mnie do swojego gabinetu. Ciotki nie wyglądały na uszczęśliwione, ale nic nie mówiły. Gabinet mnie zaskoczył, bo okazał się pełen książek. Sądząc po wystroju reszty domu, spodziewałabym się eleganckich, starych, oprawnych w skórę wydań Dickensa, Trollope’a i Hardy’ego (Dziadek uwielbiał Hardy’ego), tymczasem półki były tak zapchane kieszonkowymi wydaniami, że palca nie wciśniesz, w większości literatury science fiction. Po raz pierwszy w tym domu i po raz pierwszy w jego obecności udało mi się odprężyć, bo skoro miał tu książki, nie mogło być aż tak źle. W pokoju były również inne rzeczy: krzesła, kominek, stolik z napojami, gramofon, ale nie zwracając na nie uwagi, niezgrabnie i jak najszybciej ruszyłam do półek z science fiction.

Było tam sporo powieści Poula Andersona, których nie czytałam. Na kieszonkowych wydaniach autorów na literę A leżało W pogoni za smokiem Anne McCaffrey, wyglądało to na ciąg dalszy W poszukiwaniu Weyr, które czytałam w antologii[2]. Na niższej półce stała powieść Johna Brunnera, której nie znałam. Lepiej – dwie, nie, trzy powieści Johna Brunnera, których nie znałam. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu.

Całe lato spędziłam praktycznie bez książek, mając tylko te, które zabrałam, uciekając od matki – trzytomowe kieszonkowe wydanie Władcy Pierścieni, oczywiście drugi tom Wszystkich stron świata Ursuli K. Le Guin, który uważam za najlepszy autorski zbiór wszech czasów, i Johna Boyda Ostatni statek z planety Ziemia, w którego połowie wtedy byłam i którego nie miałam później ochoty czytać po raz drugi. Czytałam, chociaż nie zabrałam, Judith Kerr When Hitler Stole Pink Rabbit, i porównanie z dzieckiem, które podczas ucieczki z Trzeciej Rzeszy zamiast ukochanego Różowego Królika wzięło ze sobą nowszą zabawkę, sprawiało, że czułam się niezręcznie za każdym razem, gdy patrzyłam na książkę Boyda.

– Czy mogłabym… – zaczęłam.

– Możesz pożyczać wszystkie książki, jakie chcesz, tylko dbaj o nie i odnieś z powrotem – powiedział.

Chwyciłam Andersona, McCaffrey, Brunnera.

– Co wzięłaś? – spytał.

Odwróciłam się i pokazałam. Oboje patrzyliśmy na książki, a nie na siebie.

– Czytałaś poprzednie? – zapytał, dotykając McCaffrey.

– Z biblioteki – odparłam.

Przeczytałam całą kolekcję science fiction i fantasy biblioteki w Aberdare, począwszy od Ensign Flandry Andersona do Stworów światła i ciemności Rogera Zelaznego – trochę dziwnych jako ostatnia pozycja w kolekcji, przy czym nie byłam wcale pewna, czy mi się podobały.

– A Delany’ego znasz? – spytał.

Nalał sobie whisky i upił łyk. Pachniała dziwacznie, nieprzyjemnie.

Pokręciłam głową. Wręczył mi „dubelta” wydawnictwa Ace, którego jedną część stanowiła Gwiazda Imperium Samuela R. Delany’ego. Odwróciłam ją, żeby spojrzeć na drugą powieść, ale cmoknął niecierpliwie, więc podniosłam na niego wzrok.

– Druga to śmieć – stwierdził lekceważąco. Zgasił papierosa, zbyt mocno wciskając go w popielniczkę. – A Vonnegut?

Przeczytałam wszystko, co wydał Kurt Vonnegut. Niektóre rzeczy czytałam na stojąco w księgarni Learsa w Cardiff. Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater to bardzo dziwna książka, ale Kocia kołyska to jedna z najlepszych powieści, jakie w życiu czytałam.

– O tak – powiedziałam.

– Które czytałaś?

– Wszystkie – stwierdziłam z przekonaniem.

Kocia kołyska?

Śniadanie mistrzów, Witajcie w małpiarni… – wyliczałam.

Uśmiechał się. Wyglądał na zadowolonego. Czytanie było mi pociechą i nałogiem, ale nikogo wcześniej to nie cieszyło.

– A Syreny z Tytana? – spytał, kiedy skończyłam wyliczać.

Pokręciłam głową.

– Nigdy o nich nie słyszałam!

Odstawił szklankę, schylił się i sięgnął po nie, nawet nie patrząc na półkę. Dodałam kolejną pozycję do swojej sterty.

– A Zenna Henderson?

Pilgrimage[3] – westchnęłam.

Książka ta silnie do mnie przemawiała. Uwielbiałam ją. Nikt ze znajomych jej nie czytał. Nie pożyczałam jej z biblioteki. Matka miała amerykańskie wydanie, z przeceny, z okrągłą dziurką w rogu okładki. Chyba nie było brytyjskiego wydania. W katalogu biblioteki Zenna Henderson nie figurowała. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że on jest naprawdę moim ojcem. Znał moją matkę dawno temu. Nawet ją poślubił. Miał ciąg dalszy Pilgrimage i jeszcze dwa zbiory opowiadań Henderson. Wzięłam je niepewnie. Nie mogłam już utrzymać sterty książek w jednej ręce. Włożyłam je do torby, którą miałam jak zwykle na ramieniu.

– Chyba teraz pójdę do łóżka i sobie poczytam – powiedziałam.

Uśmiechnął się. Miał miły uśmiech, niepodobny do naszego. Przez całe życie mówiono mi, że jesteśmy do niego podobne, ale nie potrafiłam tego dostrzec. Powinnam odczuć coś w rodzaju pokrewieństwa dusz. Nie przypominałyśmy nikogo z rodziny, lecz poza kolorem oczu i włosów podobieństwa do niego też nie widziałam. Ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Miałam książki, nowe, nieczytane. Jeśli tylko miałam dostęp do książek, mogłam znieść wszystko.


Czwartek, 6 września 1979

Ojciec odwiózł mnie do szkoły. Na tylnym siedzeniu leżała elegancka walizka, której wcześniej nie widziałam, a jedna z ciotek zapewniła mnie, że w środku jest kompletny mundurek, porządnie złożony. Stała tam też skórzana torba, w której podobno znajdowała się reszta szkolnego wyposażenia. Torba i walizka były gładkie, nieporysowane, prawdopodobnie zupełnie nowe. Musiały kosztować majątek. W mojej własnej torbie było wszystko to, co zabrałam ze sobą, uciekając, plus pożyczone książki. Ściskałam ją kurczowo i nie pozwoliłam sobie odebrać i położyć razem z resztą bagażu. Kręciłam tylko głową, bo język zesztywniał mi w ustach. Zabawne, jak trudne było okazywanie przy tych ludziach emocji, a tym bardziej płacz. Nie byli moją rodziną. Nie byli nawet podobni do mojej rodziny. Brzmiało to jak pierwsza linijka wiersza i aż mnie swędziało, żeby zapisać ją w notesie. Niezgrabnie wsunęłam się do samochodu. Bolało. Na szczęście było tam dość miejsca, żebym mogła wyprostować nogę. Przednie siedzenia są wygodniejsze, zauważyłam to już wcześniej.

Zdołałam nie tylko pożegnać się, ale i podziękować. Ciotki po kolei całowały mnie w policzek.

Ojciec nie patrzył na mnie, prowadząc samochód, dzięki czemu mogłam przyglądać mu się z ukosa. Palił, odpalając kolejnego papierosa od poprzedniego, zupełnie jak matka. Odkręciłam szybę w oknie, żeby mieć trochę powietrza. Nadal nie uważałam, żeby był choć w najmniejszym stopniu podobny do nas. I nie chodziło wcale o brodę. Co też powiedziałaby o nim Mor? I schowałam tę myśl jak najgłębiej.

– Zapisałem cię pod nazwiskiem Markova – odezwał się po chwili.

To jego nazwisko. Daniel Markova. Zawsze o tym wiedziałam. W mojej metryce urodzenia też widnieje. Był mężem mojej matki, więc to też jej nazwisko. Ale nigdy go nie używałam. Nazywałam się Phelps, i pod takim nazwiskiem chodziłam do szkoły. Znaczyło coś, przynajmniej w Aberdare – tak nazywali się moi dziadkowie i reszta rodziny. Pani Markova to była ta wariatka, moja mama. W Arlinghurst było to obce nazwisko.

– Morwenna Markova brzmi trochę jak pseudonim – stwierdziłam po trochę zbyt długiej przerwie.

Roześmiał się.

– Kiedy się urodziłyście, powiedziałem to samo. Morwenna i Morganna.

– Mówiła, że to ty wybrałeś nam imiona – powiedziałam cicho.

Wbiłam wzrok w przesuwający się za otwartym oknem patchwork pól obsadzonych rozmaitymi roślinami. Niektóre kwadraty były ścierniskami, inne świeżo zaorano.

– Chyba tak – przyznał. – Miała długie spisy i kazała mi wybierać. Wszystkie imiona były długie i bardzo walijskie. Dla mnie w połączeniu z nazwiskiem brzmiały po prostu sztucznie, ale ona stwierdziła, że ludzie będą je skracali. Robią tak?

– Owszem – powiedziałam, wciąż wyglądając przez okno. – Mo albo Mor. Albo Mori.

Kiedy zostanę sławną poetką, będę używała nazwiska Mori Phelps. Tak podpisuję swoje książki: Ex libris Mori Phelps. Co Mori Phelps miała wspólnego z Morwenną Markova i co czekało ją w nowej szkole? Kiedyś będę się z tego śmiała, pomyślałam. Będziemy się z tego śmiali, ja i ludzie tak mądrzy i wyrafinowani, że teraz nie potrafiłam sobie ich jeszcze w pełni wyobrazić.

– A twoją siostrę nazywali Mog? – spytał.

Wcześniej nie pytał mnie o nią. Pokręciłam głową, po czym uświadomiłam sobie, że przecież prowadzi i na mnie nie patrzy.

– Nie – powiedziałam. – Mo albo Mor, tak mówili na nas obie.

– No to jak was rozróżniali?

Zapalił następnego papierosa.

– Nie potrafili. – Uśmiechnęłam się do siebie.

– Nie masz nic przeciwko temu, że w szkole będziesz się nazywała Markova?

– Nie przeszkadza mi to. Zresztą ty płacisz za szkołę – wypaliłam.

Odwrócił głowę w moją stronę i przez chwilę na mnie patrzył. Potem znów przeniósł wzrok na drogę.

– Moje siostry za nią płacą – stwierdził. – Ja nie mam żadnych pieniędzy poza tymi, które mi wypłacają. Wiesz o mojej sytuacji rodzinnej?

A co niby miałam wiedzieć? Nic nie wiedziałam poza tym, że jest Anglikiem, co było przyczyną moich niezliczonych przepychanek na placu zabaw, że poślubił moją matkę, kiedy miał dziewiętnaście lat, a dwa lata później uciekł, gdy ona akurat rodziła w szpitalu kolejne dziecko, które zresztą umarło.

– Nie – odpowiedziałam.

– Moja matka była żoną faceta o nazwisku Charles Bartleby. Był bardzo zamożny. Mieli trzy córki. Potem wybuchła wojna. Wyjechał do Francji w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku, został schwytany i umieszczony w obozie jenieckim. Matka zostawiła trzy małe córeczki z babcią Bartleby, w Old Hall, w domu, z którego właśnie teraz wyjechaliśmy. Zaczęła pracować w kantynie RAF-u, żeby chociaż w ten sposób brać udział w działaniach wojennych. Tam poznała polskiego lotnika, Samuela Markova. Był Żydem. Zakochała się w nim. Urodziłem się w marcu czterdziestego czwartego roku. We wrześniu tego samego roku Bartleby został uwolniony z obozu i wrócił do Anglii, gdzie on i matka wzięli rozwód. Poślubiła mojego ojca, który właśnie dowiedział się, że cała jego rodzina w Polsce zginęła.

Czy miał tam też żonę i dzieci? Byłam pewna, że tak. Polski Żyd! Jestem więc częściowo Polką. Częściowo Żydówką? Niewiele wiedziałam o judaizmie, tyle co z Kantyczki dla Leibowitza i Umierając żyjemy Silverberga. No i chyba jeszcze z Biblii.

– Matka miała trochę własnych pieniędzy, ale raczej niezbyt dużo. Ojciec po wojnie opuścił RAF i pracował w fabryce w Ironbridge. Bartleby zostawił pieniądze i dom moim siostrom. Kiedy miałem trzynaście lat, matka zginęła w wypadku. Siostry, które już wtedy były dorosłe, pojawiły się na jej pogrzebie. Anthea zaproponowała, że opłaci mi szkołę. Ojciec przyjął jej propozycję. Od tamtego czasu siostry dofinansowują mnie. Jak wiesz, ożeniłem się, będąc na uniwersytecie.

– Co się stało z Bartlebym? – spytałam. Nie mógł być wiele starszy od Dziadka.

– Zastrzelił się, kiedy dziewczęta skończyły dwadzieścia jeden lat – oznajmił tonem, który wykluczał dalsze pytania.

– Czym się zajmujesz?

– Siostry trzymają kasę, ale ja zarządzam majątkiem – wyjaśnił. Wrzucił niedopałek do przepełnionej popielniczki. – Wypłacają mi pensję, a ja mieszkam w ich domu. To bardzo wiktoriańskie.

– Mieszkasz tu, odkąd uciekłeś od nas?

– Tak.

– Ale one powiedziały, że nie wiedzą, gdzie jesteś. Mój dziadek przyjechał tu i z nimi rozmawiał. – Byłam oburzona.

– Kłamały. – Nie patrzył na mnie. – Masz mi za złe, że uciekłem?

– Ja też od niej uciekłam – stwierdziłam, co nie było odpowiedzią na jego pytanie, ale najwyraźniej wystarczyło.

– Wiedziałem, że dziadkowie się wami zajmą – powiedział.

– Owszem. O to nie musiałeś się martwić.

– Aha.

Uświadomiłam sobie, że już sama moja obecność w jego samochodzie stanowi jedno wielkie oskarżenie. Po pierwsze, porzucił bliźniaczki, a byłam teraz tylko ja. Po drugie, byłam kaleką. Po trzecie, sama moja obecność: uciekłam z domu. Musiałam poprosić go o pomoc, a co gorsza, żeby to zrobić, byłam zmuszona zwrócić się do opieki społecznej. Najwyraźniej nie zabezpieczył nas dostatecznie. Moja obecność jawnie dowodziła, że kiepski z niego rodzic – co było oczywiste. Niezależnie od tego, jaka była nasza matka, porzucenie małych dzieci jest czynem niedopuszczalnym. W zasadzie, ujmując rzecz obiektywnie, porzucenie małych dzieci i zostawienie ich na łasce naszej matki było czynem szczególnie nieodpowiedzialnym. Ja też od niej uciekłam…

– Nie chciałabym dorastać w innych warunkach – wyznałam. Dziadkowie. Doliny. Dom. – Naprawdę. Było cudownie. Nie mogłam mieć lepszego dzieciństwa.

– Niedługo zabiorę cię do mojego ojca, może na koniec semestru – obiecał.

Włączył kierunkowskaz i skręciliśmy między dwa usychające wiązy, na żwirowany podjazd. Arlinghurst. Byliśmy na miejscu.

Pierwsze, co mi się przydarzyło w szkole, to spór o chemię.

Budynek był duży, proporcjonalny, okazały i bardzo wiktoriański. Pachniał – jak to szkoła – kredą, gotowaną kapustą, środkiem dezynfekcyjnym i potem. Dyrektorka zachowywała dystans i prezentowała doskonałe maniery. Nie pozwoliła ojcu palić, co wprawiło go w zły humor. Fotele w jej gabinecie były za niskie, trudno mi było wstać. Wszystko to nie miałoby znaczenia, gdyby nie plan zajęć, który mi wręczyła. Po pierwsze, przewidywał codziennie trzy godziny wychowania fizycznego. Po drugie, plastyka i religia miały być obowiązkowe. Po trzecie, mogłam wybrać albo chemię, albo francuski i albo łacinę, albo biologię. Pozostałe przedmioty do wyboru nie stwarzały trudności – fizyka albo ekonomia, historia albo muzyka.

Robert Heinlein we Wkładaj kombinezon i w drogę napisał, że jedyne, co warto studiować, to historia, języki i nauki ścisłe. Właściwie dodał jeszcze matematykę, ale szczerze mówiąc, matematyczna część mojego mózgu niezbyt się rozwinęła. Wszystko co matematyczne dostało się Mor. Chociaż tak naprawdę było z nami podobnie: albo rozumiałyśmy coś od razu, albo trzeba było świdra, żeby zrobić dziurkę i wlać nam naukę do głowy. „Jak możesz rozumieć algebrę Boole’a, skoro wciąż masz problemy z dzieleniem pisemnym?” – pytała z rozpaczą matematyczka. Tyle że diagramy Venna są łatwe, a dzielenie pisemne bywa skomplikowane. Najtrudniejsze są zadania, w których ludzie wykonują niezrozumiałe czynności bez żadnej motywacji. Zdarzało mi się nie dotrzeć do wyniku końcowego, bo zastanawiałam się, po co komu wiedzieć, o której godzinie miną się dwa pociągi (ważne dla szpiegów?), dlaczego ktoś chce siedzieć obok kogoś, a nie obok kogoś innego (niedawno rozwiedzeni?), czy też – co do tej pory pozostaje dla mnie zupełnie niezrozumiałe – dlaczego ktoś miałby napuszczać wody do wanny bez uprzedniego zatkania ujścia korkiem.

Historia, języki oraz nauki ścisłe i przyrodnicze nie sprawiały mi takich trudności. Jeśli trzeba przy nich wykonywać jakieś obliczenia, zawsze ma to określony sens, a poza tym wolno używać kalkulatora.

– Chcę mieć i łacinę, i biologię oraz i francuski, i chemię – oznajmiłam, podnosząc wzrok znad planu zajęć. – Za to nie jest mi potrzebna plastyka ani religia, łatwo to zorganizować inaczej.

Dyrektorka o mało nie dostała zawału, najwyraźniej układ zajęć był tu rzeczą świętą czy coś w tym rodzaju, nie słuchałam aż tak uważnie.

– W tej szkole uczy się ponad pięćset dziewcząt, chcesz, żebym wprowadziła zamęt po to, żeby dostosować się do ciebie?

Ojciec, który niewątpliwie też czytał Heinleina, poparł mnie. W każdych okolicznościach wolę poglądy Heinleina niż dyrektorki. Ostatecznie stanęło na kompromisie – zrezygnowałam z biologii, jeśli mogłam mieć trzy pozostałe przedmioty, co dało się zorganizować przy niewielkich przesunięciach. Miałam uczyć się chemii z inną klasą, ale to mi nie przeszkadzało. I tak czułam się zwyciężczynią. Zgodziłam się, żeby pokazano mi sypialnię i poznano z wychowawczynią i „nowymi przyjaciółkami”.

Ojciec pocałował mnie na pożegnanie w policzek. Patrzyłam za nim przez drzwi frontowe i widziałam, że na dworze natychmiast zapalił papierosa.


Piątek, 7 września 1979

Okazało się, że „zamieszkanie na wsi” to był chyba jakiś żart.

W pewnym stopniu to prawda – Arlinghurst stoi pośrodku dużego terenu składającego się z boisk i trawników, a dookoła są same farmy. Nie ma tam ani centymetra kwadratowego ziemi, którego nie wykorzystywano w gospodarstwach. Wszędzie pasą się krowy, głupie i brzydkie stworzenia w czarno-białe łaty, niczym pluszowe i drewniane zabawki, a nie brązowo-czerwone jak prawdziwe krowy, które widywałyśmy na wakacjach. Łażą po polach aż do pory udoju, wtedy wędrują szeregiem na farmę. Tamtego popołudnia, kiedy pozwolono mi pospacerować po okolicy, uświadomiłam sobie, że te krowy są głupie. Wołowate. Znałam wcześniej to określenie, ale nie zdawałam sobie sprawy, co dosłownie znaczy.

Pochodzę z walijskich Dolin. Nie bez powodu tak nazywają się tamte okolice. To wąskie kotliny polodowcowe o stromych zboczach, na ich dnie nie ma zbyt wiele płaskiego terenu. Pełno ich w Walii. Typowa dolina to kościół i ileś farm, i nie więcej niż tysiąc mieszkańców. Tyle ludzi może się utrzymać. Nasza dolina, Cynon, nie różniła się od pozostałych. Ludzie mieszkali tam w wiktoriańskich domach budowanych tarasowo na zboczach, blisko siebie, jak owoce w winnym gronie. Między nimi było zaledwie tyle miejsca, żeby rozwiesić pranie. Wszyscy stłoczeni razem jak w dużym mieście, tylko że to nie miasto. Lecz poza terenem zabudowanym było zupełnie dziko. Ale i spomiędzy domów zawsze można było spojrzeć dalej i wyżej – i koić oczy zielenią.

„Wznoszę swe oczy ku wzgórzom: skądże nadejdzie mi pomoc?”. Ten psalm zawsze wydawał mi się w pełni zrozumiały. Wzgórza były piękne, pokryte zielenią, drzewami i owcami, zawsze obecne. Dzikie, ale w takim sensie, że każdy mógł po nich chodzić, kiedy tylko chciał. Nie należały do nikogo, nie tak jak te płaskie, poogradzane tereny rolnicze wokół szkoły. Wzgórza były wspólne. Nawet na dnie dolin rzeki, lasy i ruiny, w które zamieniały się opuszczone huty, w miarę jak porzucano tereny przemysłowe. Ruiny porastały roślinnością, wracały do natury, a następnie wprowadzały się tam wróżki. To, co spotkało fabrykę brykietów antracytowych, działo się też w innych dolinach. Tyle że trwało trochę dłużej, niż mogłybyśmy sobie wyobrazić.

Spędziłyśmy dzieciństwo na zabawach w ruinach, czasem tylko we dwie, a czasami z innymi dziećmi lub z wróżkami. Przez długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, co tu wcześniej było. Niedaleko domu cioci Florrie znajdowała się ruina dawnej huty żelaza, tam bawiłyśmy się najczęściej. W tej okolicy mieszkały inne dzieci, od czasu do czasu bawiłyśmy się z nimi w chowanego albo w berka. Nie wiedziałam wtedy, co to takiego huta żelaza. Gdyby ktoś zmusił mnie do zastanowienia się nad tym, pewnie doszłabym w końcu do wniosku, że jest to miejsce, gdzie wytapia się żelazo. Dla nas było to po prostu miejsce do zabawy, jesienią całkowicie zarośnięte wierzbówką i wierzbownicą.

Większość ruin, w których się bawiłyśmy, w lasach, nie miała nazw i mogła być wcześniej czymkolwiek. Umawiałyśmy się, że tu jest domek czarownicy, tam zamek olbrzyma, pałac wróżek, a czasem ostatnia reduta Hitlera albo mury Angbandu – ale tak naprawdę to były tylko rozsypujące się resztki przemysłowej zabudowy. Wróżki nie umiały stworzyć niczego realnego. Same nie mogły nic zrobić, dlatego potrzebowały nas. Nie wiedziałyśmy o tym. Nie wiedziałyśmy wielu rzeczy, a nie przychodziło nam do głowy, żeby zapytać. Sądzę, że zanim pojawili się ludzie, wróżki mieszkały w drzewach, nie miały prawdziwych domów. Farmerzy pewnie wystawiali dla nich mleko. Istoty zwane wróżkami nie były zbyt liczne.

Ludzie pojawili się w Dolinach na początku rewolucji przemysłowej. Pod wzgórzami znajdowały się pokłady węgla i rud żelaza, więc Doliny błyskawicznie się zaludniły. Masowej emigracji Walijczyków do Nowego Świata na taką skalę, jak Irlandczyków czy Szkotów, nie było nie dlatego, że nie musieli porzucać farm, ale dlatego, że mieli własną ziemię. A przynajmniej tak im się wydawało. Anglicy też się tam osiedlali. Język walijski zanikał. Był głównym językiem mojej babci, mojej matki już tylko drugim, a ja ledwie w nim dukam. Rodzina babci sprowadziła się z zachodniej Walii, z Carmarthenshire. Nadal mamy tam krewnych.

Moi przodkowie przybyli jak wszyscy, kiedy odkryto rudy żelaza i pokłady węgla. Zaczęto budować huty, linie kolejowe, domy dla robotników, potem więcej hut, więcej kopalń, więcej domów, aż doliny zapełniły się po brzegi. Osiedla były oddzielone od siebie wzgórzami, w których prawdopodobnie kryły się wróżki. Później rudy żelaza wyczerpały się lub też taniej było je eksploatować gdzie indziej, a chociaż nadal wydobywano węgiel, miejscowy przemysł stał się żałosnym cieniem boomu sprzed stu lat. Huty pozamykano, kopalnie rudy porzucono. Część ludzi wyjechała, ale większość została w miejscu, które było już ich domem. Kiedy się urodziłam, panowało permanentne bezrobocie. Wróżki po cichu znów zeszły do dolin i przejęły bezpańskie ruiny.

Dorastałyśmy swobodnie, bawiąc się w zrujnowanych zabudowaniach. Nie zdawałyśmy sobie sprawy z ich historii. Dla dzieci to miejsce było krainą cudów – porzucone przez dorosłych, zarośnięte i niezauważane. Kiedy dziecko już wymknęło się z domu, trafiało na zupełnie dzikie obszary. Zawsze można było wspiąć się na górę, gdzie ciągnęły się prawdziwe wiejskie tereny, gdzie leżały kamienie, rosły drzewa i pasły się owce o poszarzałej od pyłu węglowego wełnie i zdecydowanie odrażające. (Nie rozumiem, jak ludzie mogą rozczulać się nad owcami. Miałyśmy zwyczaj wołać do nich: „Miętowy sos!”, a one uciekały w popłochu. Ciocia Teg krzywiła się, kiedy się o tym dowiadywała, i zabraniała nam robienia głupstw, ale i tak byłyśmy niepoprawne. Zwierzaki schodziły w doliny, przewracały pojemniki na śmiecie i niszczyły ogródki. To dlatego trzeba było starannie zamykać furtki). Na dnie doliny rosły rzędy drzew i wszędzie, w miasteczkach, pod nimi i obok, natykałyśmy się na ruiny. Ale znałyśmy też inne krajobrazy. Jeździłyśmy na wakacje do Pembrokeshire, w góry Brecon Beacons, a także do Cardiff – prawdziwego miasta, ze sklepami. Jednak Doliny to był nasz dom, normalność, coś podstawowego i naturalnego.

Wróżki nigdy nie twierdziły, że ruiny są ich dziełem. Raczej o to nie pytałyśmy, ale gdybyśmy to zrobiły, śmiałyby się tylko w odpowiedzi, tak zresztą kwitowały większość naszych pytań. Istniały w sposób niewytłumaczalny, a w niektóre dni w równie niewytłumaczalny sposób nie istniały. Czasem rozmawiały z nami, a czasem uciekały przed nami. Podobnie było z innymi, znanymi nam dziećmi, mogłyśmy się bawić z nimi lub bez nich. Jedyną rzeczą, której tak naprawdę potrzebowałyśmy, była obecność tej drugiej i nieograniczona wyobraźnia.

Miejsca znane z dzieciństwa łączyły magiczne dróżki, z których dorośli prawie nie korzystali. Oni mieli drogi, a my te ścieżki, służące wyłącznie do chodzenia pieszo, dość szerokie, ale nie na tyle, żeby mógł nimi przejechać samochód. Czasem biegły równolegle do dróg, a czasem przecinały je, prowadząc znikąd donikąd, od elfiej ruiny do labiryntu Minosa. Nadawałyśmy im nazwy, ale jednocześnie wiedziałyśmy z całą pewnością, że prawdziwa nazwa brzmi dramroads. Nigdy nie zastanowiłam się nad tym wyrazem na tyle dokładnie, żeby się domyślić, że chodzi o tram road, tory kolejki elektrycznej. W walijskim zniekształca się spółgłoski na początku wyrazu. Tak naprawdę we wszystkich językach zachodzi takie zjawisko, ale na ogół przebiega w ciągu stuleci, podczas gdy w walijskim dzieje się to, zanim jeszcze wyraz przebrzmi. Tram, kolejka, staje się dram, to oczywiste. Kiedyś po naszych dramroads jeździła szynowa kolejka z wagonikami pełnymi rudy żelaza lub węgla. Teraz, opuszczone i zasłane liśćmi, nieużywane przez nikogo prócz dzieci i wróżek, dramroads niegdyś były torami kolejowymi.

Znałyśmy historię. Nawet jeśli brać pod uwagę tylko realny świat, wiedziałyśmy więcej niż większość ludzi. Uczono nas o jaskiniowcach, o Normanach i Tudorach, o Grekach i Rzymianach. Znałyśmy mnóstwo opowieści o przeżyciach ludzi z czasów drugiej wojny światowej. Wiedziałyśmy dużo o historii naszej rodziny. Tyle że to wszystko nie miało żadnego związku z otoczeniem. A to przecież otoczenie kształtowało nas, w miarę jak dorastałyśmy. Sądziłyśmy, że zamieszkujemy krainy rodem z książek fantasy, podczas gdy naprawdę żyłyśmy w światach science fiction. W swojej niewiedzy bawiłyśmy się w miejscach, które pozostawiły nam elfy i olbrzymy, brałyśmy w posiadanie tereny wróżek. Nazywałam dramroads nazwami z Władcy Pierścieni, kiedy powinnam rozpoznać je jako pochodzące z Poczwarek Wyndhama.

Zdumiewające, jak potężne rzeczy można przeoczyć.


Wtorek, 18 września 1979

Szkoła była okropna, dokładnie taka, jak się spodziewałam. Po pierwsze, co wiedziałam już ze wszystkich powieści dla młodzieży, jedną z najważniejszych rzeczy w szkołach z internatem było uczestniczenie w zajęciach sportowych, czemu nie mogłam sprostać. Po drugie, wszystkie dziewczęta oprócz mnie pochodziły z tego samego środowiska. Niemal wszystkie były Angielkami urodzonymi i mieszkającymi w tej samej okolicy, w której znajdowała się szkoła. Różniły się wzrostem i tuszą, ale większość mówiła tak samo. Moja wymowa, która w Dolinach klasyfikowała mnie jako należącą do klasy wyższej, tu piętnowała mnie jako cudzoziemską „barbarzynkę”. Jako kaleka „barbarzynka” miałam przechlapane, a na dodatek zjawiłam się już po rozpoczęciu roku szkolnego w klasie, w której dziewczęta znały się od dwóch lat, mając ustalone wpływy i sojusze, o których nie miałam pojęcia.

Na szczęście szybko się zorientowałam w sytuacji, nie jestem głupia. Nigdy przedtem nie chodziłam do szkoły, w której wcześniej nie znano mnie albo chociaż mojej rodziny, nigdy też nie zjawiłam się sama. Jednak miałam już za sobą trzy miesiące w domu dziecka, tu nie mogło być gorzej. Po wymowie szybko odnalazłam inne „barbarzynki” – Irlandkę (Deirdre, zwaną Drętwiak) i Żydówkę (Sharon, na którą wołano Malinka). Postarałam się zawrzeć z nimi przyjaźń.

Łypałam groźnie na dziewczyny, które próbowały się ze mną drażnić, patrzeć na mnie z góry albo mi dokuczać. Na szczęście skutek był zadowalający, jak zwykle. Przezywały mnie najrozmaiciej – Toffi, Łupieżca i Komuszka oraz, co było bardziej uzasadnione, Połamaniec albo Pokurcz. Komuszka dlatego, że wzięły moje imię za rosyjskie – myliłam się, kiedy uznałam, że nie będą wiedziały, co z nim zrobić. Szczypały mnie i poszturchiwały, kiedy tylko uznały, że im się upiecze, ale nie posuwały się do prawdziwej przemocy. Po przejściach w domu dziecka nie było to dla mnie nic takiego. Miałam do obrony laskę i groźne spojrzenie, a wkrótce, zaraz po zgaszeniu światła, zaczęłam im opowiadać historie o duchach. Niech się mnie boją, byleby zostawiły w spokoju; niech mnie nienawidzą, byle się mnie bały. To dobra strategia w szkole z internatem, cokolwiek sądzić o skuteczności zasad Tyberiusza[4]. Powiedziałam to Sharon, a ona popatrzyła na mnie jak na kosmitkę. Co, co takiego? Zrozumiałam, że nigdy nie przywyknę do tego miejsca.

Szybko znalazłam się w czołówce najlepszych uczennic, choć oczywiście odstawałam w matematyce. Poszło mi to błyskawicznie, szybciej, niż się spodziewałam. Te dziewczyny chyba nie były równie bystre jak te w liceum. Tam jedna lub dwie stanowiły dla nas konkurencję, ale tu nie było żadnej dostatecznie dobrej. Wznosiłam się na szczyty. Moja popularność rosła lub malała zdecydowanie dziwacznie, z tego samego powodu – przez dobre stopnie. Dziewczyny miały w nosie naukę i nienawidziły mnie za to, że je prześcigałam, ale z powodów rodzinnych bardzo zależało im na punktacji. Przygnębiająca sprawa, że tak wiele zjawisk w szkołach z internatem wygląda identycznie jak w powieściach Enid Blyton, a ewentualne różnice są zawsze na gorsze.

Klasa chemii, z innymi uczennicami, była o wiele lepsza. Uczył tam nauczyciel, jedyny mężczyzna w całej szkole, a dziewczęta wyraźnie interesowały się jego lekcjami. Najlepszy przedmiot, jaki mogłam mieć na świadectwie, cieszyłam się, że tak o niego walczyłam. Nie obchodziło mnie, że omijała mnie plastyka – chociaż cioci Teg by na niej zależało. Nie napisałam do cioci. Myślałam o tym, ale zrezygnowałam. Nie powiedziałaby matce, gdzie jestem, lecz nie mogłam ryzykować.

A wczoraj znalazłam bibliotekę. Mam pozwolenie, żeby spędzać tam czas, kiedy wszyscy są na boisku. Nagle poczułam, że kalectwo ma swoje dobre strony. Nie była to bardzo bogata biblioteka, ale zawsze lepsza taka niż żadna, więc nie narzekałam. Przeczytałam już wszystkie książki, które pożyczył mi ojciec (miał rację co do drugiej powieści wydanej razem z Gwiazdą Imperium, ale sama Gwiazda Imperium była jedną z lepszych książek, jakie czytałam). W tej bibliotece stał na półce The Bull from the Sea[5] i jeszcze inna powieść Mary Renault, o której nigdy nie słyszałam – The Charioteer. I trzy powieści SF dla dorosłych C.S. Lewisa. Pomieszczenie było wyłożone boazerią, a fotele pokrywała stara, spękana skóra. Wyglądało na to, że nie zaglądał tu nikt oprócz mnie i bibliotekarki, panny Carroll, którą traktowałam z nienaganną uprzejmością.

Teraz już będę mogła prowadzić dziennik. Jedną z najgorszych rzeczy tutaj jest to, że nigdy nie jestem sama, a ludzie cały czas pytają, co robię. Powiedzieć, że „piszę wiersz” albo „prowadzę dziennik” równałoby się samobójstwu. Po pierwszych dwóch dniach przestałam nawet próbować, chociaż bardzo chciałam. I tak uważają mnie za dziwaczkę. Śpię w dormitorium z jedenastoma innymi dziewczętami. Nie jestem sama nawet w łazience – ani toalety, ani prysznice nie mają drzwi, a wszystkie dziewczyny uważają dowcipy o defekacji za najwspanialszy rodzaj humoru.

Z okna biblioteki widzę gałęzie obumierającego wiązu. Wszędzie wokół wiązy umierają na holenderską chorobę. Nie ma w tym mojej winy, nie mogę nic na to poradzić. Jednak wciąż odnoszę wrażenie, że mogłoby być inaczej, gdyby wróżki podpowiedziały mi, jak wyleczyć te drzewa. Może jest jakiś sposób. Umierające drzewa – jakże smutny widok. Zapytałam o to bibliotekarkę i dała mi stary numer „New Scientist”, z którego dowiedziałam się więcej o tej chorobie. Przywieziono ją z Ameryki z ładunkiem drewna, wywołują ją grzyby. Tym bardziej powinna istnieć możliwość skutecznego zaradzenia problemowi. Wiązy są tak naprawdę jednym i tym samym wiązem, to klony jednego drzewa[6], dlatego wszystkie chorują. Nie mają odporności, którą zapewnia różnorodność genetyczna. Bliźnięta to też klony. Jeśli zobaczy się wiąz, nie myśli się o tym, że jest cząstką całej populacji. Tak samo jest wtedy, gdy ludzie, patrząc na mnie, widzą odrębną osobę, a nie połowę bliźniąt.


Środa, 19 września 1979

Po odrobieniu lekcji do kolacji mam pół godziny wolnego czasu. Wczoraj nie padało, więc o zmroku wyszłam na spacer. Powędrowałam do granicy szkolnych gruntów. Jest tam pastwisko, a na nim pasą się czarno-białe krowy. Gapiły się na mnie apatycznie. Jest tam też rów i kępa drzew. Nie wiem, czy przebywają tu gdzieś wróżki, ale to miejsce wygląda na odpowiednie na ich mieszkanie. Było zimno i wilgotno, niebo traciło ostre barwy, a zachodzące słońce kryło się za chmurami.

Trudno jest odnaleźć wróżki, nawet jeśli się wie, gdzie powinny być. Zawsze uważałam, że są jak grzyby: potykamy się o nie, gdy ich nie szukamy, ale trudno je napotkać, kiedy chce się je odnaleźć. Nie zabrałam drewnianego breloczka, a wszystko, co miałam na sobie, było nowe i bez przeszłości, więc nie mogłam tego użyć. Laska jednak była stara, drewniana, powinna zadziałać. Usiłowałam myśleć o wiązach i zastanawiać się, czy mogę im pomóc. Starałam się osiągnąć spokój umysłu.

Zamknęłam oczy i oparłam się na lasce. Próbowałam ignorować ból nogi i ten spowodowany wielką wyrwą, którą powinna zapełniać obecność Mor. Wiedziałam, że ten ból przeraziłby wróżki bardziej niż cokolwiek innego. Pamiętam, jak rozbiegły się i zmykały niczym przestraszone owce, kiedy za Camelotem zraniłam się w rękę. Normalny ból mojej nogi objawia się dwojako: jako ostre szarpnięcie i powolne zgniatanie. Gdy stoję nieruchomo i utrzymuję równowagę, zgniatanie przechodzi w tępe ćmienie, bez szarpnięcia, dopóki nie zmienię pozycji. Wypróbowałam tę metodę i udało mi się. Myślałam o tym, co zazwyczaj robiłyśmy, żeby przywołać wróżki. Otworzyłam umysł. Nic się nie działo. „Dzień dobry?” – powiedziałam niepewnie po walijsku. A może wróżki w Anglii mówią po angielsku? Albo w ogóle ich tu nie ma? W tych okolicach jest niewiele miejsc odpowiednich dla nich. Otworzyłam oczy. Krowy poszły sobie, musiała być pora udoju. Wzdłuż rowu od strony szkoły rosły krzaki, a wśród nich karłowata jarzębina i leszczyna. Położyłam lewą rękę na gładkiej korze leszczyny, nie mając wielkiej nadziei na powodzenie.

W koronie drzewka siedziała wróżka. Była nieufna. Zawsze zadziwiało mnie, jak bardzo wróżki są podobne do roślin. Ludzie i zwierzęta mają standardowe formy: dwie ręce, dwie nogi i głowa to człowiek, a cztery nogi i wełna to owca. Z roślinami i wróżkami jest inaczej, owszem, jedne i drugie mają elementy, które wskazują, z czym mamy do czynienia, ale drzewo może mieć dowolną liczbę gałęzi, które wyrastają w rozmaitych miejscach. Istnieje coś w rodzaju ogólnego wzoru, ale jeden wiąz nie będzie wyglądał dokładnie tak samo jak drugi, raczej będzie zupełnie inny. Wróżki są albo bardzo piękne, albo odrażające. Wszystkie mają oczy, a wiele z nich też coś, co można nazwać głową. Niektóre posiadają kończyny, podobnie jak ludzie, inne są jak zwierzęta, a pozostałe nie są podobne do niczego. Widziałam właśnie jedną z tego ostatniego rodzaju. Była długa, patykowata, jej skóra przypominała szorstką korę. Gdyby nie oczy, które miała częściowo zakryte, można by ją wziąć za rodzaj pnącza oplątanego pajęczyną. Tak jak dęby mają żołędzie i dłoniaste liście, a leszczyny orzechy laskowe i małe, owalne listki – tak wróżki bywają sękate, szare, zielone lub brązowe i tu i ówdzie trochę włochate. Ta akurat była szara, bardzo sękata i paskudna.

Wróżki nie używają imion. Tym, które znałyśmy w domu, nadawałyśmy imiona, a one na nie reagowały albo nie. Wydawało się, że uważają je za coś zabawnego. Nie nadają też nazw miejscom. Nie nazywają siebie wróżkami, to my tak o nich mówimy. Właściwie, jeśli mówią, rzadko używają rzeczowników… Tak czy inaczej, ta wróżka była obca, zresztą ja dla niej też. Nie znałam żadnych nazw czy haseł, za których pomocą mogłabym się z nią porozumieć. Siedziała tam i patrzyła na mnie, jakby w każdej chwili miała zamiar zeskoczyć i uciec albo wtopić się w drzewo. Płeć to kolejne pojęcie nie bardzo przystające do wróżek, no, chyba że akurat któraś ma długie powiewające włosy pełne kwiatów albo penisa tak wielkiego jak reszta ciała, albo coś w tym guście. Ta tutaj nie miała nic takiego, więc myślałam raczej o niej niż o „onym”.

– Przyjaciel – powiedziałam, mając nadzieję, że niczego nie zepsuję.

Z zupełnego bezruchu wróżka nagle eksplodowała gwałtownymi poruszeniami i podniesionym głosem:

– Iść! Niebezpieczeństwo! Znaleźć!

Wróżki nie mówią tak jak ludzie. Choćby nie wiem jak bardzo chciało się spotkać elokwentną Galadrielę, te prawdziwe nigdy nie wypowiadają się pełnymi zdaniami. Ta powiedziała, co zamierzała, i natychmiast zniknęła, zanim zdążyłam jej powiedzieć, kim jestem, zapytać o wiązy i czy można im jakoś pomóc. Zupełnie jakby ulotniła się podczas mrugnięcia okiem, ale przecież nie mrugałam. Zawsze tak jest, kiedy odchodzą szybko – znikają między jednym uderzeniem serca a drugim, tak jakby nigdy ich nie było.

Niebezpieczeństwo? Znaleźć? Nie miałam pojęcia, o co jej chodziło. Nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Zawróciłam do szkoły, gdzie rozbrzmiewał dzwonek na kolację. Byłam ostatnia w kolejce, ale jedzenie, które podają, jest nieszczególne nawet wtedy, gdy jest gorące. Niebezpieczeństwo mnie nie dopadło ani też go nie znalazłam, przynajmniej tego wieczoru. Wypiłam wodniste kakao i miałam nadzieję, że z wróżką jest wszystko w porządku. Cieszę się, że ją spotkałam, była dla mnie namiastką domu.


Czwartek, 20 września 1979

Tego ranka zrozumiałam, co wróżka miała na myśli, mówiąc „iść” i „znaleźć”. Dostałam list od matki.

Nie wiem, w jaki sposób spotkanie z wróżką pomogło jej znaleźć miejsce mojego pobytu. Świat nie funkcjonuje w przyjemny i logiczny sposób. Wróżki na pewno nie powiedziałyby, jak mnie znaleźć, ale niektórzy ludzie owszem, tylko niekoniecznie akurat teraz. Myślę, że mnie szukała. Trudno było mnie znaleźć na obcym terenie i w otoczeniu zupełnie nowych przedmiotów – moje własne są tylko laska i kilka drobiazgów, a te, które mogła zlokalizować, powinny już tracić więź ze mną. Jednak kiedy otworzyłam umysł, żeby przywołać wróżkę, jednocześnie ściągnęłam uwagę matki. Zapewne w tej chwili ktoś z jakichś powodów podał jej mój adres, a może sama go odkryła. Co za różnica. Zawsze można wytłumaczyć wszystko zbiegiem okoliczności, który przeczy działaniu magii. Magia nie działa jednak tak, jak opisane jest to w wielu książkach, ale właśnie dzięki tworzeniu zbiegów okoliczności. Oto, jak się rzeczy mają. To tak, jakby strzeliło się palcami i pojawiła się róża, ale ona pojawiła się dlatego, że ktoś lecący samolotem upuścił ją w odpowiednim czasie i dokładnie takim miejscu, żeby wpadła wprost do twojej ręki. Prawdziwa osoba, prawdziwy samolot i prawdziwa róża – co nie znaczy, że przyczyną, dla której róża pojawiła się w twojej dłoni, nie była magia.

Dlatego zawsze miałam problem z magią. Chciałam, żeby działała… magicznie. Spodziewałam się, że efekt będzie taki jak w książkach. Jeżeli już, to należałoby raczej za punkt wyjścia wziąć Jesteśmy snem Le Guin, a nie bajki o czarach. Myślałyśmy, że fabryka brykietów antracytowych na naszych oczach rozpadnie się w gruzy, kiedy tak naprawdę decyzja o jej zamknięciu zapadła w Londynie wiele tygodni wcześniej. Tylko że nie zapadłaby, gdybyśmy nie wrzuciły tych kwiatków do jeziorka. Łatwiej byłoby to zrozumieć, gdyby magia działała jak w bajkach. I łatwiej odrzucić takie wytłumaczenie, szczególnie jeśli jest się sceptykiem, bo zawsze można znaleźć racjonalne przyczyny. Magia działa poprzez rzeczy i zjawiska świata realnego, i zawsze można zanegować jej istnienie.

List od matki w pewnym sensie też taki jest. Zawiera rozmaite złośliwości, których nie zauważy jednak nikt poza mną. Proponuje, że jeśli odpiszę, przyśle mi zdjęcia Mor. Twierdzi, że za mną tęskni, ale teraz kolej ojca, żeby się mną zajął. Mam ochotę ją udusić. Kopertę swoim schludnym pismem zaadresowała do Morwenny Markova, co oznacza, że wie, jakie nazwisko tu noszę.

Boję się. Jednak chciałabym dostać te zdjęcia, no i jestem prawie pewna, że znajduję się poza jej zasięgiem.


Sobota, 22 września 1979

Dziś pada.

Poszłam do miasta – Oswestry to nędzne miasteczko – i kupiłam szampon dla Sharon, która w soboty nie może obracać pieniędzmi, bo jest żydówką. Znalazłam bibliotekę, ale była już zamknięta. Co to za biblioteka, skoro w soboty czynna jest tylko do południa? Doprawdy, to takie angielskie. Nie ma księgarni, lecz w sklepie WHSmitha[7] mają trochę książek – głównie bestsellery, ale lepsze to niż nic.

Wróciłam i resztę wolnego popołudnia spędziłam w szkolnej bibliotece. Zaszokował mnie The Charioteer. Wcześniej nie docierało do mnie, że mężczyźni, którzy w powieściach Mary Renault o starożytnej Grecji zakochują się w sobie, to homoseksualiści, ale teraz już to wiem. Czytałam tę książkę ukradkiem, jakby w obawie, że ktoś mi ją zabierze, gdy dowie się, co czytam. Zdumiewa mnie jej obecność w szkolnej bibliotece. Zastanawiam się, czy jestem pierwszą osobą od 1959 roku, czyli od daty jej zakupu, która ją przeczytała?


Niedziela, 23 września 1979

W niedzielne popołudnia piszemy listy do domu. Ja pisałam do ojca, Daniela, dość długie listy o książkach, kończące się krótkim wyrażeniem nadziei, że on i ciotki mają się dobrze. Odpisywał mi w podobnym stylu i przysłał paczkę z jedyną książką, której tak naprawdę nie potrzebowałam – trzytomowym wydaniem Władcy Pierścieni w twardej oprawie. To, które miałam w miękkiej, dostałam w prezencie od cioci Teg. Przysłał mi też Jeźdźców smoków, zawierających W poszukiwaniu Weyr i opis tego, co się zdarzyło bezpośrednio potem, Miasto iluzji Le Guin i opowiadania Larry’ego Nivena The Flight of the Horse. Są niezłe, ale nie tak dobre jak Pierścień albo A Gift from Earth.

Dziś układałam list do matki. Napisałam, że mam się dobrze i podobają mi się lekcje. Podałam, jakie mam stopnie i punktację w klasie. Jak mój dom radzi sobie w hokeju i lacrosse. Tak naprawdę to oparłam się na liście do rodziców, który moja irlandzka przyjaciółka Deirdre pracowicie kleciła tuż obok. W zamian pozwoliłam Deirdre, której nigdy nie nazywam Drętwikiem, przepisać tłumaczenie z łaciny. Jest miłą dziewczyną – niezbyt bystrą i często używa słów niezgodnie z ich znaczeniem, ale to dobra duszyczka. Myślę, że zgodziłaby się, abym skopiowała list bez żadnych korzyści w zamian.


Wtorek, 25 września 1979

Mój list bardzo szybko przyniósł rezultaty. Matka, tak jak obiecała, przysłała mi fotografię, która przedstawia jedną z nas na plaży, zajętą budowaniem zamku z piasku. Mor siedzi plecami do aparatu i uklepuje piasek. Ja patrzę prosto w obiektyw, czy może na trzymającą aparat babcię, ale widać tylko zarys mojej sylwetki, bo „wnętrze” starannie wypalono.


Środa, 26 września 1979

Szkoła – jak zwykle. Mam najlepsze oceny ze wszystkich przedmiotów poza matematyką, też jak zwykle. Przeszłam się w stronę rowu, żeby poszukać wróżek, ale żadnej nie zobaczyłam. Wiązy nadal umierają. Czytam Z milczącej planety, lecz nie ma to nic wspólnego z Narnią. Dostałam kolejny koszmarny list. Mam skurcze żołądka.


Sobota, 29 września 1979

Z magią nigdy nic nie wiadomo. Nie można mieć pewności, czy rzeczywiście coś się zdziałało, czy tak nam się jedynie wydaje. W każdym razie nie powinnam zajmować się niczym takim, bo to tylko ściągnie jej uwagę.

Mor i ja w letnie dni, kiedy nie padało, bawiłyśmy się na dworze. Udawałyśmy rycerzy broniących murów Camelotu w ostatnim desperackim wysiłku. Wyruszałyśmy na wyprawy. Prowadziłyśmy długie rozmowy z wróżkami, chociaż wiadomo było, że wypowiadamy się za obie strony. W tych wspomnieniach można byłoby z łatwością pominąć wróżki, ale nie Mor. Nie potrafię opowiadać o swoim dzieciństwie, bo nie mogę mówić „ja” wtedy, gdy powinno być „my”, a jeśli będę mówiła „my”, zamiast o tym, o czym chciałam powiedzieć, będę musiała opowiadać, jak to się stało, że moja siostra nie żyje. Tego właśnie lata odkryłam tę zależność. Dlatego nie wdaję się w opowiadania o sobie.

Wędrowałyśmy którąś z dramroads, rozmawiając, śpiewając i udając różne rzeczy, a kiedy zbliżałyśmy się do którychś ruin, podkradałyśmy się cicho, jakbyśmy mogły w ten sposób zaskoczyć wróżki. Czasem był tam ten, którego nazwałyśmy Glorfindelem, i zerkał na nas zza zrujnowanych ścian, a wtedy ścigaliśmy się radośnie. Kiedy indziej wróżki chciały, żebyśmy coś dla nich zrobiły. Mają ogromną wiedzę, ale w realnym świecie nie mogą wiele zdziałać.

We Władcy Pierścieni mówi się, że elfy osłabły i żyją w ukryciu. Nie wiem, czy Tolkien znał wróżki. Lubiłam sobie wyobrażać, że tak. Że znał je, a one opowiadały mu wszystkie te historie, które spisywał, prawdziwe opowieści. Wróżki nie bardzo umieją kłamać. Tyle że nie mówią językami, które znał. Mówią po walijsku. I na ogół nie wyglądają też tak bardzo ludzko jak jego elfy. Nigdy nie opowiadały nam historii, takich prawdziwych. Zakładały, że same wszystko wiemy, że jesteśmy częścią wszystkiego, tak jak one.

Aż do końca znajomość z nimi nie niosła niczego złego. A tego, co zdarzyło się na koniec, prawdopodobnie nie rozumiały. Chociaż nie, rozumiały. Przekazały to jasno. To my nie zrozumiałyśmy, o co chodzi.

Chciałabym, żeby magia objawiała się w bardziej dramatyczny sposób.


Niedziela, 30 września 1979

Napisałam dziś do cioci Teg.

Moja rodzina jest wielka i stopnie pokrewieństwa są bardzo zawiłe. Jest zupełnie normalna. Tylko że… nie. Gdy tylko pomyślę, że miałabym opisać to wszystko komuś, nawet życzliwemu, kto nie ma o nas bladego pojęcia, od razu ogarnia mnie zniechęcenie.

Moja babcia nie miała braci ani sióstr, po śmierci matki wychowała ją ciocia Syl. Zresztą to nawet bardziej skomplikowane, powinnam zacząć o jedno pokolenie wcześniej. Cadwalader i Marion „Mamcia” Teris sprowadzili się do Aberdare z zachodniej Walii, gdzie została większość rodziny. Cadwalader pracował w kopalni, a Mamcia prowadziła prywatną szkółkę elementarną dla młodych dam. Mieli pięcioro dzieci: Sylvię, Susannah, Sarah, Shulamith i Sidneya. Trochę mi było żal biednej Shulamith, ale tak im wyszło, skoro już rozpoczęli serię imion na jedną literę i mieli tyle dziewczynek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.