Wnętrza Gwiazd - Aleksandra Szarłat; Alina Mrowińska - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 182 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wnętrza Gwiazd - Aleksandra Szarłat; Alina Mrowińska

"Mój dom jest moją twierdzą" mawiają Brytyjczycy. I wielu z nas się z nimi zgadza. Do domu przeważnie zapraszamy najbliższych znajomych, przyjaciół i rodzinę. Dzięki książce Domy gwiazd, każdy z nas ma szansę zajrzeć do mieszkań sławnych ludzi. Autorki książki Aleksandra Szarłat i Alina Mrowińska odwiedziły m.in Irenę Eris, Monikę Jaruzelską, Marię Nurowską, Karolinę Wajdę. Katarzyna i Cezary Żakowie opowiedzieli o domowych zapachach, Katarzyna FrankNiemczycka o oliwkowej kanapie, a Ewa Błaszczyk o modrzewiach. To nie tylko rozmowy o wnętrzach to rozmowy o życiu, rodzinie i miłości.
Bardzo lubię jak coś jest ludzkie, ciepłe. Podłoga może być przetarta, ściana trochę krzywa, a w meblach musi być dusza. Ewa Błaszczyk
Kiedyś byłem u kogoś w domu, gdzie w gigantycznej kuchni w ogóle nie było stołu. Poraziło mnie to. Nawet zapytałem jak jedzą? Usłyszałem, że nie potrzebują stołu, bo jedzą przy wielkim kuchennym blacie. Na stojąco, bardzo szybko. Nie wyobrażam sobie tego. Kiedy rozłożymy nasz stół może przy nim usiąść dwadzieścia osób. Cezary Żak

Opinie o ebooku Wnętrza Gwiazd - Aleksandra Szarłat; Alina Mrowińska

Fragment ebooka Wnętrza Gwiazd - Aleksandra Szarłat; Alina Mrowińska





Informacje o książce


Ewa Błaszczyk

Dom Ewy jest jasny, taki z klimatem. Duże okna, zawsze odsłonięte. W salonie pianino, na którym czasem gra Mania, i świeże kwiaty, po niedawnych urodzinach Ewy. Wszędzie bardzo dużo zdjęć małych bliźniaczek, z czasu kiedy Ola była jeszcze zdrowa: dziewczynki na pokazie mody, w Tatrach nad Morskim Okiem, zawsze razem. Ewa już ponad dziewięć lat z nieprawdopodobną determinacją walczy o zdrowie Oli. Od kilku lat jeżdżą do kliniki Neurovita w Moskwie. To jedyne miejsce na świecie, gdzie układ nerwowy jest leczony za pomocą komórek macierzystych. „Musiałam to zrobić. Znowu czuję, że otwiera się nowa droga, ale nie wiem, dokąd ona prowadzi", mówi Ewa.

Zdjęcie Ewy z córką Manią autorstwa ks. Wojciecha Drozdowicza. Do roli Czesławy Okińskiej, kochanki Witkacego, w filmie Mistyfikacja Ewa bez wahania ogoliła głowę.

Ewa Błaszczyk
rozmawiała Alina Mrowińska

Niedawno powiedziałaś mi, że twoje życie znowu pofrunęło.

Zrobiło się jaśniej. Mam więcej energii, siły, chce mi się żyć, pracować. Najważniejsza jest oczywiście Ola, ale wszystko, co jest wokół, też dobrze idzie.

To znaczy?

Przestałam się spieszyć. Myślę oczywiście o przyszłości, coś robię, na coś czekam. Ale wiem, że będzie, co będzie… Po raz pierwszy od dawna poczułam spokój. Nie umiem tego jeszcze do końca rozpoznać, nazwać, ale niewątpliwie jest inaczej. Czasami mam wrażenie, jakbym wróciła do siebie z wczesnej młodości, wszystko znowu jest możliwe… To zadziwiające, ale czuję się młoda.

Czujesz, że życie zmienia się na lepsze?

Tak… Ale jest w tym też wielki znak zapytania i kompletny brak planu. Bo ja nic nie mogę… To nie jest tak, że zapiszę się na lekcje i nauczę w rok nowego języka. Wszystko jest kruche, mogę tylko bardzo chcieć i bardzo pracować.

Ten dom był kiedyś bardzo szczęśliwy, kiedy żył Jacek, Ola była zdrowa. Było gwarno, wesoło?

Zawsze było dużo ludzi… Przy tym stole każdy z nas miał swoje miejsce. Ja siedzę teraz na krześle Jacka, ty na moim. Samo się tak stało, że usiadłam tutaj, zupełnie bezwiednie…

Ewa ze swoimi czworonożnymi ulubieńcami

Stół jest w domu ważny?

Bardzo, żeby zapalić na nim świece, usiąść razem każdego dnia. Rozmowa przy stole, oczy drugiego człowieka są bezcenne. Samo jedzenie to tylko fizjologia. Dla mnie szalenie ważne jest, z kim jem, o czym rozmawiam. U mojego przyjaciela, Józka Wilkonia, jest ogromny stół, na cały salon. Uwielbiam go, jak myślę o tym domu, to widzę stół i ludzi.

Zbieraliście się wszyscy przy śniadaniu?

Nie tylko. Jak była z nami babcia Klapcia, mama Jacka, to staraliśmy się też jeść razem obiad. Często robiliśmy kolacje dla przyjaciół. Pamiętam, że bardzo myśleliśmy, co kto lubi zjeść, jaki prezent mu przygotować, żeby się ucieszył.

Nie lubisz świąt… Bo wtedy wracają wspomnienia?

Dla mnie refleksja z nimi związana jest bardzo przykra. Wtedy uprzytamniam sobie wszystko, czego mi brak, a o czym nie myślę, kiedy świat jest rozpędzony. Coś stuka w głowę… To nie jest fajne, bardzo szybko chciałabym wtedy wrócić do normalnego trybu życia.

Jak wyglądały święta przed śmiercią Jacka, wypadkiem Oli?

Zawsze były bardzo szczęśliwe, pełne ludzi i życia. Takie święta pamiętam też ze swojego dzieciństwa. Dom dziadków był bardzo ciepły. Jeździliśmy z rodzicami do nich na wigilie. Przychodziła masa ludzi, cioć, wujków, dzieci. Tamte wspomnienia do dziś dają mi siłę. Gwar, światło lampek na choince… Beztroskie, radosne życie.

Co jeszcze widzisz z tamtego życia?

Ruch, radość, nadzieję na przygodę, fajną przyszłość. To do mnie wraca. Razem planujemy, gdzieś musimy jechać, coś zrobić. Jacek nas pakuje, Ola się śmieje…

Jaka była Ola?

Uwielbiała rysować. Nawet na ścianach w domu, tak zaczynała dzień. Była wesoła, pogodna, śmielsza od Mani. Taka desperatka, łobuzica, bardzo odważna. Ale też coś takiego w niej było, że jak po południu usłyszała złą bajkę, to wiadomo było, że będzie krzyczeć w nocy, budzić się. Zaskakujące… Z jednej strony taka odważna, a z drugiej tak strasznie coś przeżywała. Dużo o tym myślę. Trauma, którą przeżyła dziewięć lat temu podczas wypadku, gdy dusiła się tabletką, ciągle w niej jest. Czy ona nie jest zatrzaśnięta w jakimś strasznym lęku, bez świadomości czasu? Stale to przeżywam, w każdej zbliżonej sytuacji. Jak połykam tabletkę, jestem u dentysty i muszę usiąść, żeby przełknąć ślinę. Myślę, jak świadomość Oli mogła zapamiętać wypadek. I to jest koszmar… Nie jestem w stanie nawet sobie tego wyobrazić.

Jak to odblokować?

Nie mam pojęcia, albo chemią, albo jakimś szokiem. Ciągle za mało wiemy o możliwościach mózgu. Robię wszystko, co tylko można. Ola cały czas ma zajęcia z komunikacji pozawerbalnej. Na różne sposoby próbujemy dotrzeć do jej świadomości.

Już kilkanaście razy byłaś z Olą w Moskwie na podaniu komórek macierzystych. Jest lepiej?

Pierwsze zmiany zobaczyłam już po pierwszym podaniu. Ciało Oli stało się luźniejsze, łatwiej je rehabilitować w domu. Inaczej odkrztusza, przełyka, ma więcej siły, żeby zakasłać, płacze ze łzami. Ale też śmieje się głośno, z dźwiękiem. Mam wrażenie, że jeszcze do środka, do czegoś, co jest w niej…

Siedemnastoletnia Mania – uczennica pierwszej klasy liceum im. Lelewela – lubi czytać przy kominku. Ewa uważa, że ogień w domu jest bardzo ważny. Czasem pali w kominku nawet latem. Jak mówi “lubi dogrzać się psychicznie”.

Oli twarz wyraźnie się zmieniła. Patrzy uważnie, przytomnie. Masz czasami wrażenie, że chce coś powiedzieć?

Staram się tego nie komentować… Uważnie obserwuję. Widzę we wzroku, mięśniach twarzy, w przyspieszonym oddechu, że Ola chce się do nas przebić…

Wraca świadomość?

Nie, jeszcze chyba nie… Najbardziej widzę tę jej chęć. U Oli dużo zależy od tego, w jakiej jest formie. Kiedy jest w miarę stabilnie, cieszy się, nawet śmieje, reaguje na głosy, poznaje je. Czasem jest w stanie uścisnąć nas prawą ręką, powiedzieć „tak", długo mrużąc powieki. Bardzo uważnie słucham ludzi, którzy wyszli ze śpiączki. Wiem, jak ważne jest, żeby do człowieka w takim stanie dużo mówić, przywoływać pozytywne wspomnienia, głębokie emocje. To pobudza u niego chęć do życia, która determinuje rozmaite procesy w organizmie.

Widziałam, jak żywo Ola reaguje, kiedy terapeutki mówią jej o ukochanej babci Klapci, o ostatnich przed chorobą wakacjach w Grecji.

Staramy się opowiadać Oli o tych chwilach, kiedy się cieszyła, była z czegoś dumna. Przed każdym lotem do Moskwy przypominam jej, jak bardzo to lubiła. Kiedy wracałyśmy z Santorini, rok przed wypadkiem, wchodziła do kabiny pilotów, wszystko ją interesowało, zadawała mnóstwo pytań, a potem chciała podziękować i dla każdego coś rysowała. Ola była bardzo śmiała i taka zniewalająca. Tłumaczyła Mani, żeby nie bała się latać. Znakomicie znosi teraz każdą podróż do Moskwy, widzę, jak bardzo się cieszy. Wiesz… myślę, że Ola chce tam być i chce, żeby jej dalej to robić… Więcej dziś medycyna na świecie nie może…

Mania mówi, że musi się udać. Ty bronisz się przed takim myśleniem?

Staram się nie myśleć, nie rozmawiać na ten temat. Co ja tu mogę? Nic… Nie chcę niczego zakładać, dopóki to się nie stanie. Bardzo walczę, staram się, wykonuję codzienną pracę. Ale nie będę mówić o końcu tej drogi, bo go nie znam. Na razie ciągle robię jeden krok.

Nigdy nie pozwalasz sobie na pozytywne wyobrażenia?

Wręcz sobie zabraniam, zamykam temat.

Dobudowałaś do domu piękny dzienny pokój dla Oli. Cały przeszklony, z widokiem na ogród.

Chciałam, żeby miała więcej światła. Teraz widzi drzewa, kwiaty, swoje psy, zmieniające się pory roku, dnia. Słyszy i widzi deszcz. Jej świat zrobił się większy. Zauważyłam, że bardzo lubi tam być.

Ewo, masz czasem wyrzuty sumienia wobec Mani?

Mam, zdecydowanie. Mamy bardzo mało swojego czasu, tylko dla nas. Kiedy grałam w Więzi, Mania nie chciała sama zostawać w domu, brała zeszyty i odrabiała lekcje w garderobie. W którymś momencie wpadłam na pomysł, że pracę i dom da się połączyć. Teraz występujemy razem w recitalu Nawet gdy wichura. Mania śpiewa i gra na gitarze. Byłyśmy ze spektaklem w Londynie, Los Angeles, San Diego, ale też w Radomiu, Tomaszowie Mazowieckim. Rozmowy w samolotach, samochodach, hotelach. Wiele godzin razem. Wyjeżdżamy tylko we dwie na wakacje. Oglądamy nowe miasta, poznajemy nowych ludzi, możemy coś razem przeżyć. Kradniemy czas. Prowokuję różne sytuacje, żebyśmy mogły ze sobą być. Bardzo o to dbam.

Rozmawiacie o Jacku?

Mało. Nie stawiam sobie zadań, nie prowokuję takich rozmów. Mania zresztą też nie. Czekamy na moment, kiedy potrzeba rozmowy narodzi się w nas sama. Też niewiele rozmawiałyśmy o chorobie Oli. To jest za ważne, za delikatne i dlatego dzieje się między nami bez słów. Myślę, że nasza sytuacja bardzo Manię uwrażliwiła, pozwoliła jej więcej zobaczyć. Pokazała, co jest w życiu ważne. I że są ludzie, którzy chcą coś robić dla innych. A jednocześnie cieszę się, że Mania jest normalną nastolatką. Ma swoich przyjaciół, potrafi się ze mną nie zgodzić, pokłócić.

Mania nie jest zazdrosna o Olę?

To jest najpiękniejsze, że Mania żyje przy niej, wobec niej i w ogóle nie ma w sobie buntu czy zazdrości. Nie ma też histerii. Ma do Oli taki normalny, zdrowy stosunek. Tak było od początku i wcale jej tego nie uczyłam, to raczej ja uczę się od niej.

Mania często przychodzi do Oli?

Prawie codziennie wpada po szkole. Bardzo brakuje jej Oli, do wypadku zawsze były razem. Teraz, kiedy jest u niej, opowiada jej o szkole, czyta książki, przytula się. Czasem włącza muzykę, tańczy, trzymając Olę za ręce.

W domu jest bardzo dużo zdjęć zdrowej Oli. To nie boli?

Nigdy po wypadku ich nie schowałam. Zawsze tu stały i stoją. Podobnie zresztą jak zdjęcia Jacka. Nie robię rzeczy sztucznych. Może to kogoś dziwić, peszyć. Ale ja taką Olę, jak na tych zdjęciach, mam w sobie, więc dlaczego mam ją chować? Teraz jest inaczej, ale to nie znaczy, że będzie tak cały czas.

Pianino z początku XX w., pamiątka z rodzinnego domu Ewy. Teraz gra na nim Mania.

Wypadek Oli wydarzył się w tym pokoju, w którym rozmawiamy. Nigdy potem nie chciałaś się stąd wyprowadzić?

Wiele osób mi tak radziło, ale ja nigdy, nawet przez moment, tak nie pomyślałam. To jest moje miejsce na ziemi, lubię tu być. Mogę żyć inaczej, z kim innym, ale nie widzę powodu, żeby się stąd wyprowadzać. Ten dom to moja tożsamość. Tutaj z Jackiem sadziliśmy drzewa, one rosły razem z dziewczynkami. Dzisiaj za oknem mam ogromne modrzewie. Pamiętam, jak lubiliśmy z Jackiem razem siedzieć w ogrodzie. Często wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie, kiedy się zestarzejemy… Zawsze, jak wracam z daleka, lecę samolotem, to wiem, że wracam do siebie. Wcześniej miałam kilka domów, ale dopiero z tym czuję się zrośnięta, jak z moją nogą, ręką.

Mieszkasz tu już 17 lat.

To miejsce mnie urzekło, ale nie umiem tego nazwać, opisać, po prostu to czułam od początku. To tak jak z miłością, wiesz, że „to jest to". Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, miałam nogę w gipsie. Jacek z moim bratem Tomkiem wnieśli mnie na siodełku splecionym z własnych rąk. Gryzły komary, dom był całkiem zrujnowany, wymagał ogromnego remontu. Mnie to nie przeszkadzało.

Mówisz, że nie lubisz domów „za czystych".

Takich sterylnych, ze stali, szkła, gdzie wszystko jest z pedanterią ułożone. Źle czuję się we wnętrzach, jak to nazywam, stomatologiczno- -ginekologicznych. Nawet ogień z kominka jest tam zimny. Nie lubię zewnętrzności, silenia się na takie wysokie C, wszystko wysprzątane, wypachnione. Nie lubię mankietów i sztywnych kołnierzyków. Bardzo lubię, jak coś jest ludzkie, ciepłe. Podłoga może być przetarta, ściana trochę krzywa, a w meblach musi być dusza.

Co lubisz w swoim domu najbardziej?

Nie wiem, czy teraz tak bardzo coś lubię… Trudne pytanie mi zadałaś. Lubię, że Mania tu jest, że na mnie czeka, że jest Ola, że jest ciepło, pali się w kominku, lubię patrzeć na ogień. Ale… to dziwne… Teraz czuję tak naprawdę… że nie mam domu… Mam swoje miejsce, bardzo dobrą bazę do pracy, ale dla mnie dom to coś więcej. Może jeszcze będzie…

Żeby to był dom, to…?

Dużo musiałoby się zmienić… Z Olą i ktoś by jeszcze musiał czekać. Dla mnie najważniejszy jest drugi człowiek. Nigdy nie potrafiłam być sama i teraz też nie potrafię. Jacek siedział w tym pokoju obok, stukał w maszynę, a ja wiedziałam, że jest za ścianą… W sztuce Rok magicznego myślenia jest taki fragment, który od początku mnie zaintrygował: „Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Kwestia żalu nad sobą". I jak przerobić później ten żal na wszystko, co robimy? Wierzę, że ciągle jest światło. A ja jestem w drodze.

Ewa Błaszczyk

Aktorka teatralna i filmowa. Można ją zobaczyć
w Teatrze Studio. Grała w Dekalogu Krzysztofa
Kieślowskiego. Ogromną popularność przyniosła
jej rola w Zmiennikach. Ona sama za najważniejszą
uważa rolę Klary w Nadzorze Wiesława Saniewskiego,
za którą dostała główną nagrodę na Festiwalu
Filmowym w Gdyni. Występowała w Kabarecie
pod Egidą, śpiewa piosenki Agnieszki Osieckiej,
Jacka Kleyffa. Jej mąż, Jacek Janczarski, zmarł
w lutym 2000 roku. Sto dni później córka Ola
zapadła w śpiączkę. W 2002 roku aktorka założyła
Fundację „Akogo?". Buduje przy Centrum Zdrowia
Dziecka klinikę „Budzik" dla dzieci po ciężkich
urazach mózgu.


Katarzyna Dowbor

Ciepły dom z pięknymi zasłonami i starymi meblami. Wygodne kanapy, kominek, stara maszyna do pisania. „Nowoczesne, minimalistyczne wnętrza wydają mi się zbyt chłodne, nie mają klimatu", mówi Kasia. Śmieje się, że ma bardzo dużo porcelany, talerzy, kieliszków tak zwanych gościnnych. „Dla mnie dom jest takim miejscem, w którym powinno się spotykać z ludźmi". Od lat jej marzeniem jest stary dwór z parkiem, który mogłaby uratować. „Taki dwór ma swoją historię, coś widział, tyle rzeczy się w nim wydarzyło. Nazwałabym go Dowborowy Dwór… Stajnie, własne konie, psy… Musiałby mieć dużo pokoi z łazienkami dla przyjaciół i znajomych, żeby jak najczęściej do mnie przyjeżdżali. Ale na razie to nierealne, najpierw Marysia musi skończyć szkoły, mieć blisko koleżanki".

Piękny kominek z trawertynu jest prawdziwą ozdobą salonu

Katarzyna Dowbor
rozmawiała Alina Mrowińska

Mówisz, że meblujesz kolejne domy pod portrety pradziadków.

Ich zdjęcie z 1901 roku jest u mnie od wielu lat. Wygląda jak namalowany portret. Moja mama, która jest konserwatorem, odrestaurowała ramy. Nie znając przodków, powielam ich styl urządzania domu. Wiem, że u moich dziadków było podobnie. Mieszczański styl, serwantki, przytulne kanapy, fotele, dobra porcelana. Dziadkowie mieli piękny dom na Mokotowie. Dziadek, pułkownik Bronisław Kowalczewski, uwielbiał jeździć konno, słynął z wielkiej kolekcji białej broni. Świetnie mówił po angielsku i francusku. Bardzo jestem z niego dumna. Walczył w wojnie 1920 roku. Jako jeden z dziesięciu otrzymał od marszałka Piłsudskiego sygnet z Virtuti Militari. W czasie II wojny światowej organizował ucieczki z obozów jenieckich. Ze swoimi dwoma podwładnymi został wydany gestapo. Przed śmiercią był torturowany i nikogo nie zdradził. Na podstawie jego losów Amerykanie nakręcili film. Babcia zmarła jeszcze przed wojną.

Ponoć była bardzo nowoczesną kobietą.

Skończyła studia i należała do tych nielicznych kobiet, które przed wojną pracowały. Poznała dziadka w wojsku. Świetnie jeździła konno, chodziła w pięknych kapeluszach. Pamiętam, jak jedna z ciotek opowiadała mi, że babcia słynęła z elegancji i urody. Uchodziła za jedną z najpiękniejszych i najlepiej ubranych kobiet w przedwojennej Warszawie.

Zdaniem gospodyni stół jest najważniejszym meblem w domu. Przy nim Kasia z córką jadają posiłki, przy nim też Marysia odrabia lekcje.

Korzenie są dla ciebie ważne?

Bardzo. Dają mi poczucie bezpieczeństwa, ciągłości. To miłe uczucie być dumnym z przodków, że byli uczciwi, konsekwentni, że coś w życiu osiągnęli. Moja mama ze starszą o sześć lat siostrą wojnę spędziły we Francji. Przyjechały do Polski w ’49 roku, zgodnie z testamentem dziadka, który napisał, że bez względu na to, jaka Polska będzie, pragnie, aby jego córki wróciły do kraju. Zaopiekował się nimi brat dziadka. Mama prawie nie mówiła po polsku, nie mogła się przyznać w szkole koleżankom, kim był jej ojciec. Mówiła, że kolejarzem. Takie były czasy.

Kilka lat temu zobaczyłaś miejsce, w którym twoja mama spędziła wojnę.

Byłam tam z bratem, mamą i ciotką, na ślubie u naszej francuskiej rodziny. Zrobiłam wtedy zdjęcie pałacu, w którym one mieszkały przeszło pół wieku temu. I powiesiłam je w domu, obok zdjęcia mamy z czasów wojny. Lubię na nie patrzeć.

Kasiu, który to twój dom?

Zaraz… muszę policzyć… Piąty. Ale od razu mówię, żeby nie było niedomówień, nie mam już tamtych czterech. (śmiech)

A jakbyśmy do domów dodały mieszkania?

Moje dziesiąte miejsce.

Większość ludzi myśli o domu, mieszkaniu, że jest do końca życia.

Często słyszę od znajomych: „Nigdzie się nie przeprowadzę, bo się przywiązałam". Ja przywiązuję się do ludzi, zwierząt, ale nie do nieruchomości. Dla mnie dom ma być przystosowany do mojego życia, moich spraw. Miałam inne wymagania, kiedy byłam mężatką z dorastającym synem, a korki w Warszawie były dużo mniejsze. Mogłam wtedy mieszkać trochę dalej. Kiedy zostałam sama z córką i dużo pracowałam, łatwiej mi było zamieszkać w apartamentowcu blisko telewizji. Ludzie wchodzili tam do windy i nie mówili „Dzień dobry". Moja trzyletnia wtedy Marysia zagadywała: „Dzień dobry, jestem Marysia, a to jest moja mama Kasia, a pan jak ma na imię?". Nie lubię takiej anonimowości, zamykania się w swoich mieszkaniach. Czułam się tam strasznie samotna.

Tu przez okno możesz rozmawiać z sąsiadami. Osiedle jest magiczne, ma duszę.

Przez przypadek zobaczyłam je w internecie i zakochałam się. Mini-osada, wzorowana na XIX-wiecznym miasteczku, kręte uliczki, rynek, ratusz, wiatrak, kocie łby. Taka namiastka wsi, a jednocześnie wszędzie mam blisko, szkołę Marysi, sklepy. Sąsiedzi są fantastyczni. Jak spadł śnieg, skrzyknęło się całe osiedle i wszyscy z łopatami odśnieżaliśmy drogi. Koleżanka biegała z herbatą z wkładką i było jak na pikniku. W lecie drzwi domów są na oścież pootwierane, ludzie siedzą na schodkach, rozmawiają. Wstaję rano, robię Marysi śniadanie, a przez kuchenne okno widzę sąsiadkę Małgosię i machamy sobie. Może jestem tu na dłużej…

Mam wrażenie, że ty lubisz wszelkie zmiany w życiu. 

Chociażby moje zmiany damsko-męskie o tym mówią. (śmiech)

W ilu poważnych związkach byłaś?

W trzech małżeństwach i jednym bardzo poważnym związku. Ale nie jestem dumna z tego, że mi nie wychodziło. Każdy marzy o tym, żeby wyjść raz za mąż, szczęśliwie, do końca życia. Ja też wierzyłam, że następny związek jest tym najważniejszym, na zawsze. Ale jeśli miłość się kończyła, odchodziłam, nigdy nie potrafiłam oszukiwać, być w dwóch związkach równolegle. I z tego jestem dumna, że nie oszukiwałam.

Konstanciński dom Katarzyny Dowbor jest tradycyjny, stylowy. Charakter nadają mu m.in. przedwojenne meble i portrety przodków na ścianach

Klimat domu tworzą stylowe detale: angielski fajans, poniemiecka maszyna do pisania… Kasia zaraziła już córkę miłością do koni. Ten, który im codziennie towarzyszy, ma na imię Rodezja.

Kobiety często zostają w złych związkach, bo boją się być same.

A czego tu się bać? Rozumiem, że kobiety próbują ratować związek, bo kochają mężczyznę. Natomiast jeśli tej miłości dawno już nie ma, wręcz jest niechęć, agresja, to po co w tym tkwić? Bycie na siłę z kimś, kogo nie kochasz, kto cię irytuje, drażni, poniża, jest przerażające. Często na imprezach jestem świadkiem takiego lekceważącego mówienia o partnerach. Kobieta: „Ten idiota, czego się można po nim spodziewać?". Mężczyzna: „Z tą kretynką to nawet nie można pogadać". Ja kończę nawet znajomość, jeżeli ktoś mi nie odpowiada, a co dopiero związek. Wolę być sama i mieć spokój psychiczny. Poza tym kobieta bez mężczyzny wcale nie musi być sama. Może mieć dzieci, przyjaciół. Strasznie ważne jest, żeby być wśród ludzi. Łatwiej jest przeżywać z kimś kłopoty. Nie wolno samej siedzieć w domu i zamartwiać się. Lepiej jechać do koleżanki i przygotować razem pyszną kolację. Od lat mam stałe, wierne grono przyjaciół, którym ufam. Jeździmy razem na wakacje, mogę zostawić u nich na kilka dni Marysię i nie będę się bała.

Fantastycznie udało ci się ułożyć relacje z ojcem Marysi, mimo że ma on rodzinę i nie mieszka z wami. To bardzo rzadkie.

Obojgu nam się udało. Mieliśmy Marysię dość późno, byliśmy dojrzałymi ludźmi po przejściach. Ustaliliśmy, że najważniejsza w tym wszystkim jest Marysia, jej szczęśliwe dzieciństwo. Trzeba bardzo dużo przeżyć, żeby to potrafić. Powinnam jeszcze dodać, że oboje mamy dobre charaktery. (śmiech) Jesteśmy niekonfliktowi. Ojciec Marysi jest niezwykle stonowany, nie pamięta urazów.

Masz poczucie, że wychowujecie Marysię wspólnie?

Zdecydowanie tak. Ja z Marysią mieszkam, natomiast wszystkie najważniejsze dla niej sprawy konsultuję z jej tatą. My z Jurkiem przyjaźnimy się i szanujemy. Marysia to widzi.

Nie brakuje jej taty na co dzień?

Ma taty naprawdę dużo, wcale nie mniej niż jej koleżanki, które mają ojców w domu zajętych bardzo mocno biznesem. Marysia spędza z tatą każdy weekend, część wakacji. Zawsze ma go dla siebie, kiedy tylko tego potrzebuje. W każdej chwili może do niego zadzwonić. Ma bardzo dobre relacje ze swoim przyrodnim rodzeństwem, braćmi, siostrami. Bywa w domu taty i jest tam kochana.

To chyba nie było dla ciebie łatwe?

Musiałam się pozbyć swoich wyobrażeń, żali. Ale po tych dziesięciu latach naprawdę jestem dumna, że udało nam się wypracować taką relację. Dzięki temu mamy fajne, ciepłe dziecko. Marysia nie zna kłótni, przykrych słów, nie widziała nigdy udowadniania sobie racji. Ma naprawdę bardzo normalny dom. Tata jest dla niej autorytetem. Uczę ją szacunku i miłości do ojca, doceniania jego inteligencji, talentu. Marysia rozumie, że tata czasem nie może przyjechać, bo nagle wypadło mu bardzo ważne spotkanie. Rozumie, bo jej tata nigdy nie nawala.

Nazywasz czas po urodzeniu Marysi czasem braku egoizmu. Zastanawiam się, może lepiej jest urodzić dziecko w okolicach czterdziestki, kiedy już coś przeżyłyśmy, wiemy, czego oczekujemy od życia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.