W zapomnieniu - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 424 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 28 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W zapomnieniu - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Czy mówiłem już kiedyś, że cię kocham? Nie? To kiedyś Ci powiem...

 

Michał to mężczyzna z przeszłością.

Magda to kobieta z przyszłością.

 

On – charyzmatyczny gangster – mieszka w tym mieście zapomnienia od zawsze, ona – młoda pedagog – wraca po latach do rodzinnych korzeni.

 

Michał samodzielnie wychowuje młodszego brata, który jest podopiecznym Magdy. Wychowawczyni dostrzega w chłopcu ogromny potencjał i postanawia pomóc w jego wykształceniu.

 

W świat, gdzie liczą się duże pieniądze, łatwe kobiety, szybkie samochody oraz brudne interesy wkracza dziewczyna szczera i czysta. Oddaje serce mężczyźnie, którego życie nauczyło, by nikomu nie ufać. Tych dwoje ludzi staje u progu uczucia zmieniającego spojrzenie na świat i sprawiającego, że przeszłość przestaje mieć znaczenie, a ważne jest jedynie to, co mogą razem stworzyć. Takie uczucie zdarza się tylko raz, drugiej szansy los już nie da. Lecz czy jest miejsce dla miłości w tym zapomnianym mieście?

 

W zapomnieniu” to pełna dramatyzmu, emocji i uczuć opowieść o próbie znalezienia właściwej drogi w życiu i o tym, że prawdziwej miłości nie da się zapomnieć ani odrzucić.

Opinie o ebooku W zapomnieniu - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka W zapomnieniu - Agnieszka Lingas-Łoniewska






Strona redakcyjna


Rozdział 1

Siedziała w pociągu, obserwując z obojętnością mijany krajobraz. Wracała do swoich korzeni, do rodzinnego domu, do obdrapanych, ale znajomych ścian, do starej kamienicy w zapomnianym przez Boga mieście. Została teraz całkiem sama, jej rodzice dawno odeszli, a ukochana babcia umarła przed dwoma miesiącami, zostawiając jej mieszkanie, w którym dziewczyna się urodziła i przeżyła najpiękniejsze chwile wczesnej młodości. Potem wyjechała do wielkiego miasta, weszła w szybki studencki świat, gdzie ciągła zabawa przeplatała się z wytężoną nauką. Starała się zawsze znaleźć jakąś równowagę pomiędzy kolejnymi etapami tamtego życia. I udawało się jej to, bo miała określone cele, do których dążyła – i to było dla niej najważniejsze.

Pociąg dojeżdżał już do stacji. Stała na korytarzu z niedużą torbą i patrzyła na mijane szare budynki, pozbawione liści drzewa, brudne, opustoszałe ulice. Widziała hale produkcyjne, będące pozostałościami po zakładach. Dawniej zatrudniały pół miasta, a teraz straszyły dziurawymi oknami i sterczącymi kominami, z których miał już nigdy nie wydobyć się zatruwający całą okolicę dym.

Ekspres z piskiem wjechał na stację. Dobrze ją znała, bo w czasie studiów starała się przyjeżdżać do domu na każdy weekend. Gdy umarli jej rodzice, została tylko babcia. Dziewczyna chciała przerwać studia, żeby móc się nią opiekować, ale staruszka kategorycznie odmówiła, twierdząc, że nauka jest najważniejsza, że nauka to przyszłość.

Tak więc skończyła pedagogikę i wracała do rodzinnego miasta, aby podjąć pracę w szkole. To było jej marzenie, pracować z dziećmi i pomagać im.

Wysiadła na peronie jako jedna z nielicznych i ruszyła drogą w dół, w kierunku swojej ulicy i swojego domu. Wszystko znała tak dobrze, każde mijane drzewo, każdą starą kamienicę, poczciwą czerwoną pocztę, piekarnię, w której babcia kupowała jej jagodzianki. Wreszcie skręciła w prawo i weszła na znajomą ulicę, z daleka widząc już żółty dom. Jej dom. Otworzyła skrzypiące drzwi od bramy i weszła na parter, kierując się do ukochanych brązowych, nieco obdrapanych drzwi. Jej mieszkanie nie było duże, pokój połączony z kuchnią i większy niby-salon, który był jednocześnie sypialnią i pokojem dziennym. Toaleta była na korytarzu, łazienki nie było. Wiedziała, że w pierwszej kolejności będzie musiała zrobić w mieszkaniu chociaż prysznic. Uzbierała trochę pieniędzy, umiała żyć oszczędnie, więc miała zamiar poodkładać jeszcze więcej ze skromnej pensji, którą jej zaproponowano, i dokonać remontu w mieszkaniu. Stare piece też ciągnęły resztką sił; marzyła o ogrzewaniu gazowym, ale to na razie było poza zasięgiem jej finansowych możliwości.

Rozpakowała się, zagotowała wodę na herbatę i myślała, co ma dalej ze sobą zrobić. Znała wszystkich sąsiadów, pewnie ci też już wiedzieli, że wróciła i miała tu zamieszkać. W tak zwartej społeczności niewiele dało się ukryć, wszyscy wiedzieli wszystko o każdym z osobna. Nazajutrz miała zacząć pracę. Nie chciała spędzić tego popołudnia, siedząc bezczynnie w domu, a na jakiekolwiek porządki też nie miała ochoty. Przebrała się i postanowiła przejść się po znajomej okolicy, zwłaszcza że ten październik, choć wyjątkowo zimny, był bardzo słoneczny. Ubrała się ciepło, zawinęła wokół szyi kolorowy szalik i wyszła z mieszkania. Była niewysoką ciemną blondynką, miała gęste, sięgające ramion włosy w kolorze ciepłego złota. Z twarzy mogłaby uchodzić za pospolitą niebrzydką dziewczynę, gdyby nie duże oczy koloru ciemnoniebieskiego nieba i pełne usta, które często rozciągały się w szerokim uśmiechu, ukazującym śnieżnobiałe zęby.

Wyszła na podwórko i zobaczyła starszego mężczyznę. Przypatrywał się jej z miną wyraźnie wskazującą na to, że usiłuje sobie przypomnieć, skąd zna tę dziewczynę.

– Dzień dobry, panie Błaszak – uśmiechnęła się.

– Aaa, dobry, dobry – mężczyzna odpowiedział niepewnie, nadal nie wiedząc, z kim ma do czynienia.

– Nie poznaje mnie pan? To ja, Magda, wnuczka Helenki z parteru – wskazała w stronę swoich okien.

– Ojojoj, Madzia! – twarz mężczyzny rozciągnęła się w uśmiechu. – Dziecko, aleś wyrosła. Studia skończyłaś?

– Tak, panie Błaszak, skończyłam. I wróciłam do domu – pokiwała głową.

– A co ty tu, dziecko, będziesz robić? Tu nic nie ma, roboty brakuje, młodzi na złe schodzą – machnął ręką.

– Dostałam pracę w naszej szkole. Będę pracować jako pedagog – powiedziała z lekkim uśmiechem.

– Oj, kochana, ta szkoła, te dzieciaki... – kręcił głową. – To już nie to, co kiedyś...

– Wiem, wiem – roześmiała się. – Wszystko się zmienia, panie Błaszak. Ale poradzę sobie. Do widzenia, idę pozwiedzać stare śmieci – pokiwała ręką do mężczyzny i poszła w dół uliczki.

– Oj, dziecko, dziecko... – starszy człowiek pokręcił z powątpiewaniem głową i wszedł do bramy starego domu.

Magda ruszyła w kierunku małego kościoła, w którym była chrzczona i przyjmowała Pierwszą Komunię Świętą. Był zamknięty. Minęła go i wstąpiła do małego parku, z którego wychodziło się na boisko szkolne. Z daleka widziała szary budynek szkoły. Pomyślała, że niewątpliwym plusem małego miasta jest to, że wszędzie ma się blisko. Zobaczyła, że na boisku gra w piłkę dwóch chłopców w wieku około dziewięciu, dziesięciu lat. Jeden z nich miał na sobie kurtkę, natomiast drugi biegał w podkoszulku z krótkim rękawkiem. Było stanowczo za zimno na taki strój. Gdy stała tak przy szkolnym ogrodzeniu, usłyszała ryk silnika i basowe dudnienie muzyki. Odwróciła się i zobaczyła, jak duże czarne BMW zatrzymuje się z piskiem hamulców pod szkołą.

W środku siedziało czterech młodych mężczyzn w skórzanych kurtkach, dwóch z nich miało bluzy z kapturami założonymi na głowy. Od strony kierowcy otworzyły się drzwi i wybiegł z nich wysoki ciemnowłosy młody mężczyzna. Z zaciętą miną twarzy ruszył w jej stronę. Przestraszyła się, nie wiedząc, o co chodzi, ale mężczyzna wyminął ją i pobiegł w stronę chłopców grających w piłkę. Złapał mniejszego z nich za rękę, tego, który grał w samym podkoszulku, i narzucił na niego kurtkę leżącą na ziemi. Prawie uniósł go w górę i zaczął ciągnąć w kierunku samochodu, jednocześnie krzycząc:

– Ty głupi smarku, o której miałeś być w domu, do cholery? I gdzie twoja kurtka? Myślisz, że nie mam nic do roboty, tylko będę niańczyć twoje obsmarkane dupsko?! – wrzeszczał wściekły.

– Puść mnie, to boli, puszczaj, głupku! – krzyczał chłopiec, a z oczu zaczęły mu lecieć łzy.

– Zamknij się! – warknął mężczyzna i dalej ciągnął dzieciaka w kierunku samochodu.

– Przepraszam, ale to chyba nie jest konieczne! – nie wytrzymała, widząc, jak chłopiec usiłuje się uwolnić z mocnego uścisku.

Ciemnowłosy popatrzył na nią z niedowierzaniem, że śmiała w ogóle się odezwać. Jednym ruchem wrzucił zapłakanego chłopca na tylne siedzenie samochodu, gdzie siedzący mężczyźni zaczęli klepać małego po plecach. Odwrócił się i ruszył w jej stronę z wrogim wyrazem twarzy.

– A ciebie pytał ktoś o zdanie? – warknął, stając przy niej bardzo blisko i patrząc na nią z góry. Teraz dopiero zobaczyła, jak bardzo jest wysoki.

– Nikt. Ale nie mogę patrzeć, jak ktoś tak traktuje dziecko – powiedziała śmiało, starając się nie okazywać strachu.

– A kim ty jesteś? Matką Teresą? – spytał z pogardliwą miną.

– Nie, ale chyba przesadzasz z brutalnością – patrzyła mu butnie w oczy.

W tym momencie koledzy siedzący w samochodzie zaczęli wysiadać, widząc, że coś się dzieje.

– Stary, pomóc ci przy tej lalce? – zapytał z głupim uśmiechem jeden z nich.

– Nie trzeba, Daro, poradzę sobie – uśmiechnął się, mierząc Magdę wzrokiem.

Dziewczyna ominęła wzrokiem ciemnowłosego stojącego przy niej i utkwiła wzrok w mężczyźnie, który przed chwilą został nazwany „Daro”. Zmarszczyła brwi, jakby usiłowała coś sobie przypomnieć, i głośno zapytała:

– Darek? Darek Karolak? – patrzyła na mężczyznę stojącego przy samochodzie. On również utkwił w niej wzrok. Miał trochę rozkojarzoną minę.

– Tak... – powiedział trochę niepewnie. – A ty? – wpatrywał się w nią.

– Nie poznajesz mnie? Twoja babcia mieszkała w moim domu – ręką wskazała w stronę widocznego z oddali żółtego budynku z czerwonym dachem.

Chłopak nagle zrozumiał i po chwili wykrzyknął:

– Ale numer! Magda Lasocka? Najładniejsza laska w szkole? Kurde, Michał, nie poznajesz? Chodziliście chyba razem do klasy! – chłopak uderzył się dłońmi w uda i roześmiał jak z dobrego żartu.

– Lasocka? – Ciemnowłosy zmierzył ją spojrzeniem. – Faktycznie. Chodziliśmy razem tylko przez pierwsze trzy lata, potem przeniosłaś się do innej klasy.

Dziewczyna spojrzała na wysokiego mężczyznę i dopiero się zorientowała, kto przed nią stoi. Dopiero go poznała. Największy zawadiaka w szkole, obiekt westchnień wszystkich dziewczyn w okolicy, no, prawie wszystkich, Michał Langer.

– Cześć, Michał – uśmiechnęła się. – Nie poznałam cię.

– Ja ciebie też nie. Ty chyba wyjechałaś, nie? – patrzył na nią spod zmarszczonych brwi.

– Wyjechałam i wróciłam – kiwnęła głową. – A ty co porabiasz?

– A nic, bujam się tu i tam – popatrzył na dziewczynę uważnie. – A ty nie miałaś gdzie wracać, tylko do tej dziury?

– Lubię tę dziurę. W mieście źle się czułam – pokręciła głową.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.

– Dziwna jesteś. Dobra, my spadamy. Trzymaj się, Magda – kiwnął w jej stronę głową i otworzył drzwi od strony kierowcy. – Pakuj się, Daro – mruknął do drugiego chłopaka, który stał ciągle przed samochodem i patrzył na Magdę.

– Strzała, Magda, jeszcze się spotkamy, nie? – mrugnął do niej, wsiadając do samochodu.

– Pewnie tak – wzruszyła ramionami. W tym wielkim mieście nie było o to trudno. – Michał! – Zawołała ciemnowłosego, który wychylił głowę z auta. – Kim jest ten mały? – kiwnęła głową w stronę chłopca siedzącego z tyłu samochodu.

– Mój brat, Marcin – odpowiedział, dalej patrząc na nią zmrużonymi oczami.

– Nie krzycz na niego! – rzuciła szybko, odwróciła się i nie czekając na jego reakcję, poszła w stronę swojego domu.

Nie widziała, że rzucił jej wrogie spojrzenie, ale za to usłyszała, że trzasnął drzwiami i ruszył z wyciem silnika. Samochód wzbił za sobą tuman kurzu.

Nazajutrz z bijącym sercem szła w stronę szkoły, którą skończyła z wyróżnieniem dwanaście lat temu. Dyrektorką była ta sama „żelazna Teresa”, jak ją wszyscy od lat nazywali. Nadal uczyła matematyki, wzbudzając strach u przeważającej liczby uczniów.

Magda weszła do znajomego budynku i udała się do sekretariatu. Tam okazało się, że pani dyrektor nie ma teraz dla niej czasu. Poprosiła sekretarkę, żeby pokazała Magdzie gabinet pedagoga, który teraz miał być jej miejscem pracy. Sekretarką okazała się jej koleżanka ze szkoły podstawowej, która tak jak Magda mieszkała w tej dzielnicy Wałbrzycha i znała wszystkich od lat. Wioletta była platynową blondynką z dużym biustem, mocnym makijażem, mnóstwem biżuterii i długimi kolorowymi tipsami. Mówiła dużo i szybko, nie dając Magdzie dojść do słowa. Idąc z parteru na pierwsze piętro, gdzie koło pokoju nauczycielskiego mieścił się od zawsze gabinet pedagoga, zdążyła opowiedzieć o pozostałych koleżankach z ich rocznika. Mówiła o tym, która za kogo wyszła, ile ma dzieci, co robi, gdzie mieszka. Okazało się, że z rocznika Magdy tylko ona skończyła studia, ale też tylko ona i Wioletta nie były jeszcze mężatkami i nie miały dzieci.

Wreszcie dotarły do gabinetu. Lasocka ze zdumieniem stwierdziła, że nic się nie zmieniło, odkąd skończyła szkołę; miała wrażenie, że czas stanął w miejscu. Paplająca sekretarka wyraziła głośno swoją opinię na temat powrotu Magdy do tej „dziury”, mówiąc, że „to dziwne”. Świeżo upieczona pedagog zaczęła się zastanawiać, od kogo jeszcze usłyszy ten sam zestaw słów.

Gdy w końcu zamknęły się drzwi za gadatliwą sekretarką, Magda objęła wzrokiem mały pokoik z oknem, co najmniej dwudziestoletnie biureczko i krzesło, równie wiekowe. Obok stał mały stolik z dwoma fotelami, nieopodal zaś wysoki regał, zapełniony teczkami z danymi uczniów, którzy byli pod opieką poprzedniego pedagoga. Wiedziała, że wkrótce będzie musiała zapoznać się z tymi informacjami, żeby odpowiednio przygotować się do pracy.

Nie miała jednak za dużo czasu, aby się tym zająć, bo otworzyły się drzwi i weszła młoda nauczycielka, prowadząc przed sobą tego samego chłopca, którego wczoraj Magda usiłowała ratować z rąk wściekłego Michała Langera.

– Dzień dobry, jestem nauczycielką polskiego. Proszę z nim porozmawiać, bo ja już nie daję rady – powiedziała zrezygnowanym tonem młoda nauczycielka.

– A co się stało? – spytała Magda, patrząc uważnie na chłopca, który stał z zaciętą miną, wpatrzony w przybrudzony, wytarty dywanik gabinetu.

– Już pomijam kwestię, że ciągle przeszkadza i utrudnia prowadzenie zajęć. Dzisiaj wskoczył na ławkę i zaczął skakać z jednej na drugą, burząc mi cały plan lekcji – sapnęła zdenerwowana nauczycielka.

– Dobrze, proszę go zostawić, porozmawiam z chłopcem i przyprowadzę go do klasy – Magda odparła spokojnie, ujmując dziecko za ramię i prowadząc w stronę fotela.

– Dobrze – nauczycielka kiwnęła głową i wyszła.

Magda spojrzała na chłopca, który stał obok fotela ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Usiądź – powiedziała łagodnie. – Jesteś Marcin, prawda?

Najmłodszy Langer klapnął ciężko na siedzisko, kiwnął głową i popatrzył na nią z butną miną. Dopiero teraz zorientował się, przed kim siedzi. Uciekł od razu wzrokiem gdzieś w bok i zaczerwienił się aż po same koniuszki uszu.

– Marcin, ja jestem pani Magda. Zostałam waszym nowym pedagogiem. Zawsze możesz do mnie przyjść i porozmawiać – mówiła spokojnym głosem.

Chłopak znowu podniósł wzrok i popatrzył na nią z widoczną kpiną.

– Jasne – mruknął.

– Uwierz mi, jestem tu po to, żebyś mógł przyjść do mnie i porozmawiać, gdy coś będzie cię trapić – Magda patrzyła na rozrabiakę, starając się uchwycić jego spojrzenie, które biegało gdzieś pomiędzy ścianą a podłogą, czasami zatrzymując się na jej twarzy. – Powiedz mi, Marcin, dlaczego skakałeś po ławkach? – spytała.

Dziecko wzruszyło ramionami.

– Marcin, popatrz na mnie – powiedziała twardo i chłopiec spojrzał jej w oczy. – Dobrze. A teraz odpowiedz na moje pytanie.

– Bo nudno było – odparł, nie spuszczając z niej wzroku.

– Nudziło ci się na lekcji? Nie lubisz polskiego? Czy nie lubisz pani? – Magda uniosła brwi i czekała na odpowiedź.

Chłopiec ponownie wzruszył ramionami.

– Lubię. Pani jest spoko – odparł.

– To dlaczego sprawiasz jej przykrość? – spytała łagodnym tonem.

– To nie jej – odparł twardym tonem, znowu uciekając wzrokiem.

– A komu? Kolegom? – Magda drążyła dalej.

– Nie – pokręcił głową.

– Wyjaśnij mi to, Marcin, proszę. Możesz mi powiedzieć, po to jestem w tej szkole – pedagog schyliła się, żeby uchwycić spojrzenie dziecka.

– Jemu... – odparł cicho.

– To znaczy?

– Mojemu bratu – prawie wyszeptał.

Magda zdała sobie sprawę, że nie zapoznała się z danymi chłopca i nie wiedziała, jaka jest teraz jego sytuacja rodzinna.

– Nie lubisz brata? – delikatnie sprawdzała sytuację.

Chłopiec ze zniecierpliwieniem pokręcił głową.

– Niee... no... lubię, ale to za wczoraj, za karę, że wtedy na boisku... – rzucił jej szybkie spojrzenie. – Zresztą widziała pani.

– Ale to ty masz teraz nieprzyjemności, a nie on – starała się mu coś uświadomić.

– Ale to jego wezwą do szkoły – uśmiechnął się radośnie.

– A czemu jego? – ostrożnie spytała.

– Bo on się mną opiekuje – odparł.

Ach, więc to tak. Magda wiedziała, że musi koniecznie zapoznać się z aktami dziecka. Jeżeli Michał został jego opiekunem, to oznaczało, że rodzice albo nie żyją... albo pozbawiono ich władzy rodzicielskiej. Z tego, co pamiętała, Langerowie nie byli modelową rodziną. Ojciec alkoholik, a jego żonę Magda pamiętała jako ciągle zastraszoną, zasuszoną kobiecinę, która chodziła opłotkami, jakby unikała ludzi i się ich bała. Za to ich starszy syn był postrachem całej szkoły i dzielnicy. I z tego, co widziała wczoraj, wywnioskowała, że niewiele się w tej kwestii zmieniło.

Pomyślała, że będzie musiała porozmawiać z Michałem Langerem, bo to, co się działo z jego młodszym bratem, mogło doprowadzić do jakiegoś nieszczęścia.

Odprowadziła chłopca, prosząc go, żeby nie robił już więcej takich występów na lekcji. Skoro lubi panią z polskiego, to powinien zachowywać się w sposób, który nie będzie nikogo ranił. Młody Langer pokiwał głową, ale jedyne, co chciał wiedzieć, to czy jego brat zostanie wezwany do szkoły. Odparła, że owszem, ale powiedziała też chłopakowi, że nie powinien mścić się na swoim opiekunie. Jednak Marcin był usatysfakcjonowany tym, co usłyszał. Pomknął do klasy, radosny, że plan się powiódł.

Wróciła do swojego gabinetu i zaczęła szukać teczki z danymi ucznia Marcina Langera. Tak jak przypuszczała, Michał był jego prawnym opiekunem. Ojciec siedział w więzieniu, a matka nie żyła. Chłopiec miał bogatą kartotekę, jeśli chodzi o wizyty u pedagoga. Nie uczył się źle, ale z zachowaniem ciągłe były kłopoty. Z zapisków wynikało, że Michała często wzywano na rozmowy do szkoły w sprawie występków jego podopiecznego.

Ewidentnie dziecko czyniło to po to, by zwrócić na siebie uwagę. Pozbawione opieki rodzicielskiej, zaniedbywane zapewne przez brata, robiło wszystko, aby zaznaczyć swoją obecność.

Magda postanowiła zadzwonić do Michała Langera i zaprosić go na rozmowę w tej sprawie. Poszła do sekretariatu, gdzie były dane wszystkich uczniów, wraz z numerami kontaktowymi do ­rodziców i opiekunów. Wioletta, gdy usłyszała, do kogo Magda chce numer telefonu, roześmiała się i powiedziała:

– Dzień jak co dzień.

Po chwili odszukała akta Marcina i podała numer do jego opiekuna, życząc nowej pani pedagog powodzenia w rozmowie z „Majkim”, jak go nazwała.

Lasocka wzięła karteczkę z numerem i wróciła do swojego gabinetu, wybrała numer na równie wiekowym, co reszta sprzętów w tym pokoju telefonie i czekała na połączenie.

Po pięciu sygnałach, gdy już chciała się rozłączyć, usłyszała szorstki głos:

– Nawijaj.

– Ekhm, dzień dobry, czy pan Michał Langer? – spytała, trochę zbita z tropu nieszablonowym powitaniem.

– No, a kto pyta?! – głos z szorstkiego zmienił się w niecierpliwy.

– Dzwonię ze szkoły. Czy mógłby pan przyjść na spotkanie z pedagogiem? – postanowiła się nie przedstawiać. Michał Langer pewnie wymigałby się od spotkania, wiedząc, kim jest nowy szkolny pedagog. No, chyba że brat mu to przekaże, ale liczyła na to, że tak się nie stanie.

– A co on znowu zrobił? – mężczyzna spytał z lekkim westchnieniem.

– Trochę narozrabiał na lekcji, ale pedagog chce z panem porozmawiać. Czy mógłby pan dzisiaj podejść do szkoły, powiedzmy... około godziny trzynastej, kiedy dzieci będą kończyć lekcje? – odparła poważnym tonem.

– Jasne, do kogo mam się zgłosić, znowu?! – spytał sarkastycznym nieco tonem.

– Pedagog szkolny, pierwsze piętro, pokój dwadzieścia sześć – odparła szybko.

– Okej, będę o trzynastej, do widzenia – wyłączył się, nie dając jej szansy na odpowiedź.

Hm, to będzie jej pierwsze doświadczenie w rozmowie z trudnym rodzicem, a raczej opiekunem. Poczuła, że pocą się jej dłonie ze zdenerwowania. Wzięła głęboki oddech i szepnęła:

– Pani pedagog Lasocka, dasz radę.


Rozdział 2

Michał spojrzał na zegarek. Zbliżała się już godzina trzynasta i wiedział, że musi jechać do szkoły; ten gówniarz znowu coś narozrabiał i szkolny pedagog chciał się spotkać z jego opiekunem. W zeszłym roku Michał często chodził na spotkania z panią pedagog, którą była starsza kobiecina, rzucająca wciąż tymi samymi hasłami, wyuczonymi trzydzieści lat temu. Podobno miała odejść na emeryturę; był ciekawy, z jakim okazem teraz przyjdzie mu się zmierzyć. Odkąd cztery lata temu został opiekunem prawnym swojego brata i odkąd ten rozpoczął edukację szkolną, nie było miesiąca, żeby starszego Langera nie wzywano do dyrektorki, nauczycielki czy pedagoga.

Michał wiedział, że nie opiekuje się Marcinem tak, jak powinien, ale nie bardzo starał się to naprawić. Miał swoje sprawy, kumpli, nie do końca legalny biznes i temu poświęcał większość czasu. Oficjalnie handlował komórkami i szeroko rozumianym sprzętem elektronicznym. Mniej oficjalnie działał w odłamie grupy, która zajmowała się handlem częściami samochodowymi, samymi samochodami i innymi rzeczami, pochodzącymi z nie zawsze legalnego źródła. Wiedział, że może to nie potrwać długo, ale w takiej miejscowości, „dziurze bez przyszłości”, nie było zbyt wielu możliwości. Większość jego kumpli utrzymywała się z tego biznesu, niektórzy mieli rodziny, dzieci i dalej w tym tkwili. Dla nich, podobnie jak dla niego, brakowało tu perspektyw. On też miał rodzinę, to znaczy Marcin był jego rodziną. Czasami wieczorem, gdy młody już spał, Michał wchodził do niego do pokoju, patrzył na ciemnowłosą głowę leżącą na poduszce i myślał, jakie życie czeka tego chłopca. Marcin i tak już wiele przeżył. Starszy Langer radził sobie z tymi wszystkimi chorymi rzeczami, które wydarzyły się w jego życiu, ale młody miał dopiero dziesięć lat i nie musiał umieć stawić temu czoła. Ktoś powinien mu pomóc, ale on, Michał, chociaż odnajdywał w sobie te resztki chęci, aby próbować być dobrym opiekunem, to najzwyczajniej w świecie nie miał na to czasu.

Teraz wsiadł do samochodu i pojechał do szkoły, szykując się na kolejne kazanie nudnego pedagoga, który musiał odhaczyć w swoim kajecie spotkanie z bratem najgorszego łobuza w szkole.

Zaparkował przed znajomym budynkiem i wszedł do środka. Zobaczył swojego brata, który siedział na dole przed sekretariatem i wyraźnie czekał na niego.

– Co znowu zrobiłeś, baranie?

– Skakałem na polaku po ławkach – uśmiechnął się chłopiec.

– Ale ty jesteś głupi... Cholera, myślisz, że nie mam nic innego do roboty, tylko spotykać się ze starymi, marudnymi babami? – warknął Michał, schylając się w stronę brata.

– Cha, cha, cha – zaśmiał się chłopiec. – Żebyś się nie zdziwił. A to za wczoraj! – krzyknął i wybiegł ze szkoły.

Michał pokręcił głową. Gdy mijał sekretariat, otworzyły się drzwi i niby przypadkiem wpadła na niego sekretarka. Niby przypadkiem, bo całe miasteczko wiedziało, że Wioletta jeszcze od lat szkolnych kocha się w Michale i robi wszystko, by zaciągnąć go przed ołtarz. Chodziła na każdą dyskotekę (zresztą miasto nie oferowało młodym ludziom zbyt wielu atrakcji), a Langer bywał tam często, bo klub to miejsce, gdzie mógł swobodnie prowadzić swój biznes i nawiązywać kontakty. Wioletta nie przepuszczała żadnej okazji, żeby się o niego otrzeć albo go dotknąć, niby zupełnie przypadkiem. Tak jak i teraz, kiedy zatrzymała się z rękoma na jego klatce piersiowej.

– Och, Michał, a co ty tu robisz? – wykrzyknęła z dobrze udawanym zdziwieniem.

– Znowu Marcin... – machnął ręką.

– A będziesz w sobotę w Santanie? – spytała, uśmiechając się słodko i mocniej wypinając biust do przodu.

– Jak zawsze – wzruszył ramionami, wchodząc po schodach na górę.

– A wiesz, że Lasocka wróciła do miasta? – krzyknęła za nim, ale on w odpowiedzi machnął ręką i po dwa stopnie wbiegł na piętro, chcąc mieć już za sobą to bezsensowne spotkanie. Co go obchodziła dziewczyna, która zamiast uciec stąd jak najdalej, wracała do tego miejsca zapomnienia?

Stanął przed gabinetem numer dwadzieścia sześć, dobrze mu znanym jeszcze z czasów, gdy sam był uczniem, gdyż bardzo często tu przesiadywał po kolejnych ekscesach.

Zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł. Zobaczył niewysoką blondynkę stojącą na drabince i ściągającą zakurzone teczki z wyższych półek starego drewnianego regału. Dziewczyna wyraźnie przestraszyła się nagłego wejścia, gdyż drgnęła i na jej głowę posypały się przykurzone dokumenty.

– O cholera! – krzyknęła i za chwilę, zdawszy sobie sprawę, że nie jest sama, dotknęła dłonią ust i powiedziała: – Przepraszam.

Michał zaczął zbierać rozsypane papiery i podniósł na nią wzrok, gdy schodziła z drabinki.

– Co ty tutaj robisz? – spytał ze zmarszczonymi brwiami, poznając, kto przed nim stoi.

– Pracuję – wzruszyła ramionami i zaczęła zbierać resztę rozrzuconych teczek.

– Ty jesteś nowym pedagogiem? – spytał zdumiony, stojąc i trzymając w dłoniach akta uczniów.

– Tak – odparła. Zabrała z jego rąk dokumenty i położyła je na biurku. Popatrzyła na niego i wskazała mu miejsce na fotelu przy stoliczku. – Usiądźmy – sapnęła, odgarniając włosy z czoła.

– Ty do mnie dzisiaj dzwoniłaś? – uniósł jedną brew i patrzył na Magdę, która wyjęła z torby wilgotne chusteczki i wycierała zakurzone ręce. Zauważył, że miała drobne dłonie, z delikatnymi palcami i nadgarstkami, tak cienkimi, że miał wrażenie, że zaraz się złamią. W ogóle była drobna i niewysoka. Przypomniał sobie, że gdy wczoraj stał przy niej tam na boisku, sięgała mu ledwie do ramienia.

Magda podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się, co sprawiło, że jej oczy rozjaśniły się i nie była już tak odpychająco surowa jak wczoraj.

– Tak. Słuchaj, musimy porozmawiać o twoim braciszku – popatrzyła z powagą na swego rozmówcę.

– Wiem, wiem, skakał po ławkach. On jest... taki... – nie mógł znaleźć odpowiednich słów, ale okazała się pomocna.

– Taki jak jego brat? – uśmiechnęła się lekko.

– Noo, może nie całkiem, ale stara się. No dobra, bo nie mam za bardzo czasu. Jakąś karę będzie miał czy jak? – Michał popatrzył na nią już trochę zły, bo coś mu się w niej nie podobało, coś sprawiało, że nie czuł się tak jak zawsze, czyli bezpieczny i pewny swego.

– Nie będzie żadnej kary, nie można go karać za coś, czemu nie jest winien – schyliła się w stronę Michała. – Posłuchaj, on to zrobił, żeby się na tobie zemścić za wczorajsze zajście na boisku, kiedy go upokorzyłeś przy jego koledze, swoich kumplach... no i przy mnie. Michał... – wbiła w niego wzrok – to jest jego wołanie o pomoc. Nie widzisz tego? On zwraca na siebie twoją uwagę. Wiem, że ma tylko ciebie. Musisz poświęcić mu więcej czasu, to twój brat, jesteś za niego odpowiedzialny, chcesz, żeby się zmarnował? – wpatrywała się w siedzącego naprzeciwko mężczyznę, którego twarz zamieniła się w doskonałą maskę.

– O kurczę, wolałem tamtą pedagog. Wiem, co mam robić, myślisz, że wróciłaś z wielkiego miasta i możesz wszystkich pouczać? – powiedział twardym głosem, a jego oczy zamieniły się w dwa sople lodu.

– Tu nie chodzi o pouczanie, tylko o dobro dziecka, które potrzebuje pomocy! – uniosła się trochę, ale starała się nie uzewnętrzniać emocji, które się w niej w tej chwili rozszalały.

– Dobra, wyluzuj, Lasocka, pogadam z nim, okej?! – pochylił się w jej stronę i rzucił ostre spojrzenie ciemnobrązowych oczu.

– Posłuchaj, Michał, chcę wam pomóc, to nie są żadne zawodowe aspiracje czy chęć udowodnienia, że jestem dobrym pedagogiem. Przejrzałam akta twojego brata. Z nauką nie ma problemu. Michał, on jest bardzo zdolny, gdybyś z nim popracował, zajął się bratem, poświęcił mu trochę czasu, mógłby naprawdę wiele osiągnąć! – tłumaczyła z zapałem, pochylona w jego stronę.

– Ale masz misję! I co, myślisz, że co cię czeka w tej zapadłej dziurze? Na pewno nic dobrego, tak jak nas wszystkich. Skończyłaś studia, łyknęłaś wielkiego miasta i przyjeżdżasz tu, myśląc, że znasz odpowiedzi na wszystkie pytania? Nie minie miesiąc, góra dwa, jak uciekniesz stąd, zapominając o moim bracie i o tej całej zakichanej mieścinie! – mówił przez zaciśnięte zęby, przybliżając się jeszcze bardziej do jej twarzy, która lekko pobladła.

– Jeżeli się nim nie zajmiesz, złożę zawiadomienie do sądu rodzinnego i przyznają wam kuratora – odparła cichym głosem, patrząc mu prosto w oczy.

– Co?! – gdyby wzrok mógł zabijać, już leżałaby martwa. – Co zrobisz? – poderwał się do góry gwałtownie i patrzył na nią wzrokiem pełnym wściekłości.

Ona też wstała, nieco spokojniej, starając się nie dać ponieść nerwom. Jedynie unosząca się pierś wskazywała na emocje, jakie szalały teraz w jej wnętrzu.

– To, co słyszałeś. Jeśli nie jesteś w stanie sam się zająć bratem, będziesz potrzebował pomocy. Daję ci szansę, Michał, bo wiem, że możesz to zrobić sam – powiedziała cicho.

Stała blisko, niemal dotykając jego potężnej, buzującej wściekłością postaci. Pochylił głowę, żeby spojrzeć jej w oczy, i wycedził:

– Dam... sobie... radę... – odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, że prawie wyleciały szyby z okien.

Wściekły jak nigdy przedtem, prawie sfrunął po schodach, o mało nie przewracając idącej Wioletty, która spojrzała na niego z przerażeniem. Wypadł na dwór. Chłodne powietrze nieco go uspokoiło. Poszukał wzrokiem brata, który siedział nieopodal samochodu. Widząc jego uśmiechniętą twarz, poczuł lekkie ukłucie w sercu na myśl o tym, że ktoś mógłby ich rozdzielić. Pieprzona Lasocka, przyjechała i od razu namieszała w jego życiu! Pomyślał, że będzie musiał z nią porozmawiać, ale tak inaczej, żeby wiedziała, gdzie jest jej miejsce. I od czyjego życia ma się trzymać z daleka. Postanowił pojechać do niej do domu, przecież wiedział, gdzie mieszka, była w końcu dziewczyną z dzielnicy cudów.

Popatrzył na swojego brata i mruknął:

– Pakuj się, młody.

Marcin wsiadł do auta, które z rykiem silnika ruszyło spod szkoły, strasząc przechodniów, nie tylko dźwiękiem motoru, ale i głośną muzyką wydobywającą się ze środka.

Magda wyjrzała przez okno, bo dotarł do niej hałas dobiegający sprzed szkoły. No tak, to dwóch Langerów w swoim szpanerskim samochodzie. Pokręciła głową. Nie rozumiała Michała, widać było, że zależy mu na Marcinie, jednak zachowywał się tak nieodpowiedzialnie. To było dla niej zupełnie niezrozumiałe.

Pozbierała swoje rzeczy i wyszła na korytarz. Zamknęła drzwi i zeszła do sekretariatu, żeby zostawić klucze do gabinetu. Pani dyrektor akurat skończyła lekcje i poprosiła Magdę do siebie.

– Magdo, mogę chyba tak do ciebie mówić? Znam cię od dziecka – spytała starsza kobieta, patrząc zza okularów.

– Oczywiście.

– Zadomowiłaś się w swoim pokoju?

– Już... prawie. Starałam się dzisiaj przejrzeć akta uczniów, ale trochę tego jest – westchnęła dziewczyna.

– To prawda. Do końca tygodnia dasz radę. A słyszałam, że miałaś dzisiaj małego Langera na tapecie – popatrzyła na nią uważnie.

– Tak, rozrabiał na lekcji polskiego. Rozmawiałam z nim. To nie jest złe dziecko, ale potrzebuje opieki i wsparcia – odparła Magda.

– Tak... – dyrektorka pokręciła głową. – Tam była straszna tragedia, ojciec zabił matkę, siedzi teraz w więzieniu, skazali go na dożywocie. Michał był przy tym, jak ojciec ugodził matkę nożem. Marcina zamknął w pokoju obok, żeby mały nie był świadkiem kolejnej kłótni rodziców. Michał prawie zabił ojca, tak go pobił. Był w areszcie, ale został wypuszczony. Starał się o opiekę prawną, dostał ją i przez pierwsze dwa lata miał nad sobą kuratora. Po tym czasie sąd uchylił ten nakaz, bo Langer radził sobie bardzo dobrze. Ale wszystko zaczęło się psuć, kiedy Marcin poszedł do szkoły, a Michał związał się z tymi bandytami z dyskoteki.

– Jakiej dyskoteki? – Magda zadała pytanie, gdyż ciągle przetrawiała informacje, które przekazała jej dyrektorka. Nie myliła się w ocenie rodziny i warunków, w jakich dorastali Michał i Marcin. Ale nie spodziewała się czegoś takiego.

– No, tej u nas, jak jej tam... Santana. No i Michał szybko zaczął zarabiać duże pieniądze, widziałaś, jakim autem jeździ... Jednak obawiam się, że to wszystko niebawem się skończy. Marcin z nauką sobie radzi, ale zachowanie... – kobieta pokręciła głową.

– Wiem, czytałam jego akta – powiedziała Magda. – Rozmawiałam dzisiaj z Michałem – dyrektorka spojrzała na nią z uwagą. – Powiedziałam mu, że jeżeli nie zajmie się odpowiednio bratem, to załatwię mu kuratora.

– Pewnie się wściekł? – pokiwała głową pani dyrektor.

– Bardzo... Powiedział, że sobie poradzi, i trzasnął drzwiami – odparła cicho Magda.

– Cały Michał, ciężko z nim rozmawiać, ale jedno jest pewne – bardzo kocha brata. Jest duża szansa, że uda ci się wiele osiągnąć w tym przypadku – uśmiechnęła się pani Teresa.

– Mam nadzieję... – powiedziała dziewczyna. – Na razie nie wyglądał na skłonnego do współpracy.

– Przetrawi to i może weźmie sobie do serca twoje słowa. Zobaczymy. Informuj mnie, Madziu, bo zależy mi na tych chłopakach – groźna Teresa miała jednak wielkie serce.

– Jasne – kiwnęła głową Magda i uśmiechnęła się do starej dyrektorki, wychodząc z gabinetu.

Gdy wychodziła już ze szkoły, natknęła się na Wiolettę, która wyraźnie na nią czekała.

– Idziesz do domu? – spytała z uśmiechem.

– Tak – Magda nie wiedziała, czy ma się cieszyć z niespodziewanego towarzystwa, czy też nie. Ale nie miała czasu, aby się nad tym zastanawiać, bo Wioletta ujęła ją pod ramię i ruszyły w stronę parku. Dawna szkolna koleżanka mieszkała po drugiej stronie parku, niedaleko domu Magdy, więc zapowiadało się, że część drogi przebędą razem.

– Słuchaj, a co Michał taki wkurzony wyleciał od ciebie z gabinetu? – spytała sekretarka niby obojętnym tonem.

Magda uśmiechnęła się do siebie. A więc od czasów szkoły niewiele się zmieniło w tym względzie. Wioletta nadal biegała za Michałem, a on ją ignorował. Nie wątpiła, że dzisiejsze towarzystwo dziewczyny w drodze do domu wynikało z chęci zebrania informacji na temat obiektu jej uczuć.

– Ach, po prostu nie zgadzamy się w kwestii wychowywania dzieci – powiedziała swobodnie Magda. No, to było bardzo łagodne określenie tego, co wydarzyło się w gabinecie.

– No tak, Majki nienawidzi, gdy ktoś zwraca mu uwagę. On w ogóle jest... porywczy i wariat taki – roześmiała się perliście, co niewątpliwie świadczyło o tym, że w niczym by jej to nie przeszkadzało, gdyby tylko kiwnął na nią palcem.

– Zauważyłam – westchnęła Magda, która już miała dość towarzystwa Wioletty.

Na szczęście wyszły już z parku i blondynka, pożegnawszy się z Magdą, skręciła w swoją ulicę.

Dziewczyna ruszyła powoli w kierunku mieszkania po pierwszym dniu pracy, ciesząc się, że wraca do domu, do własnego domu. Z nadzieją i radością patrzyła w przyszłość, mając nadzieję, że wszystko się ułoży, ona wypracuje sobie dobre układy w szkole i poza nią. Martwiła się trochę małym Marcinem i jego nerwowym bratem, bo wiedziała, co przeżyli; nie byłoby jej łatwo podejmować drastyczne kroki wobec opieki sprawowanej przez Michała. Ale dobro dziecka było tutaj najważniejsze; jeżeli nic się w tej kwestii nie zmieni, to osobiście się tym zajmie.

W domu zjadła niewielki, na szybko przygotowany posiłek i wzięła się za sprzątanie i doprowadzanie zapuszczonego mieszkania do stanu używalności. W miarę jej możliwości, oczywiście. Włożyła przykrótkie dżinsy, spłowiały podkoszulek, na włosach zawiązała chustkę i zaczęła szorować podłogi, które lata świetności miały już dawno za sobą. Gdy skończyła z podłogami, zaczęła z szafkami w kuchni. Z zapalczywością walczyła z pożółkłymi kaflami, które były kładzione dwadzieścia lat temu, jeszcze przez jej dziadka. Nagle zorientowała się, że jest trochę za dużo wody. Zajrzała do obudowy pod zlewozmywakiem. Okazało się, że z kolanka leci cienkim strumieniem woda.

– No to super – mruknęła i pobiegła do przedpokoju w poszukiwaniu żabki, bo tak właśnie nazywał się ten przedmiot... chyba. Dziadek, złota rączka, miał zawsze pełen zestaw narzędzi do naprawienia czegokolwiek w domu i poza nim. Znalazła to, czego szukała, i pobiegła szybko do kuchni, gdyż wody zaczynało przybywać w zastraszającym tempie. Dziewczyna, pamiętając, jak to robił dziadek, złapała kolanko w obręcz klucza francuskiego i przekręciła. Ale chyba strony jej się pomieszały, gdyż woda chlusnęła strumieniem na nią i na całe mieszkanie, oślepiając ją na moment. W tej samej chwili usłyszała energiczne pukanie do drzwi.

Michał stał pod drzwiami Lasockiej, wkurzony i gotowy do przetłumaczenia jej swoich racji w każdy możliwy sposób. Nie mógł dopuścić do tego, że dostanie kuratora, bo wówczas gdyby cokolwiek poszło nie tak, mogliby mu zabrać Marcina. A tego by nie przeżył. Jasne, że będzie się starał dopilnować młodego, aby nie szalał w szkole, lecz nie mógł mieć nad sobą bata, cholera, nie dopuściłby do tego. I chciał dogadać się jakoś z tą Lasocką, która nie zamierzała wszystkiego olewać tak jak stara pedagog. Tak to jest, jak młode, zapalone absolwentki studiów wracają na stare śmieci i chcą się wykazać. „Siłaczka cholerna” – myślał wkurzony, stercząc pod jej drzwiami.

Gdy w końcu zapukał, usłyszał jakiś dziwny szum i krzyk Magdy. Po chwili otworzyły się drzwi i mignęła mu przemoczona dziewczyna, krzycząca:

– Właź, cholera, woda mi się leje!!!

Wszedł niepewnie do środka i zorientował się, że brodzi w wodzie. Pobiegł za Magdą do kuchni i zobaczył, jak mokra od stóp do głów walczy ze strumieniem tryskającym spod kuchennej obudowy. Zrzucił kurtkę, złapał jakieś szmaty i ręczniki i zapchał otwór, nie zważając, że woda moczy mu twarz, koszulę i dżinsy.

– No, a teraz powiedz, gdzie masz główny zawór wody. Trzeba to zakręcić – powiedział, patrząc na mokrusieńką Magdę.

– Eeee, zawór? – spojrzała na niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.

– Tak, zawór. Zakręca wodę, wiesz? W każdym mieszkaniu jest coś takiego. Nie mogę tu siedzieć całą noc i kneblować rury. Musisz zakręcić zawór, a jutro wezwiesz hydraulika i po sprawie – tłumaczył jej, jakby była małym dzieckiem.

– Tak, tak, wiem, lecę szukać tego zaworu... – pokiwała głową i ślizgając się na mokrej podłodze, pobiegła do przedpokoju.

Pokręcił głową, wszystko poszło nie tak, jak planował. Był na nią zły, a teraz jej pomagał i jeszcze był cały mokry przez tę awarię. Nagle usłyszał okrzyk radości dobiegający z drugiej strony mieszkania, co było znakiem, że dziewczyna znalazła poszukiwany zawór. Po chwili woda przestała cieknąć i mógł wyprostować zdrętwiałe ręce.

– Jezu... – Magda dopiero teraz zobaczyła ogrom zniszczeń. Dywan z pokoju był do wyrzucenia. Stara drewniana podłoga chłonęła wodę jak gąbka. Praktycznie powinno się zerwać te deski i położyć nowe. Ale to nie było w tej chwili na kieszeń Magdy.

– No, niewesoło to wygląda... – Michał popatrzył na zalane mieszkanie i spojrzał na dziewczynę. Była taka drobna, z jej włosów kapała woda, podkoszulek był zupełnie przemoczony, przykrótkie, postrzępione dżinsy także. Zrobiło mu się jej żal, mieszkała sama w zapuszczonym mieszkaniu, które teraz będzie wymagało jeszcze poważniejszego remontu.

– O rany... – westchnęła i spojrzała na Michała, nagle uświadamiając sobie, że on tu jest. – Dzięki, Michał – uśmiechnęła się, a on doszedł do wniosku, że nie na darmo mówili o niej, że jest najładniejszą dziewczyną w szkole. – Nie poradziłabym sobie sama, przyszedłeś w samą porę.

– Nie ma sprawy – machnął ręką. – Mogę podesłać jutro kumpla, zna się na tego typu rzeczach – kiwnął głową w kierunku nieszczęsnego kranu. – Pomoże ci z tym bagienkiem – uśmiechnął się krzywo.

– Hm, jasne, dzięki. Jezu, Michał, chodź do pokoju, tu jest sucho, jesteś cały mokry – pociągnęła go za rękę do drugiego pokoju, w którym stało małe łóżko, telewizor, biurko, regał, a także stolik i dwa fotele.

– Daj spokój, zaraz wyschnie – był zdziwiony jej zachowaniem, bo postrzegał ją jako ostrą i surową, a tymczasem zachowywała się swobodnie i nawet zabawnie.

– Nie, nie, siadaj, dam ci ręcznik – popchnęła go lekko w stronę fotela i podbiegła do szafki, by wyjąć ręcznik z górnej półki. Ponieważ była niewysoka, pociągnęła za wystający rożek i wszystkie ręczniki i ściereczki spadły jej na głowę. – Jasna cholera! – krzyknęła i usiadła na podłodze zrezygnowana.

Michał popatrzył na nią, wziął ręczniki i położył je na łóżku. Podniósł Magdę i posadził w fotelu, wziął jeden ręcznik z zebranej kupki i podał zmęczonej dziewczynie.

– Uspokój się, nie szalej, takie rzeczy się zdarzają, mój kumpel jutro wszystko naprawi – stał i patrzył na nią, nie wiedząc, co robić. Nie mógł teraz na nią krzyczeć, na co miał wielką ochotę, gdy do niej jechał. W tej chwili jego krzyki były jej najmniej potrzebne.

– Ach, nie wiem... myślałam, że dobrze robię, wracając tutaj, ale to mieszkanie... tyle rzeczy do zrobienia, cholera... I wiem, że nadużywam tego słowa – westchnęła, podniosła głowę i spojrzała na niego.

Stał przemoczony, wysoki, z ciemnych, trochę dłuższych włosów kapała woda, na śniadych przedramionach błyszczały krople, które jeszcze nie zdążyły spłynąć. Pomyślała, że w sumie nie powinna dziwić się Wiolce, on był naprawdę bardzo przystojny. I nagle zorientowała się, że nie zapytała go jeszcze o przyczynę wizyty.

– Michał... – zaczęła, nadal zadzierając głowę do góry i patrząc na niego z uwagą. – A po co do mnie właściwie przyszedłeś?

Zerknął na nią, kucnął, bo nie chciał patrzeć na nią z góry. Spojrzał w jej ciemnoniebieskie oczy, otoczone czarnymi, długimi rzęsami, na których zatrzymały się małe kropelki wody wyglądające jak miniaturowe kryształki i powstrzymał nieopanowaną chęć dotknięcia ich palcem.

– Przyszedłem, żeby ci powiedzieć, że popracuję nad Marcinem, ale będę potrzebował twojej pomocy – nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział, ale w zamian został obdarzony najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widział. – I jeszcze jedno – dodał. – Kup sobie niższe regały – mrugnął, teraz też uśmiechając się szeroko.


Rozdział 3

Końcówka tygodnia upłynęła Magdzie na pracy i w domu, i w szkole. Michał, tak jak obiecał, na drugi dzień przysłał znajomego hydraulika. Był to niski, napakowany, łysy chłopak, który przy wejściu mruknął:

– Siema, jestem od Majkiego – i przez cały pobyt w jej domu nie odezwał się ani słowem. Naprawił wszystko w niecałą godzinę, a gdy zapytała, ile jest mu winna, popatrzył na nią, jakby miała trzecie oko, wzruszył ramionami i wyszedł.

Stwierdziła, że zadzwoni do Michała i zapyta, jak ma się z nim rozliczyć. Ciągle miała jego numer telefonu zapisany na karteczce.

Podniosła komórkę i po chwili czekała na połączenie.

Odezwał się po czwartym sygnale. Nie znał jej numeru, więc pewnie z nieufnością odbierał nieznajome połączenia.

– Halo – powiedział zachrypniętym i szorstkim głosem.

– Michał, to ja, Magda – odparła.

– Aaa, cześć, jak tam po powodzi? – szorstkość w głosie zniknęła.

– Czeka mnie remont... Chciałam ci podziękować za pomoc i zapytać, jak się mam z tobą rozliczyć, bo ten twój kolega to jakiś dziwny był i nic nie wziął – uśmiechnęła się.

– Nie ma o czym mówić. A on nic nie wziął, bo tak właśnie miał zrobić – też się uśmiechnął.

– Ale Michał... – próbowała oponować.

– Daj spokój, dla mnie to nie problem. Jeśli chcesz mi się odwdzięczyć, to chodź z nami w sobotę do klubu. Pogadamy i rozerwiesz się trochę – powiedział szybko.

– Do tej Santany? – spytała, pamiętając, co mówiła na ten temat dyrektorka.

– No, a znasz tutaj inne miejsce, gdzie można by pójść? – spytał z przekąsem.

Nie uśmiechało się jej iść do miejscowej dyskoteki z tymi wszystkimi sztucznymi blond pięknościami i domorosłymi pseudogangsterami. Ale z drugiej strony chciała pewnej odskoczni od tego wszystkiego i nie ukrywała, że perspektywa wieczoru i rozmowy z Michałem wydawała się kusząca.

Wbrew rozsądkowi i wewnętrznemu głosowi, który podpowiadał, żeby unikała tego towarzystwa, odparła:

– No dobrze, nie żebym przepadała za dyskotekami, ale zgoda, może faktycznie dobrze mi to zrobi.

– To świetnie – wyraźnie się ucieszył. – Przyjadę po ciebie w sobotę o dwudziestej, pasuje?

– Hm, nno dobrze – nie była pewna, czy chciała się pokazywać w jego samochodzie, ale uznała, że głupio byłoby się wycofać. W końcu to nic wielkiego.

– To jesteśmy umówieni. Postaraj się do soboty nie zdemolować swojego mieszkania bardziej, niż to będzie konieczne – roześmiał się.

– Bardzo śmieszne... – też się uśmiechnęła. – To na razie.

– Trzymaj się.

Sama do siebie pokręciła głową i zajęła się doprowadzaniem mieszkania do jako takiego stanu, aby nie zaprzątać sobie głowy dziwnymi myślami. Tak dawno nigdzie nie była, ostatnio los mocno ją doświadczył. W jej życiu wiele się zmieniło, ale miała dopiero dwadzieścia pięć lat i chciała wreszcie coś poczuć.

Wracając do tego miejsca, wiedziała, że tu jest całkiem inne życie niż w mieście, w którym studiowała. Tutaj było inaczej. A już zwłaszcza w dzielnicy, w której mieszkała. Podgórze było starą częścią Wałbrzycha. Słynęło z kopalni, koksowni i linii kolejowych, tak więc były to same romantyczne i urokliwe rzeczy. Z drugiej strony wystarczyło pójść kawałek dalej, wspiąć się Beniowskiego do góry, przez tory, a już było się na urokliwych działkach. Jeszcze wyżej napotykało się gęsty las, w którym pachniało i człowiek miał wrażenie, że przeniósł się i w czasie, i w miejscu. A widoki stamtąd też były przepiękne. Nawet dymiące w oddali kominy jakoś wpasowywały się w ten zapierający dech w piersiach widok. Magda często też wchodziła z dziadkiem na Górę Zamkową, a najbardziej kochała wycieczki w pobliże tunelu, gdzie prowadziła linia kolejowa do Kłodzka. Ta ziejąca czernią dziura w górze zawsze wzbudzała w niej strach, ale i fascynację. Kolejną dziecięcą „strefą zakazaną” były pobliskie kamieniołomy, do których także często wędrowała z dziadkiem i były to jedne z jej najlepszych wspomnień dzieciństwa. Ale samo życie w tej małej podgórskiej społeczności było wystawione na widok publiczny. Zaściankowość, małe perspektywy, wszyscy obecni w życiu wszystkich. Wiedziała o tym, czuła to, bo stąd pochodziła i cały czas tym żyła. Lecz tak naprawdę umiała się w tym odnaleźć i do tego tęskniła. Nie przeszkadzało jej przenikanie się pokoleń, bo większość rodzin sprowadziła się do tego miasta tuż po wojnie i teraz mieszkały tu ich dzieci i wnuki. Dostrzegała w tym niewidoczne dla innych plusy. Pewnie było to dziwne i niezrozumiałe dla miejscowych, którzy szeptali między sobą i pukali się w głowę, mówiąc o jej powrocie do miasta. A ona wiedziała, że nigdzie indziej nie potrafiłaby funkcjonować. I to był właśnie jej cel – skończyć studia i wrócić do jedynego miejsca na ziemi, w którym czuła się bezpiecznie.

Jednak nie spodziewała się, że kiedykolwiek coś będzie ją łączyło z Michałem Langerem, którego przez cały czas edukacji w szkole podstawowej wyraźnie unikała. Poza tym on, zawsze otoczony wianuszkiem dziewczyn, nie zwracał szczególnej uwagi na jedną z najlepszych uczennic w szkole; odpłacała się podobną obojętnością. Nie była w jego tak zwanej grupie docelowej. A ona uważała, że on jest poza jej zasięgiem. I teraz, gdy ich znajomość zaczęła się dość nieszczęśliwie, Magda szła z nim w sobotę do klubu. Było to dla niej trochę dziwne i czuła się niepewnie, ale z drugiej strony, gdy wtedy był u niej i pomógł z tą nieszczęsną wodą, zobaczyła, że potrafi być i zabawny, i opiekuńczy, a do tego czarujący. Nie taki szorstki, jaki z reguły był wobec wszystkich. Poza tym wiedziała, że musi mu pomóc w sprawie opieki nad Marcinem; nie chciała, żeby sądził, że kierują nią litość czy współczucie. Wiedziała, że wówczas nie chciałby z nią rozmawiać. Musiała go wesprzeć jako osoba, która mogła podpowiedzieć, jak powinien postępować z chłopcem. Też nie miała odpowiedzi na wszystkie pytania, ale na pewno mogła wskazać mu kierunek, w jakim powinien podążać. On również nie mógł tego wiedzieć sam z siebie, zwłaszcza że wychował się w domu, w którym źle się działo.

Może zupełnie niepotrzebnie się na tym skupiła i analizowała całą sprawę, przecież nic jej nie łączyło z Michałem, oprócz tego, że chodzili kiedyś razem do szkoły. I teraz, po jej powrocie, zdążyli się poważnie posprzeczać, a potem umówić na wspólne wyjście. Ech, było to trochę... niepokojące, ale jednocześnie podniecające. Nie traktowała tego jak jakiejś randki, broń Boże, ona i Michał... śmieszne. A jednak poszła do sypialni, otworzyła szafę i zaczęła się zastanawiać, w co się ubierze.

W piątek pod koniec dnia pracy poszła do dyrektorki z pewną propozycją, która od dawna już chodziła jej po głowie, jeszcze zanim było wiadomo, że w ogóle będzie tu pracować. Chciała wykorzystać tak zwane godziny dyrektorskie, które dostawał każdy szef placówki i mógł nimi dowolnie dysponować. Zamierzała w ich ramach zorganizować kółko talentów. Przychodziłyby tam dzieci chcące rozwijać swoje pasje. Mogłyby malować, rysować, śpiewać, a nawet grać na jakimś instrumencie. W jej domu leżały dwie stare gitary, do których dokupiła nowe struny i dała do naciągnięcia. Sama nauczyła się grać na tym instrumencie jeszcze w liceum i mogłaby tę umiejętność wykorzystać. Marzyła o stworzeniu takiego klubu talentów, do którego dzieciaki mogłyby przychodzić po szkole, zamiast przesiadywać w bramach lub na boisku. Wiedziała, że nie uleczy środowiska, ale na pewno część uczniów chciałaby skorzystać z możliwości rozwijania zainteresowań.

Dyrektorka powiedziała, że musi się nad tym zastanowić. Poza tym nie miała na razie wolnej sali, w której mogłyby się odbywać takie spotkania. Ale pomysł uznała za dobry i obiecała pomyśleć o tej koncepcji.

Gdy Magda wychodziła ze szkoły, spotkała małego Marcina, który zbiegał po szkolnych schodach w samym podkoszulku, z kurtką przewieszoną przez ramię.

– Marcin! – zatrzymała chłopca. – Skończyłeś już lekcje? – spytała łagodnie.

– Tak, psze pani – skinął głową.

– Chyba nie masz zamiaru iść do domu tak ubrany? – wskazała na kurtkę wiszącą na ramieniu dziecka.

– Ciepło jest – uśmiechnął się szeroko.

Pokręciła głową.

– Zrobisz, jak uważasz, ale uwierz mi, leżenie w szpitalu z zapaleniem płuc to nic fajnego – wzruszyła ramionami i poszła w stronę parku.

Marcin podbiegł do niej i zaczął wkładać kurtkę, patrząc na nią kątem oka.

– Idzie pani do domu? – spytał wesoło.

– Tak, a ty? – popatrzyła, zadowolona, że się jednak ubrał.

– A... nie wiem – wzruszył ramionami.

– Dlaczego? W domu nikogo nie ma? – delikatnie drążyła.

– Pewnie nie ma – znowu wzruszył ramionami.

– A gdzie twój brat? – zmarszczyła brwi.

– A gdzieś... buja się pewnie – machnął ręką.

– A... obiad masz jakiś? – spytała ostrożnie.

– Tak. Michał zawsze mi coś zostawia do zjedzenia. Albo daje kasę – pokiwał głową.

– A ty pewnie wydajesz ją na chipsy? – uśmiechnęła się.

– Nno... czasem – popatrzył na nią niepewnie, ale gdy zobaczył, że się śmieje, sam też się uśmiechnął.

Popatrzyła na niego i coś przyszło jej do głowy.

– A nie miałbyś ochoty na zupę pomidorową mojego autorstwa? – spojrzała na chłopca.

– Jasne... – pokiwał głową z zadowoloną miną.

Poszli wolnym krokiem do jej domu. Po drodze Magda opowiadała Marcinowi o swoich wspomnieniach ze szkoły. Mówiła, że wówczas pani Teresa także była dyrektorką i wszyscy się jej bali.

Chłopak pytał Magdę, czy znała jego brata, gdy chodzili razem do szkoły, i czy faktycznie był takim łobuzem, jak twierdzą niektórzy nauczyciele. Śmiała się i opowiedziała kilka historyjek ze szkolnej przeszłości Michała. Dodała, że teraz kolej na Marcina. Miał pokazać drugą stronę medalu, inne oblicze braci Langerów. Nie do końca był przekonany do tego pomysłu.

Dotarli do jej domu, umyli ręce. Magda zagrzała zupę, którą ugotowała poprzedniego wieczoru, i usiedli razem do stołu. Rozmawiając z Marcinem, doszła do wniosku, że to bardzo inteligentny i zabawny chłopiec. Tak jak jego starszy brat. Szkoda by było, żeby zszedł na złą drogę, naprawdę wielka szkoda.

Postanowiła opowiedzieć mu o swoim pomyśle stworzenia kółka talentów. Zapytała, czy chciałby jej w tym pomóc. Z pewną rezerwą przyjął tę propozycję, pytając, co miałby tam robić. Wówczas pokazała mu gitarę i zapytała, czy chciałby się uczyć na niej grać. Był zaskoczony, ale pokiwał głową i wziął instrument do ręki. Pokazała mu podstawowy chwyt i rozpisała pierwsze proste ćwiczenie. Chłopiec bardzo się zaangażował, ona również. Nie zauważyli, że zaczęło się ściemniać. Magda zorientowała się, że jest już dosyć późno. Postanowiła odprowadzić chłopca do domu; zmierzchało i nie chciała go puścić samego. Umówili się, że Magda porozmawia z Michałem, a jeśli ten się zgodzi, młody Langer będzie mógł do niej przychodzić trzy razy w tygodniu na naukę gry na gitarze. Była szczęśliwa, że udało się jej pokonać pierwszą barierę, aby dotrzeć do tego dziecka. Nie postrzegała tego jako zawodowego sukcesu czy czegoś w tym rodzaju. W ogóle nie myślała takimi kategoriami. Lubiła tego chłopca i wiedziała, że trzeba mu tylko wskazać właściwy kierunek, by poszedł lepszą drogą i coś osiągnął, zwłaszcza że naprawdę był zdolny.

Było już prawie ciemno. Szli razem szybkim krokiem w stronę domu Marcina. Magda miała tylko nadzieję, że Michał nie będzie zły za to, że mały nie wrócił na czas do domu, a ona nawet do niego nie zadzwoniła. Tak, to było głupie z jej strony.

Widziała, że obok domu Langerów stoi czarny samochód; to znak, że jego właściciel był w domu. Marcin popatrzył na nią i zapytał:

– Wejdzie pani ze mną?

Kiwnęła głową i otworzyła bramę. Weszli po schodach na pierwsze piętro, gdzie jak pamiętała, mieszkali Langerowie. Marcin nie zdążył nawet zapukać do drzwi, gdy te gwałtownie się otworzyły i stanął w nich wściekły Michał, rzucający wzrokiem gromy. Złapał chłopca za ramię i niemal wciągnął do mieszkania.

– Gdzie byłeś, do cholery?! – ryknął na cały głos.

– Puszczaj! – krzyknął chłopiec. – Byłem u pani Magdy!

– Jakiej pani... – nie dokończył, bo zobaczył wchodzącą tuż za bratem Magdę. Dziewczyna miała nieco przestraszoną minę.

– Michał, strasznie przepraszam, to moja wina, puść go – poprosiła cichym głosem.

– Jezu!!! Szukałem go po całej dzielnicy, ale nie przypuszczałem, że jest u ciebie! – puścił chłopca, który zaczął się rozbierać i spoglądał raz na Michała, raz na Magdę, czekając pewnie na reakcję starszego brata. – To była głupota z twojej strony, mogłaś zadzwonić do mnie, cholera!!!! – znowu się uniósł i widać było, że naprawdę się martwił.

– Wiem. Przepraszam, to nie jego wina, ja wykazałam się... bezmyślnością, ale uspokój się, proszę – patrzyła na niego i mówiła powoli, spokojnie, wiedząc, że w obliczu furii taka reakcja drugiej osoby czasami odnosi skutek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.