Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho - ebook
Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2000

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 5 godz. 46 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho

Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu... Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. Kiedy świat zacieśnia się do rozmiarów pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.

Weronika postanawia umrzeć bez wyraźnego powodu, bez żalu i bez patosu. Może dlatego, że gdy szukała łatwych rozwiązań, jej życie stało się mdłe, jak potrawa bez przypraw, pozbawione ziarna szaleństwa. A gdzie szukać szaleństwa, jeśli nie w domu wariatów, pośród tych, którzy obdarzeni nim zostali w nadmiarze? Weronika uczy się na nowo życia, poznaje siebie samą, zmartwychwstaje. Weronika chce żyć inaczej.

Opinie o ebooku Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho

Fragment ebooka Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho






tytuł oryginału

Veronika decide morrer

 

koncepcja graficzna okładki

Michał Batory

 

zdjęcie Autora

Joanna Góra

 

redakcja i korekta

Katarzyna Malinowska

 

przygotowanie

PressEnter

 
 

wydawca dedykuje tę książkę

tym, którzy

mimo przeciwności losu

nie tracą nadziei

 
 

Copyright© 1998 by Paulo Coelho

Copyright© for the Polish edition by Drzewo Babel, Warszawa 2000

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain.

All rights reserved

 

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

 
 

ISBN 978-83-89933-14-0

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


 
 
 
 

S.T. de L.,

która mi pomagała,

choć o tym nie wiedziałem

 
 
 
 
 

O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się

za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

Amen.

 
 
 
 

Oto dałem wam władzę

stąpania po wężach...

a nic wam nie zaszkodzi.

 

Ewangelia wg św. Łukasza 10,19

 

Dwudziestego pierwszego listopada 1997 roku Weronika uznała, że nadszedł wreszcie czas, by popełnić samobójstwo. Dokładnie posprzątała wynajmowany u zakonnic w klasztorze pokój, wyłączyła ogrzewanie, umyła zęby i położyła się do łóżka.

 

Z blatu nocnego stolika wzięła cztery opakowania tabletek nasennych. Zamiast rozkruszyć je i rozpuścić w wodzie, postanowiła brać jedną po drugiej, bo zamiar to jedno, a nieodwracalność czynu to drugie i chciała zostawić sobie możliwość wycofania się. Jednak z każdą połykaną tabletką utwierdzała się w słuszności swojej decyzji i po pięciu minutach opakowania były puste.

Ponieważ nie wiedziała dokładnie, ile czasu upłynie, zanim straci przytomność, wzięła do ręki leżący na łóżku, właśnie nadesłany do biblioteki, w której pracowała, ostatni numer francuskiego czasopisma Homme. Kartkując je, zwróciła uwagę na artykuł o grze komputerowej napisanej przez Paula Coelho, brazylijskiego pisarza, którego miała okazję poznać podczas jakiejś konferencji w kawiarni hotelu Grand Union. Zamienili wtedy parę słów i Weronika została zaproszona na kolację organizowaną przez jego wydawcę. Na przyjęciu było zbyt dużo ludzi, by udało im się naprawdę porozmawiać.

Jednak dzięki temu, że znała autora, pomyślała o nim jakby o kimś ze swojego otoczenia, a lektura reportażu o jego pracy mogła wypełnić oczekiwanie na śmierć. Zaczęła czytać artykuł o informatyce, która wcale jej nie interesowała. Dokładnie tak postępowała przez całe życie – zawsze szukała łatwizny albo zadowalała się tym, co było w zasięgu ręki, jak choćby to czasopismo.

Jednak już pierwsza linijka artykułu wytrąciła ją z naturalnego stanu bierności i po raz pierwszy w życiu musiała przyznać, że ulubione zdanie jej przyjaciół: „Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek” – coś jednak znaczy.

Dlaczego dostrzegła pośród tylu innych właśnie te słowa? I to w chwili gdy zaczęła umierać? Jakie tajne przesłanie niosły ze sobą, jeśli tajne przesłania w ogóle istnieją, bo może to, co się za nie uznaje, to tylko zbiegi okoliczności?

Otóż dziennikarz rozpoczynał swój artykuł pytaniem: „Gdzie leży Słowenia?”.

„Nikt nie wie, gdzie leży Słowenia – pomyślała. – Nikt”.

Przecież Słowenia istniała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w widniejących na horyzoncie górach i na placu, na który patrzeć mogła z okna. Słowenia to był jej kraj.

Odłożyła czasopismo. Cóż ją teraz mogła obchodzić pogarda świata, który lekceważył istnienie Słoweńców – nie miała już nic wspólnego ze wzgardzonym narodem. Teraz była dumna z samej siebie, że w końcu zdobyła się na odwagę, by pożegnać się z życiem. Co za radość! I że zrobiła to w sposób, o jakim marzyła – połykając tabletki.

Poszukiwała tych tabletek od prawie sześciu miesięcy. Sądząc, że nigdy nie zdoła ich zdobyć, zaczęła nawet myśleć o podcięciu żył, lecz wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i sprawiłaby kłopot zakonnicom. Bardzo by się zmartwiły. Ale samobójcza decyzja zmusza do myślenia przede wszystkim o sobie, o innych myśli się później. Zrobiłaby wszystko, byle jej śmierć nie wywołała zbyt wiele zamieszania, ale jeśli podcięcie żył miałoby się okazać jedynym wyjściem, to cóż – zakonnice musiałyby zapomnieć o całej historii i posprzątać pokój, inaczej nie udałoby się wynająć go nikomu, bo ludzie, choć to już schyłek dwudziestego wieku, wciąż jeszcze wierzą w duchy.

Oczywiście, mogła się również rzucić z dachu jednego z nielicznych wieżowców Lublany, ale ileż niepotrzebnego cierpienia przysporzyłaby rodzicom! Prócz szoku na wieść o śmierci córki musieliby jeszcze przeżyć identyfikację zmasakrowanych zwłok. Nie, takie rozwiązanie byłoby gorsze od otwarcia sobie żył; zostawiłoby niezabliźnione rany w pamięci istot, które pragnęły jedynie jej dobra.

„Ze śmiercią córki będą się w stanie pogodzić, ale nigdy nie zapomną widoku roztrzaskanej czaszki” – myślała.

Mogła strzelić do siebie, skoczyć z okna czy się powiesić – ale żaden z tych wariantów nie odpowiadał jej kobiecej naturze. Gdy kobiety decydują się na śmierć, wybierają bardziej romantyczne sposoby – otwierają sobie żyły albo przedawkowują środki nasenne. Opuszczone księżniczki czy aktorki Hollywoodu dały tego rozliczne dowody.

Weronika wiedziała, że zawsze trzeba czekać na właściwy moment. Wreszcie się doczekała. Dwaj przyjaciele, poruszeni jej ciągłym uskarżaniem się na bezsenność, zdobyli od muzyków z miejscowej dyskoteki po dwa pudełka tabletek nasennych. Położyła je na nocnym stoliku i przez tydzień flirtowała ze śmiercią, żegnając się bez zbędnego sentymentalizmu z tym, co zwie się Życiem.

Teraz była szczęśliwa, że nie cofnęła się, ale i znudzona, bo nie wiedziała, co począć z resztką czasu, który jej pozostał.

Wróciła myślami do dopiero co przeczytanych niedorzeczności. Jak artykuł o komputerach może zaczynać się tak idiotycznym zdaniem: „Gdzie leży Słowenia?”.

Nie znajdując nic ciekawszego, czym mogłaby się zająć, postanowiła przeczytać go do końca. Okazało się, że wspomniana gra komputerowa produkowana jest w Słowenii – w tym dziwnym kraju, o którym nikt prócz jego mieszkańców nic nie wie – ponieważ siła robocza jest tu bardzo tania. Francuska firma, wprowadzając przed kilkoma miesiącami ten produkt na rynek, wydała na zamku w Bledzie przyjęcie dla dziennikarzy z całego świata.

Weronika przypomniała sobie, że słyszała coś na temat tego bankietu. Był wielkim wydarzeniem w mieście nie tylko dlatego, że zamek został tak przystrojony na tę uroczystość, by przydał średniowiecznej atmosfery grze komputerowej, ale również dlatego, iż w lokalnej prasie rozgorzała polemika o to, że na przyjęcie zostali zaproszeni dziennikarze z Niemiec, Francji, Anglii, Włoch i Hiszpanii, ale ze Słowenii nie zaproszono nikogo.

Autor artykułu – który do Słowenii przyjechał po raz pierwszy, bez wątpienia na koszt organizatora, i zamierzał spędzić miło czas, oczarowując kolegów po fachu i wygłaszając pozornie tylko interesujące kwestie, pijąc i jedząc, nie wyjmując grosza z kieszeni – rozpoczął swój artykuł żartem, który miał chyba zrobić wrażenie na przemądrzałych intelektualistach z jego kraju. Po powrocie opowiedział zapewne swoim redakcyjnym kolegom kilka zmyślonych historii o miejscowych obyczajach albo o tym, jak bez fantazji ubierają się Słowenki.

Ale to już był jego problem. Weronika umierała i miała na głowie inne zmartwienia. Chociażby czy istnieje życie po śmierci albo kiedy znajdą jej ciało. Mimo to – a może właśnie dlatego – ten artykuł nie dawał jej spokoju.

 

Wyjrzała przez klasztorne okno wychodzące na mały plac w Lublanie. „Skoro nikt nie wie, gdzie leży Słowenia – pomyślała – to Lublana musi być dla ludzi jakimś mitem”. Tak jak Atlantyda, Lemuria czy inne zagubione kontynenty, które niepokoją wyobraźnię człowieka. Nikt na świecie nie ośmieliłby się rozpocząć artykułu pytaniem, gdzie leży Mount Everest. Ale w samym środku Europy dziennikarz szanującego się czasopisma może bez cienia wstydu zapytać o Słowenię, bo większość czytelników nie ma pojęcia ani gdzie leży ten kraj, ani tym bardziej jego stolica Lublana.

Nagle Weronika odkryła sposób na spędzenie czasu, który jej pozostał. Minęło już dziesięć minut, a ona wciąż nie czuła żadnej zmiany w organizmie. Ostatnim dziełem jej życia będzie list do tego czasopisma, wyjaśniający, że Słowenia jest jednym z pięciu krajów, które powstały na skutek rozpadu dawnej Jugosławii. Ten list będzie jej listem pożegnalnym, choć nie wyjawi w nim prawdziwych przyczyn samobójstwa.

Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wniosku, że odebrała sobie życie, bo w jakimś czasopiśmie nie wiedzieli, gdzie leży jej kraj. Zaśmiała się, oczyma wyobraźni widząc już w prasie artykuły na temat jej śmierci za narodową sprawę. Zdumiało ją, jak szybko zmieniła zdanie, bo przecież jeszcze przed chwilą myślała coś całkiem odwrotnego, że wcale nie obchodzi jej ten świat i jego geograficzne problemy.

Napisała list. W przypływie dobrego humoru niemal postawiła pod znakiem zapytania konieczność swojej śmierci, ale zażyła już tabletki i było za późno, by się wycofać.

Nie zabijała się dlatego, że była wiecznie smutna, zgorzkniała czy przygnębiona. Często popołudniami radośnie spacerowała ulicami Lublany lub obserwowała z klasztornego okna swego pokoju płatki śniegu spadające na mały plac, na którym stał pomnik poety. Pewnego razu bodaj przez miesiąc bujała w obłokach, bo właśnie na tym placu jakiś nieznajomy podarował jej bukiet kwiatów.

Uważała się za osobę całkowicie normalną. A samobójstwo popełniała z dwóch prostych powodów. Była pewna, że gdyby objaśniła w liście pożegnalnym te powody, wielu ludzi przyznałoby jej rację.

Po pierwsze, jej życie było monotonne. A kiedy przeminie młodość, powoli stanie się zgorzkniałą, schorowaną staruszką. Wtedy opuszczą ją przyjaciele. Nie ma co kurczowo trzymać się życia, które może przynieść tylko cierpienia.

Po drugie, czytała gazety i oglądała telewizję, śledziła na bieżąco wydarzenia na świecie. Wszystko było nie tak, a ona nie mogła temu zaradzić i czuła się całkowicie bezużyteczna.

Teraz, za chwilę zazna ostatecznego, śmierci. Po niej nastąpi coś absolutnie innego. Skończyła pisać swój list i skupiła się na sprawach istotniejszych i bardziej przystających do chwili, którą właśnie żyła, czy też raczej w której umierała.

Starała się wyobrazić sobie śmierć, ale na próżno. Ale przecież nie musiała się nią kłopotać, doświadczy jej niebawem. Za ile minut? Nie miała pojęcia. Radowało ją, że już wkrótce pozna odpowiedź na pytanie, które stawiali sobie wszyscy: czy Bóg istnieje?

W przeciwieństwie do wielu ludzi nie był to dla niej ważny dylemat. Za czasów komunizmu nauczano, że życie kończy się wraz ze śmiercią, więc przywykła do tej myśli. Jednak pokolenie jej rodziców i dziadków wciąż chodziło do kościoła, odbywało pielgrzymki, modliło się i żyło w świętym przekonaniu, że Bóg przykłada wagę do ich słów.

W wieku dwudziestu czterech lat, przeżywszy to, co było jej dane przeżyć – a było tego sporo! – Weronika była niemal pewna, że wszystko skończy się wraz ze śmiercią. Dlatego wybrała samobójstwo – nareszcie uwolnienie i wieczna niepamięć.

Jednak w głębi serca kołatała się jeszcze wątpliwość: a jeśli Bóg istnieje? Tysiące lat cywilizacji uczyniło z samobójstwa tabu, obrazę wszelkich przykazań religijnych. Człowiek walczy, by przetrwać, a nie po to, by się poddać. Ludzie powinni się mnożyć. Społeczeństwu potrzeba rąk do pracy. Kobieta i mężczyzna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre i złe, nawet kiedy ich miłość wygasła. Państwu potrzebni są żołnierze, politycy i artyści.

Myślała tak: „Jeśli Bóg istnieje – w co szczerze wątpię – zrozumie, że istnieją granice ludzkiej wytrzymałości. To On stworzył cały ten nieład, gdzie panuje nędza, niesprawiedliwość, chciwość, samotność. Jego zamiary były wprawdzie wspaniałe, ale rezultaty okazały się opłakane. Jeśli Bóg istnieje, będzie zapewne wspaniałomyślny wobec stworzeń, które zechciały prędzej opuścić ten padół, a może nawet przeprosi za to, że zmusił nas do odbycia ziemskiej wędrówki”.

Precz z tabu i przesądami! Jej głęboko wierząca matka mawiała, że Bóg zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A zatem powołał ją na ten świat w pełni świadom, że ona pewnego dnia odbierze sobie życie, i Jego ten czyn nie zaszokuje.

 

Poczuła mdłości, które szybko zaczęły przybierać na sile.

Po paru minutach nie potrafiła już się skupić na widoku z okna. Była zima, około czwartej po południu, słońce już zachodziło. Dla innych życie będzie toczyć się dalej. Właśnie jakiś chłopak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie przyszło, że ona umiera. Grupa boliwijskich muzyków (gdzie leży Boliwia? dlaczego artykuły w gazetach nie zaczynają się od takiego pytania?) grała przed pomnikiem France Preserena, wielkiego słoweńskiego poety, który odcisnął swój ślad w duszy narodu.

Czy uda jej się wysłuchać do końca melodii dochodzącej z placu? Byłoby to piękne pożegnanie z życiem – zapadający zmierzch, melodia niosąca marzenia z drugiego krańca świata, przytulny i ciepły pokój, piękny i pełen życia chłopak, który właśnie zatrzymał się i na nią zapatrzył. Zaczęła już odczuwać działanie środków nasennych. Ten przechodzień był ostatnim człowiekiem, jakiego widzi.

Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech – nie miała nic do stracenia. Pomachał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwalał sobie na zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.

Weronika poczuła się szczęśliwa, że znów kogoś oczarowała. Ale przecież nie z powodu braku miłości targnęła się na swoje życie, nie z braku czułości w rodzinie, nie przez kłopoty finansowe albo nieuleczalną chorobę.

 

Weronika umierała pięknego popołudnia w Lublanie, w takt boliwijskiej muzyki dochodzącej z placu, patrząc na młodzieńca przechodzącego pod jej oknem. Cieszyła się tym, co widziała i słyszała. A jeszcze bardziej tym, że nie będzie musiała uczestniczyć w takim samym spektaklu przez najbliższe trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat – bo stałby się tragedią jej życia, tragedią, w której wszystko się powtarza, a każdy dzień podobny jest do poprzedniego.

Żołądek zaczął już podchodzić jej do gardła i poczuła się bardzo źle. „To dziwne, sądziłam, że po takiej dawce zasnę natychmiast”. A tymczasem szumiało jej w uszach i zbierało się na wymioty.

„Jeśli zwymiotuję, nie umrę”.

Postanowiła zapomnieć o mdłościach. Usiłowała skupić uwagę na szybko zapadającej nocy, na Boliwijczykach, na ludziach, którzy zamykali swoje sklepy i odchodzili. Szum w uszach stawał się coraz bardziej nieznośny i Weronika po raz pierwszy od chwili zażycia proszków poczuła strach, przeraźliwy strach przed nieznanym.

Ale trwało to tylko chwilę. Wkrótce potem straciła przytomność.

 

Otworzywszy oczy wcale nie pomyślała: „Muszę być w niebie”. W niebie nigdy nie byłoby tych fluorescencyjnych świateł, a i ból, który pojawił się w ułamek sekundy później, był ziemskim bólem. Ach, ten ziemski ból! Jedyny w swoim rodzaju. Nie sposób pomylić go z niczym innym.

Próbowała się poruszyć, ale ból się nasilił. Przed jej oczyma pojawiła się niezliczona ilość świetlistych punkcików. Wiedziała, że owe punkciki nie są gwiazdami w raju, tylko objawem dojmującego bólu.

– Odzyskałaś świadomość – usłyszała kobiecy głos. – Teraz jesteś już dwiema nogami w piekle, korzystaj z tego do woli.

Nie, to niemożliwe, ten głos kłamał. To nie mogło być piekło, bo było jej bardzo zimno i miała plastikowe rurki w nosie i w ustach. Jedną wepchnięto jej do gardła i pomyślała, że przez nią za chwilę się udusi. Chciała się jej pozbyć, ale okazało się, że ma spętane ręce.

– Żartuję, to wcale nie piekło – mówił wciąż ten sam głos. – To gorsze niż piekło, choć nigdy tam nie byłam. To Villete.

Weronika mimo bólu i wrażenia, że za chwilę się udusi, w ułamku sekundy pojęła, co się stało. Usiłowała popełnić samobójstwo, lecz ktoś przybył na czas, by ją ocalić. Może jakaś zakonnica albo przyjaciółka, która zjawiła się bez zapowiedzi, bo przyniosła coś, o co Weronika prosiła, choć o tym zapomniała. Faktem było, że przeżyła i znajdowała się w Villete.

 

Villete, osławiony i posępny azyl psychiatryczny istniejący od 1991 roku, pamiętnego roku odzyskania niepodległości. Wtedy to pewna grupa europejskich biznesmenów przeświadczonych, że podział byłej Jugosławii nastąpi na drodze pokojowej (operacja wojskowa w Słowenii trwała zaledwie jedenaście dni), uzyskała zgodę na założenie szpitala dla psychicznie chorych w dawnych koszarach, opuszczonych przez wojsko z powodu wysokich kosztów utrzymania.

W miarę jednak jak rozpalały się zarzewia wojny – najpierw w Chorwacji, potem w Bośni – rosło zaniepokojenie wśród biznesmenów. Pieniądze na szpital miały pochodzić od rozproszonych po całym świecie inwestorów, których nazwisk nie znano, nie można więc było pójść do nich, tłumaczyć i prosić o cierpliwość. Postanowiono rozwiązać problem, stosując praktyki bynajmniej nie zalecane w przypadku szpitala psychiatrycznego i Villete stało się dla młodego narodu, który dopiero co wyfrunął spod skrzydeł opiekuńczego komunizmu, symbolem tego, co w kapitalizmie najgorsze – aby uzyskać miejsce w tym osławionym szpitalu, wystarczyło mieć pieniądze.

Kto pragnął pozbyć się członków rodziny niewygodnych w sporach spadkowych czy zachowujących się nieodpowiednio, płacił krocie, by zdobyć zaświadczenie lekarskie pozwalające na umieszczenie ich w Villete. Inni, uciekając przed wierzycielami lub chcąc uniknąć wieloletniego więzienia, zaszywali się na jakiś czas w szpitalu, z którego wychodzili wolni od długów i widma aresztu.

Villete, miejsce, z którego nikt nigdy nie uciekł, skupiało prawdziwych wariatów – internowanych tutaj wyrokiem sprawiedliwości bądź przeniesionych z innych szpitali, i tych, których oskarżono o szaleństwo, oraz ludzi udających obłąkanych. W związku z tym panował tu niesamowity bałagan; prasa raz po raz donosiła o złym traktowaniu chorych i nadużyciach, choć żadnemu z dziennikarzy nie udało się uzyskać zgody na wejście na teren szpitala i przyjrzenie się temu, co dzieje się w środku. Rząd badał doniesienia, ale nie zdołano zgromadzić żadnych dowodów, akcjonariusze grozili, że rozprzestrzenią pogłoskę o trudnościach stwarzanych zagranicznym inwestorom, lecz sama instytucja ciągle rosła w siłę.

 

Weronika usłyszała ten sam kobiecy głos.

– Moja ciotka zabiła się kilka miesięcy temu. Osiem lat niemal nie wychodziła ze swojego pokoju, jadła, tyła, paliła, brała środki uspokajające i prawie cały czas spała. Miała dwie córki i kochającego męża.

Weronika bezskutecznie próbowała odwrócić głowę w kierunku dochodzącego głosu.

– Widziałam jeden jedyny raz, jak zerwała z rutyną. W dniu gdy mąż znalazł sobie kochankę. Wywołała wtedy skandal, straciła kilka kilogramów, potłukła parę kieliszków i przez wiele tygodni jej krzyki nie pozwalały spać sąsiadom. Choć zabrzmi to absurdalnie, myślę, że był to najszczęśliwszy okres w jej życiu, bo wtedy o coś walczyła, czuła, że żyje, że jest w stanie sprostać wszelkim wyzwaniom.

„Co ja mam z tym wspólnego? – pomyślała Weronika, niezdolna wydobyć z siebie głosu. – Nie jestem niczyją ciotką i nie mam męża!”.

– W końcu mąż rzucił kochankę – ciągnęła dalej kobieta. – Ciotka stopniowo wracała do swej zwykłej bierności. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie z nowiną, że pragnie zmienić swoje życie – już rzuciła palenie. Jeszcze w tym samym tygodniu, by uśpić głód nikotynowy, zaczęła zażywać więcej środków uspokajających, po czym uprzedziła wszystkich domowników, że gotowa jest targnąć się na swoje życie. Nikt jej nie uwierzył. Któregoś ranka zostawiła mi pożegnalną wiadomość na sekretarce. Otruła się gazem. Przesłuchiwałam wiele razy tę wiadomość. Nigdy nie znałam ciotki tak spokojnej, pogodzonej z losem. Mówiła, że nie czuje się ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa i tego nie może dłużej znieść.

Weronika współczuła tej kobiecie, która opowiadała historię swojej ciotki, próbując dociec, co popchnęło ją do samobójstwa. Bo jak – w świecie, gdzie wszyscy starają się przeżyć za wszelką cenę – osądzać tych, którzy decydują się na śmierć?

Nikt nie ma prawa ich osądzać. Każdy zna ogrom swego cierpienia i tylko on sam może ocenić, czy jego życie ma sens. Weronika chciała to wytłumaczyć, ale przeszkadzała jej rurka wtłoczona do gardła. Zaczęła się krztusić i kobieta przyszła jej z pomocą.

Zobaczyła, jak pochyla się nad jej ciałem skrępowanym, podłączonym do rozlicznych tub, zabezpieczonym przed zakusami autodestrukcji. Poruszyła głową z boku na bok, błagając wzrokiem, by wyjęto jej z gardła rurkę i pozwolono umrzeć w spokoju.

– Jesteś zdenerwowana – powiedziała kobieta. – Nie wiem, czy żałujesz, czy nadal chcesz umrzeć, ale mnie to nie interesuje. Obchodzą mnie jedynie moje obowiązki. A w myśl regulaminu, gdy pacjent jest wzburzony, powinnam mu wstrzyknąć środek uspokajający.

Weronika przestała się rzucać na łóżku, ale pielęgniarka już wbiła jej igłę w ramię. Wkrótce potem Weronika wróciła do osobliwego świata, świata bez snów, gdzie jedynym zapamiętanym obrazem była twarz dopiero co ujrzanej kobiety: zielone oczy, kasztanowe włosy i całkowita obojętność właściwa ludziom, którzy wykonują to, co im nakazano, nie kwestionując zasad regulaminu.

 

Paulo Coelho usłyszał historię Weroniki w trzy miesiące później, podczas kolacji w algierskiej restauracji w Paryżu. Opowiedziała mu ją przyjaciółka, także Słowenka i także Weronika, córka ordynatora szpitala w Villete.

Potem, gdy postanowił napisać o tym książkę, chciał zmienić imię swej przyjaciółki Weroniki na Blaskę, Edwinę czy Mariecję albo na inne słoweńskie imię, by czytelnikowi nie myliły się Weroniki. W końcu jednak zdecydował się pozostawić rzeczywiste imiona. Ilekroć wspomni o swej przyjaciółce Weronice, będzie ją nazywać „przyjaciółką Weroniką”. Jeśli zaś mowa będzie o drugiej Weronice, to nie chciał jej dodatkowo określać. Mówienie o niej, głównej bohaterce książki, „Weronika wariatka” czy „Weronika, która targnęła się na swoje życie” z pewnością znudziłoby czytelnika. Tak czy owak on sam i jego przyjaciółka Weronika zaistnieją tylko w tym krótkim fragmencie książki.

Przyjaciółka Weronika była oburzona zachowaniem swego ojca, zwłaszcza że sprawował on funkcję dyrektora szanowanej instytucji i pisał pracę, którą miało zaopiniować szacowne grono profesorów.

– Czy wiesz, skąd się wziął „azyl”? – spytała. – Od prawa, które mieli ludzie jeszcze w średniowieczu. Pozwalano im chronić się w kościołach i miejscach świętych. Prawo do azylu rozumie każdy cywilizowany człowiek! Jak więc mój ojciec, dyrektor azylu psychiatrycznego, mógł wobec chorego postąpić w ten sposób?

Paulo Coelho chciał poznać dzieje Weroniki w szczegółach, bo miał po temu wspaniały powód.

On również przebywał w zakładzie psychiatrycznym, czy też raczej w hospicjum, bo tym mianem określano szpitale tego rodzaju. I zdarzyło się to nie jeden, ale aż trzy razy – w 1965, 1966 i 1967 roku. Miejscem jego odosobnienia była klinika doktora Eirasa w Rio de Janeiro.

Czemu go tam umieszczano, pozostało dla niego do dziś niejasne. Być może, rodzice byli zdezorientowani jego popadaniem ze skrajoności w skrajność, od nieśmiałości do ekstrawertyzmu, albo bezradni wobec jego pragnienia bycia „artystą”, co w rodzinie uchodziło za najprostszy sposób na to, by się stoczyć i umrzeć w nędzy.

Gdy o tym myślał, a czynił to z rzadka, przypisywał prawdziwe szaleństwo lekarzowi, który zgodził się zamknąć go w hospicjum bez żadnego konkretnego powodu. Jak to bywa w niejednej rodzinie, najczęściej tłumaczy się rodziców tym, że nie wiedzieli, co robią, podejmując tak drastyczne decyzje, i zrzuca się winę na innych.

Paulo roześmiał się na wieść o tym, że Weronika pozostawiła osobliwy list do prasy, w którym protestowała przeciw ignorancji znanego francuskiego czasopisma wobec jej kraju.

– Nikt nie zabija się z takiego powodu.

– Dlatego list nie miał żadnego oddźwięku – powiedziała przyjaciółka Weronika. – Zresztą nie dalej jak wczoraj, gdy meldowałam się w hotelu, zapytano mnie, czy Słowenia to miasto w Niemczech.

„Tego rodzaju historie są na porządku dziennym” – pomyślał Paulo. Wielu obcokrajowców uważało argentyńskie miasto Buenos Aires za stolicę Brazylii.

Ale oprócz tego, że cudzoziemcy często gratulowali mu uroku miasta, o którym sądzili, że jest stolicą jego ojczyzny, choć tak naprawdę znajdowało się w sąsiednim kraju, Paula Coelho łączył z Weroniką wspomniany już pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych, „skąd nigdy nie powinien był wyjść”, jak to pewnego razu skomentowała jego pierwsza żona.

A jednak wyszedł. Opuściwszy klinikę doktora Eirasa, zdecydowany nigdy już tam nie wrócić, poprzysiągł sobie dwie rzeczy: opisać swoje doświadczenia i opublikować je dopiero po śmierci rodziców. Nie chciał ich ranić, gdyż oboje dość już wycierpieli, obwiniając się za to, co zrobili.

Jego matka zmarła w 1993 roku, a ojciec w 1997 roku skończył osiemdziesiąt cztery lata i pomimo stwierdzonej rozedmy płuc (choć nigdy nie palił), pomimo odżywiania się mrożonkami (bo żadna gosposia nie była w stanie znieść jego humorów), był w pełni władz umysłowych i cieszył się doskonałym zdrowiem.

Tak więc Paulo, usłyszawszy historię Weroniki, odkrył wspaniały sposób na opisanie swych przeżyć bez łamania złożonej sobie obietnicy. Choć sam nigdy nie myślał o samobójstwie, doskonale znał kulisy szpitala psychiatrycznego: metody leczenia, stosunki między lekarzami i pacjentami, komfort i lęk związany z przebywaniem w takim miejscu.

A teraz zostawmy Paula Coelho i jego przyjaciółkę Weronikę – raz na zawsze opuszczają teraz łamy tej książki – i powróćmy do naszej historii.

 

Weronika nie wiedziała, jak długo spała. Pamiętała jedynie, że gdy obudziła się w pewnym momencie, wciąż jeszcze podłączona do aparatury reanimacyjnej, usłyszała:

– Czy chcesz, by cię zaspokoić?

Ale teraz, rozglądając się po pokoju szeroko otwartymi oczyma, nie wiedziała, czy zdarzyło się to naprawdę, czy była to tylko halucynacja. Prócz tego nie pamiętała nic, zupełnie nic.

Nie miała już rurek w nosie ani w ustach, ale igły wciąż tkwiły w jej ciele, elektrody w okolicach serca i na głowie, a ręce nadal były przywiązane. Leżała nago, okryta jedynie prześcieradłem i choć drżała z zimna, nie chciała o nic prosić. Ograniczona zielonym parawanem przestrzeń zastawiona była urządzeniami do intensywnej terapii, jej łóżkiem oraz białym krzesłem, na którym siedziała pielęgniarka zagłębiona w lekturze jakiejś książki.

Ta kobieta dla odmiany miała ciemne oczy i czarne włosy. Mimo to Weronika nie była do końca pewna – może właśnie z nią rozmawiała przed kilkoma godzinami, a może dniami?

– Czy pani może mi odwiązać ręce?

Pielęgniarka podniosła wzrok, rzuciła lakoniczne „nie” i wróciła do swojej książki.

„Nadal żyję – pomyślała Weronika – i wszystko zacznie się od nowa. Będę musiała pobyć tu jakiś czas, dopóki nie stwierdzą, że jestem całkiem normalna. Potem mnie wypiszą i znów zobaczę ulice Lublany, okrągły plac, mosty, ludzi na ulicach śpieszących do pracy i wracających do domu.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com