W rytmie serca  - Mary Lynn Baxter - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W rytmie serca - Mary Lynn Baxter

Kasey Ellis jest świadkiem morderstwa. Ginie jej przyjaciółka i wspólniczka, z którą prowadziły agencję reklamową. Kasey nie jest w stanie zidentyfikować zabójcy, lecz obawia się, że morderca ją widział. Jej życiu zagraża niebezpieczeństwo. Musi jednak spróbować o tym zapomnieć i ratować firmę. Otrzymuje nowe zlecenie od Tannera Harta... Tanner, niegdyś buntownik, a obecnie kandydat na senatora, wynajmuje agencję Kasey do prowadzenia kampanii wyborczej. Kasey dwadzieścia lat temu spędziła w ramionach Tannera upojną noc. Syna, którego wówczas poczęli, wychował inny mężczyzna, traktując go jak własne dziecko. Powrót Tannera budzi emocje, które tak naprawdę nigdy nie wygasły. W miarę jak wokół Tannera narasta medialna wrzawa, Kasey coraz bardziej obawia się o własne bezpieczeństwo. Boi się także, że jej długo skrywany sekret wyjdzie na jaw.

Opinie o ebooku W rytmie serca - Mary Lynn Baxter

Fragment ebooka W rytmie serca - Mary Lynn Baxter








Mary Lynn Baxter

W rytmie serca

Przełożyła: Izabela Romanowska

Harlequin


Tytuł oryginału: Pulse Points

Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2003

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Korekta: Ewa Popławska












© 2003 by Mary Lynn Baxter

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.


Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.


Znak firmowy MIRA jest zastrzeżony.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4


Skład i łamanie: COMPTEXT ®, Warszawa


Druk: ABEDIK


ISBN 978-83-238-5098-4

Konwersja: Nexto Digital Services




ROZDZIAŁ PIERWSZY




Tego wieczoru podziemny parking wydawał się jeszcze bardziej ponury i mroczny niż zazwyczaj. Kasey Ellis zatrzymała się i z ulgą rozpięła żakiet. Czuła, jak pot spływa jej po plecach, ale też tegoroczny lipiec był wyjątkowo parny. Rzadko kiedy wychodziła z biura o tak późnej porze, chociaż jedynym wymiernym efektem jej wielogodzinnej pracy był potworny ból głowy. Uznała, że z powodu złego samopoczucia popada w lekką paranoję. Cóż, podziemny garaż wyglądał jak zawsze. Po prostu była przeczulona. Pokręciła głową i ruszyła do swojej toyoty. Kiedy włożyła klucz do zamka, usłyszała niepokojący dźwięk.

Cichy trzask, bardzo podobny do wystrzału.

Co za bzdura, zmitygowała się. Nadmiar pracy i upał doprowadzą mnie kiedyś do obłędu, pomyślała. Mimo to na chwilę zamarła w bezruchu, uważnie nasłuchując. Ponownie usłyszała ten dźwięk. Odwróciła się powoli.

Widziała całą scenę jasno i wyraźnie, ale i tak miała wrażenie, że śni.

Stojący w cieniu mężczyzna celował z pistoletu do jakiejś kobiety. Przerażona, oniemiała ze zgrozy Kasey bezsilnie patrzyła, jak napastnik oddaje strzał. Trafiona kobieta padła bezwładnie na cementową podłogę, zupełnie jak marionetka porzucona przez znudzonego lalkarza.

Kasey wiedziała, że powinna jakoś zareagować, coś zrobić, tymczasem stała jak zamurowana. Po chwili usłyszała kolejny dziwny dźwięk. Uświadomienie sobie, że wydobywa się z jej gardła, zajęło jej trochę czasu. Wraz z nasilającym się atakiem histerii, jej krzyk stawał się coraz głośniejszy.

Zamknęła oczy w płonnej nadziei, że zaraz przebudzi się z tego koszmaru, lecz kiedy uniosła powieki, martwe ciało wciąż leżało na cementowej podłodze.

Napastnik zniknął.

– Na litość boską, zrób coś! – krzyknęła Kasey bezgłośnie. Próbowała rozproszyć mgłę, która spowijała jej umysł, lecz bezskutecznie.

Jakimś cudem udało jej się jednak zmusić oporne mięśnie do ruchu. Owiele później doszła do wniosku, że było to wyłącznie zasługą potężnego zastrzyku adrenaliny. Tylko dlatego podbiegła do ofiary i uklękła obok.

– Och mój Boże! – krzyknęła.

Zrobiło jej się niedobrze. Myśli zaczęły pędzić jak oszalałe. Uniosła głowę i zaczerpnęła kilka głębokich, uspokajających oddechów. Modliła się, by to wszystko okazało się tylko snem, jednak kiedy ponownie spojrzała w dół, ujrzała ten sam przerażający obraz. Jej wspólniczka, Shirley Parker, leżała na cementowej podłodze. Martwa. Kasey wyraźnie poczuła przyprawiający o mdłości zapach krwi.

Znowu poczuła się słabo, ale kilkoma oddechami udało jej się uspokoić żołądek. Nie dotykając Shirley, pobiegła po komórkę i zadzwoniła pod 911.

– Pośpieszcie się, bardzo proszę – mamrotała niewyraźnie.

Na posterunku policji było bardzo zimno, a może to szok sprawił, że Kasey cały czas szczękała zębami. Ze wszystkich sił próbowała się opanować, ale nie była w stanie. Miała wrażenie, że jej świat rozpadł się jak bańka mydlana.

– Może przynieść pani filiżankę gorącej kawy?

A niby skąd wziąłby inną? – pomyślała półprzytomnie, czując, że zbliża się kolejny napad histerii. Kurczowo zacisnęła dłonie. Przeczuwała, że za chwilę kompletnie się rozklei.

Już nigdy nie zapomni bezładnego, skrwawionego ciała Shirley.

Ponownie wstrząsnął nią dreszcz. Gdy czekała w garażu na przyjazd policji, usiadła przy przyjaciółce. Kosztowało ją to dużo wysiłku, bo najchętniej wskoczyłaby w samochód, pojechała prosto do domu, pozamykała drzwi na wszystkie zamki i schowała się pod kołdrę. Może nawet udałoby się jej wmówić sobie, że padła ofiarą przywidzenia. Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego stamtąd nie uciekła. Być może nie chciała zostawiać Shirley, poza tym zawsze uważała, że należy podstępować właściwie. Policja już była w drodze, a ona była jedynym świadkiem zbrodni.

Zastanawiała się, czy zabójca wróci, choć nie miała pewności, czy w ogóle ją zauważył.

A jeżeli tak?

– Proszę to wypić, na pewno poczuje się pani lepiej.

Kasey skinieniem głowy podziękowała detektywowi Richardowi Gallainowi. Choć nadal była w głębokim szoku, policjant przyciągał jej wzrok. Z wyglądu przypominał buldoga. Miał niemal okrągłe oczy, bardzo wydatne usta, potężną szczękę. Nie był przystojny, ale emanowały z niego pewność siebie i siła. Zresztą nie trzeba być przystojniakiem, by wsadzać bandytów za kratki. Wystarczy upór i inteligencja.

Gdy przyjechał do podziemnego garażu, natychmiast zajął się Kasey. Zapytał o jej samopoczucie, a potem poprosił, by dokładnie opowiedziała, co się stało. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest w stanie podać mu bardzo dokładny opis zdarzenia.

Gdy przyjechali technicy, Gallain zaproponował, by zakończyli przesłuchanie na posterunku.

W oczekiwaniu na rozmowę, Kasey popijała kawę, która jednak nie wywarła tym razem zbawiennego wpływu na jej roztrzęsione nerwy. Co więcej, kofeina podrażniła jej żołądek, który zaczął się buntować. Kasey z rezygnacją pokręciła głową, odstawiła kubek i mocno zacisnęła dłonie.

– Proszę się uspokoić, pani Ellis. Już nic pani nie grozi. Jesteśmy tu po to, by pani pomóc.

Tubalny głos Gallaina współgrał z jego potężną sylwetką. Mówił spokojnym tonem, ale z wyraźną nutką zniecierpliwienia. Pewnie nie może się do czekać, kiedy zasypie mnie gradem pytań, domyśliła się Kasey. Na szczęście jest na tyle spostrzegawczy, by wiedzieć, że jeszcze nie jestem zdolna do żadnej sensownej odpowiedzi.

– Czy już może pani rozmawiać? – zapytał, zupełnie jakby czytał w jej myślach. – Nie chciałbym na panią zbytnio naciskać... – Znacząco zawiesił głos.

Zrozumiała, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. Nie chciał jej naciskać? Dobre sobie. Jeszcze chwila, a zacznie na nią warczeć. Może nawet wysili się na jakiś kiepski dowcip.  Nie, dzisiaj by tego nie zniosła. Była świadkiem morderstwa, w dodatku dobrze znała i lubiła ofiarę.

Wiele by dała, by pozbyć się obrazu bezwładnego ciała Shirley. Im dłużej patrzyła w inteligentne oczy Gallaina, tym wyraźniejsze stawało się koszmarne wspomnienie.

Aż zamrugała ze zdziwienia, gdy do pokoju wszedł kolejny detektyw. Wysoki mężczyzna o łagodnym wyrazie twarzy oparł się o framugę drzwi i skinął Kasey głową.

– Pani Ellis.

Po krótkiej chwili Kasey ponownie skierowała wzrok na Gallaina.

– Bardzo przepraszam, to wszystko jest takie...

W małej przestrzeni pokoju jej słowa zabrzmiały dziwnie głucho. Choć wokół rozlegał się gwar rozmów i dzwoniły telefony, świadomość Kasey nie rejestrowała tych dźwięków.

– A więc uważa pani, że zabójca pani nie widział – powiedział Gallain.

– Tak uważam, chociaż nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności – odparła drżącym głosem.

– No dobrze, a czy pani go dokładnie widziała? – Detektyw nie spuszczał z niej uważnego spojrzenia.

– Tak, ale właściwie to nie.

Gallain zacisnął mocniej szczęki.

– Jest pani pewna?

– Tak. Potrafię tylko powiedzieć, że to był mężczyzna.

– A w co był ubrany? – Kiedy nie odpowiedziała, Gallain mówił dalej: – Przecież musiała pani coś zauważyć. Jaką miał koszulę, jakiego koloru spodnie, cokolwiek.

– Nie, naprawdę nie, przykro mi – szepnęła sfrustrowana. – Wszystko wydarzyło się tak szybko.

Przez chwilę Gallain patrzył na nią z niedowierzaniem. Być może właśnie pod wpływem tego wzroku udało się jej wziąć w garść. Śmiało odwzajemniła jego spojrzenie.

Zafrasowany podrapał się po brodzie, a później po karku, i kiedy odezwał się ponownie, jego głos brzmiał znacznie łagodniej:

– Niech pani posłucha. Wiem, że jest pani trudno, ale jest pani naszym jedynym świadkiem.

– Czy pan uważa, że nie chcę wam pomóc? – Delikatnie rozmasowała pulsujące bólem skronie. – Naprawdę próbuję sobie jak najwięcej przypomnieć. Mój Boże, widziałam tylko tyle, że jakiś facet zabił moją przyjaciółkę – powiedziała nienaturalnie wysokim głosem.

– Może powinniśmy dać pani trochę więcej czasu, Gallain – powiedział drugi detektyw.

Zanim Gallain zdołał odpowiedzieć, jego kolega usiadł na brzegu biurka i rzekł z uśmiechem:

– Nazywam się Hal Spiller. Przykro mi, że straciła pani przyjaciółkę, pani Ellis.

– Mnie też jest przykro – szepnęła.

– Jak daleko pani stała? – spytał Gallain, w którego wstąpiły nowe siły.

– Nie jestem pewna.

– To bardzo ważne – naciskał Gallain, nie bacząc na ostrzegawczy wzrok Spillera. – Muszę poznać więcej szczegółów.

– No, mniej więcej kilka metrów. – Gdy zdesperowany Gallain nerwowo przeczesał włosy i westchnął ciężko, dodała zdenerwowana: – Niech pan posłucha, mogę mówić tylko o tym, czego jestem pewna, prawda?

– Oczywiście – poparł ją Spiller, patrząc wymownie na kolegę.

– W porządku. – Gallain wzruszył ramionami. – Na razie to musi mi wystarczyć. Jednak kiedy już pani otrząśnie się z szoku, chciałbym z panią porozmawiać o zabójcy. Idę o zakład, że zauważyła pani więcej, niż się pani wydaje.

– Oby pan miał rację. Mnie również zależy na rozwiązaniu tej sprawy.

– W takim razie porozmawiajmy o Shirley Parker. Jak pani myśli, dlaczego stała się celem ataku?

– Nie mam pojęcia. Spotykałyśmy się jedynie na gruncie zawodowym.

– Zaraz, przecież pani twierdziła, że byłyście przyjaciółkami – zirytował się.

Kasey miała ochotę go ofuknąć i poprosić, by zachowywał się grzeczniej. Spokojnie, on tylko wykonuje swoją pracę, pomyślała. Chce znaleźć zabójcę Shirley. To wielce chwalebne, lecz nie pochwalała jego metod śledczych.

– Tak, byłyśmy przyjaciółkami, ale nie takimi od serca, jeśli pan rozumie, o co mi chodzi. Shirley była ode mnie o kilka lat starsza, to ona wciągnęła mnie do biznesu i wszystkiego nauczyła. Później na dość długo nasze drogi się rozeszły, aż pewnego dnia zadzwoniła do mnie i złożyła propozycję nie do odrzucenia.

– Nie rozmawiałyście na tematy prywatne? – z niedowierzaniem spytał Gallain.

– Raczej nie.

– Przecież chodziłyście razem na lunche i kolacje. Nie prowadziłyście babskich pogaduszek? Nie opowiadała pani o swoim partnerze życiowym?

– Nawet nie wiem, czy z kimś się spotykała, i nigdy jej o to nie pytałam.

Zmrużył oczy, patrząc na nią badawczo. Wreszcie westchnął z rezygnacją.

– To o czym rozmawiałyście?

– Opracy.

– Oile wiem, firma miała kłopoty finansowe.

Jest szybki, pomyślała z uznaniem.

– Pana informacje są prawdziwe, walczyłyśmy o przetrwanie.

– Czy Shirley Parker powiedziała pani, skąd się wzięły te problemy?

– Nie.

– Czy pani ją o to w ogóle pytała?

– Oczywiście, ale powiedziała, żebym się nie martwiła, bo ona o wszystko zadba.

– Czy pani jej uwierzyła?

– Na początku tak, później zaczęłam mieć wątpliwości. – Kasey nerwowo przygryzła wargę. – Niestety nie zdążyłam z nią o tym porozmawiać...

– A co wynika z ksiąg rachunkowych?

– Nie udało mi się ustalić, gdzie się podziały pieniądze. – Kasey zawahała się. – Nikt w firmie nie ma pojęcia o kłopotach finansowych.

– Pani przyjaciółka, jak widać, miała wiele sekretów. – Gallain stanął obok biurka.

– Czy coś udało się już wam ustalić? – spytała Kasey.

– Niewiele. Przetrząsnęliśmy dokładnie jej dom, ale nie znaleźliśmy nic ciekawego. Pani jest najważniejszym świadkiem. To nie jest nasze ostatnie spotkanie. – Gdy Kasey nie odpowiedziała, Gallain spojrzał na partnera. – Oczywiście przydzielimy pani ochronę. Detektyw Spiller będzie dyskretnie obserwował pani dom i miejsce pracy.

– Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak zabójca mnie widział... – szepnęła drżącym głosem.

– Otóż to.

W pokoju przesłuchań znów zaległa ciężka cisza, którą przerwało dopiero pokasływanie Spillera. Kasey wstała i ruszyła szybko do wyjścia, jednak Gallain zdążył chwycić ją za ramię.

– Czy pani dobrze się czuje?

Jeszcze przed chwilą pokój wirował jej przed oczyma, teraz wszystko się uspokoiło.

– Nic mi nie będzie – skłamała w miarę gładko, choć dobrze wiedziała, że nigdy nie zapomni tego, co stało się dzisiaj.

– Detektyw Spiller odwiezie panią do domu, a później odstawi pani samochód. Wkrótce do pani zadzwonię.

Tylko nie to, jęknęła Kasey w duchu. Marzyła, by skończyło się na tym jednym przesłuchaniu, jednak wyglądało na to, że to nie koniec, ale dopiero początek żmudnego śledztwa.



ROZDZIAŁ DRUGI




Była skrajnie wyczerpana, wiedziała jednak, że nie ma sensu kłaść się do łóżka, bo i tak nie zaśnie. Po gorącej kąpieli, która jeszcze bardziej ją ożywiła, zrobiła sobie filiżankę czekolady i usiadła na sofie w sypialni.

Miło byłoby przymknąć oczy i odetchnąć, jednak zbyt bała się obrazów, które natychmiast pojawiłyby się pod powiekami. Czy kiedykolwiek zapomni o popielatoszarej twarzy Shirley? Mało prawdopodobne.

Kasey przygryzła wargę i spojrzała na drzwi balkonowe. To Shirley namówiła ją na wynajęcie tego mieszkania, usytuowanego przy pięknym starym parku.

Nie była przekonana do tego pomysłu. Po pierwsze marzyła o wynajęciu lub kupnie małego domku, niestety nie mogła sobie na to pozwolić. Po drugie nie chciała mieszkać na trzecim piętrze, bo miała niegroźny lęk wysokości. Kiedy wychodziła na swój maleńki balkon, kurczowo trzymała się barierki.

Jednak teraz była zadowolona z tego mieszkania, bo trzecie piętro dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Gdyby ktoś zdecydował się... Kasey zadrżała i choć noc była ciepła, sięgnęła po koc. I znów utkwiła wzrok w drzwiach balkonowych, na próżno walcząc z coraz bardziej przerażającymi wizjami.

Na duchu podtrzymywała ją tylko myśl, że nie jest tak zupełnie sama, bo gdzieś tam, w ciemności, krążył Spiller.

– Proszę spokojnie wypoczywać, pani Ellis. Dopilnuję, żeby pani była bezpieczna – pożegnał się z nią przy drzwiach mieszkania.

– Właśnie na to liczę – odparła, zdobywając się na uśmiech.

– Gdyby pani czegoś potrzebowała albo gdyby panią coś zaniepokoiło, proszę dzwonić na moją komórkę. – Podał jej kartkę z zapisanym numerem.

– Wszystko będzie w porządku – powiedziała, ale sama usłyszała, że zabrzmiało to niezbyt przekonująco.

– Proszę się nie przejmować Gallainem. Nie zawsze jest taki niesympatyczny.

– Czyżby?

– Właściwie to trudno powiedzieć – przyznał z uśmiechem.

– Proszę się o mnie nie martwić, poradzę sobie nawet z detektywem Gallainem. Nie będę składała naciąganych zeznań tylko po to, by go zadowolić.

– Naszym priorytetem jest pani bezpieczeństwo – powiedział trochę niepewnie, jakby zdradzał jej wielką tajemnicę.

Jego nienaganne maniery i miły charakter wywarły na niej wrażenie. Pożałowała, że to nie on prowadzi śledztwo. Nigdy przedtem nie była przesłuchiwana przez policję. Cóż, dzisiejszej rozmowy na posterunku również nigdy nie zapomni. To kolejne przykre przeżycie do kolekcji jej koszmarów.

Pomimo obecności Spillera, wciąż nie mogła się uspokoić. Chyba po raz pierwszy nie czuła się bezpiecznie we własnym domu. Była świadkiem brutalnego morderstwa, straciła wspólniczkę i przyjaciółkę. Poczuła, jak po policzku spływają jej gorące łzy.

Miała nadzieję, że Shirley nie cierpiała. Może nawet nie wiedziała, co się dzieje. Kasey podciągnęła koc pod samą brodę i po raz kolejny spróbowała skierować myśli na inne tory.

Bezskutecznie.

Czy zabójca ją widział?

Nie, niemożliwe. Na pewno nawet nie zauważył jej obecności.

A jeżeli jednak tak?

Ta myśl nie dawała jej spokoju. Jeśli ją widział, będzie chciał się pozbyć niewygodnego świadka. Przebiegł ją zimny dreszcz.

Gallain musiał dojść do tego samego wniosku, bo w przeciwnym wypadku nie przydzieliłby jej ochrony. Na razie nic się nie działo. Była chyba bezpieczna w zaciszu domu. Przebiegła wzrokiem po wnętrzu, po tych wszystkich tak dobrze znanych drobiazgach. Powinna posprzątać,ale nagletakieprozaiczne czynności wydały się jej niewarte zachodu. Jednak jutro będzie musiała wyjść ze swojego azylu i zmierzyć się z rzeczywistością. Śmierć Shirley już na zawsze odmieni jej życie.

Sięgnęła po pilota i włączyła telewizję. Chciała posłuchać wiadomości, bo lokalna stacja z pewnością wspomni o morderstwie. Będą się też o tym rozpisywać miejscowe gazety. Zaczną się spekulacje i plotki, tysiące domysłów i hipotez.

Choć w położonym na wschodzie Teksasu Rushmore mieszkało ponad sto tysięcy ludzi, panowała tu małomiasteczkowa atmosfera.

Kasey skoncentrowała się na wiadomościach. Mówiono o morderstwie, nie szczędząc widzom drastycznych szczegółów. Jak wynikało z relacji, nie było innych świadków zdarzenia. Jak pech, to pech.

Choć szczerze mówiąc, właśnie tego się spodziewała. Dobrze wiedziała, że oprócz niej, Shirley i mordercy nikogo innego nie było w garażu. Kim był zabójca? Czy nienawidził Shirley aż tak bardzo, że musiał ją zabić? Dlaczego? Czy jej śmierć miała związek z firmą? A może zginęła z ręki zazdrosnego kochanka?

Jakiś czas temu Shirley zwierzyłaby się jej z kłopotów, jednak ostatnio ich przyjaźń wyraźnie osłabła. Dwa lata temu zmarł Mark, mąż Kasey. Pracowała wtedy w agencji reklamowej w Dallas. Ceniła sobie panującą tam atmosferę, jednak powoli zaczynała się dusić. Zarabiała zbyt mało, nie miała szans rozwijać się. Wtedy po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna otworzyć własnej firmy.

Właśnie wtedy Shirley skontaktowała się z nią i zaproponowała pracę w swojej agencji oraz udziały. Kasey chętnie wróciła do Rushmore, miejsca swojego urodzenia. Marzyła o zmianie życia i z entuzjazmem podjęła nowe wyzwanie.

– Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszyła twoja propozycja. To wiele dla mnie znaczy. Nie wiem, czy zasłużyłam sobie na taką szansę. Jestem w branży dopiero od dwóch lat i nie mam zbyt wielkiego doświadczenia – powiedziała Kasey, gdy usłyszała ofertę Shirley.

– Nie bądź taka skromna...

– Poza tym nie mam za co kupić udziałów – przerwała jej Kasey. Zawahała się na chwilę. Chciała wyznać przyjaciółce prawdę, ale była zbyt dumna, by wyjawić wszystkie bolesne szczegóły.

Mark musiał być świetnym aktorem, skoro dopiero po jego śmierci przekonała się, że są na skraju bankructwa. Przez dwa lata spłacała kredyty, oglądała kilka razy każdy cent, oszczędzała prawie na wszystkim. Wyszła z kłopotów, ale nie czuła się na siłach, by ponownie stoczyć taką bitwę.

– Nie martw się, coś wymyślimy – uspokoiła ją Shirley. – Potrzebuję twojej pomocy. Agencja bardzo się rozrosła, nie jestem w stanie sama nią zarządzać. Zależy mi na kimś, komu mogę bezgranicznie zaufać. Od razu pomyślałam o tobie.

– Te słowa mile połechtały moją dumę, jednak nie mam pewności, czy jestem odpowiednią osobą. Poza tym...

– Daj spokój, znam cię bardzo długo i wiem, ile jesteś warta.

Rzeczywiście, to Shirley wprowadziła ją w świat reklamy. Kasey zaczęła u niej pracować jeszcze podczas studiów w college’u. Zaprzyjaźniły się, pomimo dzielącej ich różnicy lat. Później każda poszła swoją drogą, lecz Kasey zawsze z sentymentem wspominała swoją przyjaciółkę i mentorkę.

Shirley nalegała, by przed podjęciem ostatecznej decyzji Kasey przyjechała do Rushmore i zapoznała się z działalnością firmy. Posłuchała jej, a to, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Sukces Shirley rzucił ją na kolana, ale cóż, całkowicie poświęciła się pracy, nigdy nie założyła rodziny.

– No dobrze, a teraz, gdy już wszystko obejrzałaś, czy przyjmiesz moją ofertę? – zapytała ją Shirley, gdy popijały kawę.

Nie odpowiedziała od razu. Dyskretnie przypatrywała się przyjaciółce. Lata obeszły się z nią łaskawie. Miała pięćdziesiąt dwa lata, ale każdy dałby jej o dziesięć mniej. Ciemne, pozbawione siwizny włosy były modnie przystrzyżone, orzechowe oczy skrzyły się inteligencją. Elegancki kostium, zapewne od modnego projektanta, podkreślał smukłość sylwetki. Ciekawe, dlaczego tak atrakcyjna kobieta nigdy nie wyszła za mąż?

– No to jaką podjęłaś decyzję? – nalegała Shirley.

– Szczerze mówiąc, jestem trochę oszołomiona tym, co zobaczyłam. Sama nie wiem, co robić.

Bogactwo i prestiż agencji onieśmielały Kasey. Firma mieściła się w eleganckim biurowcu, zatrudniała wysokiej klasy specjalistów, była powszechnie znana i ceniona. Kasey bała się, że nie sprosta wyzwaniu.

Shirley musiała wyczuć jej wahanie, bo zaśmiała się.

– Nie panikuj, świetnie się sprawdzisz. Wykorzystaj szansę.

Posłuchała jej. Później wszystko przebiegło w szalonym tempie: przeprowadzka, wchodzenie w nowe obowiązki, ogromna odpowiedzialność. Teraz, po pół roku pobytu w Rushmore, Kasey trochę żałowała decyzji. Postawiła wszystko na jedną kartę, bo chciała uwierzyć w bajkę, jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły być prawdziwe.

Tak jak powiedziała Gallainowi, wierzyła, że Shirley wyciągnie agencję z kłopotów. Nie miała powodu, by wątpić w te zapewnienia.

Teraz po raz kolejny poczuła się zdradzona i oszukana przez kogoś, komu bezgranicznie zaufała. Od dawna wahała się, czy nie złożyć wymówienia, jednak śmierć Shirley spowodowała, że Kasey nie miała już wyboru. Musiała zamknąć podupadającą agencję i poszukać nowej pracy.

Ponownie wstrząsnął nią dreszcz. To, co zapowiadało się jako spełnienie najśmielszych snów, okazało się koszmarem.

Gdy zadzwonił telefon, zamrugała gwałtownie, lecz kiedy zobaczyła na wyświetlaczu, kto dzwoni, od razu poprawił się jej nastrój. To był jej syn, Brock, który studiował na uniwersytecie w Waco.

– Cześć, kochanie, jak miło, że dzwonisz – przywitała go drżącym głosem.

– Mamo, co się dzieje? Jesteś chora?

Nie powinna przed nim udawać. Po śmierci ojca Brock szybko dojrzał. Był bardzo odpowiedzialny jak na swój wiek. Zawsze się o nią troszczył i doskonale wyczuwał jej nastrój.

– Nie jestem chora, ale miałam koszmarny dzień. – Nie chciała denerwować syna, ale musiała powiedzieć mu prawdę. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby dowiedział się o morderstwie Shirley z gazet lub telewizji.

– Co się stało? Powiedz mi – zażądał tak zdecydowanym tonem, że znów prawie się rozkleiła.

Tak wiele mu zawdzięczała. Ostatnio był jedyną radością jej życia. Tylko dzięki niemu nie postradała zmysłów i nie pogrążyła się w rozpaczy.

– Dziś wieczorem zamordowano Shirley.

– Omój Boże...

– To nie wszystko, Brock. Stało się to na moich oczach.

– Omój Boże! – powtórzył. – Wracam do domu, mamo.

– Ani mi się waż! – zaprotestowała bliska paniki.

– Dlaczego?

Wydawał się w równym stopniu zaszokowany, co urażony. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by zniechęcała go do przyjazdu do domu. Wręcz przeciwnie, zawsze z niecierpliwością oczekiwała na jego kolejną wizytę. Również teraz ucieszyłaby się z towarzystwa i chętnie przystałaby na pomoc syna.

Jednak w obliczu zaistniałej sytuacji nie mogła sobie pozwolić na taki luksus.

– Nie chcę cię do tego mieszać – odparła z wahaniem.

– Bez obaw, poradzę sobie.

– Wiem, kochanie, ale dopóki sprawa nie ucichnie, będziemy tylko w kontakcie telefonicznym. Gdyby coś ci się stało, nie przeżyłabym tego.

Wypowiedziała na głos swe najgorsze obawy, po raz pierwszy tak jasno i wyraźnie.

Zaczęła żałośnie szlochać.




ROZDZIAŁ TRZECI




– Nie zgadzam się.

Tanner Hart obdarował swego prawnika, przyjaciela i politycznego doradcę w jednej osobie sarkastycznym uśmiechem i mruknął zgryźliwie:

– Dzięki za wsparcie.

– A czego się spodziewałeś? – ostro zareagował Jack Milstead. Na jego okrągłej twarzy pojawiły się wypieki.

Szczupły i wysoki Tanner poprawił się w krześle, szukając jak najwygodniejszej pozycji. Pracował całą noc, a w przerwie poćwiczył w siłowni, by rozładować frustrację, ale chyba trochę przesadził.

Zazwyczaj on i Jack spotykali się w biurze, jednak dzisiaj umówili się w kawiarni. Po nieprzespanej nocy Tanner potrzebował solidnego zastrzyku kofeiny. Bardzo lubił ten mały lokalik. Wokół roznosił się smakowity zapach świeżo upieczonych rogalików i ciastek oraz dobrze palonej kawy. Całe szczęście, że udało im się znaleźć wolny stolik w rogu.

– Nie poprę takiego idiotycznego pomysłu – wycedził Jack. – Nie na tym etapie rozgrywki.

– Masz zamiar mnie pouczać?

– Jeśli zajdzie taka potrzeba.

Tanner z trudem powstrzymał się od westchnienia. Jak miał przekonać przyjaciela, że dobrze wie, co robi? Jack był nie tylko uparty, ale i święcie przekonany o swojej nieomylności. Owszem, w większości przypadków wychodziło na jego, niechętnie przyznał Tanner w duchu. Do diabła, gdyby nie słuchał jego rad, nawet nie startowałby do teksańskiego senatu.

Jack żył polityką, choć nigdy nie walczył o wysokie funkcje, bo nie miał takich ambicji.

– Wolę pracować w cieniu – powiedział kiedyś Tannerowi. – Wspierać młodych, ambitnych i zdolnych ludzi, takich jak ty, którzy mogą coś zrobić dla naszego stanu.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Milstead, który doszedł do wszystkiego własną pracą, zainwestował zarobione pieniądze w domy opieki. Wyczuł koniunkturę i teraz był multimilionerem.

Tanner poznał Jacka, jego żonę Sissi i syna Ralpha jeszcze przed ślubem z Normą. To byli jej dobrzy znajomi, ale on i Jack z miejsca się zaprzyjaźnili. Tanner bezgranicznie mu ufał, szanował go i liczył się z jego zdaniem.

– Zamurowało cię, chłopcze? – spytał Jack, nachylając się i marszcząc brwi.

Tanner odruchowo dotknął krawatu, jakby zrobiło mu się duszno.

– Dobrze, może to nie było najmądrzejsze posunięcie, ale czułem, że muszę to zrobić.

– Brak ci doświadczenia politycznego, a kampania wyborcza wkracza w końcowy etap. W takim momencie nie rezygnuje się z usług agencji reklamowej.

– Dlaczego nie? – spytał Tanner chłodno.

– To polityczne samobójstwo.

– Nie zgadzam się z tobą – odparł sztucznie ożywionym głosem, choć pod bacznym spojrzeniem Jacka powoli tracił pewność siebie. Jednak podjął próbę obrony swej decyzji. – Agencja nic nie robiła.

Jack zatarł dłonie, potem przeczesał rzedniejące siwe włosy i musnął wąsy.

– No dobra, nawijaj dalej.

– Zobaczysz, że ta decyzja wyjdzie mi na dobre. Poza tym klamka już zapadła. Agencja Randolph z Dallas to już historia.

– Umowy się zawiera, a później rozwiązuje – stwierdził Jack. – W polityce takie rzeczy są na porządku dziennym.

– Ale nie w moim świecie – powiedział Tanner oschle. – Podjąłem już decyzję i nie zmienię jej. Wolałbym porozmawiać o poważniejszych sprawach, na przykład o interesach.

Ta uwaga sprawiła, że Jack poczerwieniał jeszcze bardziej i zaklął pod nosem. Tak naprawdę ich poważne spory dotyczyły tylko biznesu.

– W porządku. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. A jakie jest zdanie Irene?

Irene Sullivan była szefową jego sztabu wyborczego i to ona zatrudniła pierwszą agencję.

– Nie wiem, jeszcze jej nie powiedziałem.

– Moim skromnym zdaniem będzie wściekła jak diabli.

– Pewnie tak, ale później zrozumie, że miałem rację.

– Wiesz co, według mnie to ją powinieneś zwolnić. Za bardzo skaczecie sobie do oczu. Dziwię się, że jeszcze się nie pozabijaliście.

– Owszem, często się kłócimy – przyznał Tanner – jednak jest dobra w tym, co robi. Świetnie zna scenę polityczną, ma ostry język i jest bardzo inteligentna.

– Wysoko ją cenisz. Ciekawe, jaki wpływ na tę opinię ma jej uroda.

– Nie sypiam z nią, Jack, jeśli o to pytasz.

– Jeszcze nie, ale zapewne o tym myślałeś.

– Rany boskie, o czym my w ogóle rozmawiamy? Nie martw się, poradzę sobie z Irene, potrafię ją utemperować, jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Jasne, jest dobra, dopóki wywiązuje się ze swoich obowiązków – mruknął Jack.

– Jej strategia okazała się skuteczna, a twoja pomoc bezcenna. To dzięki wam moje szanse bardzo wzrosły.

– Co nie było łatwe – mruknął Jack z krzywym uśmieszkiem.

– Nie musisz mi o tym przypominać. – Tanner wreszcie się rozluźnił. – Nigdy nie zapomnę, ile ci zawdzięczam. To ty popchnąłeś mnie w stronę polityki, chociaż na początku, kiedy zachęcałeś mnie do kandydowania, byłem pewien, że postradałeś zmysły.

– To wcale nie było tak dawno temu, przyjacielu – przypomniał mu Jack, wypijając łyk kawy.

– Mnie się wydaje, że minęła wieczność. Nie sądziłem, że uda mi się pogodzić interesy z działalnością polityczną, chociaż czasami jestem na skraju wyczerpania nerwowego.

– Zrezygnowanie z usług Agencji Randolph na pewno się do tego przyczyniło. – Przeczuwając, że przyjaciel zaprotestuje, Jack uniósł ręce i dodał: – Przepraszam, to już przeszłość. Nie będę do tego wracać.

– Masz rację. Nie byłem zadowolony z niczego, co do tej pory zrobili. Słabe kontakty z mediami, beznadziejne hasła, fatalne plakaty. Jednak ich głównym grzechem było, że nie umieli sprawić, bym stał się rozpoznawalny. Bardzo mnie na to uczulałeś, a oni prawie nic w tej sprawie nie zrobili.

– Na ich obronę powiem, że trudno się z tobą pracuje, bo jesteś perfekcjonistą i lubisz wszystkiego sam dopilnować. Mam nadzieję, że współpraca z nową agencją lepiej ci się ułoży.

Tanner wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko.

– Owszem. Nauczyłem się tego w biznesie.

Startował co prawda w wyborach do senatu, ale nie zamierzał zaniedbywać firmy. To dzięki sukcesom w interesach mógł rozpocząć polityczną karierę.

Tak jak powiedział Jackowi, pogodzenie życia zawodowego z kampanią nie było łatwe. Można powiedzieć, że pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, ale nie narzekał, bo po śmierci żony nie lubił wracać do pustego domu. Praca okazała się najlepszym panaceum na samotność.

– Czy myślałeś już o zatrudnieniu jakiegoś doradcy? – spytał Jack. – Według mnie Buck Butler to groźny przeciwnik.

– Bezwzględny łajdak.

– Dlatego jest taki dobry. – Kiedy Tanner nie odpowiedział, Jack dodał: – Czasami odnoszę wrażenie, że jesteś zbyt wrażliwy, by zostać politykiem.

– Do diabła, trochę za późno mi o tym mówisz!

– No właśnie, szczery aż do bólu – roześmiał się Jack.

– Potraktuję to jako komplement.

– Błąd. Butler zareagowałby oburzeniem. Jest zdeterminowany i bardzo przekonujący. To świetna kombinacja dla polityka, który chce odnieść sukces.

Tanner nachylił się i spojrzał gniewnie na przyjaciela.

– Oco ci chodzi, Jack? Żałujesz, że udzieliłeś mi poparcia?

– Dobrze znasz odpowiedź na to pytanie. Próbuję tylko uświadomić ci pewne rzeczy. Musisz być silny, by przetrwać nadchodzące miesiące.

– Znamy się dostatecznie długo, byś wiedział, że nie brak mi determinacji. Jestem w stanie wygrać z najlepszym.

Był rzeczywiście twardy i nie bał się konfrontacji, bo tego nauczyło go życie. Jego matka była alkoholiczką, toteż szybko poznał blaski i cienie opieki społecznej. Robił wiele rzeczy, z których nie był dumny, jednak uczył się na błędach, a przynajmniej taką miał nadzieję.

– No rzeczywiście – przystał Jack. – Masz wszelkie dane, by mierzyć wysoko. Jesteś przystojny, otwarty, inteligentny, ambitny i wytrwale dążysz do celu. Masz o wiele więcej do zaoferowania niż Butler.

– Czas pokaże – odpowiedział Tanner dziwnie zmęczonym głosem.

– Pomyślałeś już, jakiej agencji zlecisz kampanię? Postaw na lokalną firmę. Szkoda, że Parker została zamordowana, byłaby najlepsza. – Jack zamilkł na chwilę i zmarszczył brwi. – Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Ta kobieta musiała wplątać się w jakieś dziwne sprawy, skoro przypłaciła to życiem.

– Nie mam pojęcia, ale to rzeczywiście okropne. Wybieram się na pogrzeb.

– Znałeś ją?

– Tak – odpowiedział Tanner zdawkowo, znacząco zerkając na zegarek. – Chętnie bym pogadał z tobą trochę dłużej, ale naprawdę muszę iść. Mam kilka ważnych spotkań.

– Ja stawiam. – Jack sięgnął po rachunek.

– Miło było cię zobaczyć. – Tanner wstał od stolika.

Gdy dotarł do swojego biura, usytuowanego w zachodniej części miasta, wciąż czuł w nozdrzach aromat kawy. To była bardzo elegancka dzielnica. Znalazłem się tu tylko dzięki Normie, pomyślał z lekkim sarkazmem.

Ożenił się z Normą Tisdale, kiedy był na ostatnim roku studiów. Ich związek wywołał niemałe poruszenie w akademickim światku. Norma pochodziła z bardzo bogatej i wpływowej rodziny, on był przybłędą znikąd. Na pozór trudno o bardziej niedobraną parę, lecz ich związek okazał się udany. Wiedział, że Norma była z nim szczęśliwa. Miała wrodzoną wadę serca i umarła przedwcześnie. Tanner z oddaniem opiekował się nią do ostatnich dni. Zapisała mu w testamencie spory majątek i kilka nieruchomości. Zmarła siedem lat temu.

Pomnożył ten kapitał, głównie dzięki trafionym inwestycjom. Miał prezencję, władzę, cieszył się dobrym zdrowiem, a jednak czegoś mu brakowało do pełni szczęścia.

Miłości. Nikt go nie kochał, i on też nie kochał nikogo.

Nie rozpaczał specjalnie z tego powodu. Bez reszty poświęcił się pracy, to musiało mu wystarczyć.

Spieprzyłeś to.

Te słowa, niczym upiorna mantra, wciąż rozbrzmiewały mu w głowie. Przestał krążyć po pomieszczeniu. Ścisnął palcami pulsujące bólem skronie. Trochę pomogło, ale nie na długo. Musi natychmiast wziąć się w garść. Panika jest złym doradcą i nieuchronnie prowadzi do zguby.

Nie żałował, że ją zabił. Ta dziwka sobie na to zasłużyła.

Obawiał się tylko, że go dopadną. Istniało takie prawdopodobieństwo. Właśnie, jedynie prawdopodobieństwo, powtarzał siebie, odjeżdżając z podziemnego parkingu. Tamta kobieta pojawiła się dosłownie znikąd. Gdyby przyszłą minutę później, nie musiałby się niczym martwić. Przez nikogo nie niezauważony, opuściłby miejsce zbrodni. Zaplanował to wszystko w najdrobniejszych szczegółach, a ona weszła mu w drogę. Przyszedł do garażu na długo przed Shirley i spokojnie czekał, milczący i nieruchomy niczym głaz. Był pewien, że jego precyzyjny plan wypali.

Cholera, tak mało zabrakło.

Kiedy było już po wszystkim, pojechał do domu siostry. Próbując uspokoić rozszalałe serce, otworzył drzwi i wszedł do środka. Właśnie w tym momencie Flora podjechała na wózku do stołu i sięgnęła po szklankę mleka.

– Przepraszam, siostrzyczko, myślałem, że już leżysz w łóżku – powiedział, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. – Gdybym wiedział, że nie śpisz, zapukałbym.

– Po co kłamiesz? – Przechyliła głowę, odgarniając tłuste siwe włosy. – To zresztą bez znaczenia, przecież dałam ci klucz.

– No tak – mruknął, czując, że powoli opuszcza go napięcie. Niedobrze, że tu przyjechałem, pomyślał. Po śmierci rodziców została mu tylko siostra. Po wypadku samochodowym musiała jeździć na wózku. Starał się ułatwić jej życie, choć mógł zrobić tylko tyle, na ile mu pozwoliła. Chętnie kupiłby jej ładniejsze i większe mieszkanie, lecz stanowczo odmówiła.

Jej dom, dość stary i zaniedbany, mówił wiele o lokatorce. Był świadectwem jej choroby. Podłogę z linoleum zaścielały sterty zakurzonych gazet, w kuchni zawsze stało mnóstwo brudnych naczyń. Zapachu moczu nie tłumiła ani klimatyzacja, ani odświeżacz powietrza.

– Co się stało?

Skrzekliwy głos Flory wyrwał go z rozmyślań. Miał ochotę powiedzieć: „Nic takiego, siostrzyczko, tylko kogoś zabiłem”.

– Wyglądasz fatalnie – mówiła dalej.

– Miałem ciężki dzień w pracy – wyjaśnił zmieszany.

– Przeczuwam, że chodzi o coś więcej. Piłeś?

– Chciałbym.

– Mam piwo w lodówce. Poczęstuj się.

Piwo? Potrzebował czegoś znacznie mocniejszego, ale nie zamierzał jej o tym mówić.

– Hm, może później.

– Czy na pewno wszystko w porządku? – Nie spuszczała z niego badawczego wzroku.

– Jasne. Wpadłem, żeby sprawdzić, co u ciebie.

– Kłamiesz – powiedziała drżącym głosem. – Nie szkodzi, już do tego przywykłam.

Z trudem opanował irytację. Ile by dla niej nie zrobił, wciąż była niezadowolona. Stała się zgorzkniałą i zgryźliwą staruszką, której trudno było dogodzić.

– Chcę się położyć do łóżka. Jak będziesz wychodził, nie zapomnij zamknąć za sobą drzwi.

– Dzięki, siostrzyczko – powiedział sarkastycznie. – Jak zwykle bardzo podtrzymałaś mnie na duchu.

Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, a potem wyjechała z pokoju. Nie wiedział, jak długo stał bez ruchu, słuchając skrzypienia kół wózka. Ten dźwięk zawsze przyprawiał go o dreszcze.

Dopiero gdy usłyszał syreny, ruszył do wyjścia. Później jeździł długo, wybierając najmniej uczęszczane drogi. W końcu poczuł się na tyle zmęczony, że odważył się wrócić do domu.

Chodził od ściany do ściany jak zwierzę w klatce, co chwilę zerkając na zegarek. Gdyby ta kobieta go zobaczyła, już by go aresztowali. Skoro jeszcze po niego nie przyszli, może czuć się względnie bezpieczny. Rozluźnił się.

Jakie to szczęście, że zachował się rozważnie i nie popełnił żadnego błędu. Odchylił głowę i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Całkiem możliwe, że dokonał morderstwa doskonałego. Jego śmiech przybierał na sile. Nie musiał niczego się obawiać. Był bezpieczny.

Na szczęście znał kobietę, która była świadkiem morderstwa, i zawsze zdąży ją uciszyć.




ROZDZIAŁ CZWARTY




Gdy wydano jej ciało Shirley i załatwiła wszystkie formalności, mogła wreszcie trochę odpocząć. Na pogrzebie pojawiło się chyba pół miasta. Wszyscy tłoczyli się w kaplicy, zupełnie jakby chcieli zobaczyć zmasakrowane kulami ciało.

Jeśli rzeczywiście o to im chodziło, musieli czuć się zawiedzeni, bo wieko trumny było zamknięte.

Boże, o czym ja myślę! – żachnęła się Kasey, idąc cmentarną alejką. Przecież Shirley cieszyła się nieposzlakowaną opinią zarówno na gruncie prywatnym, jak i zawodowym. Oczywiście na pewno część ludzi przyszła tu ze zwykłej ciekawości, bo morderstwo odbiło się szerokim echem, jednak większość naprawdę lubiła i szanowała Shirley.

Jej rodzice od dawna nie żyli. Na pogrzebie pojawiło się tylko dwoje dalekich krewnych. Kasey, która miała okazję ich poznać, złożyła im kondolencje.

Starała się skupić na słowach pastora, ale marzyła o tym, by ceremonia wreszcie dobiegła końca. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła detektywa Gallaina. Przeczuwała, że nie da jej spokoju i spróbuje z nią porozmawiać.

– Dzień dobry, pani Ellis – przywitał się z nią kilka minut później.

– Dzień dobry – zmusiła się do odpowiedzi.

– Czy już czuje się pani lepiej? – Ostre słońce bezlitośnie eksponowało plamy na jego pogniecionym krawacie.

W milczeniu skinęła głową, czekając na jego dalsze słowa. Ona nie miała nic więcej do dodania.

– Chciałbym panią uprzedzić, że niedługo wpadnę do firmy, by przesłuchać pracowników.

– Oczywiście, jednak do końca tygodnia agencja będzie zamknięta – powiedziała o wiele ostrzej, niż zamierzała. – Przez wzgląd na pamięć Shirley.

– A właśnie, czy przypomniała sobie pani jakieś szczegóły, które pomogłyby nam w ujęciu sprawcy?

– Przykro mi, niestety nie.

– Nie poddam się tak łatwo. Jest pani naszym jedynym świadkiem i tylko pani może nam pomóc w śledztwie.

– Rozumiem, ale nic więcej nie mogę zrobić.

– Niech pani nie ustaje w wysiłkach.

Czyżby spodziewał się, że będzie wciąż rozpamiętywać, sekunda po sekundzie, tę tragedię? Oglądać oczyma wyobraźni śmierć Shirley w nadziei, że coś sobie przypomni? Nie zamierzała tego robić, chociaż i tak co noc, ledwie opuszczała powieki, widziała zakrwawione ciało przyjaciółki. Ten obraz ją prześladował. Jeśli pozwoli, by zawładnął jej życiem, szybko postrada zmysły.

– A może stało się coś, co panią zaniepokoiło? – naciskał dalej.

– Detektyw Spiller dobrze strzeże mojego domu.

– Tak, ale jest mnóstwo sposobów, by kogoś nastraszyć. Wie pani, telefony z pogróżkami, anonimy... – Nadal nie spuszczał z niej wzroku.

– Nie, nikt mnie nie nęka. – Zawahała się i nerwowo poprawiła okulary przeciwsłoneczne. – Choć szczerze mówiąc, skoro już pan o tym wspomniał, nie czuję się zbyt bezpiecznie.

– I bardzo dobrze. Nadal nie wiemy, czy zabójca panią widział. Powinna pani cały czas mieć ochronę.

– Nie zamierzam z niej rezygnować.

– No to do zobaczenia, pani Ellis.

Miała zbyt ściśnięte gardło, by odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową. Gdy obserwowała zmierzającego do samochodu Gallaina, przyszło jej do głowy, że jest bardzo podobny do detektywa Columbo. Był równie sprytny, nieustępliwy i uparty.

Zobaczyła go krótko po rozmowie z kuzynami Shirley. Najpierw próbowała sobie wmówić, że ma omamy, jednak ten mężczyzna był istotą z krwi i kości. Właśnie ruszył w jej kierunku.

Tanner Hart.

Miała nadzieję, że ten dzień nigdy nie nadejdzie, bo Tanner był ostatnią osobą, którą chciałaby zobaczyć. Cóż, nie powinna być zdziwiona. Już od kilku miesięcy nieustannie towarzyszył jej pech. Szczęście się od niej odwróciło. Jednak aż dwa tak potężne wstrząsy w tak krótkim czasie to nie fair.

Najchętniej odwróciłaby się na pięcie i uciekła gdzie pieprz rośnie, ale było już za późno. Poza tym dobrze byłoby zachować resztki godności. Nie widziała Tannera od ponad dziewiętnastu lat. Przez ten czas okrzepła, może nawet zyskała odwagę, by stawić mu czoło. Nie byli już głupimi dzieciakami z college’u. Oboje dojrzeli.

Wyglądał jak człowiek sukcesu, którym zresztą był. Wiedziała, że kandydował do stanowego senatu, chociaż celowo nie czytała żadnych informacji na ten temat. Gdyby wiedziała, że zamieszkał w Rushmore, z pewnością dłużej by się zastanawiała nad propozycją Shirley.

Później często powtarzała sobie, że istnieją małe szanse, by się spotkali. Poruszali się w zupełnie innych środowiskach, więc było mało prawdopodobne, by ich drogi kiedykolwiek miały się przeciąć. Oczywiście to była naiwna, strusia polityka. I oto stał teraz przed nią, patrząc jej prosto w oczy.

– Witaj, Kasey.

Nadal miał głęboki, seksowny głos. Szczerze mówiąc, w ogóle niewiele się zmienił. Może miał nieco więcej zmarszczek, ale dodawały jego twarzy charakteru. Lśniące brązowe włosy nie nosiły śladów siwizny. Jak na czterdziestolatka, trzymał się wspaniale.

– Kopę lat – powiedział, przerywając coraz bardziej kłopotliwą ciszę.

– Owszem.

– Świetnie wyglądasz.

– Ty również – odparła, zdumiona, że jest w stanie prowadzić z nim banalną i spokojną konwersację.

– Mieszkasz teraz w Rushmore, prawda?

– Tak. – Na chwilę wstrzymała oddech, bo drażnił ją zapach jego wody kolońskiej. – Skąd wiesz?

– Czy to ważne?

– Właściwie nie – odpowiedziała oschle, by nie wyobrażał sobie Bóg wie czego.

– Przykro mi z powodu Marka. Trochę późno składam ci kondolencje, ale... – Zawiesił głos.

– Dziękuję – powiedziała ostrzej, niż zamierzała.

– Jak miewa się twój syn? – zapytał łagodnie.

– Świetnie. – Poczuła, jak jej serce przyśpiesza.

– Studiuje, prawda?

Nie wiedziała, czy było to pytanie, czy stwierdzenie, więc na wszelki wypadek powiedziała:

– Właśnie skończył pierwszy rok na Baylor.

– Wspaniale.

Ich oczy spotkały się zaledwie na krótką sekundę, ale to wystarczyło, by poczuli się zmieszani. Kasey pierwsza odwróciła wzrok. Prażące słońce i duża wilgotność powodowały, że była jeszcze bardziej rozdrażniona. Brakowało jej powietrza, jej ciało płonęło...

– Skąd znałaś Shirley? – zapytał.

– Naprawdę nie wiesz?

– Nie. Bez względu na to, co sobie wyobrażasz, nie śledziłem wszystkich twoich kroków, Kasey – powiedział poirytowanym tonem. – Wiedziałem tylko, że przeprowadziłaś się do Rushmore.

Milczała jak zaklęta.

– Czy dobrze znałaś Shirley? – nie ustępował.

– Dość dobrze. Byłam jej wspólniczką – wycedziła, marząc, by ta rozmowa dobiegła już końca. I tak zdradziła mu o sobie stanowczo za dużo.

– Omój Boże, bardzo ci współczuję. To musi być dla ciebie trudne.

– Tak, miewałam już lepsze dni.

– Czy mogę ci jakoś pomóc?

Opanowała narastającą panikę i odparła w miarę spokojnie:

– Nie, dziękuję, jakoś sobie poradzę.

– Czy zamierzasz sama poprowadzić agencję?

Najwidoczniej nie wiedział, że była świadkiem morderstwa. Nie miała ochoty opowiadać o tym. Im mniej Tanner wiedział o jej sprawach, tym lepiej.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. W myśl umowy, którą podpisała z Shirley, agencja była teraz jej własnością. Wyglądało jednak na to, że zamiast worka złota odziedziczyła czek bez pokrycia. Nie widziała jednak powodu, by dzielić się z Tannerem swoimi odczuciami.

Musiała trzymać się od niego na dystans. Oczywiście istniało niebezpieczeństwo, że jeszcze kiedyś się spotkają, ale teraz nie będzie już zaskoczona.

– Miło było cię spotkać, ale naprawdę muszę już iść – rzuciła szybko i zaczęła odchodzić.

– Czy mogę cię odwiedzić w agencji? – zawołał za nią.

Odwróciła się powoli i zaczerpnęła powietrza.

Widać spodziewał się odmownej odpowiedzi, bo szybko dodał:

– Mam dla ciebie ciekawą propozycję.

Odczuwał ogromną frustrację.

Richard Gallain zaklął pod nosem i usiadł przy biurku, którego blat był szczelnie pokryty stertami papieru. Szczerze mówiąc, jego pokój przypominał skład makulatury. Frustracja Gallaina wynikała z tego, że pomimo ciężkiej pracy nie posuwał się w śledztwie naprzód.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com