Waterloo - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Waterloo - Zuzanna Morawska

Powieść wydana w 1914 roku. Akcję rozpoczyna przybycie polskiego majora po tułaczce wojennej do małej belgijskiej wioski Waterloo. Wioska za sprawą samego Napoleona wkrótce stanie się sławna. Zuzanna Morawska (1840–1922) była polską pisarką dla dzieci i młodzieży, działaczką oświatową. Jej utwory odznaczają się wysoką wartością pedagogiczną. W latach 1886–1898 prowadziła z W. Rafalską tajną pensję pod nazwą Szkoły Rzemiosł. W 1905 roku została aresztowana i więziona do 1906 roku. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Bluszczem”. Autorka powiastek dla małych dzieci: „Z życia małych dzieci”, „Nasi znajomi”, „Lalka panny Gosi” oraz poczytnych powieści historycznych dla młodzieży: „Wilcze gniazdo” (1885), „Giermek książęcy” (1890), „Jerzy Jaszczur-Bażeński” (1898), „Król kurkowy” (1899), „Na zgliszczach Zakonu” (1911), „Rotmistrz wybraniecki”, „Złota ostroga” (1901), „Na posterunku”, „Nigdy”, „Waterloo”, „Na straży” (1917). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Waterloo - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Waterloo - Zuzanna Morawska






Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Pan major
  2. ROZDZIAŁ II Gość
  3. ROZDZIAŁ III Młodzież
  4. ROZDZIAŁ IV Uroczystość
  5. ROZDZIAŁ V Gdzie ja jestem?
  6. ROZDZIAŁ VI Major Zbierski i Staszic
  7. ROZDZIAŁ VII Kasia
  8. ROZDZIAŁ VIII Narady
  9. ROZDZIAŁ IX W zaułkach
  10. ROZDZIAŁ X Wigilia Bożego Narodzenia
  11. ROZDZIAŁ XI Anioł Stróż
  12. ROZDZIAŁ XII W Wiedniu i Warszawie
  13. ROZDZIAŁ XIII Pierwsze próby
  14. ROZDZIAŁ XIV Czy pozwolą?
  15. ROZDZIAŁ XV Wyjazd
  16. ROZDZIAŁ XVI Lampa
  17. ROZDZIAŁ XVII Co?
  18. ROZDZIAŁ XVIII Szachy
  19. ROZDZIAŁ XIX We Francji
  20. ROZDZIAŁ XX Gra wyobraźni
  21. ROZDZIAŁ XXI Na ulicy Piwnej
  22. ROZDZIAŁ XXII W Berlinie
  23. ROZDZIAŁ XXIII Zobaczymy!
  24. ROZDZIAŁ XXIV Waterloo
  25. ROZDZIAŁ XXV Kto?
  26. ROZDZIAŁ XXVI Nareszcie
  27. ROZDZIAŁ XXVII W kraju
  28. PRZYPISY
  29. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Pan major

Po klęsce Napoleona pod Lipskiem w roku 1813 major Wiktor Zbierski stracił zupełną nadzieję co do przyszłości swojej i kraju. Był jednym z tych, którzy do ostatka walczyli w szeregach księcia Józefa. I jednym z tych, co jego zwłoki wydobywali z Elstery. Po tylu bolesnych klęskach major nie mógł wracać do kraju. Sterany na duchu i ranny przedostał się do Belgii wraz z wielu innymi rozbitkami. Nagle zachorował i musiał pozostać w małej belgijskiej wiosce, zwanej Waterloo i u wieśniaka imieniem Loretz zamieszkał.

Towarzysze jego pociągnęli do miast, on obiecywał sobie pójść za nimi, gdy tylko do sił przyjdzie. Ale siły nie przychodziły.

Zeszła jesień, rozpoczęła się zima i rok 1814. Zbierski przyszedł wprawdzie do siebie, chciał iść do jakiegoś miasta, szukać towarzyszów i pracy, ale wieśniak, u którego mieszkał, rzekł:

– Co po próżnicy będziecie szukali wiatru w polu! Zima, zostańcie, z wiosną pójdziecie.

Dobry był człowieczysko, a też litościwego serca, bo podczas choroby oboje z żoną pilnie go doglądali. Zbierski niewiele mógł płacić, skromne jego fundusze do cna się wyczerpały. Nie miał też i z czym puścić się w dalszą podróż, posłuchał rady swego gospodarza i pozostał.

– Z wiosną może się coś odmieni, może coś z kraju nadeślą... Pisałem przecież.

I westchnął.

Wieśniak nauczył go pleść koszyki i krzesła ze słomy i tak jakoś zima przeszła. Przeszła na tej pracy i na wspomnieniach o kraju i swoich. Rozmyślał o swojej żonie, ukochanej Marysi, z którą wśród roku pożycia zaznał tyle szczęścia i o synku, który miał zaledwie kilka tygodni, gdy on kraj opuszczał. Rozmyślał też i o gospodarstwie. Dzierżawił bowiem wioskę w Zamojszczyźnie, którą za staraniem wuja swej żony, księdza Stanisława Staszica, otrzymał.

Pod opieką też tego zacnego wuja zostawił żonę i synka.

– Pod taką opieką źle im nie będzie – mówił, wychodząc.

Lecz od wyjścia miał tylko raz od nich wiadomość. Był jeszcze we Włoszech. Otrzymał nie tylko wiadomość, ale i zasiłek pieniężny przez jednego z tamtych stron przybyłego do legionów.

– Ale to było dawno, bardzo dawno! – westchnął.

I teraz w długie wieczory rozpamiętywał.

– Gdzie to ja nie byłem! Najpierw we Włoszech w legionach, to było w roku 1798... potem w Egipcie... Napoleon był wtedy jeszcze generałem... potem na San Domingo – mało nie umarłem z żółtej febry, Pan Bóg mnie salwował... potem Napoleon został cesarzem, szedł do Polski, ale byłem chory – nie wołali, zostawili w szpitalu... Potem w Hiszpanii – piękny kraj, ale nasz piękniejszy – potem Napoleon ciągnął na Rosję – ja znów leżałem w szpitalu, rany były tak żywe.

Westchnął.

– Nie szczęściło mi się. A byłbym poszedł, ach, jak byłbym poszedł, byłbym może i do swoich zawrócił.

Znów westchnął.

– I tym, co poszli, też się nie szczęściło. Dużo zginęło w śniegach, ale byli i tacy, co wrócili, może i ja byłbym wrócił... – rozmyślał dalej. – Potem wołali, że książę Józef w Krakowie, że nowa wojna... Przedostałem się do owego miasta – myślałem, że dostanę się do swoich – doszedłem do Krakowa, gdy akurat książę Józef wychodził – jakże było wtedy myśleć o odwiedzeniu swoich, przecież to despekt! Jeszcze ja – major. Poszedłem – dostałem się do korpusu 8, którym dowodził książę Józef, miałem swoją dywizję, no i już z nim byłem, byłem do ostatniej chwili.

Westchnął i łza stoczyła mu się po policzkach. Że zaś te wszystkie wspomnienia wypowiadał półgłosem po polsku, poczciwy belgijski wieśniak i jego rodzina nie rozumieli tego.

Dzieci nawet mówiły:

– O, już się modli!

I cichły zwykle wtedy, żeby tej modlitwy nie przerywać.

I oto pewnego dnia, gdy zakończył rozpamiętywanie, zamyślił się. Po chwili wrzasnął z całej siły:

– Boże, jakże to dawno, jak dawno!

Spojrzano na niego, ale nie pytano, nie dziwiono się nawet.

A on wciąż powtarzał:

– Ach, jak to dawno, jak dawno! Toż to już lat szesnaście. Mój synek, mój mały Staś jest już chłop prawie pod wąsem... nie zna swojego ojca i ja go nie znam!

I począł szlochać, płakać i wić się, jakby go wielka choroba dotknęła.

Wieśniak i jego żona zaczęli go pocieszać, otoczyli staraniem, położyli do łóżka. Dzieci pokryły się w kąty, matka przykazała, żeby były cicho, a potem rzekła:

– Ot, nowy kłopot, jeszcze zamrze...

– To go pochowamy! – odparł mąż ze zwykłym sobie spokojem i, pykając fajeczkę, wiązał dalej koszyk.

Major jednak nie umarł. Uspokoił się, wziął się nawet do roboty, spełniał ją, ale stał się tak milczący, że słowa z niego nie można było wydobyć.

Był wysokiego wzrostu i doskonałej budowy. Mimo strasznych przejść i ran trzymał się wciąż doskonale, teraz wychudł, oczy mu zapadły, włosy, niegdyś bujne i ciemne, zrzedniały, połyskując srebrnymi nitkami.

Miał dopiero lat 40, wyglądał na 60.

Loretzowa nie mówiła teraz o jego śmierci, martwiła się jednak jeszcze więcej, a pokazując na czoło, dawała do zrozumienia, że mu czegoś brakuje.

Loretz zaś machał tylko ręką i mówił:

– Wszystko jedno: dobry z niego robotnik, spełnia wszystko, co mu każę, nie trzeba trzymać parobka, a na wiosnę we wszystkim pomoże.

A wiosna ze swymi oparami i mgłą wilgotną ciągnąca od morza szybko nadciągała.

Prześwietlało słabe słonko i chwilami zdawało się mówić:

– Zwalczę mgły i jasnymi promieniami zaleję stęsknioną ziemię.

A Zbierski dalej pracował. Milczał jednak, a na zapytania krótko odpowiadał.


ROZDZIAŁ II

Gość

Pewnego dnia, w połowie maja, Loretz wraz ze Zbierskim powrócili z pola na południe. Opatrywali właśnie w podwórzu pług, majstrując przy nim zawzięcie, gdy coś zaturkotało przed domkiem. Wieśniak, jako gospodarz, poszedł zobaczyć, kto przybył. Zbierski nie podniósł nawet głowy od swej roboty.

Po chwili usłyszał wołanie gospodarza:

– Sieur1 Victor! Sieur Victor!

Ten położył młotek, którym jakiś gwóźdź wbijał i powlókł się przed domek. Zaledwie doszedł, dwoje ramion objęło go serdecznym uściskiem.

Zbierski z początku stał obojętny, po chwili wszakże, jakby go rozgrzał ten uścisk, twarz mu się ożywiła, oczy zamigotały i zarzuciwszy swe wychudłe ramiona na szyję przybyłego, zawołał:

– Jędrek Garski, to ty!

Chwilę tak stali w uścisku. Aż rozplotły się ich ramiona, a przybyły rzekł:

– Ledwie cię odszukałem, majorze, drogi majorze!

– Poczciwy, zacny Jędruś! Ale jakże się o mnie dowiedziałeś?

– Ech, kto ma język i dobra wolę, wszystkiego się dowie.

Przypatrywał się chwilę dawnemu towarzyszowi, smutek przebiegł po jego twarzy, aż rzekł, oglądając się dookoła:

– Zbiedzony jesteś, wieśniacza strawa mniej ci jakoś plaguje, niż wojaczka.

W miejsce odpowiedzi Zbierski machnął ręka, oczy mu znów przygasły i tęsknica na twarz wypełzła.

Gospodarz tymczasem przypatrywał im się z boku. Dostatnie ubranie przybyłego, jego wygląd zdrowy, czerstwy, obejście pańskie wprost mu zaimponowały.

Rzekł więc:

– Proszę do pokoju, bardzo proszę!

I drzwi na rozcież otworzył, do porządnie utrzymanej, choć prostymi sprzętami zastawionej gościnnej komnaty, którą tylko w uroczyste święta otwierano.

Loretzowa tymczasem z łyżką w ręce wyjrzała z kuchni i zaraz się schowała. Wygląd bowiem przybyłego zaimponował jej tak samo, jak i mężowi. Pan Jędrzej zaś, nim próg przestąpił, rzekł:

– Pozwólcie, niech najpierw zaspokoję poczciwca, który mnie przywiózł.

I poszedł do jednokonnego porządnego wózka, oczekującego przed furtką, prowadzącą do wieśniaczej zagrody.

– Mój przyjacielu – rzekł do woźnicy – gdy koń twój odpocznie, za jakieś parę godzin pojedziemy z powrotem. Tymczasem macie tutaj za przywiezienie.

Loretz tak był zaciekawiony gościem, że z oka go nie spuszczał. Dostrzegł też, że ten wyjął pieniądze z dobrze napełnionego woreczka i dał woźnicy, poprawiającemu coś około uprzęży dobrze wypasionego, choć nieco zdrożonego konika.

Po oddaleniu się Garskiego, poczęstował woźnicę tabaką, wdał się z nim w pogawędkę, która widocznie wypadła na korzyść przybyłego. Otworzył więc wrota i zaprosił woźnicę w podwórko. Pozwolił mu nawet wprowadzić konia do stajni i własnoręcznie naciągnął wody ze studni.

Przybyły zaś, powróciwszy do komnaty, zapytał:

– Czemu osiadłeś w tej dziurze, majorze?

– Chorowałem. Zresztą cóż miałem robić?! – I znów machnął ręką.

– Że chorowałeś, to widać. Ale ja cię wyleczę i do porządku przyprowadzę – dodał, kładąc rękę na ramieniu towarzysza. Spojrzał potem przenikliwie na jego zbiedzoną postać, wytarta, zniszczoną odzież.

– Gdy tęsknica coraz więcej się w serce wżera, to już żadne leki nie pomogą – rzekł Zbierski ze zniechęceniem.

– Ho, ho! Mój bracie, smutek i tęsknica to źli doradcy, ale jedno i drugie wypędzimy!

Zbierski potrząsnął głową.

– Jeszcze nam wszystkim słonko zaświeci, ot tak, jak te promienie, które wpadają w tej chwili! – zawołał pan Jędrzej.

Rzeczywiście, cała smuga światła wpłynęła przez niewielkie okienka, oblewając złotym blaskiem sprzęty, robotę koszykarską i dwóch ludzi, stojących naprzeciw siebie. Ludzi tak różniących się wyglądem, a tak widocznie bliskich sobie.

Zbierski mrugnął oczami jakby mu to słońce wzrok raziło, po jego twarzy spłynęły dwie wielkie łzy.

– Tfu! – zawołał Garski – zaczynasz mazać się jak baba! To niegodne takiego, jak ty, wojaka.

Lecz Wiktor nie zważał na to, ale ukrywszy twarz w wychudzonych dłoniach, szlochał, jak dziecko.

Wtedy Garski wziął płaczącego w ramiona i, tuląc do piersi, mówił:

–Żre cię tęsknica na dobre, ale wszystko się skończy, wrócimy do kraju.

– Do kraju!? – powtórzył głuchym głosem major – do kraju!

A z każdym wypowiedzeniem tego magicznego wyrazu, głos jego nabierał dźwięczności, oczy z łez osychały, zaczynając pałać dziwnym blaskiem.

– Tak, tak, do kraju! Siedząc tutaj nie wiesz o niczym, a tam w kraju są duże zmiany...

– Zmiany? Jakie, jakie?

– Słyszałeś chyba o kongresie zbierającym się w Wiedniu.

Zbierski szeroko oczy otworzył.

– Co to jest? – zapytał.

– Monarchowie po uwięzieniu Napoleona na wyspie Elbie...

– Co, co? – przerwał major.

– A tak, zaraz po bitwie pod Lipskiem przedostał się wprawdzie do Francji, zebrał jakieś takie siły, ale wkrótce dostał się w ręce państw przeciw sobie sprzymierzonych. Władcy tych państw osadzili go na wysepce Elbie i kazali patrzeć na błękitne fale Morza Śródziemnego.

– Taki wódz, taki wielki cesarz! – przerwał znów Zbierski.

– Kara to za naszą krew, którą dla jego sprawy przelewaliśmy, kara za złudne obietnice, których nam nigdy nie dotrzymywał! – wyrzucił z gniewem i niechęcią przybyły.

Ale Zbierski nie słyszał tego. Pobiegł myślą za uwięzionym i bolał nad tym wielkim, którego tylokrotnie widział wśród walki, dającego rozkazy, który mu własnoręcznie przypiął krzyż zasługi, mianował majorem, a którego mimo ciężkich lat w jego służbie przebytych, gorącym był wielbicielem.

– Otóż po uwięzieniu Napoleona, władcy Prus, Rosji i Austrii zebrali się w Wiedniu na narady, a cesarz rosyjski, Aleksander I, który obejmuje Księstwo Warszawskie, pozwolił wszystkim Polakom wrócić do kraju.

– Do kraju! – westchnął major.

W głosie jego wszakże nie brzmiała owa błogość, co poprzednio, lecz jakiś bezgraniczny smutek.

Garski spojrzał na niego i szepnął sobie:

– Nieuleczalny Napoleonista!

I teraz zrozumiał, że trzeba postępować ostrożnie, bo najlepsza wiadomość, wypowiedziana od razu, może go zabić lub umysł jego zbłąkać. Przestał więc mówić o rzeczach bieżących, a zwrócił się do niedawnej przeszłości. Byli razem pod Lipskiem, razem wydobywali ciało księcia Józefa z Elstery, razem poszli na tułaczkę, a dopiero od przybycia do Belgii losy ich się rozdzieliły.

Wspomnień więc było niemało. Przy tych wspomnieniach Zbierski nieco się ożywił, wtedy Garski rzekł:

– My tam w Brukseli...

– To ty w Brukseli? – przerwał Wiktor.

– A jakże, jest nas tam sporo. Niektórzy znaleźli pracę, ja przy naprawie kanałów. Często mówimy o tobie, trzymamy się razem, a wieści ze świata często do nas przychodzą – ciągnął dalej przybyły, spoglądając na towarzysza.

Nagle zapytał:

– Przechowałeś jaką broń, majorze?

– A jakże, a jakże, mam szablę, którą do ostatniej chwili walczyłem i pistolet, ale ten bardzo popsuty. Czekaj, zaraz ci to przyniosę! – dodał z ożywieniem.

Wyszedł.

Garski popatrzał za nim i pomyślał:

– Uratujemy go, z pewnością uratujemy. Tylko trzeba powoli sączyć lekarstwo, a najważniejszą dawkę zostawić na koniec.

Wyjął list z kieszeni, popatrzał i schował.

– Nie można – pomyślał – jeszcze za wcześnie, wieść taka mogłaby mu rozum pomieszać, on jest chory. Nie pyta o żonę, o syna, czyżby o nich zapomniał? Dziwne, dziwne – powtarzał.

Wtem wrócił major, a wyjmując starannie owiniętą szablę, rzekł:

– Pochwy nie ma, zatraciłem w odwrocie, ale mimo to nie zardzewiała, błyszczy.

I zamigotał nią przed oczami towarzysza. Słońce, wdzierające się przez okno, rzuciło swoje blaski, dodając jej jeszcze więcej połysku.

– Prawda, doskonale przechowana – rzekł Jędrzej, dotykając błyszczącej stali. – Nawet naoliwiona! – dodał.

– A jakże, żołnierz zawsze powinien być w pogotowiu! – odparł z ożywieniem Zbierski.

– Rozumie się! A teraz nawet konieczne, pozwolono nam bowiem wracać z bronią w ręku do kraju.

– Z bronią w ręku, z bronią w ręku, powiadasz? – pytał z błyskiem w oczach major.

I podniósł szablę tak, jakby nią salutował generała.

– To ja powinienem przed tobą salutować, bo niższy rangą – rzekł przybyły.

Zbierski machnął ręką, ale stał uśmiechnięty, a słońce muskało wciąż szablicę, zaglądając mu w oczy, tchnące radością.

– Nie tylko pozwolono nam wrócić z bronią w ręku, ale także i na przewiezienie zwłok księcia Józefa do kraju – wypowiedział Garski, patrząc na odmłodzonego tą wieścią towarzysza.

– Co mówisz? Ten ukochany wódz nasz, te jego zwłoki spoczną w ojczystej ziemi! – zawołał z ożywieniem Zbierski.

– Tak, tak, mój bracie! Trzeba nam więc zbierać się, żebyśmy razem z nim weszli do kraju – mówił przybyły, patrząc na dziwnie ożywionego i odmłodzonego towarzysza.

– Przechowałem nawet mundur; zniszczony, podziurawiony kulami, ale to nic, niech widzą, że żołnierskiego chleba nie jadłem na próżno! – mówił Zbierski – jtylko nie mam karabina...

– Wszystkiemu się zaradzi – rzekł Garski. Dobył rulonik dukatów i podał go Wiktorowi.

– Dla każdego z nas jest taki zasiłek! – rzekł.

– Dla każdego z nas? – powtórzył Zbierski. – Skąd? – zapytał, nie dotykając pieniędzy.

– Upewniam cię, że z rąk szlachetnych i bardzo a bardzo tobie... nam – poprawił się – życzliwych. Opowiem ci to z wszelkimi szczegółami – ciągnął dalej, wkładając w rękę Zbierskiego pakiecik z dukatami – a teraz, zbieraj się; wrócimy do Brukseli, a stamtąd wszyscy razem hajda!

Wiktor miał się do wyjścia, gdy dyskretnie zastukano do drzwi.

– Proszę! – odezwał się, ożywionym głosem Zbierski i drzwi otworzył.

– Niech pan zechce przyjąć poczęstunek – rzekł Loretz, stawiając dzbanek mleka, chleb i ser.

I spojrzał z zaciekawieniem na przybyłego.

– Dziękujemy ci, bardzo dziękujemy, dobry panie Loretz – zawołał z ożywieniem Zbierski. – Będzie to na pewno ostatni posiłek pod waszym dachem spożyty.

Wieśniak szeroko otworzył nie tylko oczy, ale i usta.

– Co, co? – zapytał. W myśli zaś dodał: – Masz diable kabat! Przeżywiliśmy go przez zimę, a teraz, kiedy największa robota, odchodzi. A taki doskonały robotnik!

I zafrasowany poskrobał się w głowę. Garski, domyślając się przyczyny tego frasunku, mówił:

– Mój towarzysz jest wam bardzo wdzięczny za starania i przytułek. Wdzięczność na zawsze przechowana, wynagrodzi za chleb, który mu dawaliście, ale musi niezwłocznie was opuścić.

– Ech, nie chodzi nam o wynagrodzenie – machnął ręką wieśniak – tylko nam go szkoda.

– Bóg zapłać, szczerze Bóg zapłać za wszystko – mówił Zbierski, ściskając spracowaną dłoń wieśniaka – ale trzeba mi od was, trzeba, kto inny mnie wzywa! I mnie jaśniejsza zaświeciła gwiazda! – dodał.

– Widzę ja to, widzę, boście od razu odmłodnieli! – uśmiechnął się Loretz.

O zachodzie słońca Zbierski, odziany wytartym płaszczem, z maleńkim węzełkiem, zawierającym mundur i ukochaną szablicę, wraz z towarzyszem opuszczał domek wieśniaka.

Ten zaś, jego żona i dzieci, żegnali szczerymi łzami odjeżdżającego.

Loretzowa posunęła swą gościnność do tego stopnia, że włożyła do wózka maleńki koszyczek z chlebem i wędzoną słoniną, mówiąc:

– W drodze się przyda.

Loretz zaś zawołał:

– A nie zapominajcie o nas, odwiedźcie! Będziemy wam zawsze radzi.

Wózek potoczył się drogą do najbliższej stacji pocztowej.

Słońce, spojrzawszy wielką czerwoną kulą, skryło się zupełnie. Wypłynął pyzaty księżyc. Kładł białe smugi na drodze, osrebrzał złudnym swym światłem drzewa i krzewy. Woń, ciągnąca z łąk i pobliskich rozkwitłych sadów, napawała całe przestworze.

– Upoiła ona doszczętnie biedaka, upojonego już i tak doznanymi wrażeniami – pomyślał pan Jędrzej.

Major siedział w zupełnym milczeniu. Milczał i uśmiechał się do swoich marzeń. Garski nie przerywał jego zadumy, przypatrywał mu się tylko bacznie.


ROZDZIAŁ III

Młodzież

Warszawa tymczasem brzmiała rozradowaniem. Rozradowaniem, którego dawno już nie widać było na twarzach jej mieszkańców. Ba, nie tylko ludzie, ale i domy zdawały się podzielać to rozradowanie. Odświeżano je bowiem i szczerby, jakie w nich czas i ciężkie przejścia poczyniły, zamazywano i bielono.

Nie dziw: wszakże miasto przygotowywało się na przyjęcie wracających synów, a zwłaszcza tego, który był jej najdroższym, najwięcej umiłowanym, bo najwięcej zasłużonym.

Jeżeli zaś Warszawa, kraj cały, gotował się do tej uroczystości, nie mniej cieszyła się i przygotowywała młodzież szkolna. Młodzież, wyrosła na smutnych zdarzeniach lat ostatnich.

A jeżeli wszyscy się cieszyli, to najwięcej ci, których ojcowie w odległych krajach krew przelewali, a których oni znali tylko z opowiadania.

– Może i mój ojciec wróci?

– Może nareszcie ujrzę mojego ojca! – powtarzali.

Powtarzał tak samo i Staś Zbierski. Z bijącym sercem słuchał bardziej jeszcze niż kiedyś opowiadań matki o ojcu. Opowiadań z krótkich chwil z nim przebytych, bo wcale o losie jego nie wiedziała. Nie wiedziała nawet, czy żyw jeszcze. Wśród ogólnej bowiem zawieruchy i niepokojów wojennych, listy nie dochodziły.

Pani Zbierska wraz z synem mieszkała już od lat siedmiu w Warszawie. Dzierżawa wioseczki skończyła się, Staś potrzebował nauki, zresztą tak postanowił Staszic, zacny wuj Stasia i opiekun.

Kilka miesięcy temu pani Zbierska dowiedziała się, że mąż jej żyje, i ona to na ręce Garskiego, będącego na czele stowarzyszenia wychodźców, utrzymującego stałe stosunki z krajem, wysłała zasiłek pieniężny, powiększony znacznie przez Staszica.

Pani Zbierska niewielkie swoje fundusze powiększała utrzymywaniem na stancji uczniów, chodzących do licznych szkół warszawskich.

Staś był jednym z najlepszych uczniów, był już po ukończeniu szkoły średniej, koło niego też skupiali się koledzy. I teraz oto w początku sierpnia, po skończonych wakacjach, w jego izdebce zebrało się kilkunastu kolegów.

– Trzeba nam uczcić wracających – odezwał się miody Zbierski.

– Ależ koniecznie! – przyświadczyli chórem.

– Ale jak, jak? – posypały się pytania. Milczano chwilę.

– Usypać im drogę kwiatami – odzwał się jakiś cienki głosik.

– Albo to my baby?

– Zostawmy to dziewczętom! – wołano jednogłośnie.

Pierwszy projekt upadł zupełnie, kilka innych również odrzucono.

– A gdybyśmy wybudowali bramę tryumfalną... – odzwał się Staś.

– Brawo, brawo! W górę naszego projektodawcę!

– Naszego architekta!

– Nie na próżno zamyśla kształcić się w szkole dróg i mostów! – wrzeszczano.

Wrzask ten wybiegał na ulicę przez rozwarte okienko trzeciego piętra, aż przechodnie podnosili głowę ciekawie, co się tam dzieje. I szli dalej, uśmiechając się, posłyszawszy młode głosy.

Gdy się nieco uciszyło, jeden z rozważniejszych młodzieńców rzekł:

– Panowie, trzeba najpierw prosić o pozwolenie władzy szkolnej...

– Ach, z tą władzą szkolną! – syknął inny.

– Trudno, nie można inaczej. Jeżeli chcemy być w przyszłości władzą, musimy dziś sami władzę uszanować – odzwał się jakiś sensat z emfazą.

– Rozumie się, rozumie! – powtórzono.

– Więc kiedy pójdziemy?

– Kto? – pytano.

– Znów powstały sprzeczki.

– Wszyscy, wszyscy, jak jesteśmy! – wołano.

– Do czego podobne? Przecież my to nie cała szkoła! – zawołał któryś.

– Naturalnie, nie możemy bez porozumienia się z kolegami nic postanawiać – odezwał się Staś.

– Prawda, prawda! Przecież inni będą chcieli do tego należeć – przyświadczono.

Chwilę jeszcze na ten temat rozmawiano, wreszcie ktoś rzekł:

– Po porozumieniu się z kolegami, wybierzemy delegatów, ci pójdą do władzy.

– Po co delegatów? – odezwał się jakiś głos, mający widocznie przewagę. – Kolega Zbierski pójdzie do wujaszka, naradzi się z nim i poprosi o pozwolenie.

– Wybornie! Gdy wujaszek pozwoli, wszystko będzie w porządku – odezwał się jakiś głos decydujący.

Wujaszkiem zaś młodzież szkolna nazywała Stanisława Staszica, założyciela wielu szkół, opiekuna młodzieży, który jako prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk, posiadał w tych sprawach głos, mający przewagę.

Zgodzono się też od razu na ten wniosek, pozostawało jednak dużo innych.

– Uważacie, panowie – odezwał się znów któryś – przypuśćmy, że otrzymamy pozwolenie na wystawienie bramy. Ale z czego?

Znów narady.

– Z czerwonej cegły a jour! – rzekł któryś.

– Ale skąd cegły? – zapytano.

Nowa kwestia.

– Ojciec mój jest właścicielem cegielni. Jestem przekonany, że nam nie odmówi materiału – odezwał się rozrosły blondyn, występując na środek.

– Wiwat, niech żyje Kostek! – zawołano, otaczając kolegę.

– Jest już cegła. Ale kto wystawi bramę? – mówił znów jakiś głos, po uciszeniu się radosnych wybuchów.

– My, my wszyscy! – wołano.

– Staś narysuje plan, a my wszyscy będziemy stawiać – wrzeszczano.

– Plan narysuję, ale pracować koło budowy nie będę – odrzekł młody architekt.

– Dlaczego? Dlaczego? – posypały się zapytania.

– Bo nie umiem.

Wszyscy się zastanowili.

– Prawda, żaden z nas nie ma o tym pojęcia... – mówiono po namyśle.

– Chyba poproszę wujaszka, który właśnie każe wykończać dom dla Towarzystwa Przyjaciół Nauk2. On przyśle nam kilku majstrów, a my im nieco pomożemy – mówił Staś.

Znów okrzyki radości.

– Jest więc już cegła, robotnicy, ale przecież na tej bramie trzeba będzie jakiś napis położyć – odezwał się znów Staś, gdy gwar ucichł.

– Prawda, prawda!

I znów zaczęto się naradzać.

Pisano, kreślono, aż w końcu przy wspólnych usiłowaniach ułożono napis, który według nich miał być imponujący i wyrażał najszczersze ich uczucia. Lecz nie tylko ci, co zajmowali się przygotowaniem do uroczystości i młodzież męska szkolna, ale interesowały się tym i damy z tak zwanego towarzystwa i panienki, będące na ich dworze. Szyły więc proporce i proporczyki, haftowały napisy. A jejmoście mieszczanki również się naradzały. Jedna zaś z najpraktyczniejszych rzekła:

– Uszyjemy kilkadziesiąt tuzinów koszul i ofiarujemy przybyłym...

– Pfe! – zaoponowała inna, mająca pretensję do wyższości.

– Co to pfe! – zawołały inne. – Chudziaki, może tam niejeden ma tylko to, co na sobie – odezwała się któraś.

– Nasz dar najwięcej im się przyda – poparły ją inne.

Były bowiem takie, które szyły dla tych, co szli z Napoleonem do Rosji, a wracających zaopatrywały w bieliznę. Pamiętały to doskonale.

Wśród ogólnego entuzjazmu nawet P.P. Sakramentki i Wizytki pozwoliły panienkom, będącym u nich na pensji, przygotowywać jakieś podarunki własnej roboty. Przyrzekły nawet, że pod skrzydłami dam, opiekunek klasztoru, w dzień uroczystości wyjdą, żeby oczy i serca uradować miłym widokiem i zatrzymać go na całe życie w pamięci.

Dobrze zaś, że koledzy Stasia Zbierskiego zostawili kwiaty babom. Wprawdzie nie baby, ale uczennice z klasztorów postanowiły usypać i obrzucić nimi przybywających.

Zakonnice też w ogrodach swoich hodowały kwiaty tak pilnie, jak nigdy. Nie mogąc brać udziału w uroczystości, chciały chociaż tym sposobem dać dowód, że w owej chwili serca ich wybiegały zza kraty i łączyły się z całym narodem.