Wiadomo – stolica! - Wiechecki, Stefan - ebook
Wydawca: vis-a-vis/Etiuda Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 326 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiadomo – stolica! - Wiechecki, Stefan

Kolejny tom opowiadań powojennych Stefana Wiecheckiego czyli popularnego, słynnego, najbardziej warszawskiego z warszawskich pisarzy - Wiecha. Niniejszy tom obejmuje opowiadania opublikowane pierwotnie w latach 1945-49. I jak zwykle u Wiecha skrzą się humorem, a dobroduszny i zjadliwy humor Wiecha pasuje wszak też i do naszej rzeczywistości

Opinie o ebooku Wiadomo – stolica! - Wiechecki, Stefan

Fragment ebooka Wiadomo – stolica! - Wiechecki, Stefan















Strona redakcyjna


Wiadomo – stolica!

– Patrz pan, panie szanowny, Hitler powiedział, że na miejscu Warszawy kartofle będą rośli i faktycznie pełno tu kartofli, ale ze słoninką…

– Rzeczywiście, na każdej budce napis figuruje: „Zsiadłe mleko z kartoflami”.

– Nie jego robaczywa w ząbek czesana głowa, Kobyłkie czy insze Piaseczno z Warszawy zrobić. Gdzie stolica była, tam stolica została.

– No, troszkie nas łobuz spalił…

– Cóś niecóś, ale gront, że warszawiaki fasonu nie stracili. To wszystko apiać się odremontuje. Zaraz na drugi dzień, jak tylko szkopów cholera stąd wzięła, pierwsze budki w Jerozolimskiej alei stanęli, gdzie skromne, ale pożywne zagryche można było dostać, pod ćwiartkie „karbitówki”.

– Przepraszam pana szanownego, a co to takiego?

– Nie słyszałeś pan? Bimberek z „karbitu” robiony.

– Co pan mówisz?

– To co pan słyszysz. Warszawski wynalazek.

– I niezły?

– Nie najgorszy. W smaku pomaranczówkie przypominał.

– A siłe przepisowe posiadał?

– Owszem, bo ciut-ciut kwasu solnego dolewali.

– I dla autonomii ludzkiego ciała był nieszkodliwy?

– Tego detalicznie panu szanownemu nie powiem. W każdem bądź razie wody po niem pić nie było wolno, bo gaz nosem uderzał, tak że o nieszczęśliwy wypadek z ogniem było nietrudno.

– I teraz go jeszcze tu sprzedają?

– Gdzieniegdzie, ale tylko dla znawców, a tak to monopolowa odchodzi, i to mocno.

– A zakąski są odpowiedzialne?

– Panie, bo się obrażę! Wiadomo – stolica! Wszystko pan w tych budkach dostaniesz. Od polskiego kawioru, czyli kaszanki, do łososia i kurczaków z mizerią. Na żądanie zrazy nalesońskie z grzybkamy tyż mogą być.

– No to może rąbniem po jednem dziecinnem pod ten polski kawior?

– Jeżeli ma się zrozumieć koniecznie, to ja się nie odkażę, ale pan szanowny pozwoli się zapoznać, bo salonowe alibi przede wszystkiem. Piecyk jestem, Teofil, warszawski rodak z dziada pradziada.

– Kitwasiński się nazywam, także samo nie z Grójca, tylko że w obecnem czasie w Łodzi mieście w charakterze spalonego zamieszkuje. Teraz w Warszawie orientacji nie posiadam, a mam życzenie fotografie do ledykimacji sobie uskutecznić. Nie znasz pan jakiego fotografisty?

– Owszem, mogie pana zaprowadzić, to niedaleko stąd. Ma się rozumieć, po obecnej warszawskiej modzie, na świeżem powietrzu. Prześcieradło na ścianie wisi, aparat na tretuarze stoi – zajmujesz pan miejsce na krześle i w try miga zdjęcie zrobione. Po mojemu to nawet lepszy system niż dawniej, jeżeli się na przykład rozchodzi o tak zwaną fisharmonie małżeńskiego pożycia.

– Niby jak to?

– Bardzo zwyczajnie. Kto najwięcej się fotografuje? Młodziaki od ślubu. Każda jedna panna młoda musi w ślubnem welonie na portrecie dać się odrobić i wtem celu młodego małżonka do fotografisty taszczy. Każden jeden pan młody, po większej części, jest troszkie na gazie. Na dobitek kołnierzyk go pije, półkoszulek go gniecie i w ogólności jest mu gorąco jak wielkie nieszczęście. A tu fotografista elekstryczne lampe przed samą mordą mu zapala, druga w szyje go niemożebnie piecze, tak że chłopina nos ma czerwony, oczy przy mrużone i na portrecie jak zapijaczona ofiara losu wychodzi. Potem całe życie ma złamane, bo żona – co na te ślubne fotografie rzuci okiem, to litanie mu czyta i zapytanie uskutecznia, dlaczego za takiego oliwe wyszła, któren już w dniu ślubu na nałogowego ankoholika wyglądał.

A z chwilą kiedy się zdejmamy na świeżem powietrzu, takie niebezpieczeństwo już nam, panie szanowny, nie zagraża.

– Możliwość.

– A w ogólności wszystko jest ulepszone. Chcesz pan, dajmy na to, manikure czy pedikure sobie zrobić, nie potrzebujesz pan po sklepach się rozglądać, budka na środku ulicy się znajduje, w której tak panu ręce i nogi podszykują, że najbliższa rodzina pana nie pozna. I nie nudzisz się pan przy tej robocie, bo bufet na miejscu się znajduje. Zwłaszcza poniekąd przy wycinaniu odcisków to wielkie znaczenie posiada. Powiedzmy z niemożebnego bólu pan mglejesz, ratonek jest, jak to mówią, w try miga. Angielkie czystej pan wypijesz, foremkie nóżek na zimno opendzlujesz i przytomność wraca.

– A po cholere?

– Co po cholere? Nóżki?

– Nie, ten pedikur.

– Warszawiak i jak ciemna masa z głębokiej prowincji się wyraża, jak pragne zdrowia. Kultura i sztuka nasz do tego zmusza i rozchodzi się o to, żeby na złość zrobić Hitlerowi, któren warzywo na Marszałkowskiej ulicy chciał sadzić.

– A skoro jeżeli tak, to chodź pan na pedikur.


Na własną rękę

Spotkałem wczoraj pana Walerego Wątróbkę. Nie widzieliśmy się przeszło 5 lat. Nie zmienił się prawie wcale, nawet stał przy latarni. Było to wprawdzie tylko wspomnienie latarni – sama podstawa. Reszta leżała obok w błocie, ale pan Walery był cały.

Uścisnęliśmy sobie serdecznie ręce, po czym zapytałem o zdrowie pani Gieni.

– Owszem, nie można powiedzieć, zdrowa jest, nawet może ciut-ciut zanadto, bo morda się jej ani na jedną minutę nie zamyka.

– No a jakże tam szwagier Piekutoszczak?

– Nie mówmy o tem łachudrze, z nerw wychodzę, jak o niem słyszę.

– A cóż on takiego zrobił?

– Całe wojne się z łachadojdą męczę, przez jakie setkie łapanek go przeprowadziłem, a teraz mnie taki wstyd uskutecznił.

– Wstyd? Co pan mówi?

– Przez niego nieraz ja bym w czapkie od szkopów dostał, bo to lebiega, niewidymka, za grosz orientacji nieposiadająca.

Raz na przykład zapychamy przez Kierbedzia „oczkiem”.

– Jak to „oczkiem”?

– Tramwajem „21”, co na Targówek chodził! I w tem trakcie ktoś krzyknął: „łapanka”. Motorniczy przyhamował i wszyscy pasażerowie chodu, ale gdzie tu zjeżdżać? Most z dwóch stron przez „blondynów w blaszanych kapeluszach” obstawiony… Jednem słowem ciemna mogiła. Ale patrze, że środkiem mostu pogrzeb na Bródno posuwa, i mówie do szwagra: „Chodź, Feluś, żałobne rodzine będziemy odstawiać”.

No i ma się rozumieć wpasowaliśmy się w orszak. Ale szwagier jak to szwagier, zaczem tylko smutne mine zrobić chustki brudne jak wielkie nieszczęście z kieszeni wytaskał, oczy sobie zakrył i dawaj rozpaczać rzewnemy łzamy potem nieboszczyku. A jęczał tak i dech wypuszczał, że aż się wdowie, co przed niem szła, welon wiwał.

No i co z tego wyszło? Patrze za chwilkie, nie ma go. Rozglądam się po całem mieście i widze, że on nie za karabanem, tylko za wozem węgla idzie z mordą zasłoniętą i rozpacza w dalszym ciągu tak, że go przy cerkwi na Pradze słychać. Już szkop do niego leciał i zabrałby go jak barana do budy, żebym go w ostatniej minucie nazad w orszak nie wciągnął.

I tak stale i wciąż z niem miałem.

– No dobrze – przerywam – ale miał pan opowiedzieć o wstydzie, który świeżo panu zrobił…

– Zaraz, nie tak galopkiem – będzie i o wstydzie. Z tem wstydem to było tak. Pare dni temu w tył poszliśmy ze szwagrem Warszawę odbudowywać. Porobiliśmy z godzine przy gruzie na Marszałkowskiej ulicy, aż tu szwagier zaznacza do mnie: „Uważasz, Walerek, nie spodoba mnie się ta robota. My musiemy na swoje rękie ten remont naszej kochanej Warszawy zacząć, i to nie od ulicy, ale od piwnic. W piwnicach węgla do cholery i troche się znajduje i w ten deseń o nieszczęście nietrudno. Dom już będzie na cacy odświeżony, a tu któś przez tak zwane nieuwagie zapalonego pagierka do piwnicy wrzuci i wszystko apiać się sfajczy. Tak nie można, najsampierw trzeba węgiel usunąć.

Myśle sobie… może i ma racje. Poszliśmy do jednego podwórka, zaglądamy do piwnicy – węgiel jest. Przyuważył gdzieś szwagier Piekutoszczak jakiś wózek i dawaj węgiel wyciągać. Ruszyłem dwa-trzy razy łopatą, patrzę, a tam pod miałem walizka siedzi. Otwieramy, w środku ciuchy. Jakieś fraki na zawiasach, futra i insza galanteria męsko-damska. No cóż, zostawić tego nie można, bo jak słońce przygrzeje, mole się w garderobe wdać mogą… No i znakiem tego nie było inszej rady, tylko trzeba było to zabezpieczyć. Ale jak to zrobić? Z walizą przenieść nie można, bo milicja pomyśli, że to zaszabrowane, i do mamra gotowa nas wsadzić. Wtenczas szwagier doradził, żeby wziąść wszystko na siebie. No i ma się rozumieć przebraliśmy się. Ja za derektora w futrze i celindrze, a szwagier damskie salope na łososiach na siebie wsadził, kapelusz ze strusiem piórem, gumowe pepegi na nogi i wachlarz jeszcze cholera wziął pod pache. Faktycznie wyglądał na zbankrutowane hrabinie.

Troche się ludzie za nami na ulicy oglądali, ale może byśmy się jakoś dostali do domu, żeby nie to, że się szwagrowi rozmawiać parle franse zachciało. Zaczął piskliwem głosem barłożyć: „Pardą, antre, pur le dam, wagon restaurant” i temuż podobnież. Ale mu się koniec końców wszystko pokiełbasiło i wyraził się: „Hände hoch”.

Któś to usłyszał i krzyknął: „Trzymać foksdojczów”. My ma się rozumieć chodu, a publika za namy.

Ganiali nas przez Królewskie, Karowe, naokoło po ślimaku do samego mostu. Tam nasz dopiro przytracili, rozpieli szwagrowi salope, patrzą, a on pod damskiemi desusami szelki i spodnie w paski posiada. No wtenczas już wszyscy byli pewne, że jesteśmy przebrane szkopy, i bylibyśmy ciężki wycisk dostali, tylko że nasz wojsko odbroniło. W milicji przyznaliśmy się jak na spowiedzi, co i jak było, będziem mieli sprawe sądowe.

I przez kogo? Przez szwagra, któremu na swoje rękie odbudowywać Warszawe się zachciało. Od tej pory powiedziałem sobie: samodzielnie, na własne rękie palcem nie rusze. Niech inżyniery kompinują, co i jak ma być. Pójdzie to może trochę wolniej – ale za to będzie pewniejsze, proszę obywatela!


Na półmisku

Zastałem się, proszę obywateli szanownych, trafonkowo za derektora hotelu, i to w swojem właściwem mieszkaniu na Szmulkach. A zaczęło się od tego, że przyjechała do nasz z Grójca spalona ciocia Wężykowa.

Rzecz jasna, że trzeba było famieliantkie przyjąć. Totyż wpuściłem, ma się rozumieć, ciocie do łóżka na swoje miejsce od ściany, a sam przeniesłem się na ziemie do szwagra Piekutoszczaka, któren także samo jako spalony mieszka u nas pod stołem. Po cioci Wężykowej nadleciał ze Skierniewic czyli tyż inszego Łowicza kum Gieni niejaki Szczurkowski z żoną, teściową i sześciorgiem dzieci. No to nie było inszej rady, tylko musieliśmy ze szwagrem przenieść się do szafy. Powodziło się nam tam nie najgorzej, bo Gienia trzymała w szafie gąsior leczniczego spirytusu. To się zawsze pociągało po setuchnie do poduszki. Bogiem a prawdą spirytus był na mrówkach w charakterze lekarstwa na romatyz, ale przepisowe siłe posiadał. Szwagier troszkie narzekał, że mrówki po ciemku łyka, ale światła bojeliśmy się zapalać, żeby Gieniuchna, co i jak jest, nie sporutowała.

No i żyło się „jak cie mogie”. Ciasno nam się zrobiło dopiero wtenczas, jak wrócił z Niemiec koleżka braciszka żony, Rączka Alojzy z kozą.

Na razie zrobiliśmy propozycje, żeby koza mieszkała na podwórku, koło śmietnika, ale ten ów Rączka obraził się o to i zaznaczył, że ani na jedne minute z nią się rozstać nie może, bo to jest koza pamiątkowa. W Pruszkowie w obozie z niem była. Całe Niemcy zjeździli tam i nazad i teraz spod Berlina zapychają. Znakiem tego nie może się zgodzić, żeby ją kto z podwórka przyuważył. A detalicznie stworzenie jest wesołe i w krótkiem czasie wszyscy go polubieją.

W taki sposób musieliśmy przyjąć koze do towarzystwa. Wesoła ona, cholera, faktycznie była. Zaraz pierwszej nocy pół materaca spod Gieni wyżarła i ciocie Wężyk za wieczne ondulacje zębamy chapła, bo myślała, że to siano. Ale najgorsze było, że „drobne” miała.

Po trzech dniach wszyscy się drapali jak najęte. Święta szli, a tu się wykąpać nie było gdzie, bo szkopy wszystkie kąpiele sfajczyli.

Wtenczas szwagier zaznacza, że w domu nam rzemską łaźnie wyszykuje, tylko mu potrzebna balia i konewka. Konewkie pożyczyło się od dozorcego, ale balii nie było, bo Gienia wywiozła ją przed powstaniem z inszemy rzeczamy do Warszawy, żeby było bezpieczniej. Z większych naczyń został nam się tylko półmisek. Obejrzał go szwagier i mówi, że będzie ciut-ciut za ciasny, ale obleci, skoro jeżeli Gienia na niem galarete z sześciu wieprzowych nóżek nieraz studziła.

W Wielki Czwartek nagotował szwagier wody, uwiązał konewkie na haku przy suficie, do dziobka przyczepił sznurek, pod spodem półmisek ustawił i mówi, że rzemska łaźnia gotowa i żeby się klejenci w ogonku ustawili. Ale nikt nie chciał, obsztorcowali tylko szwagra na perłowo i wyszli z domu.

Ja sam jeden się zostałem i myśle sobie, spróbuje tego wynalazku, bo faktycznie czystość to zdrowie. Rozebrałem się, ma się rozumieć, do rosołu, wlazłem na półmisek, ale się gibam – w nogi mnie ciasno, bo co wieprzowe, to nie moje, odpowiedzialne, trzydziesty drugi numer. Ale nic, wręcza mnie szwagier mydło i mówi:

– Szoruj, Walerek, łeb, a jak namydlisz fest, powiedz mnie, to za sznurek pociągne, woda poleci, mydło się spłucze i tak po kawałku cały się umyjesz jak lalka.

Ano dobra, mydle, mydle i widze, że będzie dosyć, bo cały się w pianie znajduje, i znakiem tego mówie:

– Feluś, ciąg za sznurek!

Czekam, a ta woda nie leci. Krzycze raz i drugi – nic. Obcieram oczy, obglądam się – nie ma szwagra.

– Feluś, do wielki Anielki, gdzieś się podział?

A szwagier z sieni mnie odpowiada, żebym poczekał troszkie, bo jest zajęty, komitet domowy przyszedł sprawdzić, czy my za dużo luzu nie mamy w mieszkaniu, i on musi wszystkich lokatorów wymienić po nazwisku.

Ja tu stoje goły na półmisku, nogi mi się trzęsą, dreszczy dostałem, a on się z komitetem przekomarza. Czekam jeszcze troszkie, ale już dłużej nie mogie, bo na dobitek mydło zaczęło mnie w oczy szczypać, totyż wołam:

– Wpuść komitet do mieszkania!

– Nie mogie, bo damski – prezesowa i cztery sekretarki… – i dawaj dalej wyszczególniać.

A tu jak mnie nie rąbną mydliny w jedno oko, jak nie poprawią w drugie, wszystkie gwiazdy mnie się pokazali, wyszłem z nerw i krzykłem:

– O rany, jak mnie mydło gryzie… ratonku!

Zlitował się szwagier, wleciał do pokoju, pociągnął za sznurek i… myślałem, że skonam, jak mnie wody na łeb nalał. Ukrop to był ze sto dwadzieścia stopni w cieniu, zleciałem ma się rozumieć z półmiska na podłogie, podrywam się i chodu spod konewki, ale wskoczyłem na kawał mydła i jade na niem jak na łyżwie. Wybiłem głową filong i wpadłem między komitet. Prezesowa zemglała, reszta komitetu gazu przed siebie. Nadobitek koza wyskoczyła ze strachu przez okno i wpadła na milicjanta, któren zestawił dwa pretokóły: o zabradziażenie spokoju publicznego i o obraze niemoralności.

Ale za to jestem czyściutki jak nowo narodzony pętak. Przy święconem jajeczku wszystkie moje lokatorzy tak się drapali, że życzeń religijnych nie można było składać, bo co i raz żółtko komuś z widelca spadało. A ja nic.

Każden mnie zazdrościł i same teraz względem tego tygodnia czystości mają konewkie od dozorcego pożyczyć, tylko że Gienia będzie stała przy sznurku, bo szwagier jest raptus i znowu może zapomnić zimnej wody do ukropu dolać.


Okazyjna jazda

Na okazyjne auto „przez most na Pragę” czeka się przy zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej w grupie podróżnych wymachujących przyjaźnie teczkami i walizkami w stronę każdego przejeżdżającego samochodu. Ale wehikuły te mają specjalne zwyczaje. Nie zatrzymują się nigdy przy tęskniących do nich podróżnych. Mijają ich we wściekłym tempie i hamują gwałtownie o kilkadziesiąt metrów dalej. Na ten widok przez tłum kandydatów na pasażerów przebiega jakby iskra elektryczna. Z głuchym jękiem chwytają oni swoje bagaże i ruszają w pogoń, z rozdętymi nozdrzami i szaleńczym błyskiem w nieprzytomnych oczach, tratując po drodze wszystko.

Po chwili nieszczęsna wataha dobiega do dyszącego benzyną potwora, który zazwyczaj tak jest skonstruowany, że dostanie się do środka olbrzymiej skrzyni stanowiącej jego karoserię, bez zastosowania drabin oblężniczych, bosaków i lin używanych do wspinaczki wysokogórskiej, wydaje się szczytem niemożliwości.

Ale tak to wygląda tylko na pozór. W ciągu sekundy garść wypróbowanych w bojach o miejsce młodszych zawodników jest już na szczycie. Wciągają za sobą maszyny do szycia, tapczany, fotele-łóżka, wyżymaczki, kufry wielkości wagonów kolejki wąskotorowej i z łoskotem wskakują do skrzyni.

Wszystko to się dzieje przy akompaniamencie rozdzierających serce krzyków i lamentów.

– Oleś, pomóż mnie, bo nie wlizę.

– Po kole właź, Zosia, po kole…

– Trzy razy już się omskłam…

– Czekaj, dawaj nogie…

Tu obywatel, nazwany Olesiem, przyklęka dwornie przed swoją damą, dźwigającą na plecach pokaźnych rozmiarów piecyk szamotowy i wiązankę rur oraz kolanek.

Stawia sobie jej nóżkę na ramieniu i nagłym wyrzutem rozprężonego ciała wysyła cały transport w górę. Z okrzykiem: „O Jezu, zabił mnie” pani Zosia znika we wnętrzu wozu.

Wyprawa jest prawie gotowa. Przybywa jeszcze tylko obywatelka ze szczotką na kiju oraz obywatel, który pragnie przewieźć na Pragę masywne, dwuskrzydłowe, artystycznie rzeźbione w dębie, suto okute brązem drzwi, łącznie z futryną.

Szczotkę jakoś umieszczono, ale drzwi wywołały burzę protestów wśród stłoczonych na larach i penatach wędrowców.

– Panie, gdzie się pan tu pchasz z tą bramą, jak pragnę zdrowia?

– Skądżeś pan te drzwi wyrwał, z kościoła czy jak?

– A pańskiej babci zamazany interes. Ja się pytam: czyj ten materac, co go pan wieziesz? Siedź pan, jak panu dobrze. Wygodniak, futrynka mu przeszkadza…

Przy pomocy dziesięciu ochotników spośród przechodniów „futrynka” zostaje wreszcie ulokowana.

Auto rusza. Na razie wszystko jest dobrze. Pasażerowie doszli do porozumienia. Zaczynają lekko sobie nawet podżartowywać z wojennych warunków komunikacyjnych i nagle czują, że grunt gwałtownie poczyna usuwać się im spod nóg. Jeszcze chwila i zbite kłębowisko ludzi, mebli, waliz tłumoków przechyla się w stronę budki szofera, by za moment runąć jak lawina do tyłu.

Nie wytrzymały tego naporu wrota rzeźbione na końcu wozu. Rozwarły się szeroko, by przepuścić szturmującą publiczność. Naprzód wyskoczyła przez nie na jezdnię obywatelka ze szczotką na kiju, za nią jakiś młodzian z „Bitwą pod Grunwaldem” w złoconych ramach, pani z pieskiem i jeszcze koło piętnastu osób obojga płci.

Samochód przystanął, z budki wysiadł szofer i oświadczył, że właściwie nic się nie stało, tylko mu wóz troszkę „podrywa” przy zmianie biegów. Uważać naprawdę trzeba dopiero na zakrętach. „Przy lewym naddać się na prawo”.

Teoretycznie wydawało się to łatwe, a w praktyce nastręczało niejakie trudności. Pozbawieni równowagi pasażerowie chwytali się kurczowo swych sąsiadów, co nie zawsze spotykało się z aprobatą.

– Panie, jak mnie pan jeszcze raz złapiesz za nos, wyjdę z fasonu i będzie krewa. Nie lubię tego – nerwowy jestem, rozumiesz pan?

Skarcony turysta szuka ostoi w sąsiadce z lewej strony, ale już pierwsza próba kończy się dla niego tragicznie.

– Nie szczyp się pan…

– Zosia, kto cie uszczypał? – pyta z daleka mąż właścicielki szamotowego piecyka.

– Ten ów, co za mną stoi.

– Jak się pan prowadzisz, dlaczego mnie pan żonę szczypiesz?

– Co proszę, ja tę panią szczypię? w jakim celu?

– Nie udawaj pan Greka, nie wiesz pan, w jakim celu mężczyzna szczypie uroczą kobietę?

– Daj pan spokój, urocza to ona jest dla pana, bo pan nie masz innego wyjścia.

– A dla pana jaka jestem? – zaperzyła się pani Zosia.

– Dla mnie jesteś pani wydra na kołnierz od palta.

– Oleś, w ucho go!

– Nie mogie, za daleko stoje. Ale służe ci rurą, kochanie ty moje.

Tu pan Oleś wręczył małżonce dwumetrowej długości rurę. Pani Zosia z wprawą ujęła ją za kolanko i grzmotnęła swego przeciwnika w kapelusz. Z rury buchnął potężny, przypominający eksplozję miny słup sadzy. Czarna chmura spowiła świat. Kiedy opadła, okazało się, że wszyscy pasażerowie wyglądają jak silny oddział kominiarzy po ciężkiej pracy wracający do domowych pieleszy. Obywatele spojrzeli po sobie i rzucili się na pana Olesia. Na szczęście szofer krzyknął:

– Brukowa, wysiadać!

Samochód przystanął. Okazyjna jazda była skończona. Kominiarze porwali swoje paczki i lekko się tylko otrzepując, pobiegli do domów.


Nie targować się!

Zanim przyszły piewca odbudowy Warszawy przekaże potomnym epos o wskrzeszeniu stołecznej komunikacji, warto kilku bodaj słowami uczcić znojny trud cichych jej pionierów.

Nie upierajmy się zresztą przy tych „cichych”, właściwszym bowiem określeniem byłoby „zachrypniętych”. Chrypka owa powstaje wskutek ustawicznego wołania: „Na Pragie!”, „Na „Żoliborz!”, „Na Zachodni, na Zachodni!”. Chociaż przy analizowaniu ich nie należy również lekceważyć wpływu znakomitych wyrobów Państwowego Monopolu Spirytusowego, popartego inicjatywą prywatną wytwórni bimbru.

Któż z nas nie korzystał bodaj raz z cudów najnowocześniejszej techniki komunikacyjnej pozostających pod wytrawną dyrekcją wzmiankowanych wyżej jej pionierów.

Któż nie podziwiał pomysłowości i fantazji przetwarzającej przy pomocy paru desek, tzw. calówek, zwykły wóz do przewożenia węgla czy śmieci w pakowny konny trolleybus.

Oczywiście malkontenci, bo tych nigdy nie brak, narzekają na zbyt słone ceny pobierane za przejazd, ale kilka argumentów nie do odparcia wystarczy zwykle, by przekonać najbardziej opornych. Wygląda to zazwyczaj tak:

– Co? Pięćdziesiąt złotych za taki kawałek? – gorszy się oszczędny pasażer.

– Czego? Kawałek? A coś pan chciał, za pięć dych kule ziemskie naokoło objechać?

– No nie. Ale jeżeli za samochód płacę 20 złotych…

– A co pan myślisz, że mój koń na benzynie chodzi?! Że motor ma w…

Tu woźnica określa krótko, ale bardzo dokładnie miejsce, w którym jego rumak nie posiada silnika.

– A ja jednak tyle nie zapłacę – upiera się pasażer. – Niech pan zawoła milicjanta.

– Stasiek, masz bat! – woła z kozła małżonka dyrektora przedsiębiorstwa, wręczając mu potężnych rozmiarów insygnium jego władzy.

To pełne niedomówień napomknienie wystarcza. Skruszony podróżny wydobywa pięćdziesiąt złotych i bez szemrania płaci.

Ale o krok dalej inkasent znowu trafia na trudności. Jakaś pani z teczką pod pachą mówi:

– Ja proszę o przejazd ulgowy. Mam taką legitymację, że wszędzie otrzymuję zniżki, nawet na samoloty.

– Dla mnie możesz pani nawet amerykańskiem bombowcem za pół darmo jeździć, u mnie z taką ledykimacją płaci się pełne takse.

– Stasiek, wysadź tego łachmyte, co się pierwszy zaczął targować, bo zdrowie dzisiaj z niemy stracisz – wtrąca z kozła połowica pana Stanisława – oddaj mu jego pieniądze i niech szoruje piechotą. Jak się trafi jedna taka parszywa owca, wszystkich gości zarazi. Targują się cholery jak Cygan za matkie, a nie wiedzą, ile owies dzisiaj kosztuje. Tak trzeba z niemi, jak pani Królik w zeszłe sobote zrobiła.

Ponieważ kilka osób zainteresowało się sposobem zastosowanym przez panią Królik, pan Stanisław streścił to pokrótce:

– Pani Królik na dwukonnej furmance jako wdowa żałobna osobiście się udziela bez żadnej pomocy. Totyż jak w sobotę na lepszych pasażerów trafiła, co ani płacić, ani złazić z wozu nie chcieli, wyszła z nerw, złapała za tylnie koła i dwanaście osób z dużem bagażem przy pontonowem moście w największe błoto wygruziła.

Opowieść zrobiła duże wrażenie. Nikt więcej się nie targował.

Bo rzeczywiście 50 złotych od osoby to nie jest drogo, jeśli się weźmie pod uwagę, jakie ilości pochłania obsługa konnego trolleybusu, owsa i mieszanki spirytusowej.


To za króla Zygmunta

Zapyloną, zalaną słońcem szosą posuwała się wolno bateria zmotoryzowanej artylerii. Młodzi żołnierze, wygodnie rozlokowani na działach i jaszczach, wesołymi okrzykami witali mijane wysokie niemieckie wozy zapełnione siedzącymi na skrzynkach i węzełkach wynędzniałymi ludźmi.

– Do widzenia w Warszawie!

– Do widzenia! – odpowiadano im z wozów. Radosne uśmiechy pojawiały się na pożółkłych twarzach i w przygasłych oczach, radośnie powiewały ku nim biedne, nie wiadomo z czego uszyte biało-czerwone chorągiewki.

Bokiem, ścieżką szedł, podpierając się kijem, młody mężczyzna w wytartym, spłowiałym mundurze wojskowym. Ciężko człapały nogi obute w sharatane drewniaki. Ale furażerkę z fantazją zawadiacko miał nasuniętą na prawe oko.

Przystanął, przysłonił oczy dłonią, patrzył długo na przesuwającą się baterię, wreszcie zbliżył się do jednej z armat i zawołał:

– Chłopaki! A można by się przysiąść?

– Czego się, bracie, pytasz. Walaj.

Kilka par rąk wyciągnęło się ku niemu i za chwilę już siedział między młodymi artylerzystami. Odsapnął, otarł pot z czoła, pogładził ręką lufę działa.

– Dobra sztuka. Myśmy pod Kutnem takich nie mieli. Toć ty, bracie, kolega po fachu? Artylerzysta?

– Wiadomo, 1 p.a.c.

– Która bateria? – zainteresował się nagle siedzący nieco dalej kapral.

– Druga.

– Druga? – kapral zerwał się na równe nogi. – I ty, dziadu, mnie nie poznajesz?

– Rany boskie, Kaziek Rybka!

– Kalinoszczak! Daj pyska! Gdzieś ty był, jak cie nie było? Gdzie cie cholera z tego lasu wtenczas w nocy wzięła?

– Dostałem kulę w biodro i spadłem z konia. Nie zauważyliście. W ten deseń do niewoli się dostałem i teraz posuwam ze stalagu.

– A ja pół świata przez ten czas zjeździłem. Lało się szkopa, gdzie się mogło i jak się mogło. Najlepiej było w Berlinie. Odegrałem się za Warszawe na sto dwa. Uważasz, co wezmę na muche jakiś budynek, to mówię sobie: To za Nowy Świat! i trzask go w migdał! – To za Kanonie! i lu go jak w bęben! – To za Hożą! za Wspólną, za Kruczą! Za sam kościół Świętego Krzyża osiem chałup w drobny mak jem rozpieprzyłem!

– A za króla Zygmonta odegrałeś się, Kaziek?

– Wiadomo. Pomniki szli osobno. Akurat zasuwaliśmy na jeden plac, gdzie figura jakiegoś ich Wilusia się znajdowała, i kapitan mówi, żeby górować, strzelać ostrożnie, bo tam jest pomnik króla, któren dzieło sztuki przedstawia. Podobnież największe niemieckie kamieniarze nad niem pracowali. A my – myślę sobie – tośmy takiego króla Zygmonta, takiego Poniatoszczaka, takiego Mickiewicza na odpuście na Bielanach „w kogutka” wygrali? I lu w Wilusia, tak że tylko buty po niem zostali.

Tu były jeniec niemiecki pochwycił ponownie w objęcia kaprala, uściskał go i dziękował w imieniu wszystkich stalagów Hitlera.

Patrząc na to, śmiało się całą gębą cudne, polskie już słońce, bo właśnie bateria przejechała przez most na Odrze.


Gdzie ciało?

Spotkałem pana Walerego Wątróbkę w ulubionym lokalu „Pod pomnikiem” na Nowym Bródnie. Siedział samotnie przy oknie, wpatrzony melancholijnie w stojącą przed nim butelkę.

– Czemu pan taki smutny, panie Walery? Wojna skończona. Jedność narodowa święci wspaniały triumf. Czemu pan się nie raduje?

– Staram się, ale jakoś mnie nie wychodzi. Może dlatego, że ciała nie ma…

– Czyjego ciała?

– Jak to, pan nie wiesz? Tego w ząbek czesanego nieboszczyka. Cały świat go szuka i kamień – woda!

My tu już ze szwagrem Piekutoszczakiem trzy razy posiedzenie komitetu domowego zwoływali, żeby nasza kamienica na swoją rękę zaczęła go szukać, ale nic z tego nie wychodzi.

Nie dalej jak wczoraj tu przy tym stoliku siedzieliśmy w kilka osób i cały wieczór się męczyliśmy, co z tym draniem mogło się zrobić. Szwagier zaznaczył, że między malarzami z pewnością się schował. W Szwecji, w Chinach go szukają, a on może w Berlinie na pryncypalnej ulicy na drabinie stoi i froncik szczotkowcem na perłowo zaciąga. Możliwość – mor da zachlapana ultramaryną, że oczów nie widać, to i poznać go trudno.

Ale o wiele faktycznie tak jest, to się koniec końców i tak chapnie. Wtenczas do Warszawy trzeba go będzie sprowadzić i na początek wszystkie kuchnie na Pradze kazać odnowić. Kontrol będzie nad nim stoić i jak tylko mało wiela szlaczek gdzie skrzywi czyli tyż deseń zamaże – w ryja!

– No dobrze, ale dlaczego kuchnie? – pyta się szwagra nasz sąsiad przez ścianę, niejaki Mioduszewski.

– Z powodu że do pokoju nikt go nie wpuści. Pod względem kradzieży niebezpieczny. Kamasze spod łóżka nawalić może, budzik, spodnie świąteczne z szafy czyli tyż inszą galanterie. A w kuchni co najwyżej fajerkie albo pogrzebacz przykarauli. Balii czyli tyż wyżymaczki pod kapotą nie wyniesie. Z fachowem złodziejem trzeba ostrożnie.

Jak tylko szwagier w te słowa się odezwał, wstał spod pieca jakiś nieznany osobnik w dęciaku. Złapał ze stolika butelkie od piwa i jak nie gwizdnie szwagra w ciemie, jak nie poprawi w ucho… Zrobiło się nieporozumienie na większe skale. Przyleciała milicja i co się pokazało?

Ten ów osobnik w sztywniaku to był znany cechowy złodziej mieszkaniowy, niejaki Maniuś Małpa. Maniuś śmiertelnie się obraził, że szwagier z Hitlerem go porówniał! I pytam się: czy miał prawo? Miał!

Ale cóż, to wszystko są marzenia. A ciała jak nie było, tak nie ma…

Tu pan Walery opuścił głowę i znowu wpadł w ponurą zadumę.


Jajka na twardo

Do najbardziej wzruszających spotkań powojennych zaliczam spotkanie swoje z sądem grodzkim. Kiedy po sześciu prawie latach po raz pierwszy przekroczyłem próg skromnego pałacu Temidy na Pradze, doznałem uczuć podobnych do tych, które rozsadzały piersi Pana Tadeusza, gdy po powrocie ze szkół zawitał do rodzinnego Soplicowa:

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne
Ogląda czule, jako swe znajome dawne.
Też same widzi sprzęty, też same obicia…

Oczywiście wieszcz, jak zwykle, nieco przesadził, bo obić nie ma i ściany są zaciągnięte na klejowo z olejną lamperią. Ale jest taki sam stół sędziowski, takie same ławki, taka sama „wokanda”. Podbiegam i czytam chciwie: są te same „pyskówki”, których słuchanie dostarczyło mi ongi tylu niezapomnianych przeżyć i tematów.

Siadam wśród publiczności, czule oglądam okiem smakosza i konesera domniemanych bohaterów procesów, które za chwilę roztoczą się przed nami.

I tu spotyka mnie pierwszy zawód. Gdzież się podziały wspaniałe tualety uczestników przedwojennych bojów o sprawiedliwość? Gdzież są wytworne panie w pluszowych wyciskanych w deseń salopach i kapeluszach z kaczymi piórami? Gdzież się podzieli wypomadowani panowie w dystyngowanych, nieposzlakowanie czarnych garniturach, zeznający przed sądem w żółtych skórkowych rękawiczkach i używający ozdobnych zwrotów w rodzaju „wysoka obdukcjo” czy „proszęż Najwyższej Eksmisji”.

„Hej, łza się w oku kręci!” – pomyślałem i melancholijnie zwiesiłem głowę. Ale na szczęście nie było czasu na dalsze rozdrapywanie ran. Rozległo się znajome:

– Proszę wstać, sąd idzie!

Sąd wszedł. Sesja rozpoczęła się i posypały się na mnie nowe ciosy.

Mijały „pyskówki” jedna za drugą i nie dochodziło do rozprawy.

Już myślałem, że wyjdę z niczym z sądu, gdy nagle promyk nadziei. W dwudziestej siódmej sprawie stawiły się: oskarżona obywatelka Anioł, skarżąca obywatelka Koralik.

– Z wtorku na środę jajka mnie się śnili, proszę sądu wysokiego, i to na twardo – zaczęła oskarżycielka. – Nie potrzebuje zaznaczać, bo sąd wysoki dobrze wie, że to plotki obznacza. Totyż jak tylko zobaczyłam, że na bazarze ludzie zaczynają plecamy się do mnie odwracać i na ucho ze sobą rozmawiać, myśle sobie: nic innego, tylko jajka mnie się wyśnili – ktoś plotek narobił.

No i co pan sędzia powie, miałam racje, okazało się, że pani Anioł obszczekała mnie przed całem bazarem, jako że podobnież na pierwszej platformie w tramwaju „21” mnie widziała i że znakiem tego musze być za foksdojczkie.

Jak by mnie kto nóż w piersi wsadził na takie hańbe! Ale nie wiedziałam, co robić. Teraz to zwyczajnie ten rudy łeb z kudłów bym pani Anioł obdarła i spokój, ale wtenczas za niemca to była sprawa polityczna. Totyż gryzłam wszystko w sobie przez trzy lata i dopieru jak wolność nastała, bachłam panią Anioł do sądu!

– No i żąda pani ukarania oskarżonej.

– Zaraz, zaraz, panie sędzio kochany. Ponieważ że pani Anioł wszystko pod przysięgą odszczekała przed komitetem domowem oraz że ponieważ jedność narodowa jest zaprowadzona, a także samo amnestie mają w kurierach ogłosić, myśle sobie: pies z panią Anioł tańcował. Robie początek i udzielam jej amnestii.

Tu obywatelki podały sobie ręce. A sąd kontrasygnował ten akt w protokóle.


Kompromitujące menu

Odwiedził mnie niespodziewanie pan Teoś Piecyk z Targówka. Ucieszyłem się szczerze, bo naprawdę stęskniłem się bardzo za widokiem jego sympatycznego oblicza. Toteż posadziwszy miłego gościa obok siebie, zasypałem go gradem pytań o zdrowie, powodzenie, przeżycia wojenne itp.

Ale pan Teoś był wyraźnie wzburzony i przerwał mi porywczo wylew czułości:

– Co się będziem bajerować towarzyskiem alibi, kiedy cholera mnie ciska i wstyd pali, że miejsca sobie nie mogie znaleźć! I dlatego właśnie do pana przyszedłem, żebyś pan to na papier wziął i obsztorcował na perłowo kogo trzeba.

- No dobrze, dobrze, bardzo chętnie to zrobię, ale kogo i za co?

– Jak to kogo? Całe w nóżkie kopane nasze Europe. A za co? Za menu!

– Za jakie menu?

– To pan nic nie wisz? Gazet pan nie czytasz? No tak, wiadomo, szewc zawsze koło butów chodzi. A tu żywa granda się dzieje. Przyjeżdża do Berlina trzech najważniejszych osobników na świecie i wiesz pan, co jem na śniadanie dali? Kaszkie manne i kawe z rogalikamy!

I to po podróży. A wiesz pan chyba, jak się teraz jeździ. Tłok jak wielkie nieszczęście, bufeta na stacjach po większej części nie fonkcjonują, człowiek wychodzi z wagonu na pół żywy i głodny, żeby konia z kopytami zjadł. I o wiele ja tydzień temu nazad, przyjechawszy z Grójca od rodziny, opchnąłem dwa kotleta wieprzowe po 25 deka każden, głęboki talerz mizerii ze śmietaną oraz poniekąd salaterkie młodych kartofli z koprem, to się pytam: co można zjeść po przyjeździe z Ameryki? W każdem bądź razie nie kaszkie na mleczku!

Tu pan Piecyk wydobył z kieszeni gazetkę i uderzając w nią dłonią, wskazał mi notatkę z opisem menu śniadania prezydenta Trumana w Poczdamie. Istotnie, w jadłospisie figurowała gotowana kasza, obok kawy, gorących racuszków i ciasta z cynamonem.

– Toteż nic dziwnego – mówił dalej mój znajomy – że taki Churchill zabrał córkie w taksówce i pojechał na miasto cóś uczciwego przetrącić!

Mniejsza już zresztą o wstyd. Ale tu się o większe rzeczy rozchodzi. Racuszki z cynamonem są dobre, jak się trzy karmiące mamusie zejdą, żeby się naradzić, co z niegrzecznemi dziećmi zrobić, ale nie dla trzech najważniejszych osób na świecie, które chcą historycznego łobuza rozumu nauczyć.

Fest kare da się tylko obmyślić na leguralnem męskiem śniadaniu pod dwa, trzy większe z angielską gorzką! Ale po białej kawce ze świeżem pieczywkiem do kąta można tylko szkopa łachudre postawić, na nosku mu, draniowi, pogrozić i prosić, żeby był grzeczny, bo się Bozia na niego będzie gniewać!

Tego się właśnie obawiam! – powiedział pan Teoś i wpadł znowu w rozpacz.

Usiłowałem go pocieszyć, że nie będzie aż tak źle, że obiady będą niewątpliwie bardziej intensywne od śniadań, a co za tym idzie, nie należy się obawiać wpływu zbyt łagodnych potraw na postanowienia Wielkiej Trójki w stosunku do podpalaczy świata.

Uspokoił się pan Piecyk jednak dopiero wówczas, gdy mu przyrzekłem, że zamieszczę w prasie jego protest przeciwko niebezpiecznemu i kompromitującemu europejską gościnność menu w Poczdamie.

Z ochotą niniejszym to czynię.


Ofiara demobilizacji

W naszem domu mieszka jeden, co za „rezerwistkie” do tej pory był, z powodu że żonę miał w wojsku. Jak chłopina przeczytał w kurierze, że wszystkie kobiety mają być z wojska puszczone, podobnież o mały figiel ze skóry nie wyskoczył ze strachu.

A to dlatego, że listy do niej codziennie pisał, jako że całe wieczory przy oknie siedzi, w niebo się patrzy i płacze z tęsknoty. Zaznaczał także samo, że przepierki robi, kwiatki podliwa, podłogi na ciemny mahoń zaciąga i temuż podobnież.

A faktycznie było troszkie inaczej. W domu rzeczywiście siedział, ale nie sam, zawsze pare osób z niem się znajdowało. Gramofon krugom grał, literek na stole figurował, a także samo leguralna zagrycha. Trzeba mu przyznać, że o żonie stale i wciąż myślał, na drzwi się patrzył, czy czasem na urlop niespodziewanie nie przyjedzie, a okno było otwarte, żeby w razie nieszczęścia goście mogli prysnąć.

My ze szwagrem często gięsto żeśmy na jednego do niego zachodzili. Totyż jak się dowiedziałem, jakie ma zmartwienie, mówię do braciszka żony: Chodź, Feluś, pójdziem do niego, może się na cóś przydamy.

No i ma się rozumieć poszliśmy. Wchodziem i serce się nam ścisnęło.

Na środku pokoju stojał w desusach, ścierkie w ręcach trzymał i podłogie szorował.

Jak nas zobaczył, rzewnemy łzamy się zalał i mówi, że czem więcej myje, tem się czarniejsza cholera robi.

A potem nosem pociąga i zapytanie nam uskutecznia, czy tu co czuć.

Wąchamy ze szwagrem i mówiemy:

– Owszem, bimber!

Znowu się rozpłakał i zaznaczył, że cały dzień wietrzy, a zapach coraz mocniejszy. Także samo ze sprzątaniem nie może sobie dać w żaden sposób rady. Faktycznie, mieszkanie było rozbebeszone przyzwoicie. Kwiatki uschli na cement. Firanki byli w kolorze żałobnym, a na pajęczynie bielizne można było suszyć.

Ale to nic, mówie do niego, złapiem się we trzech za robotę i za godzine salon z mieszkania się zrobi.

Wręczyłem szwagrowi szczotkie i kazałem mu pajęczyne z pieca zmiatać, a my we dwóch wzięliśmy się za te cholerne podłogie.

Ale szwagier troszkie był na gazie i nie zauważył, że na piecu „Wenus” z gipsu stojał prawie że naturalnej wielkości. Zaczepił szczotką. Wenus z pieca zleciał, wyrżnął w bieliźniarkie i lustro półtora metra wysokości poszło w drobny mak.

Chciał co prawda Piekutoszczak Wenusa szczotką w powietrzu przytrzymać, ale jeszcze gorzej wyszło, bo drugiem końcem żerandol zerwał.

Ale to jeszcze nie wszystko. Wtem trakcie drzwi się otwierają i wchodzi ta dana żona tego faceta, w charakterze damskiego sierżanta. Z dwoma chorągiewkami w ręku.

Machła na nas żółtą i my chodu. Jej mąż chciał się również także samo razem z nami z mieszkania urwać, ale go czerwoną chorągiewką zatrzymała.

Z podwórza żeśmy słyszeli, jak nieszczęśliwa ofiara demobilizacji karne ćwiczenia odstawiała, pod piszczące komende ślubnego sierżanta.


Na Zachód

Spomkneliśmy się ze szwagrem Piekutoszczakiem, żeby na Zachód jechać. Czego faktycznie na tych warszawskich gruzach siedzieć, kiedy tam podobnież świeże powietrze i pare tysięcy sadzawek z rybamy, a łapać nie ma kto.

Gienia początkowo nie chciała się zgodzić, aleśmy ją wzięli w bajer i koniec końców dała nam przepustkie. Obiecaliśmy jej, że przewąchamy, co i jak tam jest, i najdalej za tydzień po nią przyjedziem.

Otrzymaliśmy od niej na drogie dłuższe błogosławieństwo i 500 złotych. Wzięliśmy dwie wędki, pudełko z muchami i o ósmej rano jazda!

Na razie podróż szła nam bardzo dobrze. Tego samego dnia na wieczór byliśmy już na Zachodniem dworcu, ale tu się okazała pierwsza przeszkoda. Bileta na Zachód mieli kosztować 600 złotych, a my mieliśmy tylko 40 z groszami, bo reszta nam się rozeszła na koszta pożegnania z naszą nieszczęśliwą stolicą.

Co tu robić, jak pragnę zdrowia, myślemy sobie i siedziemy smutne jak wielkie nieszczęście. Ale szwagier przypomniał sobie, że we Włochach ma koleżkie, niejakiego Orpiszewskiego, któren tam swój dom posiada. Pojedziem do niego. Nie będzie to poniekąd jeszcze naturalny Zachód, ale w każdem bądź razie już bliżej.

No i tak się zrobiło. Koleżka szwagra przyjął nas, jak to mówią, całem sercem. Siedzieliśmy u niego przeszło tydzień i przez cały ten czas rozmowa szła krugom o Zachodzie, jakie faktycznie najlepiej ryby w tych sadzawkach chować. Ja trzymałem stronę za szczupakiem po żydowsku, szwagier znowuż chwalił karaski w śmietanie, a ten ów Orpiszewski zaznaczał, że na Zachodzie najlepiej się udaje węgorz w galarecie, i oświadczył, że samych nas nie puści, tylko pojedzie z nami, bo jako niefachowcy całą rybią rase możem popsuć.

Ale się okazała nowa przeszkoda. Nie mogliśmy jechać, bo na próby z rybamy galanteria nam się rozeszła. Ja nie posiadałem kamaszy i spodni, a szwagier Piekutoszczak się został w samej tylko kamizelce.

Na dobitek pogłoski się rozeszli, że Gienia po całych Włochach nas szuka. Pod pachą ma zawinięty w gazete cóś tak jakby wałek od ciasta.

Wtenczas nasz gospodarz w tak zwanej obronie szyb domowego ogniska napisał na desce:

„Uwaga, nie wchodzić. Miny” i postawił w ogródku przed oknamy. A my stanęliśmy za firanką i patrzem, co będzie dalej. Niedługo nadleciała Gienia, otworzyła furtkie, przeczytała lekrame i cafła się jak oparzona.

Ale za godzinę przyszła nazad i przyprowadziła ze sobą oddział saperów z drągami. Saperzy przeszukali raz koło razu cały ogródek, podpisali się na ścianie, że min nie ma, i poszli. A myśmy zostali.

Jeżeli rozchodzi się o ścisłość, to w zawiniątku wałka nie było, tylko tłuczek od kartofli. Nam to nie zrobiło różnicy, bo i tak pogotowie nas do domu odwiozło.


W obronie zredukowanego

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com