Wieczerza - Tatiana Jachyra - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wieczerza - Tatiana Jachyra

[color=black]To niezwykle śmiały thriller psychologiczny, w którym chorobliwa namiętność i niezdrowa seksualna fascynacja mieszają się z religijnym fanatyzmem.[/color]

[color=black]Joanna przeprowadza się z Krakowa do Warszawy. W nowym miejscu nie czuje się szczęśliwa, tym bardziej, że jej mąż często wyjeżdża. Samotność popycha ją w ramiona Dawida, młodego przystojnego ginekologa. Burzliwy romans staje się początkiem tragedii. Kiedy Joanna zachodzi w ciążę lekarz porywa ją i więzi w ukryciu. Uważa, że to jedyny sposób, aby ją chronić. Wkrótce do ich świata wkracza Yasmine, tancerka w nocnym klubie oraz Tomasz, ksiądz, który nie ukrywa zauroczenia kobietą. Między bohaterami zaczyna się intrygująca psychologiczna gra. Nie wiadomo kto jest katem a kto ofiarą?[/color]

[color=black]Tatiana Jachyra kreuje wyraziste postacie, zanurzone w obłędnej namiętności, których usilne dążenie do szczęścia z góry skazane są na tragiczny koniec. Autorka umiejętnie krzyżuje drogi bohaterów powieści w dusznym, nieprzyjaznym mieście, które potęguje ich poczucie samotności i wyobcowania. Jachyra z wyjątkową wprawą buduje kryminalną zagadkę i tworzy gęstą atmosferę zbrodni, pożądania i skandalu.[/color]

[color=black]Książka jest skierowana do szerokiego kręgu odbiorców; zainteresują się nią zarówno czytelnicy szeroko rozumianej literatury współczesnej, jak i miłośnicy kryminałów, powieści obyczajowych, a nawet literatury erotycznej. "Wieczerza" jest powieścią niezwykle odważną, podejmującą tematy tabu, która może stać literackim skandalem wiosny. Problemy tylko naskórkowo poruszane w polskiej publicystyce, w książce Jachyry podjęte są w sposób zdecydowany i brawurowy. Autorka nie boi się śmiałych pytań i nie szuka prostych odpowiedzi.[/color]

Opinie o ebooku Wieczerza - Tatiana Jachyra

Fragment ebooka Wieczerza - Tatiana Jachyra























































































TATIANA JACHYRA

WIECZERZA


Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Stefania Krassowska, Elżbieta Steglińska

Zdjęcie na okładce: Tatiana Jachyra

Na zdjęciu: Philippe Tłokiński

© for the text by Tatiana Jachyra

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-668-6

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I


PROLOG DAWIDA


1

Szminka. Karmazynowa słodycz na twoich ustach. Chciałbym zlizać z nich całą namiętność i pasję. Ale jeszcze nie teraz. Stoję w oknie i patrzę, jak szykujesz się do wyjścia. Katuję się wyobrażeniami, co mógłbym z tobą robić dziś w nocy.

Tusz. Nakładasz na rzęsy zasłonę czerni. Cień do powiek podkreśla kolor twoich oczu, ich głębię i siłę rażenia. Wiesz, że wyglądasz obłędnie. Patrzysz na swoje odbicie w lustrze.

Bielizna. Koronkowa, czarno-czerwona dodaje ci seksapilu. Stanik delikatnie unosi piersi, które z każdym oddechem zachęcają do zagubienia się w ich dolinie. Majteczki tylko pozornie bronią dostępu do źródła słodyczy. Uśmiechasz się. Bawisz się włosami. Długie, rozpuszczone, spływają od niechcenia na szyję i głaszczą obojczyki. Kosmyki ślizgają się po policzkach.

Sukienka. Wkładasz ją z wdziękiem. Materiał czule otula twoje ciało. Krój podkreśla idealną figurę.

Chętnie zdarłbym te szmatki i zanurzył się w tobie. Ale jeszcze poczekam… Jestem wyjątkowo cierpliwy.

Za chwilę się zobaczymy. Dopijam whisky i wkładam marynarkę. Nasze pierwsze spotkanie. Już nie mogę się doczekać. Dawno nie byłem tak podniecony.

Widzę cię po drugiej stronie ulicy. Idziesz szybko, rozmawiając przez komórkę. Nie przestajesz się uśmiechać. Boże, jaki to cudowny uśmiech. Kawiarnia jest zaraz za rogiem, ale ty skręcasz w drugą stronę. Nie powinienem chyba poczuć się zaniepokojony, prawda? Pewnie masz coś jeszcze do załatwienia.

Twoje biodra kołyszą się w rytmie kroków. Jestem zazdrosny o wszystkich innych mężczyzn, którzy patrzą na ciebie.

Biorę głęboki oddech i zaczesuję włosy ręką.

Nie dostrzegasz mnie… jeszcze…

Dotarłem na miejsce przed czasem. Nie lubię się spóźniać. Bawię się serwetką. Kelnerka przyniosła menu, ale zamówię, dopiero gdy przyjdziesz. Czekam. Poprawiam marynarkę – trochę się pogniotła. I włosy. Chyba powinienem pójść do fryzjera. To takie małe natręctwa. Lubię, kiedy wszystko jest idealne… Jak ty.

Wchodzisz dziesięć minut po czasie. Nie szkodzi. Najważniejsze, że jesteś. Rozpromieniona, szczęśliwa. Twoje oczy błyszczą z radości. Ja też nie potrafię ukryć, że się cieszę. Idąc w moją stronę, pokonujesz labirynt stolików. Sukienka bawi się z twoim ciałem. Pojawia się i znika między udami. Chyba jest trochę za krótka. Zwracasz na siebie uwagę.

Unosisz rękę na powitanie…

…i mijasz mnie. To nie do mnie się uśmiechałaś. To nie do mnie machałaś.

Podchodzisz do niego. On wstaje, całuje cię w usta na przywitanie i obejmuje czule.

Kim on jest?

Zdradziłaś mnie.

Nie mogę patrzeć, w jaki sposób cię dotyka. Jest obleśny i wyuzdany. Typowy samiec. Szepcze świństwa prosto do twych uszu, a ty mrużysz oczy, zagryzasz wargi. Jak dziwka. Jestem rozczarowany, oburzony – nie znałem cię od tej strony.

Nie zwracasz na mnie uwagi.

Koniec. Nie mogę dłużej przyglądać się waszym igraszkom. To jest miejsce publiczne, a nie burdel.

Wstaję i wychodzę.

Na zewnątrz policzkuje mnie deszcz.

Włóczę się nocą po mieście. Szukam wytłumaczenia. Deszcz zmył ze mnie nadzieję na ciebie. Jest zimno… Nie, to mnie jest zimno od przeszywającego ciało gniewu.

To nie tak miało być.


1

To był jej pierwszy raz. Joanna starała się sobie wytłumaczyć, że to całkiem normalny stan, a nie żadna choroba. Przecież większość kobiet na Ziemi zachodzi w ciążę, rodzi dzieci i żyje dalej. Mimo to czuła się skrępowana. Tak jakoś dziwnie rozkładać nogi przed nieznajomym.

Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z mężczyzną. To znaczy z mężczyzną ginekologiem. Była pewna, że z każdą chwilą robi się coraz bardziej czerwona. Ta świadomość pogłębiała poczucie dyskomfortu. Co za żenada! A na dodatek on był tak cholernie przystojny. W jej typie. Wysoki brunet, twarz jak wyrzeźbiona w kamieniu, regularne rysy, obłędne ciemnobrązowe, prawie czarne oczy. Półdługie włosy zaczesane do tyłu delikatnie opadały na ramiona. I to imię: Dawid. Lekarz przyglądał się jej spod okularów, unosząc przy tym nieznacznie prawą brew. Boże! Gorzej trafić nie mogła. Gdyby Mateusz się dowiedział, że ma takiego lekarza prowadzącego, w życiu by nie pozwolił jej przyjść samej do kliniki. Jak nic siedziałby teraz obok niej i bronił terytorium.

Zabawne. Jak bardzo jesteś zawstydzona. Kobiety pojawiające się w gabinecie często mnie kokietują i prowokują. Dekolt odsłaniający piersi i krótka spódniczka mają kusić i podgrzewać atmosferę. Myślą, że przychodząc do ginekologa, który jest mężczyzną, mogą sobie bezkarnie pozwolić na spoufalanie i flirt. Gra? Test atrakcyjności? Możliwe, że na Poznańskiej jakiś niezaspokojony frajer da się na to nabrać. Ale nie ja. I nie tu. Nie wiem, czy zdają sobie sprawę, jak są żałosne. A ty siedzisz przede mną, czerwienisz się i nie bardzo wiesz, jak się zachować. Mówisz, że będziesz mamą. Że chyba będziesz, bo testy ciążowe czasem oszukują – to twoje słowa. I że to chyba drugi miesiąc. Kiedy z moich ust pada zdanie: „Sprawdzimy, zaraz sprawdzimy”, robisz się jeszcze bardziej zakłopotana. Wzrusza mnie to. Żadna kobieta nie okazywała zawstydzenia z taką nieświadomą szczerością.

Kiedy weszłaś, poczułem się tak, jakby trafił we mnie piorun. Po okresie trzymającej w napięciu, podejrzanej ciszy w mojej głowie rozpętał się huragan. Twój uśmiech, twoje spojrzenie były tak znajome. Zabrakło mi tchu. Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. A jednak. Zaskoczenie próbuję ukryć pod maską profesjonalizmu.

– Pani test ciążowy „nie odstawił żadnego numeru” i potwierdzam jego wynik. Jest pani w drugim miesiącu ciąży.

Lekarz przerywa ciszę, która stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Odwraca w stronę Joanny monitor ultrasonografu i pokazuje palcem coś małego, co zadomowiło się w ściance macicy. To „coś” ma być z nią przez najbliższych siedem miesięcy. Kobieta próbuje ukryć przerażenie, obserwując ruchy istoty na zamazanym czarno-białym ekranie. Chyba jednak nie była do końca przygotowana na tę wiadomość.

– Założymy pani kartę i zaczniemy monitorować rozwój płodu. Wydrukuję zdjęcie maleństwa… Pierwsza fotografia do rodzinnego albumu.

– Nie spodziewałam się tego. Nie planowaliśmy dziecka, ale często rozmawialiśmy z narzeczonym o tym, jak to będzie, kiedy zostaniemy rodzicami… – Joanna ma łzy w oczach. Nie wie sama, czy to łzy radości. – Ale czad! – Śmieje się, próbując zapanować nad drżeniem głosu.

– To dobrze, że się pani cieszy. – Zawodowe opanowanie mężczyzny uspokaja ją trochę. – Proszę się ubrać.

W pośpiechu wkładała ubranie. Lekarz zaczął wypisywać receptę. Był zamyślony.

– Jest pani zameldowana w Krakowie – zauważył. – Piękne miasto, mieszkałem tam kiedyś.

– Tak, jesteśmy w Warszawie od trzech miesięcy. Mój narzeczony… To znaczy w zasadzie jeszcze nie jest moim narzeczonym, ale lubię tak o nim mówić… No więc dostał wymarzoną pracę i musieliśmy się przeprowadzić.

Zerknął na nią badawczo.

– A pani?

– Ja? Przyjechałam z nim. Oboje jesteśmy fotografami. Chciałabym znaleźć pracę w zawodzie: w gazecie albo w agencji fotograficznej. W Krakowie byłam fotoreporterem. Wie pan… praca w terenie, dla regionalnego dziennika. Dużo się działo… Zdarzały się naprawdę interesujące materiały reporterskie. Nie jakieś tam paparazzi. Ale skoro jestem w ciąży, to nie wiem, czy nadal powinnam czegoś szukać.

– Zrobimy badania i wtedy zdecydujemy. Wydaje się pani zdrowa i pełna sił, więc myślę, że nie musimy się obawiać żadnych komplikacji. – Uśmiechnął się. Chyba pierwszy raz. – Lubi pani swoją pracę, prawda?

– Jest całym moim życiem… To znaczy do tej pory tak było.

– Hm… Jeszcze nic straconego. Tu są recepty. Wyniki badań powinny być w ciągu dwóch tygodni, ale już teraz proszę zapisać się na wizytę.

– Super. Dziękuję. Czy mogę o coś zapytać?

Dawid spojrzał na nią zaciekawiony.

– Słucham.

– Narzeczony wraca w przyszłym tygodniu. Chciałabym zrobić mu niespodziankę: zabrać go w jakieś fajne miejsce i poinformować, że zostanie tatą. Nie znam tutaj zbyt wielu ludzi, więc nie bardzo mam kogo poprosić o radę. Czy zna pan jakąś ciekawą i kameralną knajpkę? Taką w krakowskim stylu.

– Tak, jest jedno takie miejsce. Moje ulubione. Zapytam o rezerwację i dam pani znać. Proszę mi podać numer telefonu. Zadzwonię.

– Nie chcę panu sprawiać kłopotu…

– Żaden kłopot. Jest pani moją pacjentką i muszę o panią dbać. Rozumiem, że chodzi o piątkowy wieczór?

– Tak, tak. Byłoby super!

– Dobrze. Jesteśmy umówieni.

Joanna się zaczerwieniła. Znowu. To niedorzeczne.

Pożegnali się.

Wzięła recepty i wyszła z gabinetu.

– Tak, Mateo byłby zazdrosny… – szepnęła do siebie, lekko się uśmiechając.

Został sam.

Odeszła.

Zostawiła go.

Tak po prostu. Jakby nigdy nic.

Przecież jej nie zna.

Joanna… Tak, ma na imię Joanna.

Wziął głęboki oddech.

Siedział na krześle w całkowitym bezruchu. Jeśli choć jeden mięsień drgnie, legnie w gruzach jego tu i teraz. Świat się zmieni.

Wpatrywał się tępo w drzwi.

Wyszła.

Jeszcze czuł jej zapach, brzmienie głosu.

Ulotność chwili była nie do zniesienia. Zaraz to wszystko się skończy. Zmysły stracą punkt zaczepienia.

Czy tego właśnie chcę?

Muszę się skupić. Pozbierać myśli pędzące teraz z zawrotną prędkością. Jest mi słabo. Pocą mi się ręce. Serce wali w piersi jak oszalałe. Krew zaraz rozsadzi żyły. Uspokajam oddech. To jakiś obłęd. Zaraz oszaleję. Kręci mi się w głowie. Powietrza. Potrzebuję powietrza! Jeśli kolejna pacjentka zacznie raczyć mnie historiami o porannych nudnościach, sam zwymiotuję!

Wyszedł z gabinetu blady jak ściana, o którą się opierał, aby nie upaść. Kazał odwołać wszystkie wizyty, po czym w pośpiechu opuścił klinikę. Wydawał się rozkojarzony. Zdawkowo machnął ręką na do widzenia zdezorientowanej rejestratorce i drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Zbiegł po schodach. Na ulicy uderzyła go fala gorąca i miejskiego gwaru. Za dużo, za dużo ludzi…

Za dużo, za dużo ludzi… Są jak robaki drążące ciało miasta. Rozprzestrzeniają się. Wszędzie ich pełno. Zostawiają po sobie ślady w postaci lepkiego śluzu.

Czuję się oblepiony cudzym potem. Duszę się skażonym powietrzem, które wydychają ci ludzie. Toksyny z ich płuc osiadają wszędzie. To przez nich jestem teraz brudny.

Przyglądają mi się. Oceniają. Wiedzą, że różnię się od nich. Wyczuwają obcego. Ale nie jestem jeszcze martwy. Nie pożywią się mną tak prędko. Tak, wiem, że czekają tylko, aby moje serce przestało bić. Nie dam im jeszcze tej satysfakcji.

A ona? Ona jest inna. Musi być inna. Jest moją szansą.

Miałem nadzieję, że uda mi się ją dogonić. Rozmyła się w szarym, brudnym tłumie, zostawiając za sobą powiew świeżości.

Brak mi tchu. Pulsowanie w głowie jest nieznośne. Spokojnie, tylko spokojnie. Masz adres. Znajdziesz ją. Będzie twoja, Dawidzie.

Jazgot klaksonów, rozmawiający ludzie, uliczni grajkowie, przejeżdżająca na sygnale karetka – kakofonia dźwięków miasta, niczym przyspieszone tętno krwi w żyłach, podnosiła mu ciśnienie i doprowadzała bębenki uszu do granicy wytrzymałości. Dźwięki ocierały się o niego, dotykały perwersyjnie, pragnąc go zniewolić i uczynić sobie poddanym. Były wszędzie! Osaczały go! Cisza! Potrzebował ciszy! Czterech ścian mieszkania, by skupić się i wyłączyć emocje.

Pozwolił sobie dziś na to, by coś poczuć i czegoś zapragnąć. Ta kobieta…

Mimo to zdecydował się wrócić do domu na piechotę. W godzinach szczytu stałby wieczność w korku. Nie wytrzymałby w klaustrofobicznej przestrzeni auta. Nie dziś.

Było mu niedobrze.

Założył okulary przeciwsłoneczne. Teraz przechodnie mogą przyglądać mu się do woli. Nic nie wyczytają z jego oczu. Nie poznają tajemnic i planów kłębiących mu się w głowie.

Wyprostował się. Schował ręce do kieszeni.

Przyspieszył kroku i ruszył ulicą. W tym momencie wydawał się jednym z wielu. Wessany w szary, nijaki miejski krajobraz. Wyssany z osobowości. Pozornie…

Jakoś przez to przebrnie.


1

Nocne życie bywa fascynujące. Można na kilka godzin zupełnie się zapomnieć; wykasować pliki z imieniem, nazwiskiem i życiem prowadzonym za dnia – zazwyczaj nudnym i bezsensownym. Ustawić taki profil, na jaki akurat ma się ochotę. Toczyć grę na granicy, której naprawdę, w „realu”, nigdy by się nie przekroczyło. Przecież jako ktoś inny można wszystko. I nikt nikogo z tego nie rozliczy.

Alkohol. Narkotyki. Zabawa. Łatwe dziewczyny. Napaleni kolesie. Wprowadzanie się w trans przez muzykę i drinki. Świadoma prowokacja. Feromony i testosteron wymieszane z perfumami i potem. Seks.

Czasami robię sobie rundkę po knajpach. I patrzę.

Tak, zwracam na siebie uwagę. Wiem, jak wyglądam i wiem, że one też to wiedzą. Niemal wszystkie zdziry wodzą za mną wzrokiem. Bo jestem przystojny. I – nie ukrywajmy – widać, że nadziany.

Pewnie od razu robią się wilgotne i drżą w środku.

Najebane laski, które rozkładają nogi w śmierdzących kiblach dla świeżo poznanych facetów. Są odrażające. Robią z siebie darmowe kurwy. Bo kurwić się za pieniądze – to jestem w stanie zrozumieć. Najstarszy zawód świata rządzi się swoimi zasadami. Ale te tutaj – naćpane, pijane, półnagie suki z cieczką. Rzygać mi się chce.

Dziwię się mężczyznom, że decydują się na seks z takimi szmatami. Najwyraźniej kręci ich fetor wydobywający się z czeluści między udami, zmieszany z wonią podrabianych perfum, smrodem potu i spermy pozostawionym przez poprzedniego gościa oraz zapachem chusteczek odświeżających. Ten dreszczyk emocji, kiedy nie znają nawet imienia tej, która pozwoliła im w siebie wejść, kusi. Ponosi ich na rollercoasterze perwersyjnych pragnień. Mogą wszystko! Chcą wszystkiego! Ciśnienie rośnie. Wagina jest narzędziem, które daje możliwość zrzucenia ciasnej skóry szanowanego obywatela, które pozwala przeżyć zwierzęcą rozkosz. Bo tu, w czterech ścianach męskiej toalety, są królami. Szczytują i czerpią z tego satysfakcję.

Nie przychodzę do imprezowni, aby się dowartościować. Nie podniecają mnie takie miejsca. Szczerze mówiąc, mało co mnie podnieca. Traktuję te wizyty jako czyste doświadczenie psychoanalityczne. Ot, taka fantazja. Czasem trzeba mieć fantazję, żeby do końca nie oszaleć.

Najbardziej interesujące są nocne kluby ze striptizem, gdzie za konkretną kasę możesz pooglądać jędrne ciała, a jak będziesz miał odrobinę szczęścia, może któraś panienka zaprosi cię do siebie. Kobiety są tam jak towar wyłożony na wystawie sklepowej. Każdy może podejść, popatrzeć, nawet dotknąć. Termin ważności nie jest priorytetem, ale wiadomo, że popyt na młode mięso jest większy. Nie nazwałbym tego miejsca sklepem rzeźnickim, ale nazwa „delikatesy mięsne” jest już jak najbardziej na miejscu.

Jeden z gości od jakiegoś czasu przykuwa moją uwagę. Nie zachowuje się jak typowy klient. Jest inny. Taki jak ja? Nie… To niemożliwe, to coś innego. Intryguje mnie ten facet. I trochę niepokoi.


1

Myśli o Joannie nie dają mi spokoju. Nie nazwałbym tego obsesją. Jeszcze nie. Chyba nie… Nie mam pewności. Nie mogę się skupić na najprostszych czynnościach. Wszystko mnie irytuje i męczy. Najchętniej stałbym się częścią jej jaźni, by móc wiedzieć o wszystkim wcześniej, niż ona to pomyśli. Chciałbym stać się jej cieniem – natrętnym demonem, który ją opęta i zniewoli.

Nie, nie nazwałbym tego obsesją. Nazwałbym to…

Nieważne.

Najważniejsze jest to, że zaraz przyjdzie. Umówiona wizyta, na którą czekałem całe dwa tygodnie. Nie mogłem spać w nocy. Czuję się jak nastolatek. Kompletny wariat. Cieszę się jak dzieciak, który wie, że za chwilę dostanie prezent urodzinowy – najpiękniejsze spełnienie marzeń.

On, ten Mateusz…Wyjechał. Po raz kolejny została zupełnie sama. Jej samotność jest dla mnie furtką do świata, który sobie stworzyła. Furtka otwiera się coraz szerzej, wiem o tym.

Otulę ciepłym kocem drżące ramiona jej smutku.

Ostatniej nocy stałem się powiernikiem sekretów, które ukrywa. Czy rzekomy narzeczony wie o przyszłej żonie tyle, co ja? To, że dostała od niego pierścionek zaręczynowy, jeszcze o niczym nie świadczy.

Nie traktuję go jak konkurenta. To by było śmieszne. Nie ta epoka. Jak to się mówi: Nie ma takiego wagonika przy lokomotywie, którego nie da się odczepić.

Uśmiechnął się na tę myśl.

Był coraz bliżej.

Joanna wpadła do kliniki lekko spóźniona. Poranne mdłości zaczęły doprowadzać ją do szału.

– Doktor czeka na panią. Jest w podejrzanie dobrym humorze, więc nie sądzę, żeby się gniewał za te piętnaście minut…

Recepcjonistka mrugnęła porozumiewawczo.

– Mam nadzieję

Zapukała i weszła do gabinetu.

Siedzieli w milczeniu. Zastanawiali się, czy powinni wspominać o nocnej rozmowie, która trwała prawie trzy godziny.

Zadzwoniła do niego zapłakana. Bo do kogo mogła się zwrócić? Znajomi z Krakowa i rodzice byli pewni, że jest szczęśliwa i świetnie sobie radzi w stolicy. Zaczęła histerycznie wykrzykiwać, że już nie daje rady, że nie jest w stanie ogarnąć życia, że ciąża ją przeraża.

– Może to zabrzmi głupio, ale mam tylko pana. Nikogo więcej. Mateusz znowu wyjechał. Robi to, co kocha, nie mam do niego pretensji. Po prostu nie wiem, jak ułożyć sobie tu życie. Jak funkcjonować w mieście, którego nienawidzę. Warszawa jest odpychająca, hałaśliwa i za szybka. Wszystko, co najlepsze, zostało w Krakowie. Brakuje mi Alchemii na Kazimierzu i Mleczarni, gdzie mogłam się zaszyć po ciężkim dniu. Tam czułam się naprawdę szczęśliwa. Warszawa mnie przytłacza.

– Ale daje większe możliwości rozwoju.

– Mówi pan jak mój narzeczony. On uwielbia to miasto. Jednak w moim obecnym stanie jedyną perspektywą, jaką przed sobą widzę, jest zmiana zawodu fotografa na zawód mamy.

– Nie wierzę, że nie ma tu pani nikogo, kto mógłby pomóc w znalezieniu choć tymczasowego zajęcia.

– Iza to moja stara znajoma z redakcji w Krakowie. Pracuje przy sesjach zdjęciowych dla czasopism. Zaproponowała mi ostatnio zlecenie. Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego czasu wzięłam aparat do ręki.

– I jak było?

– Ten rodzaj fotografii jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Nie przywykłam do pracy z aktorami, ale sądzę, że jakoś sobie poradziłam. W każdym razie chwalono mnie potem za profesjonalne podejście i wrodzony luz, a Iza dzwoniła dziś z kolejnym zleceniem.

– No to wspaniale! Uwaga, stawiam diagnozę: kiepski nastrój i wszelkie jego wahania to wpływy szalejących hormonów. Depresja pani nie grozi. Słowo honoru.

– Pan to potrafi kobietę doprowadzić do łez ze śmiechu…

Najważniejsze, że był. Po prostu był. I o to chodziło. Żeby być…

– Wyniki są OK – przerwał niezręczną ciszę.

– A te poranne mdłości? Wariuję już od nich. Żeby tylko poranne: potrafią mnie obudzić w środku nocy…

– No cóż, do dwunastego tygodnia raczej się ich nie pozbędziemy. Trzeba się trochę pomęczyć.

– Nie wiem, czy mój żołądek to zniesie.

– Będzie dobrze. A teraz proszę się rozebrać i zobaczymy, jak nasz mały człowieczek poczyna sobie w brzuchu mamusi.


1

Klinika od dwóch godzin jest pusta. Recepcjonistkę odesłałem wcześniej do domu. Wyjaśniłem, że muszę nadrobić zaległości w papierach, bo zbliża się koniec miesiąca. Obiecałem zamknąć wszystko i zostawić klucze w schowku. Jestem tu sam.

Ja i moje myśli.

Ja i mój plan.

Cisza minęła. Za oknem rozpętała się burza. Chłonę jej siłę i moc. Błyskawice z hukiem przeszywają niebo. Krople deszczu miarowo uderzają w okno. Niemal czuję na twarzy podmuch wiatru, który wygina gałęzie i łamie parasole przechodniom na ulicy. Nikt nie uratuje się przed wszechogarniającym gniewem żywiołu. Patrzę na ludzi, którzy starają się uciec przed wichurą.

Nawet pogoda jest po mojej stronie.

Za chwilę skończysz mierzenie sukni ślubnej.

Za chwilę wyjdę z kliniki.

Już za chwilę.


1

Zaciągnął się dymem z papierosa. Zmrużył oczy. Oparł głowę o brzeg wanny wypełnionej gorącą wodą. W tle sączyła się chilloutowa muzyka. Uśmiechnął się do swoich myśli, które zmaterializowane wtulały się w jego ciało.

– Przyzwyczajam się do tych wieczorów wykradzionych codzienności… – wyszeptał Tomasz, całując włosy Yasmine. – Dobrze mi z tobą.

– Zastanawiałeś się, jak długo to jeszcze potrwa? Te wakacje od życia, co weekend w innym hotelu…

Odkąd zgodziła się na regularne spotkania, relacje między nimi stawały się coraz bardziej skomplikowane. Do tego dochodziły jeszcze awantury, które robił jej Michał. Czuł się zagrożony nowym, młodszym adoratorem kochanki.

– Nie wiąż z tym kolesiem żadnych nadziei na przyszłość. Jemu chodzi tylko o miłe chwile, nic poza tym. Zostawi cię dla jakiejś zwyczajnej dziewczyny. Takie kobiety jak ty nie potrafią zatrzymać faceta na stałe. Pamiętaj o tym – powtarzał jej do znudzenia.

– Tak długo, jak pozwolisz mi się sobą cieszyć…

– Będziemy mogli niedługo otworzyć biuro informacji turystycznej.

– Sugerujesz, że powinienem zaprosić cię do siebie?

– Nie odważyłbyś się. A żona? Narzeczona? Dziewczyna? Kot?

– Pies? Chomik? Papużka? Jeśli pytasz, czy jestem w związku z kobietą…

– Nie potrzebuję takich informacji. Nie są dla mnie istotne.

– Nie traktuję cię jak…

– Tak, wiem. Widzę to. Czuję nawet.

– I boisz się tego?

– Nie, nie boję się, ale… Nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby coś czuć. Nie należę do tych kobiet, które mają prawo do mężczyzny, z którym sypiają.

– Nigdy nikogo nie kochałaś?

Anioł, o którym śnię, jest demonem i jednocześnie stróżem moich myśli. Wtulam się w jego skrzydła, by poczuć opiekuńcze ciepło na drżącym z zimna ciele. Zniewala mnie rozpalającym zmysły żarem rozkoszy. Gasi strach namiętnym pocałunkiem nadziei. Jakże mam się lękać czegokolwiek, kiedy jest obok mnie. Kiedy jednak staje przede mną w materialnej powłoce, w całej okazałości boskiej chwały, ze wstydem opuszczam wzrok. Jestem niegodna, by zwrócił ku mnie swoje oblicze. Milczenie staje się krzykiem duszy! Czy jeszcze mam duszę? Czy to jej bezcielesnej powłoki dotykają jego zimne dłonie, a usta kradną dziewicze tchnienie. Jestem nim. On jest mną. Zachłannie, do utraty tchu, upijamy się rosą z naszych wilgotnych ciał. Bezwstydnie stajemy się jednością na oczach gwiazd…

– Nigdy nikogo nie kochałaś? – ponowił pytanie, a delikatny pocałunek w szyję przywrócił Yasmine do rzeczywistości. Wtuliła się mocno w ciało Tomasza. Objął ją ramionami. Zamknął w sobie, jakby była dla niego najdroższym skarbem.

– Dawno, bardzo dawno temu był ktoś, komu chciałam oddać całą siebie. Ale, jak to zazwyczaj bywa, okoliczności nie sprzyjały naszemu związkowi.

– Być może on teraz żałuje popełnionego błędu…

– Niektórych błędów nie da się naprawić.

– Dobrze mi z tobą.

– Powtarzasz się. Tak naprawdę nic o mnie nie wiesz.

– Kiedy poznajesz czyjeś ciało, poznajesz historię jego życia.


1

Pojawił się późnym wieczorem z plikiem zdjęć w dłoniach. Usiadł na łóżku i zaczął w skupieniu przyglądać się Joannie. Zauważyła, że ma bardzo smutne oczy.

– Wybacz. Trochę trzęsą mi się ręce. Ale to dlatego, że dawno, bardzo dawno nie miałem tych fotografii w dłoniach. Wygrzebałem je w kartonach – zaczął wreszcie. Szeptał. Ledwie słyszała słowa. – To jej zdjęcie. Bardzo ją przypominasz, Joanno. Kiedy była jeszcze piękną kobietą, miała twoją twarz. Mój anioł stróż, pod którego skrzydła chciałem chować się przed demonami nocy ukrytymi w szafie. Pragnąłem wierzyć, że jest aniołem.

Wspomnienia wróciły i wiesz co? Napisałem do niej list.

Postanowiłem pogodzić się z faktem, że to ona, nikt inny, wydała mnie na świat. Że istnieje. Że nie jest wytworem wyobraźni.

Mieszka gdzieś daleko. Ponoć ma się dobrze. „Dobrze” to pojęcie względne, ale przynajmniej ma dach nad głową i ludzi, którzy się nią zajmują. Zawsze potrafiła się ustawić i spaść na cztery łapy. Ot, taka kotka w ludzkiej postaci.

Kim ona jest? Ach tak, nie przedstawiłem was sobie. To Laura, moja matka.

Nie wiem, jak teraz wygląda. Dawno się nie widzieliśmy.

Sądzę, że trochę się postarzała. Może nawet bardzo. Najprawdopodobniej jej włosy straciły blask, są siwe i zniszczone, a skóra nie jest już tak jędrna i atrakcyjna jak kiedyś. Pomarszczona i szara wygląda jak papier toaletowy. Tylko się nią podetrzeć i spuścić z wodą w sedesie. Do niczego innego już się nie nadaje. Zapewne jest tym zrozpaczona. Hm… Chyba mnie trochę poniosło.

Nie rób takiej miny. Nie przychodzą mi teraz na myśl bardziej trafne porównania.

Uważasz, że nie powinienem w taki sposób mówić o swojej matce? Moja mała, jak niewiele wiesz o życiu i relacjach międzyludzkich!

Jak już wspomniałem, starałem się wymazać Laurę z pamięci. Wmawiałem sobie, że umarła. Że po drugiej stronie Styksu pilnuje jej Cerber, który nie pozwoli, by kiedykolwiek wróciła. Nie ma takiej możliwości, aby przekupić tego groźnego mitycznego strażnika. Raz już dostał nauczkę. A błędy uczą najlepiej.

Moja matka była kurwą! Tak, nie przesłyszałaś się. Była tanią zdzirą, której dotykają obcy mężczyźni, wślizgują się w nią jak dżdżownice w wilgotną glebę i zostawiają po sobie ślady białych zacieków na udach. Brzydziłem się, kiedy mnie całowała i tuliła do piersi. Do tych piersi, do których jeszcze chwilę wcześniej tulili się oni. Ssali i miętosili je w dłoniach.

Czułem wtedy na swojej skórze smród potu i taniej męskiej wody kolońskiej. Potem godzinami stałem pod prysznicem i zmywałem z siebie ten odór.

Zabawiali się z nią. Ona bawiła się nimi. Wykorzystywali się wzajemnie i czerpali ogromną przyjemność z sadomasochistycznych orgii. Przy tym, co wyprawiali, Kamasutra to elementarz dla przedszkolaków.

Każdy z jej kochanków kazał mówić do siebie „wujku”. Ilu więc braci miała moja matka? Tuzin? Dwa tuziny? Nie pamiętam. Najwyraźniej jej ojciec musiał być wyjątkowo płodnym ogierem… Liczna rodzinka, nie ma co… Powinienem czuć się jak na dworze faraonów, gdzie ojciec z córką, brat z siostrą, a nawet dziadek z wnuczką spółkowali, wydając na świat genetycznie zmutowane bękarty. Przywilej czy upodlenie? Na szczęście nie byłem mutantem, ale…

Byłem za mały.

Za mały…

Zawiesił głos. W skupieniu przyglądał się fotografiom.

Joanna przypomniała sobie rozmowę z rejestratorką w klinice, która wspominała o jego izolowaniu się od ludzi, kiedy był małym chłopcem. Czyżby wtedy dobrze zdiagnozowała istotę problemu? Czy mały Dawid cierpiał na zespół stresu pourazowego, który doprowadził go do psychozy na temat posiadania idealnej rodziny?

– Może powinieneś się z nią spotkać? Wyjaśnić nieporozumienia?

– Tak, jestem przekonany, że Laura bardzo by się ucieszyła na mój widok – odpowiedział w zamyśleniu. – Jak ty niewiele wiesz o ludziach, moja droga… Patrzysz i nie widzisz albo udajesz, że nie dostrzegasz. Ludzie to potwory, które tylko nocą zdejmują kostium, by pokazać swoje prawdziwe kształty. Te wszystkie bujdy o straszydłach w szafach lub pod łóżkiem to nic innego jak „spotkania trzeciego stopnia” z tymi, którzy na co dzień są naszą matką, ojcem, bratem; kimś nam bliskim, w kim pokładamy zaufanie. Idę się położyć. Jutro mam wykład, muszę się wyspać.

Joanna poczuła na czole delikatne muśnięcie warg.

– Dobranoc… – szepnęła.


1

Pospiesznie ściągał z siebie liturgiczne szaty. Za dużo warstw. Dusił się. Zapach kadzideł przyprawiał go o mdłości. Kręciło mu się w głowie.

Widział ją na Eucharystii. Siedziała w ostatniej ławce. Posągowa. Niema. Założyła ciemne okulary. Może myślała, że jej nie pozna, ale on przecież poznałby ją wszędzie!

Był pewien, że nie spuszczała z niego wzroku. Wyglądała jak zjawa.

Msza była jak trwająca wieki Droga Krzyżowa. Czuł na sobie ciężar wlokących się minut. Dobrze, że udało mu się „oddać” homilię księdzu współprowadzącemu.

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane.

Przed oczami Tomasza pojawiały się obrazy kobiecego ciała, poddającego się pieszczotom wygłodniałych dłoni.

Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich krwi mojej, nowego i wiecznego przymierza.…

Wino, obezwładniający afrodyzjak, który wrzał w ich żyłach i doprowadzał zmysły do gorączki.

Obrazoburcze wizje nie chciały zniknąć. Nawarstwiały się. Napędzały spiralę pożądania. Starał się skupić i zapanować nad emocjami. Otarł ręką pot z czoła.

Przestała odbierać telefony. Nie odpowiadała na wiadomości, które zostawiał na poczcie głosowej.

Sakrament komunii świętej. Setki wiernych tłoczących się u stóp ołtarza. Miał nadzieję, że ona również przyjdzie przyjąć ciało Chrystusa. Czekał. Na próżno wodził za nią wzrokiem. Wydawało mu się, że dostrzega jej sylwetkę na tle kolorowego witraża.

Idźcie w pokoju Chrystusa.

Błogosławieństwo na zakończenie Eucharystii. Zaintonował psalm na wyjście.

Czy jeszcze tam jest? Czy czeka na niego? Może chce się z nim zobaczyć? O Boże! Jakże pragnął znowu poczuć, że ma ją na własność.

„Są osoby, o których się pamięta, i osoby, o których się śni”[1]. Ona była tym wszystkim naraz.

Zdjął dalmatykę. Widząc, że kapłan nie daje sobie rady z rozwiązaniem sznura przepasującego albę, ministrant zaproponował pomoc. Tomasz przyjął ją bez wahania. Ręce za bardzo się trzęsły. Cingulum symbolizowało wstrzemięźliwość. Przez głowę przemknęła mu cyniczna myśl, że z czym jak z czym, ale z zachowaniem wstrzemięźliwości nie jest u niego najlepiej.

Spojrzał na zegarek. Od zakończenia mszy minęło dziesięć minut. Kiedy wreszcie udało mu się opuścić zakrystię, kościół był prawie pusty. Kilka starszych kobiet odmawiało koronkę. Rozejrzał się nerwowo. Yasmine nie było. Poszła. Jak mogła? Dlaczego tak go torturowała? Wyjął komórkę z kieszeni sutanny i wybrał numer. Włączyła się poczta głosowa; beznamiętny głos poprosił, żeby zostawił wiadomość. Zaklął.

– To ja – zaczął. – Mam dość nagrywania się. Odbierz wreszcie. Oddzwoń. Potrzebuję cię.

Rozłączył się.

A jeżeli to koniec i już nigdy jej nie zobaczy? Czyżby zabawiła się jego kosztem, uzależniła od siebie i odeszła? A jeśli go rozpoznała? Po dziesięciu latach? Może chciała się odegrać? Nie, nie ma takiej możliwości. Tamtego dnia na ulicy z trudem ją rozpoznał. Myślał, że zobaczył ducha. Nogi się pod nim ugięły. Poszedł za nią i dzięki temu dowiedział się, gdzie pracuje. Był zaskoczony. Tym, że jest tancerką, i tym, że dorabia jako prostytutka.

Jakiś dzieciak zapytał, czy może się wyspowiadać. Tomasz skinął głową i ruszył w kierunku konfesjonału.

Był zmęczony. Bardzo zmęczony.


1

Wciąż towarzyszy mi bezsenny dotyk nocy. Pod powiekami mam kurz i pył, ale nie opuszcza mnie nadzieja na kojącą ciszę. Wtulam się w miękkość poduszki. Martwym krzykiem odpędzam mrok. Czuję na policzkach łzy. Chwile, o których starałam się zapomnieć, wróciły bez zapowiedzi i stukają do okien. Chcą wejść i ogrzać się, by ożyć. By mnie zabić. Wzięłam kilka tabletek na sen. Tak łatwo je przedawkować. Przez przypadek wziąć kilka pigułek za dużo. I już się nie obudzić.

Rozdrapałam rany koszmarnych wspomnień i teraz krew na nadgarstkach nie chce zaschnąć.

Miałam być silna i zdecydowana, a okazałam się słabą kobietą. Uciekłam. Yasmine, przyznaj się – stchórzyłaś!

Domek w górach. Jedno z kilku pudełek rozsypanych w środku lasu. Zimą niewiele aut jest w stanie pokonać zaspy i dotrzeć na to pustkowie. Mieszkańcy małej wioski stają się wtedy odciętymi od świata pustelnikami. Zdani jedynie na siebie. Idealne miejsce, żeby oswoić samotność i nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Odkryć prawdę o duszy.

Góry onieśmielają. Trwają nieporuszone. Można poczuć ich siłę i moc. Trzeba stawić czoło naturze. Nie zwiedziesz jej. Czyta w tobie jak w otwartej księdze. Obdarza zaufaniem i przychylnością, jeśli słowa i czyny są szczere. Odrzuca fałsz i obłudę. Wyklina intruzów i uzurpatorów, bezlitośnie się z nimi rozprawia.

Takie jest prawo. Niepisany pierwotny dekalog.

Dziewicze górskie tereny dawały schronienie mojemu ojcu. Kiedy tu przyjeżdżał, czuł się zjednoczony z naturą i wolny. Uciekał od życia w małej mieścinie, gdzie wszyscy się znają, plotkują i obgadują za plecami. Doprawdy nie wiem, jak wielka musiała być miłość tego mężczyzny, że zapragnął ożenić się z moją matką. Zapewne bardzo ją kochał. A ona? Nie wiem, czy kobieta z jej charakterem potrafiła kogoś obdarzyć szczerym uczuciem. Może kiedyś, zanim mnie urodziła, była inna…

Stali się sobie obcy po śmierci bliźniaków, które zginęły w spowodowanym przez niego wypadku samochodowym. Jechali na weekend. Tu, do domku w górach. Ojciec stracił panowanie nad kierownicą, auto przebiło się przez barierkę i stoczyło po zadrzewionym zboczu. Wyczołgał się z samochodu zaledwie z paroma siniakami, u niej lekarze stwierdzili bardzo poważne obrażenia wewnętrzne, które uniemożliwiały zajście w kolejną ciążę.

Wpadła w depresję. Zaczęła pić.

A potem dostała się w łapy kościelnych matron, które przygarniały zbłąkane owieczki i pomagały im wyjść na prostą. Cykliczne spotkania, zbiorowe sesje z psychologiem. Z jednego uzależnienia w drugie. Fanatyczna wiara w uzdrowienie duszy wyłącznie dzięki głębokiej wierze i dyscyplinie. „Bóg jest miłosierny, ale i unosi się gniewem”, tłumaczyli jej. Widocznie swoimi uczynkami zasłużyła sobie na to, że jej łono stało się jałowe. Powinna złożyć ofiarę, by przebłagać Najwyższego. Może wtedy zmiłuje się i pozwoli, by znowu była matką.

Przysięgła, modląc się u stóp ołtarza, że jeśli stanie się cud i zajdzie w ciążę, to dziecko poświęci do posługi kapłańskiej lub do klasztoru. I poświęciła, bez pytania mnie o zgodę. Zadecydowała o moim życiu, zanim przyszłam na świat.

Bo to ja byłam tym cudem, o który tak bardzo błagała niebiosa…

A mój ojciec? Ze strzępków wspomnień składam obraz dobrego i czułego mężczyzny. Był bardzo cierpliwy, ale nie mógł znieść widoku żony popadającej w religijny obłęd. Najpierw alkoholowy nałóg, później dewocja. Tego było zbyt wiele. Stał się obcym we własnym domu, niepożądanym lokatorem, bo nie zgadzał się ze słowami głoszonymi przez sekciarzy. Odepchnęła go. Traktowała jak wroga. Dlatego coraz rzadziej bywał w domu. A któregoś dnia po prostu nie wrócił i tyle. Odszedł. Zaginął. Nie wiem do tej pory, co się z nim stało. I dlaczego mnie z nią zostawił. Długo nie mogłam mu tego wybaczyć, że odszedł bez słowa i nie zabrał mnie ze sobą. Tęskniłam. Potrzebowałam go.

Tak jak teraz. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję wsparcia mojego taty. Dlatego tu przyjechałam. To miejsce daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jest azylem, w którym mogę się schronić, lizać rany i zaczekać, aż sińce na moim ciele i duszy przejdą przez całą sekwencję zmiany barw. Muszę pozbierać myśli i poukładać je w szufladkach w głowie, bo zrobił się niezły bałagan. Czas na generalne porządki.

Muszę nabrać sił.

Straciłam głowę. Uczucia do Tomasza odebrały mi trzeźwość myślenia. Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że…

Koniec z tym. Już koniec.

Czekam na nowy początek.


1

Trzy godziny jazdy.

Jakiś cholerny koniec świata na mapie. Chciał jechać pociągiem, ale nie był w stanie znaleźć żadnego sensownego połączenia. Samochód okazał się jedynym wyjściem.

Spakował się. Plecak i podręczna torba. Musi wystarczyć.

Pilna sprawa rodzinna. Wyjeżdża. Nie, nie wie kiedy wróci. Kilka dni. Może tydzień. Tak, tak… Odezwie się, jak dojedzie na miejsce i rozezna w sytuacji. Dziękuje wszystkim za modlitwę i wsparcie.

– Może ci jakoś pomóc? Ostatnio chodzisz zupełnie nieprzytomny. Wierni skarżą się na ciebie.

Proboszcz nie ukrywał niepokoju.

– Nic mi nie jest. To tylko zmęczenie.

Zatankował do pełna.

Głosy w głowie nie dawały mu spokoju. Siedziały na miejscu pasażera i na tylnej kanapie. Prowadziły spór. Przekrzykiwały się i kłóciły zawzięcie. Zastanawiały się, jak na takim zadupiu, gdzieś w górach, w lesie, może mieszkać samotna kobieta? Pewnie to miejsce nawiedzone przez demony, a ta ruda suka co noc spółkuje z szatanem. Leczy rany i nabiera sił przed ostateczną walką. Bo on chyba właśnie po to tam jedzie, czyż nie? Żeby się z tą rozpustną dziewką rozprawić raz na zawsze. Musi zdawać sobie sprawę ze swego posłannictwa i zobowiązań wobec Pana.

Tomasz każe im milczeć.

Odbieram wam prawo osądzania tej kobiety!

Na Boga, przecież jestem mężczyzną! Mam prawo czuć coś… Cokolwiek… Pożądanie…

Marzę, by na nowo odkryć odkryty już ląd i zasiać w nim ziarno.

A jeśli zdjąłbym sutannę i zapragnął żyć jak zwykły śmiertelnik? Potępiłbyś mnie za to, Panie? Gdybym stanął na Sądzie Ostatecznym, czy strąciłbyś mnie w otchłań piekieł?

W bezbronnym wstydzie jej nagość przemawia do mnie. Namiętna. W bezwstydnym skowycie spełnienia jest we mnie szaleństwem zapomnienia i zatrzymaną chwilą rozkoszy.

Tylko… Czy ona wie? Czy pamięta? Nie może pamiętać. Nie wolno jej pamiętać! A jednak wciąż się nad tym zastanawiam…

Zjazd z głównej szosy, potem gruntową drogą przez las. Miał nadzieję, że się nie zgubił.

Dzwonił do Yasmine ze stacji benzynowej z prośbą o wskazówki, jak najlepiej dojechać do wioski. Zrobił zakupy. Wino, coś na kolację… Był podekscytowany, bardzo zdenerwowany. Niepewny.


1

„Obsługiwała” wieczór kawalerski. Zapowiadała się ostra jazda bez trzymanki. Rozpali do czerwoności swoim tańcem zmysły klientów, a oni zaczną się wzajemnie podpuszczać i robić zakłady, który pierwszy zaliczy z nią szybki numerek. Dobrze wiedziała, jak się kończą takie imprezy. Czas zacząć gorączkę sobotniej nocy.

Zamówili prywatny taniec. Występowała jako femme fatale w lateksowej bieliźnie z biczem w ręku. Czarna peruka. Mocny makijaż podkreślał zmysłowość oczu, usta kusiły czerwienią. Wiła się między nimi. Łasiła jak dzika kotka. Prowokowała. Podniecała. Widziała pożądanie w oczach mężczyzn. I o to właśnie chodziło, żeby testosteron szalał! Stawiali drinki, wkładali banknoty za stanik. Kokaina i alkohol pozbawiały skrępowania. Nawet przyszły pan młody, całkiem przystojny dziennikarz, nie próżnował. Ci faceci, w typie niegrzecznych chłopców, bardzo ją kręcili.

Yasmine miała cholerną ochotę na ostry seks.

Jeden z gości szczególnie przykuł jej uwagę. Siedział z boku i palił papierosa. Niespiesznie sączył kolejny dżin z tonikiem. Obserwował ją bacznie chłodnym wzrokiem, notując każdy ruch ciała, ale nie wykazywał większego zainteresowania zabawą. Kusiło ją, by podjąć z nim grę.

Nie protestował, kiedy usiadła mu na kolanach. Zaczęła lekko poruszać się w górę i w dół. Patrzyła prosto w oczy mężczyzny, zastanawiając się, czy sprowokuje go do odwrócenia spojrzenia. Nie zrobił tego. Zwilżyła usta językiem, wyjęła mu z dłoni szklankę z drinkiem i upiła łyk. Przy akompaniamencie głośnego aplauzu podekscytowanych kolegów zaczęła powoli prowadzić jego zimną rękę po swoim ciele, zaczynając od ust (przez chwilę ssała mu palce), przez szyję i dekolt. I dalej, niżej w stronę ud, omijając newralgiczne miejsce. Nie przestawali mierzyć się wzrokiem. Milczeli. Jakby tylko oni byli na świecie. Miała gęsią skórkę. Poczuła, że się podniecił. Ona też miała wrażenie, że za chwile eksploduje.

Is he willing?/can he play?

Tańczę tylko dla ciebie. Muzyka zmysłów przyciąga nas. Dotykaj mnie wzrokiem. Penetruj miejsca, gdzie nie sięga światło lamp. Pożądaj. Nie jestem mniszką. Ty nie jesteś święty. Porywa nas rwący nurt dzikiego pożądania. Poddajmy się terrorowi zmysłów i doprowadźmy nasze ciała do szaleństwa.

I wasn’t really looking for someone more than/company on the dancefloor and/does he know what I do?

– Prowokujesz mnie? – zapytał wreszcie.

– Oczywiście.

– Kręcisz mnie.

– Czuję to…

Uśmiechnął się.

– Mam na ciebie ochotę.

– Wiem.

– Mieszkam niedaleko.

– Kończę za godzinę.

– Nie wystawisz mnie?

– Nie dzisiejszej nocy…

– Mam na imię Mateusz, a ty?


1

– Oto co napisałem ci w liście – powiedział Dawid, po czym zaczął czytać na głos: – „Kochana Mamo, ogromna radość wypełnia moje serce. Odnalazłem Cię wreszcie po tylu latach samotnej włóczęgi. Zapewne jesteś ciekawa, jak potoczyło się moje życie i co u mnie słychać. Śpieszę Ci zatem donieść, że ożeniłem się ze wspaniałą kobietą i wkrótce zostaniemy rodzicami. Powiedziano nam, że to będzie chłopczyk. Kiedy się spotkamy, pokażę Ci pierwsze zdjęcia z USG. Jestem bardzo szczęśliwy. Chcemy nadać mu imię Konrad, po moim ojcu, a Twoim ukochanym mężu.

Liczę, że jesteś w dobrym zdrowiu i w niedalekiej przyszłości wszyscy czworo się spotkamy. Żałuję, że tato nie będzie mógł być z nami w tej doniosłej chwili. Najbardziej jednak smucić mnie będzie nieobecność «wujka» Łukasza. Wspominając Ciebie, zawsze o nim myślę i mam go głęboko w mojej… pamięci. Ściskam Cię i całuję czule, Mamo. Do rychłego zobaczenia. Twój Dawid”.

I co? Świetnie napisany list, prawda? Powinienem zostać pisarzem. Już chyba kiedyś to mówiłem. Starałem się, żeby brzmiał wiarygodnie, kiedy będą go czytać twoi opiekunowie. Zależało mi, by nabrali zaufania i pozwolili na odwiedziny.

Nie rozumiem, Lauro, dlaczego się tak zdenerwowałaś, kiedy pielęgniarka powiedziała ci, że to list ode mnie, od twojego stęsknionego syna. Może zasmucił cię fragment o „wujku” Łukaszu? Bo cała reszta to świetnie spreparowane dowody synowskiej miłości i troski. A fragment, który napisałem o żonie i dziecku, nawet mnie wzruszył… Tak przy okazji: oto zdjęcie twojego wnuka. Czwarty miesiąc. – Wyjął z kieszeni wydruk z USG. – Widzisz, udało mi się pozbierać szczątki życia. Wyparłem przeszłość, która co prawda miała jego twarz, ale przesłoniętą twoim cieniem. Teraz przychodzę, by powiedzieć, że jestem szczęśliwy i wiem, że te słowa wbiją się jak cierń w twoje serce.

Czy zdarza ci się wspominać cudowne chwile spędzone w towarzystwie „wujka” Łukasza? Był taki męski i świetny w łóżku, prawda? Ujarzmił ciebie, o której mówiono, że jesteś najlepszą kurwą w dzielnicy. Potem byłaś tylko jego kurwą, prywatną call girl, na każde zawołanie.

Pamiętam wasze imprezy ostro zakrapiane alkoholem i podkręcane prochami. Orgie. Ależ ty to lubiłaś! Wyciągałaś mnie z bezpiecznego azylu i chwaliłaś się swoim słodkim synkiem, a potem kazałaś patrzeć… Więc patrzyłem, jak się pieprzyłaś z nim, z nimi wszystkimi… Nie chciałem być maskotką twoich znajomych! Broniłem się! Kurwa, pamiętasz?! Wtedy on wymierzył mi karę! Za twoim przyzwoleniem to zrobił! Zabawił się moim małym, dziecięcym ciałem. Zastanawiał się pewnie, ile bólu jestem w stanie znieść, zanim zemdleję.

Pamiętasz, stara kurwo?!

Nie trzęś się teraz. Nie wyj mi tu! Bo pomyślą, że robię ci krzywdę! Jakżebym mógł?! Ja, kochający syn?!

Jest tak, jak myślałem! Wszystko pamiętasz! Pamiętasz każde upodlenie, każdy mój krzyk, moje błaganie!

Powinnaś smażyć się na krześle elektrycznym za rany, jakie zadałaś mojej duszy i niewinnemu ciału. To zbrodnia większa niż zamordowanie kochanka. Z najwyższym okrucieństwem. Tak to nazwali na rozprawie, prawda? „Morderstwo z najwyższym okrucieństwem”. Biedny, nieodżałowany „wujek” Łukasz. Ale dlaczego uznali cię za niepoczytalną? I dlaczego żyjemy w kraju, w którym nie ma kary śmierci? Może teraz składałbym kwiaty na twoim grobie, mamo…

Przestań się kiwać! Przestań krzyczeć! Milcz!

Był zły. Bardzo zły. Bała się tego człowieka, który chciał wkraść się w jej spokojny świat. Wejść w uwalonych błotem butach, zabrudzić parkiet i białe ściany. Znowu trzeba będzie sprzątać. A już miała nadzieję, że udało jej się uporać z wieloletnimi zaległościami, doprowadzić wszystko do porządku.

Pod stopami Laury zadrżała ziemia. Ogłuszył ją huk. Pękły szyby w oknach.

Był zły. Tak bardzo zły. Walił pięściami w drzwi. Ustąpiły z trzaskiem. Włamał się. Czarnym węglem zaczął bazgrać na ścianach przerażające rysunki. Twarze, miejsca. Wszystko wydawało się znajome. Zamknęła oczy. Pragnęła schować się przed tym obcym człowiekiem. Zniknąć. Bała się.

Dawid, Dawid, Dawid… Gdzie jest jej Dawid? To nie może być on.

Usłyszała własny głos – przeraźliwy, rozdzierający skowyt. Zasłoniła uszy rękami. Rozpaczliwie kołysała się w przód i w tył. Zaczęła uderzać głową w blat stołu, żeby zagłuszyć hałas rozsadzający czaszkę. Mocno, coraz mocniej, niech wreszcie nadejdzie cisza.

Gdzie są dobre anioły, które uwolnią ją od cierpienia i zabiorą tego niebezpiecznego intruza?

Poczuła delikatne ukłucie w rękę. Po jej ciele rozeszła się fala kojącego, błogiego ciepła. Wszystko powoli wracało do białych ram. Uśmiechnęła się, patrząc, jak skrzydlaci przyjaciele w bieli wyrzucają za drzwi złego człowieka. Anioły przybyły z odsieczą. Uwolniły ją i znowu zapanował spokój.

Ale kim jest wujek Łukasz?

Dawid… Łukasz… Dawid… Łukasz…


1

Zwinięta w kłębek Yasmine kuliła się na zimnej posadzce w ubikacji. Zanosiła się płaczem. Na desce klozetowej leżał test ciążowy. Jeden, dwa. Trzy testy. Musiała się upewnić.

Jałowa. Jej wnętrze było jałowe. „Nigdy nie urodzisz dziecka” – to właśnie kiedyś usłyszała. Nie cierpiała z tego powodu. I tak nie sprawdziłaby się w roli matki. Ona i bycie matką – wolne żarty.

A teraz wszystko miało być zupełnie inaczej.

– To końcówka drugiego miesiąca. Gratuluję przyszłej mamie. – Lekarz chyba bardziej niż ja cieszy się informacją, którą odczytał na ekranie monitora. Młody ginekolog. Pasjonat. Pewnie ma żonę i słodkiego bobasa. Czego ode mnie oczekuje? Pewnie że zaraz zacznę skakać pod sufit z radości. – Mąż zapewne się bardzo ucieszy…

– Nie mam męża – urywam szybko. Powinnam mu powiedzieć: „Puszczam się za pieniądze. Tak, panie doktorze, jestem kurwą i zaliczyłam kurewską wpadkę”. Ciekawe, jaką miałby minę.

– To znaczy… – Natychmiast poważnieje. – Czy chce pani urodzić to dziecko?

– Tak… – mówię. – To znaczy chyba tak. Nie wiem…

– Rozumiem. Jest wiele rozwiązań. Może pani oddać dziecko do adopcji bez żadnych konsekwencji.

– Powiedziałam panu, że nie wiem…

– To moja wizytówka. Nazywam się Dawid Czester. Może pani do mnie zadzwonić w razie potrzeby.

Prostokątny kartonik ląduje w mojej torebce. Żegnam się i wychodzę.

Masakra…


1

Tak, mam krew na rękach.

Kiedy ojciec odszedł, poczułam się odtrącona i niechciana. Matka miała kościół, wspólnotę i różańcowe modlitwy. Mnie zostało tylko pokornie czekać, aż wyjadę do nowicjatu. W Tomaszu znalazłam oparcie.

Widocznie taki był boży plan. Los wyciągnął z talii życia inną kartę niż ta, na jaką liczyłam, i zadecydował za mnie. Nie chcę się zastanawiać, dlaczego akurat mnie to spotkało i czym sobie zasłużyłam na takie cierpienie.

W każdym razie nie zarobiłam na utracie dziewictwa… W niektórych krajach płaci się konkretną kasę za seks z dziewicą. Taka pierwsza noc jest uważana za dobry omen, który przynosi powodzenie w biznesie oraz zapowiada długie i szczęśliwe życie. Zabawne… Szkoda, że to nie działa w drugą stronę…

Dalszy ciąg wydarzeń z tamtej nocy pamiętam jak przez mgłę.

Po wszystkim kazał mi się ubrać i zaprowadził do domu. Ledwo trzymałam się na nogach. Powiedział matce, że najprawdopodobniej zostałam napadnięta przez chłopców z miasta, kiedy wracałam z wieczornej mszy. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Trzęsłam się z bólu. Byłam przerażona. Chciałam umrzeć.

Później też milczałam. Nie zaprzeczyłam jego wersji wydarzeń. Wiedziałam, że nikt nie uwierzy w moją prawdę. Ksiądz Tomasz był uważany za chodzące wcielenie miłosierdzia i świętości. Cóż za hipokryzja.

Mimo to i tak zostałam napiętnowana. Matka zarzucała mi, że sama się prosiłam o gwałt, że prowokowałam napastników słowem, gestem i Bóg wie czym jeszcze.

„I pewnie jeszcze ci się podobało, co? Ofiarowałam twoją cnotę Jezusowi, a ty straciłaś ją z pierwszym lepszym! Bóg nas przeklnie! Będziemy smażyć się w piekle za grzechy, których się dopuściłaś… Co za hańba!”

Boże, mój Boże, czemuś mnie wtedy opuścił…

A potem zaczęłam mieć mdłości.

A potem przyszedł lekarz.

A potem…

…był wstyd dla całej rodziny. Ludzie plotkowali. Wytykali mnie palcami i szeptali za plecami, że „puściłam się” ze studentami z miasta za pieniądze. Czułam się jak trędowata.

Z ambony ksiądz grzmiał o poszanowaniu własnego ciała. Potępiał ludzi, którzy akt seksualny traktują jedynie jako zaspokajanie grzesznych żądz.

„Zakazany owoc najbardziej smakuje!” Mówiąc to, patrzył na mnie. „Wiek dorastania to walka z szatanem o duszę”.

Zostałam skazana za nie swoje winy i nie swój grzech. Publicznie napiętnowana. Koleżanki ze szkoły śmiały się ze mnie, a chłopcy pytali, ile biorę za numerek.

Kazali mi urodzić bękarta.

Uciekłam z domu.

Tak, mam krew na rękach… I właśnie przyznaję się do winy:

Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…

Pragnę wydrapać ze swojego wnętrza to, co po nim zostało. Nigdy nie doczyściłam się do końca. Wciąż go czuję. Czuję się brudna. Mam w sobie brud, który jest jak pasożyt. Rozrasta się i pęcznieje. Żywi się moją krwią. Zabiera życiodajne soki. Jestem żywym trupem, w którym gnieździ się zarodek. Oto czym się stałam. Zlepek tkanek jak chorobliwa narośl kurczowo trzyma się macicy i dręczy ciało od tygodni. Część mnie, która mną nie jest. Wypieram się tego, co stało się martwe, już w chwili poczęcia. I będzie tak jak kiedyś. Będę dziewczynką w białej sukience z krzyżykiem na piersi. Krew, wszędzie krew. Słyszę, jak kawałki nieobecnego, bezsennego istnienia, mniejszego od mojego małego palca, zaczynają wypełniać metalową miskę. Dlaczego płaczę i czuję się winna? Przecież to coś było tylko rozrastającą się obcą komórką, guzem, który trzeba usunąć, by nie czynił spustoszenia w organizmie.

…i w godzinę śmierci naszej. Amen.

Nie miałam kontroli nad własnym ciałem. Znieczulenie działało, leżałam bezwładnie na fotelu ginekologicznym z rozłożonymi nogami. Przede mną stał wspólnik zbrodni. Fartuch, maska i rękawiczki były jak zbroja, która miała chronić go w boju. Tykanie zegara odmierzało czas w zwolnionym tempie.

Musiałam to zrobić. Jak miałabym pokochać dziecko poczęte w wyniku gwałtu? Nie byłabym w stanie patrzeć codziennie na twarz, która miałaby jego oczy, usta, nos. Niech nikt tego ode mnie nie oczekuje. To zbyt wiele.

Patrzyłam w sufit. Jarzeniówka mrugała porozumiewawczo.

Czy słyszysz moją modlitwę?

Wydasz wyrok, skażesz mnie na wieczne potępienie? Nazwiesz mnie morderczynią na Sądzie Ostatecznym?

Później okazało się, że zabiegu dokonał ginekolog pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Tani, bo pracował na czarno. Infekcja, powikłania, szpital. Tak ma wyglądać Twoja kara, Panie?

Cud poczęcia nie jest dla mnie cudem, lecz przekleństwem.

Kościelne mury odpowiadają ciszą. Podnoszę się z klęczek i robię znak krzyża.

Odwracam się i wychodzę.

Mój los zatoczył koło.

Tak, mam krew na rękach i dzisiejszego wieczoru znowu będę ją miała. W godzinie mojej śmierci nie bądź dla mnie katem, Panie.


1

Puls miasta przyspiesza. Serce coraz prędzej pompuje krew do żył. Podniecenie. Ekscytacja. Odrobina adrenaliny. Spojrzenia dzikie i prowokujące. Dotyk. Muśnięcie dłoni niby przez przypadek. Głośny śmiech. Tak wygląda początek letniego piątkowego wieczoru. Ogródki knajpek i kafejek pełne są zrelaksowanych młodych ludzi. Przystojni mężczyźni i atrakcyjne dziewczyny. Ona rzuca mu przeciągłe spojrzenie. On stawia jej piwo. Zapach perfum, wód kolońskich, testosteronu i estrogenu. Jej spódniczka odsłania zbyt wiele. Jemu to się bardzo podoba. Zarzucają na siebie sieć. Dla nich noc nie skończy się samotnie w domu. Na początku niezobowiązująca rozmowa. Potem flirt. Tracą kontrolę. Jak masz na imię? Czy to ważne? I tak jutro nic będziesz pamiętać. Obudzisz się w obcym łóżku, na kacu i w nie swojej bieliźnie.

Udawali, że nie zwracają uwagi na kobietę idącą ulicą. Szła powoli, bo każdy krok sprawiał ból. Gdyby go nie odczuwała, przypuszczalnie byłaby już martwa. Sine usta szeptały zdania bez ładu i składu. Wzrok miała rozbiegany i nieobecny. Drżała. Z zimna? Ze strachu? Drobinki piasku i rozbitego szkła wbijały się w stopy. Zostawiała za sobą krwawe ślady w rozmiarze 37.

Była naga. Przypominała ofiarę magii wudu, która obudziła się na stole prosektoryjnym tuż przed sekcją. Jej ciało pokrywały sińce. Brudne bandaże na nadgarstkach zwisające jak niedopasowana biżuteria ukrywały rany. Nie dało się też nie zauważyć kilkunastocentymetrowej blizny na brzuchu. W obu szwy były świeże, profesjonalnie wykonane. Ktoś urządził sobie niezłą jatkę.

Nie wiadomo skąd się wzięła. Po prostu się pojawiła. Nieobecnie obecna w tłumie.

Kierowała się wiedziona instynktem. Nie widziała nic poza mrokiem własnej nieświadomości.

Potknęła się. Odruchowo sięgnęła ręką w poszukiwaniu czegoś, co nie pozwoliłoby jej upaść. Stolik, o który się oparła, nie wytrzymał naporu bezwładnego ciała i przechylił się. Straciła równowagę. Przewróciła się na chodnik tuż przy nogach młodego mężczyzny. Jego partnerka zaczęła krzyczeć.

Nagłe zbiegowisko i kobieta stała się centrum zainteresowania. Ludzie patrzą na nią z odrazą. Otaczają ją, ale boją się dotknąć.

Ktoś wyjmuje telefon. Ktoś dzwoni na pogotowie. Ktoś wzywa patrol policji. Wszyscy zachowują bezpieczny dystans. Skulona i bezbronna, chciałaby znowu stać się niewidzialna.

Joanna zakrywa dłońmi twarz.

Lodowate krople deszczu rysują tatuaż na jej ciele.


2

Zaciemnione okna. Już dawno zegar wybił północ. Jeszcze nie wróciłaś. Niepokoję się, nerwowo popijam whisky. Kolejna szklanka. Chcę się upić, choć, zamiast alkoholem, najchętniej upijałbym się twoim potem, zlizując go ze skóry.

Wymykasz mi się.

Waruję przy oknie jak pies czekający na powrót właściciela. Co chwilę zerkam na zegarek. Dlaczego wskazówki tak wolno się poruszają? Czas stanął w miejscu?

Firanki rozbłyskują ciepłą poświatą. A więc wreszcie jesteś! Rozpromieniona wchodzisz do salonu. Z nim. Śmiejesz się. Wieszasz mu się na szyi. Droczycie się. Przytula cię mocno. Obejmujesz udami jego biodra. Niesie cię, lekką jak piórko, w stronę sypialni. Jest spragniony twojego ciała. Po drodze zdejmujesz mu marynarkę i rozpinasz koszulę. Bawisz się krawatem. Kładzie cię na łóżko. Jego pocałunki są pełne wulgarnego pożądania. Zagryzam wargi. Ja całowałbym cię namiętnie, ale delikatnie. Niemal czuję smak twoich ust.

Rozpina zamek sukienki. Zsuwa ją z ciebie. Zostajesz w bieliźnie – tej kuszącej czarno-czerwonej. To ostatnia brama do pokonania strzegąca dostępu do źródła. Mrużysz oczy. Koszula i spodnie mężczyzny lądują na podłodze. Delektujecie się sobą. Jesteś deserem. Ukoronowaniem wieczoru. Rozchylasz uda i zapraszasz go do nocnej wizyty w pałacu rozkoszy. Uśmiecha się. Na to czekał. Powoli, bardzo wolno zanurza się w tobie. Jęczysz. Niemal słyszę krzyk ekstazy. Wijesz się na łóżku. Podniecona i oszołomiona. Poddajesz mu się bez sprzeciwu. Podoba ci się bycie jego niewolnicą.

Brzydzę się. Czuję wstręt.

Zaciskam dłonie na szklance. Szkło pęka. Alkohol rozbryzguje się na mojej skórze niemal w tej samej chwili, kiedy on wypełnia cię sobą. Naznacza cię.


2

Obserwacja. Obserwować, nie obserwując. Robię to tak, żeby nie dać się złapać na podglądaniu. Jestem jak kameleon. Dopasowuję się. Do sytuacji, do ludzi. Jestem sobą i jednocześnie własnym alibi.

Ludzie są jak mrówki, wtłoczone w struktury hierarchiczne wykonują swoje obowiązki, odgrywają przypisane im role, są robotnicami, które pracują, zbierają pożywienie, opiekują się potomstwem – wszystko dla wyższego celu, dla zapewnienia właściwego funkcjonowania mrowiska i dostatku tym, którzy stoją najwyżej w piramidzie.

To takie banalnie proste: zakładać maskę człowieka bez twarzy. W zależności od tego, jaką akurat przywdziało się osobowość, dysponować wachlarzem manipulacji, wprowadzać podprogowe kody i szyfry. Jakże łatwo ludzie dają się nabrać. Widzą to, co chcą zobaczyć. Interpretują słowa według własnego uznania.

Lubię patrzeć na ciebie. Masz w sobie tyle radości życia i tak wiele uroku. Autentyczna i świeża. Jak żywy płomień, w którym bez zastanowienia doszczętnie bym się spalił. Nie pasujesz do świata, gdzie szczerość nie jest w cenie. Jesteś zbyt normalna i chyba nikt tego nie docenia. Twój narzeczony musi być idiotą, skoro nie nosi cię na rękach i nie rzuca ci gwiazd z nieba pod stopy.

Czasem zastanawiam się, ile ukrytych prawd nosisz w sobie. Do jakich rzeczy nigdy nikomu się nie przyznasz? Może w swoim uwielbieniu dla świata skrywasz samotność? Może czujesz się zagubiona, mimo że otacza cię mnóstwo osób? A los chyba trochę zadrwił z ciebie, prawda? Próbujesz ogarnąć swoje życie w czterech obcych kątach nowego mieszkania – tylko ty, kot i walające się wszędzie pudła, w których spakowałaś przeszłość. Może nie otwierasz ich w obawie, że kiedy to zrobisz, poczujesz nieodpartą chęć, by zamknąć je znowu i uciec.

Nie pozwoliłbym ci na to, skoro właśnie cię odnalazłem.

Mieszkam naprzeciwko ciebie. Tak, też byłem zaskoczony, kiedy spojrzałem na adres w twojej karcie. Przypadki się zdarzają, choć ja nie wierzę w zbiegi okoliczności.

Siedzisz w fotelu. Kot łasi się do ciebie. Czytasz książkę, skupiona i zamyślona.

Niedawno wziąłem gorący prysznic. Ogarnia mnie fala ciepła. Mokra skóra oddycha. Ciało paruje. Opieram się o zimną szybę. Mam na sobie tylko ręcznik, po co więcej. Przecież jesteśmy tylko my dwoje. Ja, ty… i twój kot. Jestem zrelaksowany jak nigdy dotąd. Twoja obecność dobrze na mnie działa. Popijam whisky i uśmiecham się. Gdybym był teraz tuż przy tobie, nie pozwoliłbym, żebyś była smutna. Jestem podniecony. Czy właśnie tak czuje się mężczyzna, kiedy pożąda kobiety, która mu się podoba?

Wybieram cyfry w telefonie.

Patrzę, jak podnosisz słuchawkę.

Joanna nie może się skupić; jej myśli błądzą. Po raz kolejny gapi się na tę samą stronę w książce i wciąż nie ma bladego pojęcia, o czym czyta. Jakiś bełkot. A może to jej myśli mieszają się bez sensu?

Ukryła twarz w dłoniach. Czuła się obco i tak samotnie! Nie była już w stanie udawać przed sobą, że wszystko jest w porządku, bo, do cholery – nie było! Ta przeprowadzka, na wariata, nie była do końca przemyślana… A co tam! W ogóle nie była przemyślana. Uwielbiała spontaniczność Mateusza, jego szalone pomysły, nagłe wyjazdy, niespodzianki. Kochała jego poczucie humoru. Ale teraz wszystko się zmieniło. Czuła, że nie ogarnia tych zmian, że zachodzą bez jej wiedzy. A ona jest tylko milczącym świadkiem.

Coś ściskało ją w żołądku.

Powinna wreszcie zrobić porządek z kartonami, rozpakować się i zacząć normalnie mieszkać. Normalnie mieszkać. Dobre sobie. Co tak naprawdę znaczy „normalnie mieszkać”? Mieć ładnie urządzone mieszkanie przez dekoratora wnętrz. Każdy pokój przemyślany. Farby na ścianach, tapety, które pasują do zasłon albo dywanów. Duża kuchnia ze zmywarką i piekarnikiem, aby pochwalić się gościom, że choć nie umie gotować, to wypasiony sprzęt jest. W łazience wanna z hydromasażem.

Normalnie mieszkać… Nie nadawała się na perfekcyjną panią domu. Jakoś nie było jej po drodze z testem białej rękawiczki.

Kartony. Wszędzie te cholerne pudła. Setki uwięzionych wspomnień.

Mateusz miał do niej pretensje, że jest jak sentymentalny chomik. Te jego porównania… „Mój mały gryzoń znowu robi zapasy przeszłości na czarną godzinę. Po co ci to, dziewczyno? Ciesz się życiem. Patrz w przyszłość. Tylko ona ma znaczenie. Z przeszłości możemy czerpać wiedzę i doświadczenie, ale nie możemy nią żyć”.

A ona zbierała bilety, rachunki z knajp, stare zdjęcia, książki z antykwariatów. Teraz skarby spakowane w kartonach działały jej na nerwy.

Beznadzieja.

Spojrzała na torbę fotograficzną, statywy, blendy. Już wkrótce też staną się częścią przeszłości. Kto by pomyślał. Była przekonana, że nawet jako pięćdziesięcioletnia pani będzie biegała z aparatem fotograficznym po mieście i nie da się wygryźć małolatom.

„Urodziłam się z obiektywem zamiast oka. Co ja na to poradzę” – żartowała ze swojej pasji i powtarzała często: „Kiedy pasja staje się twoją pracą, wtedy życie ma sens. Inaczej wegetujesz z dnia na dzień. Mąż? Dzieci? To nie dla mnie. Małżeństwo to podcinanie skrzydeł własnym pragnieniom. Poza tym ja już mam faceta. To aparat fotograficzny. I uwierzcie – bohaterem będzie ten, kto stanie między nami i nie dostanie lufą między oczy”.

I wtedy, nie wiadomo skąd, pojawił się Mateusz.

Czy oni, mężczyźni czyjegoś życia, zawsze muszą się pojawiać nie wiadomo skąd i w najmniej oczekiwanym momencie?

Kartony. Wszędzie te cholerne pudła. Z rozpakowywaniem ich chciała zaczekać do powrotu Mateusza, przynajmniej tak sobie wmawiała. Ale tak naprawdę bała się, że kiedy to zrobi, nieodwracalnie zamknie za sobą przeszłość i pogodzi się z tym, że właśnie wywróciła swoje życie do góry nogami dla faceta, nie myśląc o sobie. Obawiała się, że ten fikołek odbije się jej megaczkawką. Dotknęła dłonią brzucha. I jeszcze na dodatek zaliczyli wpadkę. Super… I pomyśleć, że zawsze przedstawiała się jako zdeklarowana singielka! Skandal.

Sygnał telefonu ściągnął ją na ziemię. Sięgnęła po słuchawkę.

– Z tej strony doktor Dawid Czester – usłyszała miły i ciepły głos. – Mam nadzieję, że nie dzwonię za późno?

– Witam, doktorze. Nie, nie, skąd… Właśnie próbowałam czytać. Co się stało? Coś nie tak z wynikami?

Odłożyła książkę i usiadła wygodniej w fotelu.

– Skądże znowu. Dzwonię w sprawie rezerwacji. Pytała pani…

– Tak. Nie spodziewałam się, że będzie pan coś wiedział tak szybko.

– Hm… Przecież obiecałem. Załatwiłem dla państwa miły stolik w klimatycznym miejscu na Starówce. Dokładny adres wyślę esemesem. Piątkowy wieczór należy do was. Mam nadzieję, że godzina dwudziesta będzie w porządku?

– Tak, jasne. – Joanna była zaskoczona. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. – Dziękuję.

– To żaden problem. Obiecałem jako lekarz dbać o panią, więc to robię.

– To jednak wykracza poza pańskie obowiązki, prawda?

– Tylko troszkę.

Joanna wstała i podeszła do okna. Widział, jak się uśmiecha. Mimowolnie się cofnął. „Przecież mnie nie zobaczy” – zreflektował się.

– Będę kończył. Życzę spokojnej nocy.

– Dobranoc. I jeszcze raz bardzo dziękuję!

Rozłączył się.

Był już pewien. Czuł to całym sobą.

W jego żyłach alkohol tańczył z krwią szaleńczy taniec.

Już dawno zapadł zmrok i pokój pogrążył się w ciemności. Czarne zasłony w oknach wsysały resztki światła. Dawid siedział na krześle z zamkniętymi oczami. Kontemplował wszechogarniający bezgłos. Wyrównał oddech. Miarowe bicie serca odmierzało czas. Wprowadzał się w stan głębokiego relaksu, gdzie uczucia strachu i lęku redukowały się do minimum, a nawet do zera. Izolował się od tego, co na zewnątrz, dzięki czemu głęboko czuł swoje wnętrze.

Jego azyl. Oaza samodoskonalenia. Miejsce medytacji. Z duchowości Wschodu zapożyczył elementy, które pozwalały mu oczyścić umysł z nadaktywnych myśli i mglistych obrazów fałszujących rzeczywistość. Wizualizował. Tworzył i budował. Zagłębiał się i penetrował. Scalał elementy osobowości i wzmacniał ich jedność. Wyciszał negatywne emocje, które ściągały chaos. Znajdował odpowiedzi. Najważniejsze było pozbyć się „niewiedzy”, wszelkich „splamień umysłu”, które powodowały cierpienie. Zjednoczyć się z harmonią własnego ja; odnaleźć ją i poczuć radość.

W dłoni trzymał malę. Przesuwał między palcami kuleczki buddyjskiego różańca. Zazwyczaj powtarzał słowa potężnej mantry Padmasambhawy, mantry mistrzów „Om Ah Hum Wadżra Guru Padma Siddhi Hum”, która niosła w swych słowach pokój i uzdrowienie, oczyszczała Ciało, Umysł i Ducha. Chroniła w dobie chaosu, który opanowywał świat. Tym razem sięgnął jednak po najbardziej uniwersalną, aczkolwiek mającą ogromną moc przekształcania składników kształtujących osobowość „Om Mani Padme Hum”.

Zgłębiając tajniki religii Wschodu, trafił na jej opis, który sprawił, że w godzinach próby sięgał po recytację sześciu specyficznych sylab: „Sześć sylab oczyszcza sześć szkodliwych uczuć – wyraz nieświadomości – które popychają nas do popełniania negatywnych czynów ciałem, mową i umysłem, tworząc tym samym samsarę i nasze w niej cierpienia. Mantra ta przekształca dumę, zazdrość, pożądanie, głupotę, chciwość i gniew w ich prawdziwą naturę – w mądrości sześciu rodzin buddy, obecne w oświeconym umyśle. (…) Oczyszcza również «zbiór ego» – skandhy, i spełnia sześć paramit, czyli «przekraczających działań serca oświeconego umysłu»: szczodrość, etyczne postępowanie, cierpliwość, entuzjazm, koncentrację i wgląd”.

Dźwięki przenikały go, stawały się jednością z jego wnętrzem.

Za szybą istniała przestrzeń, w której, jako człowiek, musiał egzystować. Niestety. Udawać jednego z wielu. Było to irytujące, lecz utwierdzało go w przekonaniu o wyjątkowości istoty jego człowieczeństwa.

Minęła godzina, może dwie, w ciszy skąpanej w mroku nocy.

W kącie majaczył cień o kobiecym kształcie, milczący i nieruchomy. Cichy świadek jego rozgrywki z nocą. Przyglądał się. Czekał. Nie oceniał. Zawsze był blisko.

Dawid uśmiechnął się jakby przez sen.

– Jesteś. Jak dobrze, że jesteś. Tyle się wydarzyło. Muszę ci o wszystkim opowiedzieć, moja kochana. A teraz chodź do mnie. Chcę cię przytulić. Potrzebuję cię dzisiejszej nocy…

Smyczek delikatnie ocierał się o struny wiolonczeli. Spowiedź grzesznika spod palców płynąca. Głęboko w nim grała muzyka. Wyrażała go. Była nim.

Instrument przyjmował z pokorą każdym fragmentem siebie drżące, pełne jęku ciało mężczyzny. Poddawał się dłoniom, rozkoszował się czułym dotykiem. Nie pierwszy i nie ostatni raz prowadzili nocną rozmowę.

Wpisani w siebie. Doskonali.


2

Przychodził do klubu od jakiegoś czasu. Zamawiał whisky i zajmował stolik w głębi. Podobnie jak Dawid był typem obserwatora. Starał się nie zwracać na siebie uwagi. Starał się – trafne słowo. Przystojny, wysoki, dobrze ubrany, koło czterdziestki, przyciągał spojrzenia dziewczyn, które szukały sponsora. Nadawał się idealnie. Wytwarzał wokół siebie zniewalającą aurę tajemnicy i niedostępności. Izolował się. Panienki kręciły się wokół niego jak kotki czekające na przyzwolenie, by wskoczyć na kolana i dać się głaskać, zagadywały. Jednak nigdy nie zdarzyło się, aby zamówił indywidualny taniec lub postawił drinka zainteresowanej nim kobiecie.

Zimne spojrzenie zielonych oczu mężczyzny nabierało blasku, kiedy pojawiała się na scenie. Cały wieczór czekał tylko na nią i jej taniec. Nie był w stanie ukryć ekscytacji. Powoli wędrował wzrokiem po sprężystym, idealnie wyrzeźbionym ciele. Pokryte oliwką z drobinkami złota połyskiwało w półświatłach. Widok jędrnych piersi, jeszcze przez chwilę ukrytych pod koronkowym stanikiem, i miejsca poniżej wzgórka łonowego, które kusiło delikatnym tatuażem kwiatu wysuwającym się spod skąpych stringów, podnosił ciśnienie krwi. Rozszerzone źrenice płonęły, zieleń tęczówek stawała się coraz bardziej intensywna.

Pragnął zapamiętać, wryć w pamięć każdy ruch. Później będzie odtwarzał te obrazy w samotności, jako niemożliwą do spełnienia fantazję…

Na razie niemożliwą.

Ręce i nogi tancerki zwinnie oplatały rurę. Wiła się. Przyrząd był partnerem w igraszkach. Pożądali się i odpychali w rytmie muzyki. Droczyli się. Kochankowie i wrogowie. Historia zawarta w kilku minutach.

Najbardziej podniecał go moment, kiedy rura znajdowała się między jej silnymi udami. Zaciskał wtedy dłoń na szklance z alkoholem. Zagryzał wargi. Był wściekły, że nie tańczy tylko dla niego. Kusiło go, by obnażyć to z pozoru nietykalne ciało, tak bardzo spragnione pieszczot.

W świetle jupiterów grała jednocześnie mniszkę i grzesznicę. Przymknęła powieki. Poruszała się od niechcenia. Zasłuchana w dźwięki muzyki. „Until We Bleed” Lykke Li często wybierała na pierwszy występ. Mogła wtedy odpłynąć w tańcu. Zanurzyć się w swoim świecie marzeń. Odciąć się od rzeczywistości. Odnosiła czasem wrażenie, że piosenka jest o niej. Ogarniała ją wtedy dziwna melancholia, tęsknota za niespełnieniem. W życiu pojawiają się chwile, które w jednej sekundzie potrafią zweryfikować plany na przyszłość. To, co traktuje się jako pewne i trwałe, wali się niczym domek z kart, bo okazuje się, że nie było zbudowane na skale, lecz grząskim gruncie. Słowa utworu brzmiały jak przepisane z pamiętnika od dawna pokrytego kurzem.

Mężczyzna widział w niej królową podziemia grzesznych uciech. Dominę, która rozdawała karty i decydowała o grze, nagradzała i sprawiała ból. Pragnął być tym mężczyzną, który zdoła ją ujarzmić. Zniewolić taką kobietę jak ona byłoby nie lada wyzwaniem. A on lubił wyzwania i kochał ryzyko. I zamierzał tego dokonać dzisiejszej nocy.

Przygotowywała się do następnego numeru. Jednej nocy wykonywała trzy do czterech tańców. Przynajmniej nie musiała jak jej koleżanki żebrać o drinka, łasząc się z miną idiotki. Nie miała ochoty udawać, że obmacywanie przez jakichś dupków sprawia jej przyjemność. Wpuszczanie jak leci każdego obcego kutasa między nogi było według niej jakąś kurewską pomyłką. Kto jak kto, ale to ona decyduje, z kim pójdzie do łóżka. Przyglądała się ze współczuciem dziewczynom, które dodawały sobie odwagi „kreską” albo alkoholem. Miały mężów w więzieniach, dzieci na utrzymaniu i żadnych perspektyw na przyszłość. Owszem, zdarzały się laski, które po prostu lubiły „ten sport”, a pracę w klubie traktowały jak teren sprzyjający „wyhaczaniu” klientów. Spoko. Każdy orze, jak może.

Dostała pracę w klubie dzięki znajomościom. Szybko stała się ulubienicą szefa, z którym „zaprzyjaźniła się” na tyle, że dał jej klucze do jednego z mieszkań. Swoją bliską relację starali się utrzymywać w tajemnicy, bo miał żonę, dwójkę dzieci i co niedziela dawał na tacę. Michał, tak miał na imię, był atrakcyjnym mężczyzną przed pięćdziesiątką, traktował ją z szacunkiem i wymagał tylko jednego: pełnej dyspozycyjności. I jak na razie nie stanowiło to żadnego problemu. Mówił, że nie wymaga wierności; że może spać z kim chce, bo jest wolna. Ale w jego oczach zdarzało jej się wyczytać irytację i syndrom „psa ogrodnika”. Oczywiście nie dało się uniknąć plotek na ich temat i podejrzliwych spojrzeń. Ale miała to w dupie.

Wiedziała, że koleżanki „po fachu” traktują ją z dystansem. Sama też nie wykazywała inicjatywy, by nawiązywać nowe przyjaźnie; jakiekolwiek przyjaźnie. Przyjaźń w tej branży? No fucking way. Nazywała siebie outsiderem. Nie kręciły ją imprezy, na których uprawiano zbiorowe orgie z nadzianymi i obleśnymi typami, żeby zarobić na kolejną kieckę lub szpileczki. A bieganie do kibla, żeby co chwila „przypudrować nosek”, by facet, który leży na tobie, stał się bardziej atrakcyjny, nie wydawało się szczytem marzeń ani tym bardziej rozkoszy. Wiedziała, że istnieją „agencje modelek” werbujące młode mięso do pornobiznesu; że dziewczyny wyjeżdżają na sesje zdjęciowe sponsorowane przez obcokrajowców i wracają z powiększonym kontem i bogatsze o doświadczenia seksualne. Proponowano jej wiele razy karierę fotomodelki, zachwycając się nienagannym ciałem, inteligencją i znajomością języków. „Zrobię z ciebie gwiazdę. Nie zabraknie ci niczego. Tylko musisz być dla mnie miła…” – szeptali, kusząc. O nie! Ona nic nie „musi”.

Siedziała w branży od kilku dobrych lat. Wyrobiła sobie markę. Sama, bez niczyjej pomocy. Była jedną z najlepszych tancerek go-go w kraju. I nie narzekała. Kasa była. Względna przyjemność także. To najważniejsze. Gówno prawda, że pieniądze szczęścia nie dają.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, na młodą i piękną kobietę o smutnych oczach. Zamyśliła się. Ile czasu jeszcze dam radę to ciągnąć. Mam dwadzieścia pięć lat, a czasem czuję się jak staruszka, która wlecze za sobą ogromny ciężar.

Wkrótce nawet tona makijażu, którą ma teraz na twarzy, nie będzie w stanie ukryć zmęczenia życiem. I co wtedy? Czy Michał ją zostawi i znajdzie sobie młodszą i ładniejszą panienkę? Jak długo będzie chciał prowadzić podwójne życie i dzielić noce między sypialnię małżeńską a podwójne łóżko, w którym prowadzili swoje „gry wojenne”? Zależało jej na kochanku bardziej, niż przypuszczała. Słabość nie do zaakceptowania. Miłość? To słowo dawno wykreśliła ze słownika. Podobnie jak przywiązanie, tęsknota, rodzina. Była tą drugą, co pozbawiało ją jakichkolwiek praw. Koniec. Kropka.

– Yasmine, masz klienta. Facet chce, żebyś dla niego zatańczyła. – Sylwia stała w drzwiach do małej, zagraconej stertą kostiumów garderoby. – Halo, księżniczko, mówi się! Gdzie znowu zawędrowałaś?

Wróciła do tu i teraz. Spojrzała na koleżankę i uśmiechnęła się lekko.

– Dobrze, że to facet…

Ostatnio tańczyła dla pary lesbijek i czuła się dziwnie, kiedy jej dotykały i patrzyły pożądliwie. Odmówiła, gdy zaproponowały trójkąt.

– Nie wygłupiaj się. Od razu widać, że koleś ma na ciebie ochotę. Widuję go w klubie od kilku tygodni. Nawet namawiałam go na drinka, ale nigdy nie był zainteresowany.

– Może nie jesteś w jego typie?

– Za to ty jesteś i wszystkie ci zazdrościmy, bo zajebisty jest. Farciara… Zauważyłam, że za każdym razem, kiedy wychodzisz na scenę, on nie spuszcza z ciebie wzroku. Ech, nie chcę nawet sobie wyobrażać, jaki musi być w łóżku…

– Nie kojarzę go. Nie patrzę na nich, jak tańczę.

– Tia, jasne… Czeka na antresoli. Pospiesz się.

Włożyła nowy komplet bielizny. Turkusowo-czarny, satynowy doskonale pasował do rudych włosów i ciemnych niebieskich oczu. Czarne pończochy podkreślały zgrabne i długie nogi. Jeszcze szpilki. Poprawiła makijaż. Delikatny cień na powiekach i czerwona szminka.

Nie spieszyła się. To on ją wybrał. Niech czeka.

Ona ma czas.

Kolejny napalony idiota. Po występie będzie chciał się umówić; będzie czekał przed klubem z bukietem kwiatów. A w nagrodę dostanie fałszywy numer telefonu. Standard.

Mężczyźni to żałosne stworzenia. Tak łatwo owinąć ich sobie wokół palca i uzależnić.

Chociaż, jeśli mi się spodoba, może pozwolę mu na chwilę uniesienia i dam zgodę na wejście do mojej krainy czarów…

Mężczyzna stał oparty o balustradę i przyglądał się gościom w klubie. Popijał drinka. Wydawał się zrelaksowany. Dziwne, że nie zauważyła go wcześniej. Może dlatego, że nauczyła się postrzegać klientów jako szarą masę niemal identycznych twarzy. Gapili się na nią nagą i fantazjowali.

Zatrzymała się za jego plecami. Wyczuł jej obecność, ale się nie odwrócił.

– Yasmine, prawda?

Jego głos przyprawiał o dreszcz.

– Tak. A ty masz jakieś imię?

– Tomasz.

– Ładnie… Chciałeś mnie, więc oto jestem.

– Mam nadzieję, że przygotowałaś coś wyjątkowego.

Odwrócił się, twarz miał częściowo ukrytą w cieniu. Była ciekawa tej twarzy i oczu. Czuła, że mierzy ją wzrokiem. Czy już wystawił ocenę?

– Każdy mój taniec jest niepowtarzalny, bo ja jestem jedyna w swoim rodzaju. W końcu dlatego mnie wybrałeś.

– Napijesz się?

– Nie potrzebuję dodawać sobie odwagi.

Włączyła muzykę. Zmysłowe i pełne pasji „Stranger in A Strange Land” 30 Seconds to Mars. Ostre wejście. A potem uspokojenie… cisza… oczekiwanie.

Enemy of mine… I fuck you like the Devil… Powoli… Dźwięki wypełniały ją i przenikały. Głos wokalisty podniecał. Ocierał się o drżące ciało. Powodował dreszcz. Wargi słów wpijały się w skórę na karku, jakby pragnęły przebić się do tętnicy szyjnej i wyssać całą krew, którą następnie nakarmiłyby muzykę. Wtedy nuty ożyją i zrywając zewnętrzną, śmiertelną powłokę, utorują sobie drogę do jądra nieokiełznanej rozkoszy. Opętają zmysły i zrobią z niej swoją niewolnicę. Ona – anioł i demon jednocześnie. Lost in a daydream…

Podchodzę do niego – mojego nieznajomego. Zaczynam grę. Sama ze sobą; sam na sam z nim.

Staję z tyłu. Rozpalonym ciałem przywieram do muskularnych pleców. Moje usta są milimetr od szyi. Delikatnie muskam ją wargami. Droczę się. To najważniejsza część przedstawienia, zabawa w ruletkę, kiedy nie wiedząc, jak dużą pulą dysponuje przeciwnik, nie wiesz, jak wysoko możesz obstawiać, jak daleko się posunąć. Chwila, w której ustanawiane są reguły. Czy klient zachowa się pasywnie i pozwoli działać, nie wchodząc w interakcję, czy wręcz przeciwnie: podejmie wyzwanie i rozpocznie dialog z moim ciałem. Ta niepewność bywa ekscytująca.

Ręce instynktownie wędrują w stronę torsu. Powoli, bardzo powoli. Materiał koszuli nie jest w stanie ukryć gęsiej skórki i stwardniałych sutków. Serce bije coraz szybciej. Gdyby nie klatka z żeber, wyrwałoby się na zewnątrz z krzykiem.

Byłam pewna, że nie wytrzyma napięcia. Chwyta moją dłoń i przyciąga do siebie. To zabolało. Czuję na karku gorący oddech. Alkohol i pragnienie, by mnie posiąść, tworzą mieszankę wybuchową w jego żyłach. Wygłodniałe palce wędrują wzdłuż kręgosłupa i zatrzymują się na zapięciach gorsetu. Powoli rozpina haftki. Ma nadzieję, że uda mu się kontrolować sytuację. Typowe. Odchylam głowę. Delikatny pocałunek nad obojczykiem. Zaczynamy tańczyć. Ocieram się udem o jego biodro. Jest podniecony i gdyby nie spodnie, wbiłby się we mnie i rozerwał na strzępy. Nasze ciała blisko siebie. Bielizna zsuwa się i spada na parkiet. Odwraca mnie tyłem i przygarnia jeszcze mocniej. Jego język łaskocze mnie w płatki uszu. Drżącą, zimną ręką dotyka piersi i przez chwilę bawi się naprężonymi sutkami. Potem wędruje niżej w stronę łona, niżej… To całkiem przyjemne. Ale… Tam nie mogę pozwolić wejść jego dłoni. Przytrzymuję ją. Siłujemy się. Wstęp wzbroniony.

If you’re looking for a Jesus then get on your knees…

– Za to chętnie dopłaciłbym ekstra! – szepcze.

Milczę. Zastanawiam się.

Zapach jego wody toaletowej, delikatnej i wyrafinowanej, ze zmysłową nutą kardamonu, cedru i kumaryny z bergamotką w tle, zniewala mnie.

Znam ten zapach… Znam ten dotyk…

Jestem oszołomiona.

Dostrzegam nasze odbicie w lustrze. Widzę, jak zamyka mnie w ramionach. Jestem bezwolna w uścisku tego obcego mężczyzny.

Chociaż…

Znam ten uścisk.

Blade światło pada na jego twarz. Tętno przyspiesza. Szumi mi w głowie. Prawie mdleję.

Przytrzymuje mnie.

– Aż tak cię podniecam? Aż tak ci dobrze?

– Tak… Doprowadzasz mnie na granice szaleństwa… – słyszę, jakby z oddali, własny głos.

– To może mam szansę na coś więcej?

Odwraca mnie ku sobie. Patrzy mi prosto w oczy. Jego wzrok płonie ogniem.

– O tak… Ale nie dziś. Dziś nie dostaniesz nic więcej. Żebyś chciał wrócić.

– Wrócę po całą ciebie.

Całuje mnie w usta.

Odchodzi.

Kręci mi się w głowie. Osuwam się na podłogę. Zwijam się w kłębek.

Muzyka dudni mi w uszach.

The end is coming, everybody run…


2

Kolejny pretekst, żeby do niej zadzwonić. Joanna nie spała, choć było po 23.

Siedziała na kanapie i oglądała jakiś film. Kiepska komedia bardziej irytowała niż bawiła. Ostatnio łatwo można było wyprowadzić ją z równowagi. Zapewne to z powodu ciąży. Hormony i tak dalej. A to dopiero początek. Nie wyobrażała sobie, jak zniesie kolejne miesiące. Kiedy na ekranie komórki zobaczyła jego nazwisko, uśmiechnęła się.

– Są trzy bardzo dobre sposoby na mdłości – zaczął. – Lubi pani imbir?

– Uwielbiam zimowe herbaty na bazie imbiru.

– No to świetnie. Polecam zatem napary imbirowe. Świeży korzeń imbiru zaleje pani sobie wrzątkiem na dziesięć minut. Można dodać ciemny cukier lub miód. Moja babcia zawsze robiła mi takie napoje i mawiała, że imbir powinno się dodawać do wszystkiego: do sałatek, potraw na ciepło…

– Nie umiem gotować.

– Ale chyba z wodą na herbatę nie ma pani problemu?

– No pewnie, bez przesady.

– Cola w małych ilościach też jest niezła na żołądkowe sensacje. Banany i produkty zbożowe również.

– Babcia to panu mówiła?

– Owszem, ale o tym wyczytałem także w medycznych książkach. Banany zawierają witaminę B6, a jej niedobór może sprzyjać mdłościom. Jak minął pani dzień?

Obserwując ją przez okno, czuł, jak po jego ciele rozlewa się ciepło, niebezpiecznie zbliżające się do podbrzusza. Na czoło wystąpiły mu krople potu. Pociągnął łyk szkockiej, bo zaschło mu w gardle. Oblizał delikatnie wargi. Oparł czoło o zimną szybę. Jak przyjemnie.

Zaczęło się.

Lubił czuć swoje ciało. Analizował je. Każde drgnienie mięśnia, każdy dreszcz. Ta kobieta stała się dla niego fetyszem, który pobudzał do życia mieszkającą w nim istotę. Wszystkie doznania wydawały się bardzo pierwotne. Jakby ukryte głęboko w pamięci komórek, nagle wyrwały się na wolność i pochwyciły go w szpony nieokiełznania. Niezwykle silne podniecenie. Kiedy była obok, albo kiedy słyszał jej głos, wszystko w nim wrzało. Nie umiał opanować fizjologicznych reakcji; typowe dla normalnych mężczyzn, dla niego były czymś nowym. Fascynujące doświadczenie.

Zapomniał, na kiedy kazał Joannie umówić kolejną wizytę. Za tydzień, dwa? Ekscytujące było to czekanie. Pełne napięcia chwile, kiedy każde pukanie do drzwi gabinetu sprawiało, że serce biło szybciej w jego piersi. Za każdym razem miał nadzieję ją zobaczyć. I czuł rozczarowanie, gdy to nie ona się pojawiała w progu.

Powinien zająć się teraz tematem prelekcji na jutrzejszy zjazd ginekologów, a nie rozmawiać z nią kolejną godzinę przez telefon. Tekst się sam nie napisze. Ale nie potrafił się rozłączyć. Jeszcze chwila, jeszcze dwie… Ma przecież całą noc, żeby nadrobić zaległości.


2

Yasmine lubiła te wieczorne spacery do klubu. Robiła reset pamięci, kasując zbędne pliki, które zaśmiecały głowę. Na próżno jednak starała się wyłączyć ekran z migoczącym obrazem twarzy Tomasza. Wrył się w pamięć i nie chciał zniknąć.

Defragmentacja myślenia – też dobre.

Kogo chciała oszukać?

Cisza. Cisza ulic. Tak bardzo potrzebowała tej cholernej ciszy, a zarazem bała się dać się jej ponieść.

Muzyka dudniła z słuchawkach. W uszy wtulał się boski głos Jareda Leto, a jego „Hurricane” budził w niej dzikość: Crash, crash, burn – let it all burn. This hurricane’s chasing us all under ground…

Fuck, yes! I let it all burn!

Zaczęło padać. Jakby na życzenie rozległy się grzmoty.

Mijając salon sukien ślubnych, dostrzegła przez szybę przyszłą pannę młodą przymierzającą sukienkę. Przystanęła przed witryną, przyglądając się scenie, która, mimo że miała w sobie urok sielsko-anielski, wzbudzała w niej niezdrowe emocje. Filigranowa brunetka z pierścionkiem zaręczynowym na palcu miała nadzieję, że z Kopciuszka stanie się królową. Przynajmniej w tę jedną, wyjątkową noc. Jakimś cudem księciu udało się złowić ją na przynętę w postaci pantofelka, w związku z tym teraz dziewczyna pokona w niewygodnych szpilkach kilkanaście metrów ostatniej prostej, by przed metą ołtarza powiedzieć sakramentalne „tak”. Złe siostry będą się silić na życzenia wszelkiej pomyślności, a ona z przyklejonym do twarzy uśmiechem weźmie za dobrą monetę te nasączone jadem słowa.

I żyli długo i szczęśliwie… a tak naprawdę to komedii romantycznej koniec – pomyślała.

Miłość i takie tam inne głupstwa. Za chwilę mężulek, ze świeżo założonym chipem na palcu prawej ręki, wyląduje w łóżku z jakąś przypadkową kurwą. Zaśmiała się. Ups, chyba mnie trochę poniosło… – pomyślała.

Dziewczyna dostrzegła w lustrze odbicie twarzy Yasmine i odwróciła się. Przez chwilę patrzyły sobie w oczy. Yasmine poczuła się tak, jakby przyłapano ją na kradzieży. Stała jak sparaliżowana, prawie przestała oddychać. Ocknęła się dopiero wtedy, kiedy opuszczane przez sprzedawcę rolety zasłoniły wnętrze sklepu.

Nasunęła kaptur na twarz i powoli ruszyła ulicą w strugach deszczu.

Too many bad notes playing in our symphony… – szepnął Leto.


2

Ciało. Delikatna struktura. Kości, mięśnie, skóra. Labirynty żył, po których krąży krew. Jak by powiedział Platon: więzienie duszy. Czy wiesz, Joanno, że już po czterech minutach od zatrzymania akcji serca ciało zaczyna się rozkładać? Komórki pożerają same siebie. To ostatnie przeistoczenie – w pokarm. A potem tylko smród i rozkład. Fascynujące jest poznawanie tych wszystkich procesów od środka, na własnej skórze. Docieranie do głębi, która pulsuje już życiem innego rodzaju.

Moje dłonie delikatnie ślizgają się po twojej gładkiej skórze. Lubię jej dotykać. Jest jędrna i ciepła. Palce wędrują powoli, by nasycić się i zapamiętać każdy fragment. Nie mogę się powstrzymać od myśli, że kiedyś pozwolisz mi się do siebie zbliżyć i staniemy się jednością. Wygłodniali. Zachłanni. Chciałbym poznać każdy skrawek ciebie, powoli i dogłębnie. Być jedynym mężczyzną, który pieszczotą doprowadzi cię do granicy obłędu. Myślę o tym często, kiedy… Nieważne.

Rozgadałem się, a ty zapewne chcesz odpocząć. Mamy przed sobą wiele wspólnych dni i nocy. Wszystkie najbliższe doby należą tylko do nas.

Ty i ja – wyjątkowi. Wybrańcy.

Szkoda, że nie możemy porozmawiać. Odkleiłbym taśmę z twoich ust, ale obawiam się, że znowu będziesz krzyczeć, histeryzować i błagać, bym cię wypuścił. Oszczędzę nam obojgu tego dramatu. Zrobię to dopiero wtedy, kiedy zrozumiesz, że to nie ja jestem twoim wrogiem, ale zepsuty świat, który cię otaczał. Uwolniłem cię od niego. Nie mogłem pozwolić, abyś stała się więźniem rzeczywistości zmierzającej po równi pochyłej ku zagładzie. Stworzymy razem wspaniały, idealny dom… Zobaczysz.

Drżysz. Może ci zimno?

Nie bój się mojego dotyku. Nie skrzywdzę cię. Nie wymagam, byś poddawała się tym wszystkim perwersyjnym eksperymentom, jakie podniecały twojego narzeczonego. Ciało to dla mnie rzecz święta. A twoje jest wyjątkowe. W jego wnętrzu dzieje się coś wspaniałego. Twój brzuch jest jeszcze taki maleńki. Będzie rósł powoli, nabrzmiewał życiem. A ja stanę się tego jedynym świadkiem.

Wybacz, że założyłem ci więzy na rękach i nogach. Nie miałem wyjścia. Nie możemy pozwolić, by cokolwiek zagroziło ciąży. Będziesz leżała aż do porodu. Nie stękaj! To dla twojego dobra. Wystarczająco długo narażałaś was na niebezpieczeństwo. Stworzyłem ci idealne, niemal sterylne warunki.

Zawsze o poranku obmyję twoje ciało, aby nie straciło nic ze swojej świeżości. Twarz, dłonie, nogi, piersi, brzuch. Lubisz zapach lilii. Wiem o tym. To woń niewinności.

Nie chcę, byś tak na mnie patrzyła. Nie w ten sposób. I nie płacz. Nie masz powodu. Powiedziałem już, że nie zrobię ci krzywdy. Nie śmiałbym.


2

Był sobie chłopczyk. Miał siedem lat, mamę, tatę i szczęśliwy dom.

Kolorowy obrazek rysowany dziecięcą dłonią. Mama i tata trzymają chłopczyka za ręce i uśmiechają się. Gdzieś w tle budynek z czerwonym dachem i drzewa. Obrazek oprawiony w ramkę wisi na ścianie z tapetą w barwne kwiaty. Promienie słońca wpadające przez okno bawią się z roślinami, które ożywają i tańczą radośnie, pławiąc się w cieple poranka.

Wtem na niebie pojawiają się ciemne deszczowe chmury. Burza z piorunami i grad za oknem. Tapeta szarzeje, rośliny więdną. Ściana zaczyna drżeć. Pojawiają się pęknięcia i rysy. Rysunek się kołysze. Postaci przestają się uśmiechać. Tata wykrzywia twarz. Na policzkach mamy pojawiają się krople łez. Nie trzymają już synka za ręce. Dziecko próbuje zbliżyć się do ojca, ale ten je odpycha. Bezradny malec się kuli.

Ręka z gumką wymazuje tatę z obrazka.

Chłopczyk nie jest już postacią z kreskówki. Wyszedł z obrazka. Ciało staje się żywe i materialne. Skóra, włosy są prawdziwe. Czuje bicie serca. Rozgląda się ciekawie. Poznaje gabinet ojca – duży pokój pełen książek. Książki mówią do niego, kolejno sfruwają z wysokich półek i lądują u stóp dziecka. Łaszą się jak małe kotki. Malec śmieje się i siada na podłodze. Rośnie.

Pokój jest jego całym światem, tu czuje się bezpiecznie. Tam, za drzwiami, rozpościera się obca mu kraina, której nawet nie jest ciekaw. Boi się podejrzanych dźwięków, krzyków i śmiechów dobiegających zza ścian.

Książki to wszystkowiedzący opiekunowie. Grube tomy pełne liter, wykresów, rysunków uczą go czytać, pisać, rachować. W kącie cicho gra wiolonczela. Ma baczenie na chłopca. Jak niańka – zawsze obecna i zawsze blisko. Czasem pozwala malcowi brzdąkać na swoich strunach melancholijne melodie. Przepełnia je smutek i poczucie osamotnienia.

Muzyka uspokaja.

Nagle jakieś wielkie, silne dłonie wyrywają dziecko z ramion instrumentu i wciągają w czarny, cuchnący tunel. Bezpieczny azyl błyskawicznie niknie mu z oczu.

Mrok.

Nic nie widzi. Boi się. Płacze.

Drewniany, suto zastawiony stół. Wieczerza przy świecach. Na tacach różne rodzaje mięs: świńskie ryje, szynki, golonki, a także sosy, makarony, ciasta, dużo alkoholu. W ciemnościach dostrzega zarys kobiecej sylwetki. Długowłosa brunetka o jasnej karnacji, której twarz pokrywa ostry, wyzywający makijaż, przygląda mu się natarczywie. Nie, to złudzenie: ma zupełnie pusty wzrok, jakby wcale go nie dostrzegała. Uśmiecha się tylko przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem. Mama. Ta sama, której dłoń trzymał na obrazku. Przerażony malec bezradnie wyciąga do niej ręce. Woła, lecz ona nie reaguje.

Wokół fotela, na którym siedzi kobieta w czerni, zaczynają pojawiać się mężczyźni. Wyłaniają się z mroku. Dwóch, sześciu, tuzin. Dotykają jej ciała – twarzy, włosów, szyi, piersi. Ona rozchyla czerwone wargi i mruży oczy. W podnieceniu zaciska palce na poręczach. Całują ją. Zdejmują z niej w pośpiechu ubranie, rozpinają satynową sukienkę. Perły z rozerwanego naszyjnika sypią się na podłogę.

Jest już naga. Jaszczurze języki wysuwają się z ust i liżą skórę, zostawiając na niej cuchnący śluz. Kochankowie podają ją sobie z rąk do rąk, jakby była lalką. Orgia dzikich żądz. Brak hamulców. Pożywiają się ciałem swojej niewolnicy. Ona bez oporu, w totalnym amoku, poddaje się seksualnym zabawom. Odczuwa perwersyjną przyjemność, kiedy ją poniżają, biją i krępują sznurami.

Chłopiec ma ochotę zwymiotować. Ale nie może przestać patrzeć na spektakl.

I oto jeden z mężczyzn zwraca uwagę na malca. Zaczyna mu się bacznie przyglądać. Ma czarne źrenice. Jęzor porusza się szybko w ustach. Odłącza się od grupy i powolnym, wręcz odrealnionym ruchem, jakby podążał do przodu, idąc wstecz, zbliża się do przerażonego dziecka. Z każdym krokiem płaty skóry ześlizgują się z jego ciała razem z ubraniem, odsłaniając wilgotne błyszczące łuski. Zatrzymuje się tuż przy chłopcu. Odór z ust jest nie do zniesienia. Zbliża twarz do policzka i składa pocałunek. Zostawia piekące znamię. Ostre pazury zaczynają zdzierać ubranie. Chłopiec jest nagi, jego ciałem wstrząsają dreszcze. Czuje na plecach napierający z ogromną siłą ciężar. Brak mu tchu. Szuka wzrokiem mamy. Mamusia nie pozwoli go skrzywdzić. Ale zamiast niej widzi siedzącego za stołem manekina, który przygląda mu się obojętnymi, martwymi oczami. Chłopczyk zamyka oczy i zaciska zęby. To minie, to zaraz minie. Wszystko mu się śni. Zaraz obudzi się w swoim łóżeczku, a mama przytuli go i da mu do wypicia gorącą czekoladę. Koszmar jednak nie mija. Wszystko jest jak najbardziej realne. Ból. Prawdziwy. Potworny. Wstrząsa ciałem. Jakby wbijano w niego tysiące szpilek. Raz, drugi, trzeci. Gorące i palące jak ogień macki oplatają, krępując ruchy malca. Wciąż czuje smród zgnilizny, który zaczyna go wypełniać od wewnątrz. Oblepiony. Pożarty.

Naznaczony.

Jest częścią wieczerzy. Deserem.

Traci przytomność.

Jest poza ciałem. Widzi siebie i widzi też…

Dawid budzi się z krzykiem. Dotyka dłonią blizny na policzku, która znowu pali mu skórę.


2

Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Yasmine doszła do wniosku, że powinna wykasować numer telefonu Tomasza. Bez sensu było się katować.

Michał miał rację. Była skazana na mężczyzn, którzy są w stanie tylko ranić, pozostawiając wiecznie otwierające się blizny, takie jak te na jej nadgarstkach.

Musiała zastanowić się, co dalej…


2

Tak, konfesjonał to moje więzienie. Yasmine miała rację. Duszę się w tej klaustrofobicznej przestrzeni. Zimny pot spływa po karku, po plecach wzdłuż kręgosłupa, nieprzyjemne mrowienie rozpełza się po całym ciele.

Skazany na dożywocie. A przecież zrobiłem, co kazałeś…

– Ostatni raz byłam u spowiedzi wczoraj na wieczornej mszy… – sepleni z przejęciem pierwsza pacjentka u bożego psychoterapeuty.

Przeszkadzasz mi, kobieto. Na własne życzenie spędzam czas w karcerze, żeby w ciszy dojść do ładu ze sobą. Łudzę się, że ona wróci. Oszukuję sam siebie. Jej spowiedź była pożegnaniem.

Dokonałem egzorcyzmu i na nowo oddałem Ci ciało Yasmine, Panie. Wciąż czuję na ciele dotyk jej lśniącej skóry o półwytrawnym smaku. Bierki rudych włosów rozsypują się na pościeli. Paznokcie wbijają się w moje plecy, kiedy cichutko pojękuje z rozkoszy…

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ojcze, zgrzeszyłam: przeklęłam. Powiedziałam słowo „cholera” i dwa razy zapomniałam zmówić wieczorną modlitwę.

No to masz problem, dziecko.

Słodycz gorących pocałunków. Na ich wspomnienie usta rozpalają się żarem. Znowu ogarnia mnie fanatyczne pragnienie…

– Przespałam się, proszę księdza, ze swoim nauczycielem od matematyki, ale nie żałuję tego, bo go kocham. Czy dostanę rozgrzeszenie?

Warunkiem otrzymania rozgrzeszenia, owieczko, jest żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy.

Moje myśli błądzą, oślepione powracającymi obrazami grzesznej nocy. Kiedy zlizywałem pot z jej piersi, ona pieszczotą swych ust doprowadzała mnie do szaleństwa. Zaraz eksploduję!

– Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję; proszę o pokutę, naukę i rozgrzeszenie…

Wyuczone na pamięć, odklepywane bezrefleksyjnie formułki. Przecież oni nawet nie wiedzą, o czym mówią. Te ich grzechy… Boże, pewnie masz ubaw po pachy.

Niech choć raz stracą kontrolę nad życiem. Niech pogubią się w labiryncie miasta pełnego mrocznych zakrętów, wybojów, ślepych zaułków. Niech staną przed koniecznością dokonania wyborów, od których zależeć będzie ich życie lub los bliskich. Wyrzuty sumienia, nieprzespane noce. Może wtedy zrozumieją sens spowiedzi.

Ja jestem tylko pośrednikiem, mnie mogą oszukiwać, ale nie Ciebie.

Jedna zdrowaśka, dwa razy „Ojcze nasz” i cieszą się jak dzieci. Idźcie w pokoju. Jak tylko przestąpicie próg świątyni, zapomnicie o skrusze i na nowo będziecie łamać dekalog. I tak w kółko… Wynoście się i nie zawracajcie mi głowy.

Znowu słyszę melodyjny głos Yasmine i perwersyjnie słodkie słowa, które sączą się przez uszy do mózgu. Są jak jad zatruwający komórki. Zabijają mnie. Jakaż to piękna śmierć…

Złożyłem siebie w ofierze, stając się gromem, rozsiewającym nasiona Twego miłosierdzia. Ukazałem tej grzesznej kobiecie, jak wielka jest Twa miłość i siła przebaczenia.

Magdalena, Yasmine – wtedy i teraz jest moją obsesją.

Tracę zmysły! Na Boga, kocham ją!

Tomasz zrywa się i bez słowa wybiega z konfesjonału. Drzwi do zakrystii zamykają się za nim z hukiem. Wierni patrzą po sobie ze zdziwieniem.

Tak powstaje rysa na szkle…

Zamknął się w toalecie. Oparł czoło o zimne kafelki. Oddychał ciężko. Wyjął z kieszeni sutanny telefon i wybrał numer wyryty w jego pamięci. Kiedy usłyszał jej głos, na chwilę wstrzymał oddech.

– Tak?

– Muszę się z tobą zobaczyć.

– Nie.

– Musimy porozmawiać.

– Nie.

– Opętałaś mnie…

– Przecież „dokonałeś egzorcyzmu na moim ciele”.

– Uzależniłaś mnie.

– Jestem kurwą, pamiętasz?

– Muszę się z tobą zobaczyć!

– Żeby skończyć to, co zacząłeś?!

– Błagam…

– Nie.

Rozłączyła się.

Telefon znowu zadzwonił. Wahała się, by odebrać.

– Podaj mi adres.

– Nie dręcz mnie.

– Przyjadę!

– Nie!

– Muszę cię zobaczyć!

Cisza. Zastanawiała się.

– Wyślę ci adres esemesem. – Rozłączyła się.

Czyli to jeszcze nie koniec gry – pomyślała.


2

No i co?

Co teraz?

Pozwoliła mu przyjechać.

Po co?

Kompletnie bez sensu…

Siedziała na kanapie. Piła czerwone wino, otulona ciepłym pledem. Przyglądała się beztroskiej zabawie płomieni w kominku.

Nieobecna. Spokojna. Gotowa.

Kiedy zdajesz sobie sprawę, że właśnie w tej chwili los daje ci ster do ręki, czujesz się jego wybrańcem. Wiesz, że drugi raz taka szansa się nie trafi i zdajesz sobie sprawę, że musisz ją w pełni wykorzystać. Próbujesz analizować sytuację, przypominając sobie popełnione wcześniej błędy i modlisz się w duchu, by dobre anioły miały cię w opiece. Jesteś jak kapitan statku, który wpłynął na pełne niebezpiecznych wirów oraz mielizn wody, ale tym razem załoga jest bardziej doświadczona i nie ma mowy o błędnych komendach. Pełna koordynacja i idealna współpraca. Wszystko pod kontrolą.

Uśmiechnęła się i pociągnęła kolejny łyk wina.

Zbliżała się północ. Miarowe tykanie zegara zbiegło się z dźwiękiem kołatki. Raz. Dwa. Trzy. I znowu. Raz. Dwa. Trzy.

Drgnęła. Podniosła się i powoli podeszła do drzwi. Spojrzała przez judasza. Zbladła. Oparła się o ścianę, żeby nie upaść.

Co teraz? Tomasz nie żartował. Przejechał taki szmat drogi, żeby się z nią zobaczyć.

Wzięła głęboki oddech. Przekręciła klucz. Zamek ustąpił.

Stał w progu.

– Jestem – powiedział cicho.

– Jesteś – powtórzyła jak echo.

– Mogę wejść?

– Wejdź…

Zamknęła za nim drzwi.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Nieznajomi znajomi, których światy nie miały prawa się spotkać. Niepewni. Przerażeni. Emocje i uczucia spłatały im figla. Zagubieni w labiryncie zasad ustanowionych przez ludzi. Rozdarci między tym, co nakazują prawo i religia, a tym, czego pragną dusza i ciało.

– Jesteś czarownicą? Rzuciłaś na mnie urok? – zapytał, kładąc bagaże pod ścianą.

Roześmiał się.

– Jestem tym, kim chcesz, żebym dla ciebie była.

– Chcę, żebyś była sobą. Bez udawania. I chcę mieć cię tylko dla siebie.

Pocałował Yasmine ustami stęsknionymi jej miękkich warg. Ona objęła go i przytuliła się mocno. Zamknęła oczy i wsłuchiwała się przez chwilę w bicie serca kochanka.

– Kochaj się ze mną… Ze mną, nie z dziwką, którą jestem…

– Nie jesteś dla mnie dziwką.


2

Byłem pewien, że Mateusz nie zniesie nękających go wyrzutów sumienia. Obserwowałem, jak się miota, jak rośnie w nim potrzeba wyrzucenia nagromadzonego przez rozpacz szaleństwa. Był niczym osaczone zwierzę, które – zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji – samo zadaje sobie śmiertelne rany. Stał się agresywny i nieprzewidywalny. Czyżbym nieświadomie stworzył potwora? Doktor Frankenstein by mi pozazdrościł.

Tej nocy nie wrócił sam do mieszkania. Znalazł sobie pocieszenie. No cóż, kiedyś musiało to nastąpić. Była dziwką i zapewne przywlekła się za nim z nocnego klubu. Ruda suka z toną makijażu, dzięki któremu przez kilka godzin mogła udawać kogoś innego, tak by potem, patrząc na odbicie w lustrze, nie splunąć sobie w twarz. Wybacz, ale kurwy działają mi na nerwy. Nienawidzę ich, nie zasługują na miano człowieka. Tak, muszę to z przykrością przyznać, miała jednak w sobie coś wyjątkowego, co sprawiało, że nie można byłoby przejść obok niej obojętnie. Jakąś wrodzoną pociągającą i uzależniającą zmysłowość. Bez wątpienia świetnie sobie radziła z kreowaniem rzeczywistości i manipulowaniem nią.

Zupełnie nie przypominała ciebie.

I wydawała mi się dziwnie znajoma…

Już w progu Mateusz zaczął ją niezręcznie całować i obmacywać. Yasmine bez sprzeciwu poddawała się pieszczotom. Nie pozwalała tylko całować się w usta. Za to się więcej płaci. Był pijany. Zataczał się, z trudem utrzymywał się na nogach. Musiała pomóc mu dojść do sypialni. Nie było to wcale łatwe. Klęła w duchu. Pchnęła go na łóżko. Włączyła nocną lampkę. Rozpięła sukienkę, która bezszelestnie zsunęła się na podłogę

Była naga. Usiadła na nim okrakiem. W pośpiechu zdjęła koszulkę i zsunęła mu spodnie. Płynnym, dynamicznym ruchem wsunęła go w siebie. Jęknęła i przymknęła oczy. Zagryzła wargi. Pochyliła się nad nim, muskała włosami twarz mężczyzny, delikatnie ssała płatki uszu, aby po chwili odchylić się do tyłu i jeszcze głębiej poczuć go w sobie. Był oszołomiony. Łakomie pieścił językiem sutki, zostawiając ślady śliny na piersiach. Upojenie alkoholowe ustępowało miejsca szaleńczemu pragnieniu zaspokojenia. Gwałtownie obrócił ją na plecy. Teraz on był na górze i wbijał się w nią silnymi uderzeniami. Mocno i do bólu. Chciał, żeby cierpiała; żeby czuła ból. Zaciskała uda na jego biodrach i jęczała z rozkoszy. Było jej dobrze, naprawdę dobrze. Zaczęła krzyczeć w uniesieniu. Czuł, jak paznokciami rozdrapuje mu skórę wzdłuż kręgosłupa. Mógł już szczytować, ale nie… jeszcze nie… chciał poczekać… Ta dziwka jeszcze nie poczuła całego ogromu jego cierpienia. Wziął ją od tyłu i chwycił za włosy. Pchnięcia były coraz bardziej brutalne i agresywne. Pot Mateusza spływał na ciało Yasmine. Zamknęła oczy. Zacisnęła zęby.

Znał tylko jej imię. Miała na niego ochotę i chciała się pieprzyć. Wykorzystał to. Wiedział, że to jedyna szansa, by uwolnić się ze szponów narastającej bezsilności i rozpaczy. Wypluje do wnętrza leżącego pod nim ciała cały skumulowany gniew, zrzuci winę za swoje cierpienie. A kiedy będzie szczytował, być może poczuje ulgę.

Choć przez chwilę.

Kiedy było po wszystkim, Yasmine wyciągnęła z torebki foliowy woreczek. Dłonie jej drżały. Wysypała zawartość na szklany stolik. Zrobiła dwie ścieżki. Przez rulonik z banknotu wciągnęła do nosa biały proszek. Odetchnęła.

Spał. Myślała, że ją udusi, kiedy jego dłonie zaczęły się niebezpiecznie zaciskać na szyi. Mogła stracić przytomność. Zostaną ślady. I te otarcia, siniaki… Nie miała ostatnio szczęścia do klientów. Powinna policzyć mu więcej za usługę. Nie o taki ostry seks jej chodziło, gdy szła z nim do łóżka…

Podniosła się powoli i podeszła do okna. Kotary były rozsunięte. Nagie ciało Yasmine jaśniało w ciepłym blasku ulicznych latarni. Oparła się o zimną szybę. Zapaliła papierosa. Patrzyła w ciemne okna budynku naprzeciwko. Ciekawe, czy ktoś widział, jak uprawiali seks i masturbował się przy tym? Czy w mroku nocy ukrywają się podglądacze? Jakby w odpowiedzi w mieszkaniu na czwartym piętrze poruszyły się lekko zasłony. A więc jednak…

Witaj, towarzyszu nocnych igraszek.

Widzę cię skrywającego się za kotarą z cienia. Zerkasz ciekawskim okiem. Obawiasz się czegoś? Mnie? Swoich pragnień? Jestem fantazją utkaną przez noc; zjawą, która pojawiła się w twoim świecie, opanowując zmysły.

Mierzysz mnie spojrzeniem zimnym jak szkło, które pieści moją skórę. Dotykam miejsc naznaczonych twoim wzrokiem. Drżę. Moja dłoń jest twoją dłonią. Zagubiona. Niepewna. Mm… Dodam jej odwagi i ośmielę do wędrówki po moim ciele. Bez kompasu i mapy poprowadzę bezpieczną ścieżką coraz niżej, niżej… o tak…

Słodycz namiętności na spragnionych i rozchylonych wargach. Wejdź do krainy czarów i przyprowadź ze sobą magiczną falę gorącej rozkoszy. Niezapowiedziany gościu… Dla ciebie zostawiłam to, co najlepsze z wieczerzy. Ciało z mojego ciała i krew z krwi. Skosztuj mnie.

Coraz mocniej, coraz intensywniej czuję smak i zapach twojej skóry. Pod moimi powiekami pojawia się zamglony jeszcze obraz twarzy, która staje się niewyraźnym rysunkiem na szybie. Szkoda, że cię przy mnie nie ma.

Widzisz mnie nagą otuloną zimnym szalem utkanym z poświaty księżyca. Stoję przed tobą. Dla ciebie. Odarta ze wstydu i bezbronna, składam się na ołtarzu najbardziej perwersyjnych wizji, jakie może podsunąć wyobraźnia. Zaryzykuję. Możesz zrobić ze mną, co chcesz. Tak. Tu i teraz. Niech wszyscy nas zobaczą. Bezwstydnie skąpanych w deszczu spadających nocą gwiazd. Chodź, chodź… Wejdź… Zapraszam do środka…

Głupcze! Uderzenie w twarz na otrzeźwienie. Dobrze wiesz, że nie możesz mnie mieć. Błagasz o przywilej jednego dotyku. Twoje naprężone ciało łka i jęczy, próbując zerwać okowy oplatającej je ciemności. Cóż za męka. Czy jestem bezlitosna?

Ten, którego powalił ciężar rozpaczy i który śpi teraz snem sprawiedliwego, też mnie nie dostał, choć był bliżej niż ty. Niczym wąż wśliznął się we mnie i napełnił nasieniem kiełkującym wyrzutami sumienia.

Mojego ciała nie można mieć na własność. Należy tylko do mnie i tylko mnie słucha.

Koniec zabawy. Zasuwam kotarę. Dobranoc, nocny gościu. Żegnaj.

Nie mogłem oderwać wzroku od ciała tej kobiety, tak niewiarygodnie pięknego, a jednocześnie będącego odrażającym siedliskiem brudnych myśli i chorych żądz. Uśmiechała się wulgarnie, kiedy delikatnie rozchylając nogi, wpatrywała się we mnie. Czuła moją obecność.

Kusicielka. Wystawiająca się na sprzedaż suka, która pozwala upadlać się za pieniądze.

Płaczesz? Dlaczego?

Powinnaś się cieszyć, Joanno.

Są siebie warci…

Kiedy siedział w moim gabinecie, na pozór pogrążony w rozpaczy, pewnie myślał, że dam się nabrać na ten udawany smutek oraz krokodyle łzy, że wzruszy mnie jego rzekoma skrucha, że wybaczę mu próbę odebrania mi ciebie. Naiwny. Takiej zbrodni nikt by nie wybaczył.

A teraz co? Ten obleśny gnojek przygruchał sobie jakąś rudą zdzirę…

Zasłużył na nią, uwierz mi.

Noc przestaje chronić.

Jądro snu zostaje naruszone.

Protony zmieniają swój ładunek z dodatniego, który miał nieść spokój i wyciszenie, na ujemny. Wypierają elektrony z chmury otaczającej bezpiecznym kokonem. Mutują. Jony łączą się i tworzą wiązania koszmarów, które rozrastają się, obejmując swoim zasięgiem rzeczywistość.

Równowaga ulega zachwianiu.

Mateusz od dawna cierpiał na bezsenność. Utknął w świecie koszmaru, z którego nie był się w stanie obudzić. Odnosił wrażenie, że całe jego obecne życie to nierealne sytuacje, nieistniejący ludzie, a on sam jest marionetką poruszaną przez niewidzialne ręce. Nie miał władzy nad własnym ciałem, czynami, myślami. Kierował nim gniew – pęczniał, rozrastał się, szukał ujścia.

Ulga. Oddech pełną piersią. O tym marzył, zniewolony i unieruchomiony przez ślepy popęd.

Czy to, co się wydarzyło ledwie chwilę temu, było jedynie halucynacją wytworzoną przez jego przemęczony i nasączony litrami alkoholu mózg? Ale przecież…

Nagie ciało leżało obok. Oddychało.

Dało zaspokojenie.

Odrażające. Cuchnące. Lepkie od gorącego potu.

W ciemnościach nocy miało kształt przedziwnie znajomy, delikatność jej dłoni… Jej twarz. Tylko ten głos… Jego brzmienie nie było miłe dla uszu, burzyło idealny świat iluzji. Musiał uwięzić ten dźwięk.

Zdumiewająco wyobcowana namiętna chwila, kiedy pozwolił sobie na sen lunatyka.

Zostawił w niej resztki wspomnień, które zabijały duszę. Wypełnił wszystkimi żalami, lękami, wyrzutami sumienia. W pijackich wizjach mógłby ją nawet pozbawić życia, by mieć pewność, że w ciele, które chwilę temu posiadł, na zawsze pozostanie trawiący jego wnętrzności wirus.

A jednak wciąż oddychała.

Zatrzymał się w pół drogi.

Teraz bał się poruszyć. Udawał, że śpi. Chciał im oszczędzić krępującej ciszy słów i spojrzeń błądzących po ścianach. Chciał tego oszczędzić sobie – poprawił się w myślach. Ona była tylko dziwką. Niezręczne momenty „po wszystkim” zapewne bardziej ją bawiły, niż wprawiały w zakłopotanie.

Czekał, aż wyjdzie. Pragnął, żeby sobie już poszła. Żeby mógł zniszczyć dowody popełnionej zbrodni.

Nasłuchiwał.

Wzięła szybki prysznic. Ubrała się. Zadzwoniła po taksówkę. Kiedy drzwi wejściowe trzasnęły, odetchnął. Miał nadzieję, że poranek przyniesie zapomnienie.

– Jestem na tyle pijany, by niczego nie pamiętać… – przekonywał sam siebie. – Może tym razem uda mi się zasnąć…


2

Drzwi otworzyły się z hukiem i ogarnięty furią Dawid wpadł do pokoju Joanny. Miał zaczerwienione i podkrążone oczy, czoło pokryte potem, krople spływały mu po skroniach.

Nie miała pojęcia, która jest godzina. Druga? Trzecia w nocy? Obudził ją. Był pijany. W amoku. Cisnął o ścianę szklanką z whisky. Po raz pierwszy stracił panowanie nad emocjami. Miotał się wściekle. Przeszywał ją pełnym wściekłości spojrzeniem. Krzyczał.

– Wyobrażasz sobie? Wyrzucili mnie! Mnie! Kazali więcej się nie pojawiać. Że niby ją stresuję! Ja! Że się mnie boi! Ona mnie? – Mówił bez ładu, wymachując rękami. Nie wiedziała, o co mu chodzi. – Kto kogo powinien się bać?! Kto dał jebane przyzwolenie, żeby mnie bezkarnie gwałcić, gdy byłem dzieckiem? Może, kurwa, ja sam się o to prosiłem? A teraz ta stara zdzira udaje, że mnie nie poznaje, że boi się własnego syna! Tak, najlepszą obroną przed przeszłością jest utrata pamięci. Mnie się to nie udało. Ja wszystko pamiętam. A to znamię, które ten… ten… wyrył ma moim policzku… Do końca życia, zawsze, jak spojrzę na siebie w lustrze… będzie mi przypominać jego czerwoną mordę pochyloną nade mną! Mam nadzieję, że zabiją ją wyrzuty sumienia, że w ostatniej sekundzie swojego nędznego życia będzie widziała moją twarz! Wszystkie jesteście takie same. Fałszywe suki! Sprzedajecie się za gówniane błyskotki. Wystarczy kiwnąć palcem, a już lecicie, chętne i gotowe, ze spuszczonymi majtkami. Gardzę wami! Nie mógłbym żyć z kobietą, wiedząc, że przede mną pieprzyła się z innymi mężczyznami! Będąc w niej, byłbym jednym z nich. Jednym z wielu.

Nachylił się nad Joanną i zacisnął ręce na jej szyi. Przeraził ją. Zaczęła tracić przytomność, lecz on nie zwalniał uścisku.

– Zostaniesz ze mną do śmierci! Będziesz wychowywać dziecko w idealnie sterylnej przestrzeni mojego… naszego mieszkania. Nigdy nie opuścisz tych czterech ścian. Zapamiętaj to sobie! Nauczysz naszego syna żyć w świecie bez kłamstw i oszustw. Rozumiesz? Narodzi się istota czysta i wolna od grzechu. Czas na nową rzeczywistość i nowy gatunek człowieka.

Oboje należycie tylko do mnie. Nie pozwolę, żeby inni mężczyźni patrzyli na ciebie i fantazjowali, że mają cię nagą w swoim łożu. I niech nigdy przez myśl nie przejdzie ci, by mnie opuścić. Nawet o tym nie marz. Zabiję cię wtedy, mimo że tak bardzo cię kocham.

Więc uważaj.

Mam wobec ciebie wielkie nadzieje i wielkie plany. Powinnaś być mi oddana.

Zwolnił uścisk. Zbliżył usta do warg wystraszonej kobiety i pocałował ją mocno i namiętnie, nie przestając patrzeć w jej oczy. Czuła oddech cuchnący alkoholem. Myślała, że zwymiotuje.

Przypieczętował jej los i wciągnął w świat swojego szaleństwa. Naznaczył ją pocałunkiem śmierci. Teraz wiedziała na pewno, że nie ujdzie z życiem. Wiedziała, że ją zabije, ale przysięgła sobie, że nim to się stanie, nie pozwoli mu skrzywdzić swojego dziecka.


2

Mam nową pacjentkę.

Zauważyłem, że bardzo zaskoczył ją wynik testu ciążowego i nie potrafiła się odnaleźć w nowej sytuacji. Tak samo jak ty kiedyś. Ale od czego ma się lekarza prowadzącego, prawda?

Hm… Cały czas zastanawiam się, co z tobą zrobić, Joanno. Przestałaś być dla mnie atrakcyjną partnerką i nie potrzebuję cię już. Zaniedbałaś się. Twoje ciało pokryte odleżynami, spuchnięty brzuch i blada cera przyprawiają mnie o mdłości.

Nie rozumiem, jak mogłaś doprowadzić się do takiego stanu.

Nudzi mnie bycie twoim opiekunem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nic z tego nie mam. Karmię cię, myję, a ty tylko patrzysz tym swoim dziwnym wzrokiem. Nic nie mówisz. Przypominasz moją matkę zamkniętą w wariatkowie, u której zdiagnozowano kiedyś amnezję afektywną. Udawała. Katatonię także.

Przecież nie oddam cię do zakładu psychiatrycznego.

Ale za to mogę…

Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl.

Przez chwilę obserwował ją uważnie. Nie, nie udawała.


2

Dzięki wolnej woli mam prawo wyboru. Nawet jeśli potem nie będę mogła spojrzeć sobie w twarz, to mam prawo wyboru, i zamierzam z niego skorzystać.

– Rozumiem, pani Magdaleno, że dobrze to pani sobie przemyślała i że jest pani pewna…

Ściszony głos ginekologa trochę mnie onieśmiela. Odzwyczaiłam się od dawnego imienia. Yasmine stanowczo bardziej do mnie pasuje.

– Tak.

– Wie pani, że to nielegalne?

– Tak. I mam świadomość, że zabijam żywą istotę.

– Dobrze.

Podniósł słuchawkę, powiedział kilka słów. W drzwiach pojawiła się pielęgniarka.

– Proszę pójść z moją asystentką. Przygotuje panią do zabiegu.

– Dziękuję.

Pielęgniarka uśmiecha się do mnie. Wie, że powinna się uśmiechać, żeby dodać mi odwagi. Jest bardzo młoda. Zapewne studentka.

Wchodzę do małego pokoiku. Przebieram się. Nakładam śmieszną zieloną koszulkę i jednorazowe niebieskie kapcie.

Asystentka przygotowuje narzędzia. Kiedy kładę się na łóżku, zaczyna mi się nieśmiało przyglądać. Czuję, że chce o coś zapytać.

– Boi się pani? – odzywa się wreszcie.

– Nie – odpowiadam. – To nie jest mój pierwszy raz – dodaję szybko.

– Rozumiem… Doktor Dawid jest świetnym specjalistą. Pacjentki chwalą go. Na pewno wszystko będzie dobrze.

– Czyli nie jestem jedyną, która się skrobie? – pytam sarkastycznie. – Nie wątpię w jego umiejętności. Wygląda na takiego, co zna się na rzeczy.

– Ja… Chodziło mi o to, że…

Pielęgniarka rumieni się po czubki uszu. Speszyła się, biedactwo.

Niezręczną sytuację przerywa wejście doktora Czestera. Stara się zachować obojętny wyraz twarzy. Byłby kiepskim aktorem.

– Siostro, robimy znieczulenie. – A zwracając się do mnie, dodaje: – Za chwilę pozbędzie się pani kłopotu.

Za chwilę pozbędzie się pani kłopotu… O kurwa. Co za masakra. Niedobrze mi. Oblewa mnie zimny pot. To chyba atak paniki. Nie wiem.

Lekarz i pielęgniarka patrzą na mnie zdezorientowani.

Siadam na łóżku. Trzęsę się cała.

– Dobrze się pani czuje? – pyta Czester.

Jego zimna dłoń zaciska się na moim nadgarstku. Co za kojący chłód. Bada mi puls.

– Nie mogę… Nie dam rady… – szepczę nieśmiało. – Przepraszam.

– Nie ma pani za co przepraszać. Proszę się ubrać. Zawiozę panią do domu.


2

Mateusz zbiegał po schodach najszybciej, jak potrafił. Brakowało mu już tchu. Przeskakiwał po dwa, trzy stopnie. Piąte piętro, czwarte… Gdzie ten cholerny parter? Winda była zbyt wolna.

Na bosaka, w dżinsach i rozchełstanej koszuli wypadł z bloku i popędził w stronę parkingu.

Wybierał się w kolejną podróż. Chciał uciec jak najdalej od bolesnych wspomnień i wyrzutów sumienia, których, miał wrażenie, nigdy się nie pozbędzie. A przecież powinien nauczyć się znowu żyć. Nabrać dystansu.

Telefon zaniepokoił go i jednocześnie dał nadzieję. Czy po trzech miesiącach można jeszcze mieć nadzieję? Wierzył w niemożliwe i łudził się.

Głos w słuchawce powiedział, że w samochodzie czeka miła niespodzianka. Tych kilka słów doprowadziło go prawie do szaleństwa. Zaraz potem rozmówca przerwał połączenie.

Rozpadało się. Deszcz ostro zacinał. Przemoczony dotarł do auta. Nerwowo zaczął szukać kluczyków w kieszeni. Do cholery, przecież zabrał je, wychodząc z mieszkania! Są! Pokręcił głową. Trzęsły mu się ręce, kiedy otwierał drzwi.

Pudełko leżało na fotelu pasażera. Rozwiązał kokardę, rozerwał papier prezentowy w czerwone serduszka. Powoli zdjął wieko. Wstrzymał oddech. Serce tłukło o żebra jak oszalałe. Na widok tego, co zobaczył w środku, mało się nie przewrócił. Rozpaczliwie przytrzymał się drzwi auta.

Dno pudełka wyłożono satynową damską bielizną. Poczuł delikatną woń perfum. Dobrze znał ten zapach. Aż za dobrze. Rozpoznał stanik, majteczki, pończochy… Należały do Joanny. Na wierzchu leżały czarno-białe rysunki? Zdjęcia? Uważnie zaczął przyglądać się kartkom, wyciągając je pojedynczo z pudełka. Kilka wyśliznęło mu się z rąk i wpadło do kałuży. Ukląkł, aby je pozbierać. Płakał. Nie mógł powstrzymać łez, które mieszały się z kroplami deszczu. Chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle. Niemy, przerażający krzyk.

Fotografie były wydrukami z badań USG z kolejnych etapów rozwoju płodu w łonie matki. Kończyły się na piątym miesiącu. Domyślił się, że zdjęcia przedstawiają jego maleństwo, którego nigdy nie było mu dane zobaczyć.

A gdzie szósty, siódmy miesiąc? – przemknęło mu przez głowę rozpaczliwe pytanie.

Martwe łzy i martwy deszcz.

Relikwie.


3

Sen nie może nadejść. Kolejna godzina wsłuchana w tykanie zegara. Oczy tępo wpatrzone w cienie poruszające się na suficie. Dwie sylwetki w tańcu życia i śmierci. Orgazm to taka mała śmierć, kiedy wszystko wokół przestaje istnieć, a dusza i ciało zatracają się w obezwładniającym wybuchu narastającego napięcia seksualnego i fali rozkoszy. To rodzaj transu. Dotyk. Pieszczota. Odurzenie. Namiętność chwili, która zaraz umrze. Kiedy noc minie, nie zostanie po nich żaden ślad. Wciąż myślę o was. O waszych igraszkach w pościeli przesiąkniętej potem i spermą. O nędznych kilku chwilach krzyków, jęków. Czy nie widzisz, że on traktuje cię jak rzecz? Jak pojemnik na nasienie. Jak lalkę, która bez sprzeciwu spełnia perwersyjne zachcianki i jest posłuszna kaprysom. Kiedy bierze cię od tyłu, nawet nie widzi twojej twarzy. Mogłabyś być którąkolwiek kobietą z ulicy. Liczą się tylko zaspokojenie i przyjemność. Niektóre teorie mówią, że orgazm to „nagroda” dla kobiety za seks z partnerem, która sprawi, iż będzie ona miała ochotę na powtórkę niezależnie od cyklu płodności. Czy dzisiejszej nocy czułaś się dostatecznie wynagrodzona za swój zapał, z jakim starałaś się spełnić jego oczekiwania, by jeszcze bardziej przywiązać go do siebie w nadziei, że przestanie oglądać się za innymi spódniczkami?

Gdybym to ja kochał się z tobą, z rozkoszą napawałbym się widokiem przymkniętych oczu i leciutkiego uśmiechu, które pojawiają się w momencie, kiedy doprowadzam cię do ekstazy oraz sprawiam, że przestajesz nad sobą panować. Każdą komórką czułabyś mnie, moje ruchy wewnątrz twojego ciała.

Jestem nagi. Moje ciało drży pod prześcieradłem jak w gorączce. Chcę je rozdrapać, by poczuć, że żyje we mnie mężczyzna.

Żałosny! Idiota! Szydzę sam z siebie.

Chwila słabości. Chwila ulgi.

Wszystko przez nią. Odebrała mi siłę.


3

– Kiedy wracasz?

– Jeszcze jesteśmy w Kambodży! Mamy taki materiał, że w redakcji padną! Sam jestem w szoku. Podłączyliśmy się z Krzyśkiem pod ekipę telewizyjną z Londynu. Mieszkają w tym samym hotelu co my! – Mężczyzna prawie krzyczał do słuchawki, starając się przebić przez gwar miejsca, w którym się znajdował.

– To znaczy, że nie pracujecie już nad materiałem o poszkodowanych w ostatnim tajfunie na Filipinach?

– Nie, mamy coś znacznie bardziej wstrząsającego.

– Ale to nie jest nic niebezpiecznego? Nie pakujesz się chyba znowu w jakieś kłopoty?

– Nie, nie… Po Bejrucie mam dość wystrzałowych akcji ze mną w roli głównej. Tym razem chcemy zająć się handlem żywym towarem. Sprzedawanie dzieci do domów publicznych i takie tam…

– Aha. Jasne. I to ma nie być niebezpieczne? – Joanna zaczęła chodzić nerwowo po salonie. – Nie ściemniaj mi tu.

– Trzymamy się chłopaków z TV. Oni mają wszystkie niezbędne pozwolenia. Znają teren. Spoko!

– Na piątek zarezerwowałam nam knajpkę na kolację. Będziesz już, prawda?

– Na piątek? A który to? Bo do mnie to datami trzeba…

– Dwudziesty pierwszy.

– Luz. Właśnie wtedy przylatuję.

– Przecież miałeś być wcześniej. Tak się umawialiśmy!

Z trudem ukrywała irytację.

– Wiem, kochanie, ale ten reportaż… – Zawahał się. Zdał sobie sprawę, że znowu wyszedł na skończonego dupka. – Musieliśmy przebukować bilety. Zapomniałem cię uprzedzić, sorry… Ale spokojnie. W piątek przylatuję około trzynastej. Zahaczę jeszcze po drodze o firmę, bo chcą się z nami spotkać. A potem jestem cały twój. Nawet jet lag nie będzie w stanie zepsuć upojnej nocy z tobą! – Roześmiał się. – Na którą zrobiłaś rezerwację?

– Na dwudziestą.

Jeszcze chwila, a rzuci telefonem.

– Ekstra. Przyjadę od razu z redakcji. Wyślij mi tylko adres, OK?

– Tęsknię za tobą!

– Ja też. Po tym materiale będziemy mieli więcej czasu dla siebie, obiecuję. Wyobrażasz sobie, co tu wyprawiają z dziećmi? Sprzedają nawet siedmioletnie dziewczynki. Masakra. Byliśmy dziś w slumsach niedaleko stolicy. Rodzina, która tam mieszka, pozbyła się córeczki. Ośmioro dzieci i totalny brak kasy, żeby je wyżywić. Więc zdecydowali się na transakcję. Najgorsze, że kiedy ich zapytaliśmy, za ile sprzedali małą, to okazało się, że wcale dużo nie zarobili. Szkoda gadać… – Umilkł na chwilę. Słyszała, jak zaciąga się papierosem. – Wiesz, przykleiła się do mnie jedna dziewczynka, może z dziewięć lat miała, śliczna. Ciągle pakowała się przed obiektyw. Biegała półnaga, tylko w niebieskich majteczkach i wisiorku z kolorowych paciorków. Pomyślałem sobie, że za kilka lat prawdopodobnie spotkam ją na ulicy rozkoszy, obłapianą przez jakiegoś obleśnego Angola. To cholernie smutne jest…

Słowa Mateusza prawie do niej nie docierały. Joanna miała łzy w oczach. Znowu, po raz kolejny, musiała słuchać o jego pracy; o tym, co sfotografował, w jakie szambo się wpakował, że omal nie dostał kulki w łeb, bo odważył się zrobić o jedno zdjęcie za dużo. Był typowym fotoreporterem, który za „to” ujęcie byłby w stanie oddać życie. „Aparat jest moją tarczą. Chroni mnie. Nic nie może mi się stać” – zawsze powtarzał, starając się oszukać siebie i wszystkich wokół. A przecież oboje dobrze wiedzieli, że ich zawód należy do najniebezpieczniejszych na świecie.

Mateusz reprezentował typ pracoholika egocentryka. Od zawsze związany z fotografią. Nastawiony na siebie i skupiony na swojej karierze laureat wielu prestiżowych nagród. Z jednej strony fascynujące i podniecające było życie obok tak silnej osobowości, ale na dłuższą metę dla jego partnerki bardzo męczące. Właśnie za to „obok”, za istnienie w cieniu.

Z czasem Joanna zaczęła dostrzegać, że narzeczony wcale jej nie potrzebuje. Zapominał o ważnych datach, umówionych spotkaniach. To ona zawsze musiała się dostosowywać do jego grafiku zajęć. Mateusz istniał jako wolny elektron – mimowolnie wszystkich od siebie odpychał.

Gdyby zdecydowała się odejść bez słowa, jej nieobecność zauważyłby zapewne po tygodniu lub dwóch, kiedy w lodówce byłoby jedynie światło. Przeprowadzka miała odświeżyć ich uczucie. Nowy etap w związku. Jak to ładnie brzmi. Piękne zdanie nie zastąpi jednak obecności Mateusza w ich świeżo wyremontowanym mieszkaniu w stolicy.

Znowu ona ustępowała. Znowu musiała dać się przekonać. A przecież była kobietą niezależną, z silnym charakterem – kiedyś. A dziś? Aspirowała do miana Pierwszej Słomianej Wdowy IV RP.

– Kochanie, muszę kończyć! Widzimy się wkrótce! Kocham cię!

Zgrzyt i połączenie zostało przerwane.

Jak zawsze.


3

– Wyłącz wibrację telefonu. Doprowadza mnie do szału, nie mogę się odprężyć.

Mężczyzna leżał na wznak obok Yasmine i palił papierosa. Patrzyła na niego, na jego twarz pokrytą bliznami po ospie, na nagie muskularne ciało.

Michał leciał na nią od samego początku. Przyjaciółka, z którą mieszkała, pracowała w klubie go-go, gdzie był szefem. Mówiła, że jest uczciwym facetem i dba o swoje dziewczyny. Nieraz na zbity pysk wyrzucał sprawiających kłopoty agresywnych i pijanych klientów. Poleciła ją, kiedy straciła pracę w jednym ze sklepów odzieżowych. Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej Yasmine wiedziała, że koleś nie odpuści i wcześniej czy później wylądują w łóżku. Nie miała ochoty żebrać o zasiłek w urzędzie i figurować jako bezrobotna. Potrzebowała sponsora. Poszła na układ.

To on nauczył ją wszystkiego, co powinna wiedzieć o seksie i zaspokajaniu męskich fantazji. Był profesorem i kochankiem. Jego pieniądze pozwalały na niezależność finansową. Dzięki niemu zaczęła kształcić się na zawodową tancerkę.

Zadzwonił wieczorem i oznajmił, że będzie czekał na tyłach klubu, aż skończy występ.

– Mam ochotę na perwersyjną noc z twoim ciałem w roli głównej – powiedział niskim głosem, kiedy odebrała telefon.

Leżeli teraz w mokrej od potu pościeli. Przytulił ją. Dzisiejszej nocy tylko ciało kochanki należało do niego, jej myśli bowiem błądziły w całkiem innych rejonach. Zauważył to.

– Co się z tobą dzieje, dziewczyno? – zapytał poirytowany, gasząc kolejnego papierosa. – Nie płacę ci za to, żebyś leżała jak kłoda drewna! Zabaw mnie. Czekam. I wyłącz ten cholerny telefon albo odbierz i powiedz temu upierdliwemu dupkowi, żeby dał ci spokój! Znowu komuś zawróciłaś w głowie? Albo nie… Dawaj komórkę, sam się z nim rozmówię!

Nie zdążyła zareagować. Mężczyzna jednym ruchem sięgnął po telefon leżący na stoliku nocnym i odebrał.

– Halo?

Odpowiedziała mu cisza.

– Słuchaj, gnojku! Jeśli nie masz odwagi się odezwać, to spierdalaj! – krzyknął do słuchawki. – Słyszysz? Spierdalaj! – Rozłączył się.

– Kto to był?

– Nie wiem.

– Jasne, oboje wiemy, że byle komu nie dajesz numeru komórki. – Po czym dodał: – Jestem ostatnio bardzo spięty i potrzebuję relaksu, który mi zapewniasz. A teraz z łaski swojej zrób mi masaż. Wiesz jaki.

Wyprężył się na łóżku.

Yasmine zagryzła wargi.

Tomasz nie spodziewał się usłyszeć męskiego głosu. Zaniemówił. Ogarnęła go wściekłość. Nic nie mógł zrobić. Przecież nie miał prawa do tej kobiety, do jej życia, do ciała, którego teraz dotykał ktoś obcy. Nie był jedynym. Nigdy nim nie będzie.

Wziął zamach i z całej siły rzucił komórką o ścianę. Musiał wyładować złość. Przeklinał samego siebie za słabość i głupotę.


3

Joanna pożegnała się z krawcową. Poprawki zostały naniesione i suknia, z rodzaju tych, które mają tylko zdobić pannę młodą, a nie grać pierwsze skrzypce, powinna być gotowa do odbioru za tydzień. Delikatna, koronkowa, w kolorze écru. Nie mogła sobie wymarzyć piękniejszej. Wybrała ją razem z przyjaciółką. Pozostało tylko dokupić kilka drobiazgów, a potem już spokojnie czekać na wielki dzień. Trzy tygodnie szybko zlecą. Nie mogła się doczekać.

Za czternaście dni Mateo wracał z podróży i może tym razem wreszcie uda im się zacząć urządzać mieszkanie. Tęskniła za nim.

Nawet pogoda nie zepsuje jej dziś dobrego humoru.

Rozłożyła parasol i ruszyła w stronę parkingu. Liczyła, że mini morris, który ostatnio permanentnie się psuł, tym razem odpali i bez problemu dojedzie do domu. Oby tylko nie skończyło się znowu holowaniem do mechanika. Ale nie miała serca pozbyć się samochodu, który kojarzył się jej z najlepszymi chwilami w życiu. Tak, była sentymentalna i przywiązywała się do przedmiotów.

Śledził ją od chwili, kiedy wyszła z salonu sukien. Szedł za nią krok w krok. Miał na sobie czarny długi płaszcz przeciwdeszczowy, kaptur nasunął na oczy. Ręce schowane w kieszeniach drżały. Nie wyróżniał się z tłumu przechodniów, którzy w pośpiechu przemierzali skąpane w deszczu ulice. Pogrążona w myślach nie zauważyła go.

Wsiadła do auta. Włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła. Silnik zabulgotał i zakrztusił się. Spróbowała drugi raz. Samochód ponownie odmówił współpracy.

– Tego jeszcze brakowało. Stary, nie rób mi tego… nooo… Mam dzwonić po taksówkę? Znowu. Zbankrutuję przez ciebie! – jęknęła.

Wyciągnęła z torebki komórkę i zaczęła wybierać numer korporacji. W chwili gdy usłyszała sygnał łączenia rozmowy, ktoś zastukał w szybę od strony kierowcy. Wystraszyła się. Telefon wypadł jej z ręki. Zaklęła.

Przetarła zaparowaną szybę.

Poznała go od razu. Odetchnęła z ulgą i otworzyła drzwi.

– Wystraszył mnie pan prawie na śmierć, doktorze Czester! – Roześmiała się. – Co pan tu robi? Zaproponowałabym podwózkę, ale obawiam się, że mój samochód nie lubi deszczowej pogody.

– Byłem u pacjentki. Zauważyłem panią idącą w stronę parkingu. Zaparkowałem niedaleko. Jakiś problem z autem?

– Tak, ostatnio zbyt często mam z nim kłopoty. Właśnie dzwoniłam po taksówkę.

Zaczęła szukać telefonu pod siedzeniem.

– Może podrzucę panią do domu? Jesteśmy prawie sąsiadami.

– Poważnie? Byłoby bosko… – Zawahała się. – Może jednak pojadę taksówką. Nie chcę sprawiać kłopotu. I tak już dużo pan dla mnie zrobił.

– To żaden kłopot. Naprawdę.

Joanna skinęła głową i uśmiechnęła się. Wyjęła kluczyki ze stacyjki. Wzięła torebkę. Wysiadła z auta.

– No to chodźmy. Jutro zadzwonię po holowanie. Chyba nic mu się nie stanie przez noc?

– Bez obawy, to spokojna dzielnica.

Czarna terenówka stała po drugiej stronie ulicy. Skórzana czarna tapicerka, przyciemniane szyby. Joanna była pod wrażeniem. Wsiadła. Zapięła pasy. Dawid uczynił to samo. Nie odzywał się.

– Piękny samochód – zauważyła nieśmiało.

– Kupiłem go w ubiegłym roku. Jeśli będzie pani zmieniała auto, to tylko na tę markę. Polecam.

Roześmiała się.

– Chyba bardziej przyda mi się jakiś bardziej rodzinny model. Poza tym ten, jak dla mnie, jest zbyt ekskluzywny.

To było bardzo proste. Aż za proste. Tak łatwo jest wzbudzić twoje zaufanie. Omamić uśmiechem i przejawem sympatii. Nie napracowałem się. Wcale. Czuję niedosyt. Ale to nic.

Siedzisz w moim aucie. Zrelaksowana, radosna, rozgadana. Opowiadasz o dziecku, ślubie, swoim mężczyźnie. Zaczyna ci chyba odpowiadać życie w nowym mieście. Ludzie, których poznajesz, fascynują, prawda? Tak, zauważyłem to. Stanowczo wolałem, kiedy zwierzałaś się ze smutków i rozterek. Czułem się wtedy potrzebny. A teraz? Gadasz i gadasz, i gadasz… Jak katarynka wyrzucasz z siebie słowa, których moja pamięć nawet nie ma ochoty rejestrować. Jednym uchem wchodzą, drugim wychodzą. Nie zaśmiecam mózgu niepotrzebnymi treściami. Poza tym wszystkie informacje, którymi mnie raczysz, dobrze znam. No, ale skąd możesz o tym wiedzieć…

Jestem trochę poirytowany. Nie tak sobie to wszystko wyobrażałem. Ale nie szkodzi.

Zaciskam dłonie na kierownicy. Wpatruję się w wycieraczki walczące z uporczywym deszczem.

Decyzja przychodzi wcześniej, niż planowałem. Ot, drobna zmiana w misternie utkanym planie.

Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Ha, zabawne!

Jeden ruch kierownicą. Zjeżdżam na pobocze. Patrzysz zaskoczona. Pytasz, co się stało. Nie odzywam się. Czuję dotyk twojej dłoni na ramieniu. Moje spojrzenie paraliżuje cię na chwilę. Odruchowo chwytasz za klamkę. Zaczynasz szarpać. Centralny zamek, drzwi się nie otworzą. Wspaniały jest zapach strachu, który wydziela przerażone ludzkie ciało!

– Za dużo gadasz – słyszę swój głos.

Nie wolno mi stracić kontroli nad sytuacją! Szybko sięgam do schowka po szmatkę nasączoną barbituranem i jednym ruchem przykładam ci ją do ust. Nawet nie zdążyłaś krzyknąć. Już osuwasz się w moje ramiona.

Ciiii… Moja kochana, tylko moja… Wreszcie moja.

Odpalam silnik. Auto rusza. Mijam kilka ulic. Wjeżdżam na parking podziemny.

Zaraz będziemy na miejscu. W domu.

Wyglądasz tak niewinnie i słodko, kiedy śpisz.

Milczysz.

Wreszcie cisza. Chłonę i wypełniam się nią.


3

Martwy już w chwili poczęcia. Żywe szczątki ciała rosnące w macicy, która przyjęła je przez przymuszenie. Moje pojawienie się było jakąś kosmiczną pomyłką. Fałszywa radość i krokodyle łzy. Kłamstwa od samego początku.

Serce, ten śmiesznie mały mięsień, nie powinien nigdy zacząć bić i tłoczyć krwi do tętnic, lecz ja rosłem w jej wnętrzu – zgniły owoc, który zagnieździł się w nieodpowiednim miejscu i przez przypadek, powodując zaparcia, zniekształcając doskonałą figurę i pozbawiając skórę jędrności.

Po dziewięciu miesiącach wyrzygała mnie z ulgą.

Uważasz, że mnie to bawi, bo uśmiecham się i kpię? Nie, ani trochę. Po prostu przyzwyczaiłem się do myśli, że kobieta, która powinna radować się ciążą, najchętniej wyskrobałaby mnie z siebie, a potem spuściła zwłoki z wodą w muszli klozetowej.

Co zawiniłem, że nie mogła mnie kochać – małego, bezbronnego, potrzebującego opieki…

Zastanawiam się czasem, czy to ja byłem tak beznadziejnie uparty, żeby pchać się na świat i walczyć o życie, czy może po prostu los szykował dla mnie o wiele ciekawsze rzeczy niż zimna miska w pokoju ginekologicznym.

Nie patrz tak na mnie! Nie jestem potworem! Chronię cię przed rozpustą tego świata.

Tak, jestem pijany! Może wreszcie wtedy zacznę coś czuć!

Nagi mężczyzna ze szklanką whisky w dłoni stał przed monitorami i przemawiał do widocznej na nich, niczego nieświadomej kobiety.


3

Nerwowo chodził po pokoju, miętosząc w palcach paciorki różańca. Modlitwy powinny dać ukojenie, ale nie dawały. Nic nie znaczyły. Były tylko zbitką słów. W jego umyśle jak mantra kołatało się imię Magdalena.

To on zrobił z niej dziwkę, pozbawił cnoty i pierwszy rzucił kamieniem. Przewrotność losu. Jej imię… Nad tamtą Marią Magdaleną Jezus się ulitował. Nad tą nie miał kto się ulitować, a on dodatkowo ją upokorzył. Nieudolnie i bez przekonania próbował sam siebie przekonać, że to z powodu chwilowego ataku paniki.

Pragnął pachnącego jaśminem ciała Yasmine. Słodko-gorzki smak. Upić się tym smakiem, zanurzyć w purpurowej czerwieni grzechu i nie myśleć o konsekwencjach złamanych ślubów.

Czuł się jak potępieniec spętany łańcuchami trzymanymi przez samego diabła. Mógłby się uwolnić i ruszyć dalej ścieżką wiodącą ku zbawieniu, nikt mu bowiem nie odebrał wolnej woli. Mógłby, ale tego nie robi. I nigdy tego nie uczyni.

Powinien się wyspowiadać. Może poczuje ulgę, jeśli wyzna komuś swoje winy? Chyba nie. Nie powinien się łudzić. Na domiar złego wciąż nie dokończył kazania o powołaniu zakonnym. Cóż za ironia. Akurat taki temat…

Wyszedł na korytarz. Kręcił się chwilę bez celu. Pokój proboszcza był najbliżej. Ale nie, z nim nie chciał rozmawiać. Proboszcz by go nie zrozumiał.

Z zamyślenia wyrwało go skrzypnięcie drzwi do świetlicy. Uśmiechnął się na widok staruszka, księdza rezydenta, który podpierając się laską, powoli wyszedł z sali.

– Tomasz? Myślałem, że już wszyscy śpią. Przyszedłem obejrzeć telewizję, ale zasnąłem – zagadnął wiekowy kapłan. – Co się stało, chłopcze? Jakoś kiepsko dziś wyglądasz. Chory jesteś?

– Tak, ojcze. Jestem chory na duszy… Czy poświęci mi ojciec trochę czasu? Potrzebuję się wyspowiadać, bo czuję, że za chwilę oszaleję…

Nogi miał jak z waty, drżał na całym ciele. Staruszek nie ukrywał zaskoczenia.

– Teraz, o północy? No dobrze, dobrze… Chodźmy do mnie.

– Dziękuję, ojcze.

Siedziała w pustym kościele. Znowu. Nawet ją samą dziwiło, że tak bardzo potrzebuje ciszy tego miejsca. Zbliżała się północ. Tylko ona i On. Bóg? Los? Ktoś? Yasmine miała nadzieję, że w tabernakulum, w złotej monstrancji mieszka On. Równie samotny. Podobnie nieszczęśliwy. Przecież Jego poświęcenie było daremne – ludzie wcale nie stali się lepsi, nie zaczęli się kochać. Jak się z tym czuł?

Nie uznawała spowiedzi. Uważała, że wyznawanie win człowiekowi z krwi i kości, który – tak samo jak ona – nie ma taryfy ulgowej na życie, jest pozbawione sensu i nielogiczne. Nie chce, żeby pouczał ją ktoś, kto sam popełniał błędy i musiał zmagać się z pokusami. Jej „nocne rozmowy” to coś całkiem innego. Dawały oczyszczenie. Nie potrzebowała porady, chciała tylko zrzucić z siebie ciężar myśli. Wiedziała, że nie zostanie osądzona ani skazana.

Zmówiła krótką modlitwę. Pochyliła głowę.

– Wybacz, Panie, ale on zasłużył na karę. Wybacz, że nie będę wspaniałomyślna i nie nadstawię drugiego policzka. Pokochałam go pierwszą, niewinną miłością, a on wykorzystał moją naiwność. Na dziesięć lat zatrzasnęłam się w trumnie zbitej z sześciu desek poczucia winy. Drzazgi wbijały się w moje ciało i raniły do krwi. Udawałam kogoś, kim nie jestem. Weszłam w rolę. Wrosła we mnie jak pasożyt. Uważałam, że nie jestem godna, by spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć: Kocham cię, Magdaleno.

Lęk przed nieuniknionym przeraża i obezwładnia. Zwłaszcza wtedy, kiedy już wiesz na pewno, że nie ma dla ciebie ratunku. Nikt cię nie ocali. Nikt nie wejdzie nagle i nie powstrzyma lawiny bólu, który niszczy wszystko, całą ciebie. Masz wtedy ochotę umrzeć, byle tylko nie być jedynym świadkiem tortury, ale śmierć nie nadchodzi. O nie, to by było zbyt proste. Czujesz się jak w epicentrum trzęsienia ziemi – masz wrażenie, że twoje ciało zaraz rozleci się na tysiące kawałków. Wydaje ci się, że skóra opina cię jak za ciasna pończocha, że na twoje ciało występują krople potu, ale to nie jest pot, tylko krew, gorąca i cuchnąca, w której toniesz, powoli, lecz nieodwracalnie.

Osaczyłam Tomasza i sprawiłam, że uzależnił się ode mnie. Chciałam, by zapłacił za te wszystkie lata, kiedy pozwalałam się obmacywać obcym mężczyznom głównie po to, żeby zapomnieć o jego dotyku.

Moje ciało stało się narzędziem, którym sprawiałam sobie ból.

Pociągnę go za sobą w otchłań zniszczenia. Nawet gdyby kosztowało mnie to życie, doprowadzę do tego, żeby błagał o przebaczenie i skamlał jak pies. Najwyższy czas, by przekonał się na własnej skórze, jak to jest być zaszczutym przez własne lęki. Jak to jest czuć oddech śmierci na karku i błagać, żeby wreszcie przyszła.

Yasmine potarła nerwowo nadgarstki. Głos uwiązł jej w gardle.

– Dobrze wiesz, o czym mówię, prawda? Pamiętasz ten dzień, kiedy zdecydowałam się usunąć dziecko? I te tygodnie po aborcji, gdy nie mogłam zagłuszyć jego niemego płaczu i krzyku, który wciąż rozbrzmiewał mi w uszach? Żałosne kwilenie owocu gwałtu, jednocześnie będącego cząstką ukochanego mężczyzny, doprowadzało mnie nocami do szaleństwa. Wtedy prawie zaćpałam się na śmierć, żeby ulżyć sumieniu, żeby nie czuć tej cholernej pustki w macicy.

Byłam ofiarą, a jednocześnie czyniłam siebie katem. Uważałam, że zasłużyłam na to, co mnie spotkało, że w ten sposób mnie karzesz, bo… Bo, do cholery, pokochałam księdza! Ja, która miałam wstąpić do klasztoru, zapragnęłam zaznać miłości mężczyzny. Ale… Boże mój, byłam tylko człowiekiem, nędzną istotą, która pragnie choć przez chwilę doświadczyć prawdziwej miłości. Chciałam, by odwzajemnił moje uczucia. A jednocześnie wiedziałam, że to jest złe. Należał już do Ciebie. Ja zresztą też. Dlatego musiało mi wystarczyć, że mogę być blisko niego. I wystarczało.

– Nie wystarczało mi, że była obok, na wyciągnięcie ręki – ciągnął Tomasz. – Wkrótce jej obecność zaczęła mnie irytować. Przecież nie mogłem powiedzieć piętnastolatce, że się zadurzyłem w niej jak szczeniak. Wariowałem z powodu tej bezradności.

– Tomaszu…

– Uprzedziłem cię, ojcze Sergiuszu, że to nie będzie zwykła spowiedź. Miałem świadomość, czym są śluby kapłańskie. Czułem się powołany. Nie poszedłem do seminarium dlatego, że brakowało mi pomysłu na życie. Wiem, że wielu tak robi.

Ona przewróciła mój świat do góry nogami. Łapałem się na tym, że nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie na mszę i usiądzie w pierwszej ławce. To były dla mnie wspaniałe chwile kradzionego szczęścia. Rozumie ojciec?

Starzec milczał.

– Oczywiście, że nie. Co ojciec może wiedzieć o takich sprawach. – Zamyślił się. – To może wydać się śmieszne, żałosne, ale czasem odnosiłem wrażenie, że ja także nie jestem jej obojętny. Widziałem, jak na mnie patrzy, jak się uśmiecha. Nie chcę się usprawiedliwiać. To, co zrobiłem, nie zasługuje na usprawiedliwienie. Zdarzało się, że spędzaliśmy na rozmowach całe godziny, kompletnie tracąc poczucie czasu. Zrywałem się w ostatniej chwili i biegłem odprawiać mszę… – Roześmiał się. – Jak na swój wiek była bardzo dojrzała intelektualnie. Uwielbiała książki, pisała wiersze. Czytała mi je potem. Różniła się od rówieśniczek. Nie interesowali jej chłopcy, imprezy. Miała swój własny świat. Fascynowała mnie.

Ukrył twarz w dłoniach. Po chwili podniósł się energicznie z krzesła i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Spowiednik obserwował go z powagą.

– No i miała iść do klasztoru…

– Proszę?

– Tak. Właśnie dlatego nasze drogi się przecięły. Któregoś dnia po mszy matka przyprowadziła ją do zakrystii. Powiedziała, że chciałaby, abym zgodził się stać przewodnikiem duchowym córki, którą obiecała oddać na posługę Bogu. Magdalena, tak miała na imię, była wtedy słodkim trzynastoletnim rudzielcem. Jeśli ojciec myśli, że interesują mnie małe dziewczynki, to jest w błędzie. To się po prostu stało. Na moich oczach dorastała. Obserwowałem, jak z dziecka zmienia się w dziewczynę. Niezwykła przemiana. Z brzydkiego kaczątka nagle wyrósł łabędź. Nigdy nie chciałem zrobić jej krzywdy…

– Zastanów się dobrze, czy chcesz mówić dalej. Przyznajesz się właśnie do strasznych rzeczy. Do rzeczy, które są ścigane przez prawo.

Tomasz zatrzymał się na środku pokoju i przez jakiś czas w milczeniu spoglądał na spowiednika.

– Grozisz mi, ojcze? – przemówił wreszcie. – Przecież nic mi nie możesz zrobić. To jest spowiedź. – Założył ręce na piersi i uśmiechnął się szyderczo.

W pokoju powiało chłodem. Ojciec Sergiusz odniósł wrażenie, że stoi przed nim ktoś zupełnie obcy, pozbawiony skrupułów i wyrzutów sumienia. Ktoś, kto ani trochę nie żałuje za grzechy. Ta nagła zmiana zaskoczyła i przeraziła go.

– Co najwyżej możesz mi nie dać rozgrzeszenia – ciągnął Tomasz, mierząc starca lodowatym wzrokiem. – Ale zwróć uwagę, że tak naprawdę uchroniłem ją przed złamaniem ślubów. Skąd pewność, że będąc zakonnicą, nie dopuściłaby się grzechu cudzołóstwa? Pozwoliłem jej poczuć ogrom bożej miłości, by nie pragnęła już nigdy żadnej innej. Wypełniłem to delikatne dziewicze ciało bożym tchnieniem.

– Zaczynam bać się ciebie, chłopcze…

– Mnie? Dlaczego?

– Zgwałciłeś piętnastoletnią dziewczynkę! Na rany Chrystusa! Nic takiej zbrodni nie jest w stanie wytłumaczyć!

– Nie zgwałciłem jej! Wybrałem ją na oblubienicę Pana. Stałem się pośrednikiem między Nim a tym niewinnym dziewczęciem. Nie wolno ci mnie za to potępiać!

– Ja nie oceniam i nie potępiam nikogo. Nie mam do tego prawa. Bóg cię osądzi. Każdy ma wolną wolę i odpowiada za swoje czyny. Przeraża mnie jednak to, że nie czujesz skruchy. Mówiłeś, że potrzebujesz spowiedzi, ale to chyba nieprawda, bo widzę, że ani trochę nie żałujesz za grzechy.

– Jakże mam żałować za grzechy, których się nie dopuściłem?

Starzec zamilkł. Nerwowo przesuwał między palcami paciorki różańca. Ręce mu się trzęsły. Nie wytrzymał spojrzenia Tomasza i spuścił wzrok.

– I co teraz?

– Wyjdź. Zapomnijmy o tej rozmowie.

– Zapomnijmy? Przecież tu nie ma konfesjonału, nie klęczę przed tobą pełen skruchy i wyrzutów sumienia. Możesz mnie zdradzić.

– Wyjdź!

Tomasz jeszcze przez jakiś czas mierzył starca wzrokiem, po czym uśmiechnął się i skierował ku drzwiom.

– Śpij dobrze, ojcze. Niech cię nie zbudzą żadne demony. Pamiętaj, że „Niepamięć jest najbliższym śmierci stanem, którego doświadczają żyjący. To coś innego niż sen”[2]. Dobrej nocy.

Zaraz za drzwiami usłyszał zgrzyt klucza przekręcanego w zamku.

Nazajutrz ojciec Sergiusz nie zszedł na poranne modlitwy. Na śniadaniu też się nie pojawił. Nie odbierał telefonu. W końcu proboszcz podjął decyzję, by wyważyć drzwi.

Kilkoro księży weszło do pokoju zawalonego stosami książek i papierów. Drobinki kurzu unosiły się w powietrzu. Przez wąską szczelinę w zasłonach przedzierało się światło. Panował półmrok.

– O Boże! – jęknął młody kleryk i przeżegnał się.

Ujrzeli starego kapłana leżącego na wznak w łóżku. Jego twarz była nienaturalnie blada, policzki zapadnięte. W dłoniach splecionych na piersiach trzymał różaniec. Nie oddychał.

– Umarł we śnie. – Tomasz przerywał pełną zadumy ciszę. – Świeć Panie nad jego duszą. Był dobrym człowiekiem. – Zebrani zgodnie pokiwali głowami. – Nie będzie już musiał dźwigać na swoich barkach brzemienia ludzkich win – dodał. – Wspomnę o nim podczas dzisiejszej mszy świętej i podam przykład jego kapłaństwa za wzór do naśladowania. Przecież mamy dziś niedzielę modlitwy o powołania do stanu kapłańskiego…

– Świetny pomysł! – zgodził się proboszcz. – Ojciec Sergiusz był świętym człowiekiem. Kiedy spowiadał, do konfesjonału zawsze ustawiała się kolejka wiernych. Kto go zastąpi? Może ty, Tomaszu? Wiem, że odprawiasz dziś mszę świętą, ale czy mógłbyś…?

– Oczywiście. To dla mnie zaszczyt.


3

Leżeli na łóżku zwróceni twarzami do siebie. Trzymali się za ręce. Nieprzytomne uśmiechy. Roziskrzone pożądaniem oczy. Niepamięć pamięci. Zapomnienie. Tu i teraz. Bez przeszłości. Bez bagażu. Milczeli.

Wymyśliłaś mnie na podobieństwo swoich snów. Wymodelowałaś profil twarzy. Wyrzeźbiłaś każdy detal ciała. Uczyłaś, jak cię kochać. Byłem niczym zabawka w rękach stwórcy. Zaspokajałem fantazje i żądze. Uzależniłaś mnie grzeszną perwersją ust w gorączce soczystych pocałunków, oszołomiłaś jedwabiem delikatnej skóry. Moja kochanka, moja morfina, mój kat…

– Moja mała Mag… Yasmine… – szepnął wreszcie.

Jestem winna zdrady. Oszukałam cię, twoje ciało i twój umysł. Zagubiłeś się we mnie. Zgrzeszyłam. Dotknęłam czułej struny, a ty skuliłeś się w kącie na dźwięk fałszywego tonu. Dokonałam krzywoprzysięstwa. Ręka nie zadrżała mi na Piśmie Świętym. Z pokerową twarzą będę słuchać, jak skazują cię na dożywocie. Na powolną agonię w tęsknocie i rozpaczy.

– Mój wierny Tomasz…

Dotknął jej twarzy. Pogładził po włosach. Odwzajemniła pieszczotę pocałunkiem.

– Przyniosę nam wina. Jestem spragniona i nienasycona. A ty?

– Ja jestem spragniony tylko ciebie…

Zaśmiała się i zwinnie wyśliznęła naga spod pościeli. Pobiegła do kuchni.

Tomasz był odprężony i spokojny. Wreszcie spokojny. Miał ją przy sobie. Tylko to się liczyło. Trwaj, chwilo. Jesteś piękna. Nareszcie. I nie obawiał się już, że go rozpoznała. Nie, przecież nie mogła pamiętać… Poczuł ulgę.

Stanęła w drzwiach sypialni z dwoma kieliszkami i butelką. Kusząco zniewalająca. Pożerał ją wzrokiem. Chciał znowu zanurzyć się w niej, roztopić. Już. Teraz. Wyciągnął rękę.

– Chodź do mnie.

Kołysząc biodrami, wróciła do łóżka. Usiadła mu na udach. Zaczęła nalewać wino.

– Wzniesiemy toast, dobrze? Za przeszłość. Żeby została na zawsze pogrzebana i nie miała prawa powstać z martwych.

– Cóż za mroczny toast…Wypijmy za przyszłość, bo należy do nas.

– Wypijmy za przyszłość – powtórzyła jak echo.

Wychylił duszkiem zawartość kieliszka i rzucił nim o ścianę. Yasmine tylko lekko umoczyła usta. Patrzyła na niego spod opuszczonych powiek. Chwycił ją w ramiona i zaczął namiętnie całować. Wpiła się zębami w jego szyję, aż poczuł ból. Podniecało go to. Podniecało go jej szaleństwo i nieokiełznanie.

Nagle zrobiło mu się słabo. Zawrót głowy. Mroczki przed oczami. Suchość w ustach…

– Yasmine… Co się dzieje?

Zsunęła się z niego.

– Yasmine…

Przyglądała mu się w milczeniu.

– Yasmine, co ty…

– Podałam ci truciznę. Dodałam do wina „trucizny takiej, co by mogła po wszystkich żyłach rozejść się od razu i nienawistne życie odjąć temu, co jej zażyje; co by tak gwałtownie wygnała oddech z piersi, jak gwałtownie lontem dotknięty proch wypędza pocisk z czeluści działa”[8]. Śpij mój Romeo. Śpij… Pamiętam…

Błyskawicznie tracił czucie, jej twarz rozmazywała się coraz bardziej. Wciągał go wir, ogarnął go gęstniejący mrok. Nie był w stanie się bronić. Nic nie mógł zrobić.


3

No i co? A nie mówiłem, że w końcu zostawi cię na pastwę losu? Znudziłeś się swojej Yasmine. Wiedziałem, że takie suki jak ona nie są wierne. Już nie wróci. Już cię nie nakarmi i nie da pić.

Jesteśmy skazani tylko na siebie, mój przyjacielu. Czekają nas długie godziny spędzone na rozmowach. My też się sobą znudzimy, zobaczysz…

Przestań! Nie możesz być przecież aż tak głodny. Nie wygłupiaj się. Jeszcze za wcześnie! A co potem? Nie zostanie ci nic do ogryzienia.

Jestem tobą. Jesteśmy tacy sami. Rozpięci na łożu boleści cierpimy niczym Chrystus w objęciach krzyża. Ale mamy w sobie siłę i moc, by pokonać demona słabości. Nie poddamy się. Anioły mroku nie przyjdą po nas i nie ściągną nas do piekielnych otchłani. Mija czterdziesty dzień kuszenia.

Milczące odbicie w lustrze miało taką minę, jakby starało się dodać mu otuchy, ale obaj wiedzieli, że nadchodzi czas pożegnania.

Był zbyt wyczerpany, żeby się bronić przed śmiercią. Jęczał, wydając z siebie bezgłośne dźwięki, które pochodziły z ziejącej pustką jamy. Dławił się krwią z odgryzionego z głodu języka.

Jego ciało, choć jeszcze żywe, cuchnęło padliną. Pozbawione sił, pozwalało żerować larwom na ropiejących ranach. Szczury coraz śmielej atakowały palce u stóp i łydki. Kiedy gromadziły się i wbijały zęby w jego ciało, podrygiwał jak zepsuta marionetka.

Yasmine… Yasmine… Nie mogłaś mnie tak zostawić. Nie ty. Nie tak. Przecież nie jesteś morderczynią. Yasmine… Jestem słaby. Tak bardzo słaby. Wystarczająco już mnie ukarałaś. Miałem nadzieję, że mnie nie rozpoznasz. Byłoby łatwiej. Byłoby prościej. Tęsknię za tobą. Wróć do mnie! Zabij mnie, Yasmine…


I


Rozdział 1


Rozdział 1


Rozdział 1


Rozdział 2


Rozdział 2


Rozdział 2


Rozdział 3


Rozdział 3


Rozdział 3


Rozdział 4


Rozdział 4


Rozdział 4


Rozdział 4


Rozdział 5


Rozdział 5


Rozdział 5


Rozdział 5


Rozdział 6


Rozdział 6


Rozdział 6


Rozdział 6


Rozdział 7


Rozdział 7


Rozdział 7


Rozdział 8


Rozdział 8


Rozdział 8


Rozdział 9


Rozdział 9


Rozdział 9


Rozdział 10


Rozdział 10


Rozdział 11


Rozdział 11


II


Rozdział 12


Rozdział 13


Rozdział 14


III


4

Wszystko mnie boli. Nie mogę się ruszyć. O co tu chodzi? Co się dzieje? Gdzie ja jestem, do cholery?

Cisza dźwięczy mi w uszach.

Popiskiwanie.

Mdli mnie.

Nie mogę się ruszyć.

Nic nie pamiętam. Mój umysł wpadł w panikę. Szukam strzępków wspomnień. Łączę pojedyncze obrazy w całość. Składam do kupy ostatnie wydarzenia, które z trudem wygrzebuję z zakamarków pamięci.

Jak mam na imię? Na imię mi Magdalena… Nie, Yasmine. Na imię mi Yasmine. Magdalena już nie żyje. Umarła lata temu. Czy ja też jestem martwa?

Czy tak wygląda piekło? Czy właśnie tu mnie zesłałeś, bym odpokutowała winy?

Ono, moje maleństwo, nadal jest we mnie. Czuję je.

Tomasz. Gdzie jest Tomasz? Został tam. Sam. Umrze…

Boże, za co mnie tak karzesz? Przecież już dawno zmyłam z siebie grzech pierworodny.

Histeryczny krzyk. Histeryczne łzy.

Dawid przyglądał się jej z uśmiechem.

– Powinnaś być mi wdzięczna, że się tobą zaopiekowałem. Przygarnąłem cię, moja bezdomna uczuciowo dziecino.

Nie jesteś wcale tak mądra i przebiegła, jak myślisz. Swoją siłę czerpałaś ze słabości mężczyzn. Teraz musisz się podporządkować innym regułom gry. Moim.

Ustaliłem bardzo proste zasady. Nie wymagam zbyt wiele oprócz pełnego oddania. I jestem pewien, że nie będziesz miała problemu z dochowaniem mi wierności. Nigdy bowiem nie pozwolę ci opuścić czterech ścian tego mieszkania.

Tak, poznaję cię. Wiem, kim jesteś. Wiem, czym się zajmujesz. Ale spokojnie. Nie będę ci wypominał twojej profesji, chyba że mnie sprowokujesz. Przyznam, że mi zaimponowałaś. Zdecydowałaś się urodzić bękarta. Może ojcem dziecka jest facet, który tak często cię oglądał w klubie? Pamiętam, jak ślinił się na widok twojego ciała wijącego się w perwersyjnym tańcu. Czy to on zostawił w tobie nasienie, które zaczęło kiełkować, mimo iż gleba wydawała się jałowa? A może to ten, co tak wydzwania do ciebie od jakiegoś czasu? Jakiś Michał…

Cii, uspokój się. Wierzę, że będziesz doskonałą matką. A ja stanę się idealnym ojcem. Czeka nas piękna przyszłość. Będziesz szczęśliwa. I dziecko także wyrośnie na dobrego człowieka.

Nie trafiłaś do piekła. To twój doczesny raj. Cieszysz się, prawda?

Nareszcie.

Idealna rodzina.


EPILOG DAWIDA


[1] Carlos Ruíz Zafon, „Cień wiatru”, przeł. Carlos Marrodán Casas, Beata Fabjańska-Potapczuk, MUZA SA, Warszawa 2005.

[2] William Wharton, „Niezawinione śmierci”, przeł. Janusz Ruszkowski, Zysk i S-ka, Poznań 1995.

[3] Obj. 3,20

[4] J 15,16

[5] J 6,56

[6] Łk 10,16

[7] J 14,1-12

[8] William Szekspir, „Romeo i Julia”, przekł. Józef Paszkowski; Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.


Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: MAGRAF s.c., Bydgoszcz