W Rzymie jak w domu - Rosita Steenbeek - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 264 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 45 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W Rzymie jak w domu - Rosita Steenbeek

„Rzym jest jak morze. Im dalej, tym głębiej. Życia nie starczy, żeby to wszystko poznać” – mówi jeden z rzymskich znajomych Rosity Steenbeek. Autorka po dziesięciu latach wraca do Rzymu i opowiada o wiecznym mieście, a także na nowo się w nim zakochuje. Bywa w miejscach, o których turysta zaczytany w standardowych przewodnikach nie wie, mimo że ma je na wyciagnięcie ręki.

 

Wysypisko śmieci z czasów cesarza Augusta przebudowane na dyskoteki, podziemia Teatru Pompejusza we własnej piwnicy, kocie forum, tajne archiwum w Watykanie, Złoty Dom Nerona, zaćmienie słońca nad Rzymem, ruiny świątyni Wenus – to tylko skrawek tego, o czym dowiaduje się Rosita. A oprócz oglądania miejsc nieoczywistych, spotyka także niebanalnych ludzi: dawnych przyjaciół i znajomych, duchownych, archeologów, artystów i złodziei. Oraz wnuka Lugiego Pirandella, który – chcąc pozostać wolnym – mieszka na ulicy.

Rosita Steenbeek w atrakcyjny sposób łączy świat antyczny ze światem współczesnym

„Haagsche Courant”

Rzym jest cudowny dzięki lekkiemu i zabawnemu stylowi, jakim Steenbeek opisuje miasto.

„Algemeen Dagblad”

Nieskrywana deklaracja miłości do Rzymu.

„PZC”

 

Rosita Steenbeek (ur. 1957) – holenderska pisarka, tłumaczka i aktorka. Studiowała kilka lat filologię klasyczną oraz teologię. Chciała kontynuować rodzinną tradycję i zostać pastorem. Zmieniła jednak zdanie i przeniosła się na wydział literatury holenderskiej i współczesnej na Uniwersytecie w Amsterdamie. Podczas studiów grała zarówno na scenie, jak i w filmach. Zadebiutowała w 1994 roku powieścią De laatste vrouw i od tego czasu opublikowała ponad dziesięć książek. Od prawie trzydziestu lat mieszka na zmianę w Amsterdamie i Rzymie.

 

Opinie o ebooku W Rzymie jak w domu - Rosita Steenbeek

Cytaty z ebooka W Rzymie jak w domu - Rosita Steenbeek

szkodziły moralności, ale Pompejusz wymyślił podstęp i  nad trybunami umieścił świątynię Venus Victrix, zbudował ją dokładnie w  połowie wielkiego półkola, tak że trybuny zdawały się tworzyć schody do świątyni. Patrzę na wysokie domy przy via di
łukami Teatru Marcellusa, który zachował się do naszych czasów, i  to nie pod ziemią. Mieściło się tam też sporo sklepików. Łuki Teatru Pompejusza zabudowano w  ten sam sposób. Na jego twarzy błyszczą kropelki potu.

Fragment ebooka W Rzymie jak w domu - Rosita Steenbeek

Rosita Steenbeek
Przełożyła
Małgorzata Woźniak-Diederen
WYDAWNICTWO MARGINESY
Spis treści
Karta redakcyjna
Motto
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Pożegnanie Janem Pawłem II
Przypisy
Tytuł oryginału: THUIS IN ROME
Przekład: MAŁGORZATA WOŹNIAK-DIEDEREN
Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja: ANNA MIRKOWSKA
Korekta: MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ELŻBIETA JAROSZUK
Projekt okładki stron tytułowych, opracowanie typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: MANUFAKTURA manufaktu-ar.com
Ilustracja na okładce © Martin Wickstrom represented by Deborah Wolfe Ltd.
Wydawca dziękuje za wsparcie finansowe Dutch Foundation for Literature
Copyright © 2013 by Rosita Steenbeek
Originally published by Ambo / Anthos Uitgevers, Amsterdam
Copyright © for the translation by Małgorzata Woźniak-Diederen
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014
Wydanie pierwsze, Warszawa 2014
ISBN 978-83-63656-56-0
Wydawnictwo Marginesy
ul. Forteczna 1a,
01-540 Warszawa
tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127
e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Znów przyszło do mnie wspomnienie tej nocy,

którą ostatnią mym mieście spędzałem.

Jeszcze dziś myśli do spraw drogich wracam,

oczu znowu łez krople się sączą.

(Owidiusz, Elegia 3, przeł. Elżbieta Wesołowska)

Taksówki strajkowały. Wsiadam do autobusu, ciągnę walizkę okolice jedynego wolnego miejsca dopiero wtedy zauważam, że będę siedziała naprzeciwko włóczęgi. Ma siwą brodę czapkę na głowie. Obok niego stoi wózek pełen rozmaitych rzeczy.

Wyciąga do mnie rękę się uśmiecha. Podaję mu dłoń.

– Pani jest uczuciowym człowiekiem mówi ochrypłym głosem.

– Szybko pan to zauważył.

Śmieje się.

– Jak się pani nazywa?

– Rosita Steenbeek, pan?

– Luigi Pirandello.

Pochyla się nad wózkiem wygrzebuje niego plastikową torebkę. Wyjmuje niej złożoną kartkę mi podaje. Plan Rzymu, tak to miasto wyglądało dwa tysiące lat temu.

Kocie forum.

Patrzę na mapę, szukam miejsca, którym mieszkam, ale nie mogę znaleźć.

– Interesujące.

– To dla pani.

– Ależ nie...

– Ależ tak. Szpera rzeczach. Słońce już zachodzi Forum Romanum przybiera pomarańczową barwę pocztówek. Zdecydowanym ruchem wyciąga czerwonego misia sadza go na moich kolanach.

– Ładny, prawda? Lubię dawać prezenty.

Pasażerowie zaczynają się nam przyglądać.

– Gdzie pani musi wysiąść?

– Na Largo Argentina.

– Ja też. Może pójdziemy na kawę?

Zgadzam się po krótkim wahaniu.

Widziałam go już kiedyś, wiele lat temu, zaułku, przy którym wtedy mieszkałam, pensjonacie Arenula. Ta sama długa broda, czapka. Pchał przed sobą spory wózek.

– To wnuk Luigiego Pirandella poinformował mnie przyjaciel. Zbiera kartony.

dużą zręcznością podnosi wózek wysiada autobusu, potem pomaga mi nieść walizkę. Na Largo di Torre Argentina jest wyjątkowo spokojnie, ponieważ trwają prace przy zamianie asfaltu na selci, kostkę brukową. Zwykle wokół wielkiego prostokątnego placu ruinami czterech świątyń, nazywanego też kocim forum, szumi ruch uliczny. Pod jednym ze starożytnych łuków kilka kobiet prowadzi przytułek szpital dla kotów. Mieszka tam rudy kocur Nero wraz ze swoją długowłosą przyjaciółką, kotką Poppeą. Kulawy kocurek reaguje na imię Klaudiusz, hałaśliwy czarny nazywa się Pavarotti.

Idziemy do baru Argentina, gdzie często jem śniadanie.

Un caffè e un cappuccino rzuca Pirandello do kobiety za kasą.

Kiedy sięgam po portmonetkę, odpycha moją rękę stanowczym gestem. Zerkam do jego portfela (który wygląda zaskakująco porządnie), żeby przypadkiem nie wydał ostatniego grosza na moje espresso.

Zgodnie ze zwyczajem kładzie na paragonie drobne.

Chłopak za barem pozdrawia nas poważnym skinieniem.

Signorina, Pirandello.

Mówi, że długo mnie tu nie widział.

– Właśnie wracam Holandii wyjaśniam, wskazując walizkę.

Sigaretta?

Pirandello trzyma przed moim nosem paczkę emsów. Morte Sicura, pewna śmierć. Myślę swojej przyjaciółce Marion, którą spędziłam mnóstwo czasu Rzymie ona rzeczywiście nie przeżyła wypalenia tysięcy tych paczek.

Na wąsach Luigiego osiadły resztki cappuccino. Waham się chwilę, ale zwracam mu uwagę. Szuka czegoś wózku, wyciąga wielką chusteczkę do nosa wyciera nią usta.

– Ma pan imponujące nazwisko. To rodzina?

– Mój dziadek. Zaciąga się papierosem, ma piękne dłonie szczupłych palcach. dzisiejszych czasach nie odniósłby takiego sukcesu ciągnie dalej powagą. talentem daleko się nie zajdzie. Dyplom nie wystarcza, dwa dyplomy też nie pomogą. Trzeba się umieć sprzedać. Nie chcę należeć do społeczeństwa. Nie chcę, żeby ktoś mi rozkazywał. Żeby mi mówił: „Masz przyjść do pracy tej godzinie. tej możesz wyjść”. Wolność, oprócz zdrowia, jest najważniejsza.

– Ma pan rację.

Nosi zniszczone, ale czyste ubranie: dżinsową kurtkę podwiniętymi rękawami, ciemne szerokie spodnie lniane buty, kiedyś białe.

Dawniej musiał być przystojnym mężczyzną, odnajduję jego rysach podobieństwo do dziadka. Oczywiście pomaga tym spiczasta bródka. Ale także wysokie czoło ciemne oczy przenikliwym, chwilami melancholijnym spojrzeniu oraz pewnego rodzaju godność.

– Może się przejdziemy? Uśmiecha się dziecięcym zadowoleniem. Laska dodaje mu elegancji. Może pójdziemy na spacer?

– Muszę wracać do domu rozpakować walizkę. Jestem zmęczona podróżą.

– Oczywiście, rozumiem. Może się kiedyś spotkamy?

– chęcią.

– Nie mam telefonu, możesz mi podać swój numer?

Wręczam mu wizytówkę nadzieją, że nie będę żałowała.

Wkłada między plik kartek spina dwiema gumkami. kołnierz kurtki wpięta jest cała kolekcja agrafek.

Ściska mi dłoń, kłania się lekko odchodzi, jedną ręką pcha wózek, drugą trzyma laskę.

Za każdym razem mam wrażenie, że wracam do domu czułam to nawet wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Rzymu. Wielu ludzi doświadcza czegoś podobnego, nie tylko ci, którzy studiowali łacinę kulturę starożytnego Rzymu. Może dlatego, że Rzymie człowiek zderza się rzeczami ostatecznymi. Stare świątynie śmieją się codziennych kłopotów, wiadomości gazet ścierają się pył wobec pałaców cesarzy papieży.

Rzym przynosi jednocześnie spokój ekscytację, potrafi ukoić pobudzić do działania. Pamiętam, jak po zawodzie miłosnym doszłam do siebie, spacerując wieczorem po Forum Romanum. że uciekłam stąd po śmierci wszystkich ważnych osób okresu mojego pierwszego pobytu Rzymie wielkiej miłości, przyjaciela najlepszej przyjaciółki. Teraz wróciłam, pamięć nich wzmocniła moje więzy Rzymem.

Rzym to dla mnie starówka jej wąskimi uliczkami ciepłych kolorach, od czerwieni przez wszystkie odcienie pomarańczu do piaskowej żółci zmieniającej się czasem złoto. Tutaj, sercu miasta, rozpoczęło się moje życie Rzymie. Potem mieszkałam przez kilka lat na Awentynie, jednym najbardziej eleganckich rzymskich wzgórz, pełnym szerokich alei wysadzanych drzewami willi skrytych ogrodach. Taka dzielnica mogłaby jednak być częścią każdego innego włoskiego miasta. Zatęskniłam za centrum.

Przed wejściem do mojego domu.
Patron, święty Julian, spogląda góry.
Fot. Annelies Rigter

Bo centrum jest jak dom, zaułki przypominają korytarze, trzy minuty spaceru dzielą dwa najpiękniejsze place miasta, może nawet świata: piazza della Rotonda Panteonem, czyli najlepiej zachowaną świątynią czasów starożytnych, piazza Navona. One dla mnie czytelnią, salą śniadaniową, salonem, którym przyjmuję gości.

Nad ruinami świątyń pośrodku placu Largo di Torre Argentina postawiono plandeki. Wszystko jest szorowane, skrobane do czysta odnawiane.

Jakiś kot wybrał się na wieczorny spacer.

Przed teatrem operowym Teatro di Roma Argentina, na rogu via del Sudario, gdzie mieszkam, podczas mojej nieobecności wybudowano końcową stację tramwajową[1]. tym miejscu rozgrywały się starożytności największe dramaty tu zamordowano Juliusza Cezara.

Zaraz muszę wyjąć mapę, którą dostałam od Pirandella.

Ciągnę walizkę przez wąską szesnastowieczną uliczkę do starej bramy belgijskiego kościoła San Giuliano dei Fiamminghi Świętego Juliana Flandrii. Zanim wejdę do środka, patrzę jeszcze pokornie do góry na postawnego mężczyznę szerokim płaszczu, który jest teraz moim stróżem. Święty Julian niegdyś był rozwiązłym człowiekiem, wrócił raz polowania do domu zastał łożu małżeńskim dwie obejmujące się czule postaci. Wyjął miecz jednym ciosem zabił niewierną żonę jej kochanka. Kiedy odsunął przykrycie, okazało się, że uśmiercił swoich rodziców. Chcieli mu zrobić niespodziankę właśnie wypoczywali po podróży. Julian stał się bardzo pobożny założył dom opieki dla włóczęgów.

Od wielu lat mieszkam tym przykościelnym pałacu, celi klasztornej, która przypomina elegancki salon, budynku przylegającym do przepięknej kaplicy 1096 roku. owym roku przyjechał tu Robert II Jerozolimski, hrabia Flandrii, pierwszy flamandzki rycerz wypraw krzyżowych. Zostawił sakiewkę złota przeznaczeniem na budowę kościoła przy schronisku dla pielgrzymów Niderlandów, które prawdopodobnie istniało już ósmym wieku.

Otwieram drzwi wielkim mosiężnym kluczem, ciągnę walizkę przez hol wiszą nim zdjęcia Brugii, Gandawy Antwerpii przechodzę obok zakrystii, pokonuję niewielkie schody otwieram następne drzwi.

Nic się tu nie zmieniło od mojego wyjazdu.

Wokół panuje prawie nabożna cisza, mury grube na kilka metrów chronią moje mieszkanko przed hałasem ulicznym.

Wchodzę po schodkach na taras widokiem na wewnętrzny dziedziniec. Jaśmin przekwitł, kwitnie obficie bugenwilla, ale małych doniczek wystają tylko wstrętne chwasty.

Nad witrażem przedstawiającym świętego Józefa synem widać Matka leżała jeszcze połogu oddzielającym mój taras od kościoła przytwierdzono lampy. Dzięki temu, kiedy nie pada na niego światło słoneczne, można wnętrza świątyni podziwiać jego piękno. Do tej pory podczas wieczornych nabożeństw wierni widzieli jedynie czarną plamę, tylko ja byłam gościem stajenki betlejemskiej.

Na dziedzińcu szumi fontanna. Strumień wody wypływa pyska lwa, na lwie siedzi niewielki aniołek wyrzeźbiony przez tego samego flamandzkiego artystę, który stworzył sławne posągi na moście Świętego Anioła. Właściwie to tajemnica ze względu na niebezpieczeństwo grabieży. Jeśli zostanie wkrótce skradziony, to złodziejem będzie zapewne wdzięczny czytelnik mojej książki.

Witraż przedstawieniem Józefa synem. drugiej strony tego okna znajduje się mój taras.

Od czasu do czasu rozlegają się krzyki przelatujących mew. Sąsiednie biura opery stoją puste. Dyrektor, który urzędował pokoju obok mojego tarasu, trafił za kratki za oszustwa. Całe lato dobiegały mnie jego kompromitujące rozmowy telefoniczne. Szkoda, że go nie ma, był interesującym sąsiadem.

Głośne fragmenty przedstawień operowych też dochodziły do mojej celi. Co wieczór słyszałam bolesne okrzyki rozpaczy: to Rigoletto odkrywał, że przyczynił się do śmierci swojej córki.

Tacy sąsiedzi to sama przyjemność. Przez kilka tygodni codziennie pod wieczór chodziłam do teatru, żeby posłuchać, jak wielki reżyser Giorgio Strehler Piccolo Teatro di Milano czytał Boską komedię, cała starsza część publiczności recytowała po cichu tekst razem nim.

Nade mną, na tarasie Jego Ekscelencji Wernera, nie pali się światło. Nie ma też ojca Hugona, obecnego rektora kościoła Świętego Juliana, skrył się przed letnimi upałami Belgii.

Mój taras witrażem kościoła.

Chce mi się pić, zaglądam do lodówki. Stoi niej butelka prosecco, pewnie Olafa, który nocował tu przez kilka tygodni. Olaf jest moim jedynym żyjącym przyjacielem czasów, kiedy pierwszy raz mieszkałam Rzymie. Kilka lat temu wrócił do Norwegii, teraz przyjechał na krótko, żeby pisać jakieś artykuły książkę.

Wracam kieliszkiem butelką na taras.

Zrobiło się ciemno, zapalam świeczki na siedmioramiennym świeczniku biorę do ręki mapę od Pirandella.

Już od dawna chcę się dowiedzieć, jak wyglądała ta dzielnica, kiedy Rzym był pępkiem świata, ale jak dotąd miałam zbyt wiele zajęć Rzymie współczesnym.

Przyglądam się mapie uwagą po jakimś czasie pojmuję: cała moja dzielnica jest zbudowana na terenie ogromnego kompleksu Teatru Pompejusza wielkiego wodza armii rzymskiej, który pierwszym wieku przed naszą erą zdobył Syrię, podbił Jerozolimę, Palestyny uczynił prowincję rzymską. Ożenił się córką Cezara, Julią.

Półkole amfiteatru łączyło się prostokątną kolumnadą. Jeden jej długich boków leży dokładnie pod domami mojej via del Sudario ulicy chusty do ocierania potu, drugi pod sklepami odzieżą na via dei Giubbonari, ulicy krawców szyjących płaszcze. Krótki bok znajduje się pod placem Largo di Torre Argentina. pod obecną operą, Teatro di Roma, musi się znajdować budynek senatu Pompejusza, Curia Pompeia.

więc to prawda, Cezar został zasztyletowany pod moimi drzwiami. 15 marca 44 roku przed naszą erą senatorowie zebrali się jednej sal senatu Teatrze Pompejusza, ponieważ stary budynek senatu na Forum spłonął.

Telefon.

– Rosita?

Si.

Sono Luigi. Przyjdziesz jutro do jadłodajni?

– Gdzie to jest?

– Colle Oppio, blisko Złotego Domu Nerona, Domus Aurea. Mam dla ciebie mnóstwo prezentów.

– Jutro nie mogę, czeka mnie masa spraw do załatwienia.

– No to innym razem. Jesteś panią swojego życia. Zadzwonię do ciebie, dobrze?

Jestem ciekawa jadłodajni, Złotego Domu Nerona, pałacu cezara, ale jutro to trochę za wcześnie. Czy postąpiłam rozsądnie, podając mu numer telefonu?

Wracam do studiowania mapy.

Nagle cała Święta Rodzina pełni chwały ukazuje się na moim tarasie. kościele zapalono światła. Po chwili słyszę dźwięki klawesynu. To pewnie Massimiliano Vassari, młody organista klawesynista, który uświetnia muzyką niedzielne msze poranne; przychodzi tutaj regularnie ćwiczyć raczy mnie prywatnymi koncertami.

Bach.

Białe kwiaty na balkonie naprzeciwka jaśnieją ciemności. Zwykle palą się tam lampki oliwne, ale rodzina Di Capua też chyba uciekła przed upałem. Lubię Rzym sierpniu, ulice puste jak na starych filmach.

Jestem zmęczona, rozpakowuję walizkę, wieszam letnie sukienki szafie, chowam zimowe ubranie do walizki szukam klucza do piwnicy. takim małym mieszkaniu trzeba sobie jakoś radzić.

Najpierw otwieram drzwi napisem „Zakrystia”. Za nimi znajduje się niewielki korytarz dwie pary drzwi. Te prawej prowadzą do zakrystii, te lewej do schodów na dół, które przenoszą mnie inny czas.

Naciskam włącznik, zapala się nikłe światełko. Schodzę ostrożnie po stopniach, zatrzymuję się ciemnym korytarzu. Kolejny włącznik słabej lampy. Jest trochę zimno. Ciemny korytarz zakręca wychodzi na pomieszczenie łukowym sklepieniem. Ustawiam walizkę między pudłami, stosami starych dachówek wysłużonymi meblami. Ściany częściowo pobielono wapnem, przeświecają spod nich stare cegły.

To tędy biegła kolumnada, którą widziałam na mapie. Senatorowie mogli przechodzić teatru bezpośrednio do budynku senatu. We wszystkich piwnicach pod via del Sudario muszą się znajdować pozostałości tej galerii. Na dziedzińcu między kolumnami różowego marmuru miał się rozpościerać wspaniały ogród fontannami posągami rzymskich prowincji. Największy nich podobno przedstawiał postać samego Pompejusza mówią, że jeszcze istnieje.

Kładę dłoń na wilgotnych kamieniach przypominam sobie wersy ze Sztuki kochania Owidiusza, którą musiałam kiedyś przekładać szkole:

Na Adonisowych świętach

sposobności nie rzadsze

lecz najskuteczniej swe sidła

zastawiać można teatrze.

Znajdziesz kobiet cudnych krocie:

oszukać będziesz stanie,

tamta zajmie cię przelotnie,

innej dasz swe miłowanie...[2]

Owidiusz znał to widać własnego doświadczenia. Może opierał się ten mur, kiedy flirtował jakąś kobietą. W Żalach (Tristia) znów pisał: „Różnię się od mej pieśni memi obyczajmi, żyję czysty, Muza żartuje, wierzaj mi”[3]. Przebywał wtedy nad Morzem Czarnym, gdzie został zesłany, podobno za uwiedzenie córki cesarza Augusta.

Owidiusz był dla mnie imieniem, źródłem tekstów do przekładów. Tutaj przekonuję się ze zdumieniem, że to żyjący dawno temu człowiek. Tak jak wszyscy bohaterowie opowiadań powieści, którzy wydawali się wytworami języka, Rzymie okazują się prawdziwymi ludźmi. Ten budynek odwiedził kiedyś Karol V Habsburg, nocował domu naprzeciwko. Rubens pracował pobliżu, malując obrazy do kościoła Chiesa Nuova. Cesarz Hadrian polecił zbudować Panteon, który stoi vis-à-vis baru, gdzie często chodzę na kawę lub drinka.

Słyszę szuranie. Szczur? Podobno kłębi się od nich Rzymie. może to moje własne kroki. Albo duch Juliusza Cezara może właśnie tędy przechodził, zanim został zasztyletowany? Kto wie, czy to nie tym miejscu wręczono mu rulon notatką zdradzającą zamach. Włożył go między inne dokumenty, żeby przeczytać potem. Ale potem nigdy nie nastąpiło. Zlekceważył wszystkie znaki, jakby chciał umrzeć. Spurinna, etruski haruspik, kapłan zajmujący się wróżeniem wnętrzności zwierząt, ostrzegał Cezara przed niebezpieczeństwem, które miało nastąpić idy marcowe, czyli piętnastego marca. Dzień wcześniej do sali senatu Pompejusza wleciał strzyżyk gałązką laurową dziobie, za nim przyfrunęły inne ptaki, które rozdziobały gałązkę. Sam Juliusz śnił, że unosi się nad chmurami podaje rękę Jupiterowi. Wobec tak pociągającej perspektywy nie przywiązuje się specjalnej wagi do życia ziemskiego. Cezar, kiedy zdał sobie sprawę, że ciosy śmiertelne, ostatnim geście wygładził togę, żeby porządnie wyglądać obliczu śmierci.

Kiedyś, spacerując po Forum, przechodziłam obok posągu Cezara zobaczyłam, że jego stopy okryte kwiatami. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że właśnie wypada piętnasty marca...

Wracam po schodach na górę jeszcze na chwilę przysiadam na tarasie. Józef Jezus znowu zniknęli ciemnościach. Na stole leży maskotka, prezent od Luigiego Pirandella. Składam parasol patrzę na niebo usiane gwiazdami. Po śmierci Juliusza Cezara na nieboskłonie przez siedem dni jaśniała kometa: to dusza wielkiego zdobywcy świata wędrowała do nieba.

Nie widzę duszy Cezara, ale widzę planetę Wenus gwiazdozbiór Kastora Polluksa. Na Forum, kilka ulic dalej, właśnie czyszczą ich świątynie, przygotowują je na rok jubileuszowy.

daleka dobiega szum samochodów. Rzymianie rozpoczynają nocne życie. Zdmuchuję świeczki, zabieram do domu dziwaczną maskotkę od Pirandella, kładę na krześle idę spać.

Na moim tarasie. Fot. Annelies Rigter

Tekst
 
 

Słońce oświetla pomarańczowy mur mojego tarasu.

Patrzę z łóżka, jak kos kąpie się w misce wody. Nastawiam Radio Watykańskie, jedyną stację, która nie nadaje reklam, biorę prysznic w łazience przerobionej z balkonu – dawniej zakonnice obserwowały z niego celebrację mszy świętej.

Kiedy się ubieram, słyszę ostatnią część nabożeństwa po łacinie. Słyszałam już ten język z najróżniejszymi akcentami, bo codziennie mszę odprawia ksiądz innej narodowości.

Potem są wiadomości po włosku, francusku i angielsku. W trzech językach podaje się nie tylko wiadomości ze świata, lecz także informacje o wakacjach papieża w północnych Włoszech.

Najbardziej sensacyjna jest nowina o kradzieży odcisków stóp Chrystusa, marmurowej płyty z kościółka Quo Vadis przechowywanej w kościele Świętego Sebastiana przy via Appia. Według legendy, kiedy apostoł Piotr uciekał z Rzymu przed prześladowaniami chrześcijan, na via Appia ukazał mu się Jezus. Domine, quo vadis? – zapytał Piotr. Romam, iterum crucifigi – brzmiała odpowiedź. Do Rzymu, by mnie ponownie ukrzyżowano.

Piotr stał zdziwiony na drodze, ale odciski stóp Jezusa przekonały go, że to nie był sen. Zawstydzony własnym tchórzostwem, zawrócił do Rzymu, gdzie spotkała go śmierć na krzyżu.

Trwają intensywne poszukiwania płyty.

Moje biurko (po drugiej stronie aniołków).

Wychodzę, żeby napić się kawy i zrobić zakupy. Niebo jest nieskazitelnie błękitne; dopiero wybiła dziesiąta, a już zrobiło się bardzo ciepło. Nigdy nie przestanę zachwycać się pięknem i niezwykłością mojej uliczki. Jest niezbyt długa i raczej wąska, ale stoi tu wiele okazałych palazzi, wszystkie mają imponującą historię. Kupowanie pasty do zębów lub chleba w takim otoczeniu jest przeżyciem.

Po sąsiedzku znajduje się casa del Burcardo. To jeden z nielicznych gotyckich budynków w Rzymie, po wielu latach z fasady wreszcie zdjęto rusztowania. Jest głęboko czerwony i ma kolorowe okna witrażowe, w których stoją skrzynki z kwiatami. W gmachu mieszczą się biblioteka teatralna, muzeum teatru i sekretariat stowarzyszenia pisarzy i wydawców. Muszę się tam niedługo wybrać, żeby zobaczyć rękopisy i autograf dziadka Pirandella. Bibliotekarz opowiadał mi, że kamienicę zbudowano pod koniec piętnastego wieku na zlecenie Johannesa Burckardta, biskupa pochodzącego ze Strasburga, zaufanego wielu papieży, między innymi Aleksandra VI. Strasburg to po łacinie Argentoratum; nazwa placu Largo di Torre Argentina nie ma nic wspólnego z Argentyną, ale odnosi się do zburzonej dawno temu wieży tego budynku.

Rusztowania ustawiono przy Chiesa del Sudario. W kościele tym przechowywano chustę, którą Jezusowi ocierano pot z czoła. Przez długi czas chodziła tam włoska rodzina królewska, Craxi, przywódca partyjny socjalistów i wieloletni premier Włoch, zamknął jednak świątynię przed pielgrzymującymi do niej rojalistami. Z tego, co widać, kościół rozpoczyna nowe życie. Elewację maluje się z zapałem, a Craxi przebywa w bezpiecznej odległości, w tunezyjskim raju, gdzie cieszy się życiem i szasta zdefraudowanymi pieniędzmi.[4]

Trwają prace renowacyjne w budynku naprzeciwko, zaprojektowanym przez Rafaela Palazzo Vidoni. Nocował tutaj Karol V Habsburski. Wyobrażam sobie, jak cesarz przechodził tędy w drodze do kościoła Świętego Juliana, żeby odwiedzić Flamandów. W końcu urodził się w Gandawie.

Kiosk na rogu mojej ulicy, przed nim sąsiadka, była tłumaczka trzech ostatnich papieży.

Sant’ Andrea della Valle, kościół, w którym rozgrywa się jeden z aktów Toski, wydobył się już spod plastikowych zasłon. Zawsze, kiedy spotykam na mojej ulicy listonosza, zaczyna on śpiewać arię z tej opery, a kiedy trafiam na niego przy Teatro di Roma, śpiewa coś z Cyrulika sewilskiego, którego premiera miała miejsce właśnie tutaj.

To, że te kamienice stoją w pobliżu mojej ulicy, jest zupełnym przypadkiem, niemniej każda ulica w Rzymie ma jakąś historię.

Za rogiem, na via del Monte della Farina, znajduje się niewielka drogeria.[5] Ekspedientka Paola rozmawia przez komórkę. Nie pozdrawia mnie tak serdecznie jak zwykle. Często nawet po kupieniu u niej mydła czy szamponu całowała mnie na pożegnanie.

Odkłada telefon i daje mi dwa całusy na powitanie, ale w oczach ma smutek.

– Co słychać?

– Ach – wzdycha głęboko.

– Kłopoty z...?

– Nie ma go już.

– A gdzie jest?

Unosi wzrok, rozumiem, że ma na myśli niebo, chociaż przez wiele lat życzyła szefowi tylko piekła. Kiedy wchodziłam do sklepu, prowadziła mnie do kącika z perfumami, żeby ulżyć swojemu sercu. Narzekała, że dłużej już nie wytrzyma, ten okropny facet wpędzi ją do grobu.

Teraz bardzo przeżywa jego śmierć. Włosi potrafią okazywać uczucia. Razem z chłopakiem, który wyłonił się z magazynu, próbują dalej prowadzić sklep.

Składam jej wyrazy współczucia, życzę wytrwałości i żegnamy się uściskiem.

Idę dalej i odkrywam kolejne źródło jej frustracji. Niepozorne drzwi w starym palazzo okazują się wejściem do supermarketu. Przez wszystkie lata, odkąd tutaj mieszkam, nigdy nie przekroczyłam progu takiego przybytku – również dlatego, że ku mojemu zadowoleniu nie było ich w centrum miasta.

Od pana z kiosku z gazetami dowiaduję się, że właściciele okolicznych sklepików próbowali powstrzymać powstanie tego polipa, ale „firma GS ma doskonałe koneksje w radzie miasta. Niestety, tak to wygląda”.

Zamawiam kawę w barze Poppea[6] na placu del Paradiso. Obsługujący mnie chłopak dokłada starań, żebym uwierzyła, jak bardzo za mną tęsknił.

Picie kawy jest we Włoszech prawdziwym przeżyciem. Kelner z nonszalancką zręcznością obsługuje ekspres, stawia filiżankę, podsuwa cukierniczkę i otwiera pokrywkę. Oczywiście nie należy zapominać o pysznym smaku. Pani obok mnie zamawia cappuccino bez pianki, a jej przyjaciółka caffe macchiato freddo, czyli espresso z kroplą zimnego mleka. Nie ma innego kraju, w którym kawa przybierałaby tyle postaci co we Włoszech. Choćby caffe corretto, „kawa z poprawką”, czyli z odrobiną alkoholu. Najpiękniejsza kawa jest jednak w Neapolu. Pewnego razu, kiedy piłam tam caffe freddo, do środka wszedł zaniedbany mężczyzna i poprosił o caffe sospeso. Barman popatrzył na kartkę – tak, można zamówić. To była „zawieszona kawa”, zapłacona przez jakiegoś anonimowego klienta, który nie miał drobnych i zapłacił więcej albo postanowił zostawić różnicę na cel dobroczynny zamiast napiwku.

Ciekawe, co się dzieje z Pirandellem.

Na ścianach wiszą łacińskie przysłowia, a na drzwiach do toalety napis „Vespasiano”.

W podłogę wmontowano taflę szkła, stoją na niej stolik i dwa krzesła. Na jednym z nich huśta się dziewczynka. Przez szkło można zajrzeć do pomieszczenia z czasów starożytnych. Pytam barmana, czy wie, co tam było.

– Zdaje się, że to garderoba Teatru Pompejusza, ale musisz spytać Pietra, zaraz tu będzie.

Wychodzę na chwilę do Vespasiana. W niszy w ścianie widać smukłą kolumnę z różowego marmuru. Czyżby była częścią kolumnady pod moim mieszkaniem?

Tytus, syn cesarza Wespazjana, zarzucał ojcu, który miał przywrócić porządek w finansach po ekscesach Nerona, że wprowadził podatek nawet od toalet publicznych. Cesarz podsunął mu monetę pod nos i zapytał, czy śmierdzi. „Nie” – odpowiedział Tytus. „A pochodzi z latryny. Pecunia non olet”.

 

– Ta kolumna należała prawdopodobnie do dekoracji sceny z czasów starożytnych – mówi Pietro, który tymczasem przyszedł i pije espresso przy barze. Jest serdecznym, nieco otyłym mężczyzną w średnim wieku. Opowiada, że tylna ściana sceny składała się z trzech pięter podtrzymywanych przez sto pięćdziesiąt kolumn z różowego, zielonego i żółtego marmuru.

– Kolumny w galerii były znacznie większe. Czterdzieści ze wszystkich stu znalazło nowe przeznaczenie. Są tutaj, niedaleko, w watykańskiej Kancelarii Apostolskiej.

– Niezła układanka.

– Można tak powiedzieć. Zauważyłaś, że ta ulica za nami skręca dokładnie po łuku trybun? Chodź, pokażę ci.

Zawsze mnie zadziwia pasja, z jaką Włosi opowiadają o przeszłości.

Na placu jest cicho, upał rośnie z każdą minutą.

– To, co wtedy zabudowano, stoi do dziś, tam, gdzie niczego nie było, dzisiaj też nic nie ma. W piwnicach wszystkich domów w tej okolicy znajdują się mury teatru – mówi z entuzjazmem Pietro. – Wszystko widać doskonale na zdjęciach lotniczych. Ten olbrzymi teatr mógł pomieścić dwadzieścia tysięcy ludzi. Teatrów właściwie nie wolno było budować, szkodziły moralności, ale Pompejusz wymyślił podstęp i nad trybunami umieścił świątynię Venus Victrix, zbudował ją dokładnie w połowie wielkiego półkola, tak że trybuny zdawały się tworzyć schody do świątyni.

Patrzę na wysokie domy przy via di Grotta Pinta układające się w olbrzymi łuk i oczyma wyobraźni widzę, jak zmieniają się w trybuny wypełnione widzami – jest ich dwadzieścia tysięcy – którzy zaśmiewają się z komedii Plauta i Terencjusza albo wzdragają przy masakrze pięciuset lwów, dwudziestu słoni i hordy rysiów, jak to miało miejsce podczas otwarcia teatru w 55 roku przed naszą erą.

Teatr wyłożono marmurem i wszędzie ustawiono posągi. Kiedy Neron przyjmował tu Mitrydatesa, wszystko kazał pokryć złotem. Od góry teatr był otwarty, ale w razie deszczu lub ostrego słońca rozpinano nad nim płótno żaglowe, jak w Koloseum. Zajmowali się tym żeglarze.

– Stoimy teraz mniej więcej na wysokości siódmego stopnia. Starożytny Rzym leży od dwóch do dwunastu metrów poniżej poziomu dzisiejszego miasta. Wylewający Tyber nanosił wciąż nowe warstwy błota, ale do stopniowego podwyższania poziomu ulic przyczyniły się też trzęsienia ziemi i niedbalstwo ludzi, którzy nie uprzątali gruzów.

Pietro gestykuluje zapamiętale i ciągnie dalej:

– Do tysiąc pięćset dwunastego roku pomniki nie należały do nikogo. Każdy mógł z nimi robić, co mu się podobało. Nowe domy budowano z kamieni wyniesionych z Forum i z łaźni. Marmurowe kolumny i posągi wypalano w piecach na wapno. Jeszcze łatwiej było zamieszkać pod sklepieniami teatru. Do dwudziestego wieku ludzie mieszkali pod łukami Teatru Marcellusa, który zachował się do naszych czasów, i to nie pod ziemią. Mieściło się tam też sporo sklepików. Łuki Teatru Pompejusza zabudowano w ten sam sposób.

Na jego twarzy błyszczą kropelki potu.

– Pomniki przeszłości, takie jak Koloseum czy Kapitol, stały się własnością bogatych rodzin. Nawiasem mówiąc, górna część Teatru Marcellusa jeszcze dziś należy do rodziny Orsinich. Typowo włoska sytuacja: ziemia, na której stoi teatr, należy do państwa, dolna część teatru należy do miasta, a górna jest własnością prywatną. Budynek przecieka, przez co niszczeją dolne części teatru, ale rodzina nie chce umożliwić dostępu do wyższego piętra. Miasto patrzy bezsilnie, jak teatr w szybkim tempie popada w ruinę.

Spoglądam znowu na domy w półkolu. Chętnie zobaczyłabym te piwnice.

– Jadłaś kiedyś w Da Pancrazio?

– Nie.

– To za rogiem. Siedzi się tam pośród murów teatru, a właściwie na miejscu świątyni Wenus. Znasz ten dziwny, wystający budynek przy Campo de’ Fiori, obok kina, Palazzo Orsini Pio Righetti? Odwzorowuje dokładnie kontury świątyni sprzed dwóch tysięcy lat.

– Od lat kupuję tam warzywa, owoce i kwiaty i nic o tym nie wiedziałam.

– Życia nie wystarczy, żeby to wszystko poznać. Rzym jest jak morze. Im dalej, tym głębiej.

Musi wracać do baru.

– Scusa[7], że przeszkodziłam ci w pracy.

– Ależ było mi bardzo miło. Chętnie o tym rozmawiam. Wejdź jeszcze do tamtego hotelu. Sala śniadaniowa znajduje się w części starego teatru.

– Pójdę dzisiaj na obiad do Da Pancrazio.

– Przyjdź opowiedzieć, czego się dowiedziałaś.

 

Pietro wraca do pracy, a ja idę do hotelu Teatro di Pompeo. Portier tłumaczy Amerykanom uroczym angielskim z włoskim akcentem, jak znaleźć fontannę di Trevi i gdzie można kupić dobry aparat fotograficzny.

Hol jest nieduży i prosty. Szerokie schody prowadzą na dół, ale nie zapalono światła, więc patrzę w ciemność. W momencie, gdy portier chce zwrócić się do mnie, następna para Amerykanów potrzebuje jego rady.

Kiedy i oni sobie idą, pyta, jak może mi pomóc. Mówię, że chcę lepiej poznać dzielnicę, w której mieszkam już od dziesięciu lat.

– Pana sąsiad z naprzeciwka powiedział mi, że znajdują się tu pozostałości Teatru Pompejusza.

– Zgadza się – odpowiada trochę zmęczonym głosem. Ma kruczoczarne włosy, ciemną skórę i jeszcze ciemniejsze oczy.

W milczeniu schodzi po schodach i włącza światło.

Stoję w dużym pomieszczeniu o łukowym sklepieniu. Stoliki są już nakryte do śniadania.

Mężczyzna wraca na górę bez słowa. Przechadzam się po sali. Ściany zbudowano w technice opus reticulatum (układ sieciowy), z kwadratowych cegieł ułożonych skośnie, w romby. Do czego służyło to pomieszczenie? W którym miejscu teatru się znajduję? Dlaczego ten chłopak nie chce mi tego wytłumaczyć? Jest tak mało rozmowny, bo nic na mnie nie zarobi i tylko straci czas? Może mu zaproponuję jakąś sumę, ale co, jeśli się obrazi?

Stoi teraz na szczycie schodów i rozmawia z dwiema Francuzkami. Kiedy wychodzą, znowu trochę niechętnie do mnie schodzi.

Przy fontannie Trevi: jedna moneta wystarczyła, żebym wróciła do Rzymu na zawsze.

Prawdopodobnie był to hol teatru, ale nie wie tego dokładnie. Lub jedno z wejść.

– Nic nie wiedziałam o tym ukrytym świecie – mówię przyjaznym głosem, ale nie za przyjaznym, bo ten facet chyba nie lubi lizusostwa.

– Starożytny Rzym nie zniknął, jesteśmy nad nim. Kilka lat temu mój znajomy i jego żona zapadli się wraz z samochodem pod ziemię pośrodku ulicy na starym mieście.

– Jak to?

– Pękła nawierzchnia i spadli kilka metrów niżej. Żeby ich wydostać, ratownicy musieli ciąć samochód. Na szczęście oboje przeżyli. Znaleźli się w swoim fiacie pośrodku willi z czasów starożytnych. Nazywa się teraz Villa Bellezza. To było spektakularne odkrycie.

Wydaje mi się, że się trochę rozluźnił.

– Widzi pani te drzwi? Za nimi znajduje się kilkusetmetrowy tunel wychodzący na plac Largo di Torre Argentina.

Patrzę na brązowe drzwi na końcu sali.

– Co chwila jakaś kocia głowa wyłania się zza rogu. Koty z kociego forum spacerują sobie podziemnym korytarzem po starożytnym bruku, może widzą po drodze jakieś kolumny albo freski. Zaglądają do nas, żeby zobaczyć, czy nie ma tu czegoś do jedzenia.

– Można wejść do tego tunelu?

– Dawniej było to możliwe, ale teraz zabroniono ze względu na niebezpieczeństwo zawalenia.

Dzwoni telefon. Mój rozmówca przeprasza, ale musi iść.

Zastanawiam się przez chwilę: a może by tak spróbować? Wyłączam jednak światło i wracam na górę.

Stoję w drzwiach i patrzę na plac drżący w upale. Żeby tak zechciał się otworzyć i pokazać, co leży pod spodem.

Przychodzi portier.

– Co za miasto – mówię.

– Tak, ale czasy jego świetności mijają.

– Pochodzi pan z Rzymu?

– Na szczęście nie.

Czekam, żeby powiedział, skąd jest, ale on milczy. Pewnie przyjechał z dalekiego południa.

– Pracuję tu od sześćdziesiątego czwartego roku.

Telefon.

– Duży ruch dzisiaj – mówię, kiedy wraca.

– To wszystko wina tego Polaka.

Patrzę na niego pytająco.

– Ten Rok Jubileuszowy. Tylko po to, żeby Kościół się wzbogacił. Papieże są jak rzymscy cesarze. Szkoda, że ten Turek chybił. Co za ciamajda. Nie trafić z czterech metrów. Przedszkolak z Kalabrii od razu by go załatwił.

Przyglądam mu się. A więc stąd te ciemne oczy, spojrzenie kalabryjskiej mafii – ‘Ndranghety.

– Kościół to banda oszustów.

– Ale istota chrześcijaństwa zawiera w sobie coś ważnego... – odzywam się ostrożnie.

– Niby co takiego? – pyta. W jego oczach pojawiają się błyski.

– Dobrze jest próbować miłować bliźniego?

– Pewnie, wroga też. Największa bzdura, jaką słyszałem. Nadstawić drugi policzek, jak cię w pierwszy uderzą. Skąd oni to wzięli? Czcza gadanina, żeby ludzi trzymać w garści, żeby się nie bronili i nie buntowali. Pamiętam, jak przyszedł do nas kiedyś ksiądz, młody jeszcze, i paternalistycznym tonem wygłosił: „Jestem pasterzem, a wy moimi owieczkami”. Pasterz i owieczki. Wolne żarty. Nie jestem żadną owieczką, co najwyżej rosłym baranem, a jeśli ktoś chce być owieczką... – Uśmiecha się. – Kiedy tu zamieszkałem, nie ruszałem się na krok bez noża. Kalabryjczycy bywają agresywni. Ale to z konieczności. Są biedni. W Rzymie wszyscy ich atakują i wykorzystują. Muszą się bronić. Po co ludzie z północy się wtrącają? Zawsze patrzyliśmy na Rzym z nienawiścią, na Neapol zresztą też. To inne światy. W Kalabrii, jak komuś sodówa uderzy do głowy, od razu sprowadzamy go na ziemię: „Zdaje ci się, że kim ty jesteś? Fumarem?”. To był piemoncki generał, który kazał rozstrzelać szesnastu Kalabryjczyków za kradzież kilku kur. A inny Piemontczyk, generał Dalla Chiesa, myślał, głupek, że uda mu się pokonać mafię. W imieniu Rzymu śmiał pouczać Sycylijczyków, jak się do tego zabrać! Nie wytrzymał długo.

Włochy nie stanowią jedności i nigdy nie będą stanowić.

– Ten cały katolicyzm bierze się ze strachu przed śmiercią. Ja tam wolę pogaństwo. Mniejsza hipokryzja. Za życia się żyje, a śmierć to naturalny koniec. Kościół zatruwa ci życie, nabiera na gadki o raju po śmierci, o śpiewach aniołów na zielonych łąkach.

Kiedy znowu dzwoni telefon, mówię, że wzywają mnie obowiązki.

– Przyjdź jeszcze kiedyś, to sobie pogadamy – mówi portier i widzę ślad uśmiechu na jego twarzy. Ściskamy sobie ręce na pożegnanie.

 

– Buonasera, signorina. Jest pani sama? – pyta starszy wiekiem kelner restauracji Da Pancrazio.

Kiwam głową, że tak.

– Jak to możliwe?

– No cóż, na szczęście spotykam pana.

Włosi to urodzeni podrywacze i flirciarze. Zawsze mnie to bawi. Z przyjemnością uczestniczę w tej grze. Nigdy nie są agresywni.

Kelner wskazuje stolik w rogu tarasu z pięknym widokiem na Campo de’ Fiori.

– Podobno znajdują się tu pozostałości Teatru Pompejusza?

– Zapraszam do środka. Pójdę przed panią, signorina.

Duża restauracja jest pusta, wszyscy siedzą na tarasie.

Kręte schody prowadzą na dół.

Na ścianie wisi akwaforta Piranesiego przedstawiająca ruiny Teatru Pompejusza. Obok umieszczono obraz ze sceną śmierci Juliusza Cezara. W niszy stoi popiersie człowieka o męskich, ostrych rysach.

– To Pompejusz?

– Tak jakby.

– Czy to głowa tego sławnego posągu?