W słońcu - Teresa Jadwiga Papi - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 179 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W słońcu - Teresa Jadwiga Papi

Powieść historyczna dla młodzieży autorstwa Teresy Jadwigi Papi z 1904 roku, której akcja toczy się w Polsce, w czasach panowania królów z dynastii saskiej. Teresa Jadwiga Papi (1843–1906), pisząca pod pseudonimami Teresa Jadwiga, Teresa Gałęzowska, była polską powieściopisarką i nowelistką. Od 1868 roku prowadziła założoną przez siebie tajną szkółkę, a następnie pensję żeńską wraz z J. Herman-Iżycką. Działała na rzecz Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Organizowała pomoc dla więzionych w Cytadeli socjalistów. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci”, „Światem”, „Wieczorami Rodzinnymi” i „Moim Pisemkiem”. Pisała przede wszystkim powieści i nowele dla młodzieży, głównie dla dziewcząt. Wśród nich znalazły się utwory o tematyce współczesnej, obyczajowej: „Chwile rozrywki” (1876), „Ze świata rzeczywistości i świata fantazji” (1880), „Szlachetne marzenia” (1883), „Z różnych sfer” (1888), powieści biograficzne: „Klementyna” (1904) – o K. z Tańskich Hoffmanowej, „Gabriela” (1906) – o N. Żmichowskiej, a także ok. 30 powieści historycznych oraz cykl zbeletryzowanych dziejów Polski („Obrazki zżycia znakomitych Polaków i Polek”, 1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W słońcu - Teresa Jadwiga Papi

Fragment ebooka W słońcu - Teresa Jadwiga Papi




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. EPILOG
  10. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Noc była. Szafirowy płatek nieba, rozpostarty nad ulicą Świętojańską miasta Warszawy, zasiany był gwiazdami; pucołowaty księżyc zaglądał ciekawie w okna kamienic, lecz nic dopatrzyć nie mógł: cicho i mroczno było wszędzie, mieszkańcy już spali.

W jednej wszakże kamienicy błyszczą, jeszcze wąskie, opatrzone kratą, okna parterowe.

Najwyższa to i najwspanialej ozdobiona z kamienic tej starej dzielnicy miasta, rzekłbyś forteca: wysoka baszta ją zdobi, na baszcie ganeczek, z którego łatwo można obserwować, co w mieście się dzieje, a nawet poza miastem.

Czarna głowa murzyna z czerwonymi wargami, w złotych zausznikach, w turbanie kolorowym, wychyla się z zagłębienia frontowej ściany, nad sienią, i zdaje się strzec wnijścia do kamienicy, a jednocześnie śmiać się z usiłowań ciekawego księżyca, bo murzyn świeci białymi zębami.

Lecz księżyc, obojętny na to, posunął się wyżej po niebie i posłał jeden z bladych swoich promieni ku najbliższemu z oświeconych okien.

A warto było tam zajrzeć. W obszernej izbie, na czysto bielonych ścianach wisiały wizerunki mężów, okutych w pancerze, o spojrzeniach tak śmiałych i rozumnych, że chciało się schylić głowę przed nimi; w pośrodku izby stał stół długi;, krzesłami dębowymi otoczony, w głębi płonął sutym ogniem kominek, koło którego na dwu niskich zydelkach siedziały dwie dziewczynki, niby niepodobne do siebie, a jednak księżyc założyłby się chętnie z murzynem, że to siostry rodzone... Jedna ma jasne włosy, czarne brwi i czarne oczy, na twarzy rumieńce, usta karminowe, a na tych ustach, ślicznie wykrojonych, drga uśmieszek filutek. Druga ma czarne włosy, pełne słodkiej zadumy błękitne oczy, na czole powagę myśli, na ustach stanowczość, lecz rysy twarzy obu, jak gdyby jednym dłutem, jedną dłonią i jednym natchnieniem wykute, tak podobne są do siebie. Ubrane są też jednakowo: spódniczki ich kamlotowe, skromne, ciemnej są barwy, na spódniczkach jubki krótkie z rękawami, ozdobionymi mankietami, które rękę od łokcia, odsłaniają; jubki owe z tyłu są fałdzista, z przodu zapinane na guziki. Obie dziewczynki uczesane są gładko, z warkoczami spuszczonymi na plecy, tylko jasnowłosa ma wplecioną błękitną wstążkę.

Opodal nich stoi chłopiec, lat szesnaście liczyć mogący, dorodny, jak siostry, bo rysy twarzy brata zdradzają; do starszej, do ciemnowłosej bardziej jest podobny, gdyż krucze ma włosy i oczy błękitne, jak ona, tylko o wiele ciemniejsze. Wpatrzony jest w tej chwili w portret rycerza, wiszący naprzeciw, w portret króla Jana III.

– O czym dumasz, Mieczku? – zapytała go naraz starsza siostra, której imię Cesia.

– Wspominam Chocim i Wiedeń, o których to wyprawach prawił nam często ojciec, a gdzie imię nieśmiertelne zdobył sobie król nieboszczyk – odparł Mieczysław.

– Lepiej powiedz co wesołego. Nie lubię ciszy – odezwała się młodsza z dziewczynek, Alina. – Tak milczycie oboje, że mnie aż strach ogarnia.

– Ty byś jeno paplała i paplała, jak sroczka – odparł z powagą brat. – Wiedz waszmościanka, że milczenie ludzie rozumni zowią złotem, a mowę srebrem, i że nawet sroczki gonią za złotem, bo je kradną.

Alinka wcale nie obraziła się za to porównanie, tylko roześmiała się wesoło i poczęła deklamować:

Sroczka kracze na plocie: będą goście nowi.

Sroczka czasem omyli, czasem prawdę powie.

Gdzie gościom w domu radzi, sroczce zawsze wierzą

I nie każą się kwapić kucharzom z wieczerzą.

– Ot i wygnałaś ciszą – odezwała się do niej Cechna, uśmiechając się pobłażliwie.

– Kocham jegomości pana Szymonowicza za to, że tak piękny wiersz o sroczce napisał – rzekła Alinka i chciała dalej deklamować, ale brat przeszkodził jej.

– A ja kocham króla Jana za, to, że tak dzielnie bił wrogów Krzyża – rzekł. – Oj, czemu to królewicza Jakuba nie wybrali panowie miasto tego Sasa Augusta!

Alinka wydęła usteczka.

– Waszmość, jak jegomość pan Mroczek, właściciel tej kamienicy, jeno o polityce rad byś mówić – rzekła. – Kiedy posiwiejesz, czas będzie na takowe rozmowy poważne. Dzisiaj lepiej razem ze mną mów wiersz jegomości pana Szymonowicza, a może ściągnie nam gości. Pani matka byłaby temu rada, a i ja też. Oj, lubię gości – dodała, kręcąc główką – ale gości wesołych, takich np. jak jegomość pan Szczuka, co to ile razy u nas stanie, to przywozi z sobą dwa worki: jeden pełen konceptów, drugi przysmaczków i hojnie obdarza nas to żartem, to cukierkiem.

– Czas już pono do pani matki podążyć. Pewnikiem pacierze wieczorne odmawia. Chodź, Alinko – odezwała się Cesia.

Złotowłosa dziewczyna podniosła się z westchnieniem.

– Minął dzionek, nikt nie przyjechał – szepnęła.

Z tymi słowami zbliżyła się do okna, ujęła rękoma za żelazną kratę i wzrok w ulicę skierowała.

– Co to? – krzyknęło naraz. – Cechno, Mieczku! chodźcie zobaczyć! łuna na niebie! Może pożar w mieście...

Wezwani stanęli w jednej chwili przy swej siostrze.

– Ot i wy wróżyła sroczka gości – rzekł z uśmiechem Mieczysław. – Ktoś dworno do nas zajechał: służba otacza z pochodniami kolasę. Biegnę dowiedzieć się, kto to. A wy czeladź zbudźcie i pani matce powiedzcie, że mamy gości.

To powiedziawszy, do sieni pośpieszył. Cesia do matki podążyła. Alina nie odstępowała od okna. W rozszerzonych jej źrenicach malowała się wielka ciekawość, po ustach biegał uśmieszek zadowolenia.

Przed wąską sienią kamienicy jegomości pana Mroczka, w której jej matka trzymała gospodę dla przyjezdnych, zatrzymała się właśnie podróżna kolasa, żółto malowana, z oknami lustrzanymi. Sześć rosłych i pięknych koni jednakowej sierści i jednakowego zupełnie wzrostu, ustrojonych we fioki z piór, w podogonia i szory świecidłami nabijane, olśniły nie tylko Alinę, lecz i Mieczysława.

– Wspaniały cug – szeptał sam do siebie, stojąc na progu sieni – maścisty, sprzęgły. Wojewoda Szczuka, czy nie? Ale chyba kto inny. Toć nie jego zaprzęgi i nie jego służba.

Na wysokim koźle kolasy siedział woźnica brodaty w grubej siermiędze, w szłyku na głowie, posępny, jak bory północne, obok niego chudy, sztywny Niemiec z harcapem, spadającym mu na plecy spod trójkątnego kapelusza, w spodniach opiętych i takiejże sukni; kilku pachołków w kurtkach z sukna domowej roboty, w szerokich szarawarach i butach wysokich, na koniach, z pochodniami w rękach, otaczało kolasę. W głębi ulicy widać było nad ciągający  z wolna wóz, tłumokami i skrzyniami wyładowany.

Mieczysław pospieszył do kolasy, by drzwiczki otworzyć, lecz zanim zdążył, siedzący na koźle Niemiec z harcapem zsunął się na ziemię ze zwinnością kota i uprzedził go. Z kolasy wysunęła się otyła postać średnich lat kobiety, w czarnym czepcu, o twarzy pucołowatej, jak księżyc.

– Czy tutaj, serdeńko, gospoda jejmości pani Rawskiej? – spytała akcentem nie miejscowym.

– Tutaj – odparł lakonicznie Mieczysław. Poufały epitet „serdeńko” nie podobał się chłopcu, otyła jejmość jeszcze mniej; inni goście zajeżdżali zwykle tutaj; gospodę jejmości pani Rawskiej upodobali sobie panowie, szlachta na Dobrej lub na Piwnej szukała zajazdów pospolitszych.

– Można dostać; dwie izby i pomieszczenie dla koni, a także i służby? – zapytała znowu jejmość, słowa „serdeńko” tym razem nie dodając.

Poważny wyraz twarzy chłopca onieśmielił ją.

– Można – odparł Mieczysław.

Otyła, jejmość poczęła się wydobywać z kolasy, ale sprawiało jej to widoczną trudność; Niemiec stal sztywny na uboczu i nie śpieszył z pomocą.

– Pomogę jejmości pani – rzekł Mieczysław, z trudnością walczący z uśmiechem, który próbować wybiec na jego usta.

Jejmość podniosła na niego spojrzenie.

– Pomóż, serdeńko, a powiem: „Bóg zapiać” – odparła. Na pachołka coś mi jakoś nie wyglądasz. Nie przyjąłbyś pewnikiem brzęczącej zapłaty – dodała.

Mieczysław poczerwieniał.

– Rawski, herbu Kozie – odparł – syn właścicielki gospody tutejszej. I złożył poważny ukłon.

– Więc jako gospodarz pomóż mi Waszmość, bo sama nie poradzę sobie – rzekła podróżna i wyciągnęła do stojącego naprzeciw niej obie ręce obładowane paczkami i skrzyneczkami.

– Wybaczcie, że was obarczani – rzekła.

W tej chwili wypadli z sieni: dziewka i chłopak, którzy pełnili tutaj zwykłe posługi przy gościach przejezdnych. Mieczysław kazał im wziąć owe paczki i skrzynki, sam zaś podał ramię okazałej jejmości, która wysiadła wreszcie, sapiąc głośno i poprawiając obu rękoma przekręcony na głowie czepiec.

Ubiór podróżnej nie odpowiadał wspaniałej kolasie. Miała na sobie czarną kamlotową jubkę trochę wyszarzaną, brązowa spódnicę i kwef wdowi na głowie. Ruszała się też rubasznie, mówiła krzykliwym głosem i w ogóle sprawiała wrażenie szlachcianki z zaścianka.

Przez kraty okna Alinka śledziła z minką skrzywioną podróżnych.

– Nie wesoły gość – szeptała.

Wtem z kolasy odezwał się głosik dźwięczny, jak śpiew. Dąs uciekł z malinowych usteczek dziewczęcia, w czarnych oczach złote błyski zamigotały.

– Źentosiu, zapomniałaś o szkatułce z klejnotami – ktoś się odezwał.

Otyła jejmość, którą Mieczysław wiódł do sieni, puściła raptem jego ramię i ku kolasie dysząc pobiegła.

– Wybaczcie, miłościwa... śpieszyłam izby obejrzeć – rzekła.

Z drzwiczek kolasy wychyliła się kształtna główka, przejrzystą białą zasłoną owinięta, spod której błysnęła tak śliczna twarzyczka, iż Mieczysław oczu od niej oderwać nie mógł. Alinka zaś wykrzyknęła, mimo woli:

– Jaka cudna!

– Nie trudź się Waćpani. O izby jestem spokojna. To nie zwykła gospoda – odezwała się tymczasem znowu dźwięcznym głosikiem piękna pani i drobną rączkę, rękawiczką zasłoniętą, w której trzymała ozdobną złotem i perłową macicą szkatułkę, wyciągnęła do otyłej jejmości.

Kłaniając się nisko, tamta odebrała szkatułkę i do sieni podążyła, a piękna pani spuściła teraz na stopień kolasy małą nóżkę, ustrojoną w złoty trzewiczek.

Mieczysław pośpieszył podać jej ramię i odtrącił szorstko Niemca, który chciał go powtórnie w usłudze uprzedzić, lecz nie powiodło mu się tym razem. Podróżna uśmiechnęła, się i podała z wytworną gracją rękę zwycięzcy.

– Waszmość tutaj gospodarzem? – zapytała.

– Pachołkiem pani matki – odparł Mieczysław, rumieniąc się.

– Słowa wasze każą mi domniemywać się, iż dobrym synem jesteście – rzekła piękna pani. – Mam cześć dla dobrych synów: ród Ciechanowieckich, z którego pochodzi jegomość pan kasztelan Ciechanowiecki, małżonek mój, słynął dotychczas z dobrych synów, więc i w drugich tę cnotę widzieć lubimy. – A ojciec waszmości czym się zajmuje? – dodała zaraz. Zasępiła się twarz młodego.

– Nie żyje – odparł. – Był rycerzem, służył pod królem Janem; powrócił z ranami spod Wiednia, te goiły się i otwierały na nowo, w końcu umarł.

Błękitne, wielkie oczy kasztelanowej podniosły się z wyrazem współczucia na mówiącego.

– Żal mi was – szepnęła. – Czyście jedynakiem?

– Mam dwie siostry – odparł Mieczysław. Weszli właśnie do długiej sieni, wiodącej w głąb mieszkania. Za, nimi hajducy z pochodniami śpieszyli, lecz niepotrzebnie: naprzeciw kasztelanowej wyszła bowiem Alinka ze świecznikiem w ręku, w którym gorzały trzy świece woskowe.

– Niech będzie pochwalony Chrystus – tymi słowy powitała piękną panią i dygnęła przy tym zgrabnie.

Kasztelanowa zatrzymała się.

– Na wieki wieków – odparła, po czym zwróciła się do Mieczysława.

– Cóż to za dzieweczka cudna? – zapytała.

– To siostra moja – odparł chłopiec nie bez odcienia pychy. – Trzpiotka wielka – do dal z powagą.

– A z waszmości mąż pełen powagi – z uśmiechem odparła kasztelanowa.

– Opiekunem młodszych sióstr i matki być winien – rzeki chłopiec.

– Śliczną macie siostrę. Uśmieszek filuterny, który drga w kącikach jej ust, potwierdza waszmości słowa, że trzpiotka z niej miła. Lecz kiedyż się trzepotać, jeśli nie w tych latkach. Zapewne nie więcej liczy nad rok trzynasty?

– W sierpniu zacznie czternasty – objaśnił Mieczysław.

– A Waszmość? – spytała kasztelanowa.

– Jam już w maju siedemnasty rozpoczął – usłyszała odpowiedź.

Właśnie zbliżyli się do Alinki. Kasztelanowa zatrzymała się przy niej i podała jej rękę do ucałowania.

Dziewczynka drgnęła zarumieniona i pochyliła się z pocałunkiem.

– Imię waćpanny? – spytała kasztelanowa.

– Alina Rawska – odparła dziewczynka.

– Prowadź mnie waćpanna do izby obszernej i wygodnej pościeli – rzekła kasztelanowa – znużona jestem srodze długą podróżą, łaknę jeno spoczynku. Wy zaś bądźcie tak grzeczni i każcie służbie tutejszej umieścić moje konie w waszej stajni, nasypać im obroku i napoić je – dodała, zwróciwszy się do Mieczysława. – Wieczerzą też nie pogardzę i z matką waszmości pragnęłabym znajomość zawrzeć.

To powiedziawszy, skinęła chłopcu głową, po czym do pokojów gościnnych podążyła za Aliną.

Były dwie izby obszerne w gospodzie pani Rawskiej i trzecia mniejsza. Do najobszerniejszej i najwygodniejszej prowadziła Alina piękną panią. Pokój ten urządzony był z wyraźną dążnością dogodzenia podróżnym. Pani Rawska, co miała z własnych sprzętów przedniejszego, to ustawiała w tej izbie, przeznaczywszy ją dla dostojniejszych gości, nawiedzających często stolicę w owych wesołych czasach za panowania Augusta II Sasa.

W alkowie, znajdującej się w jednej ze ścian, stało szerokie łóżko, nogami wysunięte do pokoju, otoczone u góry i u dołu rzeźbioną galeryjką; od górnej zwieszały się firanki adamaszkowe, ujęte sznurami zlotem przetykanymi. W rogu alkowy widać było klęcznik dębowy, nad którym wisiał krzyż czarny z białym Chrystusem, wyrzeźbionym z kości słoniowej. Po drugiej stronie znajdował się lawater, w dzisiejszym znaczeniu umywalnia: drewniana głowa, kolorami ozdobiona, odstająca od ściany, z lejkiem w ustach, wypuszczała na srebrną miednicę, umieszczoną pod nią na stoliczku, strumień wody; obok błyszczał wielki dzban srebrny, a opodal było wbitych w ścianę kilka kołków. W pośrodku pokoju stał stół dębowy, piękną rzeźbą ozdobiony.

Alinka główką kręciła.

– Mnie się widzi, że gdybym miała te wszystkie brylanty, na które dziś patrzyłam, to nie byłoby ani jednej smutnej twarzy na naszej ziemi – odparła wreszcie. – A co do niewoli, przymusu, to nie znałabym wówczas tych niemiłych panów, czyniłabym jeno to, z czym dobrze by sercu memu było i śpiewałabym jeno tak, jak pragnęłaby duszyczka.

Smutny uśmieszek ukazał się na ustach kasztelanowej.

– Są takie łzy, których blask brylantów nie osuszy – odparła uroczyście. – A co do przymusu, to nie ma takiego człeka na całej ziemi, któremu by przymus pęt nie nakładał...

– Wiesz, czego się lękam – rzekła nazajutrz Cesia, gdy wschodzące słońce zbudziło siostry.

– Czego? – spytała Alinka.

– Żeby kasztelanowa nie uwiozła nam ciebie do Boczejkowa.

Alinka posmutniała.

– Toć mnie kochasz, siostrzyczko; mnie ten świat nęci, w tym świecie byłabym bardzo szczęśliwą – z wymówką szepnęła po chwili. – Tam tak wesoło, bogato, a jacy wszyscy układni. Dobrze byłoby mi w tym świecie, trosk nijakich bym nie znała.

– A tęsknota?

– A bo to Boczejkowo na innym świecie? Gdy tęsknota zajrzałaby do mego serca, objęłabym, kolana kasztelanowej i powiedziałabym: „Miłościwa, dobra, piękna, pozwól swoich odwiedzić...” – ona pozwoliłaby pewnikiem, i pofrunęłabym do was; jako jaskółeczka powróciłabym na wiosnę do gniazdka, tutaj ulepionego, nacieszyłabym się z wami, a jesienią znowu na wielki świat poleciałabym i kąpała się w jego jasnym słońcu i piła z jego źródeł szumiących i stroiłabym się, bawiła...

– Nie mów więcej – szepnęła Cechna, kryjąc twarz w dłoniach.

– Ty płaczesz, siostrzyczko. Więc moje szczęście nie ucieszyłoby cię? – spytała zdumiona Alinka.

Cesia podniosła głowę.

– O nie, nie, nie płaczę i płakać nic będę. Bądź szczęśliwa – odparła głosem zmienionym.

Alinka przytuliła się do niej.

– To dobrze – szepnęła – bo gdyby jedna łza wypadła z jasnych twoich ocząt, siostrzyczko, jedna maleńka łezka, już bym nie pojechała i tęskniłabym wiecznie za tym światem, który wydał mi się dzisiaj piękniejszym z daleka, niż najpiękniejsze nasze sny, niż świat dziwożon i rusałek.

– Ty nas chyba nie kochasz – rzekła Cesia.

– Nie kocham! – wykrzyknęła niemal Alina. – Jakże mogłabym nie kochać! Toć tacy dobrzy dla mnie jesteście, tak mnie pieścicie, tak mi dogadzacie. Niewdzięczne musiałabym mieć serce, gdybym was nie kochała.

– A umiałabyś kochać tych, co cię nie pieścili i nie dogadzali ci? – zapytała Cesia.

Alinka wstrząsnęła przecząco główką.

– Nie – rzekła, robiąc minkę kapryśną.

– Ja umiałabym – szepnęła Cesia. Wtem drzwi izdebki roztworzyły się i Baśka wsunęła głowę.

– Jaśnie wielmożna kasztelanowa kazała, by panienka Alinka do niej przyszła – rzekła.

Alinka ubrała się w jednej chwili i pobiegła wesoło do opiekunki, na progu gościnnego pokoju zatrzymała się wszakże zmieszana: kasztelanowa z mężem i Rawska siedzieli w głębi, uroczyści wszyscy troje.

– Zbliż się waćpanna – odezwała się dźwięcznym głosem pani Ciechanowiecka.

Głos ten dodał odwagi dziewczynce. Mnąc koniec mankietu, zdobiącego rękaw jubki, postąpiła kilka kroków i zatrzymała się przed poważnym zebraniem, z oczyma spuszczonymi w podłogę.

– Obserwując wczoraj waćpannę podczas zabawy, na którą wzięłam ją z sobą, doszłam do wniosku, że duszyczka twoja wyrywa się do uciech, jakich jejmość pani Rawska dostarczyć waćpannie nie jest w możności – zabrała głos kasztelanowa. – Lękając się, aby w twojej duszy nie zrodziła się tęsknota za nieznanym i serca ci goryczą nie napełniła, postanowiliśmy ułatwić ci zbliżenie do ust onego kielicha uciech; a gdy napijesz się do syta, może powrócisz do pani matki uleczona z pragnień niezdrowych; a może znajdziesz u nas swój cel życia, swoje przeznaczenie, do którego Bóg w Swej mądrości niezbadany różnymi ścieżkami prowadzi człowieka. Jeśli masz ochotę jechać z nami, proś pani matki o błogosławieństwo.

– Matuś moja – zawołała Alina i pochyliła się do nóg matki; z oczu jej potoczyły się łzy, lecz usta się uśmiechały. – Matuś moja, pobłogosław mi – szepnęła błagająco.

Rawska obie dłonie położyła na jej głowie. – Niewolić cię nie będę – rzekła – niech Bóg czuwa nad tobą, bądź posłuszna dla swoich opiekunów, pokorną i usłużną, bądź im wdzięczną... Niech wielki świat wszakże nie zatrze w twej pamięci wspomnienia matki i rodzeństwa, niech nie przygłuszy w twym sercu przywiązania do nas – dodała ciszej.

Alina uchwyciła jej ręce i do ust poniosła.

– Gdzie bym mogła zapomnieć, przestać kochać swoich – odparła głosem wzruszonym. – Czcić będę wasze wspomnienie, pani matko, jako świętej, rodzeństwa, jako słodkich moich aniołów, i modlić się będę za wami i tęsknić niejednokrotnie.