Was było milion diabłów i aniołów - J. M. Stefaniuk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 284 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Was było milion diabłów i aniołów - J. M. Stefaniuk

Rok 1919. Władysław K. – młody porucznik, po pogromie ludności polskiej, w którym zamordowana zostaje jego ukochana Elżbieta Drożyńska, dezerteruje z wojska i z grupą wiernych towarzyszy wymierza sprawiedliwość na własną rękę. Prowadząc własną wojnę, staje się legendą Kresów.

 

Powieść splata losy wielu barwnych postaci tamtych lat. Klimt jest weteranem, byłym carskim szpiegiem, zabijającym bez wahania, wykonującym do końca każde zadanie. Joanna Heleńska, Janka Niewiadomska, Teresa Brylska to kobiety, dla których obowiązek służby Polsce jest ważniejszy niż ich marzenia, ale niekoniecznie silniejszy niż miłość…

 

Los postawił ich przed najtrudniejszym wyzwaniem. W cieniu rozgrywającej się w oddali Bitwy Warszawskiej dostają do wykonania zadanie, które ma zapobiec połączeniu armii bolszewickich. Mają zostać bohaterami i zginąć lub zamilknąć na wieki. Pamięć o tej historii nie może przetrwać.

 

„Was było milion diabłów i aniołów” to książka o ludziach tamtych czasów. O kalejdoskopie, w którym to, co prawdziwe przeplata się z bajaniem i legendą, w którym mieszają się przyjaźń z nienawiścią, miłość ze strachem, odwaga z tchórzostwem, życie ze śmiercią, a diabły z aniołami.

Opinie o ebooku Was było milion diabłów i aniołów - J. M. Stefaniuk

Fragment ebooka Was było milion diabłów i aniołów - J. M. Stefaniuk







Strona redakcyjna


Wstęp
Paryż, 1984 r.

Mały, korpulentny człowiek w przyciasnym garniturze biegł niezdarnie po pustych korytarzach Université Paris Panthéon-Sorbonne. Mijając olbrzymich rozmiarów portret młodej patronki uczelni, Świętej Katarzyny z Aleksandrii, jak zwykle odruchowo, nieznacznie skłonił głowę, lecz tym razem nie przystanął ani nawet nie zwolnił. Jego nierówne kroki odbijały się głośnym echem w zabytkowych podcieniach uczelni.

– Profesorze, profesorze – zasapał bardziej niż zawołał w kierunku widocznych już, pomimo panującego mroku, drzwi gabinetu szefa Katedry Historii Nowożytnej Europy. Każde drzwi miały tu trzy metry wysokości, a klamka była zawieszona tak wysoko, jakby ktoś przed kilkuset laty zaplanował zrobić na złość i upokorzyć sumiennego pracownika naukowego, za jakiego się miał niemal pięćdziesięcioletni Andre Bougart. – Profesorze – zawołał głośniej i naparł na klamkę zmuszony niemal do niej podskoczyć. – Pro­fesorze, mam niezwykłe wiadomości, sensacyjne wręcz.

– Bougart, na litość boską, skąd pan się tu wziął o tej porze?

– Niech pan posłucha, szefie. – Naukowiec, wciąż jeszcze zdyszany, dopiero teraz zauważył młodą kobietę, zapinającą środkowy guzik białej bluzki. – Madame. – Skłonił w jej kierunku głowę i od razu ciągnął dalej: – Chodzi o wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku. Pamięta pan jej największą tajemnicę?

– Pamiętam, Bougart, ale...

– No więc dziś, właśnie przed godziną rozwiązałem zagadkę, ha! – Grubas uderzył obiema otwartymi dłońmi w biurko, pamiętające czasy Ludwika XVI. Młoda kobieta niepewnie spoglądała raz na intruza, a raz na najmłodszego na całej uczelni autentycznego profesora, z którym tak cudownie rozpoczął się ten wieczór, jakże inny niż dotychczasowe studenckie wieczory.

– Ma pan na myśli odnalezienie przyczyny... – Henry Bizard, stojący u progu wielkiej kariery naukowiec, zawiesił głos i stracił nagle zainteresowanie swoją młodą towarzyszką, która powoli zaczynała rozumieć, że wspólny wieczór dobiegł już końca.

– Tak, przyczyny, dla której armie sowieckie nie połączyły się i nie uderzyły wspólnie na Warszawę. Ta tajemnica była tutaj, trzy przecznice stąd, od czterdziestu lat mieszkała w pobliżu. Poznałem ją dzisiaj i muszę natychmiast ją panu przedstawić!

* * *

Trzy tygodnie później, skromnie, ale schludnie ubrana starsza pani weszła ostrożnym krokiem na podwyższenie katedry w auli głównej Université Paris 1. Kobieta usiadła i dopiero teraz rozejrzała się ze zdumieniem po pełnej sali. Studenci siedzieli dosłownie wszędzie: na schodach, parapetach, wysokim gzymsie nad ostatnim rzędem, a nawet na podeście tuż przy mówiącej. Reszta stała w podcieniach, rozciągających się wokół półokrągłej auli, nad jej najwyższym rzędem.

– Nazywam się Joanna Heleńska. Poproszono mnie, żebym opowiedziała wam historię, która wydarzyła się wiele lat temu. Wtedy, w roku 1920, miałam dokładnie dwadzieścia lat. Mniej więcej tyle, co wy dzisiaj.

Spoglądając na młode, skupione twarze, dała jednocześnie czas asystentowi na rozwieszenie pokaźnych rozmiarów mapy Polski z lat 1921-1939. Wzrok żeńskiej części audytorium skierowany był na siedzącego obok Henry’ego Bizarda – najpopularniejszego i najprzystojniejszego profesora Sorbony.

– Dokładnie sześćdziesiąt cztery lata temu te wydarzenia zmieniły bieg wojny, która w owym czasie mogła stać się decydująca dla losów całej Europy. Bohaterami tych wydarzeń są przeważnie młode osoby, mające osiemnaście, dwadzieścia, czasem dwadzieścia kilka lat. Tacy sami ludzie jak ci, którzy są tutaj na tej sali. Tacy sami jak ci, którzy w latach czterdziestych organizowali we Francji ruch oporu. Tacy sami, którzy w sześćdziesiątym ósmym chcieli zmienić nie tylko Francję, lecz także cały świat. Poznacie ich w ciągu tych kilku następnych godzin. – Słowa odbijały się delikatnym echem po krętych, o dziwnych kształtach, drewnianych rzędach widowni. – Na początek krótkie tło historyczne. – Joanna Heleńska sięgnęła po wysoką szklankę wody ustawioną tuż przed nią. Bardzo powoli podniosła ją do ust, po czym wypiła kilka małych łyków, jakby były to ostatnie krople przed długą podróżą przez pustynię. Na zewnątrz zrobiło się niemal ciemno, a za wysokimi oknami po zachodniej stronie auli widać było szare, prawie czarne chmury zwiastujące burzę. – Pod koniec XVIII wieku europejskie mocarstwa: Rosja, Prusy i Austro-Węgry dokonały rozbioru państwa polskiego, wymazując potężny niegdyś kraj z mapy Europy. Wcześniej, przez stulecia Rzeczpospolita, bo tak zwano kraj będący unią dwóch państw: Polski i Litwy, rozciągała się od Morza Bałtyckiego na północy, po niemal Morze Czarne na południowym wschodzie. Jej bogactwo, a przede wszystkim swoboda życia, tolerancja i demokracja znane były w całej Europie. Przyciągały obywateli wielu narodowości i wyznań, w tym Niemców, Żydów, Czechów i innych, którzy uciekali przed nietolerancją we własnym kraju lub po prostu poszukiwali nowych możliwości. – Joanna wzięła kolejny łyk wody, a kilkaset osób spokojnie czekało na odstawienie szklanki, która jakimś cudem była cały czas niemal pełna. – Przez niemal sto trzydzieści lat pokolenia Polaków marzyły o wolności, walczyły w dwóch powstaniach, a także niezwykle licznie w armii napoleońskiej. Polacy żyli tym marzeniem, choć nie znali wolnego kraju. Po tych stu trzydziestu latach, wraz z zakończeniem I wojny światowej Polska odzyskała niepodległość. Wyobraźcie sobie teraz, jak czuć musieli się Polacy, kiedy zaledwie dwadzieścia jeden miesięcy później, w połowie sierpnia 1920 roku Armia Czerwona znów stanęła na przedmieściach Warszawy – mówiła coraz mniej spokojnie kobieta i choć w ciągu ostatnich kilku dni powtarzała tę historię już po raz kolejny, to znowu, gdyby niecałkowicie już ciemne niebo za oknem, najbliżej siedzący bez trudu zobaczyliby w jej oczach łzy. – Wszyscy myśleliśmy wtedy, że to jakiś zły sen – kontynuowała po krótkiej przerwie. – Wojna wydawała się przegrana, a dalsza walka beznadziejna. Państwo polskie znów miało przestać istnieć. – Joanna spojrzała czule na siedzącą w pobliżu młodą, czarnoskórą dziewczynę, która, wskazana przez władze Wydziału jako studentka zainteresowana I wojną światową, pełniła funkcję asystentki. – Twoja kolej, kochanie.

Dziewczyna, pomimo swej olbrzymiej tuszy, wstała energicznie i poprawiając duże, rogowe okulary podeszła do tablicy, na której wisiała rozwieszona wcześniej mapa.

– Siły strony radzieckiej rozdzielone były przez bagna Prypeci na dwa fronty: południowy i północny – rozpoczęła bez żadnych wstępów nowa prelegentka. – Bagna te ciągną się przez setki kilometrów kwadratowych i w tamtym czasie były trudne do pokonania, nawet dla dobrze przygotowanej, małej grupy wędrowców. Dla armii początku stulecia obszar ten był całkowicie niedostępny dla prowadzenia jakichkolwiek działań. Na początku sierpnia 1920 roku front północny doszedł już do Warszawy i okrążał ją od północy. Front południowy, którego siłą napędową była I Konna Armia, siejąca postrach na terytorium całej Azji i Europy Wschodniej, zbliżał się do Lwowa. – Młoda studentka dokładnie pokazywała wymieniane miejsca na olbrzymiej mapie, a na jej skroni pojawiły się małe kropelki potu. – Charyzmatyczny przywódca Polaków, Józef Piłsudski, musiał postawić wszystko na jedną kartę – kontynuowała bez żadnej przerwy. Ściągnęła w tym czasie okulary i przetarła je chusteczką, która niepostrzeżenie pojawiła się w jej dłoni. – Opracował plan koncentracji wojsk w środkowej części frontu i zaplanował zmasowany kontratak na tyły przeciwnika. – Jej okulary znalazły się ponownie na swoim miejscu, a dziewczyna sugestywnym gestem, składając dłonie razem, zrobiła gwałtowny ruch w kierunku wschodniej części mapy, a następnie rozłożyła pulchne ramiona śmiesznym, zamaszystym ruchem, imitując uderzenie na tyły przeciwnika. – Podstawą sukcesu było osobne rozprawienie się najpierw z armiami frontu północnego, a następnie południowego. Aby nie dopuścić do połączenia sił sowieckich, Polacy musieli liczyć nie tylko na zaskoczenie i siłę własnej armii, lecz także na dużo szczęścia. Szanse powodzenia były tak małe, że sami, w swojej tradycji, nazwali tę bitwę Cudem nad Wisłą. Do dziś historycy zastanawiają się, jak to się stało, że losy przegranej już niemal wojny odwróciły się tak gwałtownie – zakończyła Genevra Bukundrii i z satysfakcją spojrzała na staruszkę.

– Tak, w cieniu tej wielkiej rozgrywki, angażującej setki tysięcy żołnierzy po obydwu stronach konfliktu – wróciła do głosu Joanna – w cieniu decydującej o wszystkim bitwy o Warszawę, kilkanaście tygodni wcześniej, dwóch wysokich rangą oficerów w tajemnicy przed wszystkimi postanowiło wziąć los wojny w swoje ręce, a dokładnie powierzyć go dwóm innym żołnierzom: weteranowi i dezerterowi, którzy otrzymali zadanie mające zapobiec połączeniu radzieckich armii.

Starsza kobieta ściszyła głos, lecz słychać ją było wyraźnie w pełnej skupienia ciszy.

– Znałam tych dwóch żołnierzy. Moja opowieść o nich zaczyna się od pewnego jesiennego popołudnia, 11 listopada 1918 roku, na warszawskim dworcu kolejowym...


Część 1
A kiedy trzeba [1]


Rozdział 1
Władysław K.

– Ale jest pięknie! – Ciche westchnienie rozkoszy wydostało się z ust Władysława K., eleganckiego młodego człowieka, stojącego na peronie pierwszym warszawskiego dworca kolejowego. Mężczyzna przymknął lekko oczy i skierował twarz w stronę jesiennego słońca.

Postał tak przez chwilę, po czym ponownie odetchnął i otworzywszy oczy, zaczął rozglądać się po zatłoczonym peronie. Tłum cywili przemieszczał się bez planu to w jedną, to w drugą stronę. Wszędzie widać było pocałunki, ostatnie rady, wciskane kartki z adresami, ruloniki z pieniędzmi, kanapki i setki innych drobiazgów, które miały im później przypominać normalny świat. Orkiestra wojskowa leniwie rozkładała instrumenty, zwiększając jeszcze i tak już olbrzymie zamieszanie i harmider, wzmagany co jakiś czas próbami trąbki, puzonu czy talerza przenośnej, mocowanej na brzuchu perkusji.

Jakiś mizernego wzrostu podoficer skrzekliwie krzyczał głosem starej, potężnej kobiety, instruując żołnierzy znajdujących się na dachu stacji i mocujących całkiem przekrzywiony, dumny napis „Niech żyje Wolna Polska!”.

– Prosto, kurwa, do góóóóry! – zawołał ostatkiem sił i ściągnął za dużą czapkę, żeby przetrzeć zroszone potem czoło.

Wielu poborowych zajęło już miejsca w środku bydlęcych wagonów i teraz wyglądali przez otwarte drzwi, wzrokiem poszukując bliskich, choć było to mocno utrudnione przez kłęby pary, wydostające się regularnie spod lokomotywy.

Stojący na peronie Władysław K. wyłowił wzrokiem z tłumu dwie eleganckie kobiety, które niepewnie spoglądały tam, gdzie przed chwilą zniknął, odprowadzany przez nie, starszy mężczyzna. Ich modne, szerokie kapelusze niemal nie mieściły się pod skromnymi parasolkami. Młodzieniec czekał cierpliwie, aż napotka wzrok młodszej z nich i kiedy to się stało, obdarzył dziewczynę szerokim uśmiechem. Starsza z kobiet spojrzała gniewnie na niego i stanowczym ruchem odciągnęła tę młodszą w kierunku ostatnich wagonów.

Chłopak wzruszył ramionami, uśmiechnął się pod wąsem i obejrzał w stronę małego podjazdu, na który zajeżdżała właśnie czarna, mała dorożka, a w niej całkiem na biało ubrana postać, z jasnymi, w kolorze siana, rozwianymi włosami, małym zadartym nosem i wiecznym uśmiechem na bladych ustach. Natali Mochou – córka francuskiego pułkownika, którą poznał eskortując kiedyś wieczorem hrabinę Łubieńską do jej domu – pojawiła się dokładnie tak, jak się spodziewał, pół godziny po umówionym czasie.

Ta historia z Łubieńską wprawiała go w doskonały nastrój. Bezczelna smarkula. Natali, udając, że nie rozumie o co chodzi, wpakowała im się wtedy do dorożki i odwiozła hrabinę razem z nim, po czym nakazała odprowadzić się do domu, skąd wypuściła go późnym rankiem.

Władysław K. odruchowo poprawił tweedową marynarkę i podniósł skórzany neseser, który, o ironio, dostał w prezencie od Łubieńskiej. Na samą myśl o hrabinie uśmiechnął się kolejny raz i już miał wkroczyć w kłębiący się przed podjazdem tłum, gdy na peronie, po drugiej stronie budynku dworca pojawiła się właśnie ona. Jej biała parasolka sterczała wysoko jak obłok nad całym kłębowiskiem. Tłum odruchowo rozstąpił się nieco przed dostojną postacią, a ta zdawała się nie zauważać nikogo, choć nerwowo się rozglądała, wypatrując uśmiechniętego i eleganckiego młodego człowieka.

Władysław szybko odwrócił się i ruszył w kierunku nadbiegającej dziewczyny. Podbiegł jak mógł najdalej, lecz ta była już blisko i lekko, z charakterystycznym dla siebie piskiem, wskoczyła na niego, oplatając go w pasie nogami. Natali wpiła się w niego ustami i z całej siły objęła go za głowę, zrzucając kaszkiet w kolorze marynarki – również prezent od nieocenionej hrabiny Łubieńskiej.

Władysław zakręcił dziewczyną, a jej gorące usta sprawiły, że odruchowo przymknął oczy i poddał się jej, jak wiele razy przedtem. Chłopak ocknął się jednak szybko, przypominając sobie o niezręcznej sytuacji i bezradnie, z ustami Natali przy swoich ustach, próbował schronić się i wtopić w otaczające ich kłębowisko ludzi. Niezdarnie cofał się w kierunku słupa z ogłoszeniami, na którym krzyczące, patriotyczne plakaty przeplatały się z zapowiedzią występów niezwykle utalentowanego magika, Mistrza Sztuk Tajemnych, który był ponoć uczniem samego Rasputina.

– Gorące ziemniaki, ziemniaki gorące!

Władysław zaczął rozróżniać pojedyncze dźwięki.

– Marianna, Marysia, pilnuj się mamy, do jasnej cholery!

Usłyszał po sekundzie tuż obok i za chwilę poczuł, jak ktoś z siłą go odpycha.

– Panie, gdzie się pan pchasz, jak pragnę zdrowia. Ja tu towar mam porozkładany, a ten będzie się gził, amant zasrany. – Mały, na czarno ubrany człowieczek, z wielkimi bokobrodami, które niemal łączyły się ze sobą na środku brody, zbierał przewrócone przez usiłującego utrzymać równowagę chłopaka ceramiczne figurki żołnierza, panny i wilkołaka.

Kiedy K. poczuł za plecami oparcie betonowego słupa, odzyskał siły i przytulił dziewczynę w ten sposób, że mógł teraz rozejrzeć się po peronie nad jej głową. Łubieńska stała w tym samym miejscu jak skała. Spojrzał rozpaczliwie w kierunku wejścia na peron, jednak na próżno wypatrywał tam swego młodszego brata. Właśnie w tym momencie ten wszędzie spóźniający się głupiec przydałby się najbardziej, odciągnąłby Łubieńską, zagadał, okłamał. Gładko, tak gładko, jak go uczył jego starszy brat!

Młody żołnierz pomyślał, że kiedy już uda mu się wsiąść bez skandalu do wagonu, to najgorsze niebezpieczeństwo tej wojny będzie już za nim...

* * *

– Oto pierwszy list Władysława K. Przechwyciliśmy je chyba wszystkie, patrząc po datach, sądzimy, że raczej wszystkie. – Maksymilian Śląski, gruby asystent pierwszego oficera wywiadu wojskowego, po raz setny zakręcił się na krześle i po raz tysięczny poprawił zbyt ciasny kołnierzyk munduru. – Przeczytam panom – dodał, sapiąc i pocąc się jeszcze bardziej, jakby z listem można było zrobić jeszcze setki innych rzeczy niż ta, na którą oczekiwali wszyscy zebrani. Kilkunastu oficerów wywiadu patrzyło na grubasa z zaciekawieniem i politowaniem.

– No, sierżancie, to jak macie czytać, to do cholery czytajcie, bo nas tu pasterka zastanie – mruknął prowadzący zebranie szef sztabu.

– Kochany Bracie!

Cieszę się, że dostałeś ten list (skąd wiem? bo go czytasz, gamoniu!). Cieszę się też, że nie zdążyłeś na pociąg i że nie ma Cię tu teraz, choć nie ukrywam, złościłem się na Ciebie, że jak zwykle się spóźniłeś. Żebyś wiedział, jak wyłgałem się z wielkiego skandalu, padłbyś na miejscu. Hrabina Łubieńska i Natali na jednym dworcu, pięćdziesiąt metrów od siebie, a ta mała wariatka wskoczyła na mnie i o mało mnie nie zadusiła, z miłości oczywiście. No i znikąd pomocy, bo na mojego młodszego brata trudno liczyć! No, ale nie gniewam się już na Ciebie i opowiem Ci wszystko później, kiedy się zobaczymy.

Za żadną cenę nie zgłaszaj się do poboru. Wszystko tu wygląda inaczej niż sobie wyobrażaliśmy. Walczymy rzadko, głównie chowamy się po prowizorycznych kwaterach w lasach i na bagnach. Brud jest wszędzie, w każdej cząstce ciała. Zimno i głód, ogniska możemy palić rzadko i nigdy w nocy. Patriotyzm trzyma nas przy życiu. I nienawiść. Nie rozumiem, dlaczego Ruscy tak zajadle walczą. Chcą nas pozbawić ziemi i wolności. Większość z nich to ciemni chłopi, robotnicy i biedota, która nie ma nic do stracenia. Otumanieni są hasłami bolszewików, myślą, że jesteśmy krwiopijcami, którzy przyniosą światu niewolę. Boże, co za ciemnota.

Na szczęście strzelamy głównie w czasie krótkich potyczek i na oślep, to daje większy spokój. Bo nie wiem, czy kogoś trafiłem, nie wiem, czy kogoś pozbawiłem życia. Zrobiłem się chyba cyniczny, a może jedynie pragmatyczny?

Mam nadzieję, że masz się dobrze. Kiedy wrócę, zabawimy się w Krakowie. Pójdziemy do variétés, o którym opowiadał mi jeden porucznik. Jeśli połowa tego jest prawdziwa, to będzie raj!

No i najważniejsze, kiedy stacjonowaliśmy w jednym majątku na Polesiu, poznałem kobietę-cud. Właściwie to jej jeszcze nie poznałem osobiście, ale widziałem ją i mówię Ci, klękajcie narody. To szlachcianka, hrabina chyba nawet, ale słowo daję, że może być i chłopką. Prowadzi tu działalność społeczną i nam obszarpańcom też bez przeszkody schronienia udzieliła. Co z nią dalej, będę Ci pisał.

Opiekuj się mamą i Marylką. I jeszcze raz zaklinam Cię, nie zgłaszaj się do poboru. Niech żyje Polska, ale cóż nam po niej, jeśli obydwaj zginiemy?

Twój starszy i mądrzejszy brat Władek.

– Ta kobieta to właśnie Elżbieta Drożyńska. Do­kładnie mówiąc, nie hrabina, a szlachcianka bardziej, z ziemiańskiej rodziny Maleskich, wtedy jeszcze mężatka. – Maksymilian Śląski zawiesił znacząco głos i rozejrzał się po zebranych, jakby oczekiwał, że na kimkolwiek zrobi to jakieś wrażenie, ale poza pytającym wzrokiem nie spotkał się z żadną reakcją.

– Jaki jest sens czytania nam takiego banalnego listu? – wyartykułował myśli większości zebranych wojskowych major w średnim wieku, nie spoglądając nawet w kierunku otyłego lektora, ale patrząc wprost na pierwszego oficera wywiadu, pułkownika Zaborskiego. Zaborski nie odpowiedział, tylko skinieniem ręki na­kazał asystentowi przejść do odczytywania kolejnych listów. Zanosiło się na długi, jesienny wieczór. Pułkownikowi brakowało żaru ogniska i przestrzeni, przestrzeni kresów...

* * *

– No mów, napij się i mów.

Iwan Iwanowicz siedział otulony żołnierskim kocem i błędnym wzrokiem patrzył na tlący się ogień. Za tym ogniem, za obozem rozciągały się bezkresne przestrzenie. Podniósł oczy w kierunku blaszanego kubka i powoli wyciągnął rękę. Palący napój sprawił, że wzdrygnął się jeszcze bardziej, ale po krótkiej chwili poczuł się znacznie lepiej. Spojrzał niepewnie na zgromadzonych wokół ognia żołnierzy. Z ich ciemnych sylwetek i brudnych twarzy najwyraźniej widział białka oczu. I ogień tańczący w źrenicach tych postaci, które pochylały się nad nim najniżej.

– No, Iwan Iwanowicz, co się tam stało? – Usłyszał już teraz wyraźnie. Pośród ciszy słychać było trzask palących się drew, a z oddali, z sąsiednich obozów dźwięk akordeonu. Pośród ciszy...

* * *

Lasy, wszędzie te cholerne lasy, bagna i wilgoć. I ta cisza. Starszy lejtnant Iwan Iwanowicz Łutow nienawidził tej przeklętej ziemi, o którą bili się z Polakami. Wszyscy byli tu obcy, choć często słychać było rosyjską mowę i wszędzie można było porozumieć się po rosyjsku. Łutow starał się rozglądać na boki i wytężał słuch, jak go nauczył stary Sorokin. „Ach” – westchnął na myśl o rodzinnym Charpie i pięknej syberyjskiej ziemi. Nie to co tu! Czemu mają bić się tutaj? Co prawda, stawką była nie tyle ziemia, co zwycięstwo sprawiedliwości i powszechna szczęśliwość całego proletariatu w Europie, a potem może i na świecie. Ale jak mówił kapitan, chuj z tym proletariatem. Mamy zabijać i nie dać się zabić. Koniec.

Szli już drugą dobę, z krótkim odpoczynkiem na sen. Musieli być około trzydziestu kilometrów od swoich, choć w tej dziwnej wojnie nigdy nie wiadomo, gdzie był front. Nigdy nie mogli być pewni, czy w kolejnej wiosce znajdą oddziały rewolucji, czy otumanione propagandą wojsko na usługach polskich panów. Kwietniowe słońce 1920 roku przynosiło przyjemne ciepło i ulgę, dzięki temu zmęczenie, które odbierało władzę w nogach, było troszkę mniejsze, troszkę mniej załamujące. Na wojnie najgorzej jest dać się złamać. Jeśli pękniesz psychicznie, to już po tobie, nie schowasz się w porę, padniesz w biegu, na drodze lub zostaniesz w okopie zbyt długo – i koniec.

Niemal cały czas milczeli. Wszyscy znali się od kilku lat, od początku wojny z białymi. Nie walczyli nigdy razem z innymi wojskami, na głównym froncie. Często, tak jak i tym razem, nie nosili mundurów, a czasem zakładali mundury wroga. Nie należeli do żadnej konkretnej armii ani do żadnego frontu.

Kapitan Zahirow zawsze miał jakieś tajemnice, dostawał zadania bezpośrednio od sztabu i nigdy nie wyjaśniał, po co idą i dlaczego zabijają właśnie tych, a nie innych ludzi. Iwan bał się Zahirowa tak, jak każdy. Kapitan był nie tylko dowódcą, lecz także sędzią, a w przypadku starego Czernousowa czy Sołowa, również katem. Ten niemłody już człowiek o twarzy pooranej bruzdami blizn wzbudzał strach, ale większy strach czaił się wśród tych obcych pól i lasów, piachów i bagien.

Kiedyś, dwa lata temu na Zakaukaziu szli po górach przez prawie dwa tygodnie, a przerwy na sen nie były dłuższe niż trzy godziny. Dwunastu ludzi podjęło ten morderczy marsz tylko po to, żeby zabić jednego zaskoczonego człowieka. Zabić i wrócić.

Kiedy tuż przed południem weszli na polanę, Iwan Iwanowicz był zaskoczony, że tak szybko odnaleźli swój cel. Zrozumiał od razu, że znaleźli to, czego szukali. Zahirow nakazał gestem zatrzymać się i rozstawić na całą szerokość pomiędzy drzewami. Dowódca rozejrzał się powoli dookoła, nie wyłączając kierunku, z którego przyszli. Na trawie, głównie na otwartej przestrzeni leżały ciała ubrane w mundury czerwonej armii. Więk­szość bez butów, zawsze zabierali buty, jeśli nadawały się jeszcze do chodzenia. No i broń, całą, także bagnety, noże – wszystko. Łutow starał się nie patrzeć na ich twarze, choć domyślał się, że wśród zabitych są jego rówieśnicy, a może i młodsi, rzuceni, tak jak on na obcą ziemię. Zabici, tak jak on będzie wkrótce. Jutro, za tydzień, za rok?

Kapitan kucnął, oparł rękę na wilgotnej trawie i przywołał go do siebie ruchem głowy.

– Widzicie, Iwanow – mówił tak cicho, że młody lejtnant musiał niemal położyć się na nim – poczekali, aż wyjdą na otwartą przestrzeń i dopiero wtedy zaczęli napierdalać do nich z tych swoich łuków. My tu samolotami latamy, w tankietki wsiadamy, a ci popaprańcy strzelają do naszych z łuków. Co za dzikusy.

Kapitan mówił takim tonem, jakby martwił się o zdziczenie obyczajów i jakby martwiło go to, że na tej przeklętej wojnie nie wszyscy zabijają się w taki sam sposób. I w dodatku przekręcił moje nazwisko – pomyślał sierżant – po tylu latach! Natychmiast jednak zawstydził się swojej małostkowości i zwrócił się do dowódcy:

– Kapitanie, proszę spojrzeć dokładnie. – Iwan Iwanowicz dostosował głos do szeptu Zahirowa, wskazując przy tym palcem rozszarpane ubranie jednego z leżących. – Oni mają też ślady po kulach, jakby ktoś załatwił ich z karabinów, a dopiero potem chciał podpisać swoją robotę tymi strzałami.

Dowódca pochylił się nad zwłokami, potem nad następnymi i jeszcze nad kolejnymi. Wyprostował się i skinął głową w kierunku lejtnanta, potwierdzając, że to co mówił jest prawdą. Splunął siarczyście, wyjął powoli papierosa i wsadził go do ust, jak zwykle nie zapalając.

Łutow z początku myślał, że kapitan osunął się na kolana ze zmęczenia lub pod wpływem załamania, choć wydało mu się to niezmiernie dziwne, że ten żelazny człowiek, bez sumienia i litości mógł okazać jakąś słabość.

* * *

– Myślałem nawet – mówił, patrząc w płomienie i ściskając żelazny kubek – myślałem nawet, że wśród tych trupów kapitan zobaczył kogoś bliskiego, syna, brata może. Że dlatego tak się załamał i dlatego podbiegłem do niego i złapałem jak ojca, jak starego, żeby podtrzymać, dać wsparcie i siłę. Dopiero kiedy przewrócił się na mnie, zobaczyłem strzałę w jego plecach. Rozumiecie? Normalną, cholera, strzałę, krótką, jakoś dziwnie krótką. Nalej jeszcze. – Drżącą ręką wysunął przed siebie metalowy kubek. – I wtedy zaczęło się piekło. Od strzał padło jeszcze dwóch lub trzech, a resztę dosięgły kule. Ja dostałem w nogę, w łydkę i przewróciłem się. Nie oddaliśmy ani jednego strzału, ani jednego, a wszyscy zginęli, wszyscy...

* * *

...wszyscy, panie pułkowniku, ten jeden tylko został, a tak to wszyscy. – Stary żołnierz odwrócił głowę w kierunku swojego dowódcy. Nazwał go pułkownikiem. „Choć ten nie może mieć więcej niż trzydzieści, a może trzydzieści pięć lat” – pomyślał Łutow. „Chyba jestem w jakimś szoku, że myślę o takich rzeczach, co to mnie, kurwa, obchodzi, teraz na parę minut przed śmiercią. I ta cholerna noga, pali jak diabli, chociaż to tylko draśnięcie, kula przeszła chyba dalej. Pułkow­nik, słowo prawie identyczne po rosyjsku i po polsku, pułkownik...

Mieli jakieś dziwne mundury. Bez żadnych dystynkcji. Człowiek nazwany pułkownikiem odwrócił się, odszedł parę metrów i siadł na pniu zwalonego drzewa. Skinieniem ręki nakazał jeńcowi przybliżyć się. Łutow utykając, podszedł i widząc, że tamten czeka, aż usiądzie, powoli usadowił się.

– Siadajcie, siadajcie bliżej – powiedział najczystszym rosyjskim i wyjął papierosa. Nie zapaliwszy go, trzymał przez chwilę w ustach, po czym odezwał się ponownie: – Nie częstuję was, bo nikotyna jest niezdrowa. Niezdrowa, a nigdy przecież nie wiadomo, kto z nas przeżyje, prawda? – ciągnął dalej w ojczystym języku Łutowa. – Czy wiesz, czego tu szukaliście?

Łutow milczał, nie wiedząc, czy to pytanie do niego, czy stwierdzenie. Czy lepiej milczeć, czy wręcz przeciwnie – mówić jak najwięcej? A jeśli mówić, to łgać czy lepiej mówić prawdę, skoro i tak prawie nic nie wiedział.

– Milczysz, hm. No myślę, że po prostu nie wiesz. Przez przypadek zabiliśmy twojego kapitana zamiast ciebie i klops. Od ciebie nie dowiemy się raczej nic. Zresztą i tak wiemy, po co przyszliście, ale kapitan pomęczony może powiedziałby nam coś więcej... przed śmiercią. A jak się nazywasz?

– Zabijecie mnie? – Łutow chciał znać odpowiedź na jedyne ważne dla niego pytanie. Człowiek zwany pułkownikiem spojrzał łagodnie i uśmiechnął się szeroko.

– Zabijecie mnie? Tak się nazywasz? To ja nazywam się „Nie zabijemy cię”, haha. – Roześmiał się zadowolony ze swojego dowcipu i spojrzał po zebranych wokół członków oddziału. Ci też zaczęli się śmiać i Łutow, czując, że to może mu pomóc, dołączył do nich ze swoim nerwowym śmiechem. Kiedy przestali, czuł, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło i po kilkunastu długich sekundach ciszy wykrztusił, nie czekając na powtórzenie pytania:

– Iwan Iwanowicz Łutow, starszy lejtnant Specjalnego Batalionu Pieszego – powiedział prawdę. Być może, jeśli ma szansę przeżyć, prawda go ocali?

Pułkownik spoważniał, przybliżył się jeszcze bardziej do przestraszonego jeńca i wycedził przez usta, w których trzymał niezapalonego papierosa:

– Dziś jest twój wielki dzień. Ocaliłeś życie. I przekaż swoim, że spotkałeś pułkownika Kuszę, zwanego też przez niektórych Śmierć.


Rozdział 2
Pułkownik Orłowski

Pułkownik Konstanty Orłowski wyszedł z narady sztabu około pierwszej w nocy. Odprawił dorożkę, która na niego czekała i powolnym krokiem skierował się z Belwederu, wzdłuż Łazienek do centrum uśpionego miasta. Pani pułkownikowa, jak w myślach określił żartobliwie swoją Basię, i tak już na niego nie czekała. Dziś skończyli wyjątkowo wcześnie, gdyż sam Marszałek dołączył do obrad. Normalnie ględziliby pewnie do białego rana. Niektórzy z kolegów ministrów, ale nawet wojskowi myślą, że wojnę można przegadać, przemędrkować i wykazując intelektualną i moralną wyższość z łatwością wygrać.

„Ech – pomyślał – jakie to piękne miasto”. Warszawa była uśpiona, tak jakby ta cała wojna z bolszewikami nie toczyła się naprawdę. Tu i ówdzie grupki eleganckich przechodniów przemykały w poszukiwaniu nocnych wrażeń. W bramie jednej z kamienic całowała się jakaś para, a z naprzeciwka przyglądał im się stróż, bezczelnie, jak gdyby czekając na swoją kolej. Baśniowy księżyc zawisł nisko nad starym miastem, wyglądając trochę jak jedna z ulicznych lamp, które jasno paliły się wzdłuż całego ogrodzenia parku.

Orłowski nie miał przed sobą konkretnego planu. „Skoro w wojnie go nie mamy – pomyślał sarkastycznie – to dlaczego miałby go mieć taki skromny żołnierz jak ja? Jak wyglądać będzie to miasto, kiedy najadą je kozackie hordy Budionnego? Jak przeżyć to, że po dwóch zaledwie latach wolności nieuchronnie zawiśnie na Belwederze sztandar znienawidzonego ciemiężyciela?” Pułkownik myślał o tym z zadziwiającym spokojem, a może już rezygnacją.

Na wysokości siedziby Towarzystwa Cyklistycznego, zamiast zwyczajowo pójść do variétés pani Zalewskiej, skręcił w ubogie rejony Powiśla. Nie miał ochoty pojawiać się w znanych miejscach i widzieć znanych sobie ludzi. Po kilkunastu minutach marszu zobaczył szyld baru nocnego i bez namysłu naparł na drewniane drzwi.

W środku panował półmrok. Drewniane stoły i ławy, o dziwo, niemal wszystkie były zajęte. „Nie ja jeden nie mogę spać” – pomyślał i wybrał miejsce w rogu, przy stoliku na końcu kontuaru długiego baru. Mimo że jak zawsze był po cywilnemu, to na tle klienteli wyróżniał się niczym bogaty fabrykant na podmiejskim targu warzywnym. Orłowski odwzajemnił ciekawskie spojrzenia, rozglądając się wokół. Nie zdążył usiąść, kiedy jak spod ziemi wyrósł przy nim ulizany barman w białym fartuchu, który postawił piwo i bez słowa usunął się w kąt.

– No tak, przynajmniej ktoś jeden wie, na co mam ochotę – mruknął pod nosem i usadowił się plecami do ściany. Powoli wyjął cygaretkę i z przyjemnością się zaciągnął. Nie minęło piętnaście minut, a pił już drugie piwo i stres niemal całkowicie go opuścił.

Co to za historia z tym Władysławem K.? Czy to naprawdę słynny Kusza, Śmierć? Listy, które dzisiaj zostały przeczytane, nie dowodzą niczego, ale do licha, wszystko trzyma się kupy.

Kopie listów miał przy sobie. Niezgodnie z procedurą i niebezpiecznie, ale chciał jeszcze za dnia przeczytać wszystko i przemyśleć. Jeszcze raz. Jutro przy kawie, kiedy Basia krzątać się będzie w kuchni, przeczyta list drugi, potem trzeci...

Drogi Bracie,

Kiedy mam tylko chwilę, zaczynam pisać do Ciebie, ale zaraz kończę, bo wyruszamy gdzieś lub każą zgasić świece i koniec pisania. Poprzednią kartkę z listem zgubiłem i teraz muszę zacząć od początku. Chociaż, o czym bym nie pisał i nie myślał, wracam zawsze do Elżbiety, pisałem Ci o niej za pierwszym razem. Boska. Przyznam, że chyba oszalałem na jej punkcie i to niedobrze, niezgodnie z zasadami, które wpajałem Ci tak bezskutecznie. W sprawach kobiecych staję się chyba tak głupi i naiwny jak Ty.

Pod koniec grudnia trafiliśmy z kwaterą pod Stołpce, a to, wyobrażasz sobie, jest nie więcej jak dwadzieścia pięć kilometrów na południowy wschód od Kojdanowa! Zrządzenie losu, mówię Ci, a ja umiem odczytać sygnały. Wiesz, że w odczytywaniu ruchów magicznego stolika nie ma lepszego medium ode mnie!

Od razu wybrałem się do hrabiny (tak w myślach zawsze ją nazywam) pod pretekstem pomocy lekarskiej. Udałem osłabionego, konającego wręcz, myśląc, że da mi kwaterę i opiekę, że będzie siedzieć nad moim łóżkiem, trzymając mnie za rękę...

– Młody pan jest jak na porucznika. Chyba nie na wojnie doszedł pan do tego stopnia? – Gospodyni bez wielkiego zaciekawienia spojrzała na Władysława i nie czekając na odpowiedź, wyszła z szerokiej sieni do pokoju gościnnego. K. podążył za nią, przyjmując teatralną maskę cierpienia. Kobieta była chyba nieco starsza od niego, miała dwadzieścia osiem, może trzydzieści lat. Jasne, krótko obcięte włosy czyniły ją niesłychanie modną. „W Warszawie wyglądałaby całkiem normalnie, ale tutaj fryzura czyniła ją zupełnie egzotyczną, nowoczesną, jakby nie z tego świata” – pomyślał Władek. „Tak, nie z tego świata”.

– Dam panu schronienie w naszym szpitalu, ale tylko na dziś – powiedziała, pochylając się nad małym stolikiem, na którym rozrzuconych było kilka książek. – Nie umiemy tu leczyć chorób, których nie widać, ran, które nie krwawią. Rozumie Pan? My tu jesteśmy prości ludzie, jesteśmy po to, żeby przeżyć, nie dać się zabić i żyć, kiedy ten koszmar się skończy. – Nagle, po chwili milczenia spojrzała na niego i zmieniła ton jak dziecko, które nie potrafi dochować tajemnicy i jakby z poczuciem zdrady, spytała: – A co w Warszawie? Jak teraz wygląda Warszawa?

Władysław, zaskoczony tym pytaniem, bezradnie rozłożył ręce...

* * *

Młody porucznik, najwyraźniej zaskoczony jej pytaniem, śmiesznie rozłożył ręce, jakby grał w popołudniówce, w podrzędnym teatrze na Pradze. „Warszawa – pomyślała Elżbieta – odległy świat, tak odległy, że teraz wydawał się nierealny i zamazany, jak wspomnienie sprzed dwudziestu lat”. Wracając myślami do stojącego przed nią żołnierza, pomyślała, że lubi takich bezradnych mężczyzn, chociaż wojskowy, żołnierz, i to oficer, nie może być jednak takim fajtłapą.

– No niechże pan coś wreszcie wykrztusi z siebie albo proszę już iść do szpitala, to znaczy do budynku obok. Zgłosi się pan do siostry Łucji, ona się panem zajmie.

– W stolicy, w całej stolicy nie spotkałem nigdy tak pięknej kobiety jak pani – powiedział spokojnie mężczyzna, patrząc na nią wzrokiem jakimś nierealnym, jakby nie widział szczegółów, jakby mrużył oczy od jesiennego słońca, a może raczej, jak gdyby stał na deskach sceny, patrząc w ciemność pełnej widowni. Patrzył na nią przez chwilę, po czym scenicznym szeptem, dodanym do tych teatralnych gestów zasyczał: – Przysię­gam! Na Boga! – Skinął gwałtownie głową, łącząc obcasy wojskowych butów i prostując się jak struna.

„Nie ma co, romantyczny zalotnik” – pomyślała z uśmiechem Elżbieta.

– Już panu lepiej, jak widzę? A czy pan wie, że mój mąż, Rotmistrz Drożyński, kazałby pana zasiekać szablami za taką zuchwałość? – powiedziała to bez złości, raczej drocząc się z porucznikiem i przeszła pod regał z książkami, udając, że ogląda jakieś tytuły. Patrząc na stare grzbiety książek, czekała przez chwilę, co się stanie. „Jaka odmiana, jak to wszystko nie pasuje do otoczenia, jakie to miłe. Chyba wszystkie kobiety jesteśmy tak samo głupie” – pomyślała i uśmiechnęła się w duszy.

– Pani śmieje się w duszy.

Niepewny głos porucznika wyrwał ją z rozmyślań.

– Z pana się śmieję, taki młody i taki zuchwały. To dobrze, bo potrzeba będzie panu odwagi, nawet zuchwałości, tylko trzeba ją oszczędzać na pole bitwy, mój drogi.

Mój drogi? Co ona wygaduje? Tak ją rozkojarzył ten młokos. Boże, co się ze mną dzieje? To stres, nerwy.

– Strzelali już do pana? – zapytała szybko, żeby uciszyć, wymazać poprzednie słowa. – A czy pan strzelał już do wroga?

Porucznik podszedł do niej, a ona z bliska dostrzegła jego szare oczy. Szare, tak jak myślała, nie wiedząc dlaczego w ogóle przyszło jej do głowy pytanie o kolor oczu tego chłopaka. Odważnie patrzyła na niego i czuła, że było w nim coś, czego nie potrafiła opisać, nazwać. Jakaś groza, okrucieństwo czy może nawet szaleństwo.

– Jeśli nie zginę, przyjadę po panią. Dam pani czas pokochać mnie. Dam pani tyle czasu, ile potrzeba. A rotmistrz? Rotmistrz jest ślepcem. Niech pani o nim nie myśli, niech pani myśli o sobie.

Porucznik znów skinął gwałtownie głową, znów uderzył obcasami wojskowych butów i wyszedł, zostawiając Elżbietę zdumioną i zadowoloną.

* * *

Orłowski doczytał do końca drugi list, zgiął go wpół i schował do teczki. No tak, gruby Śląski ma rację, ten list opisuje spotkanie z grudnia 1918, raczej pierwsza połowa grudnia. Stacjonowali wtedy chyba gdzieś w okolicy, być może właśnie w Stołpcach jak K. napisał w liście. No i potem, w tych tragicznych wydarzeniach miał motyw. Zakochał się chyba rzeczywiście bez pamięci! Ha, gdybym miał trzydzieści lat mniej, to kto wie? Podoba mi się ten chłopak. Stary pułkownik pociągnął łyk piwa i z zawodowego przyzwyczajenia uważnie rozejrzał się po wciąż pełnej knajpie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.