W promieniach - Marcelina Kulikowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 203 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W promieniach - Marcelina Kulikowska

Powieść z 1907 roku. Autorka była nauczycielką, pisarką i poetką, feministką, przyrodniczką. Ukończyła studia przyrodnicze na Uniwersytecie w Genewie, następnie brała udział w działalności Towarzystwa Szkoły Gimnazjalnej Żeńskiej w Krakowie, które prowadziło I Żeńskie Gimnazjum w Krakowie. Marcelina Kulikowska pracowała w nim jako nauczycielka, do momentu ujawnienia, że jest zwolenniczką ateizmu i poparcia teorii ewolucji, co uniemożliwiło jej dalszą pracę. Pisała także reportaże, m.in. dla „Kuriera Lwowskiego”. Wszystkie główne rysy umysłowości autorki możemy dostrzec również w jej twórczości, której dobrym przykładem jest powieść „W promieniach”. Zmarła śmiercią samobójczą, strzelając sobie w serce, w wieku 38 lat. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W promieniach - Marcelina Kulikowska

Fragment ebooka W promieniach - Marcelina Kulikowska





Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Adam czuł się samotny i pełen mglistej melancholii. Siedział w hotelowym pokoju, pośród wyblakłych, banalnych sprzętów; umęczonym wzrokiem wodził po brudnych ścianach, po wytartej z farby podłodze, a w duszy przelewały mu się, jak przypływy i odpływy fali, szumiące, mgliste, niewyraźne głosy, myśl wzbierała, wypełniała się świadomością, wyrzucała z siebie tło, rozsnuwając na nim coraz wyraźniejsze, coraz pełniejsze obrazy.

I znowu po latach kilku zobaczył ich raz jeszcze...

I znowu, takież, jak i przedtem, odnajdował w sobie o nich wrażenia i sądy.

Doktrynerzy!

Ludzie żyjący abstrakcyjną teorią, tracący pamięć o istocie chwili obecnej, naiwni, nic liczący się z realnymi warunkami, zapominający o zasadniczych cechach natury ludzkiej, nade wszystko zaś o jej bezmyślności i powszedniości.

Tak, doktrynerzy, których chwilowo najgorętszym celem stało się wytworzenie pewnej ilości drukowanej bibuły... Zarzucają nią świat, raczej światek mały, ciasny, i wydaje im się, że spełniają bohaterstwa, że dokonywają olbrzymich przeobrażeń, gdy zdołają w obieg puścić pewną ilość suchych, dogmatycznych formułek z dziedziny zagadnień polityki, ekonomii czy socjologii.

W gruncie rzeczy, niektórzy z nich, to ludzie uczciwi, ale jednostronni, a głównie zaślepieni.

A obok nich, inni, często niezwykle powszedni, a nawet mali.

Jakże ich znał dobrze i dawno.

Nie zmienili się wiele od czasu, gdy pamiętał ich, tłoczących się, jak ptaki w gniazdach w wysokich, skromnych domach uniwersyteckich miast Szwajcarii, gdzie wśród książek, rozpraw, kłótni i asymilującej ich wszystkich biedy, budowali i niszczyli światy, w myśl pewnych teorii, z którymi tak się szczepili, jako te małże, nierozerwalnie wrastające ciałami swoimi w skały podwodne. Był czas, że i on dał się unosić falom; był czas, gdy bujniejsze jego, nieskonsolidowane jeszcze czucia i niedojrzałe myśli młodzieńcze – tam właśnie poczynały szukać ostoi...

Nie znalazł jej, jak nie znaleźli i oni, dziś jeszcze tacy sami bojownicy szmat dziennikarskich i wieców studenckich...

Przypominać sobie począł, ile wśród tego małego światka odnaleźć można było osobistych ambicji, zawiści, uprzedzeń i interesów... Były niekiedy całe mielizny drobnych, nikczemnych pyłów, nad które zaledwie gdzieniegdzie wynosiły się górniejsze szczyty.

Jak zawsze, jak wszędzie – szarzyzna ludzkich serc i ludzkich myśli...

Jak zawsze, jak wszędzie – życie to było rękami, mózgiem, sercem ludzkim tworzone, a potem przez też siły, i głowy, i dusze druzgotane... niszczone...

A zresztą raziła go, dławiła jednostronność, gniewała zarozumiałość doktrynerów.

Porównywał ich z łańcuchem drobnych wulkanów; działalność ich była ciągła, odbywała się z wielkim szumem i hałasem, a mimo to powierzchnia ziemi nie zmieniała się prawie...

Bo cożeś ty, słaby człowiecze, w topieli nieświadomego!

A nad wszelki wyraz nie znosił krzykactwa i płonnego zamętu!

Nad cichą, spokojną drogą pochyliła się myśl jego, wyraźnie odcinając jej brzegi.

Była talia wód nieznanych, a błękitnych i przezroczystych.

W nurtach jej tonęły wszelkie umęczenia, i ból dni próżnych, i ostre, niewykończone, grozę budzące kontury.

Ponad wodami unosić się mógł dzień dobry, gołębi...

Często, gdy był bardzo umęczony głębinami życia, chciał ręką uchylić jak najprędzej zasłony.

Pomimo wszystko na świecie, to było może warte jeszcze cokolwiek.

W pamięci, jak ogniki drgać poczynały rzewne, spopielone wspomnienia rodziców, domowników starych, życia tamtego na tle krajobrazu podolskiej wsi, rodzinnych Mańkowiec.

I już tylko tam, tam jedynie...

I obraz Teosi jasny, wyraźny stawał przed nim.

– Miła, dobra dziewczyna.

Wyobraził sobie delikatny profil jej twarzy, długie, jedwabiste, jasne warkocze włosów, upiętych w tyle kształtnej głowy.

– Ile w niej niespodzianego uroku!

– I nie zdołało zmienić jej tych lat parę, przebytych w tak dziwnych warunkach...

Spojrzał przed siebie.

Cienkie świece dopalały się w wysokich, platerowanych lichtarzach. Za oknem tliła się żółtym światłem gazowa latarnia. Jesienny wicher jęczał, płomieniem targał, kroplami dżdżu uderzał o szyby.

Godzina była późna, jesień gnębiąca i ponura.

Adam uczuł się rzucony w przestrzeń bezbrzeżną, bezdenną...

I porwała go na wpół żrąca, na wpół płomienna tęsknota.

Chciałby Teosię mieć tu, obok siebie, nieskończenie blisko... Chciałby mówić jej rzeczy dobre, które by ufnością wypełniły jej serce... Chciałby patrzeć w jej oczy nieśmiałe i czytać z nich pierwsze zgłoski uczucia...

Wziąłby jej kształtną rękę i położył na swoim czole...

Otrząsnął się.

Jakże go to dziwnie porywa.

Nie przypuszczał w sobie takiej świeżości uczucia.

Marzył, jak młody, niedoświadczony chłopak. Marzył on, któremu smutek i zniechęcenie tylokrotnie siwymi skrzydłami zakrywały oczy. Oto, odkąd ją widuje znowu, staje przed nim często, i wszystkie inne przysłania obrazy. I jak dźwięk daleki, a ciągły, przypływa doń. I jest jak owe ostatnie słowo, którego usłuchać trzeba...

Nazajutrz był dzień podobny wczorajszemu. Po niebie rozsnuły się szare, rozlewne chmury, kryjąc słońce, chłonąc wszystkie jego promienie. Światło, które przesączało się po przez grube warstwy mgieł i obłoków, było mizerne, żółte, chore... Niewypadane deszcze wisiały w powietrzu, tłocząc smętkiem swym ziemię... Nagie, ciemne gałęzie skąpo rozsianych drzew miejskich – jęczały za każdym podmuchem wichury jesiennej, stojąc samotne, bezradne, ostatnią rozpaczą zdjęte, wobec nocy długich, nieskończonych, wobec dni bladych, bezsłonecznych.

Ulice były wilgne, oślizłe. Mokrość, która wisiała w powietrzu – siadała na dachy, chodniki; cienkimi strumykami sączyła się woda z rynien domów, spadając z miarowym, dzwoniącym szelestem ku ziemi.

Myśl Adama czepiała się ostatnich akordów grającej w sercu pieśni.

Chciał ku Teosi iść, ujrzeć ją oczyma żywymi, usłyszeć jej głos, czegoś zaczerpnąć u niej, odetchnąć, odczuć. Chciał zobaczyć, iż ona jest rzeczywistością i to najbliższą jemu i drogą... Skierował się w dalekie ulice miasta.

Poszedł na brzeg rzeki.

Leniwą, brudną, rozlaną strugą – parta naprzód powoli, powoli...

Gdy ponad nią wiatr zimny, przenikliwy załopotał – marszczyła w bolesny grymas szare, bez wyrazu lica i znowu naprzód wypływała stara, odwieczna, trwająca... Gdzieś niedaleko już omywała stopy sczerniałego, bezczynnego zamczyska... A dalej przerzynała płaską ziemię, a z dwu jej stron siedziały pola czarne, ugory puste, chaty pochyłe, skrzywione, obmokłe...

Adam powracał do domu, w którym mieszkała Teosia. Trzeba było wdrapać się po brudnych schodach, przejść szereg ciemnych sieni, ziejących zaduchem kuchennym i mydlinami. Otworzyła mu drzwi stara, pomięta kobiecina, pełniąca funkcję kucharki.

Teosia stała przy stole zarzuconym olbrzymim mnóstwem małych, cieniuchnych książeczek. Część ich tworzyła stos barwny, wysoki, inne ujęte już były w żółtawe opaski, z wypisanymi adresami, do podróży gotowe. Drobne te przesyłki zalegały stół, leżały na ziemi, tłoczyły się na żelaznym łóżku... Robiły wrażenie pierwszorzędnej, w tym pokoju, istoty, nadawały mu ton specyficzny.

– Adamowi zrobiło się niemiło.

– Jak tego wiele – pomyślał – jak tego niezmiernie wiele. Twarz Teosi rozjaśniła się najszczerszą radością.

– Dobrze, żeś przyszedł, ach dobrze!

Nie umiała ukryć słodkich wzruszeń, które budziły się w niej na jego widok.

Wyciągnęła ku niemu ciepło, serdecznie rękę.

Ale jemu zimne, przenikliwe ostrza jęły zapadać w serce.

Widział wciąż tę nieskończoną ilość barwnych okładek, stronniczek zaczernionych drobnymi wierszami druku i zdawało mu się, że słyszy szelest mnóstwa skrzydeł, trzepocących z niesłychanym uporem głośno, hałaśliwie, nieznośnie... Uczuł się obcym w tym pokoju, wobec tej dziewczyny, ku której szedł, jak się idzie ku wrotom własnego, ukochanego domostwa.

Ironia skrzypiąca zajrzała mu w oczy:

– Oto, jakie są brzegi czary, z której zamierzasz pić jedyny napój twojego życia.


ROZDZIAŁ II

Był zwyczaj, że od czasu do czasu schodzono się tłumnie u Wenclówny.

Mieszkanie miała spore, tłoczono się u niej mniej, niż u innych ludzi.

Przy tym sama Wanda była gościnna, towarzyska, wesoła.

Można tu było przyjść na gawędkę, zobaczyć się ze znajomymi, nasłuchać nowin, a niekiedy dalszego ciągu dyskusji. W dnie te, w dodatku, spotkać można było u Wenclówny Wirskiego, który wszystkie wolne chwile u narzeczonej spędzał.

Wolne  nie były one właściwie.

Dźwigał ze sobą bowiem rękopisy, korekty, stosy papierzysków i robił swoje.

Ale, że miał tutaj jakie takie asilum, można się było z nim porozumieć, co do zamówionych artykułów, terminów nadsyłania prac, co do owych autorskich honorariów wreszcie.

Z tymi było, naturalnie, najtrudniej.

– Poczekacie jeszcze – mawiał najczęściej, choć zdarzało się także nieraz, że z którejś kieszeni, natłoczonej bibułą wszelkiego rodzaju – wydobywał jeden, drugi banknocik.

– To macie a conto – lecz owe a conto stawało się często całkowitą sumą, gdyż pozostałość nie nadpływała do rąk Wirskiego, więc i dalej przedostać się nie mogła. W czas fiksów córki stara Wenclowa roznosiła gościom herbatę, zapraszając na nią skrzeczącym swoim głosem.

Ludzie, którzy przychodzili do Wandy, w tym jasnym, wesołym mieszkaniu, wobec pięknej, strojnej gospodyni zapominali niekiedy o codziennym rytmie własnego życia, wpadali w ton żartobliwy, lżejszy, gubiąc biegnące za nimi długie, wyraźne cienie. Nierzadko jednak i tutaj przynosili ze sobą tenże sam pęd potężny, który miotał nimi, i szarpał, i ciskał, jak rozpyloną, białą pianę wód morskich. I w dalszym ciągu, jak na codziennych posterunkach – rozwierały się ich oczy na zjawiska, i wyrastały sądy, i krzyżowały myśli, i nową bronią wypełniały przepaście – dzielące ich od przeciwników. Ludzie to byli swoi, zżyci ze sobą, z podobnych często wytopieni kruszców.

Wielu z nich miało czoła pobrużdżone śladami ciężkich, wytrwałych walk, inni przedstawiali dziś jeszcze drobne, nieznane, nierozwiązane zagadki.

Byli tam tacy, którzy zapomnieli o wszystkim, co w zwykłym tego słowa znaczeniu jest drogie i bliskie; gubili nawet imiona własne, zadawalając się pierwszym z brzega znalezionym przezwiskiem.

Adam, który czuł się obcy wśród nich wszystkich, przyszedł tu gwoli Teosi.

Nie nadchodziła długo.

Goście Wenclówny zabawiali się jak mogli. Sama gospodyni odgrywała zwykle gwieździstą rolę wśród zebranych.

Lubiła gwar, życie, lubiła skupiać dookoła siebie wybitniejsze postacie.

Była piękna – i jako taka zbierała hołdy, słowa uznania i liczne westchnienia.

Niektórzy znali ją nawet, jako zjadaczkę serc. Wprawdzie w rączce swojej trzymała tylko na stałe jedno serce Wirskiego, innych jednak części, ułamki przesuwały się między jej paluszkami, pozostawiając na nich rozwieszone strzępy...

Od jej postaci biło południowe ciepło, jakiś żar, który zdawał się być zaczajony i lękliwy. Matka jej ojca była hiszpanką. Krew południa, migotliwą fontanną, wytryskiwała w chwilach uniesień ponad sentymentalną, północną rzekę...

Miała we zwyczaju ubierać się jaskrawo i strojnie. Od jej białych sukien, czerwonych bluzek, fantastycznych wstęg – szło przeczucie upojeń, gorąca, życia.

Wabiła oczy, zatrzymywała uwagę, budziła czujnym snem spoczywające pragnienia.

Siedziała na niskim, welwetowym „pufie”, patrząc w twarz rozmawiającego z nią mężczyzny. Ogromne, czarne włosy, upięte wysoko nad czołem, tworzyły hebanową, wspaniałą ramę, z której wychylały się płaskorzeźbą rysy twarzy, i świeciły rozpalone, wielkie oczy.

Mówiący z nią – był to Wielogłowski, poeta, zwany pospolicie Lotkiem, lub Lotusem – przeżywał obecnie chwile upajającego triumfu.

Krytyka niezwykle przychylnie przyjęła tomik jego poezji.

Wielogłowski uczuł się silny, rozumieć poczynał moc władnącą.

Z niejaką ciekawością jął się oglądać za równymi sobie. Niewielu ich widział pośród pospolitego tłumu.

Do Wenclówny przychodził chętnie, od pewnego czasu gorętsze pytania ciskając do oczu pięknej panny.

Wyróżniał ją spośród banalnego tła.

Jak strzeliste kwiaty, wyrastały w wyobraźni jego miraże południowych widoków, rozsianych bogato blasków, purpurowych owoców żrałych, soczystych, i ramion kobiecych żywych, wymownych.

– Chciałbym widzieć panią na podwórcach kwietnych Alhambry, w cieniu fantastycznych, malowanych kolumn.

Ona uśmiechała się, w głębi źrenic paliła się ciekawość, a poza nią uchylały się wrota, wiodące w przepaścistą głąb...

– Tam chciałbym was widzieć, i miałbym już jedno skrzydło, unoszące mnie ponad zwiędłe, dzisiejsze chwile...

Rozejrzał, się dookoła siebie.

Wśród obecnego poetyckiego nastroju, ci wszyscy wydali mu się pospolici i nudni. Wyczuwał wysubtelnionymi nerwami wulgarność ich zewnętrznego wyglądu – raziły go te niezręczne suknie, raziły twarze, wpośród których było wiele o wybitnych, semickich rysach...

– Dokuczyli mi już.

Wiedział zawczasu, co mu dać mogą oni wszyscy, i zupełnie szczerze wątpił, zali są w stanie ocenić go należycie, odnaleźć jego istotną wartość, poznać jego wysubtelniony artyzm.

Dziś jeszcze rozmawiał długo z pewnym wykwintnym krytykiem.

– Powinieneś pan brać szersze tematy – mówił mu – to wszystko, czego pragniecie, w rzeczywistości małe jest, grube, materialne, poziome...

– Sztuka służyć nie może stronnictwu... Przecież on sam wiedział najlepiej; brał piękno gdzie je istotnie odnalazł, lecz gdy z przed oczu jego zniknie – nie da się prędko unosić jak pierwszy z brzega pachołek.

Nie da się naginać i niewolić.

Patrzył na Wandę, jako na klejnot rzucony wśród tego jałowego pola.

I było mu przykro, że tak licznymi nićmi powiązana jest z nimi. Miał w tej chwili zasadniczy, głęboki wstręt do Wirskiego.

Ten właśnie zbliżał się ku nim.

Energiczna twarz jego uśmiechała się do Lotka. Dziś wyjątkowo rad był z niego.

– Dajcie nam jeszcze do najbliższego numeru obiecany poemat, spodziewam się, że teraz, dzięki wam poczytność „Przeboju”, wśród burżujów wzrośnie. Ruchem starszego kolegi, szeroką dłonią uderzył poetę, po ramieniu.

Wielogłowski się skrzywił.

Miał już tego wszystkiego stanowczo dość...

– Do mieszkania całą bandą wtargnęli nowi przybysze.

Szli z wiecu rozgrzani, rozjątrzeni.

Stało się faktem dokonanym, że Połaniecki wytworzył rozłam, i że powstało już nowe, jego własne stronnictwo.

Wkrótce wydawać będą pismo, dziś już podali program ogólny.

Naturalnie poczynali od zwalczania starych zasad i dawnych towarzyszy.

Działali energicznie i pośpiesznie.

Wirski już od dawna widział zbliżanie się do odstępstwa, ale chwilami myślał, że może tak daleko sprawa nie zajdzie, spodziewał się Połanieckiego ugłaskać.

Nowina wzburzyła go.

Twarz mu ściemniała, usta się zacisnęły.

Błysk zniechęcenia go zranił.

– Jeszcze nowy ubytek sił – pomyślał, lecz zwykła mu energia przemogła:

– Trzeba radzić, mogą nam wiele złego wyrządzić.

Podszedł do Borzęckiego, by z nim sprawę omówić. Wszyscy roztrząsali zaszłe wypadki. Komentowano postępki Połanieckiego i jego stronników.

Znaleźli się tacy, którzy bezkrytycznie poczęli lżyć:

– Głupcy!

– Hołota!

– Sprzedawczyki!

Inni sięgali pamięcią do genezy sporów. Zwalczali teorią, która im się wydawała fałszywa.

Wirski zapalał się na myśl obrony. Świadomy już był tego wszystkiego od dawna. Niejednokrotnie od idącej olbrzymim wysiłkiem naprzód machiny, odrywały się jedne, drugie ręce robocze i często nawet one właśnie podkładały nowe kamienie pod koła.

Trzeba złemu radzić, i oto czuł już w sobie nowy przypływ energii.

Adam, którego te sprawy mniej obchodziły, zamierzał już iść.

Ale właśnie nadeszła Teosia.

Była bardzo niespokojna, zgorączkowana.

Po raz pierwszy patrzyła na walkę, toczoną w najbliższym kole i nie rozumiała, jak się to wszystko przeprowadzić winno.

Na Połanieckiego była oburzona, Wirskiego niepewna jeszcze.

– Jakżeż to będzie?

Zobaczywszy Adama rozruszała się i uspokoiła. Nowy przypływ zalał jej serce. Pośród zebranych było jeszcze gwarno, wobec jednak późnej godziny zaczęto się rozchodzić.

Część towarzystwa poszła na czarną kawę do knajpy.

Adam odprowadził Teosię.

Weszli w ciemne, bezludne już o tej porze ulice. Jesienne wichrzysko zawodziło, jak skarżący się człowiek, któremu dzieje się wielka krzywda.

Był przenikliwy chłód i pustka.

Szli środkiem ulicy.

Daleki zegar na wieży Mariackiej wydzwonił cztery kwadranse i długą litanię późnej godziny.

A potem zadźwięczała metalowa pobudka.

Słychać było pojedyncze dźwięki unoszone kolejno przez wiatr, ku czterem stronom świata.

Gdy stanęli przed domem Teosi, Adam odczuł wyraźnie, jak wielka samotność towarzyszyć mu będzie w powrotnej drodze.

I jednocześnie ogarnęła go niemal złość na myśl, że ta wiotka dziewczyna wraca znowu do tej wstrętnej, bezdusznej kamienicy.

– Teosiu!

Odwróciła głowę i patrzyła mu w oczy.

– Teosiu – głos jego stał się przyciszony i brał nuty z głębiny serca...

– Tobie i mnie należy się dom inny, nasz własny...

Więc przyszła dla niej ta chwila...

Otoczył ją ramieniem, szukał jej ust... wtenczas pogrążyła się w rozpalony, wyśniony, przeczuwany wir...

Nagle wyrwała mu się, nacisnęła guzik od dzwonka.

Gdy zaspany stróż bramę otworzył, jednym tchem przebiegła schody.

Serce biło jej tak, że dwojgiem rąk musiała przycisnąć je mocno.

Upadła w swoim pokoju na pierwszy sprzęt. Chciała zebrać czucia, myśli, zrozumieć.

Z roztańczonych okruszyn, przylegał do niej tylko pożar pierwszego pocałunku.

– Chryste! Chryste – jęczała i chciała się gdzieś skryć i unicestwić. Czuła się wzruszoną, zmieniona, inną.

Coś ku niej przyszło, trąciło zaczajone licho.

– Źle! Źle – jęczała. Tamto wciąż wracało upornie.

Zapaliła światło, usiadła przy stole, wolę tężyła.

– Nie powinnam, nie powinnam, nie powinnam... A potem nagle wstało świetliste pytanie:

– Czemu? Czemu?

– Przecież może się poddać, może i chce. Spływać poczynało na nią słodkie uświęcenie.

– Jaki on drogi!

Przypomniała sobie, że ma tu, obok siebie, jego dawną fotografię. Wyjęła ją z szuflady stołu, wpatrzyła się w twarz jego: – Jaki drogi!

Gdyby nie wstyd przed samą sobą, całowałaby ten zarysowany kawałek kartonu.

Pośród tych dżdżystych, konających dni jesieni był jeden, co się roziskrzył ostatnimi światłami. Słońce zagrało od rana, rozbiegły się chmury, ukazało się oblicze dawno zapomnianego lata, albo raczej śnić się poczynała daleko jeszcze przodem biegnąca wiosna.

W samo południe dzień nabrał ciepła w siebie, a skąpe już na drzewach liście wystąpiły z całym bogactwem barw, uzbieranych w poranne przymrozki.

Adam i Teosia wyszli za miasto.

Zboczyli z szosy na małą, między polami biegnącą dróżkę. U jej końca czerniał podmiejski lasek. Dobiegł ich wkrótce zapach zielonych, balsamicznych igieł, doleciał osobliwy, roztęskniony poszum sosnowych gałęzi.

Na skraju lasu usiedli na starym, ogołoconym z gałęzi pniu.

Ziemia ku całemu niebu otworzyła swoje czarniawe, rozkrojone przez pługi łono, pozwalała się ślizgać po otwartych ranach promieniom słońca, dotykać im bruzd, które czas długi zalewały deszcze i kurczyły zimne wichrzyska. Tam, gdzie pokryta była jeszcze niedonoszoną suknią letnią: na wpół opadłymi z liści krzewami, zżółkłymi trawami bruzd i śmiertelnymi szczątkami ściernisk, w to słoneczne, wyjaśnione południe, ziemia-rodzicielka roześmiała się milionem pereł rosy, odbijających w sobie wszystkie tęcze świata.

Zbudzone z omdlenia jakieś małe, skrzydlate owady, rozpoczęły powietrzne harce, a drzewa leśne, wprawione w ruch gwałtowny w czasie wichur i burz jesiennych – kołysały się wolno, poważnie.

– Jak dobrze, jak nieskończenie dobrze na szerokim świecie – z głębiny serca rzuciła Teosia – i zawsze, zawsze, nawet najsmutniejszą jesienią.

– Obyś dna nie dojrzała oczyma własnymi, najmilsza – pomyślał Adam, patrząc w tę rozjaśnioną twarzyczkę, a i sam wobec niej, duszę gdzieś własną gubił.