Wrony w Ameryce - Marcin Wrona - ebook
Wydawca: The Facto Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wrony w Ameryce - Marcin Wrona

Kiedy Marcin Wrona wyjechał za Atlantyk ważył około 100 kilo i Amerykanie chwalili go za szczupłą sylwetkę. A potem zaczął jeść po amerykańsku, dobił do 128 kilogramów i? zaczął się odchudzać. Też po amerykańsku. Korespondent TVN w Stanach Zjednoczonych obserwuje ten kraj z niezwykłej perspektywy. Jako dziennikarz opisuje z bliska najważniejsze wydarzenia: śmierć Michaela Jacksona, ataki uzbrojonych szaleńców czy wybory prezydenckie. Jako głowa czteroosobowej rodziny żyje życiem amerykańskiej klasy średniej: walczy z miłością do hamburgerów i absurdalnymi przepisami (tak, tak w USA też są takie), próbuje sprzedać gigantyczny samochód, bawi się z dziećmi na piknikach, czasami pada ofiarą rasizmu. I marzy, żeby kiedyś zamieszkać na Florydzie.

Opinie o ebooku Wrony w Ameryce - Marcin Wrona

Fragment ebooka Wrony w Ameryce - Marcin Wrona

 

Zdjęcia:

Olga Wro­na, Do­mi­ni­ka Langowska

Pro­jekt okładki:

To­masz Larek

Re­dak­cja, ko­rek­ta, pro­jekt gra­ficz­ny i łamanie:

ISBN 978-83-61808-21-3

© Co­py­ri­ght by Mar­cin Wro­na 2012

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2012

Wydawca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  • Dedykacja
  • Wstęp
  • Trud­ne po­cząt­ki
  • Wpad­ka
  • DMV, czy­li Ba­re­ja po ame­ry­kań­sku
  • Wi­taj szko­ło
  • Cześć po­dwój­nym po­dwój­nia­kom
  • Gru­ba­sy
  • Jak to się robi pod Wa­szyng­to­nem
  • Faj­ne fury i ga­lo­ny
  • Z po­li­cją nie ma żar­tów
  • Za mun­du­rem USA sznu­rem
  • Łoś, po pro­stu łoś
  • Po­grzeb gwiaz­dy
  • Kra­ina wiel­kiej wia­ry
  • Pa­pie­ro­we domy
  • Bie­da made in USA
  • Ma­sakry, ba­lony, sza­leń­cy
  • Wieś śpie­wa i de­mo­lu­je
  • Nasi
  • Do­zwo­lo­ne od lat…
  • Best Friends Fo­re­ver
  • Po­prawni, cho­ciaż nie­po­praw­ni
  • Wa­szyng­ton za otwar­ty­mi drzwia­mi
  • Paw­lenty, czy­taj Po­len­ti
  • Raj na zie­mi
  • Moja Ame­ry­ka

Oli, Mai i Jan­ko­wi bez nich nie by­ło­by Wron

Sta­ny to kraj żół­tej li­nii. Na niej za­czy­na się Two­ja przy­go­da z Ame­ry­ką i na niej koń­czy. Wszyst­ko, co dzie­je się mię­dzy żół­ty­mi li­nia­mi Stra­ży Gra­nicz­nej, jest już kwe­stią cał­ko­wi­cie in­dy­wi­du­al­ne­go od­bio­ru. Wie­lu, któ­rzy po­zna­li smak Ame­ry­ki, jest nią za­uro­czo­nych do koń­ca ży­cia. Wie­lu po­przy­się­gło, że nig­dy tam nie wró­ci. Li­sta po­wo­dów, dla któ­rych jed­ni wiel­bią ten kraj, a inni nie zo­sta­wia­ją na nim su­chej nit­ki, jest ba­aaar­dzo dłu­ga. Ale nie spo­tka­łem ni­ko­go, kto wo­bec mitu USA po­zo­stał­by obojętny.

Wro­ny Ame­ry­kę po­ko­cha­ły. Pa­mię­tam, jak Mar­cin, sta­ra­jąc się o ten wy­jazd i jak­by nie wie­dząc, czy ten sen w ogó­le może się speł­nić, opo­wia­dał mi o po­my­śle na po­ka­zy­wa­nie za­oce­anicz­nej rze­czy­wi­sto­ści, na to, kim po­wi­nien być dzien­ni­karz, któ­ry tam po­je­dzie. Co powi­nien pre­zen­to­wać, jak za­in­te­re­so­wać wi­dza „Fak­tów” tym, co ty­sią­ce ki­lo­me­trów od Wi­sły. Z każ­dą mi­nu­tą za­pa­lał się bar­dziej, roz­wodził nad za­le­ta­mi miejsc, któ­re trze­ba po­ka­zać, zda­rzeń, wobec któ­rych nie mo­że­my przejść obo­jęt­nie, na­sze­go so­ju­szu z Wiel­kim Bra­tem, tego wszyst­kie­go, co dla mi­lio­nów Po­la­ków mie­ści się pod ha­sła­mi: ame­ri­can dre­am i ame­ri­can way of life. Po go­dzi­nie wie­dzia­łem, że mam przed sobą ide­al­ne­go kan­dy­da­ta na trud­ną pla­ców­kę. Ko­goś, kto god­nie za­stą­pi tam wra­ca­ją­cą do kra­ju Ka­się Sła­wiń­ską. A je­śli z czym­kol­wiek będę miał pro­blem, to ra­czej z nad­mia­rem en­tu­zja­zmu i po­my­słów lą­du­ją­cych w skrzyn­ce ma­ilo­wej z ad­re­su Wrona@tvn.pl.

Dziś wi­dać, jak bar­dzo Olę i Mar­ci­na ta Ame­ry­ka wciągnę­ła, jak za­czy­na­ją się dzi­wić nie temu, co tam­tej­sze, ale temu, co za­sta­ją pod­czas po­dró­ży nad Wi­słę. Nie wiem, czy to do­brze, czy źle dla ko­re­spon­den­ta. Mo­ment, w któ­rym za­cznie my­śleć po ame­ry­kań­sku, może się oka­zać nie do przy­ję­cia dla pol­skie­go wi­dza. Ale w pew­nym sen­sie tego za­fa­scy­no­wa­nia Sta­na­mi Mar­ci­no­wi za­zdrosz­czę. Pla­ców­ka za gra­ni­cą to dla dzien­ni­ka­rza wiel­kie wy­zwa­nie, ale też sa­mot­ność, po­czu­cie od­da­le­nia, tę­sk­no­ta za kra­jem. Mar­cin na to wszyst­ko też cho­ru­je, ale ta nie­prze­mi­ja­ją­ca fa­scy­na­cja Sta­na­mi jest jak bal­sam na tę­sk­nią­cą pol­ską du­szę. Dla­cze­go tak się dzie­je? Co w tym kra­ju żół­tej li­nii jest tak sexy? I dla­cze­go ham­bur­ge­ry po wie­lu la­tach za Oce­anem wciąż sma­ku­ją le­piej niż schabowy?

Żeby się tego do­wie­dzieć, żeby zro­zu­mieć Wro­na’s po­int of view, trze­ba prze­czy­tać książkę.

Mi­łej lektury.

Ka­mil Durczok

Trud­ne po­cząt­ki

„Kaś­ka wra­ca. Szu­ka­ją na­stęp­cy” wy­szep­tał mi na ucho przy­ja­ciel pod­czas im­pre­zy koń­czą­cej se­zon pro­duk­cyj­ny TVN w czerw­cu 2006. Ta „Kaś­ka” to Ka­ta­rzy­na Sła­wiń­ska, któ­ra przez trzy lata była ko­re­spon­dent­ką „Fak­tów” w Wa­szyng­to­nie. Była pierw­szą na­szą ko­re­spon­dent­ką, czy­li od zera mu­sia­ła wszyst­ko wy­my­ślić, zro­bić i spraw­dzić, czy dzia­ła. Jak ta kru­cha istot­ka sama dała so­bie z tym wszyst­kim radę? Do dziś nie wiem.

Przy­ja­ciel za­czął de­li­kat­nie po­py­chać mnie w kie­run­ku ame­ry­kań­skiej de­cy­zji, a po­nie­waż za­wsze tro­chę współ­za­wod­ni­czy­li­śmy, w pew­nym mo­men­cie po­wie­dział: „Sam bym po­je­chał, ale… szef mnie nie pu­ści”. Tu mnie miał. Sko­ro on chce je­chać, to ja też. Poza tym za­wsze chcia­łem spró­bo­wać ży­cia w Ame­ry­ce. W 1991 roku mia­łem gi­gan­tycz­ne szczę­ście. Ja­kimś cu­dem zna­la­złem się w gru­pie dzie­się­cior­ga dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy wy­je­cha­li na sty­pen­dium do USA. Pa­mię­tam ro­bo­czą na­zwę tego pro­gra­mu „Sty­pen­dium dla Mło­dych, Obie­cu­ją­cych Dzien­ni­ka­rzy”. Ha, ha, ha.

Je­dy­ne, co mo­gli­śmy obie­cać na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, to kło­po­ty. Mniej­sza z tym, jak roz­ra­bia­li­śmy pod­czas tego wy­jaz­du, bo je­den z nas ma dziś ważne sta­no­wi­sko urzę­do­we i chwi­lo­wa amne­zja jest tu w cenie.

La­tem 2006 roku Ola przy­go­to­wy­wa­ła się do po­wro­tu do pra­cy w TVN (tak, tak, je­ste­śmy tak zwa­nym mał­żeń­stwem fir­mo­wym, po­zna­li­śmy się w pra­cy), bo Ma­ry­sia była już na tyle duża, że mo­gła pójść do przed­szko­la, ale do gło­su do­szedł mój pa­skud­ny ego­izm i jesz­cze pa­skud­niej­sze ego. By­łem po­tęż­nie zmę­czo­ny ośmio­ma la­ta­mi pra­cy przy pro­gra­mie „Pod Na­pię­ciem” i, jak wi­dać sku­tecz­nie, prze­ko­na­łem Olę, że Ame­ry­ka to jest to, cze­go Wro­ny naj­bar­dziej potrzebują.

Nie dość, że Ola ko­lej­ny raz scho­wa­ła do szu­fla­dy swo­je pla­ny i am­bi­cje za­wo­do­we, to jesz­cze wy­ka­za­ła się spo­rą daw­ką wia­ry i za­ufa­nia. Zde­cy­do­wa­ła się bo­wiem wy­je­chać na dwa lata (tyle w pier­wot­nym za­ło­że­niu miał trwać nasz po­byt) do kra­ju, w któ­rym nig­dy nie była. Uwie­rzy­ła mi na sło­wo, że bę­dzie do­brze. A na po­cząt­ku nie było do­brze. Było źle, bar­dzo źle.

Oka­zu­je się, że kil­ka­na­ście wi­zyt tu­ry­stycz­nych czy za­wo­do­wych w Ame­ry­ce nie ma nic wspól­ne­go z praw­dzi­wym ży­ciem. Na przy­kład gdy­by ktoś przed na­szym przy­jaz­dem po­wie­dział mi, że w Ame­ry­ce, w Wa­szyng­to­nie, za­raz koło Bia­łe­go Domu, krad­ną auta, ro­ze­śmiał­bym mu się w twarz. Prze­cież auta krad­ną w Pol­sce, z tego sły­nie­my, ale w Ame­ry­ce? Nie. Nigdy.

A gu­zik praw­da. Pierw­sze mie­sią­ce w Sta­nach ozna­cza­ły dla nas ży­cie pod kre­ską. By­li­śmy cał­ko­wi­cie spłu­ka­ni. Kosz­ty ży­cia w Ame­ry­ce wca­le nie tak małe, jak może się wy­da­wać po krót­kich wy­pa­dach tu­ry­stycz­nych, ale o tym nie­co póź­niej. Za­tem nie mie­li­śmy pie­nię­dzy, a po­trze­bo­wa­li­śmy auta, bo bez auta nie moż­na się tu nig­dzie ru­szyć. Wszę­dzie jest da­le­ko, a ko­mu­ni­ka­cja miej­ska to na­miast­ka tego, co zna­my z Polski.

Uwa­ga, tam z boku po le­wej stro­nie zdję­cia krad­ną fury! Na­wet te sta­re roz­pa­dy, na któ­re po­rządny zło­dziej w Pol­sce na­wet by nie splunął

Za ostat­ni grosz ku­pi­li­śmy osiem­na­sto­let­nią to­yo­tę cam­ry. Auto było zło­mem, któ­ry po­ru­szał się chy­ba tyl­ko siłą woli. Trzy ty­go­dnie po ku­pie­niu Ca­cusz­ka, tak piesz­czo­tli­wie na­zwa­li­śmy gra­ta, po­je­cha­łem w oko­li­ce Bia­łe­go Domu. Wra­cam po go­dzi­nie i nie wie­rzę wła­snym oczom. Auta nie ma! Dzwo­nię na po­li­cję, a oni mi opo­wia­da­ją, że może nie za­pła­ci­łem za par­king i sa­mo­chód od­ho­lo­wa­no. Bzdu­ra. Za­tem cze­kam na ra­dio­wóz. Cze­kam i cze­kam, i cze­kam. Po­li­cjant przy­je­chał po dwóch czy trzech go­dzi­nach (nie do po­my­śle­nia w Pol­sce) i oświad­czył, że nie mam co li­czyć na od­na­le­zie­nie auta. I miał ra­cję, jak ka­mień w wodę, Ca­cusz­ka nig­dy nie zna­le­zio­no. Na do­da­tek nie opła­ci­łem ubez­pie­cze­nia od kra­dzie­ży, no bo kto krad­nie osiem­na­sto­let­nie gra­ty? Oka­za­ło się, że i owszem, krad­ną. Na czę­ści. Zo­sta­li­śmy cał­ko­wi­cie bez pie­nię­dzy i bez auta.

Na tym nie ko­niec. Ja­kieś trzy mie­sią­ce po znik­nię­ciu Ca­cusz­ka do­sta­łem pocz­tą do za­pła­ce­nia man­dat. Uwa­ga! Man­dat za nie­do­zwo­lo­ne par­ko­wa­nie znik­nię­te­go auta! Data dwa ty­go­dnie po kra­dzie­ży! Zło­dziej jeź­dził so­bie au­tem po Wa­szyng­to­nie, par­ko­wał, gdzie chciał, a po­li­cja za złe par­ko­wa­nie ści­ga­ła mnie. Za­da­łem ko­bie­cie od man­da­tów pro­ste py­ta­nie ja­kim cu­dem nie zo­rien­to­wa­li się, że wy­pi­su­ją man­dat za skra­dzio­ne auto. Oka­za­ło się, że sys­tem kom­pu­te­ro­wy po­li­cjan­tów od kra­dzie­ży nie jest po­łą­czo­ny z sys­te­mem tych od man­da­tów. Dzie­sięć mie­się­cy mu­sia­łem cze­kać na anu­lo­wa­nie man­da­tu za złe par­ko­wa­nie auta, któ­re­go nie mia­łem, bo mi je ukradziono.

Za­wo­do­wo też było, mó­wiąc de­li­kat­nie, sła­bo. W Pol­sce pra­ca re­por­te­ra ogrom­nej te­le­wi­zji ko­mer­cyj­nej jest dość przy­jem­na. Bie­rzesz te­le­fon, dzwo­nisz do eks­per­ta, urzęd­ni­ka czy ko­go­kol­wiek in­ne­go, kogo chcesz na­grać, wy­po­wia­dasz ma­gicz­ne trzy li­te­ry TVN i za­ła­twio­ne. W Sta­nach też dzia­ła­ją trzy li­te­ry, ale inne: CNN, NBC, CBS itp., itd. TVN tu nie dzia­ła. Co wię­cej, czę­sto trze­ba się na­bie­dzić, wy­ja­śnia­jąc, co to jest ten Poland.

Po pierw­sze, wie­lu Ame­ry­ka­nów, sły­sząc „Po­land”, mówi: „No ja­sne. Znam. U was moż­na wszę­dzie pa­lić ma­ri­hu­anę. Am­ster­dam to pięk­ne mia­sto”. No i za­czy­na się, że Hol­land to nie Po­land, choć Po­land ma też swo­ją Hol­land, ale to inna bajka.

Jak sym­pa­tycz­ny roz­mów­ca za­ła­pie, że na po­cząt­ku jest li­ter­ka P, trze­ba mu szyb­ko wy­ja­śnić, że nie ma to nic wspól­ne­go z wodą bu­tel­ko­wa­ną do pi­cia. Jest tu bo­wiem sze­ro­ko do­stęp­na woda Po­land Spring ze sta­nu Ma­ine. Źró­dła w nie­speł­na pię­cio­ty­sięcz­nej miej­sco­wo­ści Po­land, któ­rej na­zwa nie ma nic wspól­ne­go z Pol­ską. Wi­ki­pe­dia twier­dzi, że miej­sco­wość na­zwa­no tak dla upa­mięt­nie­nia in­diań­skie­go wo­dza, któ­ry zo­stał za­bi­ty w 1756 roku. Wódz po­dob­no na­zy­wał się Po­land (nie wie­rzę!). Inne źró­dła po­da­ją, że na­zwa po­cho­dzi od ty­tu­łu ulu­bio­nej pieśni Mo­se­sa Eme­ry’ego, jed­ne­go z pierw­szych osad­ni­ków na tych terenach.

Tak czy in­a­czej, w roz­mo­wie ze sta­ty­stycz­nym Ame­ry­ka­ni­nem le­piej nie wspo­mi­nać o wo­dzu in­diań­skim, bo wte­dy się już cał­kiem pogrążymy.

A po­waż­nie spra­wę trak­tu­jąc, nie ma się o co ob­ra­żać za to, że wie­lu nas tu nie ko­ja­rzy. Ame­ry­ka ma in­te­re­sy na ca­łym świe­cie. tu lu­dzie nie tyl­ko z na­sze­go za­kąt­ka Eu­ro­py, ale rów­nież z ca­łej Azji i Afry­ki, z Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej i Au­stra­lii. Trud­no wie­dzieć wszyst­ko o wszyst­kich kra­jach. My też mamy pro­ble­my z tym, gdzie znaj­du­ją się po­szcze­gól­ne ame­ry­kań­skie sta­ny. Nie mó­wiąc o ich wiel­ko­ści czy zaludnieniu.

Jed­nym sło­wem, re­por­te­ro­wi z Pol­ski trud­no się tu prze­bić, a Ame­ry­ka­nie in­te­re­su­ją się głów­nie tym, co się dzie­je na ich po­dwór­ku. Nie ma co li­czyć na wy­wia­dy z po­li­ty­ka­mi dla te­le­wi­zji z Eu­ro­py. Eu­ro­pej­czy­cy nie gło­su­ją w ame­ry­kań­skich wy­bo­rach, po co za­tem tra­cić dla nich czas. Zro­zu­mie­nie ame­ry­kań­skie­go prag­ma­ty­zmu za­ję­ło mi spo­ro cza­su i kosz­to­wa­ło wie­le nerwów.

Dziw­nie czu­je się też człek, któ­ry dwa­dzie­ścia lat prze­pra­co­wał w Pol­sce, dziel­nie pro­wa­dził ra­chu­nek oszczęd­no­ścio­wo-roz­li­cze­nio­wy w ban­ku i pra­co­wał na wia­ry­god­ność kre­dy­to­wą. Taki je­go­mość wcho­dzi do ame­ry­kań­skie­go ban­ku i za­czy­na od zera. Mie­li­śmy w tych pierw­szych, naj­trud­niej­szych mie­sią­cach spo­re pro­ble­my z tym, żeby za­ło­żyć kar­tę kre­dy­to­wą, a póź­niej do­stać kre­dyt na auto. Dla ame­ry­kań­skie­go sys­te­mu ban­ko­we­go nie ist­nie­li­śmy nig­dy wcze­śniej, po­ja­wi­li­śmy się na­gle i po­wo­li mu­sie­li­śmy się wcią­gnąć w try­by sys­te­mu, któ­ry chwi­lę póź­niej do­pro­wa­dził do wiel­kie­go bum na Wall Street.

Ame­ry­kań­ska ban­ko­wość mia­ła dla nas kil­ka nie­spo­dzia­nek. Naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­cą był po­wrót do prze­szło­ści, czy­li cze­ki. W Pol­sce cze­ki były obec­ne przez chwi­lę na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, a póź­niej chy­ba ja­koś zu­peł­nie znik­nę­ły. Tu cze­ki i mają się bar­dzo do­brze. Co mie­siąc do domu przy­cho­dzą ra­chun­ki z za­łą­czo­ny­mi ko­per­ta­mi zwrot­ny­mi na czek. Od pew­ne­go cza­su za wodę, prąd czy ka­blów­kę moż­na pła­cić też prze­le­wem, tak jak w Pol­sce ro­bi­my to już od bar­dzo daw­na, ale mam wra­że­nie, że więk­szość Ame­ry­ka­nów cią­gle woli wy­pi­sy­wać cze­ki. Co wię­cej, cze­ka­mi moż­na też pła­cić w skle­pach. Wy­star­czy wy­obra­zić so­bie znie­cier­pli­wio­ną ko­lej­kę, któ­ra cze­ka, nie­wia­sta w wie­ku póź­no śred­nim wy­pi­sze czek za swo­je za­ku­py. Cza­sem trwa to w nieskończoność.

Tych pu­ła­pek na po­cząt­ku mie­li­śmy spo­ro. W pew­nym mo­men­cie za­czę­li­śmy się z Olą na­wet po­waż­nie za­sta­na­wiać nad po­wro­tem do Pol­ski, tak bar­dzo było nam trud­no. Dziś wie­my, że do­brze się sta­ło, że zo­sta­li­śmy. Po­zna­je­my kraj, któ­ry jest tro­chę jak inna pla­ne­ta, choć z tego sa­me­go Ukła­du Sło­necz­ne­go. Jest tu tro­chę inne przy­cią­ga­nie, tro­chę inny skład at­mos­fe­ry i dzię­ki temu ten kraj po­tra­fi zafascynować.

Mój ko­le­ga, któ­ry dwie de­ka­dy temu wpro­wa­dzał mnie w ame­ry­kań­skie re­alia, po­wie­dział: „Za­po­mnij o wszyst­kim, co czy­ta­łeś i sły­sza­łeś o Ame­ry­ce, póź­niej za­cznij ob­ser­wo­wać i się uczyć. Nig­dy nie oceniaj”.

Sta­ra­my się prze­stro­gę pa­mię­tać, choć cza­sem nie jest łatwo.

Wpad­ka

„Czy­li cią­ża jest nie­pla­no­wa­na” po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka i spoj­rza­ła na nas z wy­raź­ną dez­apro­ba­tą. Usi­ło­wa­li­śmy raz jesz­cze wy­tłu­ma­czyć, że naj­wy­raź­niej nas nie zro­zu­mia­ła. Że jak naj­bar­dziej pla­no­wa­li­śmy dru­gie dziec­ko, że z zapa­łem za­bra­li­śmy się do pra­cy i ocze­ki­wa­li­śmy na re­zul­tat, z któ­rym ra­do­śnie przy­bie­gli­śmy wła­śnie do przychodni.

Ni­czym nie­wzru­szo­na pie­lę­gniar­ka za­czę­ła zno­wu za­da­wać pytania:

Czy le­karz pro­wa­dził pań­stwa sta­ra­nia o dziecko?

Nie.

Czy cho­dzi­li pań­stwo na kur­sy przygotowawcze?

Nie, bo mamy już jed­no dziec­ko i wie­my, jak się do wszyst­kie­go zabrać.

Czy pierw­sze dziec­ko uro­dzi­ło się w pla­ców­ce na­szej fir­my ubezpieczeniowej?

Nie.

Czy uro­dzi­ło się w Sta­nach Zjednoczonych?

Nie.

Czy­li pań­stwo nie­przy­go­to­wa­ni do cią­ży i po­ro­du, a cią­ża jest nieplanowana.

Ręce opa­dły nam do ko­lan. Po­ko­na­ła nas pro­ce­dura. Py­ta­nia za­da­wał ja­kiś bez­dusz­ny sys­tem kom­pu­te­ro­wy, a pie­lę­gniar­ka spo­koj­nie je od­czy­ty­wa­ła. Tak oto doj­rza­łe mał­żeń­stwo ze spo­rym do­świad­cze­niem zo­sta­ło po­trak­to­wa­ne jak para nie­od­po­wie­dzial­nych młokosów.

Tu na mar­gi­ne­sie trze­ba do­dać, że w Sta­nach Zjed­noczo­nych po­ło­wa ciąż jest nie­pla­no­wa­na. Co prze­ra­ża­ją­ce, jak po­wie­dział nam pro­fe­sor Ja­mes Tsu­ru­ta z Uni­wer­sy­te­tu Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej w Cha­pel Hill, po­ło­wa tych nie­pla­no­wa­nych ciąż koń­czy się abor­cją. Strasz­li­wie smut­na in­for­ma­cja, któ­rej nie da się spo­koj­nie przyjąć.

Nam po roz­mo­wie z pie­lę­gniar­ką nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak wy­brać się na kurs ro­dze­nia. Po­nie­waż nie mamy w Ame­ry­ce ro­dzi­ny, nie mie­li­śmy wte­dy opie­kun­ki do dziec­ka, a Ma­ry­sia mia­ła za­le­d­wie trzy lata, mu­sie­li­śmy za­brać ze sobą. No i za­czę­ło się.

Czy­je to dziec­ko? za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka od rodzenia.

Na­sze od­par­li­śmy zgod­nym chórem.

Jak to? To dla­cze­go pań­stwo na kur­sie rodzenia?

Bo nam kazali.

Z mi­nu­ty na mi­nu­tę sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz dziw­niej­sza. Kur­san­ci pa­trzy­li na nas bez sym­pa­tii i zro­zu­mie­nia. Jesz­cze go­rzej było z tymi nie­wia­sta­mi nie­zwy­kle prze­ję­ty­mi swo­imi pierw­szy­mi cią­ża­mi. Zno­wu po­trak­to­wa­no nas jak nie­od­po­wie­dzial­ną parę, któ­ra przy­szła na po­waż­ny kurs ro­bić so­bie żar­ty z prze­ję­tych lu­dzi. Mó­wiąc krót­ko, wy­szli­śmy i nig­dy już nie wró­ci­li­śmy na żad­ne kur­sy rodzenia.

Z Pol­ski by­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni do jed­ne­go le­ka­rza pro­wa­dzą­ce­go cią­żę. Spo­ty­kasz się z le­ka­rzem w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su, on/ona do­brze cię zna, zna prze­bieg cią­ży i zna ma­lu­cha w brzusz­ku. To daje po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, cią­gło­ści i duży kom­fort w tych naj­waż­niej­szych chwilach.

W Ame­ry­ce wy­glą­da to tro­chę in­a­czej. Nie le­piej, nie go­rzej, ale inaczej.

Jak po­wie­dział nam le­karz, z któ­rym spo­tka­li­śmy się pod­czas pierw­szej wi­zy­ty, naj­le­piej, gdy cią­żę pro­wa­dzi ze­spół le­ka­rzy. Pod­czas każ­dej wi­zy­ty bada mamę i dzi­dziu­sia inny dok­tor, dzię­ki temu ma świe­że spoj­rze­nie i może ła­two wy­ła­pać ewen­tu­al­ne błę­dy po­peł­nio­ne przez ko­le­gę, któ­ry prze­pro­wa­dzał po­przed­nie ba­da­nie. Ma to sens. Dla nas naj­waż­niej­sze było jed­nak po­czu­cie kom­for­tu i cią­gło­ści, le­karz zro­zu­miał i zgo­dził się po­pro­wa­dzić cią­żę. Może po­szło z nim ła­two dla­te­go, że jego ro­dzi­na kil­ka po­ko­leń temu wy­emi­gro­wa­ła do Ame­ry­ki z Ukra­iny i ła­ma­nie za­sad miał we krwi. Tak jak my.

Gdy dzień przyj­ścia Jan­ka na świat był co­raz bli­żej, zna­jo­mi Ame­ry­ka­nie za­py­ta­li, kie­dy ro­bi­my Baby Sho­wer, bo cza­su już co­raz mniej. Sło­wo sho­wer moż­na prze­tłu­ma­czyć jako desz­czyk albo prysz­nic, choć rów­nież ozna­cza im­pre­zę. Nam przed ocza­mi od razu sta­nął jed­nak Prysz­nic Dla Nie­mow­la­ka. Ła­two so­bie wy­obra­zić na­sze osłu­pie­nie. Jaki prysz­nic? O co chodzi?

Cier­pli­wi przy­ja­cie­le ze spo­ko­jem wy­tłu­ma­czy­li, że zwy­czaj nie ma nic wspól­ne­go z ką­pa­niem nie­na­ro­dzo­ne­go ma­lu­cha i nie mu­si­my się oba­wiać ni­cze­go złe­go. Baby Sho­wer to bar­dzo faj­na ame­ry­kań­ska tra­dy­cja. Przy­ja­ciół­ki i ko­le­żan­ki przy­szłej mamy nie­dłu­go przed roz­wią­za­niem or­ga­ni­zu­ją im­pre­zę, na któ­rą przy­no­szą pre­zen­ty dla no­we­go oby­wa­te­la świa­ta. Wcze­śniej przy­go­to­wu­je się dro­bia­zgo­wą li­stę, tak żeby dzie­ciak nie miał dwóch pod­grze­wa­czy do bu­tli, któ­re nie mają cze­go pod­grze­wać. Jed­nak na wy­pa­dek, gdy­by wśród po­da­run­ków zna­la­zło się coś, cze­go ani mama, ani dziec­ko nie po­trze­bu­ją, sprze­daw­cy wy­da­ją tak zwa­ne po­świad­cze­nie pre­zen­tu. Z ta­kim po­świad­cze­niem moż­na wy­brać się do skle­pu i od­dać bądź za­mie­nić na coś in­ne­go ten nie­po­trzeb­ny przedmiot.

Sama im­pre­za przy­po­mi­na wręcz wie­czór pa­nień­ski czy ka­wa­ler­ski. Oczy­wi­ście, bez eks­ce­sów! Przed do­mem przy­szłej mamy czę­sto po­ja­wia­ją się de­ko­ra­cje ogła­sza­ją­ce ca­łe­mu są­siedz­twu, że wła­śnie tu od­by­wa się Baby Sho­wer. Naj­czę­ściej to pla­ka­ty, trans­pa­ren­ty albo ba­lo­ni­ki. Dom stroi się też po uro­dze­niu dziec­ka, wte­dy pla­ka­ta­mi z bo­cia­nem nio­są­cym w dzio­bie za­wi­niąt­ko z maluchem.

Sam dzień zero to ogrom­ny kom­fort. Ab­so­lut­nie nie chce­my tu na­rze­kać na to, w ja­kich wa­run­kach ro­dzi­li­śmy Ma­ry­się w Pol­sce. Nasi le­ka­rze, pie­lę­gniar­ki i po­łoż­ne byli zna­ko­mi­ci i bar­dzo do­brze ich wspo­mi­na­my. Ale na­sza przy­chod­nia w Sta­nach każ­dej ro­dzi­nie za­pew­nia osob­ną salę po­ro­do­wą po­łą­czo­ną z ga­bi­ne­tem, w któ­rym wy­ko­nu­je się pierw­sze bada­nie, mie­rze­nie i wa­że­nie dziec­ka. Peł­na intymność.

Mąż przez cały czas może to­wa­rzy­szyć żo­nie, ba, moż­na na­wet przy­pro­wa­dzić do­dat­ko­wych człon­ków ro­dzi­ny, je­śli tyl­ko przy­szła mama ma na to ochotę.

Za­raz po po­ro­dzie ro­dzi­na tra­fia do naj­wy­żej dwu­oso­bo­wej sali. W szpi­ta­lu, w któ­rym na świat przy­szedł Ja­nek, to wła­śnie były naj­więk­sze sale, ja­ki­mi dys­po­no­wa­li. My mie­li­śmy szczę­ście, bo do­sta­li­śmy salę tyl­ko dla jed­nej rodziny.

I zno­wu tak jak pod­czas po­ro­du mąż może spę­dzić z mamą i dziec­kiem noc we wspól­nej sali ro­dzin­nej. Dla taty prze­zna­czo­ny jest spe­cjal­ny roz­kła­da­ny fo­tel i do­dat­ko­wa po­ściel. Dziec­ko ani na chwi­lę nie zo­sta­je odłą­czo­ne od mamy, cały czas jest z rodziną.

O ile nie myli nas pa­mięć, w war­szaw­skim szpi­ta­lu, w któ­rym uro­dzi­ła się Ma­ry­sia, mama i dziec­ko zo­sta­wa­li w szpi­ta­lu przez trzy dni po po­ro­dzie na­tu­ral­nym i czte­ry albo pięć dni po ce­sar­ce. Tu prze­ży­li­śmy naj­więk­szy szok. Na­stęp­ne­go dnia rano po uro­dze­niu się Jan­ka od­wie­dził nas le­karz, zba­dał mamę, zba­dał syna i po­wie­dział: „Do wi­dze­nia”. Grzecz­nie od­po­wie­dzie­li­śmy: „Do wi­dze­nia” i wró­ci­li­śmy do po­dzi­wia­nia Jana. Po ja­kiejś go­dzi­nie wró­ci­ła do nas pie­lę­gniar­ka i spy­ta­ła, co my tu jesz­cze ro­bi­my. Do­pie­ro wte­dy do­wie­dzie­li­śmy się, że ame­ry­kań­skim stan­dar­dem jest wy­sy­ła­nie ro­dzi­ny do domu za­raz na­stęp­ne­go dnia po po­ro­dzie naturalnym.

Po­wo­dy dwa. Po pierw­sze, dzien­ny koszt po­by­tu ro­dzi­ny w szpi­ta­lu li­czo­ny jest tu w ty­sią­cach do­la­rów. Je­śli nie ma kom­pli­ka­cji, je­śli wszy­scy zdro­wi, szpi­tal, a co za tym idzie fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa, za­osz­czę­dza mnó­stwo pie­nię­dzy. Po dru­gie, jak za­uwa­ży­li­śmy, Ame­ry­ka­nie trak­tu­ją po­byt w szpi­ta­lu jak osta­tecz­ność, je­śli wszyst­ko jest w po­rząd­ku, sami gar­ną się do po­wro­tu do domu.

Mie­li­śmy na­dzie­ję, że po­dob­nie jak w Pol­sce pe­dia­tra albo po­łoż­na od­wie­dzą nas w domu kil­ka dni po uro­dze­niu się ma­łe­go, żeby spraw­dzić, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Tu zno­wu róż­ni­ca. Owszem, le­karz chce zba­dać dziec­ko, ale nikt nie przy­je­dzie do cie­bie do domu. Z trzy­dnio­wym dziec­kiem ta­ra­ba­nisz się do przy­chod­ni i sie­dzisz w ko­lej­ce, cze­ka­jąc, cię wywołają.

Po­nie­waż Ame­ry­ka­nie przy­zwy­cza­je­ni do wy­cho­dze­nia z dziec­kiem z domu za­raz po po­ro­dzie, kil­ku­dnio­we ma­leń­stwa co chwi­lę wi­dzi się z ma­ma­mi na za­ku­pach w su­per­mar­ke­tach, na kon­cer­tach czy wresz­cie, o zgro­zo, w sa­mo­lo­tach. Za­ło­że­nie jest pro­ste, mały czło­wiek to czło­wiek taki sam jak każ­dy inny, tyl­ko że mały. Za­tem nie ma naj­mniej­sze­go po­wo­du, żeby chu­chać na nie­go i dmu­chać. Sto­su­je się tu wręcz za­sa­dę zim­ne­go cho­wu, czy­li har­to­wa­nia od pierw­szych dni ży­cia. O za­wał ser­ca przy­pra­wiał nas na po­cząt­ku wi­dok no­wo­rod­ków bez obec­nych u nas na każ­dym kro­ku cza­pe­czek, ko­cy­ków, rę­ka­wi­czek i becików.

Zresz­tą be­ci­ki to ko­lej­ny pro­blem. Nie ist­nie­ją. Nie ma szans na to, żeby ku­pić tu do­bry i spraw­dzo­ny w pol­skich bo­jach becik.

Ame­ry­kań­ska mama wra­ca do pra­cy już kil­ka ty­go­dni po po­ro­dzie. Gdy opo­wia­da­my zna­jo­mym o na­szych urlo­pach ma­cie­rzyń­skich, o moż­li­wo­ści wzię­cia bez­płat­ne­go urlo­pu wy­cho­waw­cze­go czy wresz­cie o be­ci­ko­wym, z nie­do­wie­rza­niem krę­cą gło­wa­mi i mó­wią coś o eu­ro­pej­skim so­cja­li­zmie i o tym, że pań­stwo nas roz­piesz­cza za pie­nią­dze podatników.

Je­śli mama musi wró­cić do pra­cy, a tata nie może opie­ko­wać się ma­lu­chem, bo też pra­cu­je, Ame­ry­ka­nom po­zo­sta­ją pry­wat­ne żłob­ki. Czę­sto pro­wa­dzo­ne one w domu przez jed­ną lub dwie ko­bie­ty dla za­le­d­wie kil­kor­ga dzie­ci. W oko­li­cach Wa­szyng­to­nu cena za taki punkt opie­ki nad kil­ku­mie­sięcz­nym ma­lu­chem to pięć­dzie­siąt do­la­rów dzien­nie. W ska­li mie­sią­ca robi się z tego gru­bo po­nad ty­siąc dolarów.

Na wła­snej skó­rze prze­ko­nu­je­my się tu na każ­dym kro­ku, jak dro­gie jest wy­cho­wy­wa­nie dziec­ka w Sta­nach, dla­te­go wie­lu lu­dzi co­raz czę­ściej od­cho­dzi od kla­sycz­ne­go ame­ry­kań­skie­go mo­de­lu dwa plus trzy. Po pro­stu nie stać ich na dzie­ci i na za­pew­nie­nie im przy­szło­ści. Może dla­te­go z ta­kim za­pa­łem py­ta­no nas, czy pla­no­wa­li­śmy przyj­ście Jan­ka na świat.

DMV, czy­li Ba­re­ja po ame­ry­kań­sku

DMV, czy­li Ba­re­ja po ame­ry­kań­sku

Te nieszczęsne trzy li­te­ry po­wo­du­ją, że ro­śnie mi ci­śnie­nie, do gło­wy przy­cho­dzą po­my­sły na naj­bar­dziej wy­myśl­ne mor­der­stwa i tor­tu­ry i, ge­ne­ral­nie rzecz bio­rąc, ode­chcie­wa się żyć. O DMV krą­żą le­gen­dy i dow­ci­py, a sa­ty­ry­cy wie­dzą, że je­śli bra­ku­je im po­my­słów na nowe ske­cze, za­wsze moż­na po­opo­wia­dać o tej znie­na­wi­dzo­nej, prze­klę­tej in­sty­tu­cji.

DMV to De­part­ment of Mo­tor Ve­hic­les, po na­sze­mu Biu­ro do spraw Po­jaz­dów Zmo­to­ry­zo­wa­nych, czy­li po pro­stu Wy­dział Ko­mu­ni­ka­cji. Ale wła­dza DMV jest prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­na. Tam moż­na za­re­je­stro­wać się w spi­sie upraw­nio­nych do gło­so­wa­nia, tam re­je­stru­je się sa­mo­chód i tam wy­ra­bia się pra­wo jaz­dy, a pra­wo jaz­dy to wię­cej niż samo upo­waż­nie­nie do pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du. W Ame­ry­ce nie ma do­wo­dów oso­bi­stych, czy­li praw­ko jest tu wszyst­kim w jed­nym.

Gdy za­raz po przy­jeździe po­wie­dzie­li­śmy na­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, że cze­ka nas wy­pra­wa do DMV, z po­li­to­wa­niem po­ki­wał gło­wą, spy­tał, czy mamy dużo cza­su, i ka­zał się uzbro­ić w cier­pli­wość.

Tu trze­ba wyjaśnić, że dla ame­ry­kań­skich władz pol­skie pra­wo jaz­dy prak­tycz­nie nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, po­dobnie jak mię­dzy­na­ro­do­we. Za­tem trze­ba od zera, jak na­sto­la­tek, za­brać się do na­uki prze­pi­sów, zda­wa­nia te­stów i jaz­dy z eg­za­mi­na­to­rem. Żeby wsiąść na tę sza­lo­ną ka­ru­ze­lę, w sta­nie Wir­gi­nia trze­ba speł­nić trzy wa­run­ki. Być w USA le­gal­nie, mieć wy­na­ję­te bądź ku­pio­ne miesz­ka­nie w tym sta­nie i wresz­cie po­sia­dać dwa do­ku­men­ty stwier­dza­ją­ce toż­sa­mość, wy­da­ne przez ja­kie­kol­wiek ame­ry­kań­skie wła­dze.

I tu się za­czę­ło. Li­sta do­ku­men­tów ak­cep­to­wa­nych przez DMV jest dłu­ga i… ab­sur­dal­na. Na li­ście są: ame­ry­kań­skie po­zwo­le­nie na broń, li­cen­cja pi­lo­ta, kar­ta żoł­nie­rza, ame­ry­kań­skie pra­wo jaz­dy ze sta­nu in­ne­go niż Wir­gi­nia, ame­ry­kań­ski pasz­port itd., itp. Jed­nym sło­wem, ka­ta­stro­fa! Bo skąd Wro­ny, któ­re do Ame­ry­ki przy­je­cha­ły z Pol­ski, mo­gły mieć choć je­den z tych sza­lo­nych do­ku­men­tów? A po­trzeb­ne były dwa. My ner­wo­wo się po­ci­li­śmy, a w DMV ze­bra­ło się kon­sy­lium. Pan z okien­ka za­wo­łał swo­ją sze­fo­wą, ona za­wo­ła­ła me­ne­dże­ra, któ­ry z ko­lei za­dzwo­nił do głów­ne­go DMV w Rich­mond, sto­li­cy sta­nu Wir­gi­nia. Po trwa­ją­cych w nie­skoń­czo­ność na­ra­dach uzna­no, że jed­nym z do­ku­men­tów może być na­sza ame­ry­kań­ska wiza. W koń­cu wy­da­ły ją ame­ry­kań­skie wła­dze kon­su­lar­ne.

Na dru­gi do­ku­ment jed­nak nikt nie miał po­my­słu. Do dzieła ru­szy­ła za­tem biu­ro­kra­tycz­na spy­cho­lo­gia. Me­ne­dżer na­sze­go biu­ra ka­zał na­pi­sać list do swo­je­go sze­fa w Rich­mond, szef miał spra­wę roz­pa­trzyć, na co do­stał chy­ba trzy ty­go­dnie. Po tym cza­sie miał do nas na­pi­sać list z tek­stem: „ten list może być trak­to­wa­ny jako dru­gi do­ku­ment”. Uda­ło się. Pi­smo po ja­kimś cza­sie przy­szło.

Ode­tchnęli­śmy z ulgą. Wy­da­wa­ło nam się, że to już ko­niec kło­po­tów. O na­iw­ni!

Ame­ry­kańskie prze­pi­sy o ru­chu dro­go­wym są ge­ne­ral­nie ła­twiej­sze niż na­sze. Li­czy się w za­sa­dzie tyl­ko kil­ka zna­ków dro­go­wych, trze­ba się przy­zwy­cza­ić do szyb­kie­go prze­li­cza­nia z mil na ki­lo­me­try (z grub­sza sześć­dzie­siąt mil to sto ki­lo­me­trów) i za­pa­mię­tać trzy że­la­zne, świę­te za­sa­dy obo­wią­zu­ją­ce na ame­ry­kań­skich dro­gach.

Znak stop to świę­tość nad świę­to­ścia­mi. Na wie­lu skrzy­żo­wa­niach każ­da z dróg do­jaz­do­wych ma usta­wio­ny stop. Z tego, co pa­mię­tam, w kra­ju ten znak trak­tu­je­my śred­nio po­waż­nie, w Sta­nach stop to pod­sta­wa ży­cia na dro­dze. Do­jeż­dżasz do skrzy­żo­wa­nia, cał­ko­wi­cie za­trzy­mu­jesz auto, od­li­czasz do trzech i do­pie­ro za­bie­rasz się do dal­szej jaz­dy. Je­śli na skrzy­żo­wa­niu jest kil­ka sto­pów, to pierw­szy zjeż­dża ten, kto pierw­szy się za­trzy­mał. Je­śli sa­mo­cho­dy przy­je­cha­ły w tym sa­mym cza­sie, dzia­ła za­sa­da pra­wej ręki. Pro­ste? Teo­re­tycz­nie tak, w prak­ty­ce nie. Znam wie­lu ro­da­ków, któ­rzy przez ten nie­szczę­sny znak eg­za­min na praw­ko mu­sie­li zda­wać po kil­ka razy. A bo nie za­trzy­ma­li auta cał­ko­wi­cie, a bo nie od­li­czy­li so­bie w gło­wie do trzech albo dla­te­go, że nie zo­rien­to­wa­li się, któ­re z kil­ku sto­ją­cych aut ma zjeż­dżać pierw­sze.

Au­to­bus szkol­ny, ten zna­ny nam z fil­mów żół­ty, ame­ry­kań­ski ogó­rek, to ko­lej­na pu­łap­ka. Urzą­dze­nie to jest wy­po­sa­żo­ne w wy­su­wa­ny znak stop (a jak­że, stop jest za­wsze i wszę­dzie) oraz w mru­ga­ją­ce czer­wo­ne świa­tła, któ­re rów­nież ozna­cza­ją… wia­do­mo, co ozna­cza­ją, stop. Uru­cho­mie­nie tego sys­te­mu to sy­gnał, że do au­to­bu­su będą wsia­da­ły bądź będą z nie­go wy­sia­da­ły dzie­ci. Wte­dy ruch na uli­cy do­słow­nie za­mie­ra na oby­dwu pa­sach. Ta­kie­go au­to­bu­su nie wol­no wy­prze­dzać i nie wol­no koło nie­go prze­jeż­dżać. Zła­ma­nie tego za­ka­zu jest ka­ra­ne nie­bo­tycz­nie wy­so­ki­mi man­da­ta­mi. Znam też ta­kich, któ­rym za­pa­mię­ta­nie tej za­sa­dy przy­spo­rzy­ło spo­ro pro­ble­mów. No do­brze, przy­znam się. Jed­na z Wron ja­kiś czas temu w chwi­lo­wym roz­tar­gnie­niu wy­prze­dzi­ła taki au­to­bus przy akom­pa­nia­men­cie klak­so­nów, wy­zwisk i przy wszech­obec­nym wy­gra­ża­niu pię­ścia­mi. Nig­dy wię­cej się to nie po­wtó­rzy­ło.

Za­sa­da trze­cia to ist­ny ko­smos. Ge­ne­ral­nie wszy­scy jadą tu z tą samą pręd­ko­ścią (gdzie po­dzia­ło się na­sze prze­kra­cza­nie do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści, o ile się da, a na­wet tro­chę wię­cej), nikt się nie spie­szy i nikt spe­cjal­nie nie gar­nie się do wy­prze­dza­nia. Gdy za­py­tasz Ame­ry­ka­ni­na o od­le­głość mię­dzy Wa­szyng­to­nem a No­wym Jor­kiem, po­wie ci: „Od czte­rech do pię­ciu go­dzin”, mię­dzy Wa­szyng­to­nem a Or­lan­do na Flo­ry­dzie: „Oko­ło czter­na­stu go­dzin”. Dla­cze­go tak? Ano dla­te­go, że sko­ro wszy­scy jadą z tą samą pręd­ko­ścią, czy­li o ja­kieś pięć mil na go­dzi­nę wię­cej niż wol­no, to każ­dy bę­dzie miał taki sam czas do­jaz­du. Dzię­ki temu sko­ro wiesz, ile cza­su zaj­mie ci jaz­da, ła­twiej bę­dzie za­pla­no­wać po­sto­je na tan­ko­wa­nie, je­dze­nie czy… te inne spra­wy.

Tę jaz­dę z taką samą pręd­ko­ścią tro­chę trud­no zro­zu­mieć. Ame­ry­ka­nie aż do bólu prze­strze­ga­ją pra­wa, za wszel­ką cenę sta­ra­ją się uni­kać nie­po­trzeb­ne­go kon­tak­tu z po­li­cją, ale przede wszyst­kim każ­dy tu wie, że man­dat ozna­cza zwięk­sze­nie skład­ki ubez­pie­cze­nio­wej na sa­mo­chód. Im wię­cej man­da­tów, tym droż­sze ubez­pie­cze­nie. W na­szym przy­pad­ku przy trzech man­da­tach w cią­gu pię­ciu lat (wszyst­kie moje!) mie­sięcz­ne ubez­pie­cze­nie za auto to tro­chę po­nad sto do­la­rów za OC i AC w jed­nym.

Wra­cając do DMV. Ru­szy­li­śmy do na­uki prze­pi­sów. Z tym po­szło nam cał­kiem do­brze, a po­tem za­czę­ły się scho­dy, czy­li jaz­dy. Na eg­za­min prak­tycz­ny przy­jeż­dżasz wła­snym au­tem. Pro­szę, nie py­taj­cie, jak to moż­li­we, sami mamy kło­pot ze zro­zu­mie­niem tego pa­ra­dok­su. Do auta wsia­da eg­za­mi­na­tor i się za­czy­na. Ja w dniu eg­za­mi­nu pol­skie praw­ko mia­łem od dwu­dzie­stu lat, żeby więc roz­luź­nić at­mos­fe­rę za­ga­iłem de­li­kat­nie, że to za­baw­ne po tylu la­tach zno­wu zda­wać jaz­dy. „A czy ja pana o coś py­ta­łam? Pro­szę się nie od­zy­wać, pro­szę je­chać” – wal­nę­ła eg­za­mi­na­tor­ka. Ciar­ki prze­szły mi po ple­cach. „A gdzie mam skrę­cić” – za­py­ta­łem ci­chut­ko i z po­ko­rą. „Jak bę­dzie pan miał skrę­cić, to panu po­wiem. Je­chać!”

Było źle, ale się uda­ło. Po­now­nie tę dro­gę przez mękę prze­cho­dzi­łem przy zda­wa­niu eg­za­mi­nu na mo­to­cy­klo­we pra­wo jaz­dy. Ufff, też się uda­ło. Swo­ją dro­gą, Ame­ry­ka to wy­ma­rzo­ne miej­sce do jaz­dy na dwóch kół­kach, tu wszy­scy kie­row­cy zwra­ca­ją na mo­to­cy­kli­stę uwa­gę i sta­ra­ją mu się po­móc.

Po­nie­wa