Wieczorny seans - Krzysztof Beśka - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 418 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wieczorny seans - Krzysztof Beśka

Współczesna Warszawa. W jednej z korporacyjnych firm zostaje zastrzelony dyrektor-despota. Sprawą zajmuje się komisarz Konstanty Podbiał, oficer stołecznej dochodzeniówki, dość nietypowy gliniarz. Dla jednych nadaje się tylko do telewizyjnych wystąpień, ale są i tacy, którzy widzą w nim "prawdziwego psa": czasem zbyt porywczego, ale za to z ambicjami. W tym samym czasie dochodzi do makabrycznego zdarzenia na planie serialu, w którym występuje żona policjanta...

Czy te dwa zdarzenia mają ze sobą coś wspólnego? Wkrótce okazuje się, że klucza do zagadki należy szukać w nieodległej przeszłości, kiedy to na mapie miasta znajdowały się jeszcze obiekty noszące nazwy: „Moskwa”, „Skarpa”, „Sawa”, „Relax”, „Syrena”...

Opinie o ebooku Wieczorny seans - Krzysztof Beśka

Fragment ebooka Wieczorny seans - Krzysztof Beśka







Strona tytułowa


Strona redakcyjna



Copyright © 2012, Krzysztof Beśka

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych — również częściowe — tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-126-4

Projekt okładki: Tadeusz Kazubek

Autorem portretu użytego na okładce jest Keith Valentine (phunkt.com / flickr.com)

Opracowanie redakcyjne: Michał Traczyk

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Publikację elektroniczną przygotował


Warszawa-Saska Kępa, środa popielcowa

Warszawa-Saska Kępa, środa popielcowa.

W tym mieście jest bardzo wiele budynków — zarówno okazałych przedwojennych kamienic, jak i skromnych oficyn z tego samego okresu czy pełniących funkcje gospodarcze przybudówek, na elewacji których wyraźnie widać jeszcze otwory po kulach albo odłamkach. Najczęściej są to ślady jeszcze z powstania warszawskiego. Gdyby spytać okolicznych mieszkańców, tych najstarszych, z pewnością każdy z nich miałby coś ciekawego do opowiedzenia: tutaj hitlerowcy złapali w zasadzkę cały oddział, tylu chłopców młodych zginęło. A tam, proszę spojrzeć, w tamtym oknie, to nasi bronili się najdłużej...

Komisarz Konstanty Podbiał właśnie miał taką dziurę przed oczami. Wystrzelona przed paroma sekundami kula wyłupała w ścianie nowego budynku piękny, regularny otwór, ukazując nawet fragment drucianej siatki.

Za chwilę powstanie drugi podobny otwór. W plecach lub głowie policjanta.

Za chwilę człowiek ów poczuje, czym jest wysokość sześciu pięter, bo właśnie tyle dzieliło go od bruku. Będzie to najpewniej jego ostatnie ziemskie doznanie.

— Kurwa! — zaklął; dźwięk głucho wybrzmiał w niszy balkonu niczym w jakiejś krypcie.

Próbował się przesunąć. Powoli, ostrożnie.

Nie patrzeć w dół — przypomniał sobie podstawową zasadę obowiązującą akrobatów-amatorów. Palce rąk przesuwały się po krawędzi balustrady. Lodowaty metal mroził skórę pozbawioną ochrony rękawiczek. Po chwili chłód zaczął przenikać aż do kości.

Wtem pod lewą nogą załamał się gzyms. Kostek krzyknął.

Wtedy padł kolejny strzał...


PROLOG

PROLOG

1

1

Warszawa-Włochy, ul. Notecka, tydzień wcześniej.

— Dobranoc, do jutra! — zawołała, zamykając za sobą drzwi atelier.

Odchrząknęła, pociągając jedną ręką za końcówki wełnianego szalika, który jeszcze szczelniej, miękką wełną otulił jej szyję. Po całym dniu pracy zaczynało ją już nieźle drapać w gardle. Z drugiej strony, dobrze, bo to najlepszy dowód, że się dzisiaj nie oszczędzała. Niech widzą, że ona, Laura Minz, ubiegłoroczna absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, w pełni zasługuje na tę rolę. Tylko że jutro też jest dzień i trzeba będzie wypowiedzieć ileś tam kwestii... Ale i na to znajdzie się sposób: po drodze trzeba wejść do apteki i kupić jakiś lek na gardło — postanowiła twardo, zdejmując dłoń w czerwonej rękawiczce z klamki drzwi.

Zajrzała jeszcze na krótką chwilę do oświetlonego hallu atelier. Portier z uśmiechem pomachał jej ręką na pożegnanie. Zza wysokiego kontuaru recepcji widać było tylko jego ogoloną głowę z mocno odstającymi, zawsze zaczerwienionymi uszami. Nierówności szyby w drzwiach wykrzywiły mu dodatkowo twarz i powiększyły uszy.

Śmieszny człowieczek — oceniła go w myślach i mimowolnie również się uśmiechnęła.

Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Laura ogarnęła jednym spojrzeniem parking, ale wśród nielicznych o tej porze samochodów nie było zamówionej taksówki. Dzwoniła przed dobrym kwadransem, więc samochód powinien już na nią czekać.

— Pewnie znów nie może trafić albo zatrzymał się za zakrętem — rzekła sama do siebie.

Postanowiła to sprawdzić. Ledwo zrobiła krok do przodu, uderzył w nią silny podmuch wiatru. Pachnie już wiosną — pomyślała z radością, choć w tej samej sekundzie musiała wtulić głowę w futrzany kołnierz płaszcza.

Między drzewami błysnęły światła samochodu. Wytężyła wzrok, wypatrując z nadzieją kolorowego koguta ze znajomym logo taksówkowej korporacji i mrugania kierunkowskazu, zapowiadającego skręt w stronę wytwórni. Pojazd jednak okazał się autem prywatnym i pomknął prosto z potwornym rykiem silnika. Od zimnego powietrza aż zaszczypały ją oczy.

— Szlag by was trafił! — zaklęła pod nosem, oglądając się bezradnie w stronę parkingu; nikt jednak, kogo mogłaby poprosić o podwiezienie, stamtąd nie wyjeżdżał.

Spojrzała na wyświetlacz telefonu komórkowego, który nie bez trudu wyłuskała z torebki. Dochodziła siódma wieczorem. Już dwadzieścia minut, od kiedy dzwoniła po taksówkę! Od strony niedalekiego węzła kolejowego dobiegł huk przetaczanych wagonów towarowych.

Laura mocniej przycisnęła łokciem torebkę do boku, wzięła głęboki oddech, jakby miała za chwilę zanurkować, po czym szybkim krokiem, stukając obcasami po mokrym asfalcie, ruszyła w kierunku cywilizacji, którą w tym momencie musiały być Włochy, peryferyjna dzielnica stolicy. I to właśnie stukot własnych szpilek przerażał ją w tej chwili najbardziej. Nie zauważa się go przecież na co dzień, nie słyszy, idąc zatłoczoną ulicą miasta w akompaniamencie jego muzyki: warkotu samochodów, dzwonienia tramwajów, syren karetek pogotowia i głosów przechodniów.

W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że odgłos jej szpilek nie jest jedynym, jaki słyszy. Towarzyszyły mu inne kroki, ciężkie. Męskie!

Ktoś za nią szedł.

Ktoś z ekipy? — przeszło jej przez myśl. Wystarczy się odwrócić, żeby się o tym przekonać, a jednocześnie odetchnąć z ulgą, więc czemu tego nie robi? Czemu przyspiesza kroku? I czemu ten ktoś robi to samo?!

— Gdzie jest ta cholerna taksówka? — jęknęła cicho Minz.

Samochodu jednak nie było. Do głównej, dużo lepiej oświetlonej drogi pozostało jeszcze kilkadziesiąt metrów. Po bokach zaczęły się gęste krzaki, a za nimi prawdopodobnie rów wypełniony o tej porze roku wodą i błotem. Dziewczyna wzdrygnęła się na tę myśl. Sapała ciężko, zaczynały jej się plątać nogi.

Nagle zatrzymała się. Cisza. Powoli odwróciła się.

W tej samej chwili zadzwoniła komórka. Laura Minz, która przez cały czas ściskała aparat w dłoni, odebrała połączenie jednym naciśnięciem guzika. Nie była jednak w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

2

2

Warszawa-Mokotów, ul. Puławska, w tym samym czasie.

W gabinecie dyrektora było duszno i jasno. W kwadratowych kasetonach na suficie, obok czujników dymu, kratek wentylacji i podobnych do nich głośników radiowęzła, z którego nigdy nie wydobył się żaden dźwięk, paliły się wszystkie świetlówki. Tylko jedna z nich mrugała irytująco, jakby nie mogła się zdecydować, czy rozbłysnąć, czy zgasnąć na dobre.

Każdy z siedzących w pokoju co chwila podnosił wzrok, kręcąc głową z dezaprobatą i zniecierpliwieniem, nikt jednak nie wyrzekł w tej sprawie ani słowa. W ogóle zgromadzeni w tym miejscu i w tym czasie ludzie niewiele mieli do powiedzenia.

Wszyscy prócz jednego — gospodarza gabinetu.

— Nie wiem, dlaczego jeszcze was tutaj trzymam! Pojęcia, kurwa, nie mam! — wyrzucił z siebie niskim, charczącym głosem.

Wrzaski, groźby zwolnienia, czasem nawet ciężkie wyzwiska, rodem z trybun stadionu piłkarskiego, przy akompaniamencie walenia pięścią w stół i rzucania w ściany różnymi, czasami nawet ciężkimi przedmiotami — do tego wszystkiego, w wykonaniu szefa, ludzie ci zdążyli się już przyzwyczaić. Taki egzemplarz, może czasem niezbyt miły, ale skuteczny — tłumaczono sobie po cichu podczas przerw na papierosa czy w biurowej kuchence, po czym każdy kładł uszy po sobie, zaciskał pięści, brał jeszcze jeden głęboki oddech. Byli też tacy, którzy ogłaszali buńczucznie, że to był ostatni raz i więcej skakać po sobie nie pozwolą.

Jak to się zwykle kończyło, łatwo się domyślić każdemu, kto choć tydzień spędził w plastikowo-szklanej krainie, której na imię korporacja. Także i dziś nikt nie protestował przeciwko poczynaniom pryncypała.

Był to mężczyzna przed czterdziestką, brunet, jednak na skroniach już lekko siwiejący. Miał starannie ogoloną twarz, której najpewniej nie szczędził nigdy dobrych i drogich męskich kosmetyków. Ubrany był zgodnie ze wszystkimi standardami, których wymagało piastowane stanowisko, a także regulowały wewnętrzne okólniki, wyznaczające trendy ubioru od koloru koszuli, odcienia krawata, po... liczbę dziurek w pantoflach. Ale nie tylko ze względu na strój mężczyzna ten nie wyróżniałby się z tłumu; powodowała to pospolitość twarzy. Na ulicy był tylko jednym z tysięcy przechodniów. Ale tutaj był tym, kim był. I najwyraźniej nie zamierzał przestać ani na chwilę korzystać z tego dobrodziejstwa.

— Przez was, tylko przez was, kolejny nasz kontrakt poszedł w chuj — oznajmił, już nieco ciszej, po czym teatralnym gestem opadł plecami na oparcie głębokiego, skórzanego fotela i demonstracyjnie zapalił papierosa.

Jak jeden spojrzeli ku górze, choć nie było to wywrócenie oczu, mówiące: „jak długo jeszcze?” lub „co ty powiesz?”, względnie „zabierzcie mnie stąd!” czy „Boże, ty widzisz i nie grzmisz?!” Wszyscy zgromadzeni na wieczornej odprawie podwładni z napiętą uwagą przypatrywali się... czujnikom przeciwpożarowym, choć każdy z tych ludzi doskonale wiedział, że akurat w tym pomieszczeniu, choćby chciał ze wszystkich sił, modląc się jak mieszkańcy Afryki o deszcz, aparatura ta nie zadziała.

Jedno po drugim zaczęli spuszczać wzrok, choć nie z poczucia winy. Ktoś dyskretnie, pod linią blatu stołu objął się za brzuch, aby spróbować uspokoić grające coraz głośniejszego marsza kiszki, inny powoli, jakby rozbrajał bombę, odchylił mankiet koszuli, by zerknąć na zegarek. Przecież już dawno nie powinno ich tutaj być!

Jakby dla potwierdzenia tych myśli, ostatecznego pognębienia siedzących, z korytarza dobiegł warkot pracującego odkurzacza, a zaraz po nim głośne nawoływania sprzątaczek.

— Słucham? — rzucił półgębkiem mężczyzna rozparty w fotelu, wypuszczając nosem dwie smużki dymu. — Bardzo jestem ciekaw, co teraz wymyślicie, jełopy.

Cisza. Nie pierwsza i nie ostatnia chwila ciszy, która w tym miejscu mogła nastąpić tak przed burzą, jak i po burzy, a także w trakcie.

Nagle stała się rzecz dziwna: coś trzasnęło, niczym łamany sopel lodu, w tym samym ułamku sekundy rozległ się metaliczny wizg, a zaraz po nim ciche westchnienie.

Zdezorientowani uczestnicy spotkania zaczęli rozglądać się dookoła. Przerwał to dopiero przeraźliwy, spazmatyczny krzyk jednej z kobiet.

— Jezu! Co to?!

Spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę, gdzie znajdowała się przyczyna. Na pierwszy rzut oka nic nie niepokoiło w tym widoku: dyrektor siedział w tym samym miejscu, które zajmował jeszcze przed chwilą — wygodnie rozparty w swoim dyrektorskim fotelu. Wzrok mężczyzny był nieruchomy, usta wykrzywione w dziwnym grymasie. Właśnie takiego oglądali go najczęściej: sceptycznego, szydzącego z ludzi, nigdy do końca niezadowolonego z osiągniętych przez swój zespół wyników. Między wskazującym a środkowym palcem prawej ręki leżącej na blacie stołu spokojnie tkwił zapalony papieros. Wąska smużka szarego dymu unosiła się ku górze niemal pionowo.

Ale było jeszcze coś, czego nie mogli oglądać na co dzień i, co za tym idzie, przyzwyczaić się do takiego widoku — malutki, okrągły otwór na czole, nieco ponad prawą powieką. Cienką, ukośną strużką płynęła z niego krew.


DZIEŃ PIERWSZY

DZIEŃ PIERWSZY

1

1

Warszawa, stacja metra Plac Wilsona, nazajutrz, Tłusty Czwartek.

Wybrzmiał potrójny, ostrzegawczy sygnał. Zasunęło się kilkanaście par drzwi; na ułamek sekundy przed połączeniem się ich skrzydeł, jakby ostatnim wysiłkiem woli, z krawędzi wejścia do wagonu usuwały się ostatnie stopy pasażerów, a od niewidzialnej linii, którą za moment wyznaczą zamykające się drzwi, tak podobne do ostrza gilotyny, uciekały ręce, plecy, głowy, bagaże. Niczym gołębie, które zawsze w ostatniej chwili podrywają się sprzed kół pędzącego samochodu, unikając rozjechania. A i dla Polaka to nie był, nie jest i nie będzie nigdy żaden problem: zmieścić się, wepchnąć, uczepić, załapać.

— Z Bogiem — mruknął pod nosem samotny mężczyzna, odsuwając się powoli od krawędzi peronu.

Oto kolejne poranne metro, wyładowane pasażerami niemal pod dach, ze zgrzytem i metalicznym wizgiem odjeżdżało w kierunku centrum. Za odbijającymi świetlne refleksy szybami coraz szybciej przesuwały się rozmyte prędkością twarze. Tu i ówdzie, spomiędzy zakończonych czarną gumą krawędzi drzwi, wystawał jakiś przytrzaśnięty rąbek spódnicy, pasek plecaka, a nawet pukiel włosów!

Niedoszły podróżny usiadł ciężko na marmurowej ławce, jednej z kilku ustawionych wzdłuż peronu żoliborskiej stacji metra Plac Wilsona. Z wyglądu miał ponad trzydzieści lat, ciemne włosy z widocznymi już śladami siwizny na skroniach. Był dość wysoki. Jego czoło orały głębokie bruzdy, oczy miał podkrążone, a kąciki ust opadały. Musiał być albo niewyspany, albo skacowany.

Mężczyzna wtulił głowę w futrzany kołnierz kurtki, wsunął ręce w kieszenie i przymknął oczy. Właśnie przepuścił metro, nie próbując nawet podejmować walki o dostanie się do środka. Dziś było to stanowczo ponad jego siły. Tak jak wczoraj. I tydzień temu też.

— W następnym na pewno będzie luźniej — pocieszył się na głos; w ostatnim czasie zdarzało się coraz częściej, że osobnik ów mówił sam do siebie.

Szum odjeżdżającego składu ucichł zupełnie, nowi podróżni jeszcze nie nadeszli, więc przez chwilę na stacji panowała niemal zupełna cisza. Człowiek ten lubił się nią rozkoszować, tym bardziej, że tak mało tego typu chwil miało miejsce w jego życiu.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma rano. Spokojnie zdąży, nie musi odbijać karty „na zakładzie”. Sam wyznacza sobie czas pracy, zresztą i tak zwykle przekraczając wszelkie limity. Teraz wracał do pracy po kilkudniowym urlopie, a takie momenty nigdy nie należały do najłatwiejszych, szczególnie gdy urlop wypoczynkowy był nim tylko z nazwy.

W powietrzu coś zafurkotało. Siedzący na ławce leniwie podniósł jedną powiekę. Jakiś zabłąkany wróbel wylądował na podłodze i skakał po niej wesoło, w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Mężczyzna przypatrywał mu się z uwagą, którą przepełniało uczucie żalu. W tych beznadziejnych poczynaniach małego, bezbronnego ptaka, który zabłąkał się na peron metra i nie wiadomo, czy znajdzie drogę powrotną, zobaczył swój zakichany los. Siebie w tym wielkim, głośnym, pędzącym wciąż do przodu i wciąż obcym mieście.

— Eee, nie śpimy — doszedł go męski głos.

Siedzący otworzył drugą powiekę i powoli podniósł wzrok.

Stali przed nim. Dwóch, na oko dwudziestoletni, obaj z metra cięci, na gębach ślady zarostu. Kilka miesięcy temu najpewniej grzecznie podnosili w górę dwa paluszki, zanim nauczycielka łaskawie udzieliła im głosu. A teraz rządzą.

— Wypiliśmy za dużo klina, a? — zapytał jeden z wyraźnym białostockim akcentem.

— Dowodzik osobisty — rzekł drugi.

Mężczyzna wyprostował się na ławce. Rzeczywiście, wyglądał nieco nieświeżo, a taka pokurczona pozycja w miejscu publicznym, w dodatku tak dopieszczonym jak warszawskie metro, gdzie rzadko można napotkać rzucony papier — więc tym bardziej okruchy dla wróbla — musiała wzbudzić zaniepokojenie władz; dopiero teraz dostrzegł, że za parą młokosów w czarnych uniformach, ściśniętych szerokimi pasami (zapiętymi zresztą na ostatnią dziurkę) i kamizelkach z napisem POLICJA, czai się pracownik ochrony metra.

Tchórzliwa menda — ocenił go w myślach indagowany.

— Dowodzik. Głuchy jesteś? — ponaglił jeden z funkcjonariuszy.

Mężczyzna sięgnął leniwym ruchem w zanadrze, chwilę trzymał tam rękę, jakby zastanawiał się, co dalej zrobić, po czym podniósł jeszcze wyżej wzrok. Decyzja została podjęta.

— A wal się! — rzucił niegłośno, ale wyraźnie.

Cóż, w normalnym przypadku po takich słowach nastąpiłoby to, o czym każdy młody stójkowy marzy. Ale przypadek ów nie był wcale typowy. Ledwie bowiem wybrzmiało krótkie a treściwe zdanie, w ręku kandydata do doprowadzenia na policyjny dołek i spuszczenia łomotu pojawiły się dobrze znane, składane okładki, kryjące policyjną odznakę i legitymację.

— Komisarz Konstanty Podbiał, komenda stołeczna — mężczyzna dokonał ostatecznej prezentacji, po czym, nie czekając, aż otwarte usta posterunkowych złożą się w jakieś słowa, schował dokumenty.

Po chwili policjantów nie było już przy oficerze, a na peronie zaczął zbierać się tłum pasażerów. Dopiero teraz Podbiał poczuł, jak serce mu wali. Podobne sytuacje zawsze powodowały u niego skoki ciśnienia. Właściwie to miał zamiar powiedzieć młodemu: „spierdalaj”. Ale w ostatniej chwili zapanował nad niewyparzonym zwykle językiem i użył łagodniejszego zwrotu. W końcu tamci wykonywali tylko swoją pracę, a on chyba rzeczywiście wyglądał dość... rokująco.

Tłum na peronie stacji Plac Wilsona zaczął tężeć. Kostek skrzywił się.

Pewnie znów się nie załapię — ocenił w myślach. Wstał ciężko z ławki i ruszył w stronę żółtej linii, której przestąpienie powodowało, że w megafonach odzywał się męski, ciepły głos, znany z filmów o zwierzętach, i prosił grzecznie o odsunięcie się od krawędzi peronu. Ten sam głos zresztą zapowiadał kolejne stacje w pociągach metra.

Podbiał poczuł na twarzy powiew z tunelu. Chłód przyniósł otrzeźwienie. Mężczyzna wzdrygnął się, przez plecy przebiegł mu zimny dreszcz.

Dość smędzenia, stary! — przywołał się w duchu do porządku.

Na jednym z monitorów, odliczających czas do następnego pociągu, wyświetlano już napis WJAZD. Ludzie stojący na peronie poruszyli się niespokojnie. Zaraz zacznie się wojna. Wojna już nie o miejsca siedzące — to było luksusem dostępnym tylko pasażerom mieszkających w otoczeniu trzech pierwszych stacji — ale w ogóle o wejście do wagonu! Jak za dawnych czasów, kiedy w wakacje szturmem zdobywało się miejsce w nocnym pociągu na Hel albo do Zagórza, skąd jechało się dalej, w Bieszczady. Tylko że w metrze nie można było otworzyć okien na tyle, by przez nie dostać się do środka...

— Uwaga, pociąg. Kierunek Kabaty — rozległ się głos z megafonów, inny jednak niż ten, który ostrzegał i zapowiadał.

Uderzenie czyjegoś ramienia. Kostek znów wzdrygnął się i otworzył szeroko oczy, machinalnie, choć dyskretnie chwytając za kieszeń z dokumentami i portfelem (służbowy glock leżał w tej chwili w pancernej szafie w komendzie). Wszystko było na swoim miejscu. Przed sobą miał otwarte drzwi pociągu. I plecy kilkorga ludzi, usiłujących dostać się do środka. Trzydzieści centymetrów, może dwadzieścia. Jednocześnie na plecach czuł narastający napór.

— Jeszcze trzech! — krzyknął jakiś młokos, czemu zawtórował rechot jego rówieśników.

Komisarz Konstanty Podbiał odwrócił głowę, by przyjrzeć się żartownisiom. W tym samym momencie w tłumie mignęła znajoma twarz. Zabrakło mu tchu. Opuścił wzrok. Zadreptał w miejscu, jakby nie mógł się zdecydować, w którą stronę iść.

Naraz wybrzmiał potrójny, ostrzegawczy sygnał. To starczyło, by wróciła mu świadomość. Przed sobą ujrzał lukę. Jeden krok i znalazł się w wagonie. Poczuł za sobą podmuch zamykanych drzwi.

2

2

Warszawa, Komenda Stołeczna Policji, godzina 10.15.

— Co to jest? — zapytał Kostek, wskazując ruchem głowy wielkie, płaskie, białe pudełko, niesione z istnym pietyzmem przez jednego z młodych funkcjonariuszy, po czym sam odpowiedział na swoje pytanie, zresztą z jak najbardziej poważną miną: — Pewnie bomba...

Siedzący w sali odpraw popatrzyli na niego z obojętnością. Nikt nie roześmiał się z dowcipu. Potem zaczęli zerkać po sobie, jakby szukając potwierdzenia wyrażonej wcześniej, choć tylko w myślach, diagnozy: z Kostkiem Podbiałem jest wciąż kiepsko. Kilkudniowy urlop niewiele zmienił, nie pomógł, jak myśleli. Mówiłem, żeby mu podsunąć jakąś niezgorszą dupę, to zawsze najlepszy sposób...

— Pączki — wyjaśnił krótko naczelnik sekcji, podinspektor Bronisław Musiał. — Przecież dziś Tłusty Czwartek.

Komisarz Podbiał tylko kiwnął głową, po czym wbił nieruchome spojrzenie w jakiś oddalony punkt, marszcząc przy tym czoło, jakby ta data albo związany z nią zwyczaj coś mu przypomniały. Coś przykrego albo wręcz przeciwnie — bardzo miłego, ale już bezpowrotnie straconego.

Sala odpraw stołecznej dochodzeniówki, niedawno wyremontowana i unowocześniona, powoli zapełniała się funkcjonariuszami. W mundurach i bez, starsi i młodsi — ludzie, którym nieobce były wszelkie, nawet najbardziej skrywane brudy tego miasta.

Przybywało też pączków na stołach; zapowiadała się niezła uczta. Także w tym roku tradycji miało stać się zadość. Przed warszawskimi cukierniami ustawiały się kolejki, słodki asortyment w mgnieniu oka znikał z osiedlowych piekarenek, małych i wielkich sklepów spożywczych. Podróżni udający się w drogę lub wracający z eskapady wykupywali towar, który w inne dni wysychał w spokoju, konsumowany zwykle przez osy i muchy, za szybami stoisk spożywczych na warszawskich dworcach. W biurach, szkołach, zakładach, na wszelkich zapleczach — wszędzie konsumowano pączki: z marmoladą, różą, z budyniem, czasem nawet na ostro, posypane cukrem pudrem albo otoczone skorupką lukru, małe i duże, o regularnym kształcie i już nieco zdeformowane, pogniecione w transporcie, choć przez to nie mniej smaczne.

— Dobra, zaczynamy dzisiejszą zabawę — odezwał się Musiał, po czym dodał, już nieco ciszej: — Można jeść, zapraszam.

— Apetyt rośnie w miarę... siedzenia — rzucił swoją tradycyjną mądrością ludową komisarz Jerzy Konieczko, sięgając od razu po dwa pączki.

Przez uchylone okno dobiegł jęk tramwaju rozpędzającego się na ulicy Andersa między Arsenałem a Muranowem. Monotonne jak brzęczenie muchy głosy kolejnych oficerów. Kostek ocknął się jednak dopiero wtedy, gdy usłyszał stukot zasuwanych krzeseł.

— To jak? Kawka i jedziemy, nie? — zapytał go młodszy aspirant Tymon Nowak, pakując sobie do ust połowę pączka.

Komisarz Podbiał spojrzał na swojego partnera, jakby widział go pierwszy raz. Pokryte jasnym zarostem, wzdęte teraz policzki Tymona, na oko licealisty-prymusa, chuderlaka z włosami zaczesanymi na bok, poruszały się miarowo, w kącikach jego ust bielił się cukier puder.

— Ile pączków już żeś wpieprzył? — zapytał Kostek.

Partner wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek.

— Kawę wypijemy na miejscu — rzekł, przełknąwszy ostatni kęs pączka i wytarłszy z ust krawędzią dłoni resztki cukru. — Czekają już na nas.

— Gdzie?

— W Uniwerteksie na Puławskiej.

Zarówno nazwę firmy, jak i ulicy Kostek Podbiał słyszał dziś po raz pierwszy.

Wyszli przez główną bramę Pałacu Mostowskich i ruszyli w kierunku jednego z zaparkowanych w półkolu nieoznakowanych radiowozów. Mroźne powietrze od razu przyniosło otrzeźwienie: Kostek parsknął jak po wynurzeniu się z wody, uderzył się kilka razy po policzkach, jednak skierował się od razu do drzwi pasażera. Tymon o nic nie pytał, tylko uśmiechnął się pod nosem. Lubił prowadzić, choć rzadko miał okazję siedzieć za kółkiem służbowej skody octavii.

Auto wyprysnęło z parkingu i wjechało w Andersa. Wkrótce minęli plac Bankowy i znaleźli się na Marszałkowskiej, wolnej już od porannego komunikacyjnego szczytu.

— Klina? — zapytał aspirant, zezując badawczo na kolegę.

Podbiał pokręcił głową.

— Wcale nie mam kaca — odparł. — Po prostu jakoś wciąż nie potrafię się zebrać do kupy...

Nowak nic nie odpowiedział. Włączył radio. Wybiła akurat pełna godzina, więc niemal na wszystkich częstotliwościach czytano właśnie złe i jeszcze gorsze wiadomości, dlatego szybko zrezygnował z pomysłu. Do celu podróży nie było zresztą wcale daleko.

— Pamiętasz jeszcze te zimy, gdy byliśmy gówniarzami? — rzucił Nowak, ogarniając wzrokiem suche trotuary.

Różnica wieku była spora; Kostek był od partnera starszy o ponad dziesięć lat, ale nie miał zamiaru mu tego wypominać.

— Ludzie często mi nie wierzą, gdy opowiadam o tunelach, które na wiosce kopaliśmy w śniegu, żeby dostać się do drogi — westchnął Tymek, wrzucając piąty bieg na pustym niemal odcinku jezdni między Królewską a Alejami Jerozolimskimi.

— Na wiosce? Myślałem, że ty jesteś stąd! — zdziwił się Kostek.

— Po ludziach stąd nie został nawet swąd, jakby powiedział nasz druh Konieczko — zaśmiał się kierowca. — Nawet w naszej sekcji na palcach jednej ręki można policzyć gości z Warszawy. No bo kto?

— No kto?

— Rudzki?

— Tylko się tu urodził.

— Konieczko?

— Z Łomży.

— No to przecież prawie „stolyca”!

Zaśmiali się obaj. W tym samym momencie koła samochodu zadudniły krótko na torach Nowowiejskiej.

— Zaraz będziemy na miejscu — mruknął Nowak.

Nie. W przypadku żadnego z nich nie trzeba było żmudnego studiowania planu miasta, wkuwania indeksu ulic wzorem kandydatów na licencjonowanych kierowców taksówek, by w krótkim czasie poznać to miasto jak własne (co jednak nie zawsze szło w parze z nazywaniem go własnym). Tymon mieszkał tu od liceum, kiedy przeniósł się do metropolii wraz z rodzicami, z którego to czasu trzeba było wyłączyć lata spędzone w szkółce policyjnej. Mimo to, w porównaniu z nim Konstanty był tu totalnym żółtodziobem, gdyż mieszkał w Warszawie dopiero od trzech lat.

Gdy wyjechali zza zakrętu, w przedniej szybie radiowozu ukazał się potężny szklany gmach. Przyrównywany nie tylko przez specjalistów architektów do wielkiej kupy, nieprzystającej nijak do zabudowy tej części Mokotowa, był siedzibą banków, sklepów i wszelakich biur. Kilka pięter pod powierzchnią ziemi zajmowało eleganckie, nowoczesne i wielosalowe kino.

— Dobra. Powiesz mi, o co chodzi? — zapytał Kostek, gdy, okazawszy cieciowi policyjne odznaki, wjeżdżali na podziemny parking.

— Wczoraj wieczorem ktoś załatwił jednym strzałem w głowę bossa nazwiskiem Lubski w jednej z mieszczących się tutaj firm — wyjaśnił Tymon.

— Pewnie mu się należało.

— No właśnie. Dziwna sprawa, bo wszystko to wyglądało na zaplanowaną egzekucję...

3

3

Warszawa-Mokotów, ul. Puławska, około południa.

— Więc to ma być ten korporacyjny raj — powiedział Konstanty Podbiał, po czym gwizdnął przeciągle.

Stali na progu pomieszczenia pełniącego funkcję sali konferencyjnej. Na gładkich, białych ścianach wisiały reprodukcje obrazów, ale też dyplomy, z których część wypisana była w języku angielskim. W dwóch rogach sali rosły palemki w dużych donicach, na środku zaś królował ogromny szklany stół, obstawiony nowoczesnymi krzesłami. Przy każdym stanowisku zamontowano gniazdko elektryczne i jakieś inne, najpewniej komputerowe, telefoniczne albo służące do podłączenia choćby słuchawek.

— Też by się nam taki przydał — zarechotał cicho Tymon. — Ktoś by mógł od razu tłumaczyć na nasze, co stary pierdoli. Albo puszczać jakąś fajną muzyczkę.

Kostek nie zaśmiał się z dowcipu. Znów zaczęli bacznie i w milczeniu rozglądać się po pomieszczeniu.

Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, że kilkanaście godzin temu zamordowano tu człowieka. Ekipa, która została wezwana na miejsce jeszcze wczorajszego wieczoru, zabezpieczyła wszystkie ślady, fotograf wykonał pamiątkowe zdjęcia, ludzie z zakładu medycyny sądowej zabrali sztywnego do siebie, na ulicę Oczki, wezwany lekarz udzielił pierwszej pomocy pozostałym przy życiu (kilka kobiet zemdlało), a śledczy wstępnie przepytali świadków zdarzenia, którzy się do tego nadawali.

Czego zatem następnego dnia szukali tutaj dwaj oficerowie stołecznej dochodzeniówki? Powinni zacząć od dziury w szybie, dziury po kuli. Takowej jednak nie było. Analiza balistyczna, którą otrzymali rano, wykazała, że pocisk pochodził z karabinka snajperskiego, a zatem został wystrzelony z dużej odległości.

— Aptekarska robota — stwierdził Kostek, przyglądając się wytyczonej w wyobraźni linii, którą pokonał śmiercionośny kawałek ołowiu, nim dosięgnął płata czołowego ofiary.

— Musiał walić z tamtych okien — Nowak odchylił wstęgę wertykalnej żaluzji i wskazał głową na kamienicę stojącą po drugiej stronie Puławskiej. — A najpewniej z dachu.

Kostek Podbiał stanął obok kolegi, uchylając swoją wstęgę żaluzji. W tym samym momencie za ich plecami otworzyły się drzwi. Odwrócili się.

W progu stał wyelegantowany młokos, za nim tłoczyła się grupka ludzi. Byli to najprawdopodobniej wezwani na rozmowę świadkowie wczorajszego zdarzenia.

— Można? — zapytał nieśmiało, odchylając nieco szerzej drzwi.

— Proszę. Niech państwo wejdą — zawołał Tymon, jednocześnie mrugając porozumiewawczo do Kostka.

W kilka chwil, nim jeszcze wszyscy zdążyli zająć swoje miejsca przy konferencyjnym stole, pomieszczenie wypełniło się zapachem drogich perfum i wód toaletowych. Jeśli bowiem był to raj, korporacyjny raj, którego to — znanego skądinąd — określenia użył Kostek, to tak właśnie musieli pachnieć aniołowie. I anielice — połowę towarzystwa bowiem stanowiły kobiety. I to jakie! Przez twarz Podbiała przebiegł błysk, mężczyzna przełknął ślinę. Obecność Nowaka (a ten, jak niemal wszyscy w sekcji, znał jego obecną sytuację) spowodowała, że się opanował.

— Proszę zająć te same miejsca, które zajmowaliście państwo wczoraj — polecił mocnym, zmienionym nieco głosem komisarz Podbiał.

Spojrzeli na niego. Nikt się nie ruszył.

Czyżby Tymon już to wcześniej powiedział? — pomyślał. Nieważne. Kostek odchrząknął, po czym stanął nieco z boku i zaczął po kolei przyglądać się wszystkim obecnym. To jednak najwyraźniej nie spodobało się młokosowi, który stał na czele trzódki; może aspirował do rangi nowego lidera, może już nim był?

— Chcielibyśmy się dowiedzieć, czemu ma służyć dzisiejsze spotkanie? — powiedział; silił się na twardy ton, ale w jego głosie wyraźnie pobrzmiewał chłopięcy dyszkant. — Przecież wczoraj składaliśmy już zeznania. Przez pół nocy.

— Odciski palców też! — dorzuciła płaczliwie jakaś paniusia, unosząc jako dowód umazany jeszcze kciuk.

Komisarz Konstanty Podbiał zdawał się jednak ich nie słyszeć. Usiadł nonszalancko na krawędzi stołu.

— Kto z państwa otwierał wczoraj okno w tym pomieszczeniu? — zapytał po dłuższej chwili, tocząc wzrokiem po twarzach siedzących.

— Czy jesteśmy o coś podejrzani? — zapiała inna panienka, gładko uczesana blondynka w szarym kostiumie; od razu zawtórował jej zbiorowy pomruk niezadowolenia.

— Pan komisarz zapytał tylko, czy ktoś z państwa otwierał wczoraj okno w tym pomieszczeniu — powtórzył pytanie Tymon, najłagodniejszym tonem, na jaki było go stać.

— Owszem, ja — odezwał się blondyn około czterdziestki. — Kilka koleżanek zemdlało, więc trzeba było...

Kostek obejrzał się przez ramię. Okna były dwa. Potem zerknął do protokołu, który Tymon odebrał na porannej odprawie. Z zapisków wynikało, że na klamkach obu znajdowały się odciski palców niejakiego Andrzeja Pruszyńskiego, lat czterdzieści jeden, pracownika rzeczonej firmy Uniwertex. Wyglądało na to, że wcześniejsze ślady zostały dokładnie zatarte. Czyli że to ktoś stąd uchylił okno (dziwne, że nikt nie protestował, była przecież zima...).

— Czy oba okna pan otworzył? — zapytał Kostek.

— Tylko jedno — odpowiedział szybko Pruszyński. — Drugie było uchylone. Potem oba zamknąłem, bo wszystkim zrobiło się zimno i...

Podbiał przymknął oczy. Usiłował sobie przypomnieć, jak wygląda teraz jego pokój w rodzinnym domu. Meblościanka, wiśniowy dywan, biurko. Za oknem widok na jezioro i las.

— Nie słyszał pan, że po takim poważnym zdarzeniu, jak morderstwo, niczego nie można ruszać? — warknął na niego Tymon, na co pan Andrzej spuścił głowę jak złapany na niewiedzy czwartoklasista.

— Nic z nich nie wyciągniesz — stwierdził Nowak, gdy jechali windą z powrotem do podziemnego garażu. — Nauczono ich trzymać język za zębami, cokolwiek by się działo.

— Kto niby? — zapytał półgębkiem Kostek.

— Jak to kto? Ich szefowie, szefowie szefów. Zachodnia korporacja! Są lepsi niż szpiedzy. Tajemnica państwowa i liczba wojsk na wschodniej granicy Unii to chuj w porównaniu z tym, gdzie i za ile firma kupuje papier do kserokopiarki. Nie na darmo płacą im takie odprawy, zakazują konkurencji czy wysyłają na szkolenia na koniec świata...

Kostek w milczeniu kontemplował nowoczesny wystrój windy. Odezwał się dopiero, gdy z niej wychodzili.

— Kim jest denat?

— Mówiłem ci. To ich dyrektor. To znaczy jeden z wielu, ale wyjątkowa menda. Mobbing, wrzaski, groźby karalne, choć nikt nigdy niczego nie zgłosił oficjalnie. Pewnie cieszą się po cichu, że diabli go wzięli...

— Myślisz, że to ktoś z tej grupy? Tego jeszcze u nas nie grali, żeby strzelać do przełożonych.

— Może czas?

Podbiał aż się zatrzymał.

— Przystałeś do antyglobalistów? — zapytał, usiłując przybrać żartobliwy ton.

— Skąd! — bąknął Nowak. — Ale jak człowiek słyszy, co się po firmach dzieje. Moja siostra już wrzodów na żołądku dostała. Teraz może je wyleczy, bo niedawno ją zwolnili...

— Tak. Zawsze byli, są i będą jacyś ONI.

Zatrzymali się przy samochodzie. Zadzwoniły wyciągane z kieszeni kluczyki.

— Wiem — mruknął naraz komisarz, by zaraz dodać wyraźnie, trzeźwo i szybko: — Potrzebna jest nam lista osób, które zostały przez niego ostatnio zwolnione. Wrócę na górę, a ty rozejrzyj się po mieszkaniach w tej kamienicy naprzeciwko. Zapytaj ludzi, czy czegoś nie widzieli, powęsz. Jak wrócę, wejdziemy na dach.

Wszedłszy z powrotem do windy, Konstanty Podbiał czuł, jak wracają mu siły i chęć, jeżeli nie do życia, to przynajmniej do pracy. Oddychał szybko, ale głęboko. W myślach układał formułkę, którą wyrecytuje w rozmowie z szefostwem Uniwerteksu.

Nie za bardzo lubił jeździć windą. Dźwig, w którym się znajdował, zmierzał ku ostatniemu piętru wieżowca. Nagle Kostkowi wydało się, że winda przyspiesza coraz bardziej. Podłoga naparła od dołu, powodując zgięcie nóg w kolanach pasażera. Poczuł, jakby ktoś pompował mu powietrze do głowy. Wyciągnął ręce w bok, usiłując chwycić się ścian.

Nagle obraz gibnął w bok. Nastała ciemność...

4

4

Warszawa-Włochy, ul. Notecka, godzina 13.00.

— Dziękuję! Bez dubla będzie — rozległ się donośny, choć nieco piskliwy, a przez to szczeniacki głos reżysera; po sekundzie jego posiadacz, już nieco ciszej i jakby do siebie, dorzucił z satysfakcją, ale i ulgą: — Mamy to.

Odetchnęli i inni. W jednej chwili nieruchomy dotąd plan rozsypał się niczym obraz w teatrze żywych fotografii i wypełnił kakofonią ludzkich głosów i dźwięków zbędnych i niezbędnych maszyn i urządzeń. Wąski kadr włączonej wciąż kamery wypełnili pochowani dotąd gdzieś specjaliści i fachowcy od tego czy owego, dziewczyny zbrojne w pędzle do makijażu, grzebienie, a chłopcy w kable, druciki i sto innych przedmiotów. Oto ktoś puścił w ruch steraną kopię czarno-białego filmu, przy czym zrobił to na zbyt szybkich obrotach, przez co obraz ów przypominał burleskę sprzed stu lat.

Wprawne oko widza z łatwością podzieliłoby wszystkie postacie znajdujące się tak w kadrze, jak i poza nim, na mniejsze grupki. Jedna z nich liczyła trzy osoby i składała się z mężczyzny oraz dwóch kobiet. Cała trójka przed chwilą skończyła grać wspólną scenę.

— Dwadzieścia minut przerwy! Dwadzieścia minut! — przez wzmagający się z każdą chwilą jazgot przebił się głos kierownika planu.

— Palić. Palić — jęknęła Katarzyna, której ręka właśnie nurkowała w czeluściach wielkiej torby z zielonej skórki w poszukiwaniu wszystkich niezbędnych akcesoriów tego zgubnego nałogu. — Ktoś idzie na dyma?

— Ja — Anka, postawna blondynka, podniosła szkolnym zwyczajem dwa palce do góry.

— Umiecie przekonywać — stęknął stojący najbliżej Kaśki młody mężczyzna, po czym wystudiowanym ruchem otworzył drzwi prowadzące na korytarz hali zdjęciowej; naciągnięty za sprawą tego ruchu rękaw podkoszulka odsłonił na prawym bicepsie tatuaż w kształcie skorpiona.

Każdy, kto choć raz znalazł się na planie filmu czy serialu, wie, że praca w takim miejscu polega głównie na jednym: na czekaniu. Jest to oczekiwanie na odpowiednie światło, jeśli zdjęcia realizowane są w plenerze, a potem na prąd, bo w plenerze łatwo przecież o awarię. Na ciszę, chwilę po ogłoszeniu ciszy przez kierownika planu, na rozplątanie zaplątanych kabli. Wreszcie na gwiazdę Pipsztycką, bo ta utkwiła w ulicznym korku, wracając z porannej próby w teatrze, co każdy przyjmie jeszcze z pobłażaniem; gorzej, kiedy wraca z planu świetnie płatnej reklamy margaryny lub proszku do bieli. Tak, na rzeczoną gwiazdę, aż odtaje, wypije kawę z mleczkiem i zawsze dwiema kostkami cukru, zje, tak jak dzisiaj, pół tradycyjnego pączka, potem skończą jej robić makijaż i wymieniać najnowsze plotki — czekać najtrudniej.

Z każdym krokiem było coraz ciszej, ale i coraz chłodniej. Troje młodych aktorów przeszło w milczeniu kilkanaście metrów korytarza, mijając mieszkania-dekoracje, należące do innych, serialowych rodzin. Czasami lepszych, czasami gorszych, uwielbianych przez miliony i szczerze nienawidzonych, ale zawsze na szczęście (albo niestety) nieprawdziwych.

— Nie idzie mi dzisiaj za cholerę, wiecie — poskarżyła się kasztanowłosa Kasia Rawska, gdy zamknęli za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia, pełniącego nieoficjalnie funkcję palarni.

Robert bez słowa podał obu kobietom ogień. Wszyscy zaciągnęli się dymem, który w kilka chwil rozdzielił ich gęstą zasłoną. Ta była widzialna; o innej, niewidocznej, dotyczącej Kaśki i Roberta, od rana powtarzał reżyser. Zróbcie coś, weźcie się w garść, nie iskrzy, jesteście przecież małżeństwem! — gardłował za każdym razem, gdy podejmował decyzję o następnym „dubelku”.

— Nie przejmuj się — pocieszała koleżankę po fachu Anka; dziewczyna trzymała dymiącego papierosa w malowniczy sposób: w dwóch palcach prawej ręki, lekko odchylonej, której łokieć spoczywał z kolei w dłoni lewej.

— Przynajmniej jest czas, żeby nad tym popracować. Co by o gościu nie mówić, to ambitny skurwiel — dodał Robert, rozsiadłszy się wygodnie w starym fotelu z podłokietnikami wytartymi przez kolejne pokolenia gwiazd i gwiazdek, które, prócz wielu typowych dla tego zawodu nałogów, trzymało nie mniej zgubne uzależnienie od nikotyny.

Kaśka już miała coś powiedzieć, podziękować za dobre słowa, a może dalej sypać sobie sól na rany, kiedy nagle skrzypnęły drzwi. Na progu kanciapy stanęła Laura Minz, choć przez gęstą zawiesinę dymu siedzący w środku nie od razu ją rozpoznali. Przez chwilę wydawało się nawet, że dziewczyna waha się, czy w ogóle wejść do środka. W końcu jednak zamknęła za sobą drzwi. Na jej powitanie aktor uśmiechnął się szeroko, Anka zmieniła układ rąk (teraz papieros kopcił malowniczo w palcach lewej dłoni), Katarzyna zaś zaczęła przewracać nerwowo strony scenariusza, który zabrała ze sobą na przerwę, by przypomnieć sobie tekst dialogu.

— Możecie mnie poczęstować? — spytała słabym głosem Laura; teraz dopiero było widać wyraźnie, że jest strasznie blada i trzęsą jej się ręce.

— Nie wiedziałem, że palisz — zdziwił się Robert, nie mniej szybko sięgnął w zanadrze po paczkę marlboro.

— Ja też nie wiedziałam — odpowiedziała cicho.

Oparła się o jedną ze ścian i głęboko zaciągnęła się dymem. Przez długą chwilę nikt nic nie mówił.

Ciszę przerwała dopiero Kasia: najpierw zamknęła z trzaskiem scenariusz, a po chwili zaśmiała się sztucznie:

— Słyszałam, że miałaś wczoraj spotkanie z jakimś wielbicielem! Musiał być wyjątkowo wytrwały, żeby tak do nocy w krzakach siedzieć.

— Swoją drogą, podziwiam cię. Ja bym chyba umarła... — dorzuciła jasnowłosa Anka.

— Szczerze mówiąc, myślałem, że już ich mamy z głowy — wtrącił się też Robert, obracając w dłoni zapalniczkę z logo motocykla harley.

Kaśka spojrzała pytająco na swojego ekranowego męża, marszcząc przy tym czoło, co z miejsca dodawało jej kilka lat.

— Kogo? — zapytała.

— Jak to kogo? Fanów! — żachnął się mężczyzna. — Kiedy zaczynaliśmy, to jeszcze rozumiem. Serial nowy, hala zdjęciowa nie tak daleko od miasta, no to wystawali pod wytwórnią, żeby dostać autograf albo zrobić sobie z kimś z nas zdjęcie. Ale teraz?

— Co się dziwisz, nowa postać, to i ma nowych wielbicieli — powiedziała Rawska, potwierdzając tym, że ma dziś naprawdę kiepski dzień: w jej słowach wyraźnie czuć było potworną złośliwość.

— Może ci jeszcze jakąś fajną stronę internetową założą?! — zaśmiała się Anka.

Jednak Laura, której, w istocie, następnego dnia miał minąć dopiero miesiąc, od kiedy dostała rolę w jednym z najpopularniejszych polskich seriali, albo nie dostrzegła prawdziwych intencji swoich koleżanek, albo rzeczywiście odczuwała przemożną potrzebę wygadania się komukolwiek.

Grała tu Kitty, odnalezioną po latach w Anglii córkę jednego z głównych bohaterów. Po raz kolejny tego dnia mówiła jednak nie kwestię swojej bohaterki, a historię, która przytrafiła jej się wczorajszego wieczoru — i to naprawdę. W miarę jak opowiadała, a Robert przypominał sobie podobne wypadki, rzedły też miny pozostałych znajdujących się w palarni aktorek.

— A raz jeden psychol omal nie pociął Agacie twarzy — rzucił naraz aktor. — Taką brzytwę miał! — dorzucił, układając palce rąk niczym wędkarz.

Kasia zgasiła jednym ruchem połowę papierosa, wstała tak gwałtownie, że scenariusz zsunął jej się z kolan i klapnął na podłogę. Podniosła go bardzo szybko i bez słowa wyszła z palarni.

— Zawsze przydeptuje na szczęście — zauważyła Anna.

— Musiała się rzeczywiście wkurzyć albo przestraszyć — ocenił Robert. — Ale ty się nie przejmuj — powiedział do Laury, ogarniając ją ciepłym spojrzeniem. — To na pewno był tylko jakiś nieszkodliwy fan.

— Chyba tak — dziewczyna po raz pierwszy od kilkunastu godzin uśmiechnęła się. — Z początku wydawało mi się, że któryś z chłopaków z produkcji robi sobie żarty. Znacie ich przecież. Ale potem... Tak, to musiał być jakiś fan. Zresztą on mówił do mnie, używając serialowego imienia. A oni przecież często mylą fikcję z rzeczywistością...

— Zapraszam wszystkich na plan! — z daleka dobiegł schrypnięty męski głos kierownika przybytku.

Robert, Laura i Anka dogonili Kasię Rawską na korytarzu wytwórni. Ledwie zrównali się z nią w niespiesznym, mimo ogłoszenia końca przerwy, marszu, zadzwonił przejmująco czyjś telefon komórkowy.

— Mój — powiedziała szybko Katarzyna, sięgając, jak przed chwilą po paczkę papierosów, do swojej skórzanej torebki, skąd wydobyła niewielkie cacko, wygrywające fałszywie coraz głośniejsze, skądś znane takty. — Słucham? Tak...

Laura i Anna poszły dalej. Także Robert już miał zamiar ruszyć na plan, aby nie krępować rozmawiającej Kaśki, gdy dostrzegł, że dziewczyna nagle poczerwieniała na twarzy, po czym z kolei zbladła jak papier, by za chwilę ciężko oprzeć się o ścianę.

— Co się stało? — zapytał, kiedy telefon wraz z ręką opadł bezwładnie wzdłuż ciała aktorki.

— Mój mąż... — zdążyła tylko szepnąć, po czym oczy uciekły jej do tyłu głowy.

Stał dość blisko, więc udało mu się ją chwycić, ratując przed niechybnym upadkiem. Wydawało się, że skorpion na bicepsie Roberta poruszył w tym momencie ogonem.

5

5

Warszawa, szpital MSWiA, ul. Wołoska, godzina 15.20.

W starych filmach to zawsze wygląda tak samo. Najpierw jasność, coś jakby mgła albo chmury. Potem obraz powoli zyskuje ostrość, a przedmioty kontury, choć właściwie w polu widzenia tych przedmiotów jak na lekarstwo: lampa na suficie, jakiś grzyb w rogu, spękania tynku.

Po chwili niemal cały kadr wypełnia ogromny, rogaty, biały i budzący strach czepiec pielęgniarki — koniecznie siostry zakonnej. Kobieta jest dość młoda, choć zapięta po szyję, uśmiecha się dobrotliwie, potem coś mówi. Co? Na przykład:

— Słyszy mnie pan? Halo. Czy pan mnie słyszy?!

Komisarz Konstanty Podbiał uniósł głowę z poduszki, która szczelnie opatulała mu uszy, zatrzymując część dźwięków. Otworzył też szerzej oczy. Nos zarejestrował dziwny, znajomy, niezbyt przyjemny zapach. Język przypominał wiór. Podbiał próbował nim poruszyć, prowokując wydzielanie śliny. Teraz mógł wypróbować jeszcze jeden zmysł; spękane wargi ułożyły się w najbanalniejsze:

— Gdzie ja jestem?

— W szpitalu — odpowiedziała pielęgniarka, której w międzyczasie zniknął z głowy czepiec, a wysokie zapięcie fartucha rozchyliło się, ukazując ładny dekolt.

— Co się stało?

— Znaleźli pana w windzie, w biurowcu przy Puławskiej. Był pan nieprzytomny. Na początku podejrzewaliśmy zawał serca i udar mózgu, ale na razie wszystko wskazuje na to, że chyba tylko przemęczenie. Na szczęście. Prawdopodobnie będzie pan musiał zostać u nas przez kilka dni...

Słowa pielęgniarki dochodziły do uszu Kostka niczym wypowiadane przez prezenterkę, czytającą telewizyjne wiadomości. Na szczęście żadna nie dotyczyła jego. No, może poza szlabanem na wcześniejsze emerytury w policji, czym straszył rząd. Zawał, winda? Kurwa! Jaki zawał?!

— Nic nie pamiętam — jęknął tylko.

Po chwili uniósł wyżej głowę, potem tułów. Próbował się podnieść na łokciach, ale cały pokój zawirował. Nim z powrotem Kostek opadł na poduszkę, zdążył jeszcze dostrzec nad sobą jakieś monitory, pełgające kolorowymi diodami elektroniczne urządzenia, do których był podłączony. Na jednym z ekraników było nawet wypisane jego imię i nazwisko wraz z cyfrą odpowiadającą liczbie przeżytych lat. Na końcu z obrzydzeniem skonstatował, że ma na sobie ohydną piżamę w biało-niebiesko-czarne paski — przyodziewek używany we wszystkich polskich resortach siłowych chyba od czasów odsieczy wiedeńskiej.

Wirowanie ustało, siostra poprawiała otaczające leżącego kabelki. Kostek chciał coś powiedzieć, już otwierał usta, kiedy do salki wszedł lekarz. Znak rozpoznawczy: stetoskop przewieszony przez szyję, biały fartuch i mina jak po zjedzeniu cytryny, czego nie są w stanie zmienić nawet bomboniery i likiery, zostawiane wciąż, mimo wybuchających co raz afer, w dowód wdzięczności przez pacjentów.

— Dzień dobry, nazywam się Jerzy Korcz — rzucił półgębkiem doktor, nie patrząc wcale na leżącego przed nim pacjenta, tylko od razu wyżej, na jego elektroniczną interpretację. — Jak się czujemy?

— Tam jest napisane — odpowiedział cicho Kostek.

— Humor, widzę, dopisuje — skomentował lekarz bez uśmiechu. — Planujemy jeszcze badanie laryngologiczne, aby wykluczyć błędnik. Zajrzymy na dno oka.

Szkoda, że nie na dno duszy — pomyślał Kostek. W jednej chwili wróciło wszystko, co od dłuższego czasu nie pozwalało mu optymistycznie spoglądać na świat, trzymało za gardło, uciskało klatkę piersiową, a na oczy założyło filtr, przez co cały świat wokół miał kolor brudnego, zapomnianego śniegu, topniejącego na przyzbie.

— Kiedyś miałem kłopoty z błędnikiem — powiedział Kostek po dłuższej chwili. — Leżałem nawet w szpitalu, pod koniec liceum. Chyba jakoś tak. Potem to jeszcze wracało.

— Sprawdzimy, sprawdzimy — odparł doktor, wciąż doszukując się czegoś na monitorze. — Ale pewne wnioski możemy postawić już teraz, panie komisarzu.

Przypomniał sobie, kutas — zaklął w myślach chory, udając zainteresowanie tym, co też ciekawego ma do powiedzenia resortowy medyk.

— Tak?

— Rzucamy papierosy, alkohol, ale także colę i burgery. Zaczynamy prowadzić zdrowy tryb życia.

— Sam pan wie, że w tym zawodzie...

— Wiem, wiem — lekarz bezceremonialnie przerwał Kostkowi. — Od dziesięciu lat leczę szeryfów, bez których w tym mieście rozpleniłaby się przemoc i bezprawie, ludzi niezastąpionych. Proszę jechać na Wólkę Węglową. Tam zobaczy pan całe kilometry kwadratowe, pod którymi leżą ludzie. I wszyscy niezastąpieni!

A może rzeczywiście on ma rację? — pomyślał Podbiał. — Wziąć urlop, wyjechać gdzieś, jak najdalej, na ile tylko pozwoli stan dróg i portfela. Spróbować zapomnieć o tym wszystkim, co się stało. O pracy. Przynajmniej podjąć taką próbę. Chuj, może się uda?

Kostek, zawsze niepokorny, pyskaty, skory do scysji, teraz nawet miał zamiar przyznać rację lekarzowi, wyrazić skruchę. I już otwierał usta, żeby to uczynić, kiedy znów coś, a raczej ktoś mu w tym przeszkodził. Oficer podniósł wzrok. I nagle obraz przed oczami rozmył się, jakby na oko kamery ktoś nagle wylał wodę. Zaszczypało pod powiekami.

Nie, tego jeszcze brakowało!

— Przepraszam, można? — zapytała cicho, przestępując próg sali w takt szpilek; nie rezygnowała z nich nawet teraz, zimą: kozaki kozakami, ale musiały mieć niebotyczne obcasy!

— Proszę — uśmiechnął się doktor.

— Dzwoniono do mnie i... — Katarzyna przerwała, wbiła badawcze spojrzenie w chorego.

— Może zostawimy państwa samych — rzekł lekarz, dając znak pielęgniarce; po chwili oboje zniknęli za drzwiami.

— Nie musiałaś przyjeżdżać — warknął Kostek.

Kasia przygryzła wargi.

— Przestraszyłam się — jęknęła.

— Niepotrzebnie.

Usiadła na brzegu łóżka. Odwrócił głowę, żeby na nią nie patrzeć. Mimo to, nozdrza Kostka pochwyciły znajomy zapach perfum Katarzyny. Bardzo je lubił, chociaż nie pamiętał ich nazwy. Chyba już zawsze będą mu się z nią kojarzyły. Jak zresztą wiele innych rzeczy. Jak niemal wszystko...

Milczeli tak przez dłuższą chwilę.

— Przyjechałam, jak tylko mogłam najszybciej — głos Katarzyny nagle stał się szorstki, a ton niemal oficjalny; właściwie mógłby mu towarzyszyć dźwięk sugestywnego otrzepywania rąk. — Ale widzę, że z tobą wszystko w porządku.

Popatrzył na nią. Oczy Kasi błyszczały. To mu wystarczyło. Usiłował złapać ją za rękę, ale kobieta była szybsza: nie tylko zdążyła w porę odsunąć dłoń, ale również gwałtownie wstała. Pociągnęła nosem, dotknęła palcami oczu.

— Przypominam ci, że sprawa rozwodowa jest w przyszły wtorek — wyrecytowała i Kostek Podbiał nie miał już wątpliwości, iż cokolwiek się zmieniło od wczoraj, już nie ma nadziei. I chyba nigdy jej nie było.

— Tak, pamiętam — odpowiedział głucho.

Izbę wypełnił stukot obcasów. Skrzypnięcie drzwi.

Podbiał westchnął głęboko. Zaklął pod nosem.

Nagle zaczął zrywać z piersi wszystkie przyssawki, którymi był oblepiony. Dźwignął się z łóżka. Obraz zakolebał się, ale szybko uspokoił.

— Ta łódka jeszcze popłynie — rzekł do siebie.

Nadbiegła pielęgniarka, zaalarmowana hałasem.

— Co pan robi?! — zawołała, patrząc to na pacjenta, to na monitory, teraz już zupełnie bezużyteczne.

— Wypisuję się.

Powiedział to twardo i wyraźnie, patrząc siostrze prosto w oczy. Czuł się z tym świetnie. I poczułby się jeszcze lepiej, gdyby nie to, że nagle pociemniało mu w oczach.

— Co tam się dzieje, do cholery? — zdenerwował się doktor Jerzy Korcz, usłyszawszy jakieś krzyki dochodzące ze szpitalnego korytarza. — Pewnie znów któryś podziurawiony wybiera się na służbę.

Siedzący w gabinecie zabiegowym mężczyzna, nagi od pasa w górę, uśmiechnął się.

— Niektórzy nazywają to powołaniem — rzekł filozoficznie.

— Dobra, dobra — lekarz odwrócił się z powrotem do siedzącego naprzeciwko gościa. — Niech pan lepiej pokaże tę rękę. Boli, jak dotykam?

Pacjent skrzywił się.

— Nie — odpowiedział niegłośno.

— A teraz?

Tym razem mężczyzna nie potrafił zapanować nad jękiem.

— No właśnie! — rzekł z satysfakcją Korcz. — I jak ja mam panu dać papier o przydatności do czynnej służby? No jak?!

6

6

Warszawa, Komenda Stołeczna Policji, godzina 17.10.

Młodszy aspirant Tymon Nowak lubił bujać się na krześle. To go uspokajało. Kiedyś, na przykład w nieodległych czasach szkolnych, byłby za to srogo obrugany. Teraz mógł robić, co mu się podoba. Problemem był jedynie stan mebli znajdujących się w komendzie; wiekowe krzesełka, na których siadali pewnie i „siepacze krwiożerczego reżymu”, i ich ofiary, niepokojąco trzeszczały za każdym razem, gdy się ich używało. Jak dotąd jednak wytrzymywały wszystkie katusze, na jakie skazywał je aspirant. A poprzedniego systemu i tak za bardzo nie pamiętał.

— Cześć, do jutra — rzucił do niego komisarz Jurek Konieczko.

— Na razie — odpowiedział Tymek.

— Nie siedź za długo — powiedział jeszcze oficer z ojcowską troską w głosie, po czym dodał po swojemu: — Nie od razu Kraków... skorumpowano.

Tego dnia miarowe kołysanie, choć był w pokoju sam i nikim się nie krępował, nie było w stanie ukoić nerwów Tymka Nowaka. A to dlatego właśnie, że był sam. Także ze sprawą.

Kiedy kilka godzin temu wrócił na parking (chciał tylko zabrać czapkę z samochodu, gdyż ostatnio był bardzo podatny na przeziębienia), właśnie odjeżdżała z niego karetka z nieprzytomnym Kostkiem Podbiałem w środku. Przytomny cieć parkingowy skojarzył twarze i od razu poinformował Tymka, co się stało. Aspirant pojechał od razu śladem ambulansu na Wołoską, tam wypytał kogo trzeba, zawiadomił telefonicznie przełożonych. Wszystkie te czynności wykonywał jak w amoku, mechanicznie. Potem wrócił do biurowca, dokończył czynności, następnie udał się do komendy, usiadł za biurkiem i dopiero wtedy do niego to doszło. Że przedstawienie musi trwać. Od roku byli z Podbiałem partnerami, ale taka sytuacja zdarzyła się pierwszy raz. A wagary nie wchodziły w rachubę.

Za oknem była już szarówka. Jadący w stronę Śródmieścia tramwaj hamował przed przystankiem Metro Ratusz Arsenał. Tymon powoli opuścił na podłogę nóżki krzesła i zapalił stojącą na biurku lampkę. Sięgnął po ostatniego pączka, który został na talerzyku, nieco już twardego. Drugą ręką otworzył notatnik służbowy.

Na ostatniej stronie widniały trzy nazwiska wraz z adresami, które miał zgromadzić Podbiał, a które w jego zastępstwie wydobył Tymek. Byli to pracownicy zwolnieni w przeciągu ostatniego roku z firmy Uniwertex. Ale to nie wszystko. Dobrze działający dział personalny dysponował także fotografiami swoich pracowników. Byłych, powtórzmy. Zwolnionych przez Lubskiego. Zamordowanego.

A ostatnio w narodzie rzeczywiście wrzało. Warszawa, miasto mające nieszczęście być stolicą wciąż zmieniającego się państwa, nie potrafiło przyzwyczaić się do tego, że raz na jakiś czas zostaje sparaliżowane przez rozmaite demonstracje.

Atrybuty takich wystąpień zmieniały się wraz z rotacją rządzących ekip, charakterem protestu, no i tego, kto protestował. Świńskie łby, którymi rzucano ponad ustawionymi przed URM-em policyjnymi płotkami i głowami policjantów, malowane były raz czerwoną farbą, innym zaś razem czarną. W okna i chłopaków z prewencji leciały metalowe śruby, potrzebne tak do budowy statków, jak i przy wydobyciu węgla. Zwierzęce odpadki, kości, wcale nie zgniłe ziemniaki, ziarna zbóż, jajka czy pomidory, które potem często dokładnie zbierano, nim zdążyły to uczynić odpowiednie służby, niekoniecznie świadczyły o biedzie na wsi, ale już eksplozje petard czy domowej roboty bomb hukowych wymuszały chyba w każdym respekt i potwierdzały stare powiedzenie, że, kto jak kto, ale Polak potrafi.

Palono kukły kolejnych premierów, zanoszono petycje, mówcy chrypli nad tłumem z tubą w ręku bądź bez tuby, a wszyscy jednakowo, ze łzami w oczach śpiewali „szablą odbierzemy”, choć w rękach dzierżyli jedynie trzonki od łopat. W ustach mieli gwizdki, a w sercach gniew, który w tych rzadkich chwilach, kiedy czuli się mocni jednością, a wróg był nazwany, wreszcie znajdował swoje ujście.

Często przy wtórze modlitw niesiono figury Matki Boskiej, niemal naturalnych rozmiarów krucyfiksy lub plastikowe figurynki, przedstawiające kilkutygodniowy płód. Czasem jakaś starowinka podchodziła bliżej, stawała przed kordonem policji i próbowała po dobroci: modliła się głośno, przypominała chłopakom ich własne babcie bądź matki, potem dzieliła się opłatkiem, jeśli był to czas przedświąteczny, kiedy indziej jajeczkiem albo płodami rolnymi z pracowniczej działki lub przydomowego ogródka. Ekipy telewizyjne wchodziły w tłum z poświęceniem godnym wojennych korespondentów. Fotoreporterzy trzaskali zdjęcia na pierwsze strony dzienników, dziennikarze zaś mlaskali z zachwytem reżyserów horrorów.

Wieczorne wiadomości pokazywały przebieg wypadków oraz szkody: popalone, zalane farbą frontony gmachów, wybite szyby, a także straty w ludziach po obu stronach. Minister spraw wewnętrznych odwiedzał w szpitalu rannych policjantów, wzdychając zapewne za dawnym ZOMO, które, niech kto sobie myśli, co chce, ale w kaszę sobie dmuchać nie dało.

Nigdy jednak nie protestowali ci, których nazywano „białymi kołnierzykami”. Czyżby do teraz? I od razu tak radykalnie?

Nowak jeszcze raz spojrzał na zdjęcia zwolnionych z Uniwerteksu.

Czy jest wśród nich morderca albo przynajmniej zleceniodawca zabójstwa? — zastanawiał się. Tak, od tego trzeba zacząć. Czuł, jak — mimo późnej pory — wracają mu siły i zapał do pracy.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta po południu. Do dwudziestej można jeszcze ludzi pognębić, dłużej nie. Zdąży zrobić jednego.

— Który tam jest pierwszy? — Tymon pochylił się nad swoimi notatkami. — Chodź no tu do mnie, kochasiu...

Nagle zaniemówił. Znał to nazwisko: Karol Lech — rówieśnik Tymona. Chodzili nawet do jednej podstawówki! Aspirant szybko spojrzał na fotografię. Tak, to mógł być on.

7

7

Warszawa-Stary Mokotów, późne popołudnie.

Mimo korków, dotarcie do celu zajęło Tymkowi niespełna kwadrans.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com