Wieczne życie - Wolf Haas - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 217 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wieczne życie - Wolf Haas

Fenomen kryminału.
Prywatny detektyw Simon Brenner wraca do rodzinnego miasta. W spokojnym Grazu dopada go jednak własna przeszłość – tak gwałtownie, że Brenner nagle budzi się z wielotygodniowej śpiączki w Klinice Neurologicznej im. Zygmunta Freuda po tym, jak wyjęto mu kulę z głowy. Czy to próba samobójcza, czy, jak twierdzi Brenner, to sam szef policji próbował go zabić? Brenner ma pracować półoficjalnie dla policji. Na wcześniejszą emeryturę jest jeszcze za wcześnie, na służbowe mieszkanie za późno. W ogóle jest późno w jego życiu…
Misternie utkana akcja jest tak bogata w zaskakujące momenty i meandry, że trudno się oderwać od książki. Inną zaletą powieści jest narastająca dynamiczna narracja utrzymana w charakterze pogawędki, połączona z młodzieżowym dowcipem językowym. Amazon
Tyle przyjemności, mądrości i napięcia za tak niską cenę, coś takiego rzadko się zdarza. Der Standard
Wolf Haas to jeden z najpopularniejszych i wysoko cenionych pisarzy niemieckojęzycznych, fenomen współczesnej literatury austriackiej. Jego powieści z prywatnym detektywem Simonem Brennerem uhonorowano licznymi nagrodami, trzy sfi lmowano. Kolejno trafiają one na listy bestsellerów, wielu czytelników uważa je za kultowe.

Opinie o ebooku Wieczne życie - Wolf Haas

Fragment ebooka Wieczne życie - Wolf Haas






Informacje o książce


1

I znów coś się stało. I możesz wierzyć lub nie. Dla odmiany chociaż raz coś dobrego. Ponieważ na oddziale intensywnej terapii codziennie doświadczasz tego, że trafia ci się jeden po drugim beznadziejny przypadek. Oczywiście na oiomie w ciągu godziny dzieje się tak dużo, że zazwyczaj nikt z personelu nie ma ochoty strzępić sobie języka rozmowami o pracy. I kiedy wracasz zmęczony ze szpitala do domu, nie pamiętasz już większości przypadków, ponieważ jeden wypiera drugi, a tam, gdzie wydarzenia następują szybko po sobie, przychodzi taki moment, kiedy mówi się, że wszystko jest jak najbardziej normalne.

Już po kilku tygodniach masz dość zwierzeń. Wolisz raczej kolację bez słów, raczej nastrój lekkiego przygnębienia, aby móc tym tyranizować rodzinę, co jest mniej męczące, a odpręża tak samo jak histeryczny wrzask. Wspominam o tym tylko dlatego, że żona profesora Hofstättera zawsze wypłakiwała oczy z tego powodu, i to akurat przy siostrze Vanessie, ale w końcu żony zawsze dowiadują się ostatnie.

Inaczej jest z przyjemnymi wydarzeniami. Te na intensywnej terapii są szczególnie przyjemne. To cudowne, kiedy pacjent może się znowu poruszać, kiedy całkowicie przychodzi do siebie. I kiedy taki beznadziejny przypadek się obudzi, jest to coś najpiękniejszego, co może cię spotkać.

Ale co ciekawe. Nieraz jest tak, że sprawy, które na początku wyglądają dość kiepsko, po jakimś czasie dobrze się kończą, jednak bywa też odwrotnie. Coś wygląda pocieszająco, sens i cała reszta, a po pewnym czasie musisz przyznać, że coś dobrze się zaczęło, ale niestety zostały z tego tylko popioły i zgliszcza. Morderstwo i jeszcze raz morderstwo. Teraz niestety bezsensowne zniszczenie.

Niemniej, jak powiadam, nie zawsze należy wszystko rozpatrywać od końca. Czasem o wszystkim decyduje jedna sekunda. Po prostu nie sugerować się zakończeniem, a będzie dobrze. Na przykład w Grazu. Klinika Neurologiczna im. Zygmunta Freuda, czyli Puntigam po lewej, to znaczy zjazd z autostrady Puntigam i potem w lewo. Właśnie w Nowy Rok! Nawet nie pytaj, co to były za emocje i radość, kiedy beznadziejny przypadek się obudził.

Pielęgniarzowi na oiomie wydawało się później, że od rana czuł, że coś wisi w powietrzu. Kiedy przyszedł w Nowy Rok do kliniki, już w wejściu ogarnęło go dziwne uczucie. Już kiedy wchodził z parkingu, poczuł, że sprawa jest czysto atmosferyczna. Ale nic to, w końcu pielęgniarz lubił sobie od czasu do czasu trochę pofantazjować. Więcej do myślenia dał mi fakt, że nawet siostra Vanessa utrzymywała, ja koby to poczuła. Ale dopiero na górze, na oddziale, kiedy wysiadła z windy, na dole nie. Tylko siostra Corinna powiedziała, że nic nie czuła, a jako jedyna była bezpośrednio obok, w pokoju pielęgniarek, co było zawoalowanym przytykiem do siostry Vanessy, która znowu wyszła z windy spóźniona, ale dumna jak paw, ponieważ już wyczuła beznadziejny przypadek. To taka niewinna rywalizacja, która występuje tak samo na oiomie, jak i na każdym innym oddziale. Ale w końcu co w tym złego, jeśli jedna pielęgniarka spóźni się kilka minut w noworoczny poranek. Zazwyczaj Nowy Rok jest spokojniejszy niż inne dni, ponieważ kilka zatruć alkoholem nie niesie ze sobą większych konsekwencji. Nawet w połowie tak złych jak samobójstwa w Wigilię lub śmierć z przepicia po wielkim meczu na Stadionie im. Arnolda Schwarzeneggera.

Ale siostrę Corinnę zirytowało to, że siostra Vanessa znów ostatnia wyszła z windy, a już zdążyła wyczuć beznadziejny przypadek. W moich oczach przełożony sanitariuszy wypadł o wiele gorzej, bo utrzymywał, że poczuł to w drzwiach na dole. Dziwię się, że nie poczuł w podziemnym garażu lub dojeżdżając do kliniki na Puntigamer Brauerei-Strasse.

Chociaż, tak prawdę mówiąc, siostrze Corinnie też nie wierzę, że siedząc tuż obok, w pokoju pielęgniarek, w ogóle nic nie poczuła. W zasadzie nikomu nie można wierzyć. Bo co ciekawe, ludzie, którzy byli świadkami jakiegoś wydarzenia, często najmniej wiedzą, co stało się naprawdę. I niestety dzisiaj doszliśmy do tego, że ludzie już nie wiedzą, co czują. Każdy wmawia sobie wszystko na swój sposób i jeden czuł wszystko na dole na parkingu, a drugi w ogóle nic nie czuł, chociaż był tuż za ścianą w pokoju pielęgniarek, ponieważ każdy sądzi, że to kwestia jego osobowości, że czuje to już na parkingu, a w pokoju pielęgniarek nie. Ale teraz uważaj, co ci powiem. Z tym parkingiem to też nie jest całkiem jasne. Jednak nie chce mi się wierzyć, żeby siostra Corinna nic nie czuła przez cienką ścianę. Ponieważ czujesz, kiedy dwa metry od ciebie ktoś wraca z królestwa umarłych. Uwalnia się wtedy taka energia, że choćbyś miał nawet tak grubą skórę, jak siostra Corinna, to czujesz.

Tylko w jednym punkcie wszyscy byli zgodni. Kiedy usłyszeli krzyki sprzątacza, natychmiast stało się dla nich jasne, że to sprawa życia i śmierci. I kiedy wbiegli do sali, od razu to zobaczyli. Beznadziejny przypadek siedział wyprostowany na łóżku i przyglądał się im z zaciekawieniem.

Coś takiego! Beznadziejny się obudził. Postaraj się to sobie wyobrazić, trzy tygodnie temu został postrzelony w głowę, a profesor Hofstätter wciąż powtarzał, że gdyby nie był takim uparciuchem, z miejsca padłby trupem, ale nie, ten musi swoje wycierpieć i nie umiera. I teraz, po trzech tygodniach śpiączki, siedzi prosto na łóżku i przygląda się ludziom wpadającym do sali jak bomba wzrokiem tak zdziwionym, jakby to byli przybysze z kosmosu.

Siostra Corinna z obawą wyszeptała, jakby się bała, że powiew jej słów z powrotem przewróci beznadziejny przypadek na łóżko:

– Panie Brenner?

Beznadziejny przypadek powoli odwrócił głowę. Nie żeby chciał w ten sposób powiedzieć, że nie jest Brennerem, lecz po prostu: daj mi trochę czasu, siostro, po trzech tygodniach w śpiączce nie mogę tak od razu paplać.

– Panie Brenner? – siostra Corinna powtórzyła teraz trochę głośniej.

A potem powiedziała do niego głosem, który obudziłby zmarłego:

– Panie Brenner? Czy pan mnie słyszy?

Ponieważ siostra Corinna sądziła, że potrafi to wymusić, i jeśli już się obudził, musi coś powiedzieć. Ale nic z tego, podniesiony głos w ogóle nie zrobił na beznadziejnym przypadku wrażenia i tylko powoli potrząsnął on głową, jakby założył się z kulą ziemską i wygrał ten, kto wykonuje mniej niż jeden obrót dziennie wokół ziemi. – Panie Brenner?

Ale musieli poczekać jeszcze trzy dni, aż Brenner wreszcie po raz pierwszy otworzył usta i słabo wyszeptał:

– Lustig samma, Puntigamer!


2

I miał rację, że jeszcze trochę poczekał z mówieniem. Ponieważ jego prawdziwe problemy zaczęły się dopiero wówczas, kiedy przemówił. W pierwszej chwili po przebudzeniu pomyślał, że trafił do nieba, tak bardzo sprzątacz przypominał Jimiego Hendriksa. A teraz ta karczemna kłótnia pomiędzy dwoma specjalistami. Brenner był bliski obłędu, kiedy się zorientował, że chirurg i psychiatra właśnie o niego tak się kłócą. Widać znowu chodziło o konstytucję ciała Brennera. Że w ogóle przeżył w takim stanie. Ponieważ był w emocjonalnym stresie i kula sobie z tym nie poradziła. Sądzę, że profesor Hofstätter czasem już prawie żałował, że tak sprawnie wyłuskał Brennerowi kulę. W gruncie rzeczy sukces z Brennerem przynosił mu więcej zmartwienia niż radości. A swoją drogą to trochę dziwne, że radość z sukcesu nigdy nie trwa długo. Z lubością natomiast rozpamiętujemy zmartwienia, które towarzyszą nam do końca życia, sam wiesz, jak to jest, ale sukcesy szybko idą do diabła. Profesora Hofstättera dręczyła myśl, że ludzie mówili o cudzie. Nawet „GratisGrazer" napisała w tytule dużymi literami „Cud", a dopiero małym drukiem „Mistrzowski wyczyn chirurgiczny". I tylko jego beznadziejne zdjęcie z paszportu, nie w czarnym porsche, jak by tego oczekiwał. Chociaż, chcąc być szczery, muszę powiedzieć, że profesor Hofstätter był może odrobinę zanadto ambitny. Z pewnością zrobił wszystko bez zarzutu, to mu trzeba przyznać. Jednak beznadziejny przypadek i tak nie wstaje. Bo mistrzostwo chirurgiczne to ważna rzecz, ale bez cudu się nie obejdzie. W zasadzie do dokonania mistrzowskiego wyczynu chirurgicznego potrzebujesz dwóch rzeczy. Po pierwsze, cudu, a po drugie... i tu wkraczamy już trochę na teren psychiatry, doktora Bonatiego. Bo kiedy mówię, że chirurg był zadowolony z Brennera, to muszę oczywiście dodać, że doktor Bonati był zadowolony z Brennera chyba jeszcze bardziej.

Z takim ciekawym przypadkiem, kiedy samobójca wszystkiemu zaprzecza i twierdzi, że nic sobie nie zrobił, doktor Bonati jeszcze nigdy nie miał do czynienia. Jako psychiatra jesteś oczywiście przyzwyczajony do pewnego uporu, ponieważ nawet największy osioł jest dumny ze swojego nieszczęścia i za nic nie chce odejść od niego choćby na krok do miejsca, gdzie szczęście czeka na niego jak zamówione i gotowe do odbioru. A mimo to przez piętnaście lat doktor Bonati jeszcze nie spotkał takiej tępej głowy jak Brenner. Pomyśl tylko, ktoś z własnego walthera strzela sobie w głowę, robi w niej dziurę, testament i cała reszta leżą na stole, a potem twierdzi, to nie byłem ja, to policja z Grazu chciała mnie sprzątnąć.

Powiesz, dlaczego nie strzelił ze swojego glocka, którego używał na co dzień, lecz z bardzo starego walthera, którego ukrywał od czasów szkoły policyjnej na strychu domu dziadków w Puntigam. I widzisz, to tym bardziej upewniło doktora Bonatiego, to sentymentalne użycie broni, nie nowoczesnego glocka, lecz starego walthera ze szkoły policyjnej, praktycznie broni z dzieciństwa.

Cała dyskusja odbyła się oczywiście dopiero kilka tygodni po tym, jak Brenner się obudził. Dopiero kiedy Brenner zaczął powoli mówić, pozornie pełne zdania. A pełne zdania są zawsze niebezpieczne. Doktor Bonati rozpracowywał swojego interesującego pacjenta, a Brenner był właściwie zadowolony, że jeszcze nic nie słyszy na lewe ucho.

To, że został postrzelony z lewej strony, było jego najlepszym argumentem przeciw doktorowi Bonatiemu, bo przecież człowiek praworęczny nie strzela do siebie z lewej. Ale doktor Bonati też miał dobry argument, posłuchaj: strzelał z lewej z powodu migreny. Zapamiętaj sobie, że kiedy strzelasz sobie w łeb, nie ma to nic wspólnego z mistrzostwem chirurgicznym, nie jest to również żaden cud. Potrzebna ci jest dopiero migrena, żeby z samej tylko wściekłości źle przyłożyć pistolet.

Brenner jeszcze raz obudził się jednocześnie z cudem i migreną. Ale później oczywiście. Siadanie, wstawanie, chodzenie, słuchanie, mówienie. Cud nic ci tu nie pomoże, migrena nic ci tu nie pomoże, sam musisz się tego nauczyć. Innymi słowy trening. Tygodniami i miesiącami walczysz o każdy centymetr i o każdą literę. Jeśli masz szczęście. Bo jeśli masz pecha, upłyną lata, a ty i tak już nigdy nie będziesz mógł dobrze chodzić ani mówić.

O widzeniu w ogóle nie mówię. Ponieważ oczywiście nerw wzroku. Ten bardzo nie lubi, kiedy traktujesz go kulą. Dzięki Bogu nerw wzrokowy Brennera nie został całkowicie uszkodzony, tylko porażony, to znaczy Brenner widział doktora Bonatiego prawym okiem na czerwonawo, a lewym bardziej na zielonkawo, ale jednak bez wątpienia doktora Bonatiego. A ten był zadowolony, że Brenner potrafi rozróżniać kolory. Bo to dla niego dobre odwrócenie uwagi, kiedy przez cały czas w myślach porównuje, z lewej bardziej czerwonawy psychiatra, z prawej raczej zielonkawy psychiatra, coś w rodzaju medytacji. Psychiatra w prawym oku był zielony z ambicji, tak wydawało się Brennerowi, w lewym oku czerwony z wściekłości na Brennera, ponieważ ten ciągle twierdził:

– To policja chciała mnie sprzątnąć. Szef sekcji kryminalnej nie chciał, żebym wrócił do Grazu. Psychiatra tylko potrząsał głową z niedowierzaniem, aż Brenner wychodził z siebie. – Myśli pan, że jestem taki głupi?

Muszę też przytoczyć poważny argument. W końcu dzisiaj każde dziecko wie, jak poprawnie się zabić, bo już w przedszkolu dowiadujesz się z najdrobniejszymi szczegółami, że ciotka uciułała przez lata niezłą sumkę, już w telewizyjnych programach dla dzieci uczą, żeby strzelać koniecznie w usta, najlepiej przedtem wziąć do ust jeszcze duży łyk wody, mineralnej lub z kranu, którą się woli, może to być również sok owocowy, najważniejsze, żeby był płyn, wtedy ciśnienie elegancko rozerwie czaszkę, a nie z boku, bo możesz od tego oślepnąć, rozumiesz, nerw wzrokowy. I dlatego mówię, dobry argument ze strony Brennera. Ponieważ po dwudziestu pięciu latach pracy w policji i gdy się było do tego detektywem, można przypisywać sobie minimalną wiedzę o samobójstwach i po prostu się wie, gdzie trzeba strzelić. I co powiedział psychiatra? Z zimnym uśmieszkiem na ustach?

– Tak, tak, panie Brenner, to da się wytłumaczyć. – To da się wytłumaczyć, panie Brenner – powtórzył Brenner.

Logopedka tak go przyzwyczaiła, że zawsze musiał powtarzać to, co usłyszał wcześniej, i teraz też z jednej strony ze złości małpował psychiatrę, a z drugiej strony z rozpaczy wszystko mu się trochę poplątało i powtarzał jak u logopedki to, co usłyszał. Ponieważ teraz już wiedział, z czym doktor Bonati znowu wyskoczy. Można było sądzić, że Brenner jest logopedą, a doktor Bonati musi ćwiczyć wymowę, z takim uporem powtarza ten sam argument.

– Migrena, panie Brenner – powiedział doktor Bonati.

– Migrena, panie Brenner – powtórzył Brenner.

Najbardziej złościło go to, że wcale nie opowiadał doktorowi Bonatiemu o migrenie.

Brennerowi wymknęło się to już w czasie pierwszych rozmów, kiedy zaraz na początku padły słowa, proszę starannie wypełnić tysiąc papierków, panie kandydacie na samobójcę, i poinformować, jakie lekarstwa regularnie pan przyjmuje. Wtedy Brenner nie szukał długo wybiegów i napisał, że gdyby nie on, ta lub inna firma produkująca proszki od bólu głowy dawno by zbankrutowała. Brenner uważał, że musi się do tego przyznać, żeby nie podano mu nieodpowiednich lekarstw, ponieważ dzisiaj trzeba wszystko dokładnie uzgodnić, chyba jesteś tego samego zdania. Jest to w twoim interesie, przede wszystkim jeśli chcesz, żeby twój nerw wzrokowy jeszcze raz mógł odmalować świat w kolorach choć odrobinę przypominających rzeczywistość.

Z lewej czerwonawy doktor Bonati, z prawej zielonkawy doktor Bonati. Kolory na jego twarzy drgały jak w najprawdziwszej wiszącej lampie. I kiedy tak wciąż próbujesz, zwracasz oczywiście uwagę na inne rzeczy. Uszy doktora Bonatiego powiększają się, a więc zły charakter, ani jednej poprzecznej zmarszczki na czole, ale za to trzy pionowe, to znaczy, że ukrywa myśli, wreszcie zrośnięte brwi, czyli czerwony alarm. Bo tak było napisane jeszcze w podręcznikach w szkole policyjnej. Symptomy. Gęba przestępcy. Oczywiście teraz to już nieaktualne, bo według najnowszych teorii charakteru nie da się poznać po uszach, ale Brenner nie wierzył w to już wtedy w szkole policyjnej. Co ciekawe jednak, na starość widział, że coś w tym jest, kiedy bowiem patrzył na doktora Bonatiego raz jednym, raz drugim okiem, twarz psychiatry stawała się coraz bardziej niesympatyczna, najpierw czerwona bardziej niesympatyczna niż zielona, potem dla odmiany zielona jeszcze bardziej niesympatyczna niż czerwona, potem znowu czerwona jeszcze mniej sympatyczna niż zielona, i tak na zmianę, bez końca.

Oczywiście nie była temu winna twarz, lecz to, co mówił doktor Bonati. Ponieważ wszystko, co psychiatra zarzucał Brennerowi na początku, teraz znów wygrzebał i użył przeciwko niemu. Innymi słowy Brenner strzelił do siebie z boku, dokładnie w miejsce, gdzie długo dręczyła go migrena.

Potrafię jeszcze zrozumieć rozgoryczenie Brennera wskutek tej insynuacji, próba samobójcza nie wygląda dobrze w życiorysie. Nie zapominaj o zawiści innych ludzi, ponieważ zazdrość z powodu samobójstwa jest narodowym sportem numer jeden. I mogę nawet zrozumieć, że Brenner nie chciał, aby przypięto mu taką łatkę. Ale mówiąc szczerze: to z migreną nie było tak do końca naciągane.

Musisz wiedzieć, że człowiek ma taką żyłę w skroni i jeśli masz pecha, to już na samym wstępie podczas rozdzielania żył trafi ci się zły egzemplarz, tak jak kiedyś z samochodami, zawsze były samochody poniedziałkowe, ponieważ w poniedziałek robotnicy przychodzili do pracy niewyspani i samochody były nie najlepiej zmontowane, dlaczego więc z żyłami miałoby być inaczej, a więc trafia ci się taka poniedziałkowa żyła, która przez całe twoje życie nigdy nie działa jak należy. Pamiętaj, taka poniedziałkowa żyła odstawia czasem taniec, a ten taniec jest bardzo prosty, rozszerza się i kurczy, rozszerza i kurczy. Nie jest to szczególnie ładny taniec, ale ma piękną nazwę:

– Migrena – po raz setny powiedział doktor Bonati. Bo, co ciekawe, kula wystrzelona przez Brennera musnęła właśnie tę żyłę.

Brenner postukał się w czoło, tam, gdzie ciągle jeszcze miał bandaż, ale nie chodziło mu o bandaż ani o dziurę od pocisku pod nim, lecz o bzika psychiatry. – To pański problem – powiedział Brenner.

Sądzę, że gdyby psychiatra miał płatek małżowiny usznej, toby nim pomachał, ale tak uszy przestępcy pozostały oczywiście całkowicie nieruchome, to znaczy: już ja dobrze znam takie odpowiedzi moich samobójców.

– To nie należy do rzadkości, że wybiera się rodzaj samobójstwa odpowiednio do chronicznego cierpienia, panie Brenner.

– Gdybym chciał się zabić, wiedziałbym, gdzie muszę strzelić – powiedział Brenner również po raz setny, ponieważ miał nadzieję, że w jakiś sposób trafi to do głowy doktora Bonatiego.

– W swoim pożegnalnym liście specjalnie wspomniał pan o migrenie, która dokuczała panu od czasu powrotu do Grazu.

Brenner wpatrywał się w psychiatrę, w miejsce na czole przestępcy, gdzie z chęcią zrobiłby mu kulą dziurę. Ale na nic mu się to zdało, nawet najlepsi azjatyccy mnisi nie zrobią spojrzeniem dziury w głowie, co dopiero Brenner. A jego stary walther, z którego rzekomo się postrzelił, był dobrze schowany, rzekomo dlatego, żeby nie zrobił tego jeszcze raz. A skalpel, który ze strachu przed policją z Grazu ukradł już kilka dni po przebudzeniu, leżał dobrze ukryty w jego sali. Co teraz robić, kiedy nie ma się przy sobie ani swojego walthera, ani skalpela, a ktoś inny opowiada jakieś brednie o liście pożegnalnym?

Nic. To najważniejsza lekcja, jaką daje nam życie. Bez pistoletu, bez noża nie możesz zmienić na swoją korzyść większości sytuacji. Wielu ludzi będących w rozpaczy wpada na pomysł, żeby wybrnąć z takiej sytuacji, używając słów. I to jest największy błąd, jaki możesz zrobić. Ponieważ z policyjnych przesłuchań Brenner dobrze wiedział, że dla podejrzanego jest zawsze lepiej, jeśli nic nie mówi. Ani słowa. A jeśli jako podejrzany masz jeszcze pod ręką dobrą odpowiedź, musisz zachować ją dla siebie. Bo jak mawia się w szemranym towarzystwie: kto mówi, idzie siedzieć. Kto milczy, wychodzi.

– Co panu jest? – doktor Bonati powoli tracił cierpliwość.

Ale Brenner nie odezwał się słowem. Kto mówi, idzie siedzieć. Kto milczy, wychodzi.

Kiedyś zdarzyło się nawet, że pewien podejrzany o morderstwo tak bardzo zdenerwował Brennera, że aż wypadł mu z ust papieros. Chciałbym podkreślić, że stało się tak jeden jedyny raz w ciągu dziewiętnastu lat, i chociaż bywają rzeczy dużo gorsze, to mimo wszystko coś takiego nie należy do przyjemnych wspomnień. I nawet jeśli to się już po trzykroć przedawniło, Brenner ciągle czuł wstręt do siebie, że wtedy to zrobił. Do tego okazało się, że tamten człowiek nie był mordercą, ale co za pech – przypadkowo miał on taki sam kolor włosów jak morderca. I muszę powiedzieć jedno, jeśli za długo pracujesz w tym zawodzie, nazbiera ci się masa wspomnień. I odkąd Brenner wrócił do rodzinnego miasta, znowu wypłynęły na wierzch wszystkie możliwe, dawno pogrzebane wspomnienia. W zasadzie list pożegnalny wcale nie był taki niezrozumiały, poniekąd pożegnanie z tymi wspomnieniami, toteż nie można brać doktorowi Bonatiemu za złe, że tak to widział.

– Pana lokator usłyszał strzał, zbiegł i znalazł pana z pistoletem w dłoni. I gdyby nie był na tyle przytomny, że po prostu przewiózł pana dwieście metrów do nas zamiast do szpitala pogotowia ratunkowego, do którego pan się nadawał, pewnie już by się pan nie obudził. – To nie jest mój lokator.

I to był jego pierwszy błąd. Oczywiście tamten nie był jego lokatorem, nie był lokatorem w tym sensie, że mieszkał już w pokoju na poddaszu, kiedy Brenner był dzieckiem, i zawsze był taki cichy, że babcia nazywała go „domowym duchem". Błędem było, że w ogóle odpowiedział. Ponieważ teraz jeszcze dodał: – Broń w ręku wskazuje, że to nie było samobójstwo.

I już w tej samej chwili rozzłościł się, że dał się złapać na lep doktorowi Bonatiemu i odpowiedział. Przemówił, nie milczał. W ogóle jest to w najwyższym stopniu ciekawa rzecz, że ludzie często się zdradzają właśnie wtedy, kiedy chcą być rozsądni. I zamiast milczeć, Brenner nie potrafił zachować rozsądku. Zauważ, to naprawdę ciekawa sprawa i nie każdy o tym wie: odrzut zazwyczaj wytrąca pistolet z ręki samobójcy. Bardzo rzadko się zdarza, że palce zaciskają się mocno i broń zostaje w dłoni zmarłego. – Wcisnęli mi pistolet do ręki.

– Tak, tak. – Psychiatra uśmiechnął się zadowolony. – Dzisiaj poprzestańmy na tym. Jutro porozmawiamy jeszcze raz o pana testamencie.

– Więcej już nic nie powiem – odparł Brenner.

Ale wiedział, że jest już za późno na takie butne odpowiedzi. Powinien wcześniej milczeć, zamiast rozsądnie gadać, a nie mówić teraz, więcej nic nie powiem. To nie jest przysłowie. Jako że przysłowie mówi jednoznacznie: kto mówi, idzie siedzieć. Kto milczy, wychodzi.

Chociaż… Brenner już wyszedł. Tylko… Dokąd wyszedł? Ponieważ czasem wyjście jest gorsze niż najgorsze siedzenie.


3

Na początku oczywiście nie było mowy o chodzeniu. Ponieważ nie można tak po prostu wyjść ze śpiączki i spacerować sobie po szpitalnym korytarzu. I to prawdopodobnie było jego największym osiągnięciem, w tej chwili można nawet odłożyć na dalszy plan znalezienie mordercy i fakt, że bez Brennera do dzisiaj niewykryty morderca żyłby wśród czołowych obywateli Grazu. Na pewno było to jego zasługą i być może Graz bez Brennera byłoby dziś miastem jak Chicago lub Moskwa. Ale mimo wszystko mówię ci, jego największym osiągnięciem jest to, że wreszcie wstał z wózka inwalidzkiego i znowu zaczął uczyć się chodzić.

Codziennie jeden mały krok, inaczej się nie da. Najpierw tylko w sali, potem nawet trochę po szpitalnym korytarzu, a okno na korytarzu było jeszcze marzeniem w oddali, ponętnym, świecącym, ale nieosiągalnym. Zmagasz się ze sobą, aby dotrzeć do pierwszego łóżka na korytarzu, potem do drugiego, zmagasz się, aby dojść do pokoju pielęgniarek, do stolika dla odwiedzających, walczysz i walczysz, i wreszcie któregoś dnia stajesz przy oknie, siedemnastego dnia, jeśli chcesz wiedzieć dokładnie.

Oczywiście jest to sukces, którego zdrowy człowiek nie zna. Potem dwie godziny sapania i wyglądania przez okno, a z powrotem pielęgniarka musi zawieźć cię na wózku, ale wreszcie sam dajesz radę pokonać również drogę powrotną, w wypadku Brennera stało się to dwudziestego szóstego dnia po obudzeniu, ponieważ liczył, kiedy siostra Vanessa pierwszy raz zawlokła go do pokoju pielęgniarek, trzymając pod ramię, był to dokładnie dziesiąty dzień, a szesnaście dni później sam, bez pomocy siostry, doszedł do okna i z powrotem, widzisz, dwadzieścia sześć dni, dokładnie się zgadza, żaden cud, ponieważ miał dość czasu, aby to policzyć.

Powiesz, jeśli ktoś budzi się w Nowy Rok, może w razie potrzeby spojrzeć też na kalendarz. Ale lekarze powiedzieli, że w każdym razie jest to dobry trening umysłu, obojętnie czy sam regularnie liczy, czy trochę oszukuje. I to prawda, to było dobre dla umysłu. Ale nie dla Brennera. Ponieważ lekarze nie mogli wiedzieć, jakie upiory obudzą się w nim wraz z normalnymi wspomnieniami.

Dzisiaj ludzie wierzą, że upiory nie istnieją, jednak to nieprawda, upiory istnieją. Teraz było to dobrze widać po Brennerze, jak powoli znów nadchodziły. Najpierw tylko stare wspomnienia z samego spodu, nazwisko, rok urodzenia, dzieciństwo w Puntigam, szkoła policyjna w Grazu. Ale z czasem pamięć sięgała coraz bliżej, pierwsze lata w policji, potem w sekcji kryminalnej, i tak coraz bliżej i bliżej, nawet do lat pracy detektywa i do ubiegłej jesieni, kiedy na starość wrócił do Puntigam. Ponieważ dzierżawca warsztatu stolarskiego jego dziadka umarł i teraz dom aż po pokój na poddaszu był pusty, musiał się nim zająć, i wtedy pomyślał sobie, a może by tak od razu wrócić.

Stopniowo wszystko mu się przypominało. Zawsze na szpitalnym korytarzu podczas nauki chodzenia, nigdy zaś u doktora Bonatiego podczas sesji psychoterapeutycznej. Większość wspomnień przychodzi, kiedy koncentrujesz się na stawianiu kroków, to bardzo ciekawe. Kiedy koncentrujesz się wyłącznie na swoim ciele, na chodzeniu, sapaniu, opieraniu się na parapecie, przy oknie, wówczas myśli dopadają cię lawinowo. Tylko te ostanie trzy dni przed śpiączką odbijały się od szyb. Że też coś takiego jest możliwe, po prostu nie potrafiły przebić się do środka, były takie czyste jak z reklamy płynu do mycia szyb. Jakby pierwszy raz się z nimi zetknął. Przypominał sobie wszystko, co możliwe, z dawnych lat, nawet rzeczy, o których zapomniał jeszcze przed urazem mózgu. Ale nie pamiętał niczego z ostatnich trzech dni.

Teraz trzeba ci wiedzieć jedno. Odwiedziny chorych. W szpitalach zawsze istnieje honorowa rywalizacja wśród umierających o to, kto ma najwięcej odwiedzin. A jeśli ktoś ma odwiedziny nawet poza normalnymi godzinami, to znaczy, że jest ważnym pacjentem, do którego przychodzą ważni goście, a jeśli nikt nie przychodzi, to znaczy, że jest to Brenner. Teraz oczywiście tym bardziej było niezwykłe, że po kilku tygodniach nagle ktoś go odwiedził. W czasie odwiedzin Brenner lubił stawać przy oknie na korytarzu i wyglądać na zewnątrz, ponieważ zawsze było tam coś ciekawego do zobaczenia, pielęgniarki i, i, i. Wtedy przypominało mu się wiele sytuacji z dzieciństwa, kiedy tak spoglądał przez okno na zimowy Graz, bo, jak mawiała jego babcia, brzydka pogoda, ale zawsze jakaś. Przychodziły mu do głowy tysiące wspomnień z dawnych lat, pierwszy dzień w szkole, pierwsza książeczka oszczędnościowa, pierwszy papieros, pierwsza płyta Jimiego Hendriksa, pierwsza miłość, pierwsze upicie się, pierwszy pistolet, pierwszy mundur, pierwsze upicie się w mundurze, pierwszy seks w mundurze, pierwsze kajdanki, pierwsze zwłoki, ponieważ pierwsze wrażenia są po prostu zawsze najżywsze. Brenner był zadowolony, że coraz więcej czasu spędzał przy oknie. Poza tym dzięki temu unikał gości przychodzących do innych pacjentów, bo ich wzrok zawsze mówił to samo: czy nigdy nikt do niego nie przyjdzie?

Ale coś takiego nawet by im się nie przyśniło. Że pewnego dnia zawita gość do Brennera, i to przez okno na trzecim piętrze. Na dodatek przez zamknięte okno. I jakby tego było mało, pół godziny po zakończeniu odwiedzin.

Posłuchaj. Gość, który stał przed Brennerem, był tak realny, że gdyby mógł uderzyć go w twarz, naprawdę rozległoby się klaśnięcie. To nie jest jak normalne wspomnienie, kiedy uszkodzony mózg przychodzi do siebie i nagle wraca zapomniany dzień, lecz była to materialna obecność jego gościa, ponieważ Brenner musiał teraz uważać, aby dla wyrównania sytuacji samemu się nie rozpłynąć, żeby rzeczywistość zachowała należną równowagę.

I po sekundzie gość znikł. Powiesz, że to wygląda na przywidzenie. No bo odwiedziny przeważnie trwają za długo, to znaczy dłużej niż jedną sekundę. Toteż muszę przyznać, odwiedziny, które trwają tylko jedną sekundę, byłyby odwiedzinami z lepszego świata. Według mnie to coś nawet trochę przesadziło z manierami, bo gdyby to zależało ode mnie, gość mógłby zostać nawet dwie, trzy sekundy, zanim stanę się niecierpliwy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com