W zaklętym zamczysku - Jan Gnatowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 587 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W zaklętym zamczysku - Jan Gnatowski

Jan Gnatowski (1855–1925), występujący pod pseudonimem artystycznym Jan Łada, to polski pisarz i publicysta, a także ksiądz. Odbył uniwersyteckie studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował także historię sztuki we Włoszech i Grecji, a następnie teologię w Innsbrucku. W 1887 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Pełnił urząd sekretarza nuncjatury apostolskiej w Monachium, we Lwowie podjął pracę wikariusza oraz katechety. We Lwowie prowadził też salon literacki, przez co znacząco wpływał na życie kulturalne Lwowa. Jego twórczość literacką uznaje się za konserwatywną, a jego samego za przeciwnika nowych prądów literackich. Jednak gruntowne wykształcenie oraz liczne podróże pozwoliły mu wyrobić gust artystyczny. Spośród jego licznego dorobku literackiego można wyróżnić: „Listy o literaturze i sztuce” (1879), „Realizm w literaturze nowoczesnej” (1879), „Moja Beatrice” (1880), „Listy z Konstantynopola” (1883), „Z doliny łez” (1900), „Ostatnia msza” (1912), „Oman” (1913), „Antychryst. Powieść z ostatnich dni świata” (1920), „W zaklętym zamczysku” (1925). Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W zaklętym zamczysku - Jan Gnatowski

Fragment ebooka W zaklętym zamczysku - Jan Gnatowski








Spis treści

  1. TOM I
  2. CZĘŚĆ I KUPAJŁYCIA
  3. ROZDZIAŁ I W maksymowym futorze
  4. ROZDZIAŁ II Wiedźma
  5. ROZDZIAŁ III Nocleg „Proszczalników”
  6. ROZDZIAŁ IV Na Iwana Kupajła
  7. ROZDZIAŁ V Kiedy paproć zakwita...
  8. ROZDZIAŁ VI Promień gaśnie
  9. CZĘŚĆ II BRAĆ SZLACHECKA
  10. ROZDZIAŁ I W sępim gnieździe
  11. ROZDZIAŁ II Ojciec Symforian
  12. ROZDZIAŁ III Hajże na Miśniakowskich! Hajże na Turobojskich!
  13. ROZDZIAŁ IV Stryj i bratanek
  14. CZĘŚĆ III MIĘDZY NIEBEM A PIEKŁEM
  15. ROZDZIAŁ I Duchy w zamczysku
  16. ROZDZIAŁ II Łowy na ludzi
  17. ROZDZIAŁ III Pod wilczą paszczęką
  18. ROZDZIAŁ IV Jurko Nawiżeny
  19. ROZDZIAŁ V Złote wolności szlacheckie
  20. ROZDZIAŁ VI Na Lizuń
  21. TOM II
  22. CZĘŚĆ I ZAJAZD
  23. ROZDZIAŁ I Śmierć Turobojskim!
  24. ROZDZIAŁ II Pojedynek
  25. CZĘŚĆ II UMARLI I ŻYWI
  26. ROZDZIAŁ I Sługa godny pana
  27. ROZDZIAŁ II „Z wolnej i nieprzymuszonej woli”
  28. ROZDZIAŁ III Na ratunek rotmistrzowi
  29. ROZDZIAŁ IV Nawiżeny i Gondek
  30. ROZDZIAŁ V Na zawsze
  31. ROZDZIAŁ VI Kozacki morał
  32. ROZDZIAL VII Ludzki łup
  33. ROZDZIAŁ VIII Na stos
  34. CZĘŚĆ III SĄDY BOŻE
  35. ROZDZIAŁ I Kat i ofiara
  36. ROZDZIAŁ II Po powrocie do Horodyszcza
  37. ROZDZIAŁ III Noc duchów
  38. ROZDZIAŁ IV Zakończenie
  39. KOLOFON

TOM I


CZĘŚĆ I

KUPAJŁYCIA



ROZDZIAŁ I

W maksymowym futorze

Trzy lata mijało już, odkąd Imć pan miecznik bracławski zwlókł doczesną powłokę po pełnym utrapień żywocie, a woli jego ostatniej nie stało się jeszcze zadość. Nie z winy jego jedynaka wprawdzie, który przedśmiertne ojcowskie pisanie rzewnymi łzami oblawszy, gotów był jednej chwili, stosownie do nakazu szarżę złożyć i oddać się cały włożonej nań przez rodzica powinności. Co jednak nie dało się uczynić, jako że fata mocniejsze są od człowieczych intencji. Jakżeż to było bowiem komendantowi porzucać swój regiment, podczas gdy u trzech ścian Rzeczypospolitej płonęła krwawa wojna? Regiment pana-Kazimierzowy, cudzoziemskiego autoramentu a wybornego moderunku i ćwiczenia, wysłany został właśnie w tym czasie z Inflant, gdzie już zanosiło się na późniejszy sztumski rozejm, przez cały obszar ziem Litwy i Rusi, na pomoc JW Hetmanowi WK Koniecpolskiemu, pod którego wodzą brał udział w pogromie Tatarów budziackich pod Sasowym Rogiem i tureckiego wojska pod zdradzieckim Abazą w okolicy Paniowiec. Zaledwie na krótką chwilę uciszyło się w stronie Dniestru i Dzikich Pól, wnet przyszedł ordynans ruszania nad Dniepr, kędy młody król gromadził siły na Moskwę.

Dopiero po rozgromieniu Szeina i kniazia Prozorowskiego, po zwycięskim pochodzie królewskim na Kursk i Kaługę i chwalebnym pokoju polanowskim z Moskwą, a szczęśliwym załatwieniu groźnego zatargu z Amuratem IV, przyszła dla całej Rzeczypospolitej chwila odetchnienia i ciszy, jakiej najstarsi ludzie nie sięgali pamięcią. Nie tylko chasa szlachecka i wolentarze, ale i regularne pułki poczęły rozprzęgać się i rozłazić, korzystając z ogólnego bezpieczeństwa. Wtedy mógł i porucznik Miśmiakowski pomyśleć o powrocie do opustoszałego gniazda.

Miał drogę daleką i trudną, regiment jego bowiem zapuścił się aż pod Rżew w pościgu za umykającym nieprzyjacielem i tam go zastał rozkaz odwrotu. Trzeba było żołnierzy odprowadzić do Dniestru i zdać ich najbliższemu rangą oficerowi, a przez cały ten czas dniem i nocą oganiać się rozjuszonemu nienawiścią ku najeźdźcom motłochowi, jako wilk ścigany przez sforę ogarów. W Kijowie dopiero mógł młody rycerz zażyć nieco spoczynku i nabożeństwa u ojców jezuitów na Padole, po czym samowtór ze starym ojcowskim sługą puścił się na Chwastów, Białą Cerkiew i Berdyczów ku Owruczowi.

Czerwiec był i kraj cały z tej strony Dniestru, nietknięty wojną, szalejącą dokoła, na poły pusty jeszcze i dziki, ale szybko zaludniający się słobodami i ludem, nurzał się w puszystym kobiercu traw, w zielonym płaszczu odwiecznych borów, w klekocie mir jardów ptactwa i powodzi słońca, barw i woni. Pan Kazimierz jechał nie spiesząc, bo i nie było do czego, nocując po futorach, popasając na leśnych polanach, albo na wonnych stepowych burzanach, zagadując wesoło spotykanych wieśniaków i regestrowe kozactwo, wracające z wyprawy, jako i on.

Za Chwastowem zaczynał się kraj leśny i prawie bezludny i tu go zatrzymała niemiła przygoda.

Jechał z Tryfonem od wczesnego ranka bez popasu wąską i krętą ścieżyną leśną, przedzierając się przez gąszcz krzewów i zawadzając o wystające korzenie dębów. Dzień był upalny i duszny, w borze nawet nie czuło się cienia, ni wilgoci, wszystko wokół drzemało, senne i ciche. Pan Kazimierz odmawiał z początku pacierze, którym wtórował stary sługa, choć sam należał do wschodniego obrządku; potem bąknął od czasu do czasu jednego do drugiego jakieś oderwane słowo, wreszcie zaczęli obaj kiwać się na kulbakach.

Drzemali tak przez kilka pacierzy, rycerz na przedzie, Tryfon z tyłu, kiedy nagle zdarzyło się coś zgoła nieoczekiwanego.

Nie wiadomo skąd konie, zresztą niepłochliwe, spłoszyły się, stanęły dęba, poczęły wierzgać, pienić się, szaleć. Pan Kazimierz z największym wysiłkiem opanował swego wierzchowca, ale gdy oglądnął się za siebie, zobaczył Tryfona, leżącego bez zmysłów na ziemi z głową ociekającą krwią. Konie wierzchowe i powodny z jukami stały na miejscu, ale całe w wodzie, drżąc i strzygąc uszami z widocznym przerażeniem.

Komendant zeskoczył i podbiegł do rannego, posadził go pod pniem drzewa, o które rozbił sobie łeb tak szpetnie, i sięgnął do manierki po wodę. Nie było jej. Wlał więc wciąż jeszcze nieprzytomnemu parę kropel gorzałki między zaciśnięte zęby, a potem rozglądnął się, czy nie było gdzie w pobliżu źródła. Zdało mu się, że słyszy wdali jakiś szum, jakby leśnego ruczaju, i że mu coś migoce między gałęziami, ale gdy w tę stronę pobiegł, szum zdawał się oddalać odeń i zlał się w końcu z szelestem starych dębów, a błysk, który go złudził, okazał się promieniem słońca wśród gałęzi.

Zniechęcony wracał do towarzysza, kiedy naraz wstrzymał go głos jego zmieszany z drugim. Tryfon rozmawiał z jakąś kobietą, a kobieta musiała być młoda, bo głos był dźwięczny i świeży. Zasłaniał ją krzak leszczyny. Rycerz uchylił gałązkę i spojrzał.

Przy Tryfonie stała, omywając mu ranę płachtą zwilżoną, dziewczyna cudnej urody. Spod wianka z czerwonych maków zwisały jej do ziemi ciężkie czarne warkocze, śniada płeć miała przezroczystość bursztynu, rysy na podziw były foremne, a oczy aksamitne, słodkie i głębokie, wabiły i więziły nieprzepartą mocą. Bosa była i odziana jak wiejskie dziewczęta, w prostej, ciemnej zapasce z wełnianego samodziału, owiniętej dokoła bioder na koszuli, ale koszula lśniła śnieżną białością, „połyki” świeciły bogatym, wzorzystym haftem, a szyję owijało kilka sznurów korali.

Ujrzawszy młodego oficera, dziewczyna nie zasromała się wcale, jak to nakazywały wstydliwość i obyczaj, ale błysnęła mu oczyma, świecącymi jak gwiazdy.

– A skąd wy tu, krasnyj łycariu? – zagadnęła, pokazując w uśmiechu śliczne zęby.

Rycerz, choć z natury wcale nielękliwy, a obozowym życiem do wszelkich przygód zahartowany, zmieszał się daleko więcej od niej i przez chwilę pozostał dłużny odpowiedzi.

Wyręczył go Tryfon, rozsypując się w błogosławieństwach dla tej, jakby z nieba spadłej wspomożycielki, która go i otrzeźwiła, i napoiła, i ranę opatrzyła niczym najlepszy medyk. Ona jednak nie dała mu mówić długo.

– Cóż teraz będzie z wami? – spytała, zwracając się do pana Kazimierza. – Jechać dalej nie możecie, bo choć rana i lekka, ale przecie starania wymaga.

Rycerz ochłonął z pierwszego wrażenia. Przysunął się do dziewczyny i chciał poufale pochwycić ją za rękę, dziękując, ona jednak cofnęła się z zalotnym, ale i nakazującym spojrzeniem.

– Dziękować nie ma za co, a jak już chcecie, to z daleka – zaśmiała się. – Ale biedzie waszej początek dopiero, nie koniec. Co zrobicie?

Rycerz ramionami ruszył.

– Do wsi by nam, albo choć do futoru – rzekł. – Nie pokażesz to nam drogi?

– Czemu nie? – odparła. – Wsi tu blisko nie ma, ale futor jest i znajdziecie tam wszelką wygodę.

– Daleko?

– Tuż zaraz. Trzy razy kamieniem rzucić! Widzielibyście, gdyby nie las.

– A przyjmą nas?

– Przyjmą, jak pięknie poprosicie.

Pan Kazimierz zdziwił się.

– Kogóż to trzeba będzie prosić?

Dziewczyna zaśmiała się.

– Mnie, bo ja tam gospodyni!

Oficer w dłonie klasnął.

– A to przednio się składa! – zawołał. – Takiej gospodyni nie żal pokłonić się o gościnę, a jakby nie chciała, to można i gwałtem wziąć chatę!

Dziewczyna rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Nie z takich ja, którym gwałt poradzi – rzekła – a chaty jest też komu strzec.

Pan Kazimierz znów się stropił.

– Nie gniewaj się na żołnierski żart, kalino! – szepnął. – Po dobroci ja jeno przyjdę do ciebie, a nie przeciw woli.

I dodał weselej:

– Nie moje to rzemiosło na baby siłą iść!

Dziewczyna znów mu zęby pokazała w uśmiechu.

– To i lepiej, bo są i baby, co starczą za łycara!

I pochwyciwszy dzban z wodą, który postawiła obok Tryfona, odwróciła się w stronę przeciwną tej, którą przybył pan Kazimierz.

– To jak chcecie, wsadźcie waszego parobka na koń i za mną! A może nie zdużacie dźwignąć go na siodło? To wam pomogę!

Rycerz oburzył się na propozycję, ale ona nie czekając długo, przyskoczyła do Tryfona i dźwignęła go z ziemi silnym ramieniem.

– Ot, widzicie, i dziewka na coś przydać się może! – zaśmiała się.

– Czekajże! Daj pokój! A to utrapiona koza! – upominał i narzekał komendant. Ona jednak tymczasem pomagała staremu gramolić się na siodło i czyniła to istotnie zręczniej, niż jego pan, któremu interwencja niewieścia widocznie mieszała szyki, za chwilę Tryfon był już w siodle, a dziewczyna stanęła przy wierzchowcu pana Kazimierza.

– Może i wam także pomóc?

Rycerz chciał jej odpowiedzieć jakimś obozowym konceptem, ale w tejże chwili powtórzyło się z jego wierzchowcem to samo, co przed godziną stało się powodem katastrofy. Koń począł znów niepokoić się i szarpać. Pozostałe dwa konie zdawały się również przelęknione.

– Co się stało? – zawołał podrażniony rycerz. – Wściekły się, czy co?

– Tfu! urok diabelski! – mruknął, spluwając Tryfon.

Dziewczyna zżymnęła się.

– Wstyd wam, staremu, brednie pleść! – rzekła. – W lesie słońce miga między liśćmi, a konie płoszą się. Ot wam i urok!

Potem zaś nachyliła się do ucha konia Miśniakowskiego i zdało się, jakby mu coś szepnęła.

– Teraz ja mu zadałam urok i będzie z nim pokój! – uśmiechnęła się wesoło.

Konie istotnie uspokoiły się zupełnie i obaj jeźdźcy pośpieszyli śladem przewodniczki, która, nucąc piosenkę, pobiegła przodem tak szybko, że w uciążliwym przeciskaniu się między krzem i pniami ledwie potrafili jej nadążyć.

– A, ot i futor! – zawołała, stając na pobrzeżu lasu.

Na końcu niewielkiej polany stała zagroda obszerna i dostatnia, okolona wysokim częstokołem, spoza którego wyglądał żuraw studzienny i nastroszony w górę dach słomiany. Po bokach widać było kilka budynków gospodarskich, z tyłu zielenił się gęsty sad wiśniowy, z pomiędzy żerdzi ogrodzenia uśmiechały się malwy i słoneczniki.

Na przyzbie przed chatą siedział dziad o długiej zmierzwionej brodzie, białej jak mleko i grzał się w słońcu, wodząc dokoła szklanym, bezmyślnym wzrokiem. Obok dwudziestokilkoletni parobek, wysoki i gibki, jak młody dąbczak, z piękną, ale posępną twarzą, zajęty był czyszczeniem starej rusznicy, od której oczy raz po raz odrywały mu się, biegnąc w stronę lasu, jakby stamtąd czegoś wyglądał. Ujrzawszy dziewczynę u wejścia na polanę, a za nią dwu obcych mężczyzn, zerwał się i szybkim krokiem pośpieszył naprzeciw niej, rusznicę rzuciwszy o ziemię, ale z ręką na wiszącym u pasa czekanie.

– Chciałem już iść za wami, Motro – rzekł półgłosem i jakby z wymówką. – Nawet dziaduś niepokoili się o was. A cóż to za ludzie z wami?

– Goście do nas! – odparła niedbale tonem, jakim przemawia się do służby. – Zabierz ich konie i postaraj się, żeby mieli u nas wszystko, czego ich dusza zapragnie.

Chłopak rzucił nieufne i nieprzyjazne spojrzenie na przybyszów, ale spełnił rozkaz i odprowadził konie do stajni, a potem zakrzątnął się wraz ze starą, bezzębną babą o świdrujących oczkach i szybko pytlującym języku około przyjęcia gości.

Tryfon cierpiał coraz gorzej i zaczynał od rzeczy gadać: trzeba go było położyć w stodółce. Panu Kazimierzowi tymczasem przygotowała stara Jewdocha w świetlicy obfity posiłek z wędzonych kiełbas, sera, miodu, białych kołaczy i jagód leśnych. Rycerz jadł z apetytem. Jewdocha posługiwała, zapraszała i obsypywała go gradem pytań i uwag, na które on z rzadka i półgębkiem jeno odpowiadał, zerkając wciąż na dziewczynę, która siedziała wprawdzie na zydlu, koło drzwi, nie mieszając się jednak ani do ugaszczania, ani do rozmowy. Przywlókł się także i zasiadł przy stole dziad, bełkocąc od czasu do czasu jakieś wyrazy, których nikt nie rozumiał. Parobek siedział na dawnym swym miejscu na przyzbie, czyszcząc jak poprzednio broń i słuchając rozmowy, z której przez otwór okienny, pozbawiony błon dla gorąca, nie mogło mu ujść ani słowo.

Pan Kazimierz dowiedział się od starej bez pytania, że dziad, którego nikt nie rozumiał i na którego nikt nie zdawał się zważać, to właściciel futoru, Maksym, najbogatszy bojar na całą okolicę, a Motra to jego jedyna wnuczka i dziedziczka, zaś Artem, parobek, to krewniak i wychowanek Maksyma, teraz zaś po śmierci jego jedynaka, ojca Motry, podpora i obrona ich wszystkich, bo okolica niebezpieczna, złych ludzi dużo się włóczy i z cudzego żyje, a są i tacy, co radzi błotem na cnotliwych rzucają i Bóg wie, jakie zbrodnie zarzucić im gotowi.

Młodzieniec słuchał i patrzył na Motrę, która ze swej strony rzucała nań wzrok ciekawy, uważny i przenikliwy, jakim chłopak opatruje złowionego po raz pierwszy chrabąszcza. Jego spojrzenia nie zdawały się czynić na niej najmniejszego wrażenia, a ta zupełna obojętność drażniła mimo woli pana Kazimierza, który choć był obcy wszelkiej próżności i o białogłowy dbał dotychczas niewiele, przywykł jednak, jako chłopak wielce urodziwy, zwracać na siebie ich uwagę.

Miał już, otarłszy usta, wstać od stołu i wyjść na podwórko, by się uwolnić od gadaniny starej gospodyni, kiedy nagle Motra odezwała się do niego swym pełnym, dźwięcznym głosem po raz pierwszy od tych paru godzin, które bawił w futorze.

– A wy, panie, choć te trzy dnie musicie u nas zostać, chcecie, czy nie chcecie, bo wasz stary nie utrzyma się przedtem na siodle, choćbyście jego i wiązali.

– Ostałbym chętnie, jeno tak widzę, żem krasnej gosposi gość nie w smak, więc jakże mi ostawać się przeciw waszej woli?

– Wola wasza, nie moja – odparła obojętnie dziewczyna. – Ani ja chcę, ani nie chcę. Chata gościowi otwarta, miejsca, ni jadła nie zbraknie. Taki u nas ojców obyczaj! Chcecie, ostańcie, chcecie, idźcie sobie! Ale myślę, że nie pójdziecie, bo wam sługi żal będzie, a on nie zduża w drogę.

– Mogę go i gdzie indziej zostawić, choćby i we wsi najbliższej. Tyle może dojedzie! – odrzucił rycerz, podrażniony chłodną obojętnością jej słów.

– Nie dojedzie, bo i wsi tu nigdzie nie ma, jak wam już mówiłam. Musicie zostać choć trzy dnie. A za trzy dnie Kupajły.

– Jakiego Kupajły? – spytał rycerz.

Jewdocha w dłonie uderzyła z podziwu.

– Święta Przeczysta! Jest że taki człowiek na świecie, co nie wie o Kupajle? A jeszcze łycar, jeszcze taki wielki łycar! Pewnoście, panie, z bardzo dalekiego kraju i nigdy u nas nie bywali, że nie wiecie o święcie Kupajły?

– Owszem, jestem z tych stron, jeno od małego włóczę się po innych i dlatego nie wiem, co tu wiedzą wszyscy. Powiedzcie, to będę i ja wiedzieć!

– A jakże! Powiem! Czemu nie powiedzieć! – zawołała z ożywieniem Jewdocha i poczęła szeroko rozwodzić się nad opisem święta ognia w wigilię Jana Chrzciciela. Prawiła mu więc o pląsach leśnych i o dziwnych obrzędach, odprawianych przez parobków i dziewczęta, a nawet przez największych panów, którzy tej nocy jednej z chłopstwem kumają się, ucztują i hulają, jako i w dożynki nigdy nie bywa; wspomniała o wielkim gorejącym drzewie, które ma być jako słońce i o świętym Janie, który może nie jest wcale świętym Janem, jeno starym bożkiem, Kupajłą, i jako taki za cześć sobie oddaną wiele dobra ludziom świadczy; i o kwiecie paproci, przy którym znaleźć można nie tylko skarby, ale i umiłowane serce, i o wielu jeszcze innych rzeczach, wielce ciekawych, od których jednak wkrótce uczuł rycerz nieznośny szum i zawrót w głowie, i zdawało mu się, że mu w mózgu kręci się, mieląc go na mąkę, młyńskie koło.

Nagle rozległ się młody, rozkazujący głos.

– Milcz, Jewdocho!

Stara urwała wpół wyrazu, a dziewczyna stanęła przy rycerzu i pilnie wpatrzyła mu się w oczy swym głębokim, przenikliwym wzrokiem.

– Święto Iwana Kupajły to wielkie święto, rycerzu jasny! – rzekła, ściągając z lekka czarne brwi. – Ubogi znaleźć może skarby, a głodny miłowania – miłość, każdy, mający potrzebę, a kto jej nie ma? – światło, radę, pomoc! Na Kupajłę serca się schodzą i związują, losy się łączą, przeznaczenie dopełnia się. Idźcie, pokłonić się Świecącemu, idźcie zapytać wróżb, idźcie zarzucić sieć na szczęśliwość i na miłowanie! Idźcie, panie, na Kupajłę!

– Pójdę! – zawołał w uniesieniu pan Kazimierz.

Po chwili zaś dodał, zaglądając jej w głąb oczu:

– A ty pójdziesz?

– Ja tam zawsze idę! – zapewniła poważnie dziewczyna.

I, jakby chcąc złagodzić nastrój tych słów, dorzuciła z uśmiechem:

– Wszystkie dziewczęta tam idą!

– A mówiłaś, że okolica pusta?

– Na Kupajłę schodzą się tu o wiele mil z okoła.

– Pójdziesz ze mną?

W tejże chwili w otworze okiennym ukazała się twarz Artema, blada, z zaciśniętymi ustami i płonącą źrenicą.

– Z wami i z Artemem – odrzekła dziewczyna. – On mój sługa, wy – gość. Pokażemy wam razem drogę!


ROZDZIAŁ II

Wiedźma

Panu Kazimierzowi przysposobiono wyborny nocleg na świeżym pachnącym sianie w stodółce. Zasnął też twardo, ale noc miał ciężką i sny dziwne, gorączkowe niemal. Obudził się wbrew żołnierskiemu obyczajowi nie o świtaniu, ale późno z południa i choć w odrynie ciemno było i świeżo, zlany był cały potem, znużony i jakby połamany. Czuł w sobie każdą kosteczkę, zwłaszcza zaś bolały go nogi, jakby po długiej, pieszej wędrówce.

Tryfon za to był rzeźwiejszy niż wczoraj i całkiem przytomny. Opuściła go gorączka i krew poczynała przysychać. Pozdrowił też wesoło swego panicza, jak go z dawnej na wyczki nazywał, ale wnet zmarkotniał, widząc go osowiałym i przybitym.

– Cóż to z wami, paniczu? – zagadnął z niepokojem.

– Nic! Co ma być? – odparł niechętnie oficer, który sam już sobie zadawał to pytanie i znajdował na nie jedną tylko odpowiedź: znużenie i brak hartu w ciele, które dotychczas poczytywał za niezwykle wytrzymałe i dzielne.

I widząc, że stary wciąż mu przygląda się spode łba, dodał niecierpliwie:

Chłopak splunął w bok i głowę zwiesił. Wszystko we mnie na swoim miejscu: bodajby z tobą jutro już było tak samo!

Tryfon nic nie odpowiedział, więc młody pan przeszedł się po alkierzu i zagadnął go:

– Był tu kto u ciebie dziś rano?

– Był parobek i Jewdocha była.

– A więcej – nie było nikogo?

– Panicz o tę dziewkę pyta? Nie, nie było jej!

Miśniakowski wyglądnął przez otwór okiennicy.

– Dziw, że jej nigdzie w obejściu całym nie widać! – mruknął do siebie.

Stary ramionami ruszył.

– Zaspała może gdzie w kącie – zauważył obojętnie. – Czy to jej do roboty mus, czy kto pędzi? Zwyczajnie – jedynaczka. Jeno patrzeć, zjawi się.

Jakby na potwierdzenie słów tych doleciał w tej chwili z podwórka srebrzysty głos kobiety, nucący zwrotkę piosenki.

– Wy tu, pane łycariu? – rzuciła komendantowi, stając w oknie i ogarniając go wzrokiem, w którym była ciekawość i, jak się rycerzowi zdało, trochę szyderstwa. – Jakże wam nocka zeszła? Wypoczęliście pewnie dobrze po drodze?

– Wypocząłem dobrze – odrzekł nieco niepewnym głosem pan Kazimierz – ale...

– Ale wyglądacie całkiem zmarnowani – dokończyła dziewczyna, wpatrując się weń przenikliwie. – Ej, zła nocka to była dla was, zła! Aby tylko druga była lepsza!

Stała teraz w samem obramieniu okna, schylona nieco, wysoka, smukła, hoża. Pachniało od niej młodością, zdrowiem, snem świeżym, wiosennym kwieciem. Rycerza pociągnęło do niej tak, że aż przysiadł na oknie i prawie dotykał jej twarzą, ona zaś przypatrywała mu się wciąż spod długich, w dół opuszczanych rzęs.

– Nocka nocce nierówna – mówiła dalej, obrywając jeden po drugim listki polnych kwiatków, których pęk trzymała w ręku. – Bywa taka, co kropla po kropli wszystką krew z was wysączy, młodą, świeżą, gorącą krew... Ot, jak ja i tych liści... Aż z człowieka tyle zostanie!

Mówiąc to, podniosła mu do oczu pęk obnażonych badyli.

– Grzech kwiaty psuć, dziewczyno – ozwał się z tapczanu Tryfon.

– Jaki grzech? Co żyje to i ginie! A słonko, nie wypija ono życia z ziemi? Kto ma moc, ten daje i odbiera żywot. Wy dawno tu nie byli panie, to nie wiecie, a ja wiem!

I rzuciwszy pęk badyli o ziemię, zerwała się i odeszła. Ale o kilka kroków odwróciła głowę i oko w oko spojrzała na rycerza.

– Tak, tak, rycerzu jasny! – zaśmiała się, pokazując białe zęby. – Różne nocki u nas bywają, różne! Dobre i złe! Komu jaki los wypadnie! Czyje na wierzchu, ten szczęśliwy. A nie, to niech pyta, jak los odmienić i swoje na wierzch położyć!

Wyrzekłszy te dziwne słowa, dziewczyna zaśmiała się raz jeszcze i znikła za węgłem chaty.

– Co ona chciała rzec? – spytał zdziwiony młodzieniec starego pachołka.

Tryfon nic mu nie odpowiedział. Kręcił głową z widocznym niezadowoleniem, brwi marszczył i mruczał coś niezrozumiale sam do siebie.

– Cóżeś to ogłuchł, czy zaniemówił? – ofuknął go oficer niecierpliwie.

Stary jeszcze przez chwilę milczał, potrząsając głową...

– Oj, nie ogłuchłem ja wcale, a widzieć, to może lepiej widzę od panicza, bo te stare oczy patrzyły się już na niejedno i potrafią i to rozeznać, o czym młodemu ani przez łeb nie przejdzie. Więc i teraz widzę, czego panicz nie widzi i mówię jedno: źle tu jest i precz nam stąd iść trzeba jako najprędzej, choćby i tej jeszcze godziny!

– Zwariowałeś! – obruszył się młodzieniec. – Cóż to tutaj złego? I czego stąd iść? Gadaj jasno!

Ale stary znów głową potrząsnął.

– Nic tu nie ma do gadania. Jedno mówię: zabierajmy się stąd i tyle, żeby tu po nas i śladu nie ostało!

– Głupiś! – przerwał pan Kazimierz.

Zły był na Tryfona za jego gadanie, które i nic nie wyjaśniało, i szło wbrew ukrytym chęciom jego pana. Wnet jednak pomiarkował się i uspokoił.

– Znów pewnie zaczyna bredzić! – pomyślał, spozierając ze współczuciem na pachołka, którego miłował i dlatego, że go znał od dziecka, i dlatego, że Tryfon stanowił jedyne ogniwo, łączące go z tym wszystkim, co utracił i co mógł zwać swoim.

Ale na starym nie było znać gorączki i zdawał się zupełnie przytomny, choć poruszał się niespokojnie i chciał z pościeli się zrywać.

Dopiero kategoryczny rozkaz Miśniakowskiego zatrzymał go, wywołując nowe upominania i nalegania o najrychlejszy wyjazd.

Pan Kazimierz ofuknął czasem Tryfona, ale Tryfon najczęściej postawił na swoim u młodego pana. Tym razem jednak rotmistrz miał mocne postanowienie nie ustąpić jego przywidzeniu i pozostać w futorze, bo go dziwnie zaciekawiała i nęciła niezwykła postać młodej dziewczyny w niczym niepodobnej do spotykanych dotychczas. Uspokoił jednak Tryfona zapewnieniem, że odjadą nazajutrz, a najdalej pojutrze, tymczasem zaś rana mu zgoi się zupełnie.

Myślał zaś, że za dwa dni wigilia świętego Jana, a do tego czasu musiał koniecznie pozostać w Maksymowym futorze, później zaś... Nie chciało mu się myśleć o tej chwili, w której nie będzie mógł zaglądać do dziwnych, ciekawych oczu Motry: miał jednak wrażenie, że byle doczekał się Kupajły, na Kupajłę zajdzie coś, co zmieni położenie i stworzy między nim a dziewczyną jakiś punkt styczny, coś, o czym nawet w myśli nie umiał zdać sobie sprawy, ale czuł jedno, że to coś przyjść musi i że będzie dlań wyjaśnieniem i rozjaśnieniem duszy.

W ciągu dni następnych dziewczyna pozostała taką samą, jak w pierwszym: niedostępną, zagadkową, a cudną. Krasa zdawała się rość w niej z każdym nowym rankiem. Rycerz nie był już w stanie oderwać od niej oczu, szedł za nią, gdy ją ujrzał, jako idzie cień za człowiekiem, modlił się do niej wzrokiem o dobre słowo, zamiast którego otrzymywał jeno niezmiennie obojętne, chłodno – ciekawe spojrzenie, a czasem szyderski uśmiech. Gniewało to pana Kazimierza, ale na krótko jeno, bo gniew wnet upadał przed jej urokiem i własną niemocą.

Bo pan Kazimierz stawał się z dniem każdym słabszy, bledszy i bardziej znużony. Gdzież to się podziała owa kawalerska fantazja, z której słynął wśród obozowych rówieśników? Co się zrobiło z tego żołnierza z krwi i kości, który łamał podkowy i w biegu strącał strzałem głowy tureckie! Budził się teraz o późnej godzinie, po śnie nadmiernie długim, w którym zamiast odpocznienia, znajdował mękę, oblany potem, dyszący ciężko, bezwładny, a co najdziwniejsze, z pokrwawionymi stopami i mnóstwem sinych i krwawych piętn na ciele, jakby od smagania lub kłucia. Co by to być mogło? Czy rzucał się tak silnie przez sen, gdy go dusiła zmora, że aż poranił się o deski i gwoździe ściany? Darmo w głowę zachodził nad znalezieniem odpowiedzi, zwłaszcza, że ściany były gładkie i nie przedstawiały śladów tarcia. Ale pan Kazimierz czuł się po trzech dniach tak znużony, że przestał sam siebie pytać o rozwiązanie tej dziwnej zagadki.

Przed swoim Tryfonem nie wspominał o niczym i starał się zucha udawać, ale stary musiał dostrzec, co się święci, wodził bowiem wielce markotnym wzrokiem za swoim panem, wzdychał ciężko za jego plecami i wciąż naprzykrzał się o wyjazd, aż wreszcie nie wytrzymał i znalazłszy chwilę, kiedy nikogo nie było w chałupie, a rotmistrz siedział przy nim, przysunął usta do twarzy i szepnął tajemniczo:

– Niech no mnie panicz posłucha do końca, a nie przerywa i nie łaje, bo to wielkie rzeczy, które mam rzec, i o żywot pański idzie, a może i o zbawienie duszy.

Miśniakowskiego nieprzyjemnie zdziwił ten początek. Żachnął się niecierpliwie i chciał przerwać dalszą rozmowę, ale stary pochwycił go za rękaw i wstrzymał przy sobie.

– Jeno parę pacierzy bądź jegomość cierpliwy, bo to niedługie, a potem choć i szyję tnij! – prosił stary.

Nie było rady. Rycerz usiadł na zydlu, a Tryfon jął mu szeptać do ucha, co miał na sercu.

– Źle z nami, panie! – mówił. – Ta dziewka niesamowita i z panem niedobrze się święci. Ja patrzę i milczę, ale widzę. Łażę też po obejściu, bo mi tu nudno leżeć; ludzi spotkałem kilkoro, gadałem z nimi... Źle, panie, źle słychać!

– Cóż słychać? Gadajże do sensu! – przerwał niecierpliwie rotmistrz.

– Zaraz, zaraz. Otóż widzi pan, mnie się to od razu nie podobało, że ta Motra takimi oczyma na panicza patrzyła, całkiem nie tak, jak dziewka na parobka, a choćby nie przymierzając na krasnego rycerza. A już daleko gorzej nie podobało mi się to, co z panem dzieje się po nocach. Kto to słyszał, żeby taki chłop na schwał bielał i słabł z przeproszeniem pańskiego honoru, jak podwika!

– Et, głupiś! – mruknął rycerz, zły, bo mu pachołek głośno powtarzał jego własne myśli. – Niby to chorość nie chodzi po ludziach?

– Chodzi, ale nie taka. A zresztą, co tu gadać? Chce jegomość wiedzieć, co to za choróbsko, to i powiem, com od ludzi słyszał. Ta dziewka to wiedźma, jak ten kraj długi i szeroki, ze wszystkich największa!

– Co, co? – porwał się rycerz. – Motra? Wiedźma?

– Prawdziwa kijowska! Znają tu ją wszyscy i strzegą się jej jak ognia. Tutejszym nie może dać się we znaki, to cudzych ludzi szuka, którzy nie wiedzą, co to za ptaszek!

– Co ty bredzisz, człowiecze? W głowie ci się przewraca!

– Acha, dobrze! Przewraca się! A cóż to, czy jegomość o wiedźmach nie słyszał, nie wie?

– To i cóż?

– A nie wie pan, jak to one nocką na człowieka siadają niby na konia, i niewiedzącego o bożym świecie, pędzą milami noc po nocy po swoich sabatach czartowskich, mordując go, aż z niego wszystka krew wyjdzie i zginie! A im dłużej taki nieszczęśnik w mocy wiedźmy, tym moc jej większa, aż wreszcie robi się z niego posłuszny rab biesowej córki. I wtedy tęskni do swojej męki, a całuje rękę, co go smaga, i gotów na jedno słowo przeklętej duszę swą zaprzedać Nieczystemu, którego ona jest służką. Niechże teraz pan pomiarkuje się i rozważy sobie wszystko, a jeśli to nie pasuje do Motry, jak kulbaka do końskiego grzbietu i mój kindżał do swojej pochwy, to niech już mi jegomość tnie ten głupi łeb, niewart, żeby go dźwigać na ramionach!

Rycerz zerwał się i wielkimi krokami przeszedł się kilka razy po ciasnym alkierzyku.

– Dziwne! Dziwne! – mruczał do siebie, gryząc wąs i brwi zsunąwszy tak, że się złączyły na czole.

– Co to dziwne! Mów jegomość: straszne, ohydne! – wpadł mu w słowo Tryfon. – W takie diabelskie szpony dostał się panicz i mało co jeszcze, przepadłoby w nich młode życie, przepadłaby chrześcijańska dusza! A nie mówiłem zaraz pierwszego dnia: nic tu po nas! Im dalej stąd, tym zdrowiej nam będzie! Ot i sprawdziło się!

O wiedźmach wiedział rotmistrz to wszystko, co mu opowiadał Tryfon, i prędzej by zwątpił w istnienie miesiąca, niż w wiarogodność onych historii, które kołysały jego dzieciństwo i przerażały nieustraszoną odwagę męskiego wieku. Bał się czarownic i brzydził się nimi tak dalece, że mając z przyrodzenia serce tkliwe, tłumił w sobie wszelką litość, gdy patrzał na pławienie czarownic, a jeśli która wypływała z wody (signum niemylne, że w niej bies siedział), młody oficer wołał z innymi: „Z wody ją i na stos! Na stos!” Ale tamte były stare i brzydkie, Motra zaś była jak kwiat wiośniany, a oczy miała jako gwiazdy. Jakżeż uwierzyć, żeby tak wyglądała zaprzedana piekłu wiedźma?

Młody rycerz bił się z myślą, a stary Tryfon patrzył nań zafrasowanym okiem, kiedy naraz głos rozległ się u progu, dźwięczny i świeży.

– A co wy tu tak sumujecie, rycerzu? – wołała wesoło Motra. – Czy wy zapomnieli, że to już jutro nocka Kupajły, największa nocka w roku, kiedy paproć kwitnie, i lubystek serce człowieka odmienia, i złoto, co je w ziemi trzyma, ogniem czyszcząc nieczysta siła, dostać do rąk może każdy, byle serce miał i nie zląkł się. Czego tylko dusza zapragnie, będzie wasze, byle chcieć i siłę mieć! A wam czego się chce? Może lubystku?

– Na co mi lubystek? – mruknął rycerz. – Popatrzę w twoje oczy, to jakbym lubystku się napił.

Dziewczyna zaśmiała się.

– To za mało! Póty w myśli, póki na oczach! A jak skosztujecie lubystku, to choćby i za siódmą górą były i choćby za sinym morzem, i choćby w ziemię zapadły się te oczy, to i tak będą wam świecić wciąż i palić, niczym żelazo, co wskroś człowieka przewierca!

– Bój się Boga, dziewczyno – upomniał ją Tryfon. – Co też ty pleciesz? Słuchać strach!

– Wam nie strach, a zazdrość, staruchu! – zaśmiała się dziewczyna. – Piliby wy lubystek, pili, tylko, że do was młodych oczu i lubystkiem nie przyciągnie!

I zakręciwszy się na pięcie, wybiegła z alkierza.

– Stój! Czekaj! – krzyknął za nią pan Kazimierz. – Dokąd lecisz?

– Dokąd ptak leci? Którędy wiatr wieje? Pytaj ptaka, pytaj wiatru w polu, jasny panie! – zawołała spoza drzwi Motra, odwracając ku niemu uśmiechniętą twarz i pokazując zęby. – Goń wiatr, jeśli chcesz!

I znikła.

– A niech leci na złamanie karku! – zauważył Tryfon. – I tak jej panicz nie złowi, bo to licho istny wicher, raz tu, raz tam, nieposediuszcza, nawiżena! – kończył, mrucząc sam do siebie, bo oficera dawno już nie było w izbie.

– Propaw chłopeć! – szepnął. – Propaw hołub mij!

– A nie ma tu Motry? – dał się słyszeć spoza drzwi głos Artema.

– Oj, nie ma, synku, nie ma! – odrzekł żałośnie Tryfon. – Nie ma jej, nie ma i mojego panicza.

– Poszedł znów za nią się włóczyć – mruknął chłopak posępnie.

– Oj, poszedł ci, poszedł! Siedział ze mną, bałakał, aż tu ona jak nie wleci, jak nie zakręci ślepiami i językiem, niczym ten homon, i już jej nie ma, a jego z nią.

– Wy, diad’ku, nie strzępcie sobie jęzora Motrą, bo choć wy i stary, ale ja i od was tego nie ścierpię. Ona tu gospodyni i pani.

– Bodajby my tego jej państwa nie widzieli! Trzy dni tu siedzimy na nasze nieszczęście, a pan mój wysechł, jak ta drzazga!

– Któż mu winien? – burknął parobek. – Po cóż siedzi? Diabli was tu przynieśli, niechby i odnieśli won!

– Naprzód nie diabli nas tu przynieśli, bo my prosto z Kijowa, od świętych moszczów jedziemy i choć pan mój Lach, ale przecie nie tylko w swoim kościele, ale i w sofijskim soborze modlił się, a ja żem prawosławny, to i w Peczerskiej Ławrze byłem, i świętym się tam pokłoniłem. Więc my tu z Bogiem przyszli, tylko nie Boga, ale czarta zastali.

– Milczelibyście lepiej. Niezdrowo takie rzeczy gadać!

– Czemu mi milczeć! Łgać jeno niezdrowo, a ja prawdę mówię.

– Taka to i prawda!

– Może nie?

– Pewnie, że nie? Pies szczeka, a głupi wierzy.

– To znaczy Motra nie wiedźma?

– Tfu! Bodajby wam gęba spuchła! Pewnie, że nie!

– A mój pan schnie i ma pokrwawione podeszwy i boki nie od wiedźmy?

– Może i od wiedźmy, tylko nie od tej!

– Dobrze! Więc ja już zdużam i tej nocy będę przy moim paniczu stróżował. Przyleci wiedźma, to ją pochwycę, zwiążę takim rzemieniem, który więcej siedmiu lat noszę na ciele, więc potrafię ją utrzymać, i będę smagał, niech w co chce się przerzuca, w świnię, czy w igłę, aż z niej ostatnią parę wypędzę, albo zmuszę wrócić do człowieczego ciała. Powiedz to jej.

Artem splunął ze złością.

– Ja tam nie gadam z wiedźmami i nie znam żadnej! – rzucił przez zaciśnięte zęby.

– Powiadam ci, co zrobię, a ty z tym czyń, co chcesz!

Parobek nic nie odpowiedział i przez dłuższą chwilę trwało milczenie. Tryfon przyległ znów na tapczanie, Artem zaś siedział na zydlu, oparłszy łokcie na kolanach i ukrywszy nisko pochyloną twarz w dłonie. Siedział z początku nieruchomy, potem jął z wolna kołysać się, jak to zwykły czynić kobiety ukraińskie, gdy „zawodzą” i płaczki pogrzebowe, gdy „hołosiat”, szepcąc naprzód, potem coraz głośniej na poły mówiąc, na poły śpiewając lękliwym głosem:

– Oj, dolaż moja, dola neszczastna! Od małego sierota, z gospodarskiego syna najmyt, z wolnego kozaka rab przeklęty, czerw rozdeptany nogą! Oj, po cóż mnie maty rodyła, po co mi słonko świeci w oczy, czemu tych oczu syra zemla nie wyżarła! Jedno serce miałem i oddałem, i ot, tyle ono warte, co źdźbło słomy i jeszcze mniej, a ty, rabie, chodź w obroży, służ jasnym łycariam, szukaj dla nich lubystku, żeby tobie lepiej jeszcze mogli odebrać twoje kochanie, i jak zdechłą sobakę odrzucą ciebie precz, byś nie zawadzał!

Milczał przez chwilę, potem ręce odjął od oczu, z których po pięknej, pobladłej twarzy spływały jedna za drugą grube łzy.

Tryfonowi żal się zrobiło chłopca.

– Ne żuryś, kozacze! – rzekł mu pocieszającym tonem. – Ty młody, a świat duży! Nie tu tobie dola, to gdzie indziej ją znajdziesz. A im prędzej, tym lepiej!

Artem potrząsnął głową.

– Oj, nie szukać mi już innej doli! Tu mi żyć, tu i zdychać! Gdzie wy widzieli sobakę, co by odbiegła pana? I biją ją i chleba nie dają, a ona taki siedzi i w oczy panu patrzy, aż zginie!

– Pewnie, że zginiesz, jak zostaniesz! Ale po co ci zostawać! Ot, z nami jedź! Panu taki chłopak przyda się przy pustym dworze, a choć on i nie bogaty, lafy dużej nie da, ale kawał chleba i ziemi szmat znajdziesz, i żonkę, a dziewki u nas w Owrucczyźnie na cały świat sławne z krasy!

Artem znów głową potrząsł.

– Oj, nie iść mnie z wami, ale wam stąd ruszać czym prędzej, póki czas i siła, bo potem może siły nie stanie!

– A tak i sam mówisz, że nam stąd precz iść?

– Bo tak wam i trzeba!

– Ja bym to jednej chwili chciał i od pierwszego dnia panu gadam, ale cóż? Uparł się tego Kupajły doczekać.

Chłopak ramionami ruszył.

– Jak Kupajłę tu przebędziecie, to już chyba sami stąd odjedziecie – mruknął.

– A widzisz! Sam przyznajesz, że Motra zaczaruje mego panicza!

– Motra nie zaczaruje, bo nie czarownica, ale lubystek zaczaruje i sam Kupajło zaczaruje. Wyż tutejsi! Co wam dużo gadać? Sami wiecie o tym, co na Kupajłę wyrabia się! Żeby z kamienia człowiek był, jeszcze go dziewka złapie, a jak już przedtem miał o której pomyślenie, to pyszy propało! Na to każda dziewka wiedźma!

Stary głową pokiwał.

– Tak to, tak! Wiem! Pamiętam z młodu! Ale żeby tak jaka inna dała jemu lubystku?

Chłopak splunął w bok i głowę zwiesił.

– Nie ma takiej! Żeby nie był widział Motry, albo żeby jej nie było przy tamtych, ale tak... Nie, nie!

Tryfon nachylił się poufałej do parobka.

– Ona pewnie tam na niego przygotowuje różne „mańki” i sidła na Kupajłycię?

Artem ociągał się z odpowiedzią.

– I tobie może kazała pomagać?

Chłopak splunął w bok i głowę zwiesił.

– Taki już mój tałan! – mruknął ponuro.

– Słuchajże! On pewnie pójdzie szukać kwiatu paproci?

– Może i pójdzie!

– Mówił ci co?

– Może i mówił.

– A ona jemu pewnie pokaże się przy tej paproci, co?

Artem głowę podniósł i wpatrzył się w starego ze zdziwieniem.

– A wy skąd wiecie?

Tryfon uśmiechnął się.

– Kozak mowczyt, a wsie znaje! Żyje się kęs czasu, to i widziało się niejedno na świecie, na białym. Ale jeśli tak, to ona prawa czarownica, bo do paproci biesy nie dadzą dostępu chrześcijańskiej duszy!

– A onże chce iść?

– On co innego, i ty z nim też, bo wam paproć kwiat może pokazać, ale babie wara do niej, chyba że bies puści ją jak swoją.

Artem nie mógł jakoś odpowiedzi od razu wykrztusić, a kiedy wreszcie zaczynał już mówić, Tryfon wstrzymał go.

– Czekaj no! – rzekł, nadsłuchując. – Co to? Nie słyszysz?

Parobek ucha nastawił.

– Z „proszczy” idą, czy co? – zauważył.

– Zdaje się.

Od drogi, wiodącej przez las, szedł jakby szum płynącej fali i tężał z każdą chwilą. Było to jakby stąpanie wielu nóg, a zarazem jakby gwar wielu ludzi. I nagle ponad tym pogwarem i ponad dalekim szumem lasu podniósł się śpiew. Były to młode głosy, które wzbijały się w górę dźwięcznym, silnym głosem.

Oj, protyw Iwana Kupajła,

Oj tam zuzula kupałaś,

Z pid li stoczka zadywlałaś...

Oj, ty zuzulo dubriwnaja,

Ne kuj zuzulo w dubrowi,

Ne zbudy mene mołodoi!

Obaj mężczyźni, zaciekawieni, wyszli przed chatę. W tej chwili wysypał się z lasu na polanę długi orszak pieszych, za którymi szło parę koni. Był to lud włościański, kilka bab, przeważnie jednak młodzież i niedorostki. Wszyscy mieli odzież zniszczoną i zapyloną długiem wędrowaniem, postoły na nogach, a na plecach sakwy płócienne, jakich używają pątnicy, idący po proszczy, tj. do świętych miejsc. Na koniach idących w tyle siedziały dwie niewiasty, jedna bardzo stara, druga młodziutka i wielce urodziwa. Obok nich szedł, opierając się ciężko na kiju, dziad z brodą po pas, białą jak mleko.

Dojrzawszy futor spoza drzew, pątnicy w mgnieniu oka przerwali kupajłową pieśń o kukułce, wpadając w przeciągły, cerkiewny ton pobożnej pieśni o Matce Boskiej, która w „kijewskim monastyri carski worota odczyniała i wsich światych pryzywała”. Nie przestając śpiewać, podróżni porozkładali toboły i świty na kraju polany, kobiety zsiadły z koni, które puszczono na trawę, a dziad podszedł, postękując, do chaty i pochwaliwszy Boga, zwrócił się do Tryfona z zapytaniem, czy jest gospodarzem i czy pozwala im, biednym, proszczalnym pątnikom, zatrzymać się na noc podle futoru na łące.

Tryfon objaśnił dziada w kilku słowach, że sam jest gościem i wskazał, jako na miejscowego, na Artema, który zdawał się być zakłopotany i nie mógł się zdobyć na odpowiedź.

– Toć gadaj po Bożemu, żeby sobie rozgościli się w polu – szepnął mu Tryfon niecierpliwie. – Któż proszczalnych dziadów odgania? I jak odgonisz setkę ludzi, choćbyś i Motrę, i Jewdochę, i starego Maksyma w rohatywy przeciw nim uzbroił? Więc lepiej że po dobremu.

– Motra dziw jak nie wzlubyła tych proszczalników! – mruknął Artem. – Jak wróci i zobaczy ich pod chatą, oczy mi chyba wydrapie.

– Nie wydrapie, bo ja panu powiem, a on wytłumaczy Mutrze...

– A szczob win szczez! – zaklął z wściekłością parobek i odwrócił się od starego wygi.


ROZDZIAŁ III

Nocleg „Proszczalników”

Noc już zapadła i polana jaśniała szeregiem ognisk, przy których wesoły ludek pielgrzymi rozłożył się swobodnie, warząc w kociołkach strawę, gwarząc, śmiejąc się i pośpiewując, kiedy z przeciwnej strony boru wróciła Motra z oficerem. Oboje nieśli w ręku całe snopy ziół i polnego kwiecia, a dziewczyna przystroiła się podwójnym wieńcem, jednym na głowie, drugim dokoła szyi i bioder. Szła, wyprzedzając rycerza i rzucając poza siebie co chwila garść wesołych słów, śmiechów lub śpiewek. Wtem zobaczyła ogniska i tłum proszczalny koło nich. Wstrzymała się, marszcząc sobolowe brwi i aż zęby jej błysły spoza rozchylonych warg. Nadbiegającego naprzeciw niej Artema śmignęła ostrym słowem jak biczem, potem podbiegła do najbliższej gromadki i chciała rzucić jej jakiś nakaz, ale powstrzymała się, ogarniając wzrokiem cały obóz i, zacisnąwszy usta, zawróciła do chaty.

U progu powitał ją dziad białobrody, siedzący na przyzbie obok Maksyma i zajęty żywą gawędą z Trytonem.

– Dziękuję wam, krasna gospodyni, za wasze dobre serce dla nas, biednych proszczalników – zaczął – i niech wam Preczysta Diwa i święty Mikołaj...

Ale dziewczyna przerwała mu:

– Wygon dla wszystkich, jak powietrze i słonko – rzekła mu obojętnie. – Komu wola, ten niech na nim siada! Co tu dziękować?

– Dziękować nigdy nie zawadzi – odparł poważnie dziad – a dziękowalibyśmy jeszcze więcej, jakby wy dopuścili dwom naszym kobietom przenocować u was, jak nie w chacie, to choć w stodółce. Jedna stara – stareńka, druga pannoczka z wielkiego dwora, która z tą starą z jasyru uciekła ordyńskiemu czambulikowi i do nas przystała, a my ją do domu wiedziem... Chciał dziad więcej jeszcze o tym opowiadać, ale dziewczyna przerwała mu.

– U mnie miejsca nie ma. Przed wami Bóg gości zdarzył! W chacie pełno nas, a stodółka jedna tylko pusta stoi, to w niej teraz ten łycar nocuje. Więc nijak nam przyjąć waszych proszczalnic. Alę nocki teraz ciepłe, pogoda, to na trawie lepiej im będzie niż w komorze!

– Może i prawda – odrzekł dziad, nie nalegając. – Ale zawsze my wam i tak wdzięczni za waszą gościnę. I ot, niech wam będzie pamiątka z naszej proszczy. Mała rzecz, bo my ubogie ludzie, ale i świeci się, i od złego uchroni, i piękne, i święte! Lubo popatrzeć, miło przystroić się, a i pomodlić się można.

Gawędząc w ten sposób i zachwalając swój podarek, szukał go przez chwilę za pazuchą wśród różnych ukrytych tam drobiazgów, wreszcie znalazłszy, podniósł w górę, pokazując go wszystkim posrebrzany pierścionek.

– Naści, zazulo, koleczko, od świętej Warwary, wielkiej męczennicy. O jej moszcze ocierany, którym kłanialiśmy się w Michajłowskim Monastyrze. Dajże palec, niech ci włożę i noś go zdrowa!

Ale dziewka cofnęła się od dziada, usuwając rękę.

– Nie trzeba mi waszych pierścionków – odparła dość opryskliwie. – Dawajcie takim, jak sami żebraczkom. Cóż to, ja nie gospodarska donia, i czy nie ma już parobka, co by mi kolco warwarskie z Kijowa przyniósł, że aż na dziadowski dar mam się łakomić?

Szmer niechęci i protestu podniósł się dokoła. Nadejście Motry przyciągnęło na podwórko od ognisk kilkunastu pątników. Stali zmieszani z parobkami z futoru, gapiąc się na krasną dziewkę i przysłuchując. Ostatnie słowa dziewczyny wznieciły głośne szemranie.

– Nie godzi się odmawiać takiego podarunku! Zły człowiek tylko poniewiera świętościami!

– Od dziada sobie, a od parobka sobie; co to jedno drugiemu szkodzi!

– I wojewodzińskiej doczce nie przystało być taką hardą dla chrześcijańskich ludzi, choć i ubogich!

– Z nami idzie prawdziwa panna, nie dziewka z futoru, a nas, rabów bożych, ne curajesia, ne stydajesia.

Motra schroniła się do chaty; przed drzwiami, błyskając gniewnie oczyma, stanął pan Kazimierz, gotów do czynnego odparcia zuchwalstwa czerni. Ale nie zaszła potrzeba, bo dziad, uśmiechając się dobrodusznie, wnet zażegnał niezadowolenie.

– Oj durne wy, chłopcy, durne! – zwrócił się żartobliwie do rozdrażnionego tłumu. – A cóż się dziwić, że takiej dziewce, niczym przy niej kalina, milsze koleczko od młodego kozaka, niż od starego dziada! I czego to się gniewać? I komu? Chyba nie wam, parobkom! Niechby kto z was dał jej ten sam gościniec, pewnie by nie odmówiła. A mnie odmówiła, bo stary młodemu nie brat. Ot co!

Słowa dziada uspokoiły gromadę, chwilę później zaś dokonało przejednania pojawienie się Artema, który wyszedł z za węgła, tocząc przed sobą sporą baryłkę, podczas gdy inny parobek krok w krok za nim toczył drugą.

– Pijcie, dobrzy ludzie, na zdrowie – zawołał, przystanąwszy za wrotami i ocierając pot z czoła. – Macie tu wiśniak i piwo, które wam gospodarze przysyłają, byście ich złem nie wspominali!

– Bóg zapłać! Niech im Bóg błogosławi! Spasybi! – rozległo się ze wszystkich stron.

Radość zapanowała ogólna. Zapomniano o obrączce świętej Barbary. „Proszczalnicy” skupiali się dokoła beczek, czerpiąc z nich kubkami i blaszankami i jedni drugim podając smakowity napój. Zwłaszcza wiśniak znajdował powodzenie i wywoływał coraz to energiczniejsze objawy uznania i wdzięczności dla gościnnych gospodarzy futoru.

– Diduniu Kiforze, pijcie z nami! – odzywano się ze wszystkich stron do dziada i co chwila podbiegał któryś z chłopaków, podając mu z uszanowaniem jak panu we dworze, pełną blaszankę na czapce.

Ale on tylko końce ust maczał w płynie i czarkę napoczętą oddawał, rzucając bystrym okiem wkoło siebie i poskramiając żartobliwym słowem hałaśliwsze wybryki młodzieży. Wszyscy oglądali się na niego, mając go widocznie za przewodnika całej gromady. Widząc wreszcie, że mają już dość jadła i napitku, wezwał ich gromkim głosem, by zebrali się razem, bo titka Todoska chce im opowiadać skazki o upiorach i łaskotkach, a sam did Kifor, będzie jej pomagać.

W okamgnieniu wszystko odbiegło beczułek i ognisk, skupiając się dokoła dwóch kobiet, które przybyły wierzchem za pieszą gromadą. Starsza dźwignęła się z ziemi i usiadłszy na pniaku, nieco wyżej od innych, rozpoczęła starczym, ale donośnym jeszcze głosem szereg strasznych opowieści, o widmach i duchach, z których słyną ukraińskie wieczornice i „doświtki”.

Baba opowiadała dobrze, podnosząc interes i grozę słuchaczy do najwyższego napięcia. Po kilku historiach o skarbach zaklętych i biesach, bliżej siedzący poczęli rozpytywać „titkę” o rożne gatunki strachów, jedni o „domowyka”, drudzy o upiory, pijące krew żywych ludzi, inni o wilkołaków, inni jeszcze o „mańki” i o „homon”. A czy jakiego stracha titka widziała, a jak wiedźmy zbierają się pod Kijowem na Łysej Górze, a jak nieczystemu wydrzeć skarb, którego strzeże, a jak podpatrzeć paproć, gdy rozkwita?

Stara Todoska odpowiadała z początku pojedynczo tym i owym, potem zaczęła mówić do wszystkich tonem poprzedniego swego opowiadania.

– Oj, widywała ja przez wiek życia mego nie mało, że jakby opowiedzieć, toby wam, ditońki ridnyje, włosy stanęły na głowach! Wszystko bywa! I różnie bywa! Ot, żeby choć ten „homon”! Idziesz drogą, słonko świeci, nic. Aż tu naraz, jak nie zakręci koło ciebie, jak nie zawyje, jak nie pociemnieje wszystko! Z dnia – noc! Z miejsca nie ruszysz, dokoła ciebie kręci się tuman aż pod niebo, a nad głową, jakby tysiąc łudzi leciało, krzyczało, jęczało, ni to wojsko jakieś, ni to piekło całe. Wrzask, pisk, jęk i śmiech zarazem, ale kto to posłyszy, to włos mu zbieleje i póki życia już nie zaśmieje się! A wszystko trwa tyle, że dwa razy „Bohorodycię” zmówić nie uśpiejesz i już nic, ani śladu! Słonko znów świeci, ptaszki śpiewają, w stepie cicho. Szczezło, jak przyszło czartowskie wesele. Ot tobie i „homon”!

– Pomiłuj, Hospody! Z nami krestna syła! – dały się słyszeć dokoła stłumione głosy.

– A „mańki” różne bywają! Idziesz, aż tu przed tobą chłopczyk bieży, taki maleńki, głowa wielka, włosy długie, jak u dziewki, a nóżki cienkie i powyginane, tuczeni harbuz na basztamie! Kiwa na ciebie, a piszczy, a płacze, że to jego zła matka nie ochrzciła, spokoju wiecznego zbawiła, w ziemi poświęconej nie pochowała. Albo zjawi się taki paniczyk jak chrabąszcz, cały czerwony, w kontuszu i żupanie i z karabelą u pasa, a za nim drugi i trzeci, i nuże hocki skakać, i koziołki przewracać, a zbliżysz się – jakby ich nie było! W ziemię wpadli, w proch się rozwiali. A czasem znowuż zobaczysz owcę, albo koźlątko, albo kota, albo psa. Będzie ci to skomlało i beczało, ludzkim głosem prawie prosiło: „A ulituj się, a zbliż się, a weź mnie na wóz!” Dobrze! Ty do niego, a ono na ciebie, ty z nim na wóz, a on tobie na kark! A czasem znów przerzuci cię w stertę, czasem w mogiłę; ty bliżej, a ono ci huknie, zaśmieje się i tyle go widzisz, ale pewnie tobie pół dnia wracać na drogę, z której ciebie zwiędło!

– Oj, tak, tak! I mnie to przytrafiło się! – ozwały się głosy.

– I mnie, i mnie!

– Wszystko bywa! Jest „leśny”, co huka i gniewa się, gdy mu zaleziesz w gęsty ostęp, gdzie ma norę w dziupli najstarszego dębu, i będzie wtedy różnymi głosami pokrzykiwać, i orzechami, i szyszkami, i żołędziami na ciebie rzucać, co mu tam w łapę kosmatą wpadnie. Ten nie straszny. Rusałki gorsze, bo jak złapią chłopca przy wodzie, to choćby i w dzień załaskoczą, zachichoczą na śmierć. Ale i na rusałki jest sposób. Jak taka łaskotka kąpie się, to potem może przerzucić się w rybkę, a „soroczkę” zostawi na brzegu, to kto by odzież jej uchwycił, może potem dostać od niej, czego dusza zapragnie: i skarbów, i szczęścia, i dziewkę kochaną za żonkę, bo ona musi wykupić się, inaczej na cały wiek swój rybką ostanie!

– Ot, szczęśliwiec, komu to się zdarzy!

– Tobie by się chciało, co?

– Nie bój się! Nie dla psa kowbasa.

– Z nich wszystkich to jeszcze „leśny” i „domowyk” najlepsze. Leśny nie szkodzi, a domowyk pomaga, trzeba tylko z nim po dobremu, to i on dobry. On tobie i chatę zamiecie i skotynę ze szkody wypędzi i mleka udoi, i dziecko zakołysze! Byle po nocy nie zamiatać chaty, bo go można wymieść, a wtedy przepadło: szukaj wiatru w polu! Stracisz „domowyka”, stracisz i szczęście! Te tylko domowy ki złe, co po pustkach siedzą, a hałasują, na psoty łase, a jak się rozeźlą, to i karku nakręcić gotowe! Ale z tym lichem pól biedy! Gorzej, jak gdzie upiór, albo wiedźma zanęci się! To od samego Złego gorsze!

– Pewnie, że wiedźma gorsza od Nieczystego!

– I upiór też!

– A przecie mówią, że i na wiedźmę, i na upiora są sposoby?

– Pewnie, że są! Jakby ich nie było, nie żyć by chyba chrześcijaninowi na świecie, na białym!

– Upiór i wiedźma za jedno – ciągnęła dalej stara. – Upiór tym dla Złego po śmierci, czym wiedźma i czarownik za życia. Taki charakternik, póki żyje, to mu nieczysta siła pomaga, a jak już czart przyjdzie po jego czarną duszę, to ze śmiertelnej pościeli i z cmentarza wstaje, żeby ludziom szkodzić, bo trzeba wam, ditki, wiedzieć, że niczym tak Nieczystemu nie dogodzisz, jak obrazą boską i ludzką krzywdą. A moc czartowska w nocy, bo światła Zły się boi. Więc taki przeklęty wstaje z grobu o północku jako perełesnyk i gdzie zwietrzy chrześcijańską duszę, a jeszcze taką, co bez krzyża i pacierza, po pijanemu i w grzechu spać legła, zaraz chap za nią i dalej dręczyć, dalej mordować! Bywa, że do śmierci nosisz po nim pamiątkę, a bywa, że i ubije człowieka. Dobrze jeszcze, jeśli kogut jest gdzie blisko, bo to Chrystusowy ptak i zły jego się boi: wnet w smołę roztopi się, niech tylko pietuszek zapieje. Ale gdzie kogutów nie ma, to do białego dnia będzie dokazywać. Bywa taki kogut, co w swojej porze nie zapieje, albo i na całą noc da uśpić się i zaczarować wiedźmie, ale bywa i taki, co mu sam czart nie nauroczy i takiego pietucha-carika dobrze zawsze ze sobą mieć, choćby i w drodze, jako i wy go macie z sobą, dobrzy ludzie, prawda?

– Mamy, mamy – odezwano się. – Wasza prawda!

– Przy umarłym dlatego ludzie schodzą się na noc i psałterz czytają do rana, żeby nie wstał i nie robił złego, jeśli w nim czart siedzi. Ale i na cmentarzu nie utrzymasz upiora, chyba, że go poświęconym kołkiem osikowym na wskroś przebijesz i do trumny przygwoździsz, żeby wstać nie mógł. Inaczej będzie po doświtkach biegał, gdzie najwięcej obrazy boskiej, albo po takich ludziach, co krzywdą żyją, sen rzucać, krew pić, morzyć we śnie. A wiedźma mu pomaga. Komu krowę popsuć, na kogo urok rzucić, albo na zło naszeptać, na kim po nocach jeździć na Łysą Górę, zamiast na kociubie, a komu lubystku dać i głowę mu zamroczyć, żeby innej dziewki nie widział, prócz niej. Nieczysty u niej na posługach, jak u ciebie sobaka: co każe, czyni, co chce, pokazuje, że potem i nie wiesz, co prawda, a co nieczysta złuda.

– Hospody, sochrany nas, hrisznych! – ozwały się przelękłe głosy.

– Ale największą moc mają wiedźmy i upiory na Jura i na Kupajła. Na Jura wiedźmy wieszają się głową na dół na krzyżach po rozstajnych drogach, plugawiąc Mękę Pańską i różne bezeceństwa przy niej czyniąc. Kupajłycia to święto młodych wiedźm. Stare na Łysej górze z Nieczystym hulają, młode wabią parobków i dziewki na grzeszną zabawę przy ogniu i wodzie. Wtedy i paproć kwitnie, i skarby, w ziemi skryte, pokazują się, i lubystek moc swoją ma, i los swój poznać możesz, i szczęście znaleźć, ale i biesa wtedy obaczysz, i wszystkie strachy i dziwy, jakie tylko nieczystej sile służą, i piekło całe czeluść swoją otworzy przed tobą. Masz odwagę, to idź: nie boisz się, nie stanie ci się nic i co chcesz, zdobędziesz. Zastraszysz się: zginąłeś! I kosteczki nie zostanie po tobie do rana!

Z kilku stron podniosły się okrzyki zdumienia lub potakiwania. Równocześnie jakiś głosik nawpół dziecinny spytał cichutko u stóp opowiadającej baby:

– Todosko! A mnie można na Kupajła?

Stara spojrzała zdziwiona na pytającą dzieweczkę. Była to ta sama, która obok niej przyjechała wierzchem.

– Boże uchowaj! Co też pannuncia wygaduje? To i dla dziewki chłopskiej wstyd, nie dopieroż dla imościanki!

– A ja tak i pójdę! – szepnęła jeszcze ciszej dziewczynka.

I zwróciwszy się do siedzącego obok dziada, jęła go pieszczotliwie gładzić po siwej brodzie i po ramieniu przyklepywać.

– Wy mi pomożecie, diduniu Kiforze, prawda?

Dziad bronił się, ręce w górę wznosząc.

– Gdzie zaś! Co pannunci w głowie? Nie można!

– Ale mnie się bardzo chce!

– Nie można! Co by na to jegomość pan starosta powiedział?

– Jegomość nie będzie wiedział, a ja tylko na momencik, na jeden krótki momencik chcę zobaczyć, jak przez ogień skaczą i jak paproć kwitnie.

– To nieprzystojnie i niebezpiecznie! Nie, nie!

– Tak, tak, diduniu! – napierała się dziewczynka, ale zobaczywszy, że stara przerwała opowiadanie i przygląda się jej niespokojnie, cofnęła się prędko i jęła z pozornym zaciekawieniem przysłuchiwać się nowej baśni, rozpoczętej przez Todoskę.

– Chwałaż Tobie, Boże! – mruknął dziad z widoczną ulgą. – A to przyczepiła się!

Tryfon, słuchający starej wraz z innymi, nachylił się teraz do siedzącego obok Kifora, przyglądając się dzieweczce.

– Co też to za kwiatuszek przyszpililiście do waszych kożuchów i świtek – zagadnął go półgłosem, śmiejąc się. – Toż to paniątko! Takie po proszczy nie nawykły chadzać!

– Toż wam mówiłem, że z jasyru uciekła, a my ją teraz panu ojcu odprowadzamy.

– To się wie, ale to tyle, co nic. Kto, co, jak – wszystko chciałby człowiek wiedzieć, a jak nie sekret, to i powiedzcie.

– Czemu nie powiedzieć? Sekretu nie ma, ani hańby nijakiej. Przy tym tę historię o wilkołaku, którą titka opowiada, słyszeliście pewnie sto razy. Otóż ta imościanka to córka pana starosty korystyszowskiego.

– Co, co? – wrzasnął Tryfon, zrywając się na nogi, aż wszyscy oglądnęli się na niego, a Todoska przerwała na chwilę opowiadanie. – Kogoście to nazwali?

– Pana starosty korystyszowskiego z Łazunia. Czy znacie, żeście się tak zdziwili?

Tryfon stał przez chwilę, gryząc szpakowaty wąs. Wreszcie potrząsnął głową i powoli opuścił się na ziemię obok dziada.

– Jak nie znać, kiedy się jest spod Berdyczowa, jak ja? – odrzekł spokojnie. – I jak nie dziwić się, że taki pan, co zamek silny ma i milicję nadworną, dał w jasyr wziąć jedynaczkę i w takiej kompanii ją odnajduję?

– Trafunki chodzą po ludziach. Pan starosta był na Zadnieprzu, ponoć u kniazia Jaremy, i miał stamtąd wracać, a panienka, że to bez matki chowane i choć młode, swoją wolę ma, naparła się jechać do Chwastowa i tam pana ojca czekać u księdza biskupa, wuja jej nieboszczki matki. Wyjechała tedy z małym pocztem, że to teraz kraj spokojny, aż tu nagle jak spod ziemi wyrasta czambuł tatarski. Ludzie pana starościńscy zagrodzili pohańcom drogę, a dwaj panienkę z kolebki na koń i w nogi. Byliby może i umknęli, ale panienka poczciwa nie chciała bez swojej starej niani uciekać, a niani na koniu nie sporo było siedzieć, a zwłaszcza lecieć. Jak zaczęli się tarmosić, to ich i doścignęła orda, a co potem się stało, to i mówić strach. Służbę Tatarzy wycięli, panienkę, zobaczywszy cudne jej liczko, wzięli w łyka, żeby ją potem do Carogrodu sprzedać, bo to u nich najdroższy łup. Wzięli też dla niej i starą, żeby dziewka sama nie zmarniała.

– Chyba dlatego, bo oni starych nie żywią.

– Tę wzięli i Bogu chwała, że wzięli, bo dziewczyna bez niej pewnie by nie potrafiła umknąć.

– Jakże im to się udało? Bo pohańcy dobrze jasyru strzegą!

– U pohańców dusza była na ramieniu. Wiedzieli oni, że kraj pusty, bo wojsko ukrainne pociągnęło na Moskwę, ale wiedzieli i o tym, że wojna skończona i że wojsko wraca. Chcieli więc wpaść, chwycić, co się da, i duchem wracać w step swój. Aż tu w nocy popłoch się wszczął nie wiadomo z czego. Oni rozum ze strachu stracili. Gdzie który konia dopadł i nazad. A branki, że to lekko tylko były skrępowane, przyłapały parę ordyńskich koni i w drogę! Szły biedaczki pustym krajem, głodem przymierając, i byłyby pewno zmarniały, gdyby nasza gromadka, wracając z Peczerskiego bohomolja, nie natknęła się na nie. A trzebaż tego zdarzenia, że ja cały mój wiek byłem sługą panów z Łabunia, to w stajni, to w lesie: jeszcze dziada, pana starosty pamiętam. Więc ja już naszą pannuncią zaopiekowałem się jak rodzoną, odchuchałem, odkarmiłem i Bogu dziękować, zdrowo do domu wiodę.

– Będzie wam pan starosta wdzięczny i nagrody nie poskąpi.

Kifor ręką machnął.

– Byle jeszcze nie sfukał i poszturchać nie kazał, bo to srogi pan i trudno mu dogodzić.

– Oj, trudno! – mruknął przez zaciśnięte zęby Tryfon.

– A o nagrody ja nie stoję – ciągnął dalej dziad. – Po co mi one? Dzieci powymierały, wnuki na swoim siedzą, a dziadowi każdy da kęs chleba i grosz mu potrzebny, ot, chyba na gościniec.

– Teraz to wy panu staroście niesiecie gościniec. Musi tam w starym wilku z Łazunia serce zamierać z żalu za donią! Toż będzie radość, gdy ją zdrową zobaczy!

– Drugiemu człowiekowi radość, a wilkowi z Łazunia złość i pomsta. U niego dzień deszcz, dzień pogoda, u niego ile dni w roku – co dzień burza z piorunami!

– Tak o nim ludzie gadają. Ale dziewka do niego niepodobna. Dziw, jak cudna: czysty cheruwym! Skąd ona taka się wzięła?

Mówiąc to, Tryfon spoglądał na dziewczynę wzrokiem, w którym było i sporo zachwytu i coś, jakby obawa czy niechęć i nade wszystko wielkie zdumienie. Dziewczyna była istotnie cudna. Altembasowa sukienka zdarła się jej i zbrudziła w drodze, pełnej przygód, więc ją przykryła płóciennym fartuszkiem, pożyczonym zapewne od której z młodszych pątniczek, a na ramiona narzuciła brunatną świteczkę, nasuwając na tył głowy widłochę.

Z obramienia złotych pukli włosów wyglądała twarzyczka zupełnie jeszcze dziecinna o chabrowych oczach, pełnych ciekawości i wesela, o rysach szczególnie delikatnych i misternych, jakoby u figurki, wyrzezanej z alabastru, i ta złotowłosa główka, wysuwająca się z chłopskiego przyodziewku na tle tych ognisk, lasu, nocy i kilkudziesięciu na wpół dzikich twarzy, robiła wrażenie zarazem białego pączka róży i jakiegoś zabłąkanego między ludzi elfa, o ciele utkanym z promieni słońca i z pyłku kwiatów.

– Że to staremu wilkowi z Łazunia dał Bóg taką donię, no, no! – mruczał Tryfon, nie mogąc oczu od niej oderwać.

Tymczasem jednak stara Todoska, dokończywszy historii o wilkołaku, rozpoczęła wnet nową o wiele jeszcze ciekawszą i straszniejszą, o kościotrupie wisielca, który, odczepiony z szubienicy, ścigał przez całą noc swego wybawcę i byłby go na śmierć zamęczył, gdyby nie upiór świeżo zmarłego człowieka, który ściganego własnym ciałem zasłonił i ocalił. Słuchaczom niejeden raz już pewnie powiadano na doświtkach tę posępną legendę; zdawało się jednak, że słyszą ją po raz pierwszy, tak głębokie przejęcie i groza malowały się na ich śniadych obliczach, z tak płomienną ciekawością wpijali się w pomarszczoną twarz staruchy i chwytali każde jej słowo.

Starościanka zdawała się wraz z innymi wsłuchana w opowiadanie swej piastunki. Nie przeszkodziło to jej jednak upatrzeć chwilę najdramatyczniejszą, w której pewną była niezwrócenia na siebie uwagi, i przysunąć się do Kifora z pytaniem cichym jak tchnienie:

– Diduniu! Zaprowadzicie mnie na Kupajłę, prawda?

Stary głową pokiwał, przecząc, potem jednak uśmiechnął się i szeroką, namuloną dłoń położył na złotej główce, szepcąc pół do niej, pół do siebie:

– Ej ty, łastiwko, łastiwko! Po synomu mori litajesz!

– Taj potom tuman na liudej puskajesz!