Warto być przyzwoitym - Władysław Bartoszewski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2005

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 621 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 19 godz. 38 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Warto być przyzwoitym - Władysław Bartoszewski

Warto być przyzwoitym to wspomnienia Władysława Bartoszewskiego zebrane przez niemieckiego wydawcę K. Lehmanna.

Pierwsze polskie oficjalne wydanie książki miało miejsce w 1990 roku w Wydawnictwie W drodze. Obecna edycja została dodatkowo wzbogacona o publikacje, wykłady i przemówienia autora z lat jego działalności w okresie PRL, a także z czasu jego służby dyplomatycznej w III RP.

Wstęp do książki napisał o. Maciej Zięba OP, szkic biograficzny przygotował prof. Andrzej Friszke.

Opinie o ebooku Warto być przyzwoitym - Władysław Bartoszewski

Fragment ebooka Warto być przyzwoitym - Władysław Bartoszewski

Wstęp

Zaszczyt i problem. Zaszczyt bowiem prośba Władysława Bartoszewskiego, bym napisał wstęp do jego książki, jest dla mnie prośbą zaszczytną. Problem bo rozpoczynający ten tom obszerny esej biograficzny pióra prof. Andrzeja Friszkego prezentuje, obficie czerpiąc ze źródeł, szczegółowy życiorys Profesora. Wynika więc z tego, że muszę napisać
w tonie osobistym, co zawsze w wystąpieniu publicznym jest nieproste. Mam jednak tak wiele wdzięczności dla Profesora za ponad trzydzieści lat naszej niewspółmiernej, bom też i ponad trzydzieści lat młodszy
przyjaźni, że spróbuję od serca coś napisać. Dwie co najmniej bowiem istotne rzeczy w mym życiu zawdzięczam Profesorowi Bartoszewskiemu: odkrycie, że także w PRL–u istnieje nowoczesny polski patriotyzm oraz że możliwe jest bycie niekoniunkturalistą w kraju, w którym niepodzielnie króluje koniunkturalizm.

Skąd ja, skąd moja generacja wchodząca w dorosłe życie w początku lat siedemdziesiątych mieliśmy uczyć się mądrej miłości do Polski? Z podręczników historii, w których nawet tradycja powstań dziewiętnastowiecznych była „geopolitycznie” poprzekręcana, nie mówiąc już o dokumentnym zafałszowaniu całego następnego stulecia? Od nauczycieli, którzy często przymuszani sprawdzali uczniowską obecność na pierwszomajowych pochodach, uczyli, że polskich jeńców w Katyniu mordowali Niemcy i przygotowywali akademie ku czci Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej? Z harcerstwa rządzonego przez PZPR–owskich aktywistów biologicznie mocno już przerośniętą partyjną „młodzieżówkę”?

Wydawnictw bezdebitowych jeszcze wtedy nie było. Opozycja jeszcze nie istniała. Jeżeli nie mieszkało się w ośrodkach tak silnych, jak Warszawa i Kraków, bardzo trudno było zarówno o dobry przykład, jak i o rzetelną informację. Mój Wrocław i tak miał na szczęście maleńką enklawę Klubu Inteligencji Katolickiej i właśnie do tej enklawy regularnie przyjeżdżał Władysław Bartoszewski, opowiadając o II Rzeczpospolitej,
o Polskim Państwie Podziemnym, o „Żegocie”, Powstaniu Warszawskim czy o eliminowaniu opozycji po wojnie przez PPR i UB. Bardzo ważne było i to, co, i to, jak opowiadał, ale nie mniej ważne było to, kto mówił do nas o tym wszystkim. A mówił więzień Auschwitz, AK–owiec ratujący Żydów i walczący w Powstaniu, u zarania PRL młody opozycyjny polityk, a gdy tylko PRL podrosła jej wieloletni więzień. A potem człowiek, który mimo braku stałej posady budował zręby polsko–niemieckiego i polsko–żydowskiego pojednania, poddawany nieustannym szykanom ze strony władz PRL–u. Zgódźmy się, człowiek–legenda, ale człowiek bez cienia egzaltacji czy autopromocji, ożywiany wielką troską o słabszych, o potrzebujących, o młodszych. Dla mnie, dla nas w tym okresie inicjacji było to bezcenne, w czasie gdy prawie cały świat mówił do nas: Nie bądź naiwniakiem, nie bądź idealistą, wtop się w ten system; nie bądź donkiszotem Jałty nie zmienisz, niemieckiej Realpolitik nie przetransformujesz, francuski pragmatyzm nigdy nie pozwoli umierać za Gdańsk, tysięcy głowic nuklearnych też nie rozbroisz, za duży wiatr na twoją wełnę. A jeżeli nie będziesz pokorny, to wcześniej czy później będziesz miał na karku SB, Stasi czy inne KGB, które zniszczy ci życie, więc się nie oszukuj, lepiej zrób to jak najszybciej, będzie krócej bolało.

Dla mnie, dla mych rówieśników w tym ważnym czasie dorastania Profesor był znakiem nadziei, że tak argumentują fałszywi doradcy, że nie trzeba koniecznie być oportunistą, że można żyć w PRL–u i przy tym być spełnionym oraz szczęśliwym. Dlatego każdy jego przyjazd, a zdarzały się dość często, był dla mnie prawdziwym świętem. Rytuał każdej takiej wizyty przebiegał podobnie. Władysław Bartoszewski przyjeżdżał nocnym pociągiem wcześnie rano. Jechałem po niego na dworzec. Z tyłu,
w półmroku dyskretnie czaiło się paru esbeków. Jeszcze przed wyjściem
z wagonu Profesor zaczynał mówić i przez całą drogę do naszego przyjaciela, który przygotowywał śniadanie, kontynuował swą opowieść, co pewien czas żartując z paru „smutnych” panów, którzy asystowali nam
w drodze. Następnie jadł śniadanie i nie przerywając jedzenia, mówił przez cały czas. Tylko on to potrafi. Potem szliśmy na uniwersytet, do biblioteki Instytutu Historii, gdzie przychodziła grupa historyków, a Profesor niestrudzenie perorował. Na obiad szliśmy do arcybiskupa, a potem jeszcze jedno, dwa krótkie towarzyskie spotkania Bartoszewski nie przestawał mówić ani na sekundę. Potem następowało danie główne pobytu odczyt w KIK–u. Ludzie ściśnięci w sali i na korytarzach, z braku miejsca stali również na zewnątrz, słuchali, jak Pan Władysław wykłada najnowszą historię Polski, czyniąc, z coraz większym zapałem, dowcipne aluzje do realiów PRL–u. Huraganowy śmiech, który co chwila przetaczał się przez salę, był niebezpieczny dla zdrowia. W tak wielkim ścisku łatwo można było naderwać mięśnie brzucha lub złamać żebro. Po odczycie szliśmy zawsze do mojego domu na kolację, na którą zapraszałem paru gości. Profesor do pierwszej w nocy mówił bez chwili odpoczynku, a potem rześki i żwawy wsiadał do nocnego pociągu. W ten sposób mniej więcej raz na kwartał miałem osiemnaście czy dziewiętnaście godzin słuchania przemawiającego bez chwili przerwy Władysława Bartoszewskiego. I człowiek od rana do nocy zawsze słuchał tego z rozdziawionymi ustami. Co najwyżej przeszkadzał coraz bardziej bolący ze śmiechu brzuch, bo Profesor także w kameralnym gronie co chwilę serwował wyśmienite dowcipy. Tylko „smutni” panowie pozostawali ponurzy, eskortując nas w drodze na dworzec.

To były niezapomniane lekcje historii pieczętowane świadectwem
i dopełniane rozmowami z Panią Zofią, żoną Profesora, w mieszkaniu na Karolinki. Lekcje niezmiernie dla mnie ważne umacniające, pośród beznadziei, nadzieję i wiarę. Ta dobra więź przetrwała próbę czasu i galop historii, przetrwała czas „Solidarności” oraz stan wojenny, przetrwała okres „niemiecki” Profesora, gdy zaprosił mnie do Augsburga i okres „ministerski”, gdy ze wzruszeniem patrzyłem, jak prezydent dekoruje go Orderem Orła Białego sądzę, że przetrwa na wieczność.

A ja zawsze będę myślał z wielką wdzięcznością o Człowieku, który pokazał mi swoim życiem, że także w czasach trudnych, nawet najtrudniejszych, można być przyzwoitym i warto być przyzwoitym.

Maciej Zięba OP

Władysław Bartoszewski szkic portretu

Okupacyjna biografia Bartoszewskiego rozpoczęła się 19 września
1940 r., kiedy niemiecka policja zabrała go z mieszkania podczas łapanki na Żoliborzu. W trzy dni potem wraz z innymi wziętymi w brance został wysłany do Auschwitz. Straszne traktowanie w koszarach SS w Warszawie, potem transport w bydlęcym wagonie były przerażającym doświadczeniem dla osiemnastoletniego młodzieńca. A był to tylko wstęp do tego, co miał ujrzeć i przeżyć w Auschwitz. Został zarejestrowany jako więzień nr 4427. Obóz w Auschwitz dopiero powstawał, więźniów, wśród których był Bartoszewski, zmuszano do budowania obozu. Czas, kiedy Auschwitz stał się fabryką śmierci, miał dopiero nadejść, ale już wówczas więźniowie masowo umierali na skutek głodu, braku higieny, sadystycznego traktowania i wyczerpującej pracy wykonywanej biegiem, w błocie, zimnie, bez odpowiedniej odzieży. Po kilku tygodniach Bartoszewski był zupełnie wycieńczony, pokaleczony, a ciało miał pokryte wrzodami. Dzięki polskiemu lekarzowi, także więźniowi, trafił do izby chorych, co mu uratowało życie. Z obozu został zwolniony 8 kwietnia 1941 r., najpewniej dzięki staraniom Polskiego Czerwonego Krzyża, którego był pracownikiem. Otrzymał tym samym od losu niezwykłą szansę: „[...] z mojego domu, skąd było wywiezionych 14 mężczyzn, zwolniono trzech [...] Pozostałych jedenastu zmarło”1.

Do rodziny wrócił w stanie skrajnego wyczerpania. Swojej koleżance, Hannie Czaki, udzielił obszernej relacji o warunkach panujących w obozie. Stała się ona jednym ze źródeł, na podstawie których Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej ZWZ–AK przygotowało broszurę Oświęcim pamiętnik więźnia, wydaną na powielaczu wiosną 1942 r.2.

Od października 1941 r. chodził na tajne polonistyczne komplety uniwersyteckie, gdzie wykładali m.in.: Zofia Szmydtowa, Maria Ossowska, Julian Krzyżanowski, a wśród grupki studiujących byli Tadeusz Gajcy
i Zdzisław Stroiński.

W 1942 r. dzięki pośrednictwu Hanny Czaki spotkał Zofię Kossak, znaną pisarkę, stojącą na czele Frontu Odrodzenia Polski, niewielkiej konspiracyjnej organizacji katolickiej. Jej liczne broszury, dotyczące powinności katolika w warunkach okupacji i zagrożenia życia bliźnich, tworzyły rys ideowy FOP–u. Tak Bartoszewski wspomina swoje pierwsze wrażenia ze spotkania z pisarką:

Znałem sprzed wojny chyba wszystkie ważniejsze książki Zofii Kossak, „Pożogę”, „Szaleńców Bożych”, „Nieznany Kraj” [...], ale przede wszystkim głośna w moich latach gimnazjalnych i licealnych trylogię „Krzyżowców”, „Króla trędowatego” i „Bez oręża”. Wydawała się wspaniałą reprezentantką katolicyzmu franciszkańskiego. [...] We Froncie Odrodzenia Polski widziała luźną, związaną tylko wspólną ideą i wspólnymi celami grupę ludzi, różnego rodowodu politycznego współdziałających dla budowy przyszłej Polski idealnej, opartej o Ewangelię, a szczególnie o nauki Kazania na górze. Tak, dzięki Zofii Kossak w środku nocy okupacyjnej natrafiłem nagle na język mojego dzieciństwa. Miało to dla mnie ogromną, stymulującą rolę uczuciową. Znalazłem ludzi, którzy mówili moim językiem3.

Zofia Kossak zaproponowała Bartoszewskiemu poprowadzenie kolportażu pism FOP–u, wkrótce został sekretarzem znanej pisarki, a zarazem sekretarzem redakcji „Prawdy”, organu prasowego FOP–u, oraz redaktorem „Prawdy Młodych” pisma przeznaczonego dla młodzieży4. Zofia Kossak włączyła Bartoszewskiego do akcji pomocy ukrywającym się Żydom i organizowania Rady Pomocy Żydom. Poprzez nią poznał Witolda Bieńkowskiego, działacza FOP–u i szarą eminencję w Delegaturze Rządu. Od listopada 1942 r. współpracował blisko z Bieńkowskim
w komórce więziennej Delegatury, która kontaktowała się z ludźmi przetrzymywanymi w więzieniach, udzielała im w miarę możliwości pomocy, zbierała informacje o przebiegu śledztw, kierunku zainteresowań gestapo oraz ostrzegała osoby zagrożone aresztowaniem. Z Departamentu Opieki Społecznej Delegatury uzyskano znaczne środki finansowe, które umożliwiły dodatkowe zakupy żywności dla kuchni więziennej na Pawiaku oraz wsparcie akcji paczkowej Patronatu Opieki nad Więźniami5.

Z komórką więzienną blisko związany był utworzony w lutym 1943 r. referat żydowski Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury, także prowadzony przez Bieńkowskiego, który Bartoszewskiego uczynił swoim zastępcą. Referat ściśle współdziałał z Radą Pomocy Żydom, pośredniczył w jej kontaktach z innymi departamentami i komórkami Delegatury w przekazywaniu funduszy na pomoc dla Żydów, w korespondencji z Londynem itp. Była to więc komórka niewielka, ale umożliwiająca skuteczne działanie Rady Pomocy Żydom. Ponadto w referacie przygotowywano biuletyn przeznaczony dla różnych agend podziemia, w którym opisywano na bieżąco przebieg zagłady Żydów. Zbierano także materiały do walki z szantażem oraz przekazywano ostrzeżenia osobom zagrożonym bądź jako ukrywający się, bądź udzielający pomocy6.

W pracach Rady Pomocy Żydom Bartoszewski uczestniczył jako przedstawiciel referatu żydowskiego Delegatury, a zarazem działacz FOP–u. Rada była formalnie skonstruowana według klucza partyjnego uczestniczyli w niej działacze PPS–WRN, SL, SD, FOP–u oraz przedstawiciele organizacji żydowskich. Jednocześnie w swej bieżącej pracy opierała się na ludziach często odległych od wszelkich zaangażowań politycznych, poruszonych do głębi tragedią żydowskich współobywateli, zdecydowanych ryzykować własne życie, aby ratować życie innych.

Naszym zadaniem było najogólniej mówiąc ratowanie ludzi od śmierci: szukanie pomieszczeń dla uciekinierów z gett i obozów, zaopatrywanie ich w obowiązujące dokumenty, udzielanie dorywczych lub stałych zasiłków materialnych, niekiedy też dopomaganie w znalezieniu pracy dla tych (głównie kobiet), którzy mieli odpowiednie warunki wygląd! umożliwiające względnie bezpieczne poruszanie się7.

Działalność ta rozwinęła się najszerzej w Warszawie, a także w Krakowie i Lwowie, dzięki istnieniu w tych miastach silnych struktur podziemia. Rada starała się tworzyć komórki prowincjonalne, nawiązać kontakty z reprezentantami lokalnych społeczności żydowskich i przekazywać im jakieś środki materialne. Było to jednak trudne, gdyż do wiosny 1943 r., kiedy Rada rozwinęła swoją działalność, ogromna większość gett była już zlikwidowana, a ich mieszkańcy pomordowani. Nawiązanie kontaktu
z poszczególnymi ukrywającymi się było z natury rzeczy trudne. Toteż wśród podopiecznych Rady dominowali ci, z którymi kontakty nawiązano wcześniej, przed formalnym powstaniem Rady. Część z nich udało się uratować dzięki aktywności Zofii Kossak i innych działaczy FOP–u. Zaufanie, jakim działacze FOP–u cieszyli się w środowiskach kościelnych, ułatwiało im znajdowanie miejsc dla ukrywających się w klasztorach
i ośrodkach prowadzonych przez Kościół, a także uzyskiwanie „lewych” metryk chrztu dla ukrywających się, co z kolei pozwalało na wyrobienie legalnych już kenkart. W działalności Rady Pomocy Żydom Bartoszewski był aktywny do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od września 1942 r. Bartoszewski był również żołnierzem Armii Krajowej o pseudonimie „Teofil”, zatrudnionym w Wydziale Informacji BiP–u (Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej). Była to ważna komórka AK, zajmująca się badaniem polityki okupanta we wszelkich dziedzinach, postaw politycznych społeczeństwa, w tym najróżniejszych grup konspiracyjnych, a także analizowaniem sytuacji mniejszości narodowych, nie tylko Żydów, ale też Ukraińców i Białorusinów. Na podstawie zebranych informacji przygotowywano syntetyczne opracowania i raporty dla komendanta AK, a także dla władz naczelnych na emigracji. W Wydziale Informacji BiP–u pracowało grono wybitnych specjalistów z różnych dziedzin, a spajała ten zespół atmosfera nie tylko patriotyzmu, ale i zdecydowanie demokratycznej orientacji. Wydziałem Informacji kierował Jerzy Makowiecki, a pracowali w nim m.in. sędziwy prof. Marceli Handelsman oraz Aleksander Gieysztor, Ludwik Landau, Witold Kula, Ludwik Widersztal, Wacław Szubert, Stanisław Herbst, Henryk Woliński, Władysław Tomkiewicz, Stefan Kieniewicz. Wielu spośród nich było młodymi, ale wyróżniającymi się już historykami. Bartoszewski podjął pracę w podwydziale, który analizował działalność ugrupowań uznających rząd w Londynie oraz koncepcje programowe prasy i wydawnictw konspiracyjnych. Bezpośrednimi zwierzchnikami Bartoszewskiego byli Adam Dobrowolski oraz Kazimierz Ostrowski, a kierownikiem całego podwydziału Eugeniusz Czarnowski. Wśród najbliższych współpracowników Bartoszewskiego znajdował się Kazimierz Moczarski. Doświadczenie pracy w takim zespole, jaki skupił się w BIP–ie, było niezwykle budujące dla młodego człowieka, wywarło nań ogromny wpływ, a zadzierzgnięte wówczas kontakty i więzi przetrwały wiele lat.

W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego Bartoszewski otrzymał przydział do placówki informacyjno–radiowej „Anna”. Jej zadaniem było obserwowanie i analizowanie sytuacji, warunków życia, działań służb cywilnych, aprowizacji, opieki społecznej i sanitarnej, aktywności i postaw ludności w południowej części Śródmieścia oraz systematyczne przekazywanie drogą radiową meldunków do centrali BiP–u, czyli Oddziału VI powstańczego sztabu. Informację otrzymywali także dowódcy grup bojowych AK, ośrodki opieki społecznej, szpitale, czasem powstańcza policja czyli Państwowy Korpus Bezpieczeństwa. Jednocześnie od 3 sierpnia do końca powstania placówka wydawała dwa razy dziennie biuletyn „Wiadomości z Miasta i Wiadomości Radiowe”, redagowany przez Bartoszewskiego. Pismo przynosiło informacje z nasłuchów radiowych, wiadomości z miasta, reportaże, apele i zarządzenia władz powstańczych8. Kiedy we wrześniu 1944 r. do południowego Śródmieścia przybyło kierownictwo Wydziału Propagandy BiP–u, odbywały się systematyczne odprawy dla redaktorów prasy AK–owskiej prowadzone przez Tadeusza Żenczykowskiego. Wtedy też Bartoszewski zetknął się osobiście z tym wybitnym oficerem AK, odpowiedzialnym od lat m.in. za przygotowanie propagandy powstańczej. Tuż przed powstaniem lub na jego początku Bartoszewski został przez Romana Goldmana wprowadzony do „konspiracji w konspiracji”, czyli organizacji „Nie”, budowanej na okres okupacji sowieckiej
w Polsce.

Po upadku powstania Bartoszewski nie udał się do niewoli, ale wraz z kilkunastoma pracownikami BiP–u wyszedł z Warszawy wraz z ludnością cywilną z zamiarem dalszej działalności konspiracyjnej. Przedostał się do Kazimierza Moczarskiego i Adama Dobrowolskiego. Redagował przy pomocy Ewy Dreżepolskiej „Dziennik Radiowy RAD” oraz sekretarzował redakcji „Biuletynu Informacyjnego”, który przez cały okres okupacji był głównym i prestiżowym organem prasowym AK.

W Krakowie 18 stycznia 1945 r. był świadkiem wkroczenia Armii Czerwonej. Zamykał się niezwykle ważny w biografii Bartoszewskiego, jak
i w wielu innych z jego pokolenia, etap okupacji niemieckiej. Wkrótce na zwołanej naradzie kierownictwa BiP–u Moczarski stwierdził, że nasza praca konspiracyjna jest zakończona, Armia Krajowa dla uniknięcia zbytecznych represji została rozwiązana, a jej najwyższy zwierzchnik, prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie, zwolnił nas z przysięgi”9.

W lutym 1945 r. powrócił do zniszczonej Warszawy. Na zlecenie Goldmana opracował dla organizacji „Nie” ulotkę Czy to jest wolność?, następnie podjął pracę w organizowanej przez płk. Jana Rzepeckiego Delegaturze Sił Zbrojnych. Sytuacja konspiratorów była jednak inna niż pod okupacją niemiecką. Istniała niemal powszechna świadomość głębokiej niesuwerenności państwa poświadczona obecnością w Polsce wojsk sowieckich i tysięcy „doradców” a także całkowitej zależności od Moskwy zdominowanych przez komunistów władz od Moskwy. Powszechnym doświadczeniem były mordy i aresztowania dokonywane na Polakach, zwłaszcza żołnierzach podziemia. Jednocześnie, w zmęczonych wojną i wykrwawionym okupacyjnym terrorem społeczeństwie, niezwykle silne było pragnienie powrotu do normalnego życia, odbudowy kraju, pracy zawodowej i studiów. Po powrocie z Londynu do Polski Stanisława Mikołajczyka dominowała, zwłaszcza w kręgu BiP–u, tendencja do zamk-nięcia etapu konspiracji. Niektórzy, jak Witold Bieńkowski, zaangażowali się we współpracę z nowymi władzami. Inni, jak Zofia Kossak, przygotowywali się do emigracji. Równocześnie bezpieka deptała AK–owcom po piętach, Bartoszewski dwukrotnie ledwie uniknął aresztowania. Wynikiem tego zmęczenia konspiracją i tworzącego się przekonania o potrzebie innego rodzaju aktywności w nowej sytuacji była decyzja o skorzystaniu
z ogłoszonej przez władze komunistyczne amnestii i ujawnieniu się. Bartoszewski uczynił to 10 października 1945 r. przed komisją, w której obok przedstawicieli nowych władz zasiadał były szef Biura Personalnego Komendy Głównej AK płk Jan Gorazdowski. Z konspiracji wychodził jako porucznik czasu wojny, odznaczony w 1944 r. Krzyżem Walecznych oraz Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Okres wojny był niezwykle ważny w biografii Bartoszewskiego, gdyż formował go właściwie na całe dalsze życie. Zdobył doświadczenie jako urzędnik Delegatury i AK, uczestnik akcji pomocy Żydom, ale jednocześ-nie redaktor, publicysta, kronikarz, dokumentalista, badacz prasy. Nabył ogromną wiedzę o strukturach podziemia. Poznał wielu wybitnych ludzi, którzy wywarli nań poważny wpływ. Okupacyjne doświadczenia, w tym osobiste przeżycia w Auschwitz, kształtowały też osobowość człowieka. Wielokrotnie później podkreślał swoją antytotalitarną postawę właśnie ze względu na zbrodniczość wszelkiego totalitaryzmu, prawicowego czy lewicowego. Chociaż tak czynny w konspiracji, nie walczył z bronią w ręku. Wybrał drogę walki polegającą na rejestrowaniu i ujawnianiu zbrodni okupanta, pomocy dla ściganych i prześladowanych, oddziaływaniu słowem pisanym. Te cywilne formy oporu okazywały się być szczególnie ważne wobec nadciągającej komunistycznej rzeczywistości. W wytrwaniu
w takiej postawie pomogły mu cechy charakteru wysoki poziom odwagi cywilnej, umiejętność jawnego przeciwstawiania się, zaciętość, a jednocześnie dokładność, metodyczność, wytrwałość, zdolność planowania długotrwałej pracy.

*

Drogą powrotu do „normalności” była współpraca z Instytutem Pamięci Narodowej kierowanym przez Stanisława Płoskiego, który w latach wojny stał na czele Wojskowego Biura Historycznego w Komendzie Głównej AK, a także działał w BiP–ie. Przez Płoskiego zetknął się z Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich. Współpracował m.in. przy przeprowadzaniu ekshumacji ofiar zbrodni popełnionych w Warszawie i w okolicach, m.in. w Palmirach i Magdalence. Jako historyk debiutował w 1946 r. studium Egzekucje publiczne w Warszawie w latach 1943 do 1944, zamieszczonym w pierwszym tomie „Biuletynu Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce”. Artykuł ten był jednym z pierwszych powojennych opracowań o terrorze hitlerowskim w Polsce.

Równolegle, dzięki okupacyjnym kontaktom, w lutym 1946 r. otrzymał etat w „Gazecie Ludowej”, organie Polskiego Stronnictwa Ludowego i jedynym opozycyjnym dzienniku. Pierwszy ogłoszony tu artykuł poświecił Hannie Czaki, aresztowanej w lutym 1944 r. przez gestapo i zamordowanej wraz z rodzicami. W „Gazecie Ludowej” pracował formalnie
w dziale miejskim, ale faktycznie zajmował się tematami budzącymi wówczas niezwykle żywe zainteresowanie. Warszawa była bowiem miastem wracającym do życia i niemal każdy dzień przynosił niezwykłe wydarzenia: decyzje o odbudowie poszczególnych gmachów, wznawianiu pracy przez szkoły, biblioteki, uczelnie wyższe, szpitale itp. Relacjonował również proces działaczy NSZ–etu Antoniego Symonowicza i innych, ale
w sposób odmienny od dominującego w ówczesnej prasie, bez potępień oskarżonych, z uwypukleniem ich zeznań i wyjaśnień.

Ponadto Bartoszewski podejmował tematy dotyczące niedawnej przeszłości miasta. W ponad 50 notatkach i artykułach, które opublikował
w 1946 r., dominowały trzy wątki zainteresowań, którym pozostał wierny przez wiele następnych lat: zbrodnie niemieckie, szczególnie w Warszawie, Powstanie Warszawskie (opublikował jedną z pierwszych, a chyba pierwszą tak obszerną wówczas kronikę powstania) oraz męczeństwo Żydów i pomoc udzielana im przez polskie podziemie. Już w tych pierwszych opracowaniach ujawnił się styl charakterystyczny dla późniejszych prac Bartoszewskiego: zwięzłość, rzeczowość, ścisłość faktograficzna, tylko minimum ogólnych komentarzy. metodologię jak później wspomniał przejął od prof. Płoskiego, który

[...] stał na bardzo realistycznym stanowisku, że w aktualnie panującym
w Polsce systemie niewiele będzie można zrobić. Jednak nie oznacza to, że historycy mieli zrezygnować ze swoich zadań. Według niego należało więc przede wszystkim dążyć do ustalenia i publikowania w możliwie zwięzłej i suchej formie jak najwięcej faktów. Przyszłe zaś syntezy i opracowania pozostawić na czas, gdy warunki polityczne jakoś się zmienią, nawet gdyby miało to trwać bardzo długo. Dla przyszłych pokoleń prace dokumentacyjne będą mieć podstawowe znaczenie10.

W pierwszych miesiącach 1946 r. uczestniczył w rozmowach dawnych działaczy Rady Pomocy Żydom, którzy po wojnie znaleźli się w różnych ugrupowaniach, zarówno opozycyjnych, jak i wspierających nową władzę. Płaszczyzną spotkań było przekonanie o potrzebie przeciwdziałania wyraźnie obecnym po wojnie nastrojom antyżydowskim, ale także innym postawom nienawiści rasowej czy religijnej. 30 marca 1946 r. powołano do życia Komitet Organizacyjny Ogólnopolskiej Ligi do Walki z Rasizmem. Na jego czele stanął wieloletni działacz PPS–u Juliusz Górecki, a w prezydium znajdowali się członkowie kierownictwa okupacyjnej RPŻ Adolf Berman, Tadeusz Rek, Marek Arczyński, Irena Sendlerowa. Bartoszewski wszedł także w skład Prezydium i jednocześnie został kierownikiem Wydziału Propagandowo–Prasowego. Liga nie zdołała rozwinąć szerokiej działalności, choć zaznaczyła swoje istnienie m.in. przez wydanie odezwy po pogromie kieleckim oraz zorganizowanie publicznego wiecu w Warszawie latem 1946 r. Bezskutecznie natomiast apelowała do najwyższych władz kościelnych o potępienie wystąpień antyżydowskich. We wrześniu 1946 r. uruchomiono pismo „Prawa Człowieka”, ale po trzech numerach przestało się ono ukazywać (wznowione w 1948 r., miało już inny charakter)11. Rozwinięcie efektywnej działalności okazało się zatem trudne z wielu przyczyn, m.in. braku zainteresowania władz komunistycznych dla powstania jakiegokolwiek pluralistycznego ideowo ruchu demokratycznego.

Najważniejszym niewątpliwie w owym czasie obszarem aktywności Bartoszewskiego była „Gazeta Ludowa” i PSL, jedyne legalne stronnictwo, które walczyło z dominacją komunistów. Tymczasem od połowy 1946 r.
w związku ze zbliżającymi się wyborami do Sejmu narastała brutalność reżimu. Kierownictwo PPR zmierzało do zniszczenia PSL za pomocą działań propagandowych, cenzuralnych, policyjnych i zwyczajnego terroru. W tych warunkach Bartoszewski zdecydował zwiększyć jeszcze swoje zaangażowanie we wrześniu został wybrany do Zarządu Powiatowego PSL Warszawa–Śródmieście, a w październiku wszedł w skład redakcji „Biuletynu Wewnętrznego” Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, rozsyłanego zarządom wojewódzkim i powiatowym stronnictwa.

Tymczasem cały dział informacyjno–propagandowy stał się obiektem bezpośredniego ataku UB, zmierzającego najwyraźniej do sparaliżowania w przededniu wyborów prasy PSL. 11 października aresztowano Kazimierza Bagińskiego, członka NKW PSL odpowiedzialnego za prasę
i wydawnictwa, 16 października redaktora naczelnego „Gazety Ludowej” Zygmunta Augustyńskiego, po czym w redakcji „Gazety” przeprowadzono szczegółową rewizję, przetrząsając biurka dziennikarzy. W następnych tygodniach UB zatrzymało kolejnych, tym razem młodych pracowników redakcji: Jana Zarańskiego, Wiktora Bazylewskiego i 15 listopada Władysława Bartoszewskiego.

*

Przez kilka tygodni był przetrzymywany w areszcie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Koszykowej, w dniu wigilii przewieziono go do więzienia na Rakowieckiej. Był przetrzymywany zgodnie z ówczesnymi obyczajami bez kontaktu z rodziną lub adwokatem, bez dostępu do książek i prasy, w izolacji od współwięźniów. Śledztwo zmierzało do sformułowania oskarżenia o szpiegostwo. Uwięzienie działacza Rady Pomocy Żydom musiało spowodować różnego rodzaju interwencje ze strony okupacyjnych podopiecznych i współpracowników. Niektórzy z nich znajdowali się na wysokich stanowiskach rządowych. Sam Bartoszewski ocenia, że uwolnienie zawdzięcza Zofii Rudnickiej, działaczce RPŻ, a podówczas wysokiemu urzędnikowi Ministerstwa Sprawiedliwości. Z więzienia wyszedł 10 kwietnia 1948 r., ale śledztwo przeciw niemu nie zostało umorzone. W grudniu 1948 r. został przyjęty na trzeci rok studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

W Polsce zaczynał się okres forsownej stalinizacji. Nie tolerowano śladu jakiejkolwiek opozycyjnej aktywności, zamykano do więzień prawdziwych lub domniemanych przeciwników systemu. Bartoszewskiego ponownie aresztowano 14 grudnia 1949 r. Przez półtora roku, do maja 1951, był przetrzymywany w piwnicach MBP na Koszykowej, następnie przewieziony do więzienia mokotowskiego i zamknięty w pojedynczej celi. Po latach wspominał:

Po stałym przebywaniu z kilkoma osobami w mroku i w brudzie, gdzie żarówka piętnastoświecowa paliła się dzień i noc, i gdzie nabawiłem się chronicznego zapalenia spojówek, które po kilkudziesięciu latach dziś jeszcze odczuwam, gdzie kurz z sienników, brak spacerów, dawały się człowiekowi we znaki, to zmiana na samotność wydawała mi się luksusem12.

Po kilkunastu dniach trafił do normalnej celi ze współwięźniami również przetrzymywanymi za działalność w AK. Miał to szczęście, że nie był w śledztwie torturowany, co spotkało wielu innych. Po tajnej rozprawie w więzieniu został 29 maja 1952 r. skazany na 8 lat więzienia „za szpiegostwo”.

Wyrok odsiadywał na Mokotowie, pracując w więziennej drukarni.
W kwietniu 1954 r. został przeniesiony do więzienia w Rawiczu, w czerwcu do więzienia w Raciborzu. Śmierć Stalina w marcu 1953 r. zapoczątkowała stopniowo „odwilż”, która wyraziła się m.in. poprawą warunków
w więzieniach. W sierpniu 1954 r., w wyniku starań adwokata Jerzego Meringa, Bartoszewski został zwolniony ze względu na stan zdrowia. Wyszedł chory na gruźlicę, serce, stawy. W marcu 1955 r. został uznany za niesłusznie skazanego. W sierpniu tego roku podjął pracę w Stowarzyszeniu Bibliotekarzy Polskich na stanowisku redaktora wydawnictw facho
wych.

*

W 1956 r. zaczął się nowy rozdział życia Władysława Bartoszewskiego jako kronikarza i historyka lat okupacji. Już w 1956 r. ogłosił w warszawskim tygodniku „Stolica” kilkanaście artykułów o walce podziemnej w latach okupacji, a w niezwykle wówczas popularnym tygodniku „Świat” kronikę Powstania Warszawskiego. Były to publikacje poświęcone takiej tematyce, jaka dotąd nie miała szansy się ukazać, i można uznać, że ich druk był jednym z przejawów „odwilży”. Wyrazem liberalizacji było również dopuszczenie byłego więźnia politycznego do formalnej już pracy redakcyjnej w „Stolicy”. W roku 1957 opublikował ponad 40 artykułów o różnych akcjach AK, o Powstaniu Warszawskim oraz o Radzie Pomocy Żydom. Debiutował również na łamach „Tygodnika Powszechnego” obszernym artykułem o akcji dywersyjnej „Wieniec”. Rok 1958 przyniósł kolejnych 20 artykułów, w „Stolicy”, ale także w „Tygodniku Powszechnym” i „Świecie”, pośród nich zaś kilka o powstaniu w warszawskim getcie. Bartoszewski rozwijał zatem wątki podjęte już w pierwszym okresie powojennym: hitlerowskiego terroru, głównie w Warszawie, walk zbrojnych AK, także przede wszystkim w stolicy, Powstania Warszawskiego, losu Żydów oraz powstania w getcie. Przybliżał także ówczesnym czytelnikom wydawnictwa Polski Podziemnej, głównie literackie
i poświęcone sprawom kultury.

Była to ogromna praca i bardzo trudne zmagania z cenzurą, a pośrednio z władzami PRL. Pamięć o okupacji została w pierwszym dziesięcioleciu PRL ogromnie wykrzywiona i stała się problemem swoistej schizofrenii. W publikacjach prasowych i książkowych wspominano okupacyjny terror, natomiast walka z okupantem, zbrojna czy cywilna, została zredukowana do czynów bojowych Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Pojęcie „państwo podziemne” było zakazane, Armia Krajowa oskarżana o współdziałanie z Niemcami (przed 1956) lub bierność (po 1956), ale zarówno przed datą, jak i po niej o „reakcyjne oblicze”. Jednocześnie w prywatnej świadomości, zwłaszcza ludzi pamiętających lata wojny, zachował się obraz AK jako czynnej, walczącej organizacji, a zarazem patriotycznego sprzysiężenia narodowego. Ten stan rzeczy rozdzielenia wiedzy oficjalnej od przechowywanej prywatnie trwał właściwie do końca istnienia PRL–u.

Na tym tle wyraźniej rysuje się specyfika twórczości Bartoszewskiego. Publikując artykuły o akcjach zbrojnych AK, wydawnictwach „londyńskiego” podziemia, pomocy niesionej prześladowanym Żydom, o dziejach Powstania Warszawskiego, a także relacjonując fakty dotyczące zbrodni niemieckich, których ofiarą padali głównie niekomuniści (choćby ze względu na nikły procent komunistów w polskim społeczeństwie), całym swoim pisarstwem polemizował z lansowanym odgórnie obrazem okupacji. Wydobywał fakty, które trudno już było potem zupełnie przemilczać. Ponieważ zaś tych artykułów i faktów było bardzo wiele, toteż i obraz całości musiał się zacząć zmieniać. W walce tej nie był Bartoszewski jedyny, prowadziło także kilku innych publicystów i historyków. Bartoszewski był jednak najaktywniejszy, a jednocześnie co było wówczas rzadkością wśród historyków zajmujących się dziejami najnowszymi nie godził się na złożenie reżimowi okupu w postaci lojalistycznych deklaracji. Toteż w 1960 r. utracił pracę w „Stolicy”. Pomocną dłoń wyciąg-nął doń wówczas Jerzy Turowicz, zapraszając na łamy „Tygodnika Powszechnego”.

Od 1956 do 1970 r. Bartoszewski opublikował 320 pozycji, w tym książki Palmiry 1940–1941 (1959), Prawda o von dem Bachu (1961) oraz obszerny tom Warszawski pierścień śmierci 1939–1944 (1967), za który otrzymał nagrodę „Polityki”. Książki te, poświęcone eksterminacji Polaków, były kontynuacją i rozwinięciem badań nad okupacją hitlerowską rozpoczętych zaraz po zakończeniu wojny. Przynosiły też, zwłaszcza trzecia
i najobszerniejsza z nich, ogromne poszerzenie wiedzy o terrorze niemieckim i jego ofiarach. Warszawski pierścień śmierci 1939–1944 szczególnie wyraźnie ukazywał specyfikę warsztatu historycznego Bartoszewskiego mnóstwo precyzyjnie odnotowanych faktów, zarządzeń hitlerowskich, szczegółowych dat, wskazania miejsc egzekucji oraz długie listy ofiar, często z informacjami o tym, kim byli zamordowani. Dla dzisiejszego czytelnika szukającego uogólnień taki styl może się wydawać nużący. W tamtych latach książka spełniła ogromną funkcję dokumentacyjną, a także była formą upamiętnienia ludzi i ich męczeństwa.

Bartoszewski był jednym z pionierów badań nad zagładą Żydów
w Polsce i stosunkami polsko–żydowskimi w tym czasie. W ciągu pierwszych kilkunastu powojennych lat, wypełnionych dramatycznymi przełomami skłaniającymi do skupienia uwagi na bieżących sprawach, problemy te stały się nawet dla wielu ludzi dobrej woli mało zrozumiałe, ich obraz wypaczały też różnorodne mity i schematy. Bartoszewski wiele uczynił dla zapoznania Polaków z przebiegiem eksterminacji Żydów i to na łamach prasy szeroko czytanej. Niemal nietknięty przez historyków i publicystów pozostawał natomiast wątek relacji między Polakami a Żydami. Powracając do tych spraw, Bartoszewski spoglądał z perspektywy uczestnika wojennej konspiracji, zaangażowanego w struktury Polski Podziemnej, posiadającego ponadto rozległe doświadczenia nabyte podczas pracy nad ratowaniem Żydów. Nie był beznamiętnym badaczem, dążył do upamiętnienia wysiłku tych, którzy ryzykowali, a często stracili życie, próbując nieść pomoc prześladowanym. Przypominał tych ludzi, ale zarazem odsłaniał kolejną kartę pozytywnych dokonań Armii Krajowej i w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego.

Toteż referat Bartoszewskiego Polacy–Żydzi–okupacja, wygłoszony
w 1961 r. w Klubie Krzywego Koła, wzbudził wielkie zainteresowanie, żywą dyskusję i był zaliczany do najważniejszych spotkań tego Klubu. Potwierdzeniem tego była nagroda honorowa KKK „za zasługi dla kultury narodowej”, którą Bartoszewski otrzymał w 1962 r.

W rok później na łamach „Tygodnika Powszechnego” ogłosił apel
o nadsyłanie relacji, wspomnień i dokumentów na temat Polacy z pomocą Żydom 1939–1944. Na ich podstawie powstała książka opracowana wspólnie z Zofią Lewinówną. Bartoszewski napisał obszerne wprowadzenie, które jest pierwszą próbą zmierzenia się z tematem stosunków polsko–
–żydowskich w latach okupacji. Po uzyskaniu akceptacji Ministerstwa Kultury i Sztuki (każda przygotowana do druku książka taką akceptację musiała uzyskać) Wydawnictwo Znak opublikowało w 1967 r. pod tytułem Ten jest z Ojczyzny mojej. Reakcja była mocna, o czym świadczy kilkadziesiąt recenzji w prasie krajowej oraz emigracyjnej. Józef Czapski pisał w paryskiej „Kulturze”:

Czytać książkę jednym tchem jest prawie niemożliwe. Nagie fakty, skrawki ogromnych wydarzeń, a każdy z nich ma wagę absolutną, nie słów pięknych, ale ofiary. Nie widać tu śladu zacierania stron ciemnych prawie co strona wspominane szantaże, szmalcownicy, szpicle na usługach Niemców, Polacy, a nieraz Żydzi czyhający na mienie i życie Żydów. Wyczuwamy coraz to tło wypadków, ogół zastraszony, obojętny, wrogi wszystkiemu, co grozi straszliwym ryzykiem. Kto wie za granicami Polski, że Polska była jedynym krajem, w którym za podanie szklanki mleka Żydowi, za udzielone schronienie, groziła kara śmierci. Czytamy szereg przykładów wymordowania całych polskich rodzin za przechowywanie jednego starca, czy jednego dziecka13.

Bezprecedensowym wyrazem uznania było przyznanie Bartoszewskiemu i Lewinównie nagrody londyńskiego Koła AK. Emigracja polska wraz z jej instytucjami była przez władze PRL–u traktowana (właściwie słusznie) jako ośrodek bezwzględnie wrogi. Wszelkie z nią kontakty traktowano jako przejaw nielojalności wobec PRL–u, toteż nieliczni w tym czasie przybysze z Polski, nawet jeśli się z przywódcami emigracji kontaktowali, unikali przy tym rozgłosu i odmawiali udziału w publicznych spotkaniach. Te reguły bezpieczeństwa były przez emigrantów na ogół rozumiane. Był to zatem pierwszy wypadek przyznania osobom z kraju prestiżowej nagrody emigracji politycznej i pierwszy wypadek, kiedy autorzy zgodzili się taką nagrodę przyjąć. Co więcej, 16 kwietnia 1968 r. Bartoszewski osobiście odebrał w Londynie nagrodę podczas uroczystości poświęconej rocznicy powstania w getcie warszawskim, w obecności naczelnych władz emigracyjnych, przywódców organizacji politycznych, społecznych, kulturalnych, słowem establishmentu polskiego Londynu14. Udział w tej uroczystości zapoczątkował liczne i kontynuowane potem przez lata kontakty z wybitnymi przywódcami emigracji londyńskiej, m.in. Wandą Pełczyńską, Adamem i Lidią Ciołkoszami, Edwardem Raczyńskim, kręgiem weteranów AK skupionych wokół Studium Polski Podziemnej.

Książka Ten jest z Ojczyzny mojej nabrała również bieżącego znaczenia politycznego, gdyż ukazała się w czasie, gdy po wojnie arabsko–izraelskiej wybuchła w PRL–u kampania antysyjonistyczna, w istocie antyżydowska. Odpowiedzią wielu publicystów i historyków z Izraela oraz diaspory żydowskiej było przypomnienie dawnego polskiego antysemityzmu, w tym zwłaszcza negatywnych zachowań Polaków w czasie okupacji niemieckiej. Książka Bartoszewskiego i Lewinówny pośrednio przeczyła tym uogólniającym ocenom. Równocześnie dla antysemickich aktywistów
z PRL–u ton, w jakim Bartoszewski pisał o Żydach, był trudny do zniesienia, a wyrażana przezeń sympatia dla Izraela dowodem nielojalności wobec państwa. W raporcie MSW z czerwca 1967 r. odnotowano, że Bartoszewski i Stefan Kisielewski „[...] wystąpili z inicjatywą zbierania podpisów wśród inteligencji polskiej pod listem adresowanym do opinii światowej »w obronie zagrożonego Izraela«”15. Uczuciom, z jakimi obserwował kampanię antysemicką w PRL–u, dał Bartoszewski wyraz w liście do Adolfa Bermana, pisząc:

[...] z wyrazami najgłębszego wstydu za to, co w Polsce robią rządzący nią komuniści. Na szczęście nie poczuwam się za ich działania do najmniejszej współodpowiedzialności, bo to jest władza obca, policyjna
i Polsce narzucona. [...] Ale bardzo boleję nad tym, że to wszystko się dzieje w imieniu Polaków i Polski, i że jest organizowane przez ludzi, którzy mówią po polsku16.

*

W 1963 r., podczas pobytu w Austrii, Bartoszewski nawiązał kontakt
z Tadeuszem Żenczykowskim, podczas wojny jednym z szefów BiP–u,
a wówczas zastępcą dyrektora naczelnego Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa. Od tej pory pozostawał w konspiracyjnym kontakcie z Żenczykowskim i na jego ręce przesyłał teksty dla Radia Wolna Europa, które następnie były wykorzystywane w pracy redakcyjnej, a kilka z nich zo-stało wydrukowanych na łamach wydawanego przez rozgłośnię pisma
„Na Antenie”. W tych latach Bartoszewski często wyjeżdżał za granicę, co było związane z rangą, którą zyskał jako badacz niemieckiego terroru w czasie okupacji i stosunków polsko–żydowskich. Tak więc w 1965 r.
był w RFN i Austrii, w 1966 w Wielkiej Brytanii, RFN i Austrii, w 1968
w Holandii i Austrii, w 1969 w Wielkiej Brytanii, Austrii i Włoszech. Podczas każdej z tych podróży spotykał się z Żenczykowskim oraz Janem Nowakiem, dyrektorem Sekcji Polskiej RWE. Wymieniano opinie o wydarzeniach w Polsce, zastanawiano się nad linią programową radia, Bartoszewski przekazywał teksty, umawiano się na następne.

29 września 1970 r. dyrektor Biura Śledczego MSW i dyrektor departamentu III MSW przesłali do KC PZPR „Notatkę dotyczącą przekazywania do »Wolnej Europy« paszkwilanckich informacji”. Czytamy w niej:

Uzyskano informacje, że grupa osób zamieszkałych w Warszawie, Toruniu i Gdańsku nawiązała kontakt z dyrektorem rozgłośni RWE Janem Nowakiem i jego z–cą Tadeuszem Żenczykowskim, który zbiera, opracowuje i przesyła nielegalne informacje o stosunkach społeczno–politycznych i gospodarczych w Polsce. Materiały te wykorzystywane do antypolskich i antysocjalistycznych kampanii propagandowych. Jak obecnie ustalono, inspiratorem przekazywania paszkwilanckich informacji do „Wolnej Europy” jest Władysław Bartoszewski, dziennikarz i publicysta, zatrudniony w Zarządzie Głównym Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich w Warszawie. Kontakty jego z pracownikami „Wolnej Europy”, osobiste i pośrednie, trwają, jak się okazało, od kilku lat.

W notatce czytamy, że w 1966 r. Bartoszewski przekazał do RWE materiały dotyczące procesów politycznych inż. Mieczysława Zawistowskiego i Karola Głogowskiego, a następnie listę członków Rady Adwokackiej, którzy głosowali za skreśleniem Głogowskiego z listy adwokatów (nazwiska te zostały ujawnione wraz z piętnującym komentarzem w audycji RWE). W 1967 r. przesłał materiały dotyczące procesu Ludwika Hassa, Kazimierza Badowskiego i Romualda Śmiecha, stosunków Kościół–państwo oraz zaostrzenia cenzury. W 1970 r. przekazał do RWE materiał dotyczący projektu ustawy o badaniach psychiatrycznych (w istocie o groźbie wykorzystywania psychiatrii do zwalczania przeciwników systemu, co było już stałą praktyką w ZSRR). Do „przestępstw” Bartoszewskiego kierownictwo SB zaliczyło również spotkanie w Londynie w grudniu 1969 r. ze znanym sowietologiem Leopoldem Łabędziem, któremu przekazał maszynopis książki Pawła Jasienicy, a w rozmowie „oczernił” ambasadora PRL Mariana Dobrosielskiego (który wcześniej zdobył ponurą sławę jako profesor Uniwersytetu Warszawskiego zaangażowany w zwalczanie krytycznych wobec polityki władz naukowców i studentów). Oceniając drogę życiową Bartoszewskiego, pułkownicy z MSW pisali:

W ostatnim 25–leciu konsekwentnie wykorzystuje każdą możliwość do działalności antykomunistycznej, dostosowując jej formy i metody do aktualnej sytuacji politycznej w kraju17.

O współpracę z Radiem Wolna Europa w porozumieniu z Bartoszewskim SB podejrzewała również docenta Stanisława Salmonowicza, prodziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Toruńskiego, oraz wspomnianą już w tym szkicu Ewę Dreżepolską, wówczas radcę prawnego w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego, którą oskarżano o to, że pełni funkcję „łączniczki” między Bartoszewskim i Żenczykowskim. 24 września przeprowadzono rewizję u Salmonowicza, nazajutrz u Dreżepolskiej, po czym oboje aresztowano. W ich mieszkaniach funkcjonariusze SB znaleźli notatki, które wskazywały na kontakty z RWE oraz charakter zamówień Nowaka i Żenczykowskiego. Były wśród nich pytania o wyniki wyborów do Naczelnej Rady Adwokackiej oraz o sytuację wśród adwokatów, lekarzy, ludzi kultury, o to, co działo się na ostatnim Kongresie ZBoWiD–u, kto był w składzie sędziowskim, który w 1952 r. skazał gen. Augusta Emila Fieldorfa na karę śmierci, jaki jest stan pomnika i cmentarza poległych w 1920 r. pod Radzyminem, a także wiele próśb o przysłanie wydanych w Polsce książek18. Były to więc prośby o dostarczenie informacji i materiałów, które
w każdym normalnym państwie publikowane w gazetach, w PRL–u jednak były tajemnicą chronioną przez cenzurę.

1 października 1970 r. do domu Bartoszewskiego wkroczyła ekipa funkcjonariuszy SB i przeprowadziła wielogodzinną, szczegółową rewizję. Nie znaleźli niczego, co pozwoliłoby szerzej podbudować wysunięte oskar-żenia.

Zebrane przez SB fakty, odpowiednio zinterpretowane, pozwalały szefom MSW snuć plan doprowadzenia do procesu analogicznego, jaki na początku 1970 r. wytoczono współpracującej z Jerzym Giedroyciem grupie „taterników”. W tym procesie sądzono jednak ludzi młodych, o nieustabilizowanej jeszcze pozycji społecznej i zawodowej. Wytoczenie procesu Bartoszewskiemu, byłemu więźniowi stalinowskiemu, autorowi wielu książek, jednemu ze Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, było jednak ryzykowne. Władze musiały się liczyć z protestami i manifestacjami solidarności
z oskarżonym (lub oskarżonymi) wśród intelektualistów, w środowisku AK––owców i co chyba najważniejsze za granicą. Postępowanie jednak rozpoczęto i przez szereg miesięcy Bartoszewski był przesłuchiwany przez prokuratora, który w grudniu 1970 r. postawił mu zarzut „[...] współdziałania z antypaństwowymi siłami z Radia Wolna Europa na szkodę PRL”. Do procesu mogłoby dojść, gdyby nie Grudzień 1970 i upadek ekipy Gomułki. Nowe kierownictwo PZPR z Gierkiem na czele proklamowało „odnowę” i nie zamierzało wikłać się w kosztowny pod względem propagandowym proces polityczny. Na początku 1971 r. sprawę umorzono. Wydano jednak wyrok w trybie administracyjnym i niejawnym, umieszczając Bartoszewskiego na „czarnej liście” osób objętych zakazem druku jak się okazało, na trzy lata oraz pozbawionych prawa podróżowania za granicę.

Właściwie powinien był w tej sytuacji przycichnąć i „zejść z oczu”, tymczasem w grudniu 1971 r. zdecydował się przyjąć „bardzo złą” nagrodę londyńskich „Wiadomości” i to ex equo z pierwszoplanową postacią emigracji Adamem Ciołkoszem. „Bartoszewski otwartą kartką podpisaną imieniem i nazwiskiem, na nasz domowy adres napisał, jak bardzo się cieszy z otrzymania tej nagrody” wspominała Lidia Ciołkoszowa19.

W okresie „niebytu” Bartoszewski opublikował jednak kilkanaście niewielkich prac w „Roczniku Warszawskim”, „Zeszytach Oświęcimskich”, „Dziejach Najnowszych” i innych pismach specjalistycznych. Dla szerszego czytelnika mógł zacząć pisywać w 1973 r., a w roku następnym powrócił na dobre. Jego ogromne kalendarium 1859 dni Warszawy, opublikowane przez Wydawnictwo Znak, zostało rozkupione błyskawicznie, a także doczekało się kilkudziesięciu recenzji, w tym również zjadliwych, pisanych przez funkcjonariuszy propagandy PZPR, którzy zarzucali autorowi ukazanie życia miasta „[...] przez pryzmat działalności podziemia związanego z rządem emigracyjnym”20. Wbrew wysiłkom takich propagandystów, książka została pozytywnie oceniona przez czytelników i historyków, i jest do dziś najobszerniejszą, niezastąpioną kroniką okupacji niemieckiej w Warszawie. Miał swój pokaźny udział także w kilkutomowym, monumentalnym dziele Ludność cywilna w powstaniu warszawskim wydanym w 1974 r. W tym okresie Bartoszewski potwierdził swoją wysoką rangę naukową, docenianą w środowisku oficjalnych, akademickich historyków, w tym także profesorów z legitymacjami PZPR. Był zapraszany na konferencje naukowe poświęcone problemom wojny. W 1973 r. otrzymał kontrakt starszego wykładowcy historii na KUL–u, a jego seminarium magisterskie poświecone dziejom Polskiego Państwa Podziemnego cieszyło się ogromną popularnością. Powstało też na nim szereg prac niezwykle wartościowych, poszerzających wiedzę o latach okupacji i różnych ośrodkach konspiracyjnych. Równocześnie od 1972 r. pełnił
wybrany na wniosek Antoniego Słonimskiego funkcję sekretarza generalnego Polskiego Pen Clubu.

*

W połowie lat sześćdziesiątych zaczął odgrywać znaczącą rolę w rodzącym się dialogu polsko–niemieckim. Rządząca do 1970 r. ekipa Gomułki pilnie strzegła swej wyłączności na budowanie stosunków polsko–niemieckich, czego wyrazem była na przykład niezwykle gwałtowna reakcja na list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. W retoryce propagandowej podtrzymywano obraz RFN jako państwa zagrażającego Polsce i w ogóle pokojowi w Europie. Podejmowanie prób dialogu polsko–niemieckiego było więc bardzo trudne, zarówno ze względu na partnerów niemieckich, jak ogromną podejrzliwość władz PRL–u. Nie przypadkiem we wspomnianym raporcie MSW na temat Bartoszewskiego jako jedną z okoliczności go obciążających wymieniano kontakty z korespondentami prasy niemieckiej w Warszawie Renatą Marsch i Angelą
Nacken. W tych warunkach ostrożne próby dialogu podejmowało środowisko Znaku, w tym zwłaszcza Stanisław Stomma i Tadeusz Mazowiecki. Do owych prób dialogu włączył się również Bartoszewski, który m.in. od 1963 r. pozostawał w kontaktach z austriackim katolickim tygodnikiem „Die Furche”, a od 1965 r. bywał również w
RFN, poznawał przemiany dokonujące się w Niemczech i przekazywał obserwacje Polakom na łamach „Tygodnika Powszechnego” lub na spotkaniach w Klubach Inteligencji Katolickiej. Te kontakty i ten dialog podejmował przy założeniu, że zbrodnie niemieckie nie mogą być zapomniane, a granica na Odrze i Nysie znajduje się poza możliwością dyskusji.

Po zawarciu układu polsko–niemieckiego w 1970 r. oraz po zmianie ekipy kierowniczej PZPR, w ślad za poprawą stosunków międzypaństwowych, dopuszczono do pewnych, wprawdzie bardzo ograniczonych, kontaktów o charakterze intelektualnym i społecznym. Do takich kontaktów szczególnie predestynowane było środowisko Znaku, które niemieccy partnerzy głownie z Pax Christi, Bensberger Kreis i Centralnego Komitetu Katolików Niemieckich znali i oceniali jako autentyczne, wiarygodne, wykazujące niezmiennie dobrą wolę, a jednocześnie cieszące się znacznym zaufaniem hierarchii katolickiej. Oglądane z zagranicznej perspektywy środowisko Znaku było namiastką alternatywnej wobec komunistów polskiej elity politycznej. W 1971 r. grupa „Tygodnika Powszechnego” oraz zachodnioniemiecka organizacja katolicka Pax Christi wystąpiły
z inicjatywą zorganizowania seminarium oświęcimskiego. Miejsce wybrano nieprzypadkowo chodziło o podkreślenie straszliwego dziedzictwa wojny, które nie powinno być zapomniane, ale jednocześnie deklarowano potrzebę budowania nowej, pozytywnej przyszłości. Po wahaniach władze PRL–u wyraziły zgodę. 1 i 2 grudnia 1972 r. w Oświęcimiu odbyło się seminarium, na które przybyło 10 przedstawicieli Pax Christi oraz
14 osób z Polski. Wśród polskich uczestników seminarium trzeba wymienić Stefana Wilkanowicza, ks. Andrzeja Bardeckiego, Tadeusza Mazowieckiego, Józefę Hennelową, Mieczysława Pszona, Wojciecha Wieczorka i Władysława Bartoszews
kiego21.

Seminarium Oświęcimskie nie było inicjatywą jednorazową. Następne spotkanie odbyło się 2 października 1973 r. w Bendorf w RFN, kolejne
3 grudnia 1974 r. w Makowie Podhalańskim. Tym razem po stronie polskiej zwracała uwagę grupa wybitnych polskich księży, wśród których byli m.in.: bp Herbert Bednorz, ks. Andrzej Bardecki, ks. Alfons Nossol,
ks. Tadeusz Pieronek, ks. Alfons Skowronek, ks. Mieczysław Maliński,
a obok nich politycy i publicyści Znaku: Stefan Wilkanowicz, Stanisław Stomma, Mieczysław Pszon, Andrzej Micewski, Jacek Wejroch. Na tym właśnie spotkaniu Bartoszewski wygłosił główny referat22. Warto zacytować jego fragment, gdyż ukazuje on zarówno perspektywę intelektualną seminariów oświęcimskich, jak również podejście Bartoszewskiego do dialogu polsko–niemieckiego. Na wstępie Bartoszewski uznał, że
w tym dialogu nie powinno się mówić o „stronach” reprezentujących dwa narody, ale raczej o wspólnocie ludzi gotowych pracować dla pojednania. Po przeciwnej stronie zarówno Niemcy, jak Polacy, którzy takiej potrzeby nie widzą lub nawet negują.

Jako chrześcijanie nie uznajemy pojęcia winy zbiorowej [...] ale istnieje przecież coś takiego, jak zbiorowe przyczyny, istnieją zbiorowe skutki przeszłości hitlerowskiej. Na tym gruncie rodzą się nieraz kompleksy niższości, które mogą łatwo przeobrazić się w nadwrażliwość i skłonność do agresji. [...] Drodzy Przyjaciele! Nie ma uczciwego i rzeczywistego pojednania bez świadomej znajomości przeszłości. Ta przeszłość była nadludzko ciężka i mroczna. Aby przeszłość skutecznie przezwyciężyć, musimy działać cierpliwie, nie pospiesznie, ale zdecydowanie i konsekwentnie. Więcej: musimy mieć odwagę działać także i niepopularnie. Musimy być gotowi do ofiar. A ponieważ ta przeszłość była nadludzko ciężka i nadludzko obciążona, musimy być jako chrześcijanie gotowi także do wspólnych nadludzkich niemal wysiłków, aby osiągnąć nasz wspólny cel23.

Aktywność Bartoszewskiego w dialogu z katolikami niemieckimi szła w parze z udziałem w szerszych inicjatywach zmierzających do przełamywania stereotypów i uprzedzeń. We wrześniu 1977 r. w Kolonii wziął udział w debacie na temat Intelektualiści i polityka. Prawa człowieka, obok Hein-richa Bölla, Friedricha Dürrenmatta, Leszka Kołakowskiego i Zdenka Mlynara. Od października 1977 r. przebywał na zaproszenie Departamentu Stanu w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbywał liczne spotkania w środowiskach polskich i żydowskich. W grudniu tego roku gościł w Londynie na zaproszenie rządu brytyjskiego.

*

Słowa o potrzebie wysiłków i ofiar dotyczyły jak się okazało nie tyle stosunków polsko–niemieckich, ile walki o poszerzanie ram wolności w Polsce. W kontakcie ze środowiskami organizującymi różne akcje sprzeciwu wobec władz PRL–u Bartoszewski pozostawał od lat, a szczególne znaczenie miała rozwijająca się przyjaźń z Janem Józefem Lipskim. Pośredniczył w przerzuceniu na Zachód „Listu 34” w 1964 r. Na prośbę Lipskiego przekazał za granicę w 1970 r. maszynopis książki Władysława Bieńkowskiego Motory i hamulce socjalizmu, w 1974 r. podpisał obok 10 innych intelektualistów apel do Rady Państwa o ułaskawienie więzionych przywódców organizacji „Ruch”, a w 1975 r. list do władz o podjęcie starań na rzecz poprawy losu Polaków w ZSRR. W latach 1974–1975 w mieszkaniach prywatnych prowadził seminaria i dyskusje dotyczące najnowszej historii Polski, w których uczestniczyło grono zbuntowanej wobec systemu młodzieży; spośród niej rekrutowało się późniejsze środowisko KOR–u.

Rok 1976 rozpoczął nową fazę niezależnej działalności obywatelskiej. Na początku tego roku setki osób składały podpisy pod listami zawierającymi sprzeciw wobec zamierzonego przez władze wprowadzenia do Konstytucji PRL zapisów o uznaniu kierowniczej roli partii oraz sojuszu z ZSRR. Bartoszewski podpisał obok m.in. Antoniego Słonimskiego, Edwarda Lipińskiego, Jana Józefa Lipskiego, Zbigniewa Raszewskiego, Anieli Steins-bergowej, Jacka Kuronia i Adama Michnika tzw. „List 14”, sprzeciwiający się wpisaniu do Konstytucji PRL zapisu o sojuszu z ZSRR. Po wy-stąpieniach robotników w Radomiu i Ursusie oraz powstaniu KOR–u
podpisał apel z wnioskiem o powołanie nadzwyczajnej komisji sejmowej dla zbadania prześladowań, które dotknęły uczestników robotniczego protestu.

W tym czasie narastającej aktywności ruchu opozycyjnego Bartoszewski wypracował własną formułę udziału w tym ruchu. Wątpił w skuteczność jawnej walki politycznej z reżimem, który nie zamierza szanować reguł prawa, udzielał jednak wsparcia uczestnikom takich działań. Trzeba zauważyć, że w narzuconych przez władze realiach walki z opozycją ludzie tacy jak Bartoszewski ryzykowali zniszczeniem budowanego przez wiele lat ogromnego warsztatu pracy. Praktyką działania służby bezpieczeństwa było bowiem konfiskowanie w czasie rewizji wszelkich druków nieposiadających debitu w PRL–u, a zatem wydawnictw emigracyjnych, obcojęzycznych i konspiracyjnych, także z lat okupacji. Ogromny księgozbiór Bartoszewskiego zawierający również tysiące druków z lat wojny został już raz przetrzebiony przez SB podczas rewizji w 1970 r.

Bartoszewski podejmował jednak ryzyko, udzielając wsparcia inicjatywom opozycyjnym, a bezpośrednio angażując się w tworzenie niezależnego ruchu naukowego i oświatowego. W styczniu 1978 r. należał do współzałożycieli Towarzystwa Kursów Naukowych i podjął w mieszkaniu Jana Józefa Lipskiego wykłady na temat historii politycznej Polski
w okresie wojny i okupacji. Prowadził je przez trzy semestry. Władze zareagowały odmową wydawania paszportu, przerywając tym samym efektywny udział Bartoszewskiego w dialogu polsko–niemieckim i polsko–żydowskim. Jak wszystkie osoby związane z niezależnymi inicjatywami społecznymi i kulturalnymi był eliminowany z oficjalnego obiegu wydawniczego i publicystycznego. Cenzura dopuszczała do druku jego teksty
w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, niekiedy w wydawnictwach specjalistycznych, ale uniemożliwiała druk w czasopismach „świeckich”, nie dopuszczano go do radia, telewizji, odmawiano zgody na wznowienia książek. Bartoszewski odpowiadał mnożeniem odczytów w kościołach i duszpasterstwach różnych miast. Na jego prelekcje przychodziło nawet po kilkuset słuchaczy, a popularnością w tej dyscyplinie mógł się z nim mierzyć chyba tylko Stefan Kisielewski. W swoich artykułach, także publikowanych w drugim obiegu, był bardzo rzeczowy, unikał komentarzy, koncentrował uwagę na historycznych faktach, nieraz bardzo drobnych, które dopiero w zestawieniu układały się w wartościującą ocenę. Jako wykładowca także zwracał uwagę na szczegółowe fakty, ale opowiadał o zdarzeniach z niezwykłą swadą, wprowadzał dłuższe dygresje, nie unikał dowcipów i złośliwości, szczególnie wobec różnych komunistycznych tez propagandowych, praktyk cenzury itp.

W 1979 r. władze postanowiły doprowadzić do likwidacji zajęć TKN–u, nawet przy użyciu brutalnych metod. W marcu doszło do słynnego napadu na mieszkanie Jacka Kuronia, przemoc fizyczną stosowano także wobec innych osób. Po przerwie wakacyjnej, jesienią 1979 r., milicja i SB nie dopuściły już do publicznych wykładów. Wykład inauguracyjny, który rozpocząć miał nowy rok akademicki TKN–u, zamierzał wygłosić Bartoszewski. Przed oznaczoną godziną do mieszkania, w którym miał się odbyć wykład, wkroczyła milicja i przystąpiła do rewizji. Przebywających tam studentów oraz Bartoszewskiego funkcjonariusze sfotografowali i nakazali opuszczenie mieszkania. Zapowiedziany wykład Bartoszewski jednak wygłosił w innym terminie. Odpowiedzią było postawienie go przed Kolegium do Spraw Wykroczeń pod zarzutem „zorganizowania nielegalnego zebrania” i ukaranie grzywną w wysokości 5 tys. (równowartość przyzwoitej pensji). Bartoszewski odwołał się do sądu, stwierdzając, że prowadzenie publicznych wykładów uważa za swój obowiązek. Sąd jednak wyrok utrzymał24.

Zamknięcie Bartoszewskiemu ust było jednak niezmiernie trudne. Wykład, za który został skazany, opublikował poza cenzurą jako broszurę. Publicznych prelekcji nie przerwał, korzystając z gościnności licznych sal kościelnych. A wyrok Kolegium ds. Wykroczeń został opisany w wielkonakładowych dziennikach zachodnich z nieprzychylnymi dla władz
PRL–u komentarzami. W czerwcu 1980 r. TKN wystosował List otwarty do nauczycieli i wychowawców zawierający miażdżącą krytykę systemu oświatowego PRL–u oraz wskazujący na wynikające z tego tytułu zagrożenia dla zachowania tożsamości kulturalnej i narodowej młodych pokoleń. Bartoszewski był wśród 9 osób, które podpisały list TKN–u w imieniu członków.

W tych latach Bartoszewski związał się także z inną inicjatywą opozycyjną, jaką było Polskie Porozumienie Niepodległościowe. PPN rozpoczął działalność w 1976 r., a polegała ona na przygotowywaniu i rozpowszechnianiu poza cenzurą esejów i opracowań, które miały służyć budowaniu niezależnej myśli politycznej. Z działalnością PPN zetknął się jesienią 1977 r., gdy Zdzisław Najder poprosił go o pośrednictwo w nawiązaniu kontaktu z Jerzym Lerskim, dawnym kurierem AK mieszkającym w Stanach Zjednoczonych. Podzielał pogląd twórców PPN, że anonimowość i tajność pozwala na większą swobodę wypowiedzi. W późniejszym okresie pomagał Najderowi w napisaniu tekstu Polska a Niemcy oraz Najderowi i Andrzejowi Kijowskiemu przy eseju O stosunkach z Niemcami raz jeszcze. Oba opracowania zawierały rozważania, które przełamywały ówcześnie panujący, również w środowiskach opozycyjnych, sposób myślenia o przyszłych stosunkach polsko–niemieckich. Bartoszewski był również głównym autorem innego tekstu PPN: Polacy–Żydzi. Ponadto czytał i konsultował szereg innych opracowań PPN.

*

W sierpniu 1980 r. podpisał apel polskich intelektualistów z wezwaniem do kompromisu i uznania prawa robotników do tworzenia niezależnych związków zawodowych. 11 października 1980 r. na zebraniu sygnatariuszy tego apelu mówił, że najważniejsza obecnie jest obrona i urealnienie porozumień sierpniowych, także przez rozbudowę niezależnego ruchu studenckiego i naukowego. Wyraził nadzieję: „Oby były to odmiany trwałe”. Każdej grupie tworzącego się ruchu obywatelskiego przyznawał prawo do aktywności, ale podkreślał potrzebę zachowania nadrzędnej jedności moralnej:

Wiele środowisk uczestniczyło w tworzeniu nowej świadomości społecznej, a zasługi KOR–u bardzo wyraźne. Powinniśmy z wielkim szacunkiem odnosić się do tych ludzi. Potrzeba poczucia solidarności głębszego od taktycznych rozbieżności.

Słowa te odnosiły się do napięcia panującego wówczas między gronem głównych ekspertów „Solidarności”, skupionych wokół Tadeusza Mazowieckiego, a środowiskiem KOR–u. Wyznając zasadę nadrzędnej solidarności ruchu demokratycznego oraz uznając potrzebę przeciwstawiania się wszelkim represjom politycznym, w grudniu 1980 r. wszedł w skład Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania. Był członkiem „Solidarności”, ale nie zajmował żadnych stanowisk. Kilkakrotnie natomiast komentował polską sytuację w „Der Spiegel” i innych pismach zagranicznych, jednoznacznie deklarując się po stronie „Solidarności”. Wywiady te były jednak wtórną formą aktywności. Najwięcej energii wkładał w to, aby wykorzystać zelżenie cenzury i docierać do czytelnika z prawdą
o doświadczeniach lat wojny, zwłaszcza Powstania Warszawskiego. Na łamach „Tygodnika Solidarność”, którego nakład wynosił 500 tys. egzemplarzy, opublikował obszerny artykuł o powstaniu. Największym dokonaniem autorskim Bartoszewskiego było w tym okresie 67 odcinków audycji Dni walczącej stolicy. Kronika Powstania Warszawskiego, którą emitował III program Polskiego Radia. Zapis tych audycji ukazał się w zmienionej już sytuacji w 1984 r. w Londynie oraz w podziemiu (kolejne, „jawne” wydanie mogło się ukazać dopiero w 1989 r.). Jesienią 1981 r. opublikował książkę Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945–1946, będącą zbiorem dokumentów zawierających protokoły posiedzeń władz naczelnych PSL–u.

W czasie rewolucji „Solidarności” był więc przede wszystkim historykiem, rzadko jedynie wkraczającym w sferę polityki. Znajdował się natomiast w gronie osób, które cieszyły się autorytetem przekraczającym ramy jednego obozu politycznego. Osobisty autorytet wzmacniało nieraz stanowisko zajmowane z wyboru w przypadku Bartoszewskiego funkcja sekretarza generalnego Polskiego Pen Clubu. Istnienie takiego grona było ważnym elementem ówczesnej sytuacji. W szczególnie trudnych momentach wystąpienia autorytetów były ważnym czynnikiem łagodzenia napięć, względnie wywierania na władze presji na rzecz zachowywania pokoju społecznego i respektowania elementarnych praw obywatelskich. Takie znaczenie miał wspomniany już apel intelektualistów z sierpnia 1980 r.,
a także budowany z udziałem niezależnych autorytetów Komitet Obrony Więzionych za Przekonania. Bartoszewski znajdował się również wśród kilkunastu sygnatariuszy oświadczenia z 7 czerwca 1981 r. wydanego jako reakcja na list KC KPZR do KC PZPR z 5 czerwca 1981 r. wzywający do zahamowania polskich przemian. W oświadczeniu tym podkreślano pokojowy przebieg polskich reform oraz ich wagę dla zachowania pokoju społecznego w Polsce. Jesienią 1981 r. „Solidarność” wystąpiła z projektem utworzenia Społecznej Rady Gospodarki Narodowej jako organu reprezentującego społeczeństwo i współpracującego z rządem w zakresie kształtowania polityki gospodarczej, reform ekonomicznych, podejmowania inicjatyw ustawodawczych. Wśród 24 osób zaproponowanych przez „Solidarność” do tej Rady znajdował się Bartoszewski. Listę kandydatów do SRGN Komisja Krajowa „Solidarności” ustaliła 12 grudnia 1981 r. na posiedzeniu w Stoczni Gdańskiej. Tej nocy został w Polsce wprowadzony stan wojenny.

Zatrzymanie Bartoszewskiego 13 grudnia 1981 r. oraz internowanie go w więzieniu w Białołęce mogło być zaskoczeniem, ale zarazem dowodziło, że autorzy stanu wojennego nie zamierzają liczyć się ze środowiskiem niezależnych autorytetów, również nieczuli na okoliczności wieku
i osobistego prestiżu przeciwników reżimu. Jedynym ustępstwem było przeniesienie takich osób z więzienia do specjalnego ośrodka w Jaworzu koło Drawska. Bartoszewski znalazł się tam wraz z innymi pisarzami, wykładowcami TKN i najwybitniejszymi doradcami „Solidarności”, m.in. Tadeuszem Mazowieckim, Bronisławem Geremkiem, Jerzym Jedlickim, Andrzejem Kijowskim, Stefanem Amsterdamskim, Andrzejem Drawiczem, Wiktorem Woroszylskim. Jako najbardziej doświadczony wśród internowanych Jaworza został przez nich wybrany na starostę. Utrwalenie portretu Bartoszewskiego w tej roli zawdzięczamy Waldemarowi Kuczyńskiemu25. W Jaworzu odbywały się liczne wykłady zgromadzonych tu specjalistów wielu dziedzin. Dla więzionych były one jedną z form spędzania dłużącego się czasu oraz podtrzymania aktywności intelektualnej
i towarzyskiej. W ramach tych zajęć Bartoszewski wygłosił cykl wykładów pt. Geografia polityczna Polski Podziemnej. Z obozu internowania został zwolniony w kwietniu 1982 r., po licznych interwencjach podejmowanych przez zagranicznych przyjaciół. Skuteczna okazała się zwłaszcza interwencja prezesa Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Kombatantów Żydowskich Stefana Grajka, który zaproszony na uroczystość obchodów rocznicy powstania w getcie uzależnił swój udział od zwolnienia Bartoszewskiego z internowania26.

Na początku maja wznowił zajęcia na KUL–u, w lipcu wszedł oficjalnie w skład redakcji „Tygodnika Powszechnego” (przez długie lata podawany w stopce skład redakcji nie ulegał zmianie, od tej zasady odstąpiono dopiero w 1982 r.). W krakowskim Wydawnictwie Znak ukazała się zredagowana przez Bartoszewskiego książka Doświadczenia lat wojny 1939––1945. Istniała więc szansa powrotu do życia zawodowego, ale w warunkach niezwykle ostrej cenzury i nasilonej inwigilacji. Latem przyszło zaproszenie z Wissenschaftskolleg zu Berlin, które oferowało Bartoszewskiemu blisko roczne stypendium. W październiku wyjechał z Polski.

*

W 1982 r. zaczynał się kolejny okres życia Bartoszewskiego, który trwał do 1989 r. Większość tego okresu spędził w RFN, najpierw jako stypendysta w Berlinie Zachodnim, później wykładowca na uniwersyte-cie w Monachium, Katolickim Uniwersytecie Eichstäd i uniwersytecie
w Augsburgu. Do Polski przyjeżdżał na krótko, w 1985 r. skończył pracę na KUL–u. Wprawdzie nie był formalnie emigrantem politycznym, ale większość nowych prac i książek drukował w wydawnictwach emigracyjnych lub w języku niemieckim. Oprócz bieżącej pracy dydaktycznej z niemieckimi studentami, objeżdżał wiele ośrodków i wygłaszał dziesiątki wykładów, w których tłumaczył polską historię i sytuację współczesną. Jego wydane w 1983 r. wspomnieniowe refleksje pt. Herbst der Hoffnungen. Es lohnt sich anständig zu sein [Jesień nadziei. Warto być przyzwoitym] spotkały się z bardzo żywym przyjęciem niemieckich czytelników, bardziej wtedy niż kiedykolwiek zainteresowanych Polską. Bartoszewski stał się jednym z najbardziej znanych w Niemczech Polaków. W 1983 r. otrzymał nagrodę im. Herdera przyznawaną przez Uniwersytet Wiedeński, a w 1986 r. niezwykle prestiżową Nagrodę Pokojową Księgarstwa Niemieckiego. Był honorowany przez instytucje żydowskie otrzymał doktorat honoris causa Baltimore Herbrew College, dyplom American Jewish Committee, został wiceprezesem Instytutu dla Studiów Polsko–Żydowskich w Oksfordzie. Pozostawał w żywych kontaktach z polską emigracją. Od prezydenta RP na uchodźstwie Edwarda Raczyńskiego otrzymał w 1986 r. Krzyż Komandorski z gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za całokształt działalności
w służbie Polsce w czasie wojny i po wojnie, a w szczególności za opracowania historyczne i za działalność w sprawach polsko–żydowskich”. Raczyński złożył mu również propozycję objęcia stanowiska Prezydenta RP na uchodźstwie, ale odmówił przyjęcia tego zaszczytu.

Lata osiemdziesiąte były okresem coraz wyraźniejszego dzielenia aktywności na badawczą i popularyzatorską związaną z profesją historyka, oraz polityczną w obszarze stosunków polsko–niemieckich. Specyfika stosunków polsko–niemieckich wymagała jednak szczególnego podkreślenia pamięci o przeszłości, aby projektować lepszą przyszłość. Był to okres, kiedy Niemcy wnikliwiej niż kiedykolwiek wcześniej interesowali się Polską, także jej historią i dziejami okupacji niemieckiej w Polsce. Wystąpienia publicystyczne, wykłady, artykuły i książki Bartoszewskiego współtworzyły więc nurt intelektualny, który przygotowywał Niemców do pojednania z demokratyczną Polską. Jak bowiem mówił

[...] najważniejsze jest nie to, co gotowi oświadczyć i podpisać politycy, choć pomniejszać tego nie należy, ale jakie procesy zachodzą w odczuwaniu, w sumieniu i intelekcie ludzi różnych narodów, na ile przezwyciężony jest stereotyp w myśleniu innych, egoizm, a nawet egotyzm.

Perspektywa, ku której Polacy i Niemcy, a także inne narody winny zmierzać,

[...] to powszechna oczywistość pojęć takich, jak wolność i godność osoby ludzkiej, poszanowanie życia ludzkiego, negatywna postawa wobec wszelkich form gwałtu i przemocy, solidarność z prześladowanymi, opiekuńczość wobec słabych i bezbronnych, szczególny stosunek troski wobec matki i dziecka27.

Po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego Bartoszewski oddał się do dyspozycji. We wrześniu 1990 r. został ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej w Wiedniu, co otwierało kolejny etap jego aktywności w polskiej dyplomacji.

Z Wiednia wrócił do Warszawy jako powołany przez prezydenta Lecha Wałęsę w marcu 1995 r. minister spraw zagranicznych. Sprawował funkcję dwukrotnie: od 6 marca do 22 grudnia 1995 r. oraz na wniosek premiera Jerzego Buzka od 30 czerwca do 19 października 2001 r.

*

Miarą oceny dorobku naukowego jest pisarstwo i uczniowie. Przez ponad 10 lat pracy na KUL–u Bartoszewski wypromował ponad trzydziestu magistrantów. Pod jego opieką powstało co najmniej kilka prac bardzo wartościowych, niestety, na ogół niewydrukowanych. Dla wielu także nie związanych z KUL–em młodszych historyków Bartoszewski był autorytetem, służył im pomocą, radą, udostępniał książki, broszury, relacje. Należy tu wspomnieć zwłaszcza Andrzeja Krzysztofa Kunerta, który kontynuuje i rozwija metodologię badań stworzoną przez Bartoszewskiego. Również niżej podpisany wiele zawdzięcza osobie bohatera tego szkicu.

Profesor Aleksander Gieysztor tak oceniał pisarstwo Bartoszewskiego:

Jego publicystyka i historografia wyprzedzały wówczas zarówno pierwszeństwem w podejmowaniu spraw, którymi się mało kto zajmował, jak też wolnością myśli i słowa w czasach zatruwania umysłów i uczuć odbiorców słowa drukowanego nieprawdą, półprawdą i zmową milczenia. [...] We wszystkim, co pisze ten autor, imponuje rozległość i głębokość kwerendy źródeł archiwalnych i czasopiśmienniczych, w szczególności umiejętność wywoływania i użytkowania relacji świadków. Wielu z nich odeszło, stąd wartość tych zapisów dodana przez chwilę ich uchwycenia. Napawa uznaniem krytycyzm, czasem ukryty przed okiem czytelnika, zawsze wyczuwalny w decyzji wyboru świadectwa i okazania mu ufności. [...] Pisarstwo historyczne Władysława Bartoszewskiego ma wysoką temperaturę uczucia nie tylko dzięki jego pasji zdobywania wiedzy. Nie kryje on bowiem swego długu, który spłaca wobec poległych na różnych frontach walki z wrogiem i nieludzkim, upostaciowanym złem. Imiona i nazwiska ludzi walki, nazwy ich grup, imiona i nazwiska bezbronnych ofiar i ich katów, zawsze w bardzo szerokiej skali społecznej, tchną z kart jego książek tragizmem żywym i dojmującym28.

Bartoszewski wymyka się jednoznacznym kryteriom ideowo–politycznym. Zaczynał jako działacz katolickiej konspiracji, ale co najmniej równy wpływ wywarło nań środowisko BiP–u AK. Po wojnie działał w PSL–u, ale był raczej przykładem „ludowca z Marszałkowskiej”, który znalazł w PSL–u możliwość zgodnej z sumieniem twórczej pracy. Przez wiele lat związany
z „Tygodnikiem Powszechnym”, uchodził za wybitnego przedstawiciela Ruchu Znak, chociaż nie był członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej, a formalnie w redakcji „Tygodnika” znalazł się dopiero w 1982 r. Walczący przez całe życie o tradycje AK i powstania, nigdy niesplamiony współpracą z reżimem, jeden z żelaznych wykładowców Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, nie jest uznawany przez wielu ludzi antykomunistycznej prawicy za postać dość patriotyczną i narodową. Bo też jest człowiekiem wysokiej kultury politycznej, ożywionej tradycjami tolerancji, patriotą wolnym od nacjonalistycznych uprzedzeń, ważną postacią publiczną uznającą wyższość praw człowieka i praw obywatelskich nad podziałami ideowymi czy religijnymi. Jest katolikiem, ale jego wiara nie jest doktryną ideologiczną. Nie ma w sobie nic z inkwizytora. Jest typem raczej pozytywisty, z pewnością nie rewolucjonisty. Zachowuje pewien dystans wobec bieżących wydarzeń, nie poddaje się modom intelektualnym czy politycznym. Zawsze jest w nim cień sceptycyzmu i ironii, powiązanej z niezmiennym, tradycyjnym systemem wartości. Nie ulega nagłej płomiennej fascynacji ani nieopanowanej wrogości. Unika również nadania mu etykiety jednej grupy politycznej. Sam o sobie mówi, że jest „człowiekiem trochę osobnym”.

W obszernym wywiadzie autobiograficznym udzielonym w 1986 r. Łukaszowi Kądzieli wyznał:

Z całego mego życia nie żałuję ani jednego napisanego zdania, choć na pewno niejedno napisałbym lepiej, precyzyjniej, mądrzej czy trafniej. Nie ma takiego zdania, a tym bardziej ustępu czy artykułu, o którym marzyłbym: oby zapadł się on pod ziemię, oby nigdy nie był napisany. Przywiązuję bardzo dużą wagę do tego stwierdzenia.

Siła i stałość przekonań, niezłomność charakteru, żelazne zasady postępowania w stosunkach międzyludzkich, trwałość zainteresowań, niezmienność hierarchii wartości, autentyczna pasja życia pojmowanego jako tworzenie, te cechy właściwe Bartoszewskiemu dziś niezmiernie rzadkie. Dzięki nim jest człowiekiem „starej daty” w najlepszym znaczeniu tego pojęcia.

Andrzej Friszke

1 Władysław Bartoszewski, 75 lat w XX wieku. Pamiętnik mówiony (4), „Więź” 1997
nr 5, s. 83.

2 Bartoszewski, Publikacje konspiracyjne o Oświęcimiu, „Więź” 1985 nr 1–2–3; Oświęcim pamiętnik więźnia, tamże.

3 Bartoszewski, 75 lat w XX wieku. Pamiętnik mówiony (6), „Więź” 1997 nr 7, s. 117–
–119. Por. Bartoszewski, Z Zofią Kossak w podziemiu, „Tygodnik Powszechny” 1968, nr 24, przedruk w: Doświadczenia lat wojny 1939–1945, oprac. W. Bartoszewski, Kraków 1980.

4 Por. Aldona Kimontt, Wspomnienie o Zofii Kossak i FOP–ie, „Więź” 1986 nr 4.

5 Bartoszewski, Warszawski pierścień śmierci 1939–1944, Warszawa 1970, s. 24.

6 Teresa Prekerowa, Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom w Warszawie 1942–1945, Warszawa 1982, s. 64–65.

7 Bartoszewski, 75 lat w XX wieku. Pamiętnik mówiony (8), „Więź” 1997 nr 9, s. 138.

8 Bartoszewski, „Wiadomości z Miasta i Wiadomości Radiowe”. Ze wspomnień redaktora powstańczego biuletynu, „Rocznik Historii Prasy Polskiej” 1972 nr 4.

9 Bartoszewski, 75 lat w XX wieku. Pamiętnik mówiony (11), „Więź” 1998 nr 4, s. 136.

10 Rozmowa z Władysławem Bartoszewskim w 65–lecie urodzin, przeprowadzona przez Witolda Pronobisa, „Libertas” (Paryż) 1987 nr 9, s. 22.

11 Bartoszewski, Powstanie Ligi do Walki z Rasizmem w 1946 r., „Więź” 1990 nr 4.

12 Zapis rozmowy przeprowadzonej przez Andrzeja Firszkego w lutym 1989 r.

13 Józef Czapski, Ten jest z Ojczyzny mojej, „Kultura” (Paryż) 1968 nr 6–7, przedruk
w: Władysław Bartoszewski. Życie i twórczość, pod red. A. K. Kunerta, Warszawa 1999,
s. 69–71.

14 „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, Londyn, 17 IV 1968.

15 Dariusz Stola, Kampania antysyjonistyczna w Polsce w latach 1967–1968, Warszawa 2000, s. 287.

16 Tamże, s. 261.

17 Archiwum Akt Nowych (dalej: AAN), 237/XVI–612, s. 134–139.

18 AAN, 237/XVI–612, s. 140–147.

19 Lidia Ciołkoszowa, Spojrzenie wstecz, Paris 1995, s. 353.

20 Cyt. za Andrzej K. Kunert, Kalendarium działalności publicznej Władysława Bartoszewskiego, w: Władysław Bartoszewski. Życie i twórczość, dz. cyt., s. 41.

21 AAN, 127/133, s. 501.

22 AAN, 127/133, s. 356.

23 AAN, 127/133, s. 326–373.

24 Por. szerzej: Ryszard Terlecki, Uniwersytet Latający i Towarzystwo Kursów Naukowych 1977–1981, Kraków–Rzeszów 2000.

25 Waldemar Kuczyński, Obóz, Warszawa, CDN 1982.

26 Jan Józef Szczepański, Kadencja, Paryż 1988, s. 135–136.

27 Bartoszewski, Na drodze do niepodległości, Paryż 1987, s. 73.

28 Władysław Bartoszewski. Życie i twórczość, dz. cyt., s. 6–7.

29 Nie żałuję ani jednego napisanego zdania... Rozmowa Łukasza Kądzieli z Władysławem Bartoszewskim, „Więź” 1986 nr 7/8, s. 202.

Warto byc przyzwoitym - Bartoszewski

Warto być przyzwoitym

Wydawnictwo Herdera (Fryburg–Bazylea–Wiedeń), największy katolicki dom wydawniczy kręgu języka niemieckiego, ogłosiło jesienią 1983 r. mój niewielki szkic pamiętnikarski powstały z inicjatywy i w długim dialogu z Reinholdem Lehmannem (1939–1998) — dziennikarzem katolickim i działaczem społecznym, zasłużonym w Niemczech dla sprawy zrozumienia współczesnej problematyki polskiej.

Rzecz, napisana po niemiecku, przeznaczona była przede wszystkim, w założeniu autora i wydawcy, dla młodszej generacji Niemców, urodzonej po II wojnie światowej. Ukazała się pod — zaproponowanym przez edytora — tytułem Herbst der Hoffnungen. Es lohnt sich anständig zu sein [Jesień nadziei. Warto być przyzwoitym] i spotkała się z zainteresowaniem zaskakującym autora. Bardzo liczne recenzje w prasie niemieckiej i austriackiej różnych kierunków, audycje radiowe, w tym półgodzinny felieton Heinricha Bölla, laureata literackiej Nagrody Nobla, wieczory autorskie i spotkania dyskusyjne, głównie w organizacjach katolickich, stały się swego rodzaju sprawdzianem pożytku napisania tej książeczki. Do 2005 r. wydano ją w Niemczech kilkanaście razy.

Autor poważnie zastanawiał się, czy tekst tego — zaledwie zarysu — pamiętnika mógłby być w ogóle interesujący dla czytelnika w Polsce. Ten bowiem mógł oczekiwać obszerniejszego przedstawienia wielu spraw, zarówno dotyczących okupacji i konspiracji wojennej, jak i wydarzeń z czterdziestolecia Polski Ludowej, których autor był uczestnikiem i świadkiem. Książeczka jednak — otwierająca niemiecką serię „Świadectwa Życia” — miała być w większej mierze obrazem i świadectwem postaw ludzkich w określonych warunkach historycznych niż opisem zdarzeń. Tymczasem wkrótce miałem się przekonać, że tekst mojej niemieckiej książeczki żyje w kraju własnym życiem. Nieautoryzowana edycja w języku polskim — staraniem najstarszego w Polsce wydawnictwa drugiego obiegu „Spotkania” w Lublinie — znalazła czytelników i nawet została wznowiona. Proste stwierdzenie tytułowe: „Warto być przyzwoitym”, znalazło nieoczekiwane dla autora potwierdzenie w odwołaniu się do tego „hasła” jako do zasady „najwyższego realizmu” przez Macieja Poleskiego [Czesława Bieleckiego] w napisanym w więzieniu mokotowskim artykule Polityka polska, ogłoszonym w paryskiej „Kulturze” (nr 460/461, styczeń–luty 1986).

Przygotowując polską edycję tekstu, dokonałem dość daleko idących adaptacji: uprościłem tytuły rozdziałów, w kilkudziesięciu miejscach rozwinąłem skrótowe sformułowania o nazwiska, daty i inne szczegóły nieobojętne dla polskiego czytelnika, zrezygnowałem z propedeutycznych informacji dotyczących faktów z historii Polski i ich oceny, co mogło być pożyteczne tylko dla cudzoziemców. Mojemu dawnemu słuchaczowi na KUL–u, Piotrowi Jeglińskiemu, zawdzięczam, że książka ukazała się w 1986 r. w Paryżu nakładem Editions „Spotkania”. W 1988 r. przedrukowało ją w Warszawie Wydawnictwo CDN.

*

Noc z 12 na 13 grudnia 1981 r. Wróciliśmy właśnie z kolejnej sesji Kongresu Kultury — ożywieni poczuciem wspólnoty z niezależnie myślącymi intelektualistami, których tak świetna reprezentacja wystąpiła w sali Kongresowej. W środku nocy dzwonek do furtki, wielokrotny, ostry i przenikliwy. W środku nocy! O tej porze? Wyglądam przez mansardowe okienko i widzę przed domem trzy, może cztery cienie. Co to jest? Co to może znaczyć? Cienie odzywają się do mnie, jak przyjaciele, po imieniu: „Panie Władku, panie Władku, niech pan otworzy, prosimy, niechaj pan otworzy”.

„Kim panowie są?” — pytam. „Milicja”. „Milicja nie przychodzi nocą — odpowiadam — milicja przychodzi wczesnym rankiem. A więc, panowie, przyjdźcie rano...”.

Ale cienie nie znikają. „Niech pan nam nie utrudnia” — mówią już trochę zniecierpliwieni. Schodzę na dół. Drzwi są już na wpół wyłamane. „Panowie — mówię — zostawcie to. Zadzwonię na Komendę Milicji i zapytam, czy rzeczywiście macie od nich polecenie. Wtedy otworzę. Telefon mam przy drzwiach i możecie mnie słyszeć z zewnątrz. Teraz dzwonię”. Podnoszę słuchawkę — połączenia nie ma — aparat jest głuchy. Ale cienie mówią: „Niech pan nie robi głupstw. Niech pan wyjrzy na ulicę od frontu, tam stoją radiowozy”. Faktycznie, w małej uliczce przed moim warszawskim domkiem stoją auta milicyjne i ludzie w mundurach. Spoglądamy na drugą stronę — dom obstawiony. „No, dobrze” — mówię.

Dwaj cywile i jeden mundurowy wchodzą do mieszkania. „Władysław Bartoszewski?” — „Tak, to ja”. Pokazują druczek: ma być internowany w Białołęce. Moja żona, zdezorientowana, pyta — „Co to jest, co to ma znaczyć?” — „Nie rozumiesz?” — odpowiadam — „Obóz koncentracyjny, nie pamiętasz o Oświęcimiu?”

W szufladzie mojego biurka leżą dwa bilety lotnicze. Byliśmy oboje z żoną zaproszeni do Stanów. Mój paszport znajdował się jeszcze w konsulacie amerykańskim.

O czym myśli w takiej chwili doświadczony więzień? Sweter, ciepła bielizna, kożuszek — to jest niezbędne. Koce? Nie, koce są w więzieniu. Pieniędzy zabierać nie trzeba, jeszcze grzebień, szczoteczka do zębów. Gotowe. To trwało minutę.

W przedpokoju żegnam się z żoną: „Pamiętaj, abyś nikogo o nic nie prosiła”. — „Bądź spokojny”. Jeszcze krótka rozmowa z milicjantami: „Panowie, dlaczego wyłamaliście drzwi? Przecież wiecie, że nasze przepisy nie zezwalają na nocne aresztowania”. Ale oni mówią: „Już nie teraz. Teraz jest stan wojenny...”.

To był stan wojenny. Wprowadził go w całej Polsce — o północy — generał w ciemnych okularach. W równoczesnej, precyzyjnie zaplanowanej akcji ujęto tysiące ludzi według wcześniej przygotowanych list. Do dzielnicowej komendy na Mokotowie zwieziono setki osób. Wielu z napotkanych na schodach znałem osobiście. Naukowcy, pisarze, artyści — niektórych z nich kilka godzin temu widziałem na obradach Kongresu. Nauczycielki, studentki. Doborowe — trzeba przyznać — towarzystwo. We wszystkich pomieszczeniach urzędowali już funkcjonariusze SB i milicji oraz personel pomocniczy ściągnięty do prac kancelaryjnych. Akcja przemyślana. Ustawieni w ogonkach do różnych pokoi musieliśmy zdać nasze rzeczy, również zegarki i obrączki. Wszystko zniknęło w papierowych torbach.

Potem w korytarzu i w sieni czekaliśmy, aż na podwórze komendy wjechały „suki”. Tu znów spotkałem znajomych, nawet jeden z kolegów zażartował: „Moglibyśmy naprędce odbyć zebranie TKN–u”. Jako najstarszemu zrobiono mi siedzące miejsce. I wkrótce przyjechaliśmy już do więzienia w Białołęce, położonego na obrzeżu miasta. Niektórzy z nas, bardziej doświadczeni, już je znali. Zbudowane w latach sześćdziesiątych, niesympatyczne bloki, wewnątrz niehigieniczne, brudne.

Godzinę czekaliśmy przed bramą. Noc była bardzo mroźna. Personel więzienia miał „ostry dyżur”, ale o niczym nie wiedział. Wszystko było tajne. Być może sądzili, iż przywiozą czterech ludzi, a tu przybyło czterystu. Noc jest zazwyczaj w więzieniach tabu. Po apelu zaczyna się błogosławiona pora, gdy więźniowie zostają sam na sam ze swoimi snami. Tej nocy było inaczej. Z wielu cel w pośpiechu usuwano normalnych więźniów.

Zostaliśmy zarejestrowani. O trzeciej nad ranem znaleźliśmy się w dziewięciu w brudnej celi, bez pościeli, tylko sienniki i koce. Magazyn z bielizną pościelową był zamknięty. Strażnik powiedział: „Za parę godzin dostaniecie wszystko”.

Jako stary i doświadczony więzień zakomenderowałem: „Młodzi na górne prycze, starsi na dolne. Nie wiadomo, co przyniesie ranek. Zatem koc na siebie, łokieć pod głowę — i spać”.

Młody współwięzień, który po południu miał lecieć do Paryża, brutalnie wyrwany ze swoich marzeń, spytał mnie trwożnie, co z nami będzie. Powiedziałem: „Albo wywiozą do Rosji, albo będziemy siedzieli tu w kraju, albo nas wykończą. Najlepsze byłoby to drugie”.

Od 4 rano z wbudowanego w ścianę i okratowanego głośnika płynęło „na okrągło” przemówienie generała Jaruzelskiego, obwieszczenia dotyczące stanu wojennego oraz hymn narodowy (!) i pieśni patriotyczne. Trzeba było to znosić. Przyniesiono jedzenie: zimne, tłuste, wstrętne. Niektórzy wzbraniali się. Zachęcałem: „Panowie, trzeba wżerać, także dokładkę, wszystko, żeby nie tracić sił”.

Po kilku godzinach czterystu nowych mieszkańców Białołęki wybrało mnie na „starszego”. „Głosowanie” odbyło się krzykiem z cel: „Bartoszewski! Niech podejdzie do okna. Niech powie głośno: jestem Bartoszewski, chcemy usłyszeć pana głos”. Posłuchałem. Odezwałem się: „Wszystko w porządku”. Ale trwało to krótko. 15 grudnia przyszedł do więzienia niejaki pułkownik Romanowski i wybrał piętnastu spośród nas. Na lotnisku wojskowym dołączono kilka pań i helikopterem przewieziono nas na Pomorze Zachodnie, jak się okazało — do wczasowego ośrodka lotników, położonego w głębi lasów nad jeziorem Trzebuń. Prasa światowa rychło powtórzyła nazwę naszego miejsca odosobnienia: Jaworze koło Drawska. Tutaj także wybrano mnie starszym obozu.

Co robi doświadczony lokator więzień, gdy rzutem oka ogarnie sytuację? Już pierwszej nocy zorientowałem się, że musimy tu wszystko zrobić sami. Powiedziałem: „Drodzy koledzy, teraz idziemy spać, ale rano musimy wziąć się do sprzątania. Ten dom musimy utrzymać na takim poziomie, jak nasze mieszkanie, bo to będzie nasze mieszkanie na najbliższe miesiące. Wiem, że to nieprzyjemnie sprzątać toalety i łazienki, ale ustalimy kolejne dyżury”. Rano zacząłem sam od sprzątania klozetów, inni zabrali się do zatykania, czym się dało, szerokich szpar w nieszczelnych ramach okiennych i drzwiach, bo mróz był siarczysty, a pomieszczenia niedogrzane.

Z upływem czasu zgromadzono w Jaworzu około pięćdziesięciu ludzi, w większości pracowników uniwersytetów, pisarzy, publicystów. Zaczęliśmy walkę o księdza, który odprawiałby mszę świętą, o odwiedziny, o prawo do korespondencji. Chcieliśmy wiedzieć, co nam, internowanym, wolno, jaki jest nasz status. Należało żądać jak najwięcej.

Wiosną 1982 r. było nas w Jaworzu około sześćdziesięciu osób. Żyliśmy niby w oficerskim obozie jeńców w czasie wojny. Oczywiście nie wolno nam było opuszczać obozu, wewnątrz jednak mieliśmy względną swobodę. Wszystkie drzwi stały otworem, korytarze były dostępne, ale przechodzenie z piętra na piętro i wychodzenie poza budynek było ograniczone. Z czasem i w tym zakresie wywalczyliśmy sobie większy luz.

Żyliśmy w tolerancyjnej wspólnocie: kultywowano, indywidualnie i grupowo, różne zainteresowania i talenty — intelektualne, artystyczne, nawet sportowe. Zorganizowaliśmy systematyczne nauczanie języków obcych: angielskiego, francuskiego i niemieckiego, cykl codziennych wykładów na różne tematy na poziomie uniwersyteckim, raz na tydzień wieczory literackie pod egidą Pen Clubu (było w obozie 8–10 członków Pen, a dwu z nas było członkami zarządu). Rozpoczęliśmy naturalnie także działalność „publicystyczną” — pisaliśmy, redagowaliśmy i szmuglowaliśmy na zewnątrz różne teksty. Na mszę świętą, odprawioną raz w tygodniu, szli wszyscy, niezależnie od światopoglądu i rodowodu wyznaniowego, choćby na znak szacunku dla przyjeżdżającego gościa, księdza lub biskupa. Wizyty duchownych stawały się też dla nas swoistym „oknem na świat”.

Pierwszą przeszkodą do wzięcia od chwili znalezienia się w obozie były święta Bożego Narodzenia. Panie — a były to: Halina Mikołajska, Teresa Bogucka, Anka Kowalska, Małgosia Łukasiewicz, Marzena Kęcik, Lilka Wosiek i Halina Suwała — internowane w odrębnej części budynku, mogły pozostać z nami aż do północy. W ten wieczór wigilijny 1981 r. wygłosiłem dla moich przyjaciół „przemówienie optymistyczne”: „Po raz dziewiąty w życiu spędzam Boże Narodzenie w więzieniu. Może to nietaktowne, że wam to dziś mówię. Ale chcę wam dodać otuchy: można to przeżyć i pozostać sobą. Nikomu nie życzę dziewięciokrotnych Świąt za kratami. Ale trzeba zachować nadzieję. I my znów będziemy mogli święcić Boże Narodzenie w domu, wspólnie z naszymi rodzinami. Nie życzę wam przede wszystkim, żebyśmy szybko wrócili do domu, choć każdy z nas by tego bardzo chciał. Życzę wam, abyście wrócili do domu w takiej kondycji, by móc waszym żonom, dzieciom i wszystkim waszym przyjaciołom spojrzeć w oczy. Nie jest pewne, kiedy nas wszystkich zwolnią. Ale ważniejsza od zwolnienia jest zewnętrzna i wewnętrzna postawa, z którą opuścimy to miejsce”.

Mimowolnie patetyczne, słowa te musiały zabrzmieć jak wyzwanie w rozpaczliwej sytuacji, gdy nasza własna ojczyzna została napadnięta przez naszych własnych rodaków.

Życie nauczyło mnie dzielić się nadzieją na przyszłość. Owocuje to — dla innych, a szczególnie dla prześladowanych i dla nas samych. To jest wiara, którą w sobie zachowałem. Wierzę, że pomaga w tym Duch Święty.

Wszystko, cokolwiek próbowałem w moim życiu uczynić dobrego, było mi oddane więcej niż stokrotnie, tysiąckrotnie może. Rachunek mojego życia dowodzi, że warto być przyzwoitym człowiekiem. A owo „pozostać przyzwoitym”, owo doświadczenie, że konieczne jest w ważnych kwestiach pozostać nieugiętym, nie dać się poniżyć — to chciałem wtedy w obozie przekazać moim towarzyszom niedoli. Podczas drugiej wojny światowej pomagałem Żydom. Potem oni pomagali i mnie. Nie uczyniłem wiele, a tak wiele mi oddano. Takim po prostu byłem, tak mnie wychowano. Moi rodzice i dziadkowie nie byli żadnymi intelektualistami. To byli zwyczajni porządni ludzie, którzy chcieli żyć po ludzku. Ojciec mawiał: „Jest mi obojętne, skąd kto pochodzi. Musi być uczciwy — i to wystarczy”. To proste zdanie zachowało dla mnie sens na całe życie.

Motywacje religijne rozwinęły się we mnie dopiero w czasie wojny, dopiero po pobycie w Oświęcimiu. W Oświęcimiu bowiem popadłem w zwątpienie. Ledwie mogłem się modlić. Zadawałem sobie pytanie, które do dziś pozostało bez odpowiedzi dla wielu z tych, którzy przeżyli: jak Bóg mógł do tego dopuścić? Nie byłem dość pobożny, dość wierzący, by to pojąć. Nie mogłem wytłumaczyć sobie, jak to się mogło dziać: z jakich racji, straszliwych i pełnych tajemnicy. Mimo to Bóg nadal dla mnie istniał.

W więzieniach i obozach nauczyłem się też tolerancji. I że lepiej zachować w pamięci dobro, a zapomnieć zło, które nam ludzie wyrządzili. Inaczej nie sposób przeżyć. Chcę odepchnąć od siebie wszystko, co negatywne. Nie dlatego, żebym był święty, chciałbym po prostu żyć. Nie chcę już pozostawać pod ustawiczną presją, pod jaką znajdowałem się przez lata. Z pewnością inni ludzie przeżyli więcej zła. Czuję jednak, że dla przeciętnego Europejczyka moje doświadczenie to też dosyć.

 

Wśród jezior i lasów, we względnym komforcie, zamknięci byliśmy z naszymi nadziejami i marzeniami. Ale wiedzieliśmy: historia idzie naprzód. Nie pozostaje w bezruchu, mimo ciosu — ten był oczywistością. Nasz kraj przeżył już w swoich dziejach bardziej beznadziejne sytuacje. Od wydarzeń lata 1980, od powstania wolnych związków zawodowych „Solidarność”, niemal nikt w naszym kraju nie był tak szalony, by kwestionować naszą sytuację geopolityczną. Zbędne były napomnienia płynące do nas z Zachodu, a już zupełnie zbędne głosy owych „besserwisserów”, którzy po wprowadzeniu stanu wojennego mówili, że „musiało” do tego dojść, że „od początku” było to oczywiste.

Nasza młodzież doświadczyła po raz pierwszy, czym może być wolność, chłonęła smak polskiego lata. Mimo brutalnego gwałtu, smak ten pozostał w jej pamięci, w pamięci milionów zwykłych ludzi — tych może najbardziej. Solidarność wszystkich warstw! To było nowe, wryło się w pamięć społeczną i będzie owocować w przyszłości. Bo ani funkcjonariusze partyjni, ani generałowie nie mogą trwale zepchnąć trzydziestosześciomilionowego narodu w wewnętrzną emigrację, a tym bardziej w rezygnację. Granice możliwości muszą być stale rozeznawane na nowo, nikt ich nie może określić na stałe — są płynne. Historii nie da się przewidzieć, tyle wiem, jako historyk. Miałem czas, by nad tym pomyśleć. A marzyć wolno — nawet w kraju pozbawionym wolności. I niekiedy nawet marzenia się spełniają.