W proch się obrócisz - Yrsa Sigurdardóttir - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 582 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 15 godz. 32 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W proch się obrócisz - Yrsa Sigurdardóttir

"Pompeje Północy" miały być luksusowym kurortem i atrakcją wysp Westmana położonych w pobliżu brzegów Islandii. Nikt nie przypuszczał, że zrujnowane wybuchem wulkanu domy kryją złowrogą tajemnicę: zwłoki ukryte pod grubą warstwą wulkanicznego popiołu. Jak w Pompejach. W chwili wybuchu wulkanu w styczniu 1974 roku Markus Magnusson był nastolatkiem, teraz po blisko trzydziestu latach musi stawić czoło niemiłemu odkryciu w ruinach własnego domu. Wkrótce jego dziewczyna z młodzieńczych lat zostaje brutalnie zamordowana.

Sprawy nabierają niebezpiecznego tempa. I tym razem wezwana Thora Gudmundsdottir musi zgłębić tajemnice przeszłości i odkopać zło i przemoc ukryte pod wulkanicznym popiołem. Wbrew jej nadziejom i oczekiwaniom mieszkańcy malej rybackiej osady nie kwapią się do zwierzeń i wspominków. Nie tylko oni... W proch się obrócisz mrozi krew w żyłach od pierwszej strony. Autorka po mistrzowsku prowadzi czytelnika poprzez rozdziały... a napięcie rośnie. 

Opinie o ebooku W proch się obrócisz - Yrsa Sigurdardóttir

Fragment ebooka W proch się obrócisz - Yrsa Sigurdardóttir

Tytuł oryginału: Aska

Projekt okładki:

Redakcja: Stanisława Staszkiel

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Bettmann/Corbis/Fotochannels

© iStockphoto.com/doisneau

© Yrsa Sigurðardóttir 2007. Published by agreement

with Salomonsson Agency.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2009, 2014

© for the Polish translation by Jacek Godek

ISBN 978-83-7758-869-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Książkę dedykuję mojemu wydawcy

Péturowi Márowi Ólafssonowi

z wyrazami szczerej wdzięczności

za znakomitą współpracę

i bezgraniczną cierpliwość.

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Podziękowanie

Prolog

Często myślała o śmierci jako o kuszącej alternatywie. Ale dzisiaj akurat tak się nie czuła i w świetle tego, co się wydarzyło, można by to uznać za niefortunne. Kiedy po ciężkiej walce z rakiem umarł jej tata, zastanawiała się, jaki też jest cel tego wszystkiego. Jak krótkie i nic nieznaczące jest życie ludzkie. Jej ojciec był ostoją tej niewielkiej rodziny, a miesiąc później miała kłopoty z przywołaniem w pamięci jego twarzy bez wspomagania się fotografią. Była jedną z najbliższych mu osób. Zatem jak szybko inni musieli o nim zapomnieć? Po śmierci matki, jej samej i siostry nikt go nie będzie pamiętał, zupełnie jakby w ogóle nie stąpał po ziemi. Ta myśl przepełniła smutkiem i beznadzieją. Stanęła oko w oko ze swoim przeznaczeniem i uświadomiła sobie, że nigdy nie uporządkuje własnego życia, jak tego pragnęła. A przecież nikt inny nie zdoła opowiedzieć jej historii w sposób właściwy, a tym bardziej wyjaśnić złożonych zdarzeń, które ostatnio miały miejsce. Pociemniało jej w oczach, lecz jakoś się przemogła. Wiedziała, że następnym razem już jej się to nie uda.

Żeby tylko jej myśli nie były tak niejasne, a ona sama taka słaba! Leżała bez ruchu, nie mogła stawić żadnego oporu napastnikowi, nawet zasłonić głowy ręką. Wiedziała, że ktoś musiał jej coś podać. Takie otumanienie samo z siebie się nie brało. Na stoliku nocnym widziała fiolkę po lekach, ale nie przypominała sobie, by tam postawiła. Kiedy zmrużyła oczy, stwierdziła, że to silny środek przeciwbólowy, który dostała do domu po ostatnim zabiegu. Fiolka stała nienaruszona w jej apteczce przez wiele miesięcy i raczej nie do pomyślenia było, by sama tu przyniosła, a co dopiero zażyła lek w tak wielkiej ilości. Najprawdopodobniej ktoś wsypał tabletki do jej jedzenia. Doskonale pamiętała smak tych tabletek i wykluczała, by mogło go zabić wino, które piła. Nie, niesmak w ustach po wymiotach nie pochodził od pigułek. Ale to samo w sobie nic nie znaczyło. Znów zwymiotowała i zamknęła oczy, choć obawiała się, że już ich nigdy więcej nie otworzy. Ale lękała się na wyrost, zaraz bowiem je szeroko otworzyła gdy straciła oddech i poczuła na głowie jakiś ciężar. I natychmiast czyjaś zimna dłoń zasłoniła jej oczy.

Serce biło jej szybko i nie zwolniło, kiedy druga ręka rozwarła jej usta, a ruchliwe palce wślizgnęły się między wargi. Wierzgała nogami, bo tylko w ten sposób mogła zaprotestować przeciwko przemocy. Ręka wyciągnęła jej język i wkrótce potem poczuła bolesne ukłucie. Słabość i ciepło rozchodziły się powoli po języku, w który właśnie coś jej wstrzyknięto. Wtedy ręka puściła język, zaciskając w zamian nos.

Jej myśli stawały się coraz bardziej mętne. A może była w szpitalu pod opieką lekarską? Nie mogła otworzyć oczu i nie czuła żadnego zapachu, ale taką miała nadzieję. Usłyszała cichy szept do ucha: „Już zaraz kończymy rozluźnij się”. Czy to był lekarz, czy pielęgniarka? Bezskutecznie usiłowała przypomnieć sobie, kto odwiedził, zanim osłabła i zaczęła wymiotować. Przecież doskonale wiedziała, że ktoś do niej przyszedł, ale w tej chwili nie była w stanie przypomnieć sobie ani twarzy, ani imienia gościa. Nagle uświadomiła sobie, że musi kupić siostrze prezent na urodziny. Co jej podarować? Może sweter? Jest tyle eleganckich sweterków! Jednak dotarło do niej, że ani to czas, ani miejsce, by się nad tym zastanawiać. Nie tylko ciężko było jej się zorientować, gdzie jest. Miała również kłopoty z określeniem czasu. Był wieczór czy dzień? Ile czasu minęło od chwili, kiedy zrobiono jej zastrzyk w język jeśli to się wydarzyło? Ręka puściła jej nos i znowu otworzyła usta. Te same palce wepchnęły się między zęby. Poznała je po smaku mydła. Palce szturchały język i czuła, że coś jest nie tak, jak być powinno. Spróbowała poruszyć językiem, ale się jej nie udało. A może miała wylew? Chyba tak mógł się objawiać. Nie pamiętała tego. Nagle palce z całej siły nacisnęły na język, wymiętoliły go i wepchnęły do gardła. Nieważne, jak bardzo starała się opierać i wyrwać go ze stalowego uścisku język ani drgnął. Kolana siedzącego na niej człowieka przyciskały jej ramiona do boków. W rozpaczy starała się przywołać całą wiedzę na temat wylewu, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, czy jednym z objawów może być paraliż języka.

Niewyraźne przekleństwa, które zdawały się dobiegać z jakiejś beczki albo tunelu, dudniły jej w uszach. Nie widziała, czy to tylko jej wymysł, czy też słowa dobywają się z gardła osoby, która grzebie jej w ustach. Usiłowała coś powiedzieć i spodziewała się, że zabełkocze jak pacjent na fotelu dentystycznym, co z kolei przypomniało jej, że musi się umówić z dentystą; jedyne, co się z niej dobyło, to jęknięcie gdzieś z głębi trzewi. Język nadal się nie poruszał pomimo wciąż wysyłanych sygnałów z mózgu, tak że nie była w stanie zamienić dźwięków w słowa. Nagle palce jeszcze mocniej ucisnęły język. Czuła go w ustach, ale nie mogła nim poruszać. Znów zwymiotowała, kiedy wepchnięto go w krtań. Oczy szeroko się rozwarły i patrzyły na znajomy sufit.

Palce uwolniły nos, ciężar z brzucha i ramion ustąpił. Ale nawet się z tego nie cieszyła, bo rozpaczliwie starała się złapać oddech. Sparaliżowana strachem nie mogła myśleć jasno. Język utknął w krtani i nie dało się nim poruszać. Nogi kopały powietrze, wymachiwała nimi w górę i w dół na materacu, tak że wszystko się trzęsło. Ręce wędrowały do gardła i szczęk, palce zaczęły drapać miękką i gładką skórę. Może uda się jej wyskrobać dziurę, tak by mogła zassać powietrze?

A potem wszystko stało się czarne i zniknęła zupełnie, tak jak jej ojciec. Tylko że on, choć ze smutkiem, pożegnał się z życiem w odróżnieniu od niej. Charkot, który się z niej wydobywał, usiłując jednocześnie zaistnieć poza jej ciałem, oraz walka o oddech ustały. Głowa wolno osuwała się na bok, by w końcu spocząć z otwartymi oczami w kałuży wymiocin. Zrobiło się zupełnie cicho, a po chwili ktoś włączył wieżę na drugim stoliku i zaczęła się z niej sączyć muzyka.

Wkrótce potem gość zamknął drzwi z tamtej strony, okazując tym samym więcej grzeczności niż do tej pory.

Rozdział 1

Chyba Markus nie udał się do piwnicy, żeby posprzątać? A jeśli nawet, to czy zgromadzone tam śmieci naprawdę takim powodem do wstydu, że nie chciał, aby ktokolwiek schodził tam przed nim?

Prawniczka Thora Gudmundsdóttir uśmiechała się grzecznie do stojącego obok niej archeologa Hjortura Fridrikssona, lecz ten pozostawił jej pytanie bez odpowiedzi. Za długo to już trwało. Czuła się w tym domu fatalnie: swąd spalenizny i popiół drażniły jej oczy i nos, a do tego obawiała się, że dach może się w każdej chwili zawalić. Cała trójka, przeciskając się w głąb domu w kierunku drzwi prowadzących do piwnicy, musiała minąć ogromną kupę popiołu na wzorzystym dywanie w salonie. W tym miejscu dach nie wytrzymał. Thora na ten widok wsunęła pasek od kasku głęboko pod brodę, by mieć absolutną pewność, że kask nie spadnie jej z głowy. Przestępowała z nogi na nogę i zakłopotana często spoglądała na zegarek. Z piwnicy dobiegł nieokreślony łoskot. O co właściwie temu facetowi chodzi? Twierdził, że musi tam zejść na krótką chwilę, ale ani ona, ani archeolog nie mieli pojęcia, ile czasu według Markusa trwać miała ta „krótka chwila”.

Na pewno zaraz się zjawi odezwała się w końcu Thora bez przekonania, wpatrując się w powyginane drzwi z nadzieją, że w końcu się otworzą i skończy się ta cała zabawa. Następnie nieświadomie skierowała wzrok na sufit, gotowa brać nogi za pas, gdyby ten zaczął się osuwać.

Nie przejmuj się. Hjortur wskazał palcem w górę. Gdyby dach miał runąć, już dawno by to się stało. Westchnął i pogładził się po nieogolonej brodzie. Wiesz może, co on tam robi?

Thora pokręciła głową. Nie miała ochoty dyskutować na temat planów swojego klienta z osobami trzecimi.

Ale musiał coś dać do zrozumienia. Bardzo głęboko się nad tym zastanawialiśmy. Hjortur spojrzał na Thorę. Wydaje mi się, że może tu chodzić o pornografię. Zresztą wszystkim nam się tak wydaje.

Thora wzruszyła ramionami. Oczywiście jej także przyszło to do głowy. Ale nie miała tak płodnej fantazji, by wyobrazić sobie, co też mogłoby być na tyle kłopotliwe czy koszmarne, żeby trzeba było to chronić przed wzrokiem osób postronnych. Krótki film o spółkowaniu gospodarzy? Raczej nie. Niewiele osób na początku lat siedemdziesiątych posiadało kamerę i raczej nie można się było spodziewać, by taśmy filmowe, których wówczas używano, przetrwały apokalipsę, która miała tu miejsce. Poza tym kiedy dom znikł pod popiołem i lawą, Markus Magnusson, który w tej chwili przebywał w piwnicy, miał zaledwie piętnaście lat i pewno nie był zdolny do wielkich wyczynów, jeśli chodzi o te rzeczy. Niemniej na dole znajdowało się coś, co sprawiało, że koniecznie musiał zejść tam jako pierwszy. Thora westchnęła. Jak to się dzieje, że właśnie jej ciągle trafiają się takie pokręcone sprawy? Nie znała żadnego prawnika, który mógłby się pochwalić równie dziwacznymi klientami. Postanowiła zapytać Markusa, co sprawiło, że zdecydowawszy się wystąpić o zakaz prawny odkopywania swojego domu, zadzwonił akurat do jej niewielkiej kancelarii, a nie do którejś z większych. Jeśli oczywiście wyjdzie kiedyś z tej piwnicy. Postawiła kołnierzyk sweterka, zasłaniając nozdrza, i w ten sposób próbowała oddychać. Tak było trochę lepiej. Widząc to, Hjortur się uśmiechnął.

Mówię ci, po kilku dniach można się przyzwyczaić powiedział. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to konieczne.

Thora wzniosła oczy ku niebu.

Do diabła z tym, on chyba nie ma zamiaru tam zamieszkać wymamrotała zza kołnierzyka. A potem go opuściła, by uśmiechnąć się do Hjortura. To dzięki niemu wszystko do tej pory szło tak dobrze, że nie musieli występować o zakaz odkopywania domu. Zresztą i tak byłoby to rozwiązanie na krótką metę, ponieważ ani Markus, ani jego rodzina nie mieli już praw do domu. Razem ze wszystkim, co się w nim znajdowało, należał teraz do miasteczka Vestmannaeyjar, stąd też nie było szans na wygranie sprawy, choć trzeba przyznać, że Markus bardzo się starał. Swoje pretensje kierował zwłaszcza do stojącego teraz obok Thory Hjortura Fridrikssona, nadzorującego przedsięwzięcie „Pompeje Północy”. Chodziło o to, by odkopać kilka domów, które przykrył wulkaniczny popiół podczas wybuchu na wyspie Heimaey w 1973 roku. W związku z sprawą Thora utrzymywała z nim dość ożywione kontakty, zarówno telefoniczne, jak i e-mailowe, i polubiła tego człowieka. Wprawdzie miał wadę, był rozwlekły w mowie, ale za to szczery i nieskory do piętrzenia przeszkód. Zwłaszcza ta druga zaleta okazała się bardzo przydatna, Markus bowiem często gęsto zachowywał się niczym nieokrzesany cham. Stanowczo nie chciał zdradzić powodu, dla którego nie godził się, by dom jego rodziców został odkopany spod popiołu, marudził coś o wolności życia osobistego i komplikował Thorze sprawy w każdy możliwy sposób. I kiedy już w ogóle nie dało się pośredniczyć w rozmowach z powodu jego bezczelności, zrezygnowana Thora spytała Hjortura, czy po prostu nie mogliby odkopać jakiegoś innego domu. W końcu było ich pod dostatkiem. Niestety, okazało się to niemożliwe, ponieważ dom dzieciństwa Markusa był jednym z niewielu murowanych budynków w tej okolicy i stąd większe prawdopodobieństwo, że w przyzwoitym stanie przetrwał te okropieństwa. A nie zamierzano odkopywać ruin.

Kiedy Thora zaczęła się zastanawiać, jak uzyskać prawny zakaz odkopywania domu Markusa, okazało się, że jemu chodzi jedynie o piwnicę. I wreszcie mogła szukać jakiegoś rozumnego rozwiązania, a Hjortur zaproponował właśnie taki układ. Dom zostanie odsłonięty i przewietrzony, a potem Markus jako pierwszy zejdzie do piwnicy i zabierze stamtąd, co tylko zechce. Po krótkim namyśle przystał na to i Thora odetchnęła z ulgą. Markus bowiem finansowo dałby sobie radę z beznadziejnym procesowaniem się, ponieważ do najuboższych nie należał. Jego rodzina posiadała jedno z największych przedsiębiorstw połowowych w Vestmannaeyjar i choć Thora absolutnie nie miała nic przeciwko wysokim honorariom za swoją pracę, nie przepadała za działaniem wbrew rozsądkowi i za dążeniem do celu, którego nie da się osiągnąć. Dlatego bardzo ucieszyło, że Markus przystał na propozycję Hjortura, i mogła skupić się na szczegółach dotyczących warunków zejścia Markusa do piwnicy, na zapewnieniu mu pierwszeństwa i tak dalej. Następnie podpisano umowę i pozostawało tylko czekać, dom zostanie odkopany.

Dlatego stali tutaj, archeolog i prawniczka, gapiąc się na krzywe drzwi prowadzące do piwnicy, podczas gdy facet, który w roku 1973 był nastolatkiem, zmagał się z jakąś potworną tajemnicą pod ich nogami.

Alleluja! krzyknęła Thora, usłyszawszy kroki na schodach piwnicznych.

Mam wielką nadzieję, że to znalazł. Hjortur ciężko dyszał. Nie zastanawialiśmy się, co będzie, jeśli wyjdzie na górę z pustymi rękami.

W napięciu obserwowali poruszającą się klamkę, lecz ich ciekawość natychmiast zmieniła się w zdziwienie, kiedy drzwi ledwie się uchyliły. Zanim Thora ku nim podeszła, spojrzeli po sobie.

Markusie odezwała się spokojnie. Coś się stało?

Musisz tu zejść ze szczeliny dobiegł dziwny głos. Nie sposób było się zorientować, czy Markus jest zdenerwowany, rozczarowany czy smutny. Słaba poświata z jego latarki zbłądziła nagle na podłogę i oświetliła nogi Thory.

Ja? spytała Thora ostrożnie. Tam na dół? Spojrzała na Hjortura, który uniósł brwi.

Tak odparł Markus wciąż tym nieodgadnionym głosem. Jest pewna sprawa, co do której muszę poznać twoją opinię.

Moją opinię? Kiedy Thorze brakowało słów, zawsze powtarzała ostatnie słowa przedmówcy i w ten sposób zyskiwała krótką chwilę do namysłu.

Tak, opinię prawną dobiegło zza drzwi.

Thora się wyprostowała.

Markusie, dam ci wszystkie opinie, jakie tylko zechcesz. Próbowała się bronić. Ale z prawnikami nie jest tak, że koniecznie muszą na własnej skórze doświadczać wszystkiego, o czym się wypowiadają. Dlatego też nie ma powodu, żebym złaziła z tobą na dół. Powiedz mi tylko, o co chodzi, a ja przygotuję ci opinię w swojej kancelarii.

Musisz tu zejść upierał się Markus. Nie potrzebuję opinii na piśmie. Wystarczy ustna. Zamilkł na chwilę. Proszę cię, tylko na chwilę. Thora nigdy nie słyszała tak przymilnego głosu Markusa. Dotąd zwracał się do niej wyłącznie bezczelnym i kabotyńskim tonem.

Hjortur spojrzał na Thorę. Nie wydawał się rozbawiony.

Nie chciałabyś już skończyć? Jesteś tu zupełnie bezpieczna, a mnie bardzo zależy, żeby mieć to już za sobą.

Thora przestępowała z nogi na nogę. Na Boga, cóż mogło się tam znajdować? Absolutnie nie chciało jej się schodzić w jeszcze większy mrok i zaduch. Z drugiej strony zgadzała się z Hjorturem, że muszą zakończyć sprawę tu i teraz. Zebrała się w sobie.

No dobra powiedziała i wzięła latarkę od Hjortura. Idę. Otworzyła drzwi na tyle, by się przez nie przecisnąć. Markus stał na schodach blady jak trup. Jego twarz miała niemal ten sam kolor co biały kask ochronny na jego głowie. Nie dało się jednak z niej odczytać zbyt wiele, bo jedyne światło pochodziło z latarek i rzucało na wszystko nierzeczywistą poświatę. Kaszlnęła. Panował tu znacznie większy zaduch i unosiło się znacznie więcej pyłu niż na górze. Co chcesz mi pokazać? spytała, kiedy wreszcie doszła do siebie. Kończmy już.

Markus ruszył schodami w dół. Promień jego latarki nie był w stanie przebić ciemności i pyłu, więc żadne z nich nie widziało końca schodów.

Nie wiem, co powiedzieć odezwał się nienaturalnie spokojnym głosem. Musisz mi uwierzyć, że nie przyszedłem tu po to, co zaraz zobaczysz. Ale jest absolutnie jasne, że musisz uzyskać ten zakaz, a dom trzeba koniecznie na powrót zasypać.

Thora skierowała snop światła pod nogi. Nie miała ochoty potknąć się na schodach i spaść do piwnicy głową w dół.

To coś strasznego, o czym nie wiedziałeś?

Można tak powiedzieć. Nigdy w życiu nie dopuściłbym do tych prac, gdybym o tym wiedział, gdybym chciał to ukryć. To pewne. Stał już na poziomie piwnicy. Wydaje mi się, że moja sytuacja nie jest najlepsza.

Thora zeszła z ostatniego schodka i stanęła obok niego.

Gdzie to jest? zapytała.

Wszystko, co światło jej latarki wydobyło z mroku, wyglądało niewinnie: stare sanki, pogięta klatka dla ptaków, niezliczone kartony i nieokreślone graty porozrzucane tu i ówdzie, pokryte kurzem i brudem.

Chodź rzucił Markus. Zaprowadził do końca ścianki działowej i powiedział, że musi mu uwierzyć, że on nic o tym nie wiedział. Skierował latarkę na podłogę.

Thora zmrużyła oczy, żeby zobaczyć to coś, co spowodowało takie zdenerwowanie Markusa. Dostrzegła jedynie trzy szare kopce popiołu. Przez chwilę snop światła po nich błądził. Sporo czasu minęło, nim zrozumiała, a latarka o mało nie wypadła jej z rąk.

Mój Boże! krzyknęła. Mimowolnie skierowała światło kolejno na trzy twarze. Zapadnięte policzki, oczodoły, otwarte usta jak na zdjęciu mumii, które wiele lat temu widziała w Żywej nauce. Co to za ludzie?

Skąd mam wiedzieć! oburzył się Markus. Zresztą nie ma to żadnego znaczenia. Pewne jest tylko, że muszą tu już leżeć jakiś czas. Uniósł rękę do nosa, choć nie było czuć odoru rozkładających się ciał, skrzywił się i odwrócił wzrok.

Thora natomiast nie mogła oderwać oczu od zwłok. Markus miał rację. Jego sytuacja nie wyglądała dobrze.

A co właściwie chciałeś ukryć? spytała zaciekawiona. Powinieneś umieć się wytłumaczyć, kiedy zaczną wyjaśniać sprawę. Zauważywszy, że Markus chce protestować, szybko dorzuciła: Możesz zapomnieć o tym, że dom zostanie zasypany, jakby nic się nie stało. Zapewniam cię, że takiej możliwości nie ma. Dlaczego nigdy nic nie jest proste? Czy ten facet nie mógł po prostu wyjść z piwnicy z naręczem starych filmów pornograficznych? Skierowała światło latarki na Markusa. Pokaż mi to powiedziała, a kiedy dostrzegła, że wyraz jego twarzy nie zwiastuje niczego dobrego, przepełnił nieokreślony lęk. Na pewno nie jest to nic gorszego od tych tutaj dodała.

Markus przez chwilę milczał. Następnie chrząknął i oświetlił kartonowe pudło leżące tuż obok nich.

Ano to powiedział, nie podążając wzrokiem za światłem. Mogę wszystko wytłumaczyć dodał, patrząc pod nogi z zakłopotaniem.

No nie… jęknęła prawniczka Thora Gudmundsdóttir. Latarka wypadła jej z rąk.

Rozdział 2

Prawdę mówiąc, nie wiem, czy powinienem się cieszyć, że ta makabra zdarzyła się teraz, gdy zamierzam, ale jeszcze nie zdążyłem, odejść ze służby. Policjant patrzył na nich kolejno. Thora Gudmundsdóttir, jej klient Markus Magnusson i archeolog Hjortur Fridriksson uśmiechali się zakłopotani. Znajdowali się na komisariacie policji w Vestmannaeyjar, gdzie kazano im długo czekać na naczelnika, który teraz siedział przed nimi. Najwyraźniej trochę dłużej, niż przewidywano, zabawił w piwnicy, bo na własne oczy chciał się przekonać, o co w tej sprawie chodzi, zanim z nimi porozmawia. Zaczynam się starzeć dodał, przedstawiwszy się jako Gudni Leifsson. Po blisko czterdziestu latach pracy. Skrzyżował ramiona na piersiach. Ciekawe, czy jest w policji taki drugi? Thora bardzo się starała okazać zainteresowanie jego długą karierą zawodową, ale nie najlepiej jej to wychodziło. Najchętniej zapytałaby, która godzina, bo nie chciała spóźnić się na ostatni lot do Reykjaviku. Co za bezsens. Taka już jest kolej rzeczy. Naczelnik komisariatu policji kiwał wolno głową w przód i w tył i głośno mlasnął. Ale nigdy nie widziałem czegoś takiego. Uśmiechnął się pod nosem. Może to los kpi sobie z władzy w Reykjaviku?

Thora uniosła brwi i pomimo że za nic w świecie nie chciała przeciągać tego dziwnego przesłuchania, zapytała:

Dlaczego?

Nie dziwię się, że pytasz. Stołeczny prawnik nie śledzi wydarzeń na nudnej prowincji. Stary człowiek spojrzał na nią z niechęcią, ale Thora udała, że tego nie zauważa. Nie minęło wiele czasu, od kiedy wydział kryminalny tutejszej policji ze względów oszczędnościowych przeniesiono do stolicy. Nie popełniano tu takich zbrodni, by dało się usprawiedliwić koszty. Uśmiechnął się. do teraz. Spojrzał na Markusa i wbił zdecydowany wzrok w jego oczy, po czym kontynuował: Trzy ciała i jedna głowa odcięta od korpusu. Mlasnął po raz wtóry. Markus, jako dziecko zawsze byłeś pełen pomysłów, ale czy to aby nie przesada? Nie za duży przeskok od kradzieży rabarbaru po seryjne morderstwo?

Markus pochylił się nad biurkiem, a szczerość patrzyła mu z oczu.

Mogę przysiąc, że nie wiem nic na temat tych zwłok. To nie jest moja sprawka. Odchylił się do tyłu, zadowolony z siebie. Otrząsnął pył z rękawów marynarki.

Thora cicho jęknęła. Przerwała Markusowi, nie chcąc dopuścić, by powiedział, że tylko ukrył tam czyjąś odciętą głowę.

Zanim przejdziemy do następnego etapu, chciałabym wiedzieć, co to wszystko znaczy, czy to jest to formalne przesłuchanie. Nie dodała, że wówczas raczej nie powinni siedzieć tu wszyscy razem, zwłaszcza Markus i Hjortur. W ich przypadku zachodził absolutny konflikt interesów. Jeśli tak, to jako prawnik Markusa chcę podkreślić, że wątpię w legalność takiego postępowania.

Naczelnik komisariatu wydął wargi i wciągnął powietrze przez zęby, jakby chciał przewietrzyć przestrzeń między nimi.

Pani adwokat, być może w Reykjaviku macie inne zwyczaje rzekł chłodno. Tam pewno postępujecie według litery prawa, jak to się mówi, choć nikt nigdy nie precyzuje, o którą literę chodzi. Natomiast tutaj to ja o wszystkim decyduję. Jeśli mam ochotę pogawędzić sobie z wami, tak jak teraz, to gawędzę. Nikomu tym nie zaszkodzę. A już na pewno nie twojemu klientowi Markusowi. Uśmiechnął się do Thory, ale jego oczy pozostały chłodne. Chyba że ma on coś na sumieniu? Spojrzał na Markusa. Odniosłem wrażenie, że zwłoki dość leciwe. Być może swego czasu porywczy młodzian ukatrupił wszystkich? Spojrzał na Thorę. Ale czuję, że raczej tak nie było. Myślę, że uda nam się wyjaśnić sprawę bez specjalnych formalności. A kto chce, niech sobie ma do mnie pretensje.

Thora położyła dłoń na ramieniu Markusa, chcąc dać mu do zrozumienia, że winien zachować spokój.

Zanim się zagalopujemy, chciałabym porozmawiać z moim klientem i sugeruję, byśmy dalej postępowali zgodnie ze wzmiankowaną literą, tak by wszystko było jasne.

Gudni wzruszył ramionami. Jak na swój wiek wyglądał znakomicie; szczupły, jeszcze nie zaczął łysieć. Thorze zdawał się irytująco podobny do Clinta Eastwooda, ale wrażenie było niekompletne, przeto najchętniej chwyciłaby wykałaczkę i wepchnęła mu w kącik ust. Policjant przez chwilę przyglądał się Thorze, jakby wiedział, co zaświtało w jej głowie, lecz po chwili znów zwrócił się do Markusa:

Drogi Markusie, czy i ty tego chcesz? spytał mężczyznę siedzącego jak mysz pod miotłą obok Thory.

Zakłopotany Markus zaczął się wiercić na krześle. Miał przed sobą wieloletniego przedstawiciela władzy, który pamiętał, że w młodości zdarzało mu się kraść warzywa z ogródków, i nie omieszkał wspomnieć o tym na początku rozmowy.

Ja nic nie zrobiłem wymamrotał, zerkając z ukosa na Thorę. Jest więc jakiś powód dla tych formalności?

Thora głęboko wciągnęła powietrze.

Drogi Markusie zaczęła spokojnie w nadziei, że słowo „drogi” wywrze na rozmówcy takie samo wrażenie jak przed chwilą, gdy wypowiedział je policjant. Poprosiłeś mnie o pomoc w piwnicy i teraz właśnie ci zapewniam. Wyjdź ze mną na korytarz, porozmawiamy w cztery oczy. A potem rób, co chcesz. Będziesz sobie mógł iść z Gudnim do jego domu i wyspowiadać mu się przy kuchennym stole w obecności żony i domowego kota.

Moja żona nie żyje rzekł Gudni ozięble. A poza tym mam psa. A nie kota.

Podczas gdy trwały te przepychanki, Hjortur czekał na stronie i spokojnie obserwował wydarzenia. W końcu jednak się odezwał i Thora doszła do wniosku, że należy on do tych ludzi, którzy czują się źle w sytuacjach konfliktowych, nawet w charakterze milczących świadków.

Może rzeczywiście oboje powinniście stąd wyjść na chwilę? W tym czasie ja będę mógł zdać naczelnikowi swoją relację powiedział i spojrzał z nadzieją na Gudniego. Chciałbym to już mieć za sobą. Muszę jak najszybciej znaleźć się w biurze, żeby współpracownicy nie myśleli, że coś mi się stało. Wiedzą, że byłem w domu, który opieczętowaliście. Na pewno już słyszeli, że coś się wydarzyło w tej dzielnicy.

Gudni bez słowa wpatrywał się w Hjortura. Thora była przekonana, że takie milczenie to jego tajemna broń podczas przesłuchań. Może wolał, żeby ludzie sami dalej mówili, nie wytrzymując nabrzmiałej konsternacją ciszy, i wypełniali nieprzemyślaną paplaniną. Ale archeolog najwyraźniej nie dał się złapać w pułapkę. Na twarzy Gudniego pojawił się nagle zimny uśmiech:

Świetnie. Drogi Hjorturze, wcale nie chcę, by twoi naukowcy powyjmowali pióra i zaczęli pisać o tobie wspomnienia. Przeniósł wzrok ze spąsowiałej twarzy archeologa na tamtych. Proszę bardzo. Na korytarzu znajdziecie spokój. Zamaszystym gestem ręki wskazał drzwi. Czekam na was, jeśli zdecydujecie się znowu zaszczycić nas swoją obecnością. Kiedy Thora i Magnus znaleźli się przy drzwiach, usłyszeli za plecami: Natomiast na kolację do siebie nie zapraszam.

Co ty sobie myślisz? Thora cedziła słowa przez zaciśnięte zęby. Schodzisz do piwnicy po odciętą głowę i chcesz sobie pogawędzić z policjantem, nie wiedząc, jak wygląda twój status prawny! Nie sądzisz, że możesz wpaść w poważne kłopoty?

Wyglądało na to, że Markus zaczyna się denerwować, lecz po chwili się opanował i tylko głęboko westchnął.

Nie masz pojęcia, jak to wszystko tutaj działa. Ten facet to policja w Vestmannaeyjar. On jeden. Być może jeszcze jacyś inni, ale to on o wszystkim decyduje. Często zamyka sprawy bez narażania zainteresowanych na kłopoty. Myślę, że najlepiej byłoby po prostu z nim pogadać. Kiedy usłyszy, co mam do powiedzenia, umorzy śledztwo. Tym bardziej że nic nie zrobiłem.

Thora miała ochotę tupnąć nogą, ale w końcu zadowoliła się delikatnym stukaniem w ścianę dla podkreślenia swoich słów:

Gudni niebawem przestanie prowadzić to dochodzenie. Trupy i odcięte głowy to nie sprawy dla małych posterunków, niezależnie od tego, jak ważnymi w swoich rejonach osobami mogą być pojedynczy policjanci. Być może swoimi nieortodoksyjnymi metodami Gudni potrafi wykryć złodzieja rabarbaru, ale z tym sobie nie poradzi. Moim zdaniem z powodu powagi tej sprawy i niecodziennych okoliczności nawet policja w Salfoss jej nie otrzyma. Zjawi się tu ekipa z Reykjaviku wraz z pionem technicznym i możesz być pewien, że oni będą postępować inaczej niż ten twój cały Gudni. I nieważne, czy coś zrobiłeś, czy nie dla ciebie lepiej będzie, jeśli zostaną zachowane wszystkie procedury. Gdybyś został teraz przesłuchany nieformalnie, to Gudni i tak poinformuje tamtych o wszystkim, co od ciebie usłyszy. A na domiar złego jest tu obecny Hjortur i może potwierdzić, co zostało powiedziane. To wszystko jest absolutnie nieroztropne.

Ale przecież mówił przed chwilą, że właśnie zlikwidowano tu wydział kryminalny? rzekł Markus, ku uciesze Thory coraz bardziej zmartwiony.

Vestmannaeyjar pozostaje w sferze działania policji kryminalnej i pionu technicznego, choć zlikwidowano tutejszy wydział. Po prostu specjaliści wskoczą w Reykjaviku do samolotu i przejmą sprawę.

Rozumiem odparł Markus stłumionym głosem.

Thora westchnęła. Mogła tylko współczuć człowiekowi, który nagle stał się tak do siebie niepodobny. Dawna energia, żywiołowość i bezczelność teraz nagle gdzieś uleciały. Najwyraźniej źle zniósł odkrycie w piwnicy i Thora uwierzyła mu całkowicie, kiedy stwierdził, że po raz pierwszy zobaczył trzy ciała i głowę, po którą przyszedł. Nie zdążyła zapytać go o przedziwną sprzeczność, kiedy, już na górze, oznajmili Hjorturowi, że należy zadzwonić na policję. Widok pozbawionej tułowia głowy, odkształconej twarzy i jak jej się wydawało wywalonego języka sprawił, że nie była w stanie rozmawiać z Markusem tam na dole.

A może powiedziałbyś mi, dlaczego tak bardzo zależało ci na zabraniu głowy, o której istnieniu, jak twierdzisz, nic nie wiedziałeś? Próbowałam znaleźć jakieś wyjaśnienie, ale muszę się przyznać do porażki. Zastanawiała się przez moment i spojrzała Markusowi w oczy. Kiedy usłyszę twoją relację, odczekamy spokojnie, wyjdzie Hjortur, i każemy Gudniemu zdecydować, czy chce cię formalnie przesłuchać, czy zostawić to swoim następcom.

Świetnie odparł Markus i głęboko wciągnął powietrze. Z pewnością masz rację.

Thorę ucieszyła ta zmiana, ale nie miała pewności, czy plan im się uda.

Musisz też wiedzieć, że jeśli ci przerwę, to znaczy, że chcę, abyś pozostawił coś bez odpowiedzi, wtedy zamilkniesz i ja będę mówić.

W porządku. Ty decydujesz. Spojrzał na nią i uśmiechnął się strapiony. Gdzieś ty była, kiedy wybuchła wielka afera rabarbarowa? Przez miesiąc za karę pieliłem grządki w ogródkach szkolnych.

Thora także uśmiechnęła się do niego. Rozejrzała się dookoła, by się upewnić, czy żaden z podwładnych Gudniego ich nie podsłuchuje.

Opowiedz mi o głowie, po którą zszedłeś, a o której istnieniu rzekomo nie miałeś pojęcia.

Gudni rozparł się wygodnie na krześle i wyjął ostatnią kartkę z archaicznej, elektrycznej maszyny do pisania. Położył pedantycznie rewersem do góry na pozostałych kartkach, po czym podniósł wszystkie i odwrócił stosik. Następnie odłożył go na biurko i przekręcił w taki sposób, że tekst zwrócony był w kierunku Thory i Markusa.

Wszystko zgodnie z wymogami prawa. Przeczytajcie to. Chciałbym także, abyś ty, Markusie, potwierdził podpisem swoje zeznania i aby wszystkie formalności zostały dopełnione, a twoja pani adwokat odetchnęła spokojnie.

Thora uśmiechnęła się przykładnie. Zasadniczo było jej wszystko jedno, czy Gudni jest zadowolony z obrotu sprawy, czy nie. Interes jej klienta został zabezpieczony. Pod koniec nieźle im nawet szło. Markus wprawdzie został przesłuchany w charakterze podejrzanego, ale w zaistniałej sytuacji właściwie nie było innego wyjścia. Głównie chodziło o to, by nie napytał sobie jeszcze większej biedy, mówiąc przedwcześnie zbyt wiele. Thora skinęła brodą w kierunku maszynopisu:

Czy to się nie zgadza z tym, co zostało powiedziane? Chyba niczego od siebie nie dodałeś, prawda? spytała, by odczuć satysfakcję z drobnej zemsty.

Tak, generalnie to jest to, co tu usłyszeliśmy odparł Gudni z ironią. Złożył dłonie i pochylił się nad biurkiem. A mówiąc nieco zwięźlej, niż to zapisałem w raporcie, zrozumiałem to w następujący sposób. Spojrzał na Markusa. Późnym wieczorem dwudziestego drugiego stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku kontaktuje się z tobą Alda Thorgeirsdóttir i prosi, abyś jej pomógł pozbyć się niedużego pudła. Jesteś w niej zakochany, bo była wtedy najładniejszą dziewczyną w mieście, i nie wdając się w zbędne rozmowy, bierzesz od niej to pudło. Następnie niesiesz je do piwnicy u siebie w domu z zamiarem lepszego ukrycia w terminie późniejszym. Ale to się nie udaje, bo w nocy zaczyna się erupcja wulkanu, twoi rodzice cię budzą i lokują na statku, który odpływa, zabierając też twoją matkę i rodzeństwo. Na statku spotykasz Aldę, która pyta cię, co zrobiłeś z pudłem, a ty mówisz jej prawdę. W tym całym amoku zostawiłeś je w piwnicy. Nie pytasz Aldy o zawartość kartonu, ponieważ nie chcesz jej drażnić, tak ładnie wygląda i tak dalej. Gudni uśmiechnął się do Markusa, który spąsowiał. Następnie nic się nie dzieje przez ponad trzydzieści lat, do chwili kiedy robi się głośno o projekcie „Pompeje Północy”. Wówczas kontaktuje się z tobą Alda. Prosi cię w zawiłych słowach, byś uniemożliwił odkopanie domu z powodu tego pudła, a ty znowu nie pytasz o jego zawartość. A może nadal jesteś zakochany w Aldzie?

Markus znów się zarumienił.

Nie, nie o to chodzi. Po prostu jakoś ten szczegół nie pojawił się w naszej rozmowie.

Nieważne zresztą. Gudni kontynuował swoje streszczenie raportu. W końcu udaje ci się załatwić, że możesz zejść do piwnicy i zabrać stamtąd, co chcesz, a Alda dzięki temu się uspokaja. Masz zamiar oddać pudło Aldzie, o co cię zresztą prosiła. I wtedy następuje ów przełomowy moment, kiedy to decydujesz się zajrzeć do kartonu, z którego wytacza się zeschnięta ludzka głowa. W tym samym momencie zauważasz trzy trupy, których nie było tam pamiętnego wieczoru.

Prawdę mówiąc, głowa się nie wytoczyła Markus poprawił wersję policjanta, poważnie urażony. Tak mnie zaskoczyła zawartość pudła, że upuściłem je na podłogę. I głowa z niego wyleciała, odbiła się i spadła w tym miejscu, w którym się teraz znajduje. Nie toczyła się. Zdaje mi się nawet, że zawadziłem o nią nogą, kiedy stamtąd uciekałem, ale nie jestem pewien. W każdym razie zatrzymała się zaraz koło zwłok i wtedy zwróciłem na nie uwagę. do tego momentu ich nie zauważyłem, bo tam na dole było dość ciemno i sporo kurzu.

Thora przerwała Markusowi, zanim zdążył zabrnąć dalej w opowieści o peregrynacji głowy przez piwniczną podłogę.

No dobrze. Myślę, że najlepiej jednak będzie, jak sobie to przeczytasz, Markusie, bez względu na zgrabne streszczenie dokonane przez Gudniego, i w końcu stąd wyjdziemy. Po twoim zeznaniu policja będzie miała sporo roboty. Spodziewam się, że zechce porozmawiać z całą Aldą, która zapewne wie więcej na temat pochodzenia tej głowy niż ty. Thora spojrzała na zegarek. Przy odrobinie szczęścia i boskiej przychylności zdąży na ostatni samolot do domu. Wyglądało na to, że Markus jest wolny od wszelkich podejrzeń, choć niewątpliwie funkcjonariusze wydziału śledczego będą chcieli jeszcze z nim porozmawiać. Miała nadzieję, że Alda potwierdzi jego wersję. Gdyby tak się nie stało, jego sytuacja uległaby znacznemu pogorszeniu zarówno z powodu głowy, jak i trzech ciał. Ale co tam! Alda na pewno potwierdzi jego słowa i wyjaśni zagadkę. Thora zerknęła na zegarek, a potem na Markusa. Nadal przebijał się przez pierwszą stronę policyjnego raportu. Cicho westchnęła, licząc, że lot się opóźni.

Rozdział 3

Niektóre dni w życiu mecenas Thory Gudmundsdóttir były tylko trochę gorsze od innych; musiała na przykład zawrócić do domu z drogi do pracy po to, by wyłączyć ekspres do kawy, albo dzwoniono ze szkoły, by odebrała swoją córeczkę Soley, bo w czasie przerwy dostała krwotoku z nosa. Ale zdarzały się też dni znacznie gorsze od innych. Musiała zapłacić duży rachunek, a przycisk tokena się zaciął, benzyna lała się do baku jej diesla i tak dalej, nic nie działało jak należy ani w domu, ani w pracy. Jeszcze przed południem Thora zorientowała się, że oto ma przed sobą jeden z takich nieszczęsnych dni. Zaczął się od długiego poszukiwania kluczyków do samochodu, które w końcu znalazła w śmieciach w pokoju swojego syna Gylfiego. Lodówka okazała się prawie pusta, a chleb, z którego Thora miała zamiar zrobić córeczce kanapki do szkoły, zaczynał pleśnieć. Poprzedniego wieczoru Thora planowała zrobić zakupy w drodze z lotniska, ale samolot wylądował tak późno, że wszystkie sklepy były już zamknięte. W pracy wcale nie działo się lepiej: kompletny rozgardiasz, Internet niedostępny z powodu „resetowania routera u providera”, a telefony nieczynne, bo elektryk remontujący pomieszczenie piętro wyżej niechcący naruszył kabel, którego nie powinien był dotykać. Przez lwią część przedpołudnia nie mieli zatem łączności ze światem poza telefonami komórkowymi. Rozdrażniło to sekretarkę Bellę, która nie godziła się użyczać swojej komórki firmie, ponieważ ta nie płaciła jej rachunków. Bragi, współwłaściciel kancelarii, z rozpaczą w oczach oddał jej więc w użytkowanie swój aparat. Tylko Bóg jeden wie, jakimi słowy dziewczę witać będzie dzwoniących klientów, tym bardziej że nie słynęło z uprzejmości.

Jak tylko naprawiono linię, zadzwonił Markus. Po grzecznym wstępie przeszedł do sedna rzeczy.

Alda nie odbiera telefonu oznajmił. Lęk w jego głosie był niemal namacalny.

Markusie, nie powinieneś się z nią kontaktować, dopóki nie przesłucha jej policja. Mogłoby to wyglądać, jakbyś chciał wpłynąć na jej zeznania, a tego nie chcemy.

Thora doskonale rozumiała, że on chce się upewnić, czy Alda potwierdzi jego słowa. Niemniej wątpiła, czy telefon od niego byłby w stanie zmienić cokolwiek w jej zeznaniach. Bo albo powie prawdę, albo skłamie, ratując swoją skórę. A stając przed podobnymi wyborami, ludzie zazwyczaj nie widzą dalej niż czubek własnego nosa.

Ale to takie dziwne… zastanawiał się Markus. Ostatnio kontaktowaliśmy się dość często i zawsze albo odbierała, albo natychmiast oddzwaniała. Nigdy mnie nie olewała. Zamilkł na chwilę, po czym kontynuował: Może unika mnie dlatego, że nie ma zamiaru potwierdzać moich zeznań. Co o tym sądzisz?

Thora miała niemal pewność, że tak właśnie jest, ale nie chciała martwić Markusa. Oczywiście możliwe było inne wytłumaczenie, choć to raczej mało prawdopodobne.

No… myślę, że powinniśmy po prostu zachować spokój, dopóki nie dowiemy się czegoś konkretnego. Spojrzała na zegarek. Spodziewam się, że policja już się z nią skontaktowała, chociaż może jeszcze nie została przesłuchana. Ale jeśli nie potwierdzi twojej relacji, to wezwą cię ponownie. A ty masz prawo żądać mojej obecności i wsparcia podczas przesłuchania. Zresztą będą chcieli z tobą rozmawiać niezależnie od tego, czy ona potwierdzi twoje słowa, czy nie. Tego możesz być pewny.

Markus głęboko wciągnął powietrze.

Alda nie jest taka, żeby rzucać mnie na pożarcie lwom.

Może odparła Thora i pomyślała sobie, że ongiś prawdopodobnie Androkles tak samo myślał o Rzymianach tuż przed tym, jak wrzucono go na arenę amfiteatru. Mogę oczywiście zadzwonić do mojego przyjaciela Gudniego i wybadać, co w trawie piszczy. Nie wiadomo, czy cokolwiek mi powie, ale ponieważ nie bardzo przejmuje się formalnościami, niewykluczone, że puści parę z ust.

Myślisz, że on nadal bierze udział w dochodzeniu? spytał Markus z nadzieją. Jeśli tak, to równie dobrze ja mogę do niego zadzwonić.

Nie, absolutnie nie szybko zaprotestowała Thora. Nie chcę, żebyś sam z nim rozmawiał. Bóg jeden wie, czym by się to skończyło. Wprawdzie śledztwo przejęła policja z Reykjaviku, ale na pewno pozwolą mu je obserwować. W końcu stało się to na jego podwórku.

To może w takim razie dalej będę próbował dodzwonić się do Aldy? spytał Markus beztrosko.

Zapomnij o tym odpowiedziała Thora zdecydowanie. Zastanawiała się chwilę, po czym dodała: Kiedy rozmawiałeś z nią po raz ostatni?

Króciutką chwilę przedwczoraj wieczorem. W przeddzień naszego wyjazdu do Vestmannaeyjar. Powiedziałem jej tylko, że załatwiłem sobie pozwolenie na wejście do domu.

Rozumiem. I jeszcze ostatnie pytanie, zanim zadzwonię do Gudniego. Myślisz, że Alda wiedziała o tych trzech ciałach albo może przyczyniła się jakoś do śmierci tych ludzi lub właściciela głowy? Thora była pewna, że nigdy nikomu nie zadała równie dziwnego pytania.

To wykluczone. Jesteśmy rówieśnikami, w czasie erupcji wulkanu miała piętnaście lat. Ona muchy by nie skrzywdziła. Ani wtedy, ani teraz. Poza tym pewnie nie chciała, żebym oprócz głowy wyniósł z piwnicy troje zwłok. Gdyby o nich wiedziała albo była w jakiś sposób z tym powiązana, mocniej by nalegała, żebym się nie zgodził na odkopywanie domu. Przynajmniej by mnie ostrzegła.

Tak, można by tak sądzić. Thora zamyśliła się. Tylko że to zbyt duży zbieg okoliczności, że karton z głową i trzy trupy znalazły się w tej samej piwnicy.

No… dziwniejsze rzeczy się zdarzają. Markus zdawał się urażony.

Jesteś pewien? szczerze zapytała Thora. Jej bowiem nie przychodziło do głowy nic, co by to przebiło. Pożegnali się i Thora wyskoczyła z gabinetu, aby zaparzyć sobie kawy. Potrzebowała orzeźwienia, nim zadzwoni do Gudniego.

Gudni Leifsson, szef komisariatu policji w Vestmannaeyjar, wyłączył latarkę. Reflektory przywiezione przez policjantów z kryminalnego w Reykjaviku oświetlały całą piwnicę, w której odnaleziono ciała. Przy tym świetle wszystko było doskonale widać. Gudni stał obok człowieka kierującego śledztwem. Kiedy późnym wieczorem poprzedniego dnia cały oddział przyleciał na wyspę niewielkim aeroplanem, ten irytująco młody policjant przedstawił się mu jako Stefan. Najwyraźniej nadszedł czas, żeby Gudni zwolnił posadę. Zbyt często się bowiem zdarzało, że spotykał kolegów po fachu, którzy byli jeszcze w łonie matki, kiedy on zaczynał pracę. Patrzył przed siebie.

I co sądzicie? spytał spokojnie, nie tracąc słów na formalności ani nie patrząc na swego rozmówcę.

Stefan odwrócił się, by sprawdzić, kto go zagaduje. Na jego twarzy pojawił się na moment wyraz rozdrażnienia, co Gudni uznał za dowód na to, o czym już wiedział: policjanci z Reykjaviku nie życzą sobie, by wieśniak wtrącał się do śledztwa i utrudniał im prowadzenie rozpoznania w miejscu, gdzie znaleziono zwłoki. Tenże Stefan nie bardzo miał czas wysłuchać jego relacji o całym zdarzeniu, kiedy tu jechali razem z kilkoma bezimiennymi, jeszcze młodszymi policjantami. Owi członkowie świty przez całą drogę nie wypowiedzieli ani jednego słowa w obecności Gudniego.

Nie wygląda to trochę lepiej niż na pierwszy rzut oka? spytał Gudni, nic sobie nie robiąc ze zdenerwowania młodego człowieka.

Tego jeszcze nie wiemy odparł Stefan i odwrócił się od Gudniego. Dalej śledził poczynania techników. A niby jak miałoby to wyglądać lepiej niż na pierwszy rzut oka?

Taa… Gudni ze stoickim spokojem wzruszył ramionami. Przyszło mi tylko do głowy, że mogą to być doczesne szczątki nieszczęsnych włamywaczy, którzy zostali zasypani i ulegli zaczadzeniu. Ludzi, którzy być może chcieli wykorzystać dramatyczną sytuację, by rabować bez przeszkód. Pył wulkaniczny nie zasypał tego domu pierwszej nocy, tak że mieliby dość czasu, by przybyć tu z zagranicy i plądrować okolicę. Wybuch był szeroko komentowany w światowych mediach.

Stefan spojrzał na Gudniego z oburzeniem.

Ty chyba nie mówisz poważnie! Wskazał trzy ciała leżące obok siebie na wznak. Jak ty to sobie wyobrażasz? Złodzieje wpadają do piwnicy, kładą się na ziemi i czekają, ich czad zabije? Chyba nie spodziewali się znaleźć tu skarbów? Przeniósł wzrok na swoich podwładnych. Ludzi, którzy umierają z braku powietrza, zazwyczaj znajduje się leżących na brzuchu, chyba że akurat spali w chwili śmierci. Usiłują się wyczołgać. Nie kładą się, a już na pewno nie odpadają im głowy. Wskazał miejsce, gdzie jeszcze niedawno leżała głowa, którą już stąd zabrano.

Jeszcze dojdziesz do wniosku, że nic w tym życiu nie jest pewne spokojnie odparł Gudni. W końcu nie był to pierwszy buc z Reykjaviku, z jakim miał do czynienia. Zresztą Alda na pewno łatwo to wyjaśni. Przynajmniej jeśli chodzi o głowę. Rozmawialiście z nią?

O ile wiem, ostatnio nie było z nią kontaktu. Stefan nadal nie patrzył na Gudniego. Ale wciąż próbujemy. Mamy nadzieję, że dziś nam się to uda. A potem pogadam sobie z owym Markusem, który tu przyjechał po ten łeb.

Spodziewam się, że zapewne chodzi ci o głowę poprawił go Gudni. Ludzie mają głowy, nie łby.

Stefan obrzucił Gudniego ponurym wzrokiem.

Głowa, łeb, bańka; jakie to ma znaczenie? Wątpię, by ten cały Markus mówił prawdę o tamtych wydarzeniach. Uważam, że jego zeznania nie ani wiarygodne, ani logiczne.

To dlatego, że on jest kretynem odparł Gudni. Zawsze był. Zaświecił latarkę i ruszył w kierunku schodów. Bez pożegnania.

Dis naciskała klakson, wyciągając szyję, by cokolwiek dojrzeć znad kierownicy. Mały krańcowy domek szeregowy zdawał się pusty. Opadła na oparcie fotela. Co ta Alda sobie myśli? Nie ma jej w pracy od dwóch dni. Wprawdzie nic w tym tajemniczego, człowiek zawsze może złapać grypę, lecz było do niej niepodobne, że o tym nie uprzedziła i nie odpowiada na telefony. Alda wyróżniała się sumiennością, zawsze była punktualna i gotowa pracować więcej, niż od niej wymagano. Ze świecą szukać drugiej takiej pielęgniarki. Dis zdawała sobie sprawę, że bez niej ona i August nie poradzą sobie z prowadzeniem gabinetu. Toteż płacili jej dobrze i do wczoraj nie mieli do jej pracy żadnych zastrzeżeń. Nie mogli pojąć, że nie uprzedziła ich o chorobie wczoraj rano, tym bardziej że na ten dzień zaplanowali cztery zabiegi. Dis i August musieli wzajemnie sobie asystować, razem dokonywać zabiegów oboje lekarze zamiast korzystać z asysty wykwalifikowanej pielęgniarki. Przez to odwołali kilka konsultacji.

Co więcej, nawet wynajęty anestezjolog musiał podawać narzędzia podczas operacji, co samo w sobie było kuriozalne. Tak, musiało zdarzyć się coś wyjątkowego. Dis postanowiła więc wpaść do Aldy w przerwie na lunch. Ponownie popatrzyła przez przednią szybę, zastanawiając się, co też mogło jej się przytrafić. Była samotna i bezdzietna, więc istniała możliwość, że zasłabła i nikt tego nie zauważył. Dis wysiadła z samochodu.

Podeszła do garażu, który łączył domek Aldy z sąsiednim, i zajrzała do wnętrza przez szczelinę przy małych drzwiach pośrodku brązowej bramy garażowej. Zauważyła jakby zarys samochodu, zielonej, nowej toyoty Aldy, choć nie miała całkowitej pewności. Niemniej zwiastowało to coś złego. Alda w zasadzie nigdzie dalej nie wypuszczała się bez samochodu, a skoro była w domu, tym dziwniejsze wydawało się, że nie dała znaku życia. Dis podeszła do drzwi wejściowych. Kiedy uparcie naciskała dzwonek, ze środka dobiegał jego dźwięk. Przyłożyła ucho do drzwi w nadziei, że usłyszy Aldę, ale nie wyłowiła żadnych odgłosów świadczących o tym, że w domu znajduje się człowiek. Chociaż zdawało się jej, że słyszy radio. Mocniej docisnęła ucho do drzwi, zatykając drugie dłonią. Tak, tak. Nawet rozróżniła utwór. Stary szlagier Vilhjalma Vilhjalmssona o chłopcu, który woła swojego tatę. Dis wyprostowała się i zmarszczyła brwi. Nagle przemknęło jej przez myśl, że choć pracowała z Aldą od siedmiu lat, nie miała najmniejszego pojęcia o jej muzycznych gustach. Nigdy jakoś na ten temat nie rozmawiały. Chwyciła za klamkę. Drzwi okazały się niezamknięte.

Aldo! zawołała sprzed progu. Żadnej odpowiedzi, tylko przygnębiający głos Vilhjalma proszący tatę, by na niego poczekał. Dis pchnęła drzwi, a te otworzyły się na oścież. Weszła dalej i znów zawołała: Aldo! Jesteś w domu? Żadnej odpowiedzi. Piosenka się skończyła, ale po kilku sekundach znów rozbrzmiał jej początek. Musiała być odtwarzana z płyty CD, a sprzęt pewnie ustawiono na repeat. Stacje radiowe jeszcze tak nisko nie upadły, by puszczać wciąż ten sam kawałek. Dis wolnym krokiem zbliżyła się do schodów prowadzących na piętro. Jeśli Alda zaniemogła, najprawdopodobniej leży w łóżku w sypialni. Dis dotąd tylko raz odwiedziła Aldę, kiedy ta zaprosiła i Augusta wraz z małżonkami na kolację jakiś rok temu, ale wówczas siedzieli wyłącznie na dole. Przyjęcie okazało się wspaniałe, czego można się było spodziewać: smaczne jedzenie i wyborne wino, wszystko gustownie podane. Dis bardzo się wtedy dziwiła, że Alda nie znalazła sobie nikogo po rozwodzie, który zresztą miał miejsce, jeszcze zanim zaczęła pracę w gabinecie. Była bowiem wyjątkowo miłą kobietą dobiegającą pięćdziesiątki, pełną ciepła, sympatyczną, potrafiącą się odpowiednio zachować. Dis ponownie zawołała Aldę i weszła na schody. Żadnej odpowiedzi. Za to muzyka stawała się coraz wyraźniejsza z każdym pokonywanym schodkiem. Dis kierowała się na dźwięk z nadzieją, że Alda usnęła przy przygnębiającej piosence.

Głos Vilhjalma Vilhjalmssona dochodził zza półotwartych drzwi. Dis powtórzyła imię Aldy, ciszej niż przedtem. Nie chciała, żeby kobieta się wystraszyła, gdyby, co mało prawdopodobne, po prostu spała lub się ubierała. Dostrzegła fragment wyszywanej narzuty na łóżku. Otworzyła drzwi nogą szeroko, a kiedy jej oczom ukazała się sypialnia, zasłoniła usta dłonią. Muzyka dochodziła z odtwarzacza CD na nocnym stoliku, a obok niego zobaczyła pustą butelkę po winie, otwartą fiolkę z pigułkami i strzykawkę. Na łóżku leżała Alda. Nawet bez swojego wykształcenia medycznego Dis zorientowałaby się, że żadne zabiegi reanimacyjne nie mają w tej sytuacji sensu.

Rozdział 4

Thora opadła na oparcie krzesła i ciężko westchnęła. Rozważała, kogo poprosić o odebranie Soley ze szkoły drugi dzień z rzędu. Jej mama nie wchodziła w rachubę. Uratowała Thorę poprzedniego wieczoru, kiedy ta musiała zostać dłużej w Vestmannaeyjar. A dziś na domiar złego rodzice wychodzili do teatru. Gdyby matka nie poszła na przedstawienie, na które wybierała się od miesięcy, Thora do śmierci musiałaby wysłuchiwać jej wymówek. Była to swego rodzaju sztuka dokumentalna na temat niesprawiedliwości, z jaką spotykają się kobiety we współczesnym świecie. Thora uśmiechnęła się do siebie. Tata natomiast w życiu nie będzie w stanie wyrazić jej wdzięczności, jeśli uwolni go od obowiązku pójścia do teatru. Postanowiła jednak nie naruszać równowagi panującej między rodzicami. Żal matki trwałby nieco dłużej niż ojcowska wdzięczność.

Postanowiła więc zadzwonić do swego byłego. Hannes absolutnie nie będzie uszczęśliwiony. Praca specjalisty od chirurgii urazowej nie jest mniej wymagająca niż zawód prawnika, a dni długie i ciężkie. Jej eks-mąż zabiera dzieci do siebie w co drugi weekend, a czasem, kiedy jest w dobrym humorze, nawet prosi o dodatkowe spotkania, ale zazwyczaj miewa kłopot z dostosowaniem się do terminu, zwłaszcza kiedy dowiaduje się o tym z krótkim wyprzedzeniem. Hannes miał nową kobietę i nowe życie, koncentrujące się zasadniczo na nich dwojgu i ich potrzebach. Życie Thory zaś najmniej koncentrowało się na niej samej; obecnie cały swój czas poświęcała pracy, dwójce dzieci i wnukowi, który niedawno skończył roczek. Prawdę mówiąc, z wnukiem wiązało się czwarte dziecko synowa. Nie skończyła jeszcze siedemnastu lat była o rok młodsza od syna Thory, Gylfiego, i nie ustępowała mu niczym w niedojrzałości. Po tym skoku na głęboką wodę, w dorosłość, w jakiś dziwny sposób udało się młodym rodzicom utrzymać związek. Jeden tydzień mieszkali u Thory, na drugi szło dziewczę z synkiem do swoich rodziców. Bez Gylfiego. Nie najcieplejsze stosunki panowały między nim a rodzicami Siggi, gdyż ci zdawali się nie mieć zamiaru wybaczyć mu niefortunnej ciąży córki. Nie dało się tego ukryć przed nikim, nawet przed Gylfim, dlatego Thora była zadowolona, że zdecydował się mieszkać w swoim domu rodzinnym, kiedy Sigga przebywała u rodziców. Dzięki temu mogła się cieszyć synem nieco dłużej i dalej poświęcać czas na jego wychowanie, który to proces w chwili, kiedy niespodziewanie udało mu się zadbać o przyrost naturalny, daleki był od zakończenia.

Thora przycisnęła słuchawkę brodą i poprawiła zdjęcie wnuka, wybierając numer. Mały człowiek na chrzcie dostał imię Orri po wielu propozycjach, od których Thorę do tej pory przechodziły ciarki. Chłopiec był cudowny blondynek z wielkimi oczami i wciąż pucułowatymi policzkami od pożywnego mleka z matczynej piersi, choć dawno już przeszedł na butelkę ze smoczkiem. Thorze zrobiło się ciepło na sercu i już cieszyła się na jego pobyt u niej w przyszłym tygodniu, choć zawsze, kiedy dołączał do nich z mamą, przybywało w domu obowiązków. Uśmiechnęła się do chłopczyka na fotografii i zacisnęła kciuki, kiedy w końcu ktoś odebrał po drugiej stronie.

Cześć, Hannes. Nie wyświadczyłbyś mi drobnej przysługi? Nie dam rady odebrać Soley…

Dziewczyna na placu zabaw obserwowała karetkę podjeżdżającą pod dom. Rozszalała się na huśtawce i kręciła poziome półkola wokół osi. Dobrze, że syrena nie wyła, bo oznaczałoby to coś poważnego. Może kobieta tylko upadła i złamała nogę? Jej koleżance raz się to przytrafiło i wtedy przyjechała po nią karetka. Tinna wydęła policzki i powoli wypuszczała powietrze, zastanawiając się nad tym wszystkim. Grube policzki. Chude policzki. Nagle jej twarz zastygła w zamyśleniu. Miała już dowód na to, że nie tylko od jedzenia człowiek robi się gruby. Można utyć od samego powietrza. Zesztywniała. Wokół było pełno powietrza. Ono było wszędzie i nie dało się przed nim uciec. Musi postarać się mniej oddychać.

Z karetki dobiegł jakiś szczęk i Tinna znów skierowała tam swoją uwagę. Miała nadzieję, że ktoś w końcu wyjdzie z domu, i wtedy będzie wiadomo, co się stało, ale już samo zamieszanie wokół karetki było lepsze niż nic. Teraz nawet dom wydawał się jej bardziej interesujący. Może właśnie aresztowano kryjącego się wśród czterech ścian przestępcę, a ona tego nie zauważyła? Gdyby dom miał cienkie ściany, może jej wzrok przeniknąłby przez nie, zupełnie tak jak kiedyś będzie można patrzeć przez nią. Zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć, ale nic się nie zmieniło. Jednak coś się stało: radiowóz, który przyjechał tu wcześniej, pędził z włączonymi syrenami. Kiedy jej koleżanka złamała sobie nogę na szkolnym boisku, żaden wóz policyjny się nie pojawił, więc chyba nie przyjechali do tej kobiety z powodu wypadku. Jeżeli chodziło o złodzieja, to Tinna miała nadzieję, że zamkną go w więzieniu. To dobra kobieta, nie zasłużyła na nic złego. Huśtawka bujająca się wciąż na boki trzeszczała. Dziewczynka patrzyła, jak dwóch ludzi wysiada z karetki i wyciąga nosze. Cicho westchnęła. To nie zwiastowało niczego dobrego. Kiedy teraz się z nią spotka? Może będzie musiała leżeć wiele miesięcy w szpitalu? Ostatni pobyt Tinny w szpitalu trwał czterdzieści dni. Ale przecież to może poczekać. Nieraz czekała na coś wiele miesięcy. Na coś, co miało mniejsze znaczenie.

Tinna stanęła na huśtawce, żeby lepiej widzieć. Mocno się jej przytrzymała, bo poczuła zawrót głowy po tak gwałtownym ruchu. Zamknęła oczy, nieprzyjemne uczucie jak zwykle minęło. Przypomniała sobie, że zawroty głowy czymś równie dobrym jak omdlenia oznaczają, że organizm spala tłuszcz. Kiedy Tinna ponownie otworzyła oczy, mężczyźni z noszami weszli już do domu, a na zewnątrz panował bezruch. Karetka stojąca przed domem zasłaniała drzwi. Tinna wyciągnęła się maksymalnie w górę, żeby zobaczyć, czy otwarte, ale to nic nie dało. Powinna wrócić do domu czy może poczekać, wyniosą kobietę? W zasadzie nie musiała się spieszyć, bo w domu i tak nikogo nie było, mama pracowała do siedemnastej i nie dostała wolnego, choć w szkole nie było lekcji. W domu nic na nią nie czekało.

Ugięła kolana i zaczęła huśtać się na stojąco, mimo że specjalnie nie miała ochoty. Ogarnęło fajne uczucie, kiedy wiatr rozwiewał jej włosy, więc przyspieszyła nieco tempo, ale wtedy znów dotarło do niej, że powietrze nie jest jej sprzymierzeńcem. Zlęknione serce waliło w piersiach, gdy usiłowała wyhamować pęd huśtawki. Kiedy stanęła, od razu poczuła się lepiej i zaczęła się zastanawiać, co powie kobiecie, jak ujmie w słowa to, że wie, kim ona naprawdę jest. Tinna uśmiechnęła się do siebie. Ona z pewnością się zdziwi i ucieszy. Wciąż głęboko w jej pamięci tkwiło, jak jej tata zareagował na to, co kobieta chciała mu powiedzieć. Bo też i osioł jest z taty. Zły, pijany osioł, który nie rozumie Tinny, zupełnie jak mama. Ona zresztą jest o wiele gorsza, ciągle tylko gada i gada, że Tinna musi jeść. Czasem nawet płacze. Dlatego Tinna zawsze chętnie chodzi do taty w co drugi weekend, bo on się tak naprawdę w ogóle nią nie interesuje. Mówi jej, że musi jeść, ale tego nie egzekwuje tak jak mama. I to jej odpowiada. Jej tata do tego stopnia się nią nie interesuje, że nawet się nie zorientował, że ona słyszała wszystko, co zaszło między nim a kobietą, kiedy odwiedziła tatę. Tinna sama weszła do domu, a oni jej nie zauważyli, zresztą podniesiony i rozdrażniony głos taty spowodował, że wolała nie zwracać na siebie uwagi. Potrafiła nie rzucać się w oczy, do tego przecież dążyła: w końcu stać się niewidzialną. Gdyby już osiągnęła ten stan, mogłaby przemieszczać się pomiędzy nimi i obserwować ich twarze i mowę ciał, kiedy się kłócili. Ale tak dobrze jeszcze nie było, więc musiała zakraść się pod drzwi salonu i zadowolić się podsłuchiwaniem rozmowy. Kiedy ta już dobiegła końca, Tinna znów wyszła na dwór i zobaczywszy, że kobieta opuszcza dom, udała, że wraca. Jej tata był niezwykle skwaszony i przywitał bez zainteresowania, lecz ona nie dała po sobie poznać, że wie, co się stało, tak że w końcu tata się uspokoił i oglądał dalej ten swój mecz.

Kobieta, podobnie jak tata, nie wiedziała, że Tinna podsłuchiwała, może nawet nie miała pojęcia o jej istnieniu. Jednak w odróżnieniu od taty ucieszyłaby się z tego, że ktoś był świadkiem ich kłótni, i być może chciałaby poznać bliżej. Tinna spisała jej nazwisko i numer telefonu z kartki, którą pozostawiła na stoliku, żeby tata później mógł się z nią skontaktować. Było z tym trochę zachodu, bo tata porwał kartkę na strzępy i rozrzucił je po podłodze, tak że Tinna najpierw musiała poskładać skrawki papieru, żeby przeczytać to, co zostało zapisane. Znając nazwisko kobiety i numer jej telefonu, Tinna nie miała żadnych problemów z ustaleniem jej adresu. I czasem przychodziła tu, żeby popatrzeć na dom, nie wiedząc tak naprawdę, co spodziewała się zobaczyć. Przedwczoraj wieczorem coś jednak zwróciło jej uwagę. Wprawdzie nic specjalnego się nie wydarzyło, ale może później się to jakoś wyjaśni. Myślała o karteczce, którą porwał wiatr i która zaczepiła się o krzaki. Tinna zabrała i schowała u siebie w domu. Na pewno jest ważna. Była tego pewna, ale nie wiedziała dlaczego. Któregoś dnia to się wyjaśni.

Znów usiadła na huśtawce i oplotła słabowite łokcie brązowymi łańcuchami. Zapach żelaza na jej dłoniach przypominał ubiegłoroczne lato, kiedy chciała obrócić się na huśtawce w pionie o trzysta sześćdziesiąt stopni, przekonana, że w ten sposób uda jej się spalić tysiąc kalorii. Wciąż jeszcze ma brzydką bliznę na nodze po tej okropnie nieudanej próbie. Wtedy powietrze nie uczyniło jej grubą, lecz chudą. To wszystko było takie trudne prawa natury zmieniały się i Tinna cały czas musiała się pilnować, jeśli nie chciała być gruba, grubsza, najgrubsza.

Wytężyła wzrok. Od ulicy dobiegły męskie głosy. Ponownie stanęła na huśtawce, by widzieć, jak wnoszą kobietę do karetki, lecz starała się to robić ostrożnie, obawiając się zawrotów głowy i upadku. Ale za nic w świecie nie chciała tego przegapić. Najpierw pojawił się policjant i otworzył drzwi karetki. Tuż za nim szli sanitariusze z noszami. Dziewczynka zesztywniała. Zmrużyła oczy i otrząsnęła się. Może da się to jakoś wyjaśnić? Może kobieta miała katar i nie powinno jej być zimno? Zeskoczyła z huśtawki i szybko ruszyła w kierunku chodnika. Policjant, który przytrzymywał tylne drzwi karetki, zauważył i przegonił.

Tu nie ma nic do oglądania. Idź do domu! krzyknął.

Tinna nie odpowiedziała. Zawsze bała się dorosłych mężczyzn posiadających władzę, nieważne, czy to byli lekarze, dyrektorzy szkoły, kierowcy autobusów, czy inni, którzy w jakiś sposób chcieli jej rozkazywać. A tym policjantem w ogóle się nie przejmowała, patrzyła na niego jak na trójwymiarowy obraz na niewidzialnym ekranie. Był nierealny, jak sanitariusze, na których się gapiła. Tinna stała z otwartymi ustami i nie mogła oderwać wzroku od białego prześcieradła okrywającego kobietę nieruchomo leżącą na noszach. Nie cierpiała na katar. Była martwa podobnie jak nadzieje Tinny na inne, lepsze życie, w którym miała być piękna i podziwiana. Potrafiła czynić ludzi pięknymi. Tak powiedziała. Tinna odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie, nie wiedząc dokąd. Jeśli będzie biegła szybko, być może przegoni myśli i ucieknie od przykrych podejrzeń, że to może jej tata zrobił kobiecie krzywdę. Nie po raz pierwszy zresztą. Albo ten gość, który zakradł się do jej domu. Gość, któremu wypadła karteczka. A teraz nie myślała już o niczym innym jak tylko o tym, że spala kalorie. Spala, spala, spala.

Nie żyje, powiadasz. Gudni zmarszczył brwi. Przymknął oczy i wolno pocierał czoło. Jego rozmówca był po drugiej stronie linii, więc nie musiał dbać o zachowanie kamiennej twarzy. Na początku kariery zawodowej nauczono go, by nigdy nie zdradzał uczuć i nigdy nie sugerował, co myśli. Gudni nie miał z tym specjalnych trudności, choć czasem dobrze było posiedzieć w samotności, pozwalając sobie na uzewnętrznienie rozczarowania lub rzadkiej radości. Westchnął głęboko. A jak umarła?

Jeszcze nie przeprowadziliśmy sekcji, ale wygląda na to, że popełniła samobójstwo odparł Stefan. Nie sposób było zorientować się po głosie, czy ten fakt uważa za przykry, czy smutny, ani czy ta śmierć w ogóle go obchodzi. Być może to był powszedni chleb policji w Reykjaviku. Jutro poznamy więcej szczegółów, spodziewam się. Dopiero się o wszystkim dowiedziałem i uznałem za słuszne cię zawiadomić. Co zrozumiałe, sam jeszcze nie byłem na miejscu i w tej chwili prawie nic na ten temat nie wiem. Jadę tam jutro rano i mam nadzieję uzyskać więcej informacji.

A gdzie znaleziono? spytał Gudni. Nie spodziewał się, by Alda była zdolna do takiego aktu rozpaczy, ale też znał tylko jako dziecko i grzeczną nastolatkę. Wtedy miała wszystko: urodę i niezłą inteligencję. Wiele się jednak mogło zmienić i być może jej życie wpadło na gorszy tor. Miał nadzieję, że tak się nie stało, ale gdyby jednak, wolał, by to nie wiązało się z dawno minionymi wydarzeniami w Vestmannaeyjar.

We własnym domu odpowiedział Stefan. Z tego, co wiem, znalazła koleżanka z pracy. Pojechała sprawdzić, dlaczego nie pojawia się w gabinecie.

To komplikuje sprawę zwłok w piwnicy rzekł Gudni. Przez chwilę milczał, po czym dodał: W tej sytuacji Alda nie potwierdzi zeznań Markusa.

Nie brzmiała lakoniczna odpowiedź. Nie zdążyliśmy jej przesłuchać. Bezskutecznie staraliśmy się z nią skontaktować, a skoro nie żyje, możemy się tylko zastanawiać, czy chciała w ten sposób uniknąć przesłuchania.

Jeśli tak, to można przypuszczać, że zostawiła jakiś list czy coś, co oczyściłoby Markusa z podejrzeń zastanawiał się Gudni. Źle byłoby, gdyby pozostawiła go w tym bagnie, sama nie mając czystego sumienia. O ile się nie mylę, byli dobrymi przyjaciółmi, i musiała zdawać sobie sprawę, że tylko ona może potwierdzić jego zeznania. Chyba że nie wiedziała o przesłuchaniu i odnalezieniu zwłok?

Nic mi na ten temat nie wiadomo odparł Stefan chłodno. Prawdę mówiąc, od początku śledztwa staram się unikać spekulacji. Nie znamy nawet przyczyny jej zgonu. Na razie wygląda na to, że sama zadała sobie śmierć, ale być może chodzi o wypadek czy coś jeszcze gorszego. Jutro przeszukamy jej mieszkanie i kto wie, co tam znajdziemy.

Mam nadzieję, że nie kolejne trupy wtrącił Gudni. Chyba że tułów, którego brakuje do głowy. Uśmiechnął się do siebie. Nie zapomnijcie sprawdzić piwnicy. Odłożył słuchawkę i patrzył na telefon na biurku. Nic tu do siebie nie pasowało.

Thora odłożyła torbę z zakupami i zaczęła szukać telefonu. Dzwonek był wyciszony. Starała się sobie przypomnieć, czy schowała aparat do prawej czy do lewej kieszeni żakietu, czy może włożyła go do torebki. W końcu zlokalizowała zgubę w lewej kieszeni, wśród drobnych monet i starych wydruków z karty VISA. Na wyświetlaczu zobaczyła numer Markusa. On może poczekać do jutra. Położyła telefon na stole i zabrała się za rozpakowywanie produktów, które nabyła w drodze do domu. Wkrótce miał się pojawić Hannes z Soley. Wyręczył Thorę, co więcej, życzliwie przyjął jej prośbę i zaproponował nawet, że zabierze córkę na basen. Thora miała nadzieję, że wreszcie nadchodzi to, co powinno, i w końcu jej stosunki z byłym małżonkiem staną się bardziej przyjazne.

Telefon zabrzęczał. Zamiast wziąć go do ręki i przeczytać esemesa, Thora pochowała wszystkie zakupy i włączyła piekarnik. Przeczytała instrukcję przyrządzania na opakowaniu gotowych lazanii i włożyła je do zimnego piekarnika wbrew sugestiom producenta. W końcu i tak efekt będzie ten sam: potrawa będzie gorąca. Następnie wzięła telefon, przeszła do salonu i rzuciła się na sofę.

Wiadomość wysłał Markus. Alda nie zyje. Policja chce sie ze mna spotkac jutro rano. Zadzwon.

Thora jęknęła. Wszystko wskazywało, że Markus zostanie jej klientem na dłużej. Usiadła i wybrała jego numer. Albo był największym pechowcem kraju, albo za tym wszystkim kryło się coś innego. Gorszego.

Rozdział 5

Markus uparcie pocierał czoło. Thora często gościła zrozpaczonych klientów w swoim gabinecie, więc już wiedziała, jak z nimi postępować. Nie było sensu pleść, że wszystko będzie w porządku, że nie powinien się przejmować, że wszystko szybko się wyjaśni i tym podobne. Zazwyczaj to tylko odraczało nieuniknioną poważną rozmowę. Właśnie wrócili z przesłuchania na komisariacie. Prawdę mówiąc, mogło pójść gorzej, ale mogło i lepiej. Markus strasznie się oburzył, kiedy poproszono go o próbkę DNA, ale w końcu się uspokoił i udostępnił policji zarówno swoją ślinę, jak i włos.

– Markusie, pozytywne w tym wszystkim jest, że nie pytali za dużo o twoje kontakty z Aldą w ostatnich dniach. Albo uważają, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, albo nie jesteś podejrzany o spowodowanie jej śmierci. – Obserwowała go uważnie. – Natomiast negatywne jest to, że Alda nie może potwierdzić twoich zeznań w sprawie głowy w pudle.

– Co ty powiesz? – wyrzucił z siebie Markus.

Thora puściła to mimo uszu.

– Jesteś pewien, że nie wymienialiście w tej sprawie e-maili ani nie rozmawialiście o tym w obecności osób trzecich, współpracowników na przykład? – Markus prowadził firmę handlującą rozmaitymi częściami do maszyn na statkach i choć Thora nie miała bladego pojęcia, na czym jego praca polega, wiedziała, że interes się kręci i że Markus zatrudnia kilku ludzi. I najwyraźniej byli to świetni pracownicy, bo Markus nie zdawał się niezastąpiony, nigdy nie musiał przekładać ani odwoływać spotkań z powodu obowiązków zawodowych.

– Nikt nic nie słyszał – odparł Markus z przekonaniem. – Z Aldą przeważnie rozmawiałem przez telefon, i zazwyczaj bez świadków. Spotykaliśmy się raczej nieregularnie i bardzo rzadko w towarzystwie osób trzecich, ale wtedy nie poruszaliśmy interesującego nas tematu. Poza tym e-maila używam tylko do korespondencji biznesowej. Nie należę do tych, którzy forwardują dowcipy i zdjęcia kotów.

Prawdę mówiąc, Thorze nigdy by nie przyszło do głowy, żeby mógł się zajmować czymś takim.

– I żadnych świadków waszych rozmów?

– Żadnych. – Markus posępnie kręcił głową.

– Kiedy im powiedziałeś, że Alda zadzwoniła do ciebie wieczorem w przeddzień naszego przyjazdu do Vestmannaeyjar, strasznie się podniecili. Skoro tak dużo wypytywali o tę rozmowę, musiała mieć miejsce na krótko przed jej śmiercią. – Thora kartkowała kopię raportu z przesłuchania, którą otrzymała po jego zakończeniu. Przeleciała wzrokiem tekst dotyczący właśnie tych pytań. – Powiedziałeś, że Alda była jakaś dziwna, niezwykle przygaszona i uznałeś, że albo czegoś się lęka w związku z twoim wyjazdem następnego ranka, albo że ktoś u niej był i nie mogła z tobą rozmawiać swobodnie. I że poza tym akurat prowadziłeś samochód, więc musiałeś się streszczać.

– Nie powiedziała nic, co by sugerowało, że ktoś u niej jest, ale takie odniosłem wrażenie.

– Pytam o to, bo może ktoś wtedy słyszał, że mówiliście o planowanej przez ciebie wyprawie do piwnicy, i mógłby potwierdzić, że padły w niej niektóre słowa. To by nam mogło pomóc, zwłaszcza jeśli Alda wspomniała coś o kartonie czy też o tym, że ci go powierzyła. – Thora uśmiechnęła się mdławo do Markusa.

Ten się skrzywił.

– Oczywiście szczegółów nie pamiętam, ale jestem prawie pewien, że nic takiego nie mówiła. Prosiła mnie tylko, żebym tego nie spieprzył i że powinienem wziąć z sobą torbę, na wypadek gdyby karton sparciał. – Wzdrygnął się. – Raczej powinna była powiedzieć mi, po co tam jadę. Nie rozumiem, jak mogła pomyśleć, że przełożę głowę do torby i wyjdę z nią z piwnicy jak gdyby nigdy nic. Przecież ja nie byłbym w stanie jej nawet dotknąć.

– Zważywszy na to, co robiłeś dla niej wcześniej, nie zadając żadnych pytań, na sto procent mogła być pewna, że ją wyniesiesz – odparowała Thora.

– Byłem po prostu bardzo młody. – Markus westchnął ciężko. – Od tego czasu wiele się zmieniło. – Wyprostował się na krześle i widać było, że nie jest chłopcem na posyłki. Facet miał niewątpliwie męski wdzięk. Na pewno nie należał do ludzi drobnych, a zdecydowane rysy twarzy graniczyły z wulgarnością. Thora podejrzewała, że farbuje włosy, bo nie zauważyła ani jednego siwego, choć miał prawie pięćdziesiąt lat. A więc Markus troszczył się o swój wygląd, o czym świadczyła także nienaganna i oczywiście kosztowna garderoba, którą z klasą nosił.

– Tak, zdaję sobie z tego sprawę – powiedziała Thora. Ale może tak naprawdę nie bardzo się w tym wszystkim orientowała. Odłożyła raport. – Dowiem się na policji, czy mają jakieś informacje na temat gości Aldy tego wieczoru. Może szczęście będzie nam sprzyjać. – Spojrzała na Markusa. – Zostaje oczywiście twoje zeznanie, że nie wiedziałeś o zwłokach w piwnicy. Jak mamy się odnieść do tej kwestii? – Rozparła się wygodnie na krześle. – Jedynym człowiekiem, który protestował przeciwko odkopywaniu domu, byłeś ty. Można by przypuszczać, że ten, kto ukrył tam zwłoki, w taki czy inny sposób będzie się starał uniemożliwić działania archeologów. – I dodała, formułując pytanie bardzo precyzyjnie: – O ile się nie mylę, twoi rodzice wciąż żyją. A może to jedno z nich zachęcało cię do protestów przeciwko odkopywaniu domu?

Markus przez chwilę patrzył w milczeniu na Thorę.

– Jeśli chcesz zasugerować, że mieli w tym jakikolwiek udział, to się grubo mylisz.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – spokojnie napomniała go Thora. – Zachęcali cię czy powstrzymywali?

Markus uśmiechał się ironicznie.

– Tata ma alzheimera. Nie jest w stanie ani nikogo zachęcać, ani powstrzymywać. Mama natomiast kontaktuje znakomicie, ale w tej sprawie miała przeciwne zdanie niż ja. Co więcej, cieszyła się nawet na te prace. Miała nadzieję, że odzyska starą zastawę stołową. Chociaż tacie udało się wynieść większość dobytku, zanim dom znikł pod popiołem, to wiele rzeczy tam zostało. Dla niego ta zastawa nie miała większej wartości.

Thora kiwnęła głową. Ojciec Markusa niewątpliwie umęczył się, wynosząc sprzęt grający i podobne klamoty. Ekscytacja matki możliwością odkopania domu nie wykluczała oczywiście udziału jej męża w zbrodni, przecież spokojnie mógł podrzucić tam ciała bez wiedzy małżonki.

– Ktoś tam podrzucił te trupy, to pewne. Nikt ci nie przychodzi do głowy?

Markus kręcił głową.

– Po prawdzie nie pamiętam wszystkich, którzy tutaj mieszkali w tamtych latach, ale absurdem byłoby podejrzewać kogokolwiek z nich o zamordowanie tych trzech, a właściwie czterech ludzi. To były zwyczajne, normalne islandzkie rodziny rybackie. – Markus znów zaczął pocierać czoło. – Najlepiej kojarzę grono moich przyjaciół, takich samych rozkrzyczanych nastolatków jak ja.

– Jesteś absolutnie przekonany, że twój tata nie ma z tą sprawą żadnego związku? – spytała Thora. – To był wasz dom i ktoś musiałby się do niego włamać, żeby ukryć zwłoki.

– Włamać? – małpował ją Markus. – Nie trzeba się było włamywać. Wszystkich proszono o niezamykanie drzwi na klucz, żeby ratownicy mogli wchodzić i wychodzić stosownie do potrzeb. – Zasępił się. – W noc po wybuchu do Vestmannaeyjar zjechało pełno ludzi. Nie znam żadnych liczb związanych z tym wydarzeniem, ale akcja ratownicza wymagała wielu rąk i absolutnie nie wszyscy w niej uczestniczący pochodzili z wyspy. Nasz dom nie od razu zasypał popiół.

Thora chwilę zastanawiała się nad jego słowami.

– Więc uważasz, że najprawdopodobniej to ktoś z nich podrzucił zwłoki?

Markus wzruszył ramionami.

– A co ja tam wiem? Jedyne, co jest dla mnie oczywiste, to że ja nie miałem z tym nic wspólnego.

Thora miała taką nadzieję. Zawsze łatwiej walczyć w słusznej sprawie.

– Może zanadto się zagalopowaliśmy w naszych rozważaniach. Poczekajmy na wyniki sekcji. – Uśmiechnęła się blado do Markusa. Ciekawe, jak się przeprowadza autopsję głowy? – Kto wie, może ci ludzie po prostu zmarli śmiercią naturalną albo zadusili się w piwnicy. Chyba właśnie taki był powód jedynego zgonu podczas wybuchu?

– W czasie wybuchu nikt nie zginął – żachnął się Markus, jakby poczuł się urażony ostatnimi słowami Thory.

– Tak? – zdziwiła się Thora. – Byłam pewna, że zginęła jedna osoba. I to właśnie w piwnicy.

– A, ten. On się nie liczy. To był alkoholik. – Zdziwienie na twarzy Thory spowodowało, że postarał się wytłumaczyć to trochę lepiej: – Zszedł do piwnicy w aptece w poszukiwaniu spirytusu. To nie miało żadnego związku z samym wybuchem.

Przecież te trujące opary powstały na skutek wybuchu. Thora jednak nie chciała tracić czasu na dyskusję na ten temat. Znów wzięła do ręki raport i zaczęła go przeglądać.

– Jeśli dobrze pamiętam, to ani razu nie zapytano cię, czy wcześniej widziałeś któregokolwiek z tych mężczyzn?

Markus ze zdziwieniem skinął głową.

– Nie pytali o to, zresztą ciała są w takim stanie, że trudno byłoby je zidentyfikować. Poza tym bardzo nieswojo człowiek się czuje w piwnicy.

– A zatem sądzisz, że żadnego z nich nigdy wcześniej nie spotkałeś? – Gdyby znana była ich tożsamość, łatwiej byłoby dojść do prawdy.

Markus spokojnie pokręcił głową.

– Tak mi się wydaje – powiedział. – Ale mówiłem, są nie do rozpoznania – równie dobrze mogą to być ciała ludzi, których mogłem znać. Musiałbym przyjrzeć się im lepiej, w korzystniejszych okolicznościach, choć myślę, że i tak niewiele by to dało.

Thora oczami wyobraźni widziała wyschnięte, pokryte kurzem zwłoki i wiedziała, że trudno będzie je zidentyfikować inaczej niż przy zastosowaniu współczesnych technik kryminalistycznych.