W suchowskim dworze - Zofia Kowerska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W suchowskim dworze - Zofia Kowerska

Powieść dla młodzieży autorstwa Zofii Kowerskiej (1845–1929). Była pedagogiem, literatką, miłośniczką i krytykiem literatury polskiej. Publikowała w prasie artykuły o charakterze wychowawczo-patriotycznym. Była autorką książek dla dzieci i literatury pedagogicznej. Za swoją twórczość literacką otrzymała nagrody „Tygodnika Ilustrowanego” oraz tygodnika „Bluszcz”. W jej dorobku znalazły się m.in. takie pozycje jak: „Historia o nieśmiałej dziewczynie” (1873), „Bracia z wyboru” (1879), „O wychowaniu macierzyńskim” (1881), „Wydalona” (1886), „Siostry” (1894), „Na służbie” (1896), „Losy Adasia” (1898), „Mały zbawca” (1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W suchowskim dworze - Zofia Kowerska

Fragment ebooka W suchowskim dworze - Zofia Kowerska





Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. ROZDZIAŁ XIX
  20. ROZDZIAŁ XX
  21. ROZDZIAŁ XXI
  22. ROZDZIAŁ XXII
  23. ROZDZIAŁ XXIII
  24. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Jesień była prześliczna. Prawdziwa polska jesień! Niektóre drzewa stały już nagie, czekając zimy i jakby w przestrachu. Załamując w jesiennym wietrze chude, czarne ramiona. Inne postroiły się w różnokolorowe szaty. Kasztany były żółte, jakby złote w słońcu; sumaki czerwieniły się, jakby krwią oblane; wino dzikie przybierało odcienie brązu i purpury, a niektóre rośliny w ogrodzie kwiatowym umyśliły przebrać się na fioletowo, jasno-seledynowo lub jasno-źółto. Nie było ani zimno, ani gorąco. Rozkoszny czas do zabawy w ogrodzie!

Dzieci przy lekcji bywały roztargnione, bo na nie w polu, w ogrodzie, w lesie czekały zabawy, niespodzianki i ulubione prace. Kasztany i żołędzie leżały pod drzewami, czekając na Józia, który zbierał je wytrwale, gdyż umyślił swoją ręką zasadzić cały las w parowach, które za zupełny nieużytek były uważane. Zdzisiowi, zamiast cyfr na tablicy, majaczyły często przed oczyma chorągiewki lub kaski, oklejane złotym papierem, gdyż był to wojak z powołania i wciąż w rzemiośle swoim kształcił. Podkomendnymi jego byli chłopcy z czworaków: synowie parobków, gumiennego i ekonoma. Alusia popełniała czasem gruby błąd ortograficzny i raz zamiast wchód napisała whut, bo myślała o swoich kanarkach i kotach; Alusia bowiem, na zgryzotę swoją i na wieczny kłopot, przepadała za kanarkami, a jednocześnie uwielbiała koty i marzyła o takim gatunku, który by nie posiadał pazurów, albo miał wstręt do żywej zdobyczy. Alusia miała dopiero lat osiem, ale już potoki łez wylała z powodu swoich wychowańców, z których jedne czyhały wiecznie na drugie i niosły od czasu do czasu spustoszenie w szeregi niewinnych i wesołych śpiewaków podzwrotnikowych.

Ale tego dnia dzieci miały jeszcze inny powód do roztargnienia. Biedny Medorek został skazany na śmierć przez weterynarza, który orzekł, że choroba Medorka była nieuleczalna, zaraźliwa, a w dodatku przyprawiała psa o wielkie cierpienie. Podczas lekcji historii polskiej, wykładanej dzieciom przez starszą siostrę, dziewiętnastoletnią Zosię, rozległ się dwukrotny wystrzał, na którego odgłos Zosia zbladła jak chusta, Józio schylił głowę i zaciął wargi, Alusia wybuchnęła płaczem, a Zdziś porwał się z krzesła cały zaczerwieniony, oburzony i zaraz do walki gotowy.

– Ja bym od razu na wylot pałaszem przeszył tego, kto zamordował Medorka! – zawołał.

– Mój Zdzisia – rzekła Zosia – wszak i mnie ogromnie żal biednego pieska; i mnie bardzo przykro, że go życia pozbawić musiano, ale weterynarz...

Alusi płacz przeszedł nagle w tak głośne szlochanie, że Zosia się zniecierpliwiła.

– Alusiu, uspokój że się, przestań płakać – rzekła surowo – w końcu łez ci zabraknie na opłakiwanie wszystkiego, co się w domu wydarza. Pomyśl sobie, że Medorek przestał cierpieć, a sama widziałaś, że cierpiał bardzo. Lepiej mu teraz i spokojniej.

– Ale go już nigdy nie zobaczę! – zawołała skrzywiona, szlochająca Alusia, zalewając się nowym potokiem łez.

– Koty twoje będą miały szczęśliwszy i spokojniejszy żywot, gdy już przestał istnieć ich wróg zacięty – Medorek.

– Ja mu w ostatnich czasach, gdy tak cierpiał, wszystko przebaczyłam! – jęczała Alusia.

Józio podniósł głowę; z oczu strzeliło mu zadowolenie.

– Przynajmniej ty jesteś prawdziwą chrześcijanką – rzekł poważnie. – Nie tak jak Zdziś, który pragnie zemsty!

– Ty będziesz bardzo dobrym księdzem, Józiu! – czekała wśród łkania Alusia. – Przekonają się o tym Chińczycy! – odparł Józio z powagą.

– Dlaczego Chińczycy? – zapytała Zosia.

– Bo ja pójdę do Chin na misjonarza.

– Szczęśliwej drogi! – rzekł ironicznie Zdziś, który namawiał zawsze Józia, by został kapelanem pułkowym i mrzonki misjonarskie poczytał mu za zdradę.

Alusia, która ciągle płakała, zaszlochała naraz mocniej i zawołała głosem przez łkanie zmienionym:

– Jeszcze cię tam Chińczycy „wyrzną”, Józiu!

Z trudem udało się Zosi uspokoić młodsze rodzeństwo, ale jakoś potrafiła wpłynąć na uczniów swoich i lekcję historii polskiej doprowadzić do końca. Przy obiedzie jednak wrócono jeszcze do biednego Medorka, gdyż mały, czteroletni Jańcio zapytał nagle matki:

– Mamo, Marysia mówi, że Medorka zastrzelili. Dlaczego Medorka zastrzelili?

– Bo był chory, moje dziecko, i cierpiał bardzo, więc trzeba było go zabić.

Jańcio wstrząsnął głową o ślicznych, jasnych, kręcących się naturalnie włosach i zapytał:

– A teraz już go nic nie boli?

– Nie, nic go nie boli.

– I dobrze mu jest?

– Tak... przestał cierpieć.

Alusi już się wargi trzęsły od tłumionego łkania i łzy zalały jej oczy, gdy ten smutny nastrój przerwany został wybuchem śmiechu innych dzieci. Wesołość tę wywołało nowe roztargnienie pana Chlewiatki, nauczyciela, przygotowującego starszych chłopców, Zdzisia i Józia, do szkół. Zamiast cukrem, posypał szarlotkę obficie solą.

Pan Chlewiatko, były profesor gimnazjalny, został nauczycielem prywatnym w domu państwa Zabrzeskich. Był to stary kawaler, głęboko uczony, wiecznie pogrążony w książkach łacińskich i greckich, bardzo dobrze wykładający przedmioty szkolne, ale w życiu codziennym do tego stopnia niepraktyczny i roztargniony, że żaden prawie dzień nie upłynął bez dostarczania otaczającym nowego powodu do śmiechu.

Zacny profesor, popełniwszy niezgrabność lub pomyłkę, wypływającą z roztargnienia, pierwszy się z niej śmiał i żartował; nie miał więc za złe dzieciom, że czyniły to samo i nic na swej powadze nie tracił. Ze wszystkich w domu jedna tylko panna Four, nauczycielka, Francuzka, nie lubiła pana Chlewiatki. Zaczynała zwykle rozmowę od słów: „chez nous a Paris” i nie była w stanie zrozumieć, że mógł istnieć człowiek uczony, który nigdy w Paryżu nie był i który mówił po francusku brzydkim akcentem. Ile razy się odezwał, twardą wymową polską szpecąc język ojczysty panny Four, tyle razy rzucała mu oburzone spojrzenie czarnych, bardzo przenikliwych i świecących oczu, które przy siwiejących nieco włosach cudzoziemki wyglądały, jak dwa węgielki, na które by obrócono podmuch mieszka. Panna Four ogromnie kochała swoją ojczyznę, dostawała nostalgii, czyli tęsknoty za krajem, gdy jej przez dłuższy czas nie odwiedziła, a miała tę śmieszność, iż się jej zdawało, że Francja jest wielkim słońcem, którego promienie rozchodzą się małymi nitkami na wszystkie strony i że innego słońca nie ma, Francja więc jest jedynym ogniskiem wiedzy, oświaty, postępu i wszelakiej cywilizacji. Napady nostalgii panny Four były ciężką chorobą nerwową, objawiającą się spazmami, melancholią, utratą snu i apetytu. Z początku lekarze leczyli ją hydropatią, czyli kuracją wodną i rozmaitymi miksturami, pigułkami i proszkami, ale gdy panna Four miała się co dzień gorzej i już spełniać obowiązków nauczycielki nie była w stanie, wyjechała do Francji, gdzie bez żadnych leków bardzo prędko wróciła do sił i zdrowia. Było to za czasów jej młodości. Odtąd wiedziała, jakie było lekarstwo na jej cierpienie i gdy tęsknota opanowywała ją do tego stopnia, że mizernieć i chudnąć zaczynała, odbywała podróż do Francji, po czym była w stanie pracować przez dłuższy czas bez szkody dla swego zdrowia.

W chwili, gdy śmierć Medorka dzieciom tyle smutku przyniosła, panna Four tylko co z Francji wróciła i była jeszcze cała rozgrzana owym słońcem, za jakie poczytywała swą ojczyznę, a akcent pana Chlewiatki więcej niż kiedykolwiek ją raził.

Był taki zwyczaj w tym domu, że jednego dnia po obiedzie wszystkie dzieci, oprócz Jańcia, szły na spacer z panną Four, a drugiego z profesorem. Takiego porządku wymagali rodzice, ale dzieci wolały zawsze chodzić z profesorem, który opowiadał im wiele ciekawych rzeczy: o zwierzętach, ptakach, roślinach, gwiazdach i zjawiskach meteorologicznych.

Owego jesiennego dnia, dzieci po obiedzie śpiesznie ubrały się do spaceru, który miał odbyć się w towarzystwie profesora. Przechodząc przez ogród, dostrzegły zabawną postać męską, w czymś bardzo dziwacznym na głowie. Było to podłużne sitko, włożone na twarz, jak przyłbica, a otoczone płócienną spódniczką, spływającą po szyi i plecach. Człowiek w tym dziwacznym stroju szedł śpiesznie, biegł prawie, otoczony obłokiem dymu, wydzielającego się z dwóch kawałków palącego się drzewa, które niósł w ręku.

– To podpalacz! – zawołał Zdziś, chwytając za rękojeść pałasika blaszanego, który nosił zawsze, gdy szedł na spacer.

– Nie poznałeś ogrodnika – rzekł spokojnie Józio.

– Tak, tak, to ogrodnik – dodała Alusia – ale co on ma na głowie?

– To wcale nie ogrodnik – odparł Zdziś, zapalając się i biegnąc z dobytym pałaszem w stronę, skąd wśród drzew posuwał się obłok dymu.

– Zdzisiu, zostań tu! – wolał pan Chlewiatko. – Ten człowiek idzie podbierać miód. Nie widziałeś nigdy, jak się podbierają pszczoły?

Żadne z dzieci nie widziało tego. Pierwszy rok mieszkały na wsi, dawniej bowiem rodzice ich spędzali zawsze zimę w Warszawie, zaś lato przebywali albo u wód, albo na letnim mieszkaniu, w pobliżu miasta.

– Ale kiedy on niesie w ręku palące się głownie.

– Właśnie. Chodźmy za nim, a pokażę wam i opowiem, w jaki sposób człowiek zabiera pszczołom ten wyborny miód, który bardzo lubicie. Przybliżmy się do ulów tyle, ile będzie można bez niebezpieczeństwa.

– Brzydkie stworzenie pszczoła! – odezwała się Alusia. – Przeszłego roku, na letnim mieszkaniu, jedna mnie ukąsiła. Od tej pory znienawidziłam je.

– Drogocenne stworzenie i takie nadzwyczajne! – odparł profesor. – Pomyślcie dzieci, takie maleństwo, a mające tajemnicę zbierania z kwiatów słodyczy!

– Żebym była pszczołą, to i ja bym potrafiła...

– Przyznaję, że jest bardzo zła, wiecznie rozgniewana, wiecznie gotowa kąsać i bronić się, nawet wtedy, gdy nikt nie napada na nią. Ale nie jest podstępna, bo brzęczy i oznajmia z daleka o swojej złości; przy tym ogromnie odważna. Idzie bez trwogi na nieprzyjaciela i zwykle życiem swoją śmiałość przypłaca. To żołnierz, który w obronie dobra ogólnego oddaje krew...

– Zna subordynację i koniec! – wtrącił Zdziś.

– Tak, Zdzisiu, w społeczeństwie pszczół jest subordynacja i regulamin iście wojskowy.

– To mi się najbardziej podoba, że składają sąd wojenny i skazują trutniów.

– Patrzcie, dzieci: podpalacz Zdzisia zbliża się do ula, położywszy palące się spróchniałe drzewo na ziemi. Ul ma zwykle malutki otwór, którym pszczoły wchodzą i wychodzą, ale dla podebrania miodu, pasiecznik musi wyjąc większą, zalepioną gliną klapę. Patrzcie: podważył ją nożem i wyjął, a teraz dmucha dymem w ul, żeby pszczoły ustąpiły.

– To niegodziwiec! Zabierze im to, nad czym się napracowały i co sobie przygotowały na zimę – zawołał Zdziś.

Profesor się uśmiechnął.

– Człowiek okrutnym jest dla zwierząt – rzekł ze smutkiem w głosie. – Zabiera im ich pracę, zabiera im życie...

– Ale nie ma w tym grzechu – zauważył Józio. – Już kiedy święty Jan na puszczy żył szarańczą i miodem...

Ogrodnik dmuchał wciąż dymem na pszczoły, które brzęcząc opuszczały tłumnie ul, ale wcale za wygraną nie dawały. Powracały natychmiast, gdy się dym przerzedzał i broniły swej własności zawzięcie.

– Już mnie pocałowała – rzekł spokojnie ogrodnik, zdejmując z ręki pszczołę, która w jego skórę zapuszczała żądło.

Dzieci w śmiech.

– Dziękuję za taki pocałunek!

– Każdy całuje, jak umie.

– Żądło to sztylet, tylko za mały na zabicie człowieka.

– Sztylet zatruty – rzekła Zosia – bo pozostawia jad.

Ogrodnik krajał w ulu plastry z miodem i układał je na nieckach, ciągle otoczony kłębami dymu i rojem pszczół brzęczących. Profesor opowiadał dzieciom o zwyczajach pszczół, o ulubionych przez nie roślinach. Wszyscy przyglądali się robocie ogrodnika, gdy nagle za sobą usłyszeli krzyk przeraźliwy Jańcia, zmieszany z krzykiem niańki uciekającej i tak bezprzytomnej, że sama ratowała się ucieczką, a Jańcia zostawiła na pastwę pszczołom, gdyż to zbliżenie się, brzęczenie i kąsanie pszczół było powodem przestrachu obojga.

Jańcio stał obezwładniony z przerażenia, z otwartymi ustami, z których wydobywały się nieludzkie krzyki. Wszyscy rzucili się na ratunek. Okazało się, że Jańcio miał dwa żądła utkwione w nóżce. Nosił pantofelki i skarpetki, przy czym widoczne były nóżki obnażone do kolan. Ale nie owe ukąszenia były powodem jego przestrachu. Dwie czy trzy pszczoły zaplątały się w jego kręcące się, roztrzepane długie włosy i brzęczeniem, znamionującym zajadłość i niecierpliwą chęć zemsty, doprowadziły go do przerażenia. Trzeba było, uderzając Jańcia po głowie i włosach, pozbawić je życia.

Zosia wzięła braciszka na ręce, tuliła go do siebie, uspokajała. Uczuł się nareszcie bezpiecznym i powoli się utulił, ale zaczerwieniona nóżka bolała go mocno. Wyjęto żądło, przyłożono wilgotną ziemię do miejsc spuchniętych i rozpalonych; pomimo to, czy to wskutek jadu pszczół, czy wskutek przestrachu, Jańcio dostał gorączki i był naprawdę chory przez noc całą. Zrywał się, płakał, a gdy jeszcze zaczął drapać chorą nóżkę, ból stał się tak silny, że biedny Jańcio rzekł do Zosi:

– Zdaje mi się, że mnie trzeba będzie zastrzelić...

– Zastrzelić? Co Jańcio plecie? – zawołała Zosia.

– Bo ja bardzo cierpię.

– Będziesz zdrów; cierpienie przejdzie...

– A Medorek? – przerwał Jańcio.

Zosia, śmiała się, czym oburzyła małego braciszka.


ROZDZIAŁ II

Dzieci wszystkie były silnie przejęte chorobą Jańcia, nie tyle dlatego, że malec cierpiał (bo nie było przecie żadnego niebezpieczeństwa), ile dlatego, że każda najlżejsza choroba dzieci nie tylko przyprawiała panią Zabrzeską o wielką, obawę i trwogę, ale przypominała jej straszne chwile, stojące dotąd ciągle w jej pamięci.

Gdy Zosia miała lat dziewięć i przez kilka tygodni bawiła u babki, czworo jej młodszego rodzeństwa dostało po kolei strasznej szkarlatyny i pomimo największego starania żadnego z nich nie uratowano. Dom państwa Zabrzeskich opustoszał nagle, gdyż Zosia wciąż była u babki, a Zdziś przyszedł na świat dopiero w półtrzecia roku po tym strasznym nieszczęściu. Pani Zabrzeska była nieutulona w żalu. Nic jej ani pocieszyć, ani rozerwać nie było w stanie. Po całych dniach przebywała na cmentarzu i zdawało się, że nawet do ocalonej Zosi nie tęskniła. Myślano, że powrót Zosi zdoła ją pocieszyć, oddarto więc wszystkie obicia w mieszkaniu, poskrobano sufity, wymyto i zaprawiono na nowo posadzki, pomalowano ściany, wydezynfekowano wszelkie ubrania i meble i po kilku tygodniach przywieziono Zosię. Pani Zabrzeska, patrząc na nią, przypominała sobie jeszcze wyraźniej zabawy, rozmowy, pieszczoty i miłe słówka utraconych dzieci i w swej rozpaczy nie mogła się obronić myśli, że Zosia też przez śmierć zabraną jej będzie. Bała się o każde jej stąpnięcie, zdawało jej się, że jakieś nadzwyczajne niebezpieczeństwa zawieszone są nad głową jedynej córki. Ta ciągła obawa była czymś gorszym prawie od rozpaczy. Pani Zabrzeska wstawała w nocy, by posłuchać oddechu Zosi, upatrywała w pulsie jej gorączkę i była prawie pewna, że musi przyjść jakaś choroba lub straszny wypadek, który ją jedynego dziecka pozbawi. Bała się dla niej przede wszystkim szkarlatyny i to w sposób tak nerwowy, tak rozstrajający, że Zosia raz rzekła do ojca:

– Tatusiu, co by to zrobić, żebym mogła dostać szkarlatyny?

Ojciec, który się też bał o Zosię, ale w sposób męski i mężny, spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Bo już by trzeba, żebym albo umarła, jak Niuisia, Kazio, Michaś i Julcia, albo żebym wyzdrowiała, albo żeby się mama przestała bać szkarlatyny dla mnie.

W istocie, stan pani Zabrzeskiej budził w otaczających największe obawy. Z osoby, mającej skłonność do otyłości, zrobił się szkielet. Sypiała bardzo mało, jadła odrobinę tylko i to na prośby męża, a w oczach jej, w których już brakło łez, szkliła się gorączka i malowała się tak wielka rozpacz, że nawet obcy ludzie patrzeli na nią z poszanowaniem i uczuciem grozy.

Zosi się zdawało, że ta rozpacz matki to jest coś świętego, około czego trzeba chodzić z obawą i czcią. Spoważniała więc, przestała się bawić jak dziecko, zajęła się gospodarstwem domowym, o którym pani Zabrzeska myśleć nie była w stanie, była wciąż na usługi ojca, a o potrzebach matki myślała w sposób iście macierzyński.

W półtrzecia roku po owym niezapomnianym ciosie, przyszedł na świat Zdziś, ale maleństwo nie obudziło zrazu nadziei i chęci do życia w zbolałym sercu matki. Otaczający, a szczególnie pan Zabrzeski, zajęci byli wtedy przede wszystkim rozciągnięciem straży wokoło żony, by do niej nie doszła wieść o panującej wmieście szkarlatynie. W ogóle mąż wszystkie siły wytężał, aby ratować żonę i mały Zdziś stanął w domu od razu na drugim planie, więc Zosia, jedenastoletnia zaledwie dziewczynka, stała się jego opiekunką, dozorczynią, jego matką przybraną.

Uczyła się już dużo i miała czas zajęty lekcjami, lecz każdą wolną chwilkę, każdą rekreację oddawała Zdzisiowi, który z dniem każdym stawał się milszy i zabawniejszy. Z bezwładnego prawie niemowlęcia wyrastał chłopczyna, śmiejący się i wyciągający do Zosi ręce. Pani Zabrzeska patrzała na swego synka z uczuciem przedwczesnego bólu. Nie wierzyła, by żył i w duszy jej, wraz z wdziękiem Zdzisia, rosła obawa o to maleństwo, przed którym było tyle niebezpieczeństw.

Lekkie choroby Zdzisia ukrywano przed matką. Zosia drzwi zastawiała materacami, by płacz dziecka nie dochodził do nieszczęśliwej kobiety, której rozpacz, nie dającą się ukoić, lekarze uważali za chorobę nerwową, bardzo ciężką. Po dwóch latach przyszedł na świat Józio, potem Alusia, a na końcu Jańcio, cztery lata od niej młodszy.

Pan Bóg więc, jak Hiobowi, powrócił pani Zabrzeskiej wszystkie jej dzieci. Czas ukoił jej rozpacz, zostawiając tylko smutek, który już zapewne do śmierci nie miał jej odstąpić. Dzieci były wychowywane przez ojca i Zosię w ciągłej trwodze, by o ten cichy smutek matki nie potrąciło wspomnienie utraconych dzieci. Unikano w tym domu wszelkiej wzmianki o przeszłości, wszelkiej rozmowy o chorobach, a wyraz „szkarlatyna” wykreślony został ze słownika otaczających. Choroba ta była widmem unoszącym się złowrogo nad tym domem, i gdy tylko stan majątkowy pana Zabrzeskiego pozwolił na to, kupiono wieś w okolicy zdrowej, lesistej, bez wód i błot, w której zamieszkała matka z nauczycielami i dziećmi, pan Zabrzeski zaś dojeżdżał tylko, gdyż obowiązkowe zajęcia zatrzymywały go w Warszawie.

W Suchowie pani Zabrzeska stała się spokojniejszą i czasem nawet blady uśmiech, dawno niewidziany gość, ukazywał się na jej twarzy.

Dzieci były uszczęśliwione. Po raz pierwszy zapoznały się z prawdziwą wsią, z prawdziwym lasem, z łąkami i polami, bez gracowanych ścieżek; a Zosia odezwała się raz na majówce:

– Ach! Jakiż to miły taki las, w którym gospodaruje Pan Bóg – nie ludzie.

– Któryś z autorów powiedział – odrzekł profesor – że wieś stworzył Pan Bóg, a miasto zrobili ludzie.

Wieś otaczała dzieci swoim urokiem i odkrywała im powoli swoje tajemnice. Wszystkie dzieci, prócz Józia, przyrzekły sobie, że nigdy w mieście mieszkać nie będą.

Gdy Jańcio taki straszny szwank poniósł od pszczół, dzieci wszystkie zaniepokoiły się myślą o matce i nawet Jancio, który tak chętnie skarżył się przed Zosią, udawał spokojnego, gdy matka wchodziła do pokoju.

Ukryto przed nią, że termometr wskazywał u Jańcia gorączkę. Dzieci szeptały ze sobą po kątach, wymyślając sposoby utrzymania tajemnicy przed matką, w razie gdyby gorączka trwała dłużej. Zdziś proponował, że się mocno w palec skaleczy, żeby matka, opatrując ranę, co bardzo dobrze umiała i całą uwagę na nią zwróciwszy, nie dojrzała, że Jańcio jest rozpalony. Józio, który nie lubił czytać głośno i dla którego siedzenie w pokoju po skończonych godzinach lekcji było męką, postanowił prosić matkę, by mu przy sobie głośno czytać pozwoliła. Alusię wydelegowano do trzymania straży przy drzwiach i do oznajmiania odwiedzin matki u Jańcia, żeby wszystko tak przygotować można było, by się nieszczęśliwa kobieta ani domyśliła, iż Jańcio cierpiał i by Jańcio płaczliwy, skarżący się głos zmienił na wesołość i uśmiech lub by udawał sen spokojny.

– A Zosia mówiła, że nigdy nic udawać nie trzeba – odezwał się płaczliwie Jancio.

– Tak, Jańciu. Ani kłamać, ani udawać nie trzeba, ale można ukrywać niepokój i cierpienie i nie okazywać go. Przecie wiesz, dlaczego cię do ukrywania zachęcamy?

– Gdy mnie Pan Bóg zapyta, to ja mu powiem, dlaczego ukrywałem.

– Nawet mu mówić tego nie będziesz potrzebował, bo on wie i widzi wszystko.

Panna Four, która lubiła bardzo Jańcia, oburzona była na pszczoły, na wieś. Oświadczyła, że „chez nous a Paris” nigdy podobny wypadek żadnemu dziecku zdarzyć się nie mógł. To był brak cywilizacji, by ule z pszczołami trzymać blisko domu.

Posprzeczali się o to z profesorem, który utrzymywał, że w Paryżu nie mogło być pszczół, tak jak w Suchowie nie było tramwajów elektrycznych lub opery; ale że ule z pszczołami żadnej tamy cywilizacji stanowić nie mogły. Panna Four, irytująca się nerwowo nad akcentem pana Chlewiatki, oświadczyła trochę niecierpliwie, że trzeba było się urodzić w ognisku cywilizacji, by wiedzieć, na czym ona polega. Profesor zaczął mówić o Grekach i Rzymianach, przy czym myśląc, że ma w ręku ołówek, zapalonym papierosem zaczął coś kreślić na papierze.

W końcu posprzeczali się na dobre. Panna Four wyszła, rzuciwszy profesorowi groźne spojrzenie swych wyrazistych, czarnych oczu. Zosia, która zawsze chciała zagoić wszelkie rany, zażegnać wszelkie burze i która lubiła pannę Four, wyszła za nią, by ją ukoić, w chwili, w której profesor, przerażony gniewem Francuzki, włożył zapalony koniec papierosa do ust.

– Obcowanie z takimi ludźmi, jak ten uczony grubianin, musi człowieka przyprawić o nostalgię! – mówiła prędko panna Four po francusku, warcząc za każdym „r”.

– We Francji nie znalazłoby się takiego mężczyzny, który by do tego stopnia nie znał względów należnych kobiecie!

Zosia stała przed panną Four zrozpaczona.

– Pan Chlewiatko jest takim nieszczęśliwym człowiekiem – rzekła. – Nie ożenił się; nie ma rodziny... Lubił szkołę, swoich uczniów... lubił kolegów profesorów... Tymczasem wszystko to stracił. Trzeba mu darować, jeżeli jest czasami dziwaczny...

Panna Four była nieubłagana. Powtarzała, że pan Chlewiatko jest człowiekiem źle wychowanym, gburem, prostakiem, nieznającym manier wielkiego świata, dzikusem, niewiedzącym, co to jest paryżanka, a nawet, co to jest kobieta w ogóle. Biedna Francuzka była tak rozdrażniona, że na spacerze poobiednim, pomimo swej gadatliwości, milczała, przypatrując się tylko zapałowi, z jakim dzieci grabiły na wielkie kupy liście żółte, opadłe z drzew. Robota ta podobała się im bardzo. Każde z nich, uzbrojone w grabie, w które pozaopatrywał je ogrodnik, energicznie zgarniało liście, walcząc o lepsze z rodzeństwem i usiłując zebrać kupę większą od innych. Zdziś dla ugniecenia liści przewracał na nich koziołki.

– Alusia tylko stroszy liście, żeby się kupa wydawała większą – zawołał, a wywróciwszy koziołka, dodał: – O, widzisz, z babki zrobił się placek.

– Ty mi tylko na złość robisz – rzekła płaczliwie Alusia.

Ogrodnik, który w tej chwili przechodził, słyszał wykrzyknik Zdzisia i skargę Alusi, odezwał się więc pojednawczo:

– Tu niedługo deszcz ze wszystkich tych babek placki porobi. Toć przecie jesień, tylko patrzeć, jak się zasłoci; a jak przyjdzie listopad...

– Może właśnie listopad będzie pogodny – rzekł Józio.

– Listopad musi być słotny. Starsi ludzie mówią, że to od łez Pana Jezusa, któremu żal tych wszystkich liści, co żółkną i opadają.

Dzieci lubiły bardzo ogrodnika. Był to człowiek już niemłody, znający różne przypowieści i wierzenia ludowe, które zajmowały i bawiły dzieci.

– A grudzień od czego zimny i mroźny? – zapytała Zosia.

– To, panienko, dlatego Pan Bóg w tym miesiącu dał grudę, żeby było słychać dobrze turkot tych wozów, co Trzech Królów ze Wschodu wiozły do tej stajenki, w której się narodził Pan Jezus. Tak było wtenczas i tak jest teraz na pamiątkę. Kiedy się królowie mogli trząść, jadąc do gwiazdy Betlejemskiej, to i prosty naród może też się trząść i łamać koła na grudzie.

– Antoni to wszystkie takie przypowiastki zna.

– A jużci znam, panieneczko. Czyżby to człowiek stary był lepszy od młodego, gdyby się niczego przez życie nie nauczył?

– To Antoni mówi, że stary człowiek lepszy?

– Jużci, że lepszy. Jak Pan Jezus chodził po świecie, to sobie na swego następcę wybrał nie św. Jana, co był młodszy i miał śliczne włosy długie, kręcone, tylko św. Piotra, co był starszy i miał taką łysinę, jak księżyc w pełni. A choć Pan Jezus wiedział, że go się św. Piotr zaprze, to go wolał, dlatego, że był stary. Są takie rzeczy, co są lepsze, gdy stare: stare nasienie ogórków, stare ogrody, na które się już za króla ćwieczka nawóz kładło – i starzy ludzie.

– Oj, oj! – przerwał Zdziś. – To już my nic nie jesteśmy warci dla Antoniego?

– Zawsze tam trochę i panieneczki, i panicze warci, bo z was będą dobrzy ludzie, jeżeli dożyjecie.

– To z młodości nic nikomu nie przyjdzie? – zapytał znowu Zdziś.

– Żeby panicz wiedział, że nie. Młodość? Ani się tym najesz, ani się tym napijesz. Tylko szum i piana.

– Niech no Antoni jeszcze nie odchodzi. Niech nam Antoni powie, dlaczego w styczniu...

– Ech! Państwo mnie tu zatrzymują, a tam bestia Bartek na pewnika nic nie robi. Tylko nad nim nie stój, to ci zaraz ręce w kieszenie powkłada i gwiżdże, nie przymierzając, jak kos! Jemu tam być ogrodnikiem, jak mnie dziedzicem.