Wierzę. Komentarz do Credo. Wydanie specjalne w Roku Wiary - Opracowanie zbiorowe - ebook
Wydawca: Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Wierzę. Komentarz do Credo. Wydanie specjalne w Roku Wiary ebook

Opracowanie zbiorowe

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 889 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wierzę. Komentarz do Credo. Wydanie specjalne w Roku Wiary - Opracowanie zbiorowe

Syntetyczny komentarz do wszystkich prawd wiary zawartych w Credo, autorstwa jedenastu wybitnych teologów, jest publikacją, która doskonale pomoże przeżyć Rok Wiary ogłoszony przez papieża Benedykta XVI. Ponieważ kwestia wiary nigdy nie może być rozwiązana raz na zawsze, trzeba ciągle na nowo stawać wobec faktów wyrażonych w Credo i uświadamiać sobie ich znaczenie. Autorzy tej książki ukazują prawdy wiary w sposób przystępny dla współczesnego czytelnika i dogłębnie analizują istotę i rolę Kościoła, przedstawiając jego sytuację w obliczu dzisiejszych wyzwań. Uwzględniając zarzuty podnoszone przeciwko chrześcijańskiej wierze, dostrzegają w nich nie tylko ładunek negatywny, lecz także okazję, aby sięgnąć do głębi bogactw tego, w co chrześcijanie wierzą. Wszystko po to, by wiara była solidna i godna zaufania. By poparta rzetelną wiedzą, mogła być również jak najlepiej wyrażana wobec osób niewierzących. Właśnie taki jest główny cel tej publikacji: osoby wierzące zachęcić do pogłębienia wiary, a tych, którzy stoją nieco dalej od Kościoła, pobudzić do refleksji, by mogli lepiej zrozumieć najbardziej niezwykły motyw chrześcijaństwa: miłość.

W Liście apostolskim „Porta fidei” papież pisze, że w Roku Wiary będziemy mieli okazję do wyznawania wiary w zmartwychwstałego Pana w naszych katedrach i kościołach całego świata; w naszych domach i rodzinach, aby każdy silnie odczuł potrzebę lepszego zrozumienia odwiecznej wiary i przekazywania jej przyszłym pokoleniom. (…) W realizacji tego zadania wielkim wsparciem może być niniejsza książka, która stanowi wspaniały komentarz do dwunastu artykułów naszej wiary.

Ksiądz Biskup Andrzej Czaja. Przewodniczący Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski

Opinie o ebooku Wierzę. Komentarz do Credo. Wydanie specjalne w Roku Wiary - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Wierzę. Komentarz do Credo. Wydanie specjalne w Roku Wiary - Opracowanie zbiorowe






























Wierzę

w Boga, Ojca wszechmogącego,

Stworzyciela nieba i ziemi.

I w Jezusa Chrystusa,

Syna Jego jedynego,

Pana naszego,

który się począł z Ducha Świętego,

narodził się z Maryi Panny.

Umęczon pod Ponckim Piłatem,

ukrzyżowan, umarł i pogrzebion.

Zstąpił do piekieł.

Trzeciego dnia zmartwychwstał,

wstąpił na niebiosa,

siedzi po prawicy Boga

Ojca wszechmogącego.

Stamtąd przyjdzie sądzić

żywych i umarłych.

Wierzę w Ducha Świętego,

święty Kościół powszechny,

świętych obcowanie,

grzechów odpuszczenie,

ciała zmartwychwstanie,

żywot wieczny.

Amen.



Wydanie specjalne

w Roku Wiary



Wierzę




Tytuły oryginałów: Maurizio Gronchi: Gesu suo unico figlio; J. C. R. García Paredes: Figlio di Dio Figlio dell’uomo; F. G. Brambilla: Alla ricerca di Gesu; B. Sesboüé: Cristo, ieri, oggi e domani; X. Pikaza: Lo Spirito di Dio; S. Pié-Ninot: Credere la Chiesa; J. Fontbona: La comunione dei santi. «Credo... la comunione dei santi»; J. Moingt: La remissione dei peccati; M. G. Ballester: La nostra risurrezione; F. Ardusso: Le ragioni della fede cristiana. „Amen”


© Teksty (z wyjątkiem artykułu o. J. Salija OP) ukazały się w Wydawnictwie „Jedność” w latach 2003–2007


Autorzy

Franco Ardusso, Martín Gelabert Ballester, Franco Giulio Brambilla,

Maurizio Gronchi, Jaume Fontbona, Joseph Moingt, José Cristo Rey García Paredes,

Xabier Pikaza, Salvador Pié-Ninot, Jacek Salij, Bernard Sesboüé


Przekład z języka włoskiego

ks. dr Paweł Borto (ss. 151-200), ks. prof. dr hab. Stanisław Czerwik (ss. 107-150, 469-500),

dr Dariusz Chodyniecki (ss. 55-105, 245-293, 335-377, 379-416, 417-467),

ks. dr Jarosław Piotrów (ss. 201-244), Krzysztof Stopa (ss. 295-334)


Redaktor naukowy

o. prof. dr hab. Jacek Salij OP


Korekta

Zofia Korzeńska, Elżbieta Lubowiecka (ss. 107-150, 245-293)


Redakcja techniczna

Marcin Satro


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


ISBN 978-83-7660-753-5


Wydawnictwo „Jedność”

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 41 349 50 50

Redakcja tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ


Przedmowa

Wiara bywa dziś na różne sposoby ośmieszana i lekceważona, a nawet krępowana i zwalczana. Podważa się jej wartość i spycha na margines życia; w niektórych rejonach świata prześladuje. Tymczasem życie na naszej planecie jest oparte na wierze. Mam na myśli wiarę naturalną, tzn. dawanie wiary drugiemu człowiekowi i treściom, które komunikuje. Bez wiary nie ma możliwości rozwoju człowieka, ludzkiej wiedzy, komunikacji między nami. Nie ma możliwości należytego wartościowania i zdolności do podejmowania wiążących decyzji. Wszystko opiera się na uznaniu za wiarygodne tego, co jest nam przekazywane. Dlatego wiara jest człowiekowi niezbędna jak pokarm i powietrze, którym oddycha.

Analogicznie wiary domaga się nasze życie z Bogiem. Na różne sposoby przypominał nam o tym papież Benedykt XVI podczas pielgrzymki do Polski przeżywanej pod hasłem: „Trwajcie mocni w wierze”. W jasnogórskim sanktuarium mówił, że wiara jest darem, danym przy chrzcie, który umożliwia nam spotkanie z Bogiem. Gdy powierzamy się żywemu Bogu, gdy z pokorą umysłu uciekamy się do Niego, przenika nas wewnątrz jakby niewidoczny strumień życia Bożego. Dlatego jakże ważne jest to, byśmy „uwierzyli w moc wiary”, w możliwość nawiązania dzięki niej bezpośredniej więzi z Bogiem i nią się rozradowali.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy, że wiara w Boga oznacza konkretną postawę przylgnięcia do Niego całym sobą, całkowite zawierzenie życia Bogu, kroczenie ku Niemu i z Nim, a więc nie po swojemu, lecz żyjąc treściami, które są nam przekazane jako dziedzictwo, jako depozyt wiary apostolskiej. Gdy razem z innymi wyznajemy wiernie wiarę Apostołów, kształtujemy wspólnotę wiary, czyli Chrystusowy Kościół i wówczas świadectwem swej wiary jesteśmy zdolni pociągać innych do Boga. Potrafimy jak Apostołowie wyrywać ludzi z mocy ciemności i przyprowadzać do Boga.

Dlatego w papieskiej inicjatywie ogłoszenia Roku Wiary wyczuwamy dzieło z Bożego natchnienia, konkretną odpowiedź na kryzys wiary, który dotknął wielu ludzi. Ojciec święty wzywa nas do podjęcia pielgrzymiej drogi pośród duchowych pustyń współczesnego świata, niosąc to, co najbardziej istotne: Ewangelię i wiarę Kościoła, wskazując drogę ku Ziemi Obiecanej i uobecniając w świecie nadzieję zbawienia. Nie chodzi więc o samo uczczenie 50. rocznicy zwołania Soboru Watykańskiego II, lecz o dostrzeżenie na nowo prawdy, wartości i piękna naszej wiary, umocnienie jej w sercach i rodzinach, mężne wyznawanie nawzajem wobec siebie i przed światem oraz budzenie odpowiedzialności za jej zwiastowanie i przekaz.

Wartość wiary w Trójjedynego Boga: Ojca, Syna i Ducha Świętego ujawnia się najpierw w tym, że jest nam wielkim światłem na ścieżkach życia, że pozwala nam więcej widzieć, lepiej odczytywać sens życia i naszą sytuację w świecie. Równocześnie, nasza wiara jest źródłem nowego życia, źródłem życia Bożego w nas. Święty Paweł oznajmia nam w Liście do Rzymian, że „sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej – do zbawienia” (Rz 10,10). Usprawiedliwienie jest naszym udziałem od dnia chrztu. Wtedy zostaliśmy przeniesieni ze stanu Adama do stanu Jezusa Chrystusa i jesteśmy odtąd dziećmi Bożymi, domownikami Boga i dziedzicami Jego Królestwa. Natomiast myśląc poważnie o zbawieniu powinniśmy mocno brać sobie do serca apel autora Listu do Hebrajczyków: „Trwajmy mocno w wyznawaniu wiary” (Hbr 4,14). Równie ważne jest dalsze jego zawołanie: „Przybliżmy się więc do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili” (Hbr 4,16). Tą chwilą jest Rok Wiary i nie ulega wątpliwości, że jeśli ma dobrze zaowocować w nas, w naszych rodzinach i całym Kościele, to trzeba jak najbardziej zbliżyć się do Jezusa.

W Liście apostolskim Porta fidei papież pisze, że w Roku Wiary będziemy mieli okazję do wyznawania wiary w zmartwychwstałego Pana w naszych katedrach i kościołach całego świata; w naszych domach i rodzinach, aby każdy silnie odczuł potrzebę lepszego zrozumienia odwiecznej wiary i przekazywania jej przyszłym pokoleniom. W ten sposób mobilizuje nas do dawania świadectwa wiary, dzielenia się nią i w razie potrzeby bronienia jej, poczynając od własnego domu, od ewangelizacji domowników. Każdy wierzący, zdaniem papieża, powinien „ponownie odkryć treść wiary wyznawanej, celebrowanej, przeżywanej i przemodlonej, i zastanowić się nad samym aktem wiary” (PF 9). Chodzi o to, by jak najczęściej wyrażać wspaniałe dziedzictwo naszej wiary, by się nim rozradować i obudzić w sobie pragnienie wiernego przekazywania go innym.

W realizacji zadania wielkim wsparciem może nam być niniejsza książka, która stanowi wspaniały komentarz do dwunastu artykułów naszej wiary. Słowa uznania i wdzięczności kieruję w stronę autorów poszczególnych tekstów, a także twórców książki. Wszystkich zachęcam do wytrwałej i zaangażowanej lektury.

Niech Boży Duch prowadzi i pomoże zgłębić wielorakie treści, odkryć wartość i piękno wiary Apostołów!

Opole, dnia 22 października 2012 r.

Andrzej Czaja, biskup opolski Przewodniczący Komisji Nauki WiaryKonferencji Episkopatu Polski


OJCIEC, STWÓRCA NIEBA I ZIEMI

Jacek Salij

Wierzę w Boga,

Ojca wszechmogącego,

Stworzyciela nieba i ziemi


Wstęp

Swoją nazwę Skład Apostolski zawdzięcza temu – cytuję teraz Katechizm Kościoła Katolickiego, 194 – że „słusznie jest uważany za wierne streszczenie wiary Apostołów. Jest to starożytny symbol chrzcielny Kościoła rzymskiego. Jego wielki autorytet wynika z faktu, że jest on symbolem, którego strzeże Kościół rzymski, Kościół, gdzie miał siedzibę Piotr, pierwszy z Apostołów, i dokąd przyniósł wyrażenie wspólnej wiary”.

Według starodawnej legendy, tekst tego wyznania wiary ułożyli sami Apostołowie. Kiedy mieli już rozejść się w różne strony świata, aby głosić Ewangelię wszystkim narodom, postanowili w dwunastu zdaniach, stosownie do liczby swojego apostolskiego kolegium, ująć całość wspólnej wiary.

Symbol ten jest niewątpliwie wcześniejszy od wyznania wiary, przyjętego na soborze w Nicei (r. 325) i uzupełnionego przez sobór w Konstantynopolu (r. 381), a o jego znaczeniu w Kościele zachodnim świadczy przede wszystkim jego kluczowe miejsce w liturgii chrzcielnej. Z tego względu starożytni Ojcowie Kościoła wręcz często Skład Apostolski objaśniali. Nawet w języku polskim mamy co najmniej cztery ich komentarze1.

Przedmiotem niniejszego rozdziału jest prawda o Bogu, który jest naprawdę Bogiem, tzn. jest wieczny i nie podlega żadnemu stawaniu się. Nawet pochodzenia Osób Boskich niczego w Bogu nie zmieniają. W boskiej wieczności nie było momentu, w którym nie byłoby Syna albo Ducha Świętego – pierwsza osoba jest zawsze Ojcem, nie było momentu, w którym dopiero stałaby się Ojcem. Każda z osób Trójcy Świętej jest prawdziwym Bogiem, równym i współwiecznym dwom osobom pozostałym. Zarazem wszyscy Trzej są jednym jedynym Bogiem, bo każda z osób jest tak nieskończenie oddana dwom pozostałym, że – jak to nieudolnie próbujemy oddać w naszym ludzkim języku – w gruncie rzeczy nie ma między nimi relacji, ale każda z osób jest cała relacją ku obu pozostałym. To dlatego Bóg – i to najdosłowniej – jest Miłością.

I właśnie jako Miłość stworzył, czyli powołał do istnienia wszystko, co istnieje – cały wszechświat materialny oraz byty niewidzialne, czyli aniołów. Sporo miejsca poświęciliśmy w tym rozdziale Bożej wszechmocy i wszechobecności, przede wszystkim jednak Bożej opatrzności. Mówiąc o Bożej opatrzności, szczególnego namysłu wymagało pytanie, dlaczego w tym naszym świecie, który przecież został stworzony jako jednoznacznie dobry, jest tyle zła.

Rozdział kończę pytaniem, co szczególnie wynika stąd, że człowiek, istota przecież rozumna, został umieszczony przez Stwórcę wśród stworzeń nierozumnych.

1 Św. Ambroży, Wyjaśnienie Symbolu, w: tenże, Wybór pism dogmatycznych, Poznań 1970, „Pisma Ojców Kościoła”, t. 26, s. 21–30; Augustyn – Piotr Chryzolog – Wenancjusz Fortunatus, Symbol apostolski w nauczaniu Ojców, Kraków 2010, „Źródła myśli teologicznej”, t. 53, ss. 202.


WSTĘP

Podejmować dzisiaj, na początku nowego milenium, próbę wyjaśnienia artykułu wiary o tym, że Syn Boży stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Maryi Panny, to wielkie wyzwanie.

„Wcielenie Boga”, „dziewicze poczęcie Jezusa”, „synostwo Boże Jezusa” są sformułowaniami mogącymi wywoływać zdumienie lub sceptycyzm, aprobatę albo drwinę. Tych, którzy te stwierdzenia przyjmują z wiarą, zdumienie ogarnia na myśl, że bóstwo złączyło się na zawsze z człowieczeństwem, przyjmując ludzki los jako swój własny. Porusza nas do głębi, że jedna z ludzkich istot – i tylko jedna! – jest Jednorodzonym Synem Bożym i że ten Syn narodził się ponad dwa tysiące lat temu z kobiety – Maryi z Nazaretu. Ci, którzy nie doszli do wiary, mogą to uważać za przejaw fanatyzmu, wytwór wyobraźni lub oznakę bałwochwalstwa, które nakazuje ubóstwiać charyzmatycznych liderów. Jak uzasadnić dzisiaj ten artykuł Credo?

Opracowanie naukowego komentarza na ten temat jest dla mnie wielkim wyzwaniem teologicznym i duchowym. Staję przecież wobec największej tajemnicy naszej wiary. Pragnę więc podjąć ten obowiązek z wiarą i pokorą, trwając w kontemplacji, nasłuchiwaniu, na modlitwie, w nieustannej gotowości na przyjęcie słowa Bożego. Chciałbym zdumiewać się tą tajemnicą, odczuwać olśniewający blask jej światła, siłę jej promieniowania, dać się porwać jej niewyobrażalnej wzniosłości. Nade wszystko pragnąłbym zdobyć umiejętność jej przekazania oraz dopomóc moim siostrom i braciom, by z tą tajemnicą nawiązali dialog i zechcieli ją wielbić. Dlatego rozpoczynam od modlitwy, jaką my, księża, odmawiamy przed wygłoszeniem czytania z Ewangelii: „Wszechmogący Boże, oczyść serce i usta moje, abym godnie głosił Twoją świętą Ewangelię”.

W moim komentarzu pragnę pójść najprostszą drogą, która w sposób pedagogiczny będzie nas wiodła do samego centrum tego artykułu Credo. Chciałbym przechodzić od tego, co mniejsze, do tego, co większe, od stwierdzeń elementarnych do bardziej złożonych, od spraw prostych do bardziej tajemniczych.

Przede wszystkim będziemy mówić o czymś, co jest podstawowe dla ukierunkowania naszej medytacji, a mianowicie o tym, co mamy na myśli, gdy wyznajemy: „wierzę”. Następnie przypomnimy najbardziej zrozumiałe przesłanki, jakie Kościół apostolski przekazał nam w odniesieniu do tego artykułu wiary. Zobaczymy wreszcie, w jaki sposób wiara nadaje sens temu artykułowi i prowadzi nas aż do momentu, w którym przekroczymy wszelką wiedzę.

Najłatwiej przychodzi nam wyznać ludzkie pochodzenie Jezusa: „Wierzę, że Jezus narodził się z Maryi”. Trudniej wyznać Jego pochodzenie boskie: „Wierzę, że zstąpił z nieba i za sprawą Ducha Świętego narodził się z Maryi Panny”.


Wstęp

Komentarz do głównego artykułu Credo, dotyczącego śmierci i zmartwychwstania Jezusa, nie jest prostym zadaniem. Wybrałem formę narracji, która nie przeszkadza w precyzji systematycznego rozwinięcia tematu oraz nie lekceważy całego zaplecza dokumentacyjnego, a zarazem sugeruje zafascynowanie pewną drogą i wskazuje na jedność zasadniczego motywu.

Motyw ten został rozwinięty wokół tematu: „poszukiwanie Jezusa”. Właśnie w centralnym artykule Credo Jezus musi być ciągle na nowo poszukiwany, abyśmy Go odnaleźli – Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Poszukiwanie człowieka i tęsknota Boga splatają się w tych słowach: Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło. Dlatego w pierwszym rozdziale zatrzymamy się nad epizodem z Zacheuszem, który stanowi swego rodzaju portal wejściowy, wprowadzający do trzech przestrzeni umysłu i serca, do triduum paschalnego, gdzie poszukiwanie Boga i człowieka zatrzymuje się, urywa i powraca w nowinie o zmartwychwstaniu, która głosi: Dlaczego szukacie żywego pośród umarłych? Nie ma Go tu, zmartwychwstał!

Ten fascynujący i dramatyczny zarazem motyw, temat poszukiwania Jezusa, jest zaproszeniem do tego, by nigdy nie znużyć się przebywaniem w cieniu Paschy Chrystusa. Jego misja polega na tym, by odszukać i zbawić zagubioną ludzkość. Naszą odpowiedzią natomiast jest wydanie Go. On na końcu wychodzi nam naprzeciw jako Żyjący, który przenika nasze poszukiwanie dobrego i szczęśliwego życia, ponieważ On jest inny niż pragnienia człowieka, jest żywym obrazem nieskończonej miłości Ojca.


Wstęp

Credo dzieli się na trzy artykuły: pierwszy odnosi się do Ojca, drugi do Syna, a trzeci do Ducha Świętego. Prawdy wiary, które zostaną omówione w tym rozdziale, kończą drugi artykuł: „Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych”. Zanim omówimy te prawdy wiary, warto określić ich miejsce w ogólnym układzie Credo.

Kim jesteśmy? Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy? Takie są ostateczne pytania, które stawia sobie każda istota ludzka. Żadna z religii nie może pozwolić sobie na to, aby je ignorować. Z tego powodu chrześcijańskie Credo prowadzi nas od stworzenia świata aż do końca czasów. Credo jest krótkim „opowiadaniem”, które łączy w sobie początek i koniec świata. W nim Bóg Trójjedyny nie jest wyznawany w sposób abstrakcyjny, za pomocą analizy teologiczno-logicznej, dotyczącej jedynego Boga w trzech Osobach. Bóg jest wyznawany z uwzględnieniem historii, którą On zechciał przeżyć i napisać razem z ludzkością. Credo mówi nam o tym, co każda z trzech Osób Boskich zdziałała „dla ludzi i dla naszego zbawienia”.

W osobie Ojca, stworzyciela nieba i ziemi, Symbol wiary powraca do „początku” historii. Mówi nam, kim jest Bóg i kim jesteśmy my w Jego planach.

W osobie Syna Credo przywołuje następujące po sobie kolejno wydarzenia, które równocześnie stają się historią naszego zbawienia, opowiadając w skrócie o narodzeniu, męce pod Poncjuszem Piłatem, ukrzyżowaniu, śmierci, pogrzebaniu, zstąpieniu do piekieł i powstaniu z martwych trzeciego dnia. Owe ostatnie sformułowania, które w sposób skrótowy opisują etapy misterium paschalnego, tworzą prawdziwe, we właściwym tego słowa znaczeniu, centrum chrześcijańskiego Wyznania wiary. Rzeczywiście, opowiadają z punktu widzenia naszego zbawienia to, co stanowi podstawę całej historii ludzkości. Centrum, które zarazem jest jej szczytem, ponieważ w tym zdarzeniu, które dokonało się tylko raz jedyny po wszystkie czasy, osiąga kulminację cała historia zbawienia. Aż do tego momentu stwierdzenia Symbolu jakby wstępowały do misterium paschalnego Jezusa. Od tego momentu nabierają charakteru jakby zstępującego na nas w dwóch kolejno po sobie następujących falach, aby nam powiedzieć, jakie są konsekwencje tego misterium.

Dzięki tym dwóm falom nasz wzrok wezwany jest do patrzenia nie w kierunku tego, co znajduje się za nami, a co jest związane z początkiem historii i przeszłością, ale w kierunku naszej teraźniejszości i przyszłości, w kierunku tego, co nas prowadzi ku końcowi czasów. Chrystus bowiem, włączywszy się jeden jedyny raz w naszą historię, dzisiaj w pełni żyje i dostępuje chwały, będąc zawsze obecny i działający dla naszego zbawienia. Jego tajemnica nie należy wyłącznie do przeszłości, ponieważ ma swoją przyszłość. Nie jest On wyłącznie Tym, który przybył, lecz także Tym, który powróci. Na równi ze swoim Ojcem jest „Alfą i Omegą”, tym, „Który jest, Który był i Który przychodzi”, tak jak mówi Apokalipsa (1,8; 22,13). Na tych – wspomnianych już – dwóch następujących po sobie falach Credo kończy swoje opowiadanie, które, jak każde opowiadanie, ma swój początek, centrum i koniec. A koniec tego opowiadania zbiega się z końcem historii, z tym, co się nazywa eschatologią. Termin ten, pochodzący z języka greckiego, wskazuje na to wszystko, co dotyczy końca czasów.

Prawdy wiary, które mamy zamiar omówić w tej części, stanowią tę pierwszą falę, której treści odsyłają nas od teraźniejszości do przyszłości i opowiadają o wypełnieniu misterium Chrystusa, o Jego powrocie na prawicę Ojca i pełnionej przez Niego roli aż do końca czasów. Ten fragment prowadzi nas od Jego wniebowstąpienia aż do Jego powrotu na sąd powszechny i ostateczny całej ludzkości.

W osobie Ducha Świętego mamy do czynienia z drugą falą, na którą składają się stwierdzenia, które jeszcze raz kierują nas ku końcowi czasów: tym razem chodzi o trzeci artykuł wiary zawarty w Credo, poświęcony jednocześnie Duchowi Świętemu i Kościołowi. Ten trzeci artykuł Credo zachęca nas do zwrócenia uwagi na aktualność czasu Kościoła, który, poczynając od Zesłania Ducha Świętego, jest ożywiany tchnieniem Ducha Świętego. Lecz owa aktualność jest aktualnością czasu, który przemija i który ostatecznie doprowadzi nas do dnia zmartwychwstania ciał i do życia wiecznego.

Możemy teraz powrócić do prawd wiary, które staną się przedmiotem analizy tej części i którą podzielimy na trzy krótkie rozdziały. W pierwszym z nich zobaczymy Jezusa w przeddzień Jego wniebowstąpienia i będziemy Mu towarzyszyć aż do chwili, kiedy zasiądzie po prawicy Ojca, gdzie będzie królował nad całym światem. Drugi rozdział odnosi się do nas, żyjących pragnieniem Jego powrotu i oczekujących Go zgodnie z ostatnimi słowami Apokalipsy św. Jana (22,20): „Przyjdź, Panie Jezu!”. Trzeci rozdział będzie dotyczył Jego powrotu i Jego tajemniczego sądu nad żywymi i umarłymi.


Wstęp

Wierzę w Ducha Świętego Wyznanie takie nie jest przedmiotem naukowych dociekań czy dowodzenia, ani też czymś, czym można dowolnie manipulować w obrębie jakiegoś systemu. Nie jest to jedna spośród wielu otaczających nas rzeczy, jedno z wielu istniejących na świecie nieznanych zjawisk. Mamy tu do czynienia z tajemnicą wiary związaną z Bogiem, gdyż należy ona do Boga, do Ojca i Jego Syna, Jezusa Chrystusa: jest to łaska stojąca u podstaw naszego życia, ponieważ dzięki łasce należymy do Boga, poruszamy się w Nim i jesteśmy (por. Dz 17,28).Toteż gdy deklaruję swą wiarę w Ducha Świętego, to stwierdzam, że wierzę w Niego i ufam w Jego moc, gdyż to On mi uprzednio zaufał, obdarzając mnie wiarą.

Potwierdzam w ten sposób słowami pochodzącymi sprzed wieków, że Duch Święty jest wzniosłym i ukrytym, niewidzialnym i pełnym blasku źródłem rzeczywistości łaski, która zalicza się do tajemnicy Boga. Ów Duch jest Kimś zachwycającym i godnym miłości, zawsze szlachetnym i delikatnym przyjacielem człowieka. Gdy mówię, że w Niego wierzę, to przeciwstawiam się duchom nieczystym (bezosobowe siły kosmiczne lub demony, które wydają się opanowywać ziemię). Ów Duch jest Tym, który objawia się przez stworzenie i działa w historii ludzkości. W szczególny sposób objawił się On w ludzie Przymierza (Izrael), a nade wszystko – w Jezusie Chrystusie. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, chrześcijanie ośmielili się powiedzieć, że Duch Chrystusa jest Trzecią Osobą Boską i stanowi pełnię Trójcy Świętej wraz z Ojcem i Synem.

Najstarsze z wyznań wiary, tzw. Symbol Apostolski, stwierdza, że Duch Święty działa i jest obecny w świętym Kościele powszechnym, w świętych obcowaniu, w grzechów odpuszczeniu, ciała zmartwychwstaniu i w żywocie wiecznym. Jego atrybutami są: wspólnota, przebaczenie i życie. Symbol Wiary Soborów Nicejskiego (325) i Konstantynopolitańskiego (381) uroczyście ogłasza wiarę Kościoła, dodając, że Duch Święty jest Panem i Ożywicielem, który od Ojca pochodzi (rzymscy katolicy dołączyli do tego: „i od Syna”), który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę, i który mówił przez proroków. Tak oto Kościół wyznaje, że Duch Święty należy do tajemnicy Boga (w uwielbieniu i chwale), wiążąc Go w specjalny sposób z historią zbawienia (mówił przez proroków) i z przekazywaniem życia (jest On Panem i Ożywicielem).

Te właśnie zagadnienia porusza niniejszy rozdział, który ma być wyznaniem wiary oraz refleksją nad Duchem Świętym w perspektywie biblijnej. Jest to wyznanie wiary radosnej i pełnej zachwytu, gdyż doświadczenie Ducha Bożego jako daru Chrystusa, jako wolności wypełnionej miłością i obcowania świętych – ludzi uświęconych przez Boga – budzi taką radość i zachwyt, że chciałoby się śpiewać. Jest to refleksja, która ma nam pomóc w lepszym poznaniu tego, w co wierzymy. Nie jest ona zwyczajną medytacją, czystym hymnem uwielbienia, ale raczej teologicznym ćwiczeniem. Stąd potrzeba pewnego wysiłku, aby tę refleksję zrozumieć. Dokonuje się ona w perspektywie biblijnej, gdyż w historii zbawienia, i to wyraźniej niż w wyznaniu wiary już głoszonej i wyznawanej przez Kościół, widoczny jest rozwój wiary.


Wstęp

„Chrystus tak, Kościół nie”? „Religia tak, Bóg osobowy nie”? „Czy można wierzyć bez przynależności”? (G. Davis).

„Żaden człowiek nie przetrwa bez instytucji” (P.L. Berger).

„Instytucja kościelna jest znakiem Ducha Chrystusowego, który zapewnia wierzącemu tożsamość, wszczepia go w Ciało Chrystusa i obdarza wolnością” (M. Kehl).

„Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (KK 1).

„Kościół jest bardziej wiarygodny, jeśli daje świadectwo własnym życiem” (Synod 1985).

Aktualne doświadczenie wiary chrześcijańskiej i Kościoła można by ogólnie scharakteryzować jako „przejście od Kościoła opierającego się na jednorodnej społeczności chrześcijańskiej i niemal tożsamego z nią – to znaczy Kościoła mas – do Kościoła złożonego z tych, którzy wbrew swemu środowisku otwarli się na opcję wiary osobowej, jasnej i świadomej” (tak mówił K. Rahner już 30 lat temu).

Skądinąd niedawne odkrycia i badania opinii publicznej wyraźnie dają do zrozumienia, że tak zwane „formalne instytucje społeczne”, jak na przykład państwo i jego organy, partie polityczne, związki zawodowe – w przeciwieństwie do „nieformalnych” instytucji, takich jak nowe ruchy społeczne, stowarzyszenia wolontariatu itp. – nie cieszą się dobrą reputacją. Nic zatem dziwnego, że podobne zjawisko dotyka również Kościół, rozumiany całościowo. A wszystko to dokonuje się pomimo faktu, że wiek XX był w pełnym tego słowa znaczeniu „wiekiem Kościoła” za sprawą istotnego wkładu, jaki wniósł Sobór Watykański II, który skoncentrował się właśnie na Kościele.

Oprócz tego trzeba pamiętać, że klasyczny paradoks ostatnich lat, wyrażający się w sloganie „Chrystus tak, Kościół nie”, przekształca się obecnie w nowy: „Religia tak, Bóg osobowy nie”. Ponadto coraz bardziej wzrasta liczba ludzi, którzy deklarują się jako „chrześcijanie niepraktykujący” i utożsamiają się z hasłem zdobywającym coraz większą popularność: „Wierzyć bez przynależności” („Believing without belonging”, G. Davis), będącym owocem sekularyzacji naszego świata, pewnego powrotu „sacrum”, pluralizmu międzyreligijnego, narastającej marginalizacji religijności kościelnej i silnego dzisiaj indywidualizmu, które to zjawiska prowadzą do swego rodzaju „deinstytucjonalizacji” religii chrześcijańskiej. Głęboki kryzys przeżywają zwyczajne modele przekazywania wiary oraz wzrasta pewna nieufność wobec doświadczenia socjalizacji religijnej (parafii, szkoły, stowarzyszeń, ruchów), co w znaczący sposób prowadzi do kryzysu przynależności do Kościoła.

Aby sprostać temu nowemu wyzwaniu, wielu współczesnych myślicieli proponuje rozmaite refleksje, które dostarczają istotnych elementów, pozwalających jak najpełniej odpowiedzieć na aktualną sytuację.

Na przykład niektórzy uciekają się do podstawowej tezy współczesnej socjologii, twierdząc, że „nikt nie przetrwa bez instytucji” (P.L. Berger). Inni usiłują dowartościować tak zwane „instytucje pośrednie” – małe grupy, wspólnoty, stowarzyszenia, nowe ruchy społeczne – bliższe konkretnej osobie i jej najbardziej doraźnym potrzebom. Widzą w nich jakby „sieci dające wolność”, to znaczy zwracają uwagę na znaczenie, jakie ma dla wiary pewna „instytucjonalizacja”, jeśli jest wiarygodna i sprzyja wzajemnej komunikacji.

Z tego powodu współczesna eklezjologia, świadoma „paradoksu i tajemnicy, jaką jest Kościół” (H. de Lubac), zmierza do odzyskania kategorii „instytucji” na płaszczyźnie sakramentalnej, aby zrozumieć widzialność historyczną i prawną Kościoła, niezbędną, jeśli chce on uchodzić – choć nie bez dwuznaczności właściwych historii – za konkretną rzeczywistość, która „służy ożywiającemu go Duchowi Chrystusowemu” (KK 8). Próbuje się w miarę możności odczytywać na nowo na płaszczyźnie sakramentalnej instytucję kościelną jako wiarygodnego świadka „znaku Ducha Chrystusowego, który zapewnia wierzącemu tożsamość, wszczepia go w Ciało Chrystusa i obdarza wolnością” (M. Kehl).

Niniejszy komentarz do artykułu Credo mówiącego o „wierze w Kościół” pragnie uwzględnić powyższe wyzwania, biorąc za punkt wyjścia przeświadczenie, że temat Kościoła domaga się pewnej decentralizacji, aby był on widziany nie tyle jako termin bądź przedmiot wiary, ile raczej jako sposób lub model wspólnotowo-sakramentalny, od którego wychodząc, wyznaje się, celebruje i poświadcza wiarę chrześcijańską. Dzięki temu „wierzyć w Kościół” odzyskuje na nowo znaczenie: „wierzyć w sposób kościelny”.


Wstęp

Pierwsze świadectwo potwierdzające włączenie formuły „Wierzę w świętych obcowanie” do Symbolu Apostolskiego pochodzi z IV wieku. Pozostawił je biskup Nicetas z Remezjany, małego miasteczka w rzymskiej prowincji Dacji (Anicet, Explanatio symboli, 10: PL 52, 871 B). Bardzo szybko formuła ta rozprzestrzenia się na Wschodzie i na Zachodzie i dzisiaj wszystkie Kościoły wyznają tę prawdę wiary, chociaż interpretują ją w różny sposób. Jednakże większość współczesnych teologów twierdzi, że obcowanie świętych wyraża świętość Kościoła i dlatego stanowi rozwinięcie poprzedniego artykułu Credo.

W Kościele wszyscy wierni uczestniczą w świętości. W ten sposób jedyny Kościół Chrystusa od Wschodu do Zachodu stanowi zgromadzenie wszystkich świętych (KKK 946). Dwa objaśnienia, które przyjęły się na przestrzeni wieków, bardzo dobrze streszcza Katechizm Kościoła Katolickiego, 948. Stwierdza on, że termin obcowanie świętych (communio sanctorum) ma dwa ściśle wiążące się ze sobą znaczenia: komunia w rzeczach świętych (sancta) i komunia między świętymi osobami (sancti). Oba te znaczenia, które są jakby dwoma biegunami tej samej prawdy, zostaną w tej części szerzej rozwinięte.

Obcowanie świętych staje się widzialne w sakramentalnej strukturze Kościoła. Zakorzenia się ono, umacnia, trwa i jest celebrowane w sakramentach i w życiu liturgicznym, w szczególny sposób w chrzcie św. i w Eucharystii.

Obcowanie świętych wyraża jedność w różnorodności wszystkich ochrzczonych: żyjących, zmarłych i tych, którzy cieszą się szczęściem nieba. Eucharystia wyraża tę jedność w samej celebracji. Faktycznie, w modlitwie eucharystycznej modlimy się za wiernych żyjących, zmarłych i powierzamy się wstawiennictwu braci i sióstr, którzy razem z Najświętszą Dziewicą Maryją i apostołami przebywają z Bogiem w niebie. Również starożytna tradycja łamania chleba eucharystycznego na trzy części jest wyrazem świętych obcowania. Według św. Augustyna wskazuje ono na jedność jednego ciała Chrystusa, jedność pomiędzy historycznym ciałem ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, na jedność Jego ciała eklezjalnego (Kościół) i eucharystycznego. Jednakże ta typologiczna interpretacja (jedność w różnorodności: Chrystus, Kościół i Eucharystia) zostaje zagubiona w interpretacji alegorycznej. Amalariusz z Metzu (koniec VIII – początek IX w.), uważany za ojca alegorycznej interpretacji liturgii, zwracając uwagę na zwyczaj łamania chleba eucharystycznego na trzy części i próbując odnaleźć w każdym geście liturgicznym związek z wcieleniem, męką i zmartwychwstaniem Chrystusa, stwierdza, że cząstka połamanego chleba, która zostaje złożona na ołtarzu i która służy jako wiatyk, symbolizuje ciało złożone w grobach (wierni zmarli); cząstka zaś złożona na patenie i służąca do komunikowania symbolizuje ciało stąpające po ziemi (wierni żyjący); natomiast cząstka umieszczona w kielichu symbolizuje ciało Chrystusa już zmartwychwstałego. Stąd narodziła się interpretacja, która wykraczając poza to, co mówił Amalariusz, jednoczy ze sobą Kościół triumfujący w niebie (cząstka w kielichu), Kościół oczyszczający się (cząstka przeznaczona na wiatyk) i Kościół walczący (cząstka przeznaczona do komunikowania).

Zarówno Wschód, jak i Zachód, dwa płuca, którymi oddycha jeden Kościół Chrystusa, uznają, że komunia z Chrystusem, wyrażana i celebrowana w Eucharystii, umożliwia wstawiennictwo wszystkich wiernych za wszystkimi i za każdym z osobna, ale też wskazuje na jego potrzebę. Modlitwa za zmarłych i wstawiennictwo świętych, którzy odeszli z tego świata, za wiernymi żyjącymi wyraża jedyną i niepodzielną więź, obcowanie świętych.

Ostatecznie, wiara w obcowanie świętych oznacza coś więcej niż tylko wspólnotę wszystkich wierzących zjednoczonych przez Słowo i sakramenty, jest to coś znacznie większego niż dzielenie się wiernych żyjących i zmarłych dobrymi uczynkami i zasługami. W istocie bowiem wiara w obcowanie świętych wyraża fakt, że Kościół, jedyny Kościół Chrystusa, istnieje jako komunia, jako nierozerwalna jedność, która odzwierciedla i uobecnia w świecie komunię trynitarną. Chodzi tu o komunię sakramentalną: Trójca Przenajświętsza jest obecna i działa w strukturze Kościoła Chrystusowego. Obcowanie świętych ukazuje zatem zarówno zjednoczenie każdego chrześcijanina z Bogiem i z pozostałymi chrześcijanami, jak też dziecięcą godność chrześcijan w Synu Bożym i ich świętość (każdy chrześcijanin jest święty, mimo że nie objawiło się to jeszcze w pełni). Ta godność i stan świętości sprawiają, że chrześcijanin staje się uczestnikiem budowania jedynego Kościoła Bożego i zostaje mu powierzona odpowiedzialność za wzrastanie i urzeczywistnianie Jego Królestwa, którego Kościół jest w tym świecie zalążkiem oraz początkiem.

W niniejszych rozważaniach wzięto pod uwagę fakt, że obcowanie świętych jest przede wszystkim rzeczywistością teologiczną i eklezjalną, to znaczy jest Kościołem Jezusa Chrystusa w swojej duchowej istocie i sakramentalnej strukturze. Nie zapomniano także o tym, że obcowanie świętych wyraża jedność wszystkich wierzących i wszystkich Kościołów w modlitwie i sakramentach. Ściślej rzecz ujmując, liturgia tworzy i buduje jedyny Kościół jako wspólnotę, jako ciało Chrystusa w jego ekumenicznej jedności.


Wstęp

Dawnym pokoleniom katolików wyrażenie „grzechów odpuszczenie” kojarzyło się przede wszystkim z rozgrzeszeniem otrzymywanym w konfesjonale od księdza, gdy w wigilie wielkich świąt tłumy wiernych wypełniały świątynie. Dla chrześcijan przyzwyczajonych do czytania Pisma Świętego wiąże się ono z podstawową prośbą o przebaczenie, którą wierzący w każdym czasie zanosili do Boga w ciszy swoich serc albo podczas publicznych modłów.

Odpuszczenie grzechów jest syntezą historii zbawienia, jest wypełnieniem obietnicy miłosierdzia, którą Bóg ustami proroków wielokrotnie potwierdzał wobec swojego ludu. Jest ono również streszczeniem nadziei przyszłego, ostatecznego pojednania z Nim. Oczekiwano na nie przez cały czas, a momentem zwrotnym owego oczekiwania było przyjście Jezusa. Odpuszczenie grzechów wskazuje na najgłębszy motyw wiary w Jezusa, na ufność, jaką Boże przebaczenie budzi we wszystkich ludziach. Jest to ufność w przebaczenie ostateczne i bezwarunkowe, gdyż to Jezus Chrystus wziął na siebie ciężar grzechów świata i wprowadził do królestwa swego Ojca wszystkich swoich naśladowców.

Chrześcijanin posiada więc pewność, że otrzymał od Chrystusa „grzechów odpuszczenie”. Mimo to jednak wciąż na nie oczekuje. Oczekuje tego pojednania na wieczność w zjednoczeniu z Bogiem po śmierci. Otrzymał je raz na zawsze przez chrzest w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Przez chrzest, który wszczepił go w Chrystusa. Nadal jednak go oczekuje, i to nieustannie, bo żyjąc w świecie i będąc zanurzony w czasie, ma on świadomość, że aż do chwili, gdy definitywnie zostanie dopuszczony do komunii z po trzykroć świętym Bogiem, pozostaje on grzesznym stworzeniem.

Oto dlaczego wyznanie wiary w odpuszczenie grzechów znalazło się w trzecim i ostatnim artykule Symbolu Apostolskiego. Symbol ten zaczyna się od wyznania wiary w jedynego Boga i Stwórcę („Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego...”), następnie opowiada o wydarzeniu zbawienia dokonanym w Jezusie Chrystusie („Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego...”), a kończy się wołaniem wyrażającym jednocześnie wdzięczność i nadzieję („Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny” itd.). Jest to wołanie, które stanowi coś w rodzaju obecnego i przyszłego dowodu tożsamości chrześcijanina: wyraża on tożsamość kogoś, kto jest przeznaczony do świętości. Jej zadatkiem i gwarancją jest właśnie odpuszczenie grzechów.

Przyjrzymy się tej prawdzie wiary w czterech etapach:

1) Postaramy się wyjaśnić znaczenie wyrażenia „grzechów odpuszczenie” w Piśmie Świętym. Stamtąd bowiem ono pochodzi i ukazane jest w relacji z Bożymi wezwaniami do „nawrócenia” oraz obietnicami „zbawienia” i „przebaczenia”. Odpowiemy sobie następnie na pytania, na czym polega grzech, jak wpływa on na naszą relację z Bogiem, dlaczego powinniśmy się czuć wobec Niego grzesznikami i prosić Go o przebaczenie oraz jak powinniśmy postępować, aby otrzymać owo obiecane nam przebaczenie.

Pytania te dotyczą zarówno sytuacji człowieka i historii zbawienia w ogólności, jak i sposobu samookreślenia się jednostki oraz jej postawy wobec Boga.

2) Zbadamy potem nauczanie Nowego Testamentu na temat odpuszczenia grzechów dokonanego przez Jezusa Chrystusa. Przyjrzymy się, jak ono tłumaczy Jego posłannictwo i dzieło zrealizowane w jedności z Ojcem i Synem oraz uwydatnia zbawcze, powszechne znaczenie Jego śmierci i zmartwychwstania.

Dzieło to charakteryzuje się więc swego rodzaju ambiwalencją. Z jednej strony, pojednanie z Bogiem dokonało się „raz na zawsze” na krzyżu Jezusa i tą samą mocą jest nam ofiarowane w sakramencie chrztu św. „na odpuszczenie grzechów”. Z drugiej zaś strony chrześcijanin żyje wciąż w tęsknym oczekiwaniu na swoje odkupienie, które definitywnie dokona się dopiero po jego zmartwychwstaniu.

3) Następnie przejdziemy do Składu Apostolskiego, aby odkryć znaczenie, jakie prawda wiary w odpuszczenie grzechów uzyskuje w zestawieniu z sąsiadującymi z nią prawdami wiary zawartymi w trzecim artykule Credo. Zauważymy wówczas tę samą, wspomnianą w poprzednim punkcie ambiwalencję.

Odpuszczenie grzechów poprzedza prawda o obcowaniu świętych, a następują po niej prawdy głoszące zmartwychwstanie ciała i życie wieczne. Jest ono w tym wypadku częścią dóbr przyszłych, które mają dopiero nastąpić (są to tzw. rzeczy „ostateczne”). Razem z darem Ducha Świętego i życia w Kościele odpuszczenie grzechów należy już także do tych dóbr duchowych („sakramentalnych”), które pozostawił nam Chrystus. Korzystanie z nich jest jednocześnie zadatkiem i świadectwem oczekiwania na ostateczne objęcie w posiadanie dziedzictwa naszego Pana.

Z powodu tej podwójnej przynależności odpuszczenie grzechów należy zarówno do porządku rzeczy doświadczanych „już tutaj”, podczas ziemskiej wędrówki, jak i „jeszcze nie w pełni zrealizowanych”.

4) Nauczyliśmy się jednak od Jezusa, że odpuszczenie grzechów nie jest tylko darem Boga i nie dotyczy tylko relacji każdego z nas z Bogiem. Nauczał On bowiem, że my również powinniśmy przebaczać innym wyrządzone nam krzywdy i że to nasze przebaczenie warunkuje przebaczenie, o jakie prosimy Boga dla nas samych.

Zakończymy zatem nasze rozważania refleksją nad prośbą z modlitwy Ojcze nasz: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Ukażemy tym samym, że odpuszczenie grzechów jest podstawową zasadą praktycznego postępowania człowieka wierzącego w jego życiu w świecie i w Kościele.


WSTĘP

Według jednego z największych współczesnych filozofów są trzy podstawowe pytania, na które każdy człowiek powinien znaleźć odpowiedź, aby dowiedzieć się, kim jest. Są to pytania, które osobiście dotyczą każdego z nas, a poza tym są nieuniknione: Co jestem w stanie poznać? Jak powinienem postępować? Czego mogę się spodziewać? Niniejsze rozważania są odpowiedzią na trzecie z postawionych wyżej pytań. Jest to odpowiedź udzielona na podstawie określonej antropologii, zgodnej z koncepcją ludzkiego bytu, uznawaną za tak samo uprawnioną, jak i inne koncepcje, na podstawie antropologii chrześcijańskiej.

Pytanie o to, czego możemy się spodziewać, jest równoznaczne z pytaniem o sens życia, o to, co pozwala mi żyć, co mnie porusza i dodaje odwagi. Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym pytanie o sens życia wydaje się bez znaczenia. A bez wątpienia zagubienie poczucia sensu życia prowadzi do apatii w odniesieniu do teraźniejszości. To zaś rzutuje na przyszłość: bez przyszłości świat jest pusty.

Sens jest tym, co wypełnia ludzkie serce i podpowiada nam, dlaczego warto żyć. Jednakże sens życia nie pochodzi od nas, nie jest on naszym wymysłem ani projekcją. Jest czymś innym, czymś, co przychodzi z zewnątrz i co człowiek odkrywa. Przychodzi z zewnątrz, ale odpowiada na najgłębsze ludzkie oczekiwania. Odpowiedź na trzecie z zadanych powyżej pytań nie eliminuje pozostałych dwóch, ale raczej je zakłada i domaga się ich. To, czego mogę się spodziewać, na co mogę mieć nadzieję, odsyła mnie do tego, co mogę poznać i co powinienem czynić. I wszystko to w podwójnym znaczeniu: poznanie i działanie wpływają na moją nadzieję i kształtują ją; a to, czego mogę się spodziewać, jest źródłem poznania i działania.

Pytanie o to, czego mogę się spodziewać, w swojej najbardziej radykalnej postaci z konieczności stawia nas wobec problemu śmierci. To tutaj chrześcijańska odpowiedź ukazuje w pełni swoją wyjątkowość. W odniesieniu do innych problemów może zaistnieć przypadkowa zbieżność poglądów pomiędzy chrześcijanami i niechrześcijanami. Wszyscy możemy być na przykład zgodni co do konieczności obrony praw człowieka. Jednakże gdy mamy do czynienia z problemem śmierci, trzeba uznać, że tutaj nasze drogi się rozchodzą i musimy dokonać wyboru. Dlatego pytanie o to, czego możemy się spodziewać, a więc pytanie o naszą nadzieję, w swoim najbardziej radykalnym wymiarze, odsyła nas do tego, co niepowtarzalne i właściwe tylko chrześcijaństwu: do zmartwychwstania Jezusa, pierwszego z długiej listy ludzi (por. 1 Kor 15,23; Kol 1,18).


WSTĘP

„Amen” to ostatnie słowo chrześcijańskiego Credo. Ale to również słowo pierwsze, ponieważ w języku hebrajskim czasownik „wierzyć” ma ten sam rdzeń, co „amen”. Powiedzieć „amen” to stwierdzić, że podstawa wiary jest solidna i godna zaufania. Wydało nam się stosowne, aby w komentarzu do ostatniego słowa Wyznania wiary zwrócić uwagę na motywy samej wiary przez przywołanie tego, co pisze Piotr apostoł: Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest (1 P 3,15).

W ciągu następujących po sobie rozdziałów czytelnik będzie mógł prześledzić wykład motywów chrześcijańskiej wiary. Obecny kryzys ogarniający wszystkie Kościoły na Zachodzie jest w dużej mierze skutkiem stopniowego przenikania nowoczesności do wszystkich warstw społecznych. W związku z tym szeroko uwzględniamy na tych stronicach zarzuty podnoszone przeciwko wierze chrześcijańskiej, dostrzegając w nich nie tylko ładunek negatywny, lecz także okazję, aby sięgnąć do głębi bogactw tego, w co chrześcijanie wierzą.


I. WIERZĘ W JEDNEGO BOGA…

1. Wiara w zwyczajnych relacjach między ludźmi

Już św. Tomasz z Akwinu zauważył, że czym innym jest uznawać prawdziwość zdania „Bóg istnieje”, czymś zaś zupełnie innym jest wierzyć w Boga.

Spójrzmy na to rozróżnienie w perspektywie relacji między mną a tobą. Jeśli jesteś moim współmałżonkiem, ojcem albo matką, dzieckiem lub przyjacielem, twoje istnienie jest przecież dla mnie czymś oczywistym. Ale zarazem ja w ciebie mogę wierzyć lub nie wierzyć. Tak samo ty we mnie.

Moja wiara w ciebie może oznaczać dwie różne rzeczy. Jeśli stało się z tobą tak, że na przykład się rozpiłeś, albo jakoś inaczej rozregulowałeś się moralnie – moja wiara w ciebie oznacza, że wcale cię nie uważam za człowieka już straconego. Nawet wbrew ludzkiej nadziei będę się mobilizował i poświęcał, aby ci pomóc wyjść na drogę prostą.

Ale moja wiara w ciebie może też przybrać inną postać. Uważam cię za człowieka szczególnie mądrego, dobrego, silnego, doświadczonego i to daje mi iskierkę nadziei w sytuacji, która mnie przekracza. Załóżmy, że to ja jestem alkoholikiem i liczne moje próby wyrwania się z tego nałogu spełzły na niczym. Ale oto widzę – początkowo z niedowierzaniem – że ty uwierzyłeś w moje uzdrowienie. Nie żałujesz sił, aby mi pomóc, i czynisz to bardzo mądrze. Powoli zaczynam w ciebie wierzyć. Chwytam się podanej mi przez ciebie ręki i to, co jeszcze niedawno było niemożliwe, coraz bardziej staje się rzeczywistością: niewolę alkoholową mam już za sobą.

Rzecz jasna, na twoją wiarę we mnie mogę również zareagować inaczej. Mogę lekceważyć twoje wysiłki, nawet jeżeli są mądre i autentycznie życzliwe – i wcale w ciebie nie uwierzyć. Wówczas moja sytuacja jest nadal beznadziejna, taka jaka była.

Uzbrojeni w powyższe intuicje, przyznamy zapewne rację św. Tomaszowi, który twierdził, że można bez żadnych zastrzeżeń uznawać istnienie Boga, a zarazem być człowiekiem niewierzącym. Można przecież uznawać istnienie Boga tylko dlatego, że rozum się tego domaga, albo w przerażeniu perspektywą ostatecznego bezsensu.

Wiara w Boga zaczyna się dopiero wówczas, kiedy w Bogu żywym znajduję źródło światła i mocy, kiedy spotykam Go w różnych okolicznościach mojego życia jako Kogoś Kochającego. Wierzę naprawdę w Boga, jeżeli całą, na jaką mnie stać, głębią mojego jestestwa wiem, że On zasługuje na to, abym ja oraz każdy z moich bliźnich zawierzył Mu całego siebie.

2. Łaska wiary

Tylko dlatego mogę wierzyć w Boga, że On najpierw uwierzył we mnie. W Piśmie Świętym oraz w nauczaniu Kościoła ta „wiara” Boga w człowieka nazywana jest łaską bądź miłosierdziem. Ale uwaga! – nasze wyobrażenia na temat łaski Bożej niekiedy są bardzo dalekie od prawdy. Bierze się to stąd, że zbyt rzadko nasze wyobrażenia o Bogu porównujemy z tym, co On sam nam objawił w Jezusie Chrystusie.

Łaska Boża powinna by nam się kojarzyć przede wszystkim z dobrym pasterzem, który szuka zagubionej owieczki – z kochającym ojcem, który cierpi z powodu swego marnotrawnego syna i nie może się doczekać jego powrotu – z lekarzem i samarytaninem, który z miłością pochyla się nad człowiekiem trędowatym lub poranionym, i doprowadza go do zdrowia.

Moja wiara w Boga jest możliwa dlatego, że Bóg pierwszy uwierzył we mnie, mimo że tak często jestem w stosunku do Niego wielkim niewdzięcznikiem. Ten właśnie sens zawiera w sobie tradycyjna formuła, że wiara w Boga jest darem łaski. Mianowicie łaską jest to, że mogę w Bogu szukać ratunku i że odnajduję w Nim kochającego Ojca. Łaską jest to, że mogę Mu zawierzyć siebie samego i ocalić swoją duszę, choćbym nawet znalazł się w sytuacji przekraczającej moją ludzką wytrzymałość.

Tym bardziej łaską jest to, że właśnie w Bogu mogę szukać ochrony przed samym sobą. On bowiem ma moc wyzwolić mnie nawet z mojej grzeszności.

Wynika stąd, że miarą mojej wiary w Boga nie jest stan mojej świadomości, ale to, co się zwykło nazywać stanem mojej duszy. Choćby mówienie „Panie, Panie!” napełniało mnie niewysłowioną słodyczą, choćbym mocą mojej wiary wyrzucał złe duchy i czynił inne cuda, marna jest ona, jeśli nie przemienia mnie samego.

Ale z drugiej strony: Choćby ogarnęły mnie takie ciemności, że nie odczuwam już nawet tego, ze Bóg istnieje, nic mi to nie zaszkodzi, a może nawet przyśpieszy moje duchowe dojrzewanie, jeśli tylko oburącz trzymam się prawa miłości – jeśli prawa miłości trzymam się również wówczas, kiedy jest to ponad moje siły i jakby niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Nie wytrwałbym bowiem w takich sytuacjach w postawie prawdziwej miłości, gdybym obiektywnie nie był blisko Boga i gdyby On mnie nie umacniał.

3. Co to znaczy: jeden Bóg?

Źródłem wielu błędnych, w gruncie rzeczy mitologicznych wyobrażeń o Bogu jest przeświadczenie, jakoby On był najdoskonalszym z bytów. A przecież Bóg jest Kimś nieskończenie więcej, niż jednym z bytów wszechświata, choćby najdoskonalszym.

On jest Tym, który istnieje w całym tego słowa znaczeniu. Wszystko inne istnieje, bo zostało przez Niego do istnienia powołane. Nie jest też Bóg ani mniejszy, ani większy przez to, że nieustannie udziela istnienia całemu bezmiarowi stworzenia. On jest nieskończenie doskonały, zatem absurdem jest wyobrażanie sobie, że mógłby być większy lub mniejszy.

W tym miejscu aż się prosi o wyjaśnienie, co to znaczy, że Bóg jest jeden. Ja, ten oto konkretny człowiek, też jestem tylko jeden. Księżyc jako naturalny satelita Ziemi jest jeden w tym nawet sensie, że Ziemia nie ma drugiego księżyca.

Otóż Bóg jest jeden zupełnie inaczej. Święty Tomasz z Akwinu powiada, że arytmetyczną jedynkę można przypisać każdemu ze stworzeń, ale nie można jej przypisać Bogu. Arytmetyczną jedynkę można bowiem przypisać tylko poszczególnemu bytowi, Bóg zaś jest Kimś nieskończenie więcej niż poszczególnym bytem. On ogarnia i podtrzymuje w istnieniu każde ze stworzeń, a zarazem nawet całe wszechstworzenie ogarnąć Go nie może. On cały jest obecny w każdym bycie i w każdym miejscu, a zarazem przekracza całe uniwersum stworzeń widzialnych i niewidzialnych. Toteż absurdem byłaby sama myśl, ze mógłby istnieć jakiś drugi bóg. Politeizm odbiera wyrazowi „bóg” całe jego znaczenie.

4. Jak dla nas się przekłada ta prawda, że Bóg jest Miłością?

Nigdy dość podkreślania, że grzech jest główną przeszkodą, oddzielającą nas od Boga. Natomiast podstawowym narzędziem zbliżania się do Niego jest nawrócenie oraz korzystanie z dostępnych nam sposobów okazywania Mu swojej miłości. Tutaj warto zwrócić szczególną uwagę na tę fascynującą prawdę, że Bóg dla każdego z nas jest Kimś Absolutnie Najbliższym. On kocha mnie bardziej, niż ktokolwiek z moich najbliższych; na moim dobru zależy Mu daleko więcej, niż mnie samemu. „Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to jednak Pan mnie przygarnie” (Ps 27,10) – ta modlitwa Psalmisty jest powtórzona w Piśmie Świętym w paru różnych sformułowaniach.

To chyba oczywiste. Przecież Bogu zawdzięczamy wszystko, również to, że mamy bliskich, którzy nas kochają i których my kochamy. Od Niego pochodzi sama nawet nasza zdolność miłowania. To On uzdalnia mnie również do tego, że zależy mi na moim dobru. Z kolei to mój grzech jest przyczyną tego, ze potrafię skrzywdzić nawet ludzi sobie najbliższych, a własnego dobra szukam w sposób absurdalny, mianowicie niszcząc siebie i innych.

Im więcej to wszystko sobie uświadamiam, tym więcej będzie mnie radowało przykazanie, że Boga trzeba mi kochać z całej duszy, z całego serca, ze wszystkich sił i ze wszystkich myśli. Odkrywa ono najistotniejszą prawdę zarówno o Bogu, jak o nas samych oraz o rzeczywistości, w której nas Bóg umieścił. Logikę tego przykazania najwyraźniej można zobaczyć w świetle tamtego Wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat – że Jednorodzony Syn Boży, będący jedno ze swym Przedwiecznym Ojcem, dla nas stał się jednym z nas i dał się za nas ukrzyżować. Czy trzeba bardziej przekonującego dowodu, że Ten, który chce, abyśmy Go kochali z całej duszy i ze wszystkich sił, szuka bezinteresownie naszego dobra?


II. BÓG OJCIEC

1. Bóg jest Ojcem i Synem i Duchem Świętym

Zacznijmy od pytania, dlaczego w Starym Testamencie prawda o Trójcy Świętej nie była jeszcze objawiona. Dlaczego w czasach Abrahama, ani Mojżesza, ani proroków Bóg nie objawił jeszcze ludziom, że jest Ojcem i Synem i Duchem Świętym?

Szczególnie głęboką odpowiedź na to pytanie dał św. Grzegorz z Nazjanzu: Bo takie są obyczaje naszego Boga, że najpierw obdarza, a dopiero potem daje zrozumienie tego, czym obdarzył.

Przypatrzmy się chociażby, w jaki sposób została nam objawiona prawda o Synu Bożym. Najpierw były proroctwa, w tym nawet i takie, że „nazwą Go imieniem Emmanuel, Bóg z nami” (Iz 7,14; por. 9,5). Potem przyszedł moment, kiedy Ojciec Przedwieczny dał nam swojego Syna, który dla nas stał się jednym z nas. Ale dopiero stopniowo Jezus objawiał ludziom prawdę o swojej boskości. Najpierw wybrał sobie uczniów, zaczął nauczać jak nikt inny nie potrafił uczyć, i czynił cuda, i dawał świadectwo o swoim Ojcu. Dopiero po takim przygotowaniu zapytał swoich uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” I tę wiarę jakby wydobył ze swoich uczniów. „Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego” – wyznał Szymon Piotr jako pierwszy tę wiarę, na której miał być zbudowany Kościół (Mt 16,15-18).

Bardzo analogicznie została nam objawiona prawda o Duchu Świętym. W Starym Testamencie były zapowiedzi. Pan Jezus podczas swego historycznego pobytu wśród nas wielokrotnie zapowiadał Ducha Świętego: „Będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela, innego Rzecznika, da wam, aby z wami był na zawsze. (...) On was wszystkiego nauczy, i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14,16.26). Ostatecznie, prawda o Duchu Świętym została objawiona w dniu Pięćdziesiątnicy, kiedy ten Duch Święty został Kościołowi udzielony.

Dopiero wówczas, Kościół – obdarzony tym Boskim Darem – coraz więcej pogłębiał się w jego rozumieniu. Tylko dla przykładu przypomnę tu wypowiedź Apostoła Pawła, o tyle znamienną, że prawdopodobnie powtarzał ją wielokrotnie, bo niemal w tym samym sformułowaniu zapisana jest ona zarówno w Liście do Rzymian, jak w Liście do Galatów: „Otrzymaliście Ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami, dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (Rz 8,15-17; por. Ga 4,6n).

Tajemnica Boga Trójjedynego, w największym skrócie, sprowadza się do następującego pytania: Jak to możliwe, że jeden, jedyny i niepodzielny Bóg jest trzema realnie odrębnymi Osobami? Wiara Kościoła na to pytanie odpowiada następująco: Osoby Boskie są wzajemnie sobie bliskie bliskością niemożliwą do osiągnięcia między osobami stworzonymi – aż tak całkowicie, że nie ma między Nimi (tak jak w miłości międzyludzkiej) wzajemnych relacji, ale każda z Osób jest cała i bez reszty, całą nieskończonością swojego bóstwa, hipostatyczną relacją ku dwom Osobom pozostałym.

Bóg Prawdziwy – Ojciec i Syn, i Duch Święty – jest wspólnotą Osób tak całkowicie i bez reszty na siebie otwartych, że bluźnierstwem byłoby o Nich powiedzieć: trzej bogowie. Trzy Osoby są jednym jedynym Bogiem, w którym poszczególne Osoby, przenikając się wzajemnie bez reszty, nie zatracają bynajmniej swojej osobowej odrębności. Przeciwnie: Ich odrębność właśnie polega na całkowitym oddawaniu się wzajemnym, tak że dla każdej z Nich jest ono niepowtarzalne – w taki sposób, że tylko pierwsza Osoba jest Ojcem, tylko druga jest Synem i tylko trzecia jest Duchem Świętym.

2. Tylko pierwsza Osoba jest Ojcem

Ojciec jest imieniem pierwszej Osoby. Ojcostwo nie jest – tak jak w przypadku ojcostwa realizowanego przez ludzi – spełnianą przez Niego funkcją, ale jest samą podstawą Jego osobowej tożsamości. Nie było momentu, w którym On zacząłby być Ojcem. On jest Ojcem bez początku, zawsze, w swojej wieczności. Syn jest Mu współwieczny, jest równym Mu w bóstwie i Jemu współwiecznym Bogiem prawdziwym.

Dokładnie w tym miejscu leży istota błędu ariańskiego. Arianie początkowo nie odrzucali prawdy Trójcy Świętej. Jednak Ariusz wyobrażał sobie, że skoro Syn jest zrodzony przez Ojca, to był czas, kiedy Syna nie było. Owszem – mówili arianie – Syn jest Bogiem, ale niższym od Ojca, bo rzekomo przez Niego stworzonym. Jest Bogiem, tylko że tak naprawdę – twierdzili – Bogiem nie jest. Nietrudno zauważyć, że do wiary chrześcijańskiej wkradała się w ten sposób mentalność politeistyczna.

Zarazem arianizm był próbą opisu tajemnicy Trójcy Świętej w kategoriach mitologicznych. Otóż już Sobór Nicejski zdecydowanie odrzucił wyjaśnianie tajemnicy zrodzenia Syna w kategoriach rzekomego wydarzenia, jakoby dokonało się ono w jakimś praczasie, w jakiejś przedwieczności, kiedy On miałby rzekomo powstać. Nauczyciele wiary katolickiej radykalnie odrzucali ariańskie formuły, jakoby Ojciec był wcześniejszy od Syna i jakoby w Bogu mogło mieć miejsce jakiekolwiek stawanie się.

Bóg jest niezmienny i nie ma w Nim ani nigdy nie było żadnego stawania się. Każda z Osób jest prawdziwym, równym dwom pozostałym Osobom Bogiem prawdziwym, nie wolno pochodzeń wewnątrz-trynitarnych rozumieć jako stawania się. Rodzenie Syna oraz tchnienie Ducha Świętego nigdy się nie zaczęło i nie polega na jakichkolwiek przemianach w Osobach Boskich. Wszystkie trzy Osoby są sobie absolutnie współwieczne. Samo to zaś, że Syn (a uwaga ta dotyczy również, mutatis mutandis, pochodzenia Ducha Świętego), w swojej boskiej wieczności, otrzymuje od Ojca całą nieskończoność swojego bóstwa, ani nie miało początku, ani nie jest zmianą w Bogu, ani w żaden sposób nie pomniejsza ani nie zwiększa boskości Ojca, podobnie jak żadnej z obu pozostałych Osób. Po prostu taki jest Bóg i trzeba na kolanach czcić Go jako Jedynego, który jest Ojcem i Synem i Duchem Świętym.

Wspaniale tę prawdę objaśniał św. Augustyn: Tylko pierwsza Osoba Trójcy jest Ojcem, druga Osoba jest Synem – bo istnieje nie z siebie, lecz z Ojca. „Kto jest z Ojca – wyjaśniał – nie jest z siebie. Gdyby Syn był z siebie, nie byłby Synem. Jest z Ojca. Ojciec nie jest z Syna, Syn natomiast jest z Ojca. Równy Ojcu, jednakże z Niego jest, a nie Ojciec z Syna. (...) Któż nie wie tego, że Bóg zrodził Boga, Pan zrodził Pana, Król zrodził Króla, Stworzyciel zrodził Stworzyciela, Dobry zrodził Dobrego, Mądry zrodził Mądrego, Miłosierny zrodził Miłosiernego, Potężny – Potężnego? Rodząc Syna, nic Ojciec nie stracił”2.

Jako Bóg prawdziwy, Syn nie jest czymś odrębnym od Ojca, jest natomiast kimś innym niż Ojciec. Za pomocą tego subtelnego rozróżnienia św. Augustyn pokazywał realną odrębność osobową Syna Bożego oraz Jego substancjalną tożsamość z Ojcem: „Pytasz, kim jest Ojciec. Odpowiadam: Bogiem. Pytasz, kim jest Syn. Odpowiadam: Bogiem. Pytasz: kim jest Ojciec i Syn? Odpowiadam: Bogiem. Jeśli cię zapytają o samego tylko Ojca, odpowiedz, że Bogiem. Zapytany o samego tylko Syna, odpowiedz, że Bogiem. Zapytany o Nich obu, odpowiedz, nie że bogami, ale że są Bogiem”3.

Żeby pokazać przepaść, jaka dzieli synostwo naturalne drugiej Osoby Trójcy od naszego synostwa adoptowanego, Augustyn przywołuje słowo Pana Jezusa, że „Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce” (J 3,35). Wynika stąd, że Ojciec zupełnie inaczej kocha swego Syna niż nas: „Czy Ojciec nie miłuje Jana? A jednak nie wszystko oddał w jego ręce. Czy Ojciec nie kocha Pawła? A jednak wszystkiego w jego ręce nie oddał. Ojciec miłuje Syna, ale nie tak Go miłuje, jak pan kocha sługę, lecz jako Jednorodzonego, a więc nie przybranego”4.

3. W jakim sensie Bóg jest naszym Ojcem?

Już na długo przed chrześcijaństwem, i to wewnątrz różnych tradycji religijnych, ludzie zauważyli, że Bóg postępuje z nami jak Ojciec – opiekuje się nami, w trosce o nasze dobro potrafi być surowy, ale wobec naszych grzechów jest cierpliwy i przebaczający, licząc na to, że w końcu zmądrzejemy i ustatkujemy się w tym, co dobre.

Ale być dla ciebie jak ojciec to coś zupełnie innego, niż być twoim ojcem. Między ojcostwem w sensie metaforycznym i w sensie dosłownym istnieje przepaść. Kochanowskiego nazywamy ojcem literatury polskiej, członków rady miejskiej – ojcami miasta, ale są to, rzecz jasna, tytuły metaforyczne, nawet jeżeli uzasadnione jakimiś wyjątkowymi zasługami albo szczególnym znaczeniem danej służby społecznej. Ojcem w sensie dosłownym można być tylko wobec rodzonego dziecka, gdyż, biorąc ściśle, ojcostwo polega na przekazaniu życia komuś podobnemu sobie, w ramach tego samego gatunku.

Owszem, Bóg jest dla nas – i dla samego nawet naszego istnienia – kimś nieporównanie ważniejszym, niż rodzony ojciec i matka, którzy przekazali nam życie w tej samej naturze ludzkiej, do życia w której sami zostali przedtem powołani przez swoich z kolei rodziców. On jest Stwórcą, który nieustannie udziela istnienia wszystkiemu, co istnieje. To właśnie w przestrzeni Jego mocy stwórczej otrzymaliśmy życie od naszych rodziców i sami możemy je dawać swoim dzieciom. Rodzice obdarzają nas różnoraką posługą swojego ojcostwa i macierzyństwa, ale Stwórca obdarza nas najdosłowniej wszystkim, również naszymi rodzicami oraz ich zdolnością do posługi rodzicielskiej.

Niemniej trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć: Jako Stwórca Bóg nie jest naszym Ojcem. Jest jak Ojciec, obdarza nas więcej niż najlepszy ojciec ludzki, ale nie jest naszym Ojcem. Przecież my jesteśmy stworzeniami, a On Stwórcą, my jesteśmy śmiertelnymi ludźmi, a On Bogiem nieskończonym. Ojcostwo polega przecież na przekazaniu życia komuś podobnemu sobie w naturze.

W Jezusie Chrystusie stało się to, co po ludzku wydawało się zupełnie niemożliwe – sam Syn Boży stał się uczestnikiem naszej ludzkiej natury, aby nas zaprosić do udziału w naturze Bożej i Bożym synostwie. O naszym powołaniu do Bożego synostwa Nowy Testament mówi wręcz często. Już w prologu Ewangelii Jana czytamy o tych, którzy uwierzyli we wcielone Słowo, ze „stali się dziećmi Bożymi”, a zaraz w następnym zdaniu Ewangelista wyjaśnia, jak dosłownie należy to rozumieć: tacy bowiem „z Boga się narodzili”.

To naprawdę niesamowite: Ludzie narodzeni ze swoich rodziców mogą się narodzić po raz drugi – z samego Boga! Zaczyna się to przez chrzest (por. J 3,5; Ga 3,26-27). Człowiek staje się wówczas ni mniej ni więcej, tylko „uczestnikiem Bożej natury” (por. 2 P 1,4) i już teraz nosi w sobie „zarodek życia Bożego” (por. 1 J 3,9).

Chciałoby się zawołać: Przecież to niemożliwe! Przecież z Boga rodzi się tylko Syn Jednorodzony, który otrzymuje od Niego całą boska naturę i jest równym Mu we wszystkim Bogiem Prawdziwym! Przecież sam Bóg nie może dokonać rzeczy absurdalnej i nie może sprawić, żebyśmy przestali być stworzeniami! Co więc znaczy ta nowina, że człowiek może się narodzić z Boga i stać się uczestnikiem Jego natury? Co to znaczy, że człowiek może być dzieckiem Boga i mieć przystęp do Boga jako do Ojca? I dlaczego przystęp do Ojca jest dla nas możliwy tylko w Chrystusie?

Jak widzimy, gdyby nie było Wcielenia, nie bylibyśmy zdolni powiedzie prawdziwie: Wierze w Boga Ojca. Nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że jeden tylko Syn Jednorodzony ma rzeczywisty przystęp do swojego Ojca, „który zamieszkuje światłość niedostępną i żaden z ludzi Go nie widział ani nie może zobaczyć” (1 Tm 6,16). Ale po to przecież Syn Boży stał się jednym z nas, abyśmy my, którzyśmy w Niego uwierzyli i karmimy się nawet Jego własnym Ciałem, coraz więcej stawali się jedno z Nim. Otóż im więcej stajemy się jedno z Nim, tym prawdziwiej stajemy się uczestnikami Jego boskiego Synostwa i w ten sposób uzyskujemy – choć jesteśmy tylko stworzeniami – przystęp do Boga już nie tylko jako do Stwórcy, ale jako do Ojca.

I właśnie na tym polega zbawienie wieczne: „Już obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2).

O to zespolenie z Sobą, które doprowadzi nas do Ojca na życie wieczne, Zbawiciel modlił się żarliwie w przeddzień swojej męki. Sens tej Jego modlitwy z całą pewnością przekracza nasze popularne interpretacje ekumeniczne: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich” (J 17,20-26).

2 Collatio cum Maximo Arianorum Episcopo, 7, PL 42,726.

3 Enarratio 1 in Psalmum 68,5 PL 36,845.

4 Wykład Ewangelii Jana, hom. 14,11; w: Święty Augustyn, Homilie na Ewangelie i Pierwszy List św. Jana, t. 1, s. 221.


III. BÓG JEST WSZECHMOCNY

1. Tylko Jeden jest wszechmocny!

W Piśmie Świętym, prawda o Bożej wszechmocy lubi towarzyszyć głoszeniu, że Bóg jest Stwórcą wszechświata. „Podnieście oczy w górę – woła prorok Izajasz – i patrzcie: Kto stworzył te gwiazdy? – Ten, który w szykach prowadzi ich wojsko, wszystkie je woła po imieniu. Spod takiej potęgi i olbrzymiej siły nikt się nie uchyli” (40,26).

Również poganie wyobrażali sobie bogów jako istoty niezwykle potężne. Ponieważ jednak nie znali prawdy o stworzeniu świata, ich ukształtowane poza religią objawioną wyobrażenia o boskiej potędze co najmniej w dwóch momentach różniły się od biblijnej prawdy o Bożej wszechmocy.

Ujawniło się to wręcz spektakularnie, kiedy lud Boży postanowił czcić Boga prawdziwego, swojego Wybawcę z niewoli egipskiej, w symbolu potężnego byka. Bóg stanowczo odrzucił tę formę oddawania Mu czci – przecież potęga tego zwierzęcia nie ma nic wspólnego z miłością, a ponadto – w przeciwieństwie do potęgi Bożej – ma ona swoje granice.

Prawdzie, że wszechmoc Boża przeniknięta jest dobrocią i miłością, poświęcimy osobną uwagę. Natomiast tę prawdę, że nie ma ona granic, wyraża niekiedy Pismo Święte za pomocą negowania w Bogu wysiłku, jaki my musimy podejmować, kiedy docieramy do granic swoich możliwości: Czy nie wiesz tego? Czyś nie słyszał? Pan – to Bóg wieczny, Stwórca krańców ziemi. On się nie męczy ani nie nuży, Jego mądrość jest niezgłębiona” (Iz 40,28).

W perspektywie tej wszechmocy, która nie musi zdobywać się na żaden wysiłek, znany XX-wieczny mistyk (karmelita, bł. Maria Eugeniusz) opisuje nawet pochodzenia Osób Boskich:

Bóg Ojciec kocha swe Słowo, a Słowo spogląda na swego Ojca. Spogląda na źródło, z którego nieustannie wypływa, spogląda na Ojca, który nieustannie je rodzi, tak jak ognisko rodzi nieustannie promienie i światło. I kocha to Źródło, odnajduje się w nim. Oto właśnie kontemplacja, proste spojrzenie Boga na swoje Słowo i Słowa na swego Ojca. Z tej kontemplacji rodzi się obopólne uwielbienie, umiłowanie Boskiej natury, miłość dwóch Osób. Wiemy, co wynika z tego aktu miłości Ojca i Syna – akt miłości nieskończonej, Miłość substancjalna, która jest trzecią Osobą Trójcy. Dwie Osoby są odtąd złączone wspólną miłością, wspólnym tchnieniem wypływającej z nich miłości, która wypełnia je radością. (...) Jak dobrze jest rzucić czasem spojrzenie na to szczęście Boga! Radość spokojna, radość triumfująca, niewyczerpane szczęście, radość pogodna. Nie ma w niej burz, są wynikiem pełni Boga, nie przekraczają Jego sił, Bóg nie musi działać siłą, nie musi wybuchać, by tchnąć miłość, tchnąć Ducha Świętego, nie, to jest normalne, to zeń wypływa5.

Ale wróćmy do cytowanej wyżej perykopy z Iz 40. Dwa następne zdania tej perykopy mówią o tym, że kochający nas Bóg chce dawać nam udział w swojej wszechmocy: „On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego. Chłopcy się męczą i nużą, chwieją się słabnąc młodzieńcy, lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”. Później Pan Jezus pouczy nas o dwóch konkretnych sposobach naszego udziału w Bożej wszechmocy: przez wiarę (por. Mt 17,20) oraz przez modlitwę (por. Mt 18,19).

2. Czego „nie może” Wszechmocny?

Komentarza domagają się twierdzenia – a takie znajdują się również w Piśmie Świętym – że Bóg coś „musi” i niektórych rzeczy „nie może”. Na przykład, Bóg „musi okazać się prawdomówny” (Rz 3,4) i „nie może zaprzeć się samego siebie” (2 Tm 2,13). Można ułożyć całą listę prawdziwych twierdzeń, że Bóg czegoś „nie może”: nie może się mylić, nie może nikogo skrzywdzić, nie może przestać istnieć, nie może nikogo okłamać, itp. Mówiąc krótko, Bóg „nie może” nie być nieskończenie dobry i potężny; po prostu „nie może” nie być Bogiem.

Nie jest, oczywiście, tak, że Bóg do czegokolwiek jest przymuszony lub zdeterminowany, albo jakoby obowiązywały Go (i w ogóle jakoby istniały) jakieś prawa wyższe lub wcześniejsze od Niego. Prawa logiki oraz zasady moralne z Niego przecież wypływają i odzwierciedlają Jego prawdę.

Co zatem wyrażają prawdziwe zdania, mówiące o tym, że Bóg czegoś nie może? Zauważmy, że we wszystkich podanych wyżej zdaniach tego typu negacja ma sens jednoznacznie pozytywny, wyklucza w Bogu samą nawet możliwość takich lub innych uchybień lub niedoskonałości. Takiego języka używamy niekiedy nawet o człowieku: mówimy niekiedy o kimś, że jest mistrzem tak doskonałym, że „nie może” spartaczyć podjętego przez siebie zadania, „nie może” wypuścić ze swojego warsztatu jakiejkolwiek fuszerki, itp.

W tym miejscu warto przypomnieć popularne w swoim czasie ateistyczne pytanie-pułapkę, obliczone na wykazywanie, jakoby sama nawet idea wszechmocy Bożej była wewnętrznie sprzeczna: Czy Bóg mógłby stworzyć taki kamień, którego nie mógłby podnieść?

Spróbujmy nadać temu pytanie formę bardziej poważną. Bo przecież samo wyobrażanie sobie Boga jako kogoś zajmującego się podnoszeniem kamieni urąga najbardziej elementarnym intuicjom na temat Boga i jest dla Niego obraźliwe. Równie głupio ktoś mógłby pytać: Czy Bóg mógłby stworzyć taką bułkę, której nie mógłby zjeść?

Ale potraktujmy to pytanie poważnie i sformułujmy je następująco: Czy Bóg mógłby stworzyć taki świat, nad którym nie byłby już w stanie zapanować? Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: Oczywiście, że nie mógłby. Bo jest naprawdę wszechmocny, to znaczy nieskończenie potężny. Jakakolwiek podatność na brak kłóci się z pojęciem wszechmocy. Nie na tym przecież polega wszechmoc Boga, żeby jej mogło (albo nawet musiało!) czegoś brakować.

3. „Dla Boga nie ma nic niemożliwego”

Wydobądźmy teraz z Pisma Świętego kilka fragmentów, w których mówi się o wszechmocnej Bożej miłości do nas ludzi. Chodzi o to, że Bóg w swojej miłości do nas nie jest związany ani naszym zdrowym rozsądkiem, ani granicami naszej ludzkiej wyobraźni. Kiedy wybrał sobie szczególnie Abrahama i postanowił obdarzyć go potomstwem liczniejszym niż gwiazdy na niebie, nie stanowiło dla Niego żadnej przeszkody to, że jego wybraniec oraz jego żona byli w wieku, kiedy ludzie już naprawdę nie mogą mieć dzieci. Bo przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego!

Później anioł Gabriel (którego imię znaczy „moc Boża”!) sięgnie po te słowa, zwiastując przyjście Zbawiciela. Bo wcielenie Syna Bożego – chociaż dokonało się tak cicho, że nawet Józef, dziewiczy mąż Maryi, tego nie zauważył – jest dziełem wszechmocy Bożej większym nawet, niż stworzenie świata. Wszechmocna miłość Ojca Przedwiecznego to sprawiła, że Jego Syn przyjął naszą ludzką naturę.

Cofnijmy się jeszcze do Starego Testamentu i przypomnijmy sobie rozkaz, jaki podczas oblężenia Jerozolimy dał Bóg Jeremiaszowi. Już było wiadomo, że Jerozolima padnie, a najeźdźca, zanim zacznie wprowadzać swoje porządki, wszystko zniszczy. Tymczasem Bóg każe prorokowi zachować się w sposób poniekąd absurdalny, tak jakby to był czas głębokiego pokoju. Każe mu nabyć pole, zapłacić za nie pełną cenę srebra, sporządzić akt notarialny, a wszystko to na świadectwo, że „będą jeszcze w tym kraju kupować domy, pola i winnice”. Jeremiasz zrozumiał wtedy, że Bóg każe mu przypominać ludowi, iż „żadna rzecz nie jest niemożliwa” dla Stwórcy nieba i ziemi, który nie opuści swojego ludu (por. Jr 32,16-44).

Później sam Pan Jezus odpowie uczniom na ich niepokój, że chyba tylko nieliczni będą zbawieni: „Co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga”.

Jego wszechmoc i miłość są podstawą naszego zawierzenia.

Przede wszystkim jednak wszechmoc nie jest w Piśmie Świętym abstrakcyjną cechą dalekiego Boga. Bóg prawdziwy, Stwórca wszystkiego, co istnieje, oczywiście, jest Bogiem wszechmocnym, ale Jego wszechmoc tym m.in. się wyraża, że On dobrotliwie czuwa nawet nad każdym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach, nad nami zaś czuwa najszczególniej: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).

Prawdę o takim właśnie charakterze Bożej wszechmocy Pismo Święte przekazuje w formie nie tyle pouczeń, co świadectwa. Wiele w nim podziękowań Wszechmocnemu za to, że nas kocha i nad nami czuwa. Takie dziękczynienia szczególnie często pojawiają się w Psalmach: „Okrzyki radości i wybawienia w namiotach ludzi sprawiedliwych: Prawica Pańska moc okazuje, prawica Pańska wysoko wzniesiona, prawica Pańska moc okazuje” (Ps 118, 15n; por. 18,36; 48,11; 63,9).

O tym, że mój los nie jest dla Boga czymś obojętnym, Psalmista przypomina sobie zwłaszcza w momentach zagrożenia: „Gdy chodzę wśród utrapienia, Ty zapewniasz mi życie, wbrew gniewowi mych wrogów; wyciągasz swą rękę, Twoja prawica mnie wybawia”. Najczęściej jednak zawierzenie potężnemu Bogu wyraża się jednym i drugim: dziękczynieniem za ocalenie oraz prośbą, ażeby zagrożenie Bóg usunął ostatecznie (por. Ps 25,15; 31,15-18; 32,6).

Zdarza się niekiedy, że człowiek – nie wątpiąc, że Bóg go kocha i że jest wszechmocny – niecierpliwi się, bo czuje się tak, jakby On o nas zapomniał i naszych utrapień nie zauważał: „Przecież to przez wzgląd na Ciebie ciągle nas mordują, mają nas za owce na rzeź przeznaczone. Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się! Nie odrzucaj na zawsze! Dlaczego ukrywasz Twoje oblicze? Zapominasz o nędzy i ucisku naszym?” (Ps 44,23-25).

Te niepokoje podejmiemy jeszcze w rozdziałach na temat Bożej Opatrzności.

5 Maria Eugeniusz OCD, Z tchnieniem Ducha, Poznań 1994, s. 20.


IV. STWORZENIE NIEWIDZIALNE

1. Bezkres Bożego stworzenia

W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że – jak powiada ostatni sobór – człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich – wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga – zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

2. „Przestrzenią” naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus

Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

„Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” – woła Psalmista (Ps 138,1). „I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (...), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” – czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia. Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii. Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”. „Czyż nie są oni wszyscy – czytamy w Liście do Hebrajczyków, 1,14 – duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?”

3. Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o istnieniu aniołów, ale praktycznie się nią nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest – powtórzmy to jeszcze raz – centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia. W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon”.

4. Świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z Aniołem

Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie – powiedział kiedyś św. Bazyli – tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

5. Dobroć i potęga aniołów

Nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła – mówi święty papież Grzegorz Wielki – również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was – o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba – prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów, jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (Dn 3,49-50). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (por. Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu, w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (por. 2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (por. Dn 13,59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom (Ps 35,5n):

Niech będą jak plewa na wietrze,

gdy będzie ich gnać anioł Pana.

Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

gdy anioł Pana będzie ich ścigał.

A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli – obrońców dobra i mścicieli zła – wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Antoni Edward Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam – przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie – swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.


V. GDZIE JEST BÓG?

W pierwszym odcinku Dekalogu Kieślowskiego, chłopiec wychowywany w rodzinie niewierzącej pyta swoją wierzącą ciotkę: „Gdzie jest Bóg?”. Ciotka wzięła go w ramiona, objęła go i powiada: „Bóg jest tutaj, Bóg jest wszędzie tam, gdzie ludzie naprawdę się kochają”.

1. Bóg jest „wszędziej niż wszędzie”

Prawda tej sceny głęboko porusza. Zarazem wciąż na nowo musimy sobie przypominać, że prawdy o Bogu nie da się zamknąć w żadnych ludzkich słowach ani gestach, gdyż przekracza ona wszelkie ludzkie środki wyrazu. Niekiedy jednak komuś głęboko Bogiem zafascynowanemu udaje się coś tak niezwykłego o Nim powiedzieć, że niemal przekracza to granice możliwości ludzkiego języka.

Bóg jest „wszędziej niż wszędzie” – napisała, zapewne pod wpływem jakiegoś mistycznego doświadczenia, Beata Obertyńska w swoich Grudkach kadzidła. Bóg jest intimior intimo meo – zachwycał się święty Augustyn, co w wolnym przekładzie można oddać: „Bóg jest mi bliższy niż ja sam sobie”.

Oba te sformułowania – więcej niż mistrzowskie – stanowią poniekąd echo biblijnych intuicji na temat Bożej wszechobecności. „Czy jednak naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? – modlił się król Salomon podczas poświęcenia Świątyni. – Przecież niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem” (1 Krl 8,27).

„W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28) – wyjaśniał apostoł Paweł pogańskim filozofom na Areopagu. W połowie zaś II wieku, święty Teofil z Antiochii w następujących słowach wyrażał prawdę, że Bóg, obecny w każdym miejscu, jest zarazem transcendentny wobec wszystkich miejsc: „On nie jest ograniczony miejscem, bo inaczej obejmujące Go miejsce byłoby większe od Niego. Bóg nie jest objęty żadnym miejscem, lecz sam jest miejscem wszystkiego”6.

O tym natomiast, że Bóg jest mi bliższy niż ja sam sobie, mówił sam nawet Pan Jezus: „Kiedy dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,3n). „Przenikasz i znasz mnie, Panie – wysławiał Bożą miłość Psalmista. – Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. Choć jeszcze nie ma słowa na języku: Ty, Panie, już znasz je w całości. Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę” (Ps 139,1-5).

Rzecz jasna, grzesznikowi ta Boża wszechobecność musi przeszkadzać. Już pierwszy grzesznik tłumaczył się nieporadnie przed Bogiem: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się” (Rdz 3,10). „Czy może się człowiek – czytamy w księdze Jeremiasza, 23,24 – ukryć w zakamarkach, tak bym go nie widział? – wyrocznia Pana. Czy nie wypełniam nieba i ziemi?”. „Gdzież jest takie miejsce – pytał święty Augustyn – w którym by nie było Tego, który jest wszędzie? Czyż nie o tym właśnie przypomina nam Paweł, gdy mówi: Pan jest blisko, o nic się już więcej nie troszczcie?”7.

Augustyn zachwycał się tym, że Bóg jest wszędzie, bo całym sobą wiedział, że On jest Miłością. Kiedy jednak o tym się nie wie albo nie chce wiedzieć, Boża wszechobecność może przerażać, tak jak przeraziła kiedyś młodego Sartre’a. Nie chciał też nic wiedzieć o Bożej wszechobecności cudzołożnik z Księgi Syracha, 23,18-19:

Człowiek popełniając cudzołóstwo

mówi do swej duszy: «Któż na mnie patrzy?

Wokół mnie ciemności, a mury mnie zakrywają,

nikt mnie nie widzi: czego mam się lękać?

Najwyższy nie będzie pamiętał moich grzechów».

Tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego,

a zapomina, że oczy Pana,

nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,

patrzą na wszystkie drogi człowieka

i widzą zakątki najbardziej ukryte.

A jednak nawet cudzołożnika ogarnia Wszechobecny swoją miłością – i skłania go do porzucenia grzechu i do wejścia na drogę prowadzącą do życia. Takiego właśnie spotkania z wszechobecnym Bogiem doświadczył grzesznik Augustyn, zawstydził się swojego zła i otworzył się cały na Bożą miłość, która przemieniła go w końcu w wielkiego świętego: „Przed Tobą, Panie, otchłań ludzkiego sumienia stoi otworem. Cóż więc potrafiłbym zakryć przed Tobą, nawet gdybym nie zechciał wyznać? To raczej Ciebie zakryłbym przed sobą, nie zaś siebie przed Tobą. Teraz więc, gdy moje westchnienie świadczy, iż nie znajduję w sobie upodobania, Ty stajesz się moim światłem, moim upodobaniem, miłością i pragnieniem. Wstydzę się siebie, porzucam siebie, aby wybrać Ciebie, i nie chcę podobać się ani sobie, ani Tobie, jak tylko ze względu na Ciebie”8.

2. „Któryś jest w niebie”

Skoro Bóg jest „wszędziej niż wszędzie”, skoro jest On bliższy mi, każdemu z nas, niż ja sam sobie, to wobec tego co mówią o Nim te święte teksty, w których nazwany jest On Ojcem niebieskim (np. Mt 5,48; 6,14. 26. 32)? Skoro już w Starym Testamencie zdawano sobie sprawę z tego, że „niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Go objąć” (1 Krl 8,27), to dlaczego sam Pan Jezus tak często mówi o swoim Ojcu, który „jest w niebie” (np. Mt 5,16.45; 6,1.9; 7,11)?

Dlaczego o Tym, który jest w każdym miejscu, Pismo Święte tak często mówi, że przebywa On w niebie? Przypomnijmy niektóre z tych tekstów. Kiedy Pan Jezus przyjął chrzest w Jordanie, „oto otworzyły Mu się niebiosa i głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»” (Mt 3,16n). Podniesienie oczu ku niebu jest charakterystycznym gestem Pana Jezusa, kiedy zwraca się do swojego Ojca. Również Jego widzialne odejście od nas przedstawiane jest w Nowym Testamencie jako wstąpienie do nieba.

To niebo, w którym przebywa Bóg i w którym nasz Pan Jezus Chrystus, w swoim uwielbionym człowieczeństwie, zasiada po prawicy swojego Ojca, jest naszym przeznaczeniem wiekuistym. Tam jest nasz skarb (por. Mt 6,20) i nasza nagroda (por. Mt 5,12; Łk 6,23). Tam znajdziemy swoje „mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie” (2 Kor 5,1). To tam odszedł Pan Jezus, ażeby „przygotować nam miejsce”, gdyż „w domu Jego Ojca jest mieszkań wiele” (J 14,2).

Gdzie jest to niebo, czym jest to niebo, o którym mówią te teksty? Już król Salomon wyjaśnił nam przed chwilą, że nie jest to niebo, którego badaniem zajmują się astronomowie. „Należy unikać – uczył z całą jasnością już w pierwszej połowie III wieku Orygenes – takiego wyobrażania sobie Boga, jak gdyby był On objęty jakąś formą cielesną i mieszkał w niebiosach. Gdyby Bóg nieba był objęty, ogarnięty niebem, wówczas byłby mniejszy od niebios”9.

Pozytywnie na powyższe pytanie odpowiada Katechizm Kościoła Katolickiego, 2794: „To biblijne wyrażenie nie oznacza miejsca («przestrzeni»), lecz sposób istnienia; nie oddalenie Boga, ale Jego majestat. Nasz Ojciec nie znajduje się «gdzie indziej», On jest «ponad tym wszystkim», co możemy zrozumieć z Jego świętości”. W uroczystej formule apofatycznej mówił to samo już apostoł Paweł: „Błogosławiony i jedyny Władca, Król królujących i Pan panujących, jedyny, mający nieśmiertelność, zamieszkuje światłość niedostępną. Żaden z ludzi Go nie widział ani nie może zobaczyć” (1 Tm 6,16).

Własnymi siłami niewątpliwie nikt do tej „światłości niedostępnej” nie dojdzie. Do domu swojego Ojca tylko Jezus Chrystus może nas doprowadzić. Co więcej, już teraz – wprawdzie tylko zaczątkowo, ale realnie – nas do niego wprowadza. To o tym przecież pisze apostoł Paweł: „Bogaty w miłosierdzie Bóg, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, razem z Chrystusem przywrócił do życia i razem posadził na wyżynach niebieskich” (Ef 2,4-6).

Co konkretnie znaczą te słowa, że niebo jest nam dostępne już teraz, że już teraz niektórzy uczniowie Chrystusa Pana zasiadają „na wyżynach niebieskich”? Prostej, a zarazem przekonującej odpowiedzi na to pytanie udziela ojciec duchowy Augustyna, św. Ambroży: „Niebo jest tam, gdzie nie ma grzechu ani zbrodni, gdzie śmierć nie zadaje żadnej rany”10.

3. „Odeszli ode Mnie daleko”

Wszechobecność Boga jest ontyczną cechą Jego relacji ze stworzeniem. Jednak duchowo, niestety, zarówno my możemy się od Boga oddalać, jak On może się od nas odwrócić. W Piśmie Świętym, za pomocą tych obrazów wręcz często opisuje się ludzki grzech. „Jaką nieprawość znaleźli we Mnie wasi przodkowie – skarży się Bóg w Księdze Jeremiasza – że odeszli daleko ode Mnie? Poszli za nicością i stali się sami nicością” (Jr 2,5). „Im bardziej ich wzywałem – kontynuuje Pan Bóg tę skargę w Księdze Ozeasza – tym dalej odchodzili ode Mnie” (Oz 11,2).

Można być daleko od Boga, a sądzić, że jest się blisko: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie” (Iz 29,13; Mt 15,9). Można nawet oddzielić się od Boga – od Boga wszechobecnego przecież! – przepaścią: „Wasze winy wykopały przepaść między wami a waszym Bogiem; wasze grzechy zasłoniły Mu oblicze przed wami tak, iż was nie słucha” (Iz 59,2).

To rozchodzenie się człowieka z Bogiem jest opisywane w Piśmie Świętym również od drugiej strony.Od nieprawych jest Pan daleko, modlitwy prawych On słyszy” (Prz 15,29); „Pan patrzy łaskawie na pokornego, pyszałka zaś dostrzega z daleka (Ps 138,6). Aż strach to mówić, ale to oddalenie od Boga może się utrwalić: „Jako karę poniosą oni wieczną zagładę z dala od oblicza Pańskiego i od potężnego majestatu Jego” (2 Tes 1,9).

Pytanie samo ciśnie się na usta: Przecież Bóg jest najdosłowniej wszechobecny! Zatem jak to możliwe, żeby być od Niego daleko, żeby On był daleko od nas, a nawet żeby być od Niego oddzielonym przepaścią? Zauważmy, że pytanie to, paradoksalnie, można sformułować też następująco: Jak to możliwe, że nasza ziemia nie jest niebem?

Odpowiedź na to pytanie jest tyleż prosta, co bolesna: Wszechobecny Bóg jest Miłością. Toteż jeżeli miłości nie ma tam, gdzie być powinna, znaczy to, że nie ma tam Boga. Ale zarazem znaczy to, że tworzony jest tam jakiś daleki od rzeczywistości świat pozorów. „Poszli za nicością i sami stali się nicością” (Jr 2,5) – skarżył się Bóg w Księdze Jeremiasza. To dlatego tak nieraz nam źle i gorzko na tej ziemi, że zgubiwszy miłość, zgubiliśmy jednocześnie i Boga i samych siebie, i uwikłaliśmy się w złudny świat pozorów.

Strach pomyśleć, czym by się to skończyło, gdyby Bóg nie ulitował się nad nami i nie przysłał nam swojego Syna.

6 Teofil z Antiochii, Do Autolyka, 2, 3 i 10, w: Apologeci greccy II wieku, tłum. Jan Czuj, Poznań 1935, s. 49 i 57.

7 Sermo 171,1 (PL 38,933).

8 Wyznania, 10,2; tłum. Zygmunt Kubiak, Warszawa 1982 wyd. 2, s. 175.

9 O modlitwie, 23,1, tłum. Wojciech Kania, w: Henryk Pietras, Odpowiedź na Słowo, Kraków 1993, s. 170–171.

10 O sakramentach, 5,3,20, tłum. Ludwik Gładyszewski, w: Św. Ambroży, Wybór pism dogmatycznych, Poznań 1970 „Pisma Ojców Kościoła”, t. 26, s. 83.


VI. ZAWIERZENIE BOŻEJ OPATRZNOŚCI

1. Skandal biblijnej wiary w Opatrzność

Starożytnym filozofom nie mogło pomieścić się w głowie, że chrześcijanie mogą na serio wierzyć, iż Opatrzność ogarnia nie tylko cały wszechświat, ale wszystkie poszczególne byty. „Ci chrześcijanie co za dziwolągi wymyślają! – oburzał się wychowawca cesarza Marka Aureliusza, Fronton z Cyrty († ok. 166) – Tego swojego Boga przedstawiają jako natręta niespokojnego, ciekawego aż nadto, gdyż przy wszystkich czynnościach asystuje, po wszystkich miejscach się wałęsa, a nie jest w stanie oddać się jednemu, gdyż zajęty jest wszystkim, ani też wystarczyć ogółowi, gdyż pochłonęły Go szczegóły”11.

Fronton był stoikiem, wierzącym w Opatrzność. Wierzył, że światem, a także ludzkością rządzi boska siła, jednak są to rządy ogólne, nie szczegółowe. Myśl, że Opatrzność mogłaby ogarniać wszystkie poszczególne byty, wydawała się stoikom absurdalna. Sam zdrowy rozsadek podpowiadał tym filozofom, że niewątpliwie przekraczałoby to możliwości samego nawet Boga. Swój antropomorfizm w pojmowaniu boskich możliwości brali za żelazny postulat zdrowego rozumu.

Bardziej szczegółowy, a zarazem bardziej ostry w swoich zarzutach przeciwko biblijnej wierze w Bożą Opatrzność był Celsus z Aleksandrii. Jego zdaniem, wiara ta jest wytworem oszalałej, rozdętej ponad wszelką miarę antropocentrycznej pychy12. Dziś prawie już nie pamiętamy, że oburzenie było pierwszą reakcją pogańskich myślicieli na biblijną naukę, że człowieka stworzył sam Bóg Najwyższy i że stworzył nas na swój obraz i podobieństwo – i że wobec tego bycie człowiekiem znaczy bycie obdarzonym niepojętą wręcz godnością.

I Fronton, i Celsus byli dobrze poinformowani, kiedy przypisywali chrześcijanom wiarę w Opatrzność szczegółowo ogarniającą wszystko, co istnieje. Przecież patriarcha Józef przekonywał swych braci, że to „dla waszego ocalenia od śmierci Bóg wysłał mnie tu przed wami” (Rdz 45,5). Zaś w Księdze Jonasza czytamy, iż to „Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł” (Jon 4,6n).

Przede wszystkim zaś sam Pan Jezus uczył, że Bóg dobrotliwie czuwa nawet nad każdym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach, nad nami zaś czuwa najszczególniej: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).

Żeby podkreślić absurdalność takiej wiary, obaj filozofowie stoiccy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że Opatrzność, w którą wierzą chrześcijanie, zarazem ogarnia cały świat. „On liczbę gwiazd oznacza, wszystkie je woła po imieniu” – śpiewał Psalmista (Ps 147,4). Zaś w innym miejscu: „O Boże mój, Panie, jesteś bardzo wielki! Odziany we wspaniałość i majestat, światłem okryty jak płaszczem. Rozpostarłeś niebo jak namiot, wzniosłeś swe komnaty nad wodami. Za rydwan masz obłoki, przechadzasz się na skrzydłach wiatru. Jako swych posłów używasz wichry, jako sługi - ogień i płomienie. Umocniłeś ziemię w jej podstawach: na wieki wieków się nie zachwieje” (Ps 104,1-4; por. Iz 40,12-15; Jr 10,10-13; Am 4,13; 5,8n, itd.).

Na obronę filozofów pogańskich, krytykujących biblijną naukę o Opatrzności, trzeba powiedzieć, że przedtem musieliby wyjść ponad swoje wyobrażenia o Bogu, ażeby przeciwko tej nauce nie protestować. Nawet ci z nich, którzy byli monoteistami i którym udało się przezwyciężyć panteistyczne rozumienie Boga, nie znali prawdy o stworzeniu. Zatem nie byli w stanie nawet domyślać się, nawet w formie hipotezy, tej prawdy, że wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga. Najwięcej, co pogańscy filozofowie mogli powiedzieć o Bogu, to wyobrażać Go sobie jako dostatecznie potężnego, ażeby mógł cały świat poddać swoim ogólnym rządom.

Dopiero objawienie prawdy o stworzeniu jako o całościowym, wszechobejmującym, bez żadnego uprzednio istniejącego tworzywa, uprzyczynowaniu istnienia otworzyło horyzont dla idei Opatrzności w biblijnym wyrazu znaczeniu. Tylko Ten bowiem, od którego pochodzi wszystko aż do najdrobniejszego szczegółu, może być Opatrznością, która rozciąga swoje czuwanie nad wszystkim, nawet nad małym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach.

2. Opatrzność Boża nad tymi, którzy są zdolni do miłości

Opatrzność Boża rozciąga się nad całością stworzenia, a zarazem nad każdym stworzeniem poszczególnie, jednak stosownie do natury każdego ze stworzeń. Inaczej podlega Bożej Opatrzności nie mający rozumu wróbelek, inaczej zdolny do miłości i wolności byt osobowy, jakim jest człowiek.

Jako byt osobowy, człowiek jest capax Dei, zdolny do poznania i umiłowania Boga, ostatecznie zaś – do całoosobowego zjednoczenia z Nim na życie wieczne. Zatem Opatrzność Boża rozciąga się nad nami jako nad osobami wezwanymi do wejścia w dialog miłości ze swoim Stwórcą, w dialog realnie nas przemieniający i prowadzący ostatecznie do życia wiecznego.

Dlatego pierwszą odpowiedzią człowieka na dar Bożej Opatrzności powinno być bezwarunkowe zawierzenie siebie Bogu jako Temu, kto lepiej od nas wie, co dla nas dobre, i kto na pewno nigdy nas nie skrzywdzi ani o nas nie zapomni. „Pan jest wierny we wszystkich swych słowach – przypomnijmy jedną z wielu wypowiedzi biblijnych tę postawę wyrażających – i we wszystkich swoich dziełach święty. Pan podtrzymuje wszystkich, którzy padają, i podnosi wszystkich zgnębionych” (Ps 145,13).

Najbardziej typową sytuacją, kiedy człowiek wierzący stara się zawierzyć siebie Bogu, jest sytuacja zagrożenia, zwłaszcza takiego, które nas przerasta i w obliczu którego czujemy się słabi i bezbronni: „Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć? Gdy na mnie nastają złośliwi, by zjeść moje ciało, wtenczas oni, wrogowie moi i nieprzyjaciele, chwieją się i padają. Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz, moje serce bać się nie będzie; choćby wybuchła przeciw mnie wojna, nawet wtedy będę pełen ufności. (...) Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to jednak Pan mnie przygarnie” (Ps 27,1-3.10).

Czym innym jednak jest mówić w czasach bezpiecznych: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4) – czym innym zaś jest zawierzyć Bogu, kiedy naprawdę znaleźliśmy się w ciemnej dolinie. Kiedy skrajnie wyczerpani oblężeniem mieszkańcy miasta Betulii żądają poddania miasta Asyryjczykom, dowódca obrony prosi ich: „Bądźcie mężni, bracia! Przetrwamy jeszcze pięć dni. W tych dniach Pan i Bóg nasz okaże nam miłosierdzie swoje, On bowiem nie opuści nas do końca” (Jdt 7,30n).

Mogłoby się wydawać, że był to wzorcowy przykład zawierzenia Bogu w momencie skrajnego utrapienia. A jednak dzielna Judyta piętnuje tę postawę jako próbę dyktowania Panu Bogu, jak konkretnie powinna się przejawiać Jego opieka nad nami: „Kim wy właściwie jesteście, żeście wystawiali na próbę w dniu dzisiejszym Boga i postawili siebie ponad Boga między synami ludzkimi?... Gdyby nawet nie zechciał nam pomóc w tych pięciu dniach, to ma On moc obronić nas w tych dniach, w których zechce, albo zgubić nas na oczach naszych wrogów. Wy zaś nie wymuszajcie zarządzeń od Pana Boga naszego, ponieważ nie można uzyskać nic od Boga pogróżkami jak od człowieka ani Nim rozporządzić jak synem ludzkim. Oczekując od Niego wybawienia, wzywajmy pomocy dla nas od Niego, a On wysłucha naszego głosu, jeżeli Mu się spodoba” (Jdt 8,12.15-17).

Słowem, zawierzenie Bogu dopiero wtedy jest autentyczne, kiedy nie żądamy od Niego gwarancji ani nie wyznaczamy Mu sposobu, w jaki ma nam przyjść z pomocą. Przykład idealnie bezwarunkowego zawierzenia siebie Bogu dali młodzieńcy z Księgi Daniela, skazani za swoją wiarę w Boga na wrzucenie do pieca hutniczego: „Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu! Jeśli zaś nie, wiedz, królu, że nie będziemy czcić twego boga, ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś” (Dn 3,17n).

Równie heroiczne, a psychologicznie zapewne jeszcze trudniejsze, było zawierzenie siebie Bogu, na jakie zdobyła się Zuzanna. Ona bowiem mogła ocalić zarówno życie, jak swoje dobre imię, tyle że za cenę grzechu: „Jestem w trudnym ze wszystkich stron położeniu. Jeżeli to uczynię – tzn. jeżeli zgodzę się na wasze rozpustne propozycje – zasługuję na śmierć; jeżeli zaś nie uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce, niż zgrzeszyć wobec Pana” (Dn 13,22n).

Szczytowym wyrazem najdosłowniej całoosobowego zawierzenia się Bogu w sytuacji utrapienia była modlitwa Pana Jezusa w obliczu męki krzyżowej, modlitwa idealnie skuteczna, a zarazem, biorąc po ludzku, mogłoby się wydawać, że niewysłuchana. „Z głośnym wołaniem i płaczem – pisze o tej modlitwie autor Listu do Hebrajczyków, 5,7 – za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości”. Wsłuchując się w powyższe zdanie, możemy zaskoczeni pytać: O czym autor tych słów mówi, skoro Pan Jezus nie tylko że nie został wybawiony od śmierci, ale zadano mu śmierć najokrutniejszą z okrutnych?

A przecież w zdaniu tym wyrażono wielką prawdę. Owszem, Syn Boży został ukrzyżowany i zabity. Jednak śmierć Go nie pokonała, to On ją pokonał! Został On wybawiony od śmierci nie tylko w tym sensie, że zmartwychwstał, ale ponadto w tym sensie, że właśnie dzięki swej śmierci ma moc obdarzać życiem wiecznym wszystkich, którzy chcą do Niego należeć. Zatem wysłuchał jednak Przedwieczny Ojciec swojego Syna, kiedy Go błagał o wybawienie od śmierci.

3. Nasz współudział w Bożej Opatrzności

Możliwość zawierzenia bierze się z naszej zdolności do miłowania. Jako osoby wezwane do wolności, jesteśmy zdolni (i moralnie zobowiązani) do współudziału w rządach Bożej Opatrzności.

Na początku lat pięćdziesiątych, zapadło w mój, wtedy jeszcze dziecięcy umysł, następujące szyderstwo z prawdy o Bożej Opatrzności. Znajdowało się ono, jak mi się wydaje w szkolnym podręczniku, a brzmiało mniej więcej tak: Kiedy ludzie liczyli na Bożą Opatrzność, modlili się o dobre urodzaje i ciągle spotykały ich klęski głodu; a jeśli przychodziła zaraza, urządzali procesje i zaraza jeszcze bardziej się rozszerzała. Kiedy wreszcie przestali liczyć na Boga i zaczęli liczyć na samych siebie, wówczas i nawozy sztuczne wynaleźli, i szczepionki – i dopiero wtedy udało im się tamte odwieczne klęski opanować. Słowem, powinniśmy liczyć nie na Boga, tylko na samych siebie.

Dzieci były bezbronne wobec tak perfidnej umysłowej przemocy. Chyba że któreś, tak jak ja, miało szczęście mieć mądrego ojca, który mi wytłumaczył, że gdyby jakiś rolnik ciągle się modlił o dobre urodzaje, ale z tej pobożności zapomniałby obsiać pola, byłby to rolnik nie pobożny, ale niemądry. Tata zwrócił mi uwagę na to, że aż tak niemądrych rolników w ogóle na świecie nie ma.

Dziś, jeżeli ktoś przyjdzie do mnie z podobnym problemem, staram się – wydaje mi się, że równie prosto – wyjaśniać, że swoją opiekę nad różnymi bytami Bóg sprawuje jako nad takimi, jakimi je stworzył. Otóż człowieka Bóg stworzył istotą rozumną i zdolną do wzięcia odpowiedzialności za samego siebie oraz za swoich bliskich. Zatem nasza pozytywna aktywność jest konkretną formą naszego udziału w Bożej Opatrzności. Jesteśmy przecież osobami, które Stwórca wezwał i do wolności, i do odpowiedzialności.

Byłoby zwyczajnym nieporozumieniem w naszych zabiegach na rzecz zaspokojenia różnych naszych potrzeb widzieć konkurencję wobec Bożej Opatrzności. Bóg również w ten sposób nami się zajmuje, że uzdolnił nas do tego, żebyśmy w różnorodny sposób zajmowali się sami sobą. To dlatego tak popularna jest w Kościele formuła świętego Ignacego Loyoli: „Módl się jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj jakby wszystko zależało od ciebie”13.

Prawdę, że Bóg bezpośrednio sprawuje swoją Opatrzność nad wszystkim, co stworzył, a zarazem że sprawuje ją za pośrednictwem różnorodnych przyczyn stworzonych, świetnie wyjaśnia święty Tomasz. Mianowicie zależności przyczynowo-skutkowe między bytami Bóg ustanowił nie dlatego, „żeby brakowało Mu mocy, ale dlatego, że tak przelewa się w Nim dobroć, iż nawet stworzeniom udziela godności bycia przyczyną”14.

Bóg bowiem w taki sposób może sprawować swoje rządy, że ten sam skutek, który pochodzi od Niego, może zarazem pochodzić od przyczyny naturalnej. Jak to jest możliwe? „To oczywiste – odpowiada na to pytanie św. Tomasz – że kiedy rzecz naturalna sprawia jakiś skutek, nie staje się czymś zbędnym, aby Bóg go sprawiał, albowiem rzecz naturalna nie inaczej przyczynuje, jak tylko mocą Bożą. Również z tego, że Bóg sam może sprawić wszystkie skutki, nie wynika, jakoby było czymś zbędnym, ażeby były one sprawiane przez niektóre inne przyczyny. Jest tak nie dlatego, jakoby moc Boża była niedostateczna, ale dlatego, że niezmierzona jest Jego dobroć. To dzięki niej Bóg chce udzielać rzeczom podobieństwa do siebie nie tylko w istnieniu, ale również w tym, żeby były one przyczynami innych rzeczy. (...) W ten sposób ujawnia się w rzeczach stworzonych piękno porządku”15.

Jak widzimy, nie tylko byty rozumne mogą być – i są – realnymi uczestnikami Bożych rządów nad światem, ale w ogóle wszystkie byty stworzone. Brak pośrednictwa stworzeń w przekazywaniu dobra pomniejszałby wielkość Stwórcy i godność stworzeń. Gdyby bowiem stworzenia nie mogły swego dobra dzielić z innymi, pozbawione byłyby istotnie podobieństwa do dobroci Stwórcy, który przecież nie tylko jest „sam w sobie dobrym” – wciąż cytuję św. Tomasza – ale również „inne byty do dobroci prowadzi”16.

Przecież – tłumaczy Akwinata – „Bóg jest dobrem najwyższym, toteż On wszystko sprawia najlepiej. Otóż jest czymś lepszym, aby udzielone komuś dobro było wspólne dla wielu bytów, niż żeby było tylko jego własnym dobrem, albowiem dobro wspólne zawsze jest czymś bardziej boskim, aniżeli dobro należące tylko do kogoś jednego. Otóż dobro jednego staje się wspólne dla wielu, jeśli od jednego płynie ku innym, a to się może dziać tylko wówczas, kiedy ów byt rozlewa je na inne poprzez własne działanie. Jeśli natomiast nie ma mocy rozlewać swego dobra na inne byty, pozostaje ono jego własnym dobrem. Bóg w taki więc sposób udzielił rzeczom stworzonym swojej dobroci, że jedna rzecz może przekazać innej to, co sama otrzymała. Zatem przeczyć temu, iż rzeczy stworzone zdolne są do własnych działań, znaczy ujmować coś Bożej dobroci”17.

Tomasz powie nawet więcej: Twierdzić, jakoby bezpośredniość Bożych rządów nad światem wykluczała posługiwanie się przez Opatrzność pośrednictwem stworzeń, to znaczy rozbić całość wszechstworzenia na zbiorowisko nie powiązanych ze sobą poszczególnych stworzeń.

Rzecz jasna, współudział bytów osobowych w rządach Bożej Opatrzności przez to jest specyficzny, że wyraża się działaniem rozumnym i wolnym. W Sumie teologicznej argument ten został zobrazowany przykładem dobrego nauczyciela, który potrafi uczniom nie tylko przekazać wiedzę, ale umie też przygotować ich do tego, żeby sami uczyli innych.

Jak widzimy, istotną troską Akwinaty, kiedy podejmuje problem czynnego udziału stworzeń w rządach Bożych nad światem, była skrupulatna wierność prawdzie, że Bóg jest absolutnie transcendentny i suwerenny wobec swoich stworzeń. W imię tej troski Tomasz stanowczo podkreśla, że Bóg jest dostatecznie wszechmocny, aby był w stanie ogarnąć bezpośrednio swoją władzą i opieką wszystko, co istnieje. Z drugiej jednak strony, odrzuca tezę, jakoby bezpośredniość rządów Bożych nad każdym bez wyjątku stworzeniem wykluczała posługiwanie się przez Boga w swoich rządach pośrednictwem stworzeń – gdyż taka opinia również ograniczałaby absolutną suwerenność i doskonałość Boga. To tylko w naszej kondycji stworzeń kategorie „pośredni” i ”bezpośredni” wzajemnie się wykluczają. W rządach Bożych ani to, że Bóg sprawuje je bezpośrednio nad każdym swoim stworzeniem, nie wyklucza posługiwania się przez Niego pośrednictwem różnych stworzeń, ani też pośrednictwo stworzeń w rządach Bożych nie byłoby możliwe, gdyby Bóg nie sprawował swojej Opatrzności bezpośrednio nad każdym stworzeniem.

11 Minucjusz Feliks, Octavius (10,5), tłum. Jan Sajdak, Poznań 1925, s. 20n.

12 Orygenes, Przeciw Celsusowi (4,23), tłum. Stanisław Kalinkowski, wyd. 2, Warszawa 1986, s. 197.

13 Por. KKK 2834.

14 Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, 1 q. 22 a. 3.

15 Tomasz z Akwinu, Contra gentiles, lib. 3 cap. 70.

16 Por. Tomasz z Akwinu, Compendium theologiae, cap. 124.

17 Tomasz z Akwinu, Contra gentiles, lib. 3 cap. 69.


VII. OPATRZNOŚĆ BOŻA A ZŁO

Skandalem zła można się tak naprawdę przerazić i zgorszyć w świetle Bożego Objawienia. Bo jeśli wszystko, co się dzieje, dosłownie wszystko, dzieje się pod rządami wszechogarniającej Bożej Opatrzności, to czy wobec tego sam Bóg jest sprawcą – nawet jeżeli tylko pośrednim – tych nieszczęść? Pan Jezus mówił: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).

Skoro nic się nie dzieje bez woli Ojca naszego, który jest w niebie, to czyżby było wolą Bożą, żeby nas spotykały te liczne nieszczęścia i tragedie, od których nasza ziemia aż jęczy? Czyżby to wszystko zostało zadekretowane przez Boga?

1. Skąd się bierze zło?

Mając zamiar zapytać o to, skąd się bierze zło, trzeba przedtem postawić pytanie, co to jest zło. Tradycyjnie, za św. Augustynem, odpowiadamy, że malum est carentia boni debiti – zło jest to brak dobra tam, gdzie ono być powinno. Konkretnie zaś, najczęściej bywa tak, że zło jest to dobro wybrakowane, wypaczone, zepsute – a mówiąc dokładniej: to, co czyni dobro wybrakowanym, wypaczonym, zepsutym.

Nie trzeba wielkiej spostrzegawczości, żeby zauważyć, że w powyższe ujęcie wbudowana jest prawda, iż „widział Bóg, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31) – i że zło wprowadza niepożądaną dysharmonię w ten ustanowiony przez Stwórcę porządek świata.

Tutaj pojawia się pytanie następne: Czyżby stworzenie było w stanie wyłamać się spod władzy Stwórcy i urządzać stworzony przez Niego świat po swojemu, tzn. wprowadzać w ten Boży świat bałagan i zniszczenie? Czyżby Stwórca utracił część swojej władzy nad światem, tak że świat nie jest już jednoznacznie dobry?

Jeżeli natomiast powyższe niepokoje są nieuzasadnione, tzn. jeżeli absurdem jest nawet pomyśleć, że Bóg mógłby przestać być Bogiem i że wobec tego „nikt Jego woli nie może się sprzeciwić” (Rz 9,19), to czyżby wynikało stąd, że Bóg jest sprawcą zła? Przecież prowadziłoby to do tego samego absurdu: jakoby Bóg mógłby przestać być Bogiem!

Przejście pomiędzy tak zarysowaną Scyllą a Charybdą jest bardzo proste: Dobroć Bożych stworzeń polega nie tylko na tym, że Bóg uczynił je dobrymi same w sobie, ale ponadto w różnorodny sposób obdarza je godnością przyczyn. Mówiąc inaczej, świat tak został stworzony, żeby jedne stworzenia były przyczynami zarówno istnienia jak działania dla innych stworzeń.

Opatrzność rządzi wszechstworzeniem zgodnie z naturą poszczególnych rodzajów bytów. Światem materialnym Opatrzność kieruje poprzez ustanowione dla niego prawa natury, osobami poprzez udzieloną im wolność woli. A chociaż wszystkie realizujące się w stworzeniach skutki podlegają Opatrzności, to przecież jedne z nich są to skutki konieczne, inne – przygodne; w świecie bez reszty podlegającym Bożej Opatrzności możliwe są nawet wydarzenia przypadkowe. Całą tę ogromnie ciekawą problematykę św. Tomasz omawia zwłaszcza w trzeciej księdze Summa Contra Gentiles, w rozdziałach 64–78.

Zatem postawmy sobie wreszcie pytanie, skąd się bierze zło. Dwa ustalenia już poczyniliśmy: że ani Bóg nie jest sprawcą zła, ani też zło nie jest wyłamaniem się spod Bożej Opatrzności. Słowem, nie ma wątpliwości, że zło ma swoje źródła w porządku przyczyn drugich.

Stosownie do dwóch rodzajów zła, jakie w naszej chrześcijańskiej Europie rozróżniamy od wieków, na pytanie, skąd się bierze zło, odpowiedzmy dwukrotnie. Zło niegodziwe, które nazywamy grzechem, a które ostatecznie jest mniej lub więcej świadomą i dobrowolną negacją Boga jako Źródła wszelkiego sensu oraz jako Kogoś godnego całoosobowej miłości, płynie z wolnej woli stworzeń osobowych. Jest jeszcze zło w znaczeniu mniej ścisłym – płynie ono z ułomności i niedoskonałości, jakie pojawiły się w porządku przyczyn drugich, niekiedy zaś jest ono konsekwencją grzechów naszych lub cudzych.

„Każdy czynnik sprawczy – znów cytuję świętego Tomasza – działa o tyle, o ile działa mocą Bożą. Otóż Bóg jest przyczyną wszystkich skutków i działań, a zarazem zło i brak w rzeczach, którymi rządzi Boża Opatrzność, przydarza się z powodu właściwości przyczyn wtórych, w których może istnieć brak, to jest rzeczą oczywistą, że złe działania, o ile są ułomne, nie pochodzą od Boga, lecz od ułomnych przyczyn najbliższych, jeżeli zaś chodzi o ich działanie i byt, muszą pochodzić od Boga. Tak na przykład utykanie, o ile jest ruchem, pochodzi od władzy ruchu, o ile zaś jest ułomnością, jest skutkiem skrzywienia nogi”18.

Obraz utykania, które wynika ze skrzywienia nogi, jest niewyobrażalnie odległy od katastrofy samolotu, którą spowodował nie do końca wyjaśniony splot przyczyn ludzkich, technicznych oraz meteorologicznych, jednak struktura ontyczna obu tych sytuacji jest identyczna: zło zarówno utykania nogi, jak katastrofy miało swoje źródło nie w Przyczynie pierwszej, ale w brakach, jakie zaistniały w porządku przyczyn drugich. Bóg jednak to zło dopuścił, również tę straszną katastrofę samolotu Bóg dopuścił.

2. Dlaczego Opatrzność dopuszcza zło?

Kiedy spotyka nas jakieś zło, zwłaszcza duże zło, lubimy z tego powodu oskarżać Pana Boga, i to nawet wówczas, kiedy sami je nieopatrznie na siebie ściągnęliśmy, a tym bardziej jeżeli przyszło ono na nas wskutek zaniedbania lub złej woli innych ludzi. „Skoro Bóg jest wszechmocny, to przecież mógł do tego nie dopuścić! Gdyby nas naprawdę kochał, to by nam tak strasznego zła oszczędził!” Zwątpienie w Bożą wszechmoc i miłość to stosunkowo częsta reakcja na dotykające nas zło, które wydaje nam się zbyt trudne do udźwignięcia. W naszym pokoleniu, rabin Kushner tak sugestywnie przekonuje, że kochający nas Bóg nie jest wszechmocny i nie zawsze może nam pomóc, że nawet wydawnictwa katolickie drukują i rozprowadzają jego książki.

Pokusy buntu przeciwko Bogu ogarniają nas szczególnie mocno wówczas, kiedy spada na nas (czy w ogóle na jakichś ludzi) zło, wobec którego czujemy się bezsilni, a które wydaje się nam przez nikogo niezawinione – takie jak trzęsienia ziemi, zarazy, susze, powodzie czy inne klęski żywiołowe – słowem, klęski, których nawet jeśli częściowo moglibyśmy uniknąć, nie da się od nich uciec całkowicie.

W Kościele katolickim zdecydowanie wierzymy, że Bóg jest miłością, a zarazem że jest wszechmocny. I nie dlatego dopuszcza zło, żeby nie był wszechmocny, albo żeby nas nie kochał, tylko że jest dostatecznie wszechmocny i naprawdę nas kochając, ma moc wyprowadzić dobro ze zła. Tak wyraźnie uczył już św. Augustyn, zdecydowanie powtarzał tę naukę św. Tomasz z Akwinu, ostatnio zaś Katechizm Kościoła Katolickiego, 311.

Niektórzy bardzo niesłusznie dodają: „większe dobro”. Ale nie traktujmy tak lekko kwestii miary zła. Wystarczy, iż będziemy pamiętać o tym, że jest rzeczą niemożliwą, by zło przekroczyło dopuszczone mu przez Boga granice. By wyrwało się spod rządów Bożej Opatrzności.

Znamienne, że w konsekwencji powyższego spojrzenia, w Kościele rzadziej stawiamy sobie pytanie: „dlaczego to zło nas spotkało?”. Ludziom wierzącym o wiele ważniejsze wydaje się pytanie inne: „jak w obliczu tego zła, które nas spotkało, mamy się zachować?”

Owszem, od tego pierwszego pytania też nie uciekniemy. Kiedy na przykład rodzi się dziecko upośledzone, nie trzeba się dziwić, że w pierwszym odruchu rodzice pytają: „Dlaczego właśnie nam się takie dziecko urodziło?” Pojawienie się tego rodzaju pytań jest poniekąd czymś zrozumiałym i być może wszyscy rodzice dziecka upośledzonego przez etap takich pytań muszą przejść. Ale są to jednak pytania w sumie egocentryczne i trzeba je w końcu odsunąć. Pytanie naprawdę istotne jest zupełnie inne. Mianowicie rodzice dziecka upośledzonego powinni sobie postawić pytanie następujące: „Jak my mamy się zachować? Co mamy zrobić, aby nasze dziecko przyjąć jak najlepiej, z prawdziwą miłością? W jaki sposób mamy przyjąć nasze dziecko, aby dać mu jak najwięcej, ażeby jego życie było piękne? Co mamy zrobić, aby przyjąć nasze dziecko nie jako dopust Boży, ale jako dar Boży?”.

Jak powyższa moralna logika „działa” w obliczu nieszczęść masowych, takich jak trzęsienie ziemi czy choćby katastrofa samolotu? Może znów przywołam św. Augustyna. Przyszły akurat – było to prawdopodobnie w roku 397 – wieści o trzęsieniu ziemi, które przemieniło w gruzy kilka miast Azji Mniejszej. Owszem, od razu pojawili się wówczas różni sędziowie i oskarżyciele Pana Boga. Augustyn wspomina o nich, ale z nimi nie polemizuje. Nagłą śmierć takiej masy ludzi Augustyn przyjął przede wszystkim jako przypomnienie o kruchości naszego ludzkiego życia: „Tam umieśćmy nasze serce, gdzie nie będą mogły go psuć troski tego świata. Niech przeminą te troski, które przejmują ludzi, niech wyparują, mgłą jest bowiem życie ludzkie na ziemi. Kruchość obecnego życia zwiększają jeszcze różne i wręcz codzienne niebezpieczeństwa”19.

Zupełnie inaczej zachowali się ludzie Oświecenia, którzy tak zgorszyli się – rzeczywiście strasznym – trzęsieniem ziemi, jakie miało miejsce w Lizbonie w roku 1751. Oni z góry „wiedzieli”, że w Lizbonie wielu ludzi zginęło niewinnie i niesprawiedliwie, zaś nadzieja życia wiecznego oraz ewangeliczne wytyczne o cierpliwym znoszeniu doznawanego zła, zwłaszcza jeśli nie da się go uniknąć, ich jedynie oburzały.

Natomiast Augustyn, zamiast polemizować z oskarżycielami Pana Boga, ogranicza się do pouczenia, jak chrześcijanie winni reagować na nieszczęścia, których nie dało się uniknąć: „Świat jest tłocznią oliwną, która bierze nas w swoje prasy. Bądźmy oliwą, nie wytłokami. Każdy niech się zwraca do Boga i zmienia swoje życie. Nie widzimy, jak spływa oliwa, jak znajduje ukryte w tłoczni naczynie. [Kiedy w reakcji na różne utrapienia pojawiają się] szyderstwa, wyśmiewanie, bluźnierstwa, publiczne narzekania, wytłoki wychodzą z tej tłoczni. Jednak Pan tłoczni nie przestaje działać przez swoich pracowników, świętych aniołów. Zna on swoją oliwę. Wie, co chce osiągnąć, wie, pod jakim ciężarem oliwa zacznie płynąć. Zna Pan tych, którzy należą do Niego. Bądźcie oliwą, uciekajcie od wytłoków. Niech się odwrócą od nieprawości wszyscy, którzy wzywają imienia Pańskiego”.

Szczególnie głęboko, ale i przejmująco brzmi nawiązanie w związku z tym trzęsieniem ziemi do słów Pana Jezusa, żeby nie bać się tych, którzy zabijają ciało, ale bać się raczej wtrącenia do piekła: „Są bowiem rzeczy, których bać się nie trzeba. Boisz się trzęsienia ziemi? Boisz się sensacji na niebie? Boisz się wojen? Lękaj się również zwyczajnej choroby. Kiedy boimy się tamtych wielkich klęsk, nieraz nie one nadejdą, ale zwyczajna gorączka zmiecie człowieka z tej ziemi. A jeśli Sędzia stwierdzi wówczas, że takiego nie zna, jeśli powie takim: «Nie znam was! Odejdźcie ode mnie!», co wówczas będzie? Gdzie wtedy pójdziesz? Gdzie się podziejesz? Jak odzyskasz swoje zmarnowane życie? Czy ktoś ci pozwoli żyć jeszcze raz i naprawić zło, jakie uczyniłeś? Wszystko skończone!”.

Słowem, Pan Bóg nie potrzebuje naszej obrony przed stawianymi Mu zarzutami, sytuacje klęsk żywiołowych oraz innych masowych nieszczęść powinny nam raczej przypominać o tym, że naszym celem ostatecznym jest życie wieczne.

18 Contra gentiles, lib. 3 cap. 71.

19 Sermo 19,6 (PL. 38,136n). Również dwa następne cytaty wyjęte są z tego kazania.


VIII. MODA NA OSKARŻANIE BOGA

„Gdyby Bóg naprawdę był Miłością – ktoś mnie niedawno przekonywał – to nikogo by nie skazywał na potępienie wieczne. Bo choćby nie wiem co złego człowiek zrobił podczas krótkiego pobytu na tej ziemi, to karać go za to na wieki jest okrucieństwem i niesprawiedliwością. Nawet zwyczajny ojciec nigdy by tak swojego dziecka nie karał. Zwyczajny ojciec, chociaż jest tylko ułomnym człowiekiem, nie rozlicza dziecka z jego złych uczynków, ale zazwyczaj puszcza je w niepamięć. Ja nie chcę Boga, który przygotował ludziom wiekuiste piekło! Nie chcę Boga, tak mało wrażliwego na niedolę swoich stworzeń!”

Chciałbym tu przedstawić tezę, że Boga prawdziwego w ogóle nie da się zasadnie oskarżyć o cokolwiek. Kiedy zaś Go krytykujemy i oskarżamy, wzmacniamy tylko w ten sposób swoje fałszywe o Nim wyobrażenia i osłabiamy w sobie zdolność do miłowania Go i do bezwarunkowego zawierzenia się Jemu. Przedtem jednak przynajmniej w paru zdaniach trzeba przypomnieć, jakie przesłanie zawierają w sobie liczne ostrzeżenia przed potępieniem wiecznym, jakie znajdują się na kartach Ewangelii.

1. Bóg bezgranicznie miłosierny

Dwie elementarne zasady odczytywania zawartych w Ewangeliach pouczeń trzeba sobie przypomnieć, ażeby prawidłowo zrozumieć, co znaczą słowa Pana Jezusa mówiące o potępieniu wiecznym. Po pierwsze: Nie ma w Ewangeliach (i w całym Piśmie Świętym) ani jednego zdania, które w wymiarze ostatecznym nie byłoby słowem Bożej miłości do nas. I zasada druga: Skoro wierzymy, że całe Pismo Święte zostało napisane pod natchnieniem Ducha Świętego, to zawarte w nim zdania i twierdzenia należy odczytywać w świetle wszystkich innych wypowiedzi biblijnych na dany temat.

W myśl zasady drugiej, jest czymś oczywistym, że wypowiedzi Pana Jezusa mówiące o potępieniu wiecznym należy porównać choćby na przykład z następującym fragmentem Księgi Mądrości: „Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia! Bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie. Dlatego nieznacznie karzesz upadających i strofujesz, przypominając, w czym grzeszą, by wyzbywszy się złości, w Ciebie, Panie, uwierzyli” (Mdr 11,23–12,2).

Zresztą sam Pan Jezus mówił przecież: „Nie przyszedłem po to, aby świat sądzić, ale aby świat zbawić” (J 12,47).

Co do zasady pierwszej: Czyżby nawet słowa Pana Jezusa o potępieniu wiecznym były słowami miłości? Oczywiście! Cała Ewangelia jest jedną wielką obietnicą zbawienia i wezwaniem do tego, żeby się na nie otworzyć. Wezwaniem do zbawienia przeniknięte są również Chrystusowe ostrzeżenia przed potępieniem wiecznym. Podobnie jak znaki drogowe informujące o utrudnieniach i ostrzegające przed niebezpieczeństwami przeniknięte są obietnicą bezpiecznego przejazdu przez tę drogę.

Prawdziwa miłość sięga niekiedy po środki twarde i ostre – jeśli nie ma innego sposobu, żeby doprowadzić do opamiętania tego, kogo się kocha. Serce ludzkie może bowiem stwardnieć i obrosnąć kamieniem. Może do tego stopnia utracić wrażliwość, że nie rozumie nawet moralnego i duchowego elementarza. Wtedy nie ma rady, trzeba nieraz sięgnąć nawet po młotek, żeby ten kamień rozbić i dotrzeć do żywego serca. Pan Jezus próbował dotrzeć nawet do takich serc i używał wówczas środków różnych. Potrafił w oczy powiedzieć faryzeuszom, że są plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi, ostrzegał nas wszystkich, żebyśmy sobie nie przygotowywali ognia wiecznego. Mówił tak, bo nas kocha.

Nie wiemy, czy piekło jest puste, ale z całą pewnością Pan Jezus jest pierwszym, który chciałby, żeby było ono puste. Jeżeli ktoś tam się znajdzie, to dlatego, że sam tego będzie chciał. Pewien kaznodzieja poglądowo tak to wyjaśniał: Na swoim sądzie Bóg zada mi jedno jedyne pytanie: „Czy ty Mnie kochasz?” Kłamstwo i udawanie będą na sądzie Bożym niemożliwe, tam człowiek będzie mówił czystą prawdę. Ci, którzy na pytanie: „Czy ty Mnie kochasz?” odpowiedzą: „tak” – od razu znajdą się wśród zbawionych. Pozostałych Bóg zapyta: „Czy przynajmniej pozwolisz Mi, abym Ja ciebie kochał?” Ci, którzy na to pytanie odpowiedzą: „tak” – pójdą do czyśćca, gdzie miłość Boża będzie ich ogarniała coraz więcej, aż cali i bez reszty rozkochają się w swoim Bogu i Zbawicielu, i staną się zdolni do przebywania przed Bożym obliczem twarzą w twarz. Aż trudno sobie wyobrazić, że ktoś na to drugie pytanie samego Boga mógłby odpowiedzieć przecząco.

Jednak nie posuwajmy już dalej naszego zgłębiania tej tajemnicy. Raczej przywołajmy dwuwiersz Antoniego Goreckiego:

Pytali: „Czy jest piekło?” Ten rzekł: „Co żartować?

Lepiej nie iść do niego, niż czy jest, próbować”.

2. Jeżeli Boga nie traktuje się poważnie…

Przede wszystkim jednak pragnę tu zwrócić uwagę na rozszerzającą się w naszych czasach modę krytykowania i oskarżania Boga, jakbyśmy byli od Niego lepsi i mądrzejsi, tak jakbyśmy byli jakimiś nad-bogami. Wielu współczesnych ludzi chyba nie rozumie tego, że pycha nasza osiąga szczyty szaleństwa, kiedy próbuje korygować Boże przykazania, krytykować Bożą naukę, oskarżać Boże postępowanie wobec nas.

Postawa ta jest przeciwieństwem pełnych czci dla Boga sporów, jakie prowadzili z Nim sprawiedliwy Hiob czy wielki przywódca ludu Bożego, Mojżesz. Nie ma też nic wspólnego z modlitwą, która niekiedy przyjmuje postać walki z Bogiem, jednak walki prowadzącej do tego, że człowiek jeszcze więcej zawierza Mu samego siebie.

Skąd się bierze ten tupet, że zabieramy się do oskarżania samego nawet Pana Boga? Żyjemy w czasach, kiedy oskarżanie innych – często niesprawiedliwe, a nawet zupełnie bezpodstawne – stało się nałogiem wielu z nas. Komuś, kto w takim nałogu jest pogrążony, już bardzo niedaleko do tego, żeby nawet Bogu wciąż mieć coś za złe: Gdzie był Bóg, kiedy autobus z pielgrzymami spadał w przepaść? Czy Bóg nie widzi mojego nieszczęścia: dlaczego nie wysłuchuje moich modlitw, ażeby syn mój przestał pić? Tyle się modlę o dobrą żonę, czy Bóg mnie nie słyszy? Dlaczego człowieka dobrego, który mógłby jeszcze żyć, Bóg zabiera z tego świata, a tylu ludzi złych żyje sobie zdrowo i spokojnie? Jeżeli Bóg nas kocha, to dlaczego tyle zła jest w naszym świecie?

Początkiem takiego myślenia jest ukształtowanie sobie obrazu Boga na obraz i podobieństwo samego siebie. Benedykt XVI, jeszcze przed swoim wyborem na papieża, tak o tym pisał: „Coraz częściej zamazujemy oblicze jedynego Boga. Np. gdy mówimy: cóż, wszyscy bogowie to jeden i ten sam Bóg. Każda kultura ma swe specyficzne formy wyrazu, i nie w tym problem, czy się Boga uznaje za osobę czy za bezosobową istotę, czy się go nazywa Jupiterem, Śiwą czy jakkolwiek inaczej. Coraz wyraźniej widać, że Boga nie traktuje się poważnie. Że odeszliśmy od Boga i zwracamy się już tylko ku zwierciadłu, w którym widzimy jedynie nasze własne odbicie”20.

Jan Paweł II, w encyklice o Duchu Świętym, mówił o tym znacznie ostrzej: „Znajdujemy się tutaj w samym centrum tego, co można nazwać «anty-Słowem», czyli «przeciw-Prawdą». Zostaje bowiem zakłamana prawda o tym, kim jest człowiek, jakie są nieprzekraczalne granice jego bytu i jego wolności. Ta «przeciw-Prawda» jest możliwa dlatego, że równocześnie zostaje dogłębnie «zakłamana» prawda o tym, kim jest Bóg. Bóg-Stwórca zostaje postawiony w stan podejrzenia, głębiej jeszcze: w stan oskarżenia w świadomości stworzeń. Po raz pierwszy w dziejach człowieka dochodzi do głosu przewrotny «geniusz podejrzeń». Stara się on «zakłamać» samo Dobro, absolutne Dobro21.

Co z obu tych wyjaśnień wynika praktycznie? Otóż jeżeli kiedykolwiek zdarzy nam się oskarżać o coś Pana Boga, będzie to znaczyło, że w wielkich ciemnościach jesteśmy pogrążeni. Nikt z nas nie jest lepszy ani mądrzejszy od Pana Boga. Jeżeli w nas jest cokolwiek naprawdę dobrego i mądrego, to wszystko to mamy od Boga, który jest samą Dobrocią i samą Miłością, i samą Mądrością. My możemy Go nie rozumieć, ale jeżeli zaczynamy Go o coś oskarżać, z góry wiedzmy, że oskarżamy nie Boga prawdziwego, ale fałszywe wyobrażenia, jakie na Jego temat stworzyliśmy. Boga prawdziwego w ogóle nie da się słusznie oskarżyć o cokolwiek.

Spójrzmy w te straszliwe ciemności, w jakich pogrążony jest człowiek, który samego Boga chciałby posadzić na ławie oskarżonych i podejrzewa Go o okrucieństwo albo o obojętność na los swoich stworzeń. Niekiedy nasza arogancja posuwa się aż do oskarżania Boga Ojca o to, że był okrutny wobec własnego Syna i wysłał Go na straszną mękę śmierci na krzyżu. Zamiast patrząc na krzyż Pana Jezusa, przerazić się tym, do czego my w swojej grzeszności możemy się posunąć; zamiast uwielbiać Boga za to, że na Kalwarii miłość okazała się potężniejsza niż cała potęga szatana, która skierowała się przeciwko Jezusowi; zamiast uwielbiać Przedwiecznego Ojca, że aby nas ratować, własnego Syna wysłał z tak niewyobrażalnie trudną misją miłości – my w ciemnościach naszych serc jeszcze Go oskarżamy i powątpiewamy w Jego miłość.

W takich ciemnościach człowiek nie potrafi już zawierzyć siebie Panu Bogu. Jak może zawierzyć siebie Bogu ktoś, kto wątpi w Jego miłość, kto Go podejrzewa o to, że może wcale nas nie kocha, kto nie potrafi całym sercem uwierzyć, że Bóg jest Miłością – że cały jest Miłością? Powiedział kiedyś Pan Jezus: „Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!” (Mt 6,23).

Tutaj przypomina się rada, jaką w obliczu pokusy oskarżania Pana Boga daje Cyprian Norwid: „Bóg, którego zrobiliście sobie, jest bałwanem w e w a s z y c h p i e r s i a c h”, i trzeba go „do boju wyzwać i połamać”. Tylko pod tym warunkiem możliwy jest rzeczywisty powrót do Boga Żywego, Prawdziwego, Kochającego, a zarazem Niepojętego.

20 Bóg i świat. Z kard. Josephem Ratzingerem rozmawia Peter Seewald, Kraków 2001, s. 154.

21 Jan Paweł II, Encyklika Dominum et vivificantem, 37.


IX. CZŁOWIEK – KAPŁAN STWORZENIA

1. Modlitwa stworzeń nierozumnych

„Będę Ci śpiewał wobec aniołów” – woła Psalmista (Ps 138,1). Próbujemy go naśladować podczas każdej Mszy świętej. Zawsze bowiem na początku Modlitwy Eucharystycznej, w tzw. prefacji, kapłan mówi lub śpiewa, że tę ofiarę składamy „razem z aniołami i archaniołami, i z wszystkimi chórami niebios”.

Ale Bóg stworzył nie tylko ludzi i aniołów, stworzył również cały przeogromny kosmos materialny. Na samej tylko naszej ziemi – choć w skali astronomicznej to tylko pyłek kosmiczny – Bóg stworzył bezlik różnego rodzaju bytów, z których każdy „posiada swoją własną dobroć i doskonałość, (...) a żaden z nich nie wystarcza sobie samemu; istnieją one tylko we wzajemnej zależności od siebie, by uzupełniać się, służąc jedne drugim” (KKK 339–340).

Również one jakoś się modlą, choć trzeba przyznać, że modlitwa stworzeń nierozumnych to jeden z tych tematów biblijnych, o których pamiętamy rzadko. Oto fragmenty Psalmu 98:

Radośnie wykrzykuj na cześć Pana, cała ziemio,

cieszcie się i weselcie, i grajcie! (...)

Niech szumi morze i to, co je napełnia,

świat i jego mieszkańcy!

Niech rzeki klaszczą w dłonie,

niech góry razem wołają radośnie

przed obliczem Pana, bo nadchodzi sądzić ziemię.

W hymnie uwielbienia Stwórcy, jaki znajduje się w trzecim rozdziale Księgi Daniela, do modlitwy wzywane jest całe stworzenie, łącznie ze słońcem, księżycem i gwiazdami, łącznie z tymi żywiołami, które bywają ludziom nieprzychylne:

Słońce i księżycu, błogosławcie Pana,

chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!

Gwiazdy nieba, błogosławcie Pana,

chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!

Ogniu i żarze… Chłodzie i upale… Mrozy i zima… Lody i śniegi…

Błyskawice i chmury, błogosławcie Pana,

chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!

„Niebo i ziemia Go wyznają – zachwycał się tą modlitwą stworzeń święty Augustyn. – Piękno rzeczy jest jakby ich głosem ku czci Boga. Woła do Boga niebo: Ty mnie stworzyłeś, nie pochodzę samo z siebie! Woła ziemia: Ty mnie ustanowiłeś, nie ja sama siebie! Spójrz na niebo, jakie piękne; spójrz na ziemię, jaka piękna. Jeśli je wziąć razem, są bardzo piękne. On je stworzył, On nimi rządzi, Jego rozkazów one słuchają; On przerzuca czasy, On ustanawia chwile, osobiście ustanawia. Zatem to wszystko Go chwali: to, co stoi i to, co się porusza, to, co z niskości ziemi i to, co z wysokości nieba, to, co starodawne i to, co nowe”22.

Mentalność starohebrajska rozpoznawała modlitwę nawet w codziennym poszukiwaniu żeru przez zwierzęta. „Oczy wszystkich zwracają się ku Tobie – modli się Psalmista – a Ty im dajesz pokarm we właściwym czasie. Ty otwierasz swą rękę i karmisz do syta wszystko, co żyje” (Ps 145,15n; por. 104,27n). Bóg „daje pokarm bydłu, pisklętom kruka to, o co wołają” (Ps 147,9; por. 104,21).

Jeszcze pokoleniu naszych rodziców i dziadków bliskie było takie odczuwanie. Dopiero w ostatnich czasach prawie jakby zapomnieliśmy o tym, że ciała niebieskie i cała przyroda, wszystkie rośliny i zwierzęta są naszymi współstworzeniami. Trudno sobie wyobrazić, żeby dziś mogła powstać kolęda, w której śpiewa się o tym, że cała przyroda odczuwa radość z narodzin Zbawiciela (por. „ptaszki w górę podlatują,/ Jezusowi przyśpiewują,/ słowik zaczyna dyszkantem,/ szczygieł mu dobiera altem”). Dzisiaj chyba żaden już autor nie napisze pieśni, w której – tak jak w Chwalcie łąki umajone – wzywałby wszystko, co w przyrodzie najpiękniejsze, ażeby z nami chwaliło Maryję. I mało prawdopodobne, żeby współczesna poezja religijna próbowała rozwijać ten motyw, że w obliczu męki Zbawiciela „słońce, gwiazdy omdlewają,/ żałobą się pokrywają”.

2. „Człowiek jest to kapłan bezwiedny i niedojrzały”

Niezależnie przecież od tego, w jakim stopniu my to odczuwamy, całe stworzenie – również to nierozumne, a nawet nieożywione – samym swym istnieniem głosi chwałę swojego Stwórcy. I poniekąd rozumie się samo przez się, że my – również stworzenia, ale stworzenia obdarzone rozumem – powinniśmy tę egzystencjalną modlitwę wszechstworzenia dopełniać modlitwą świadomą, modlitwą w jednoznacznym sensie tego słowa.

Inaczej mówiąc, my, ludzie, powinniśmy niejako przewodzić modlitwie stworzeń nierozumnych, powinniśmy być niejako ich kapłanami. Powinniśmy włączać nieświadomą modlitwę stworzeń od nas niższych w modlitwę aniołów i świętych, i w modlitwę swoją własną – tak aby naprawdę całe stworzenie uwielbiało swego Stwórcę.

To nasze kapłaństwo wobec całego świata materialnego świetnie wyraziła Beata Obertyńska, poetka, niestety, zbyt mało znana:

Cóż z tego, że go kiedyś zdmuchniesz w mgnieniu oka,

Skoro wciąż przemijając – wciąż jeszcze jest sobą?

Ja ten Twój świat, co mija, kocham, Panie! – kocham!

Jak żywą kadzielnicę bujam go przed Tobą!

Zapewne to właśnie nasze kapłaństwo wobec stworzeń nierozumnych miał na myśli Cyprian Norwid, pisząc, że „człowiek jest to kapłan bezwiedny i niedojrzały”. Rzeczywiście jest tak, jak Norwid napisał – i nie do końca to kapłaństwo sobie uświadamiamy, i kiepsko się z niego wywiązujemy. Tym więcej trzeba się cieszyć z tego, że ostatnio więcej się o nim w dokumentach kościelnych mówi.

„Człowiek – przypomina ostatni sobór odwieczną naukę Kościoła na ten temat – stanowiący jedność ciała i duszy skupia w sobie dzięki swej cielesnej naturze elementy świata materialnego, tak że przez niego dosięgają one swego szczytu i wznoszą głos w dobrowolnym chwaleniu Stwórcy” (KDK 14).

Dokonuje się to zwłaszcza podczas niedzielnej Mszy świętej. „W tym dniu – mówił Jan Paweł II w liście o święceniu niedzieli – człowiek wznosi swój głos do Boga, stając się rzecznikiem całego stworzenia. (...) Odpoczynek zyskuje zatem charakter sakralny: człowiek wierzący ma odpoczywać nie tylko jak Bóg, ale także odpoczywać w Bogu, oddając Jemu całe stworzenie w postawie uwielbienia, dziękczynienia, synowskiego przywiązania i oblubieńczej przyjaźni”.

To nasze kosmiczne kapłaństwo, jakie realizuje się zwłaszcza podczas sprawowania Eucharystii, jest nawet wymalowane na ścianach niektórych dawnych kościołów, szczególnie gotyckich. Ozdobione gwiazdami sklepienie, bogactwo flory i fauny na ścianach bocznych kościoła – poglądowo obrazuje tę prawdę, którą zwięźle wyraził Jan Paweł II w drugim rozdziale książki Przekroczyć próg nadziei: „Człowiek jest kapłanem stworzenia. Chrystus potwierdził mu tę godność i to powołanie. Stworzenie spełnia swoje opus gloriae [oddawanie chwały Bogu] przez to, że jest, czym jest i czym się staje. (...) Człowiek został stworzony, aby w Chrystusie stawać się dla tych stworzeń kapłanem, prorokiem i królem”.

Warto przypomnieć, że już w Starym Testamencie arcykapłan wysławiał Boga w imieniu nie tylko ludu, ale całego kosmosu, a było to poglądowo wyrażone w jego stroju liturgicznym: „Bo cały świat był na długiej szacie Aarona, chwalebne imiona ojców wyryte na czterech rzędach kamieni i na diademie jego głowy Twoja wspaniałość” (Mdr 18,24). Zapewne w tym sensie cały świat znajdował się na szacie Aarona, że była ona ozdobiona podobizną słońca, księżyca i gwiazd, czyli całego kosmosu. Dwanaście ułożonych w cztery rzędy drogich kamieni to symbol dwunastu pokoleń synów Jakuba (por. Wj 28,17-21), zaś w epoce Kościoła – symbol potomstwa dwunastu Apostołów (por. Ap 21,19n).

3. „Całe stworzenie aż dotąd jęczy w bólach rodzenia”

„Bóg nie uczynił ziemi bezładną – czytamy w Księdze Izajasza – lecz przysposobił ją nam na mieszkanie” (Iz 45,18). Jednak ostateczne urządzanie ziemi zostawił Stwórca nam samym – żebyśmy mogli być poniekąd Jego współpracownikami w dziele stworzenia. To nasze urządzanie się na ziemi dokonuje się w skali zarówno całych pokoleń (m.in. poprzez rozwój rolnictwa, budownictwa czy sztuki, nauki i techniki), jak w decyzjach indywidualnych.

Przejmujące świadectwo, jak potężna jest w nas potrzeba ulepszania i upiększania świata, w którym przyszło nam żyć, znajduje się we wspomnieniach prof. Barbary Skargi z sowieckiego łagru: „Ubierają nas wszystkie w jednakowy granatowy kolor. Już następnego dnia workowato leżące wyfasowane sukienki zmieniają krój, zdobywają haftowane ozdoby przy kołnierzyku, na rękawach. Jest w tych zmęczonych, nieraz głodnych, niewiele mających sił kobietach jakiś niepowstrzymany pęd do nadania bardziej estetycznych form szarości sprzętów i rzeczy. Chcą coś upiększyć, przyozdobić”23.

Niestety, jest w nas również niedobra zdolność do pozbawiania ziemi należnego jej sensu i piękna. Brzydka i straszna robi się ziemia, na której ludzie wzajemnie się nienawidzą, niewinnych ludzi zamyka się w łagrach i na której dzieci umierają z głodu, a innym dzieciom nie pozwala się nawet zobaczyć światła. Ale ziemia robi się brzydka również dlatego, że lasy i rzeki zamieniamy w śmietniki, a wiele rzeczy produkujemy tylko po to, żeby od razu znalazły się na śmietniku.

Nawet zwierzęta potrafimy ograbiać z sensu ich istnienia. Dość przypomnieć wilczury z hitlerowskich obozów, czy niektóre współczesne fermy hodowlane. Jan Kochanowski napisał kiedyś: „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada,/ Niechaj świat Boską chwałę opowiada”. Czy te słowa można jeszcze odnieść do tych strasznych psów, czy nawet tych biednych kur, które całe swoje życie spędzają po kilka na jednym metrze kwadratowym? Niestety, zamiast być poniekąd kapłanami stworzeń niższych od siebie, potrafimy je krzywdzić i odzierać je z przyrodzonej godności.

Swoją godność mają nawet martwe przedmioty – i też nie zawsze potrafimy ją uszanować. Powiedzmy to skrótowo: Nóż ma wiele dobrych zastosowań, służy m.in. do krojenia chleba, i nie godzi się go używać za narzędzie w bójce. W Piśmie Świętym wielokrotnie mówi się o tym, że ziemia jest skalana naszymi grzechami. Trochę dziwnie to brzmi i łatwo to wyśmiać, ale tak jest naprawdę: Miejsca, w których czynimy zło, i przedmioty, których używamy do czynienia zła, są jakby zainfekowane naszym grzechem, jakby przez nas zbezczeszczone, jakby przygaszone w swoim istnieniu na chwałę Bożą.

To o tym pisał apostoł Paweł w słynnym fragmencie Listu do Rzymian: „Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,19-22).

Słowem, nawet i z tego powodu powinniśmy się nawracać do Boga, ażeby ten nasz piękny świat jeszcze bardziej wypiękniał. Bo przecież – wspaniale to sformułował Jan Paweł II w książce Pamięć i tożsamość – „piękno wszechświata jest jak gdyby odbite w oczach Boga”. Powiedzmy to jeszcze inaczej: Starajmy się nie zaciemniać naszymi grzechami piękna świata, w którym Stwórca nas umieścił.

22 Enarratio in Psalmum 148,15 (PL 37,1946).

23 Barbara Skarga, Po wyzwoleniu... 1944–1956, Poznań 1990, s. 113.


JEZUS – JEDYNY SYN BOGA

Maurizio Gronchi

I w Jezusa Chrystusa,

Syna Jego jedynego,

Pana naszego


Wstęp

Co oznaczają słowa „Wierzę w Jezusa Chrystusa”? Jak rozumieją tak zobowiązujące zdanie ci, którzy głoszą Dobrą Nowinę, i ci, którzy jej słuchają? Jak te słowa może wyjaśnić chrześcijanin, który jest z nimi tak zżyty, że może je uznać za jasne i oczywiste? I co myśli o nich ten, kto uważa je za zupełnie pozbawione znaczenia?

„[Wierzę] w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego” – to drugie zdanie ze Składu Apostolskiego, które następuje po wyznaniu wiary „w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi”. Niezależnie od swojej mniej lub bardziej pogłębionej znajomości doktryny chrześcijańskiej wielu ludzi nie potrafi znaleźć związku pomiędzy myśleniem o Bogu i o Jezusie Chrystusie. Można powiedzieć, że wierzy się w Boga, ale stwierdzenie, iż wierzy się, że Jezus Chrystus jest Jego jedynym Synem i naszym Panem, to coś zupełnie innego, co domaga się weryfikacji. Rzeczywiście bowiem Skład Apostolski – który jest najkrótszym, starożytnym ujęciem nicejsko-konstantynopolitańskiego „wyznania wiary” – poświęca wiele miejsca Jezusowi Chrystusowi właśnie po to, aby potwierdzić, że On jest centrum i sensem tego, co było i co będzie. Dlatego opowiada w skrócie Jego historię. A zatem wiara w Jezusa Chrystusa ma dla chrześcijan decydujące znaczenie w odniesieniu do ich wiary w Boga: nie byłoby wiadomo, o jakim Bogu mówimy, gdybyśmy nie mieli przed oczami wydarzenia, którym jest osoba Jezusa Chrystusa.

Krótka refleksja, którą czytelnik ma przed sobą, usiłuje nieco rozjaśnić, odwołując się do Ewangelii, tajemnicę Jezusa, tego Człowieka, który jest Synem Bożym w sposób absolutnie niepowtarzalny i jedyny. W naszych rozważaniach podejmujemy próbę odpowiedzi na niektóre związane z tym pytania. Jakie konsekwencje pociąga za sobą wiara w jakąś osobę? Czy świadkowie wydarzenia Jezusa Chrystusa są naprawdę wiarygodni? Jak się zaczęła droga Jezusa? W jakim środowisku kulturowym i religijnym żył Jezus? W jaki sposób kształtowała się wśród ludu nowina o Bogu Jezusa Chrystusa? Jak odnosił się On do ludzi? Czy można intuicyjnie uchwycić coś z owej szczególnej relacji z Bogiem Izraela, którego Jezus nazywa „najdroższym Ojcem” (Abba)? Jakie nowe problemy pojawiły się w następstwie wydarzenia Jezusa Chrystusa?

Naszym celem jest ukazanie, że Bóg Jezusa Chrystusa i Jezus, Syn Boży, dzięki łączącemu ich Duchowi Świętemu tworzą niezwykle głęboką, intymną więź, która poprzez wyjątkowe, nadzwyczajne człowieczeństwo objawia, że Bóg jest relacją miłości. Do uczestnictwa w tej relacji zaprasza On każdego człowieka i całe stworzenie. Mamy nadzieję, że tych, którzy już wierzą, uda nam się zachęcić do pogłębienia ich wiary, a tych, którzy jeszcze światła wiary nie otrzymali, pobudzimy do refleksji.


I. WIERZYĆ W OSOBĘ: PROBLEM ZAUFANIA I WIARYGODNOŚCI

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.