W poszukiwaniu skradzionego serca - Maria Żelazna - ebook
Wydawca: My Book Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

W poszukiwaniu skradzionego serca ebook

Maria Żelazna

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W poszukiwaniu skradzionego serca - Maria Żelazna

Nietypowe połączenie współczesnej literatury kobiecej i... fantasy
Główna bohaterka, Magdalena, wychowuje samotnie trzyletniego synka, pracuje, studiuje, a w nielicznych wolnych chwilach udaje jej się poszaleć z przyjaciółkami w pubie. W sumie nie ma powodów do narzekań na swoje życie - tylko związki z mężczyznami jakoś zupełnie jej nie wychodzą. Magdalena nie wie, że niegdyś jej serce zostało skradzione przez Czarnego Ptaka Rozpaczy. Przez to za parę lat może stać się oschłą, zgorzkniałą kobietą, niezdolną okazać miłości nikomu - nawet własnemu dziecku.
Przed tym nieszczęściem postanawiają uratować ją zmarli dziadkowie. Aby odzyskać serce, Magdalena musi udać się w długą i niebezpieczną podróż w zaświaty. Towarzyszy jej dwoje przyjaciół: Rybiński, postrzelony miłośnik podejrzanych knajp i eksperymentów z odmiennymi stanami świadomości, oraz Małgorzata - niepoprawna romansowiczka. Nawet przywdzianie anielskich skrzydeł nie pozbawia ich tych przywar, więc wyprawa nie należy do monotonnych...

Opinie o ebooku W poszukiwaniu skradzionego serca - Maria Żelazna

Fragment ebooka W poszukiwaniu skradzionego serca - Maria Żelazna














Spytałem przeto: „Czy mocne przekonanie, że rzecz jest taka, taką ją czyni?”.

Odparł: „Wszyscy poeci w to wierzą, a w wiekach wyobraźni to mocne przekonanie przenosiło góry, ale niewielu zdolnych jest żywić jakiekolwiek mocne przekonanie”.

William Blake

Zaślubiny Nieba i Piekła

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, a ja mogę powiedzieć, że w tym tygodniu została uruchomiona jakaś diabelska machina, z której nieszczęścia wyskakują jedno po drugim. Naliczyłam ich już siedem i nie jestem pewna, czy powinnam wychylać nosa zza drzwi mojej sypialni… Zaraz, zaraz, jakiej mojej, jak do dwóch miesięcy muszę spakować walizki i opuścić wynajęte M3… Zostało sprzedane…

– Dziękuję, Aniu, wiem, że mogę na ciebie liczyć – odrzekłam do słuchawki przyjaciółce na propozycję zatrzymania się u niej. Myśl o spędzeniu kilku tygodni, aż do momentu znalezienia nowego lokum, pod wspólnym dachem z Anną w stadium zaczątków nerwicy, z malkontenckim mężem Anny, dwójką ich rozpieszczonych dzieci i na dodatek z moim Piotruniem przechodzącym buntowniczy okres trzech lat, wprawił moje serce w paniczne łomotanie. – …Zdecydowałam się doprowadzić do porządku dom dziadków… Tak, tę „chatkę na kurzej stopce”… Zgadza się, nie ma do niej autobusu… Pogodzę się z rowerem… Do pracy spory kawałek pod górę, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… Też tak myślę, że gorzej być nie może… Do zobaczenia w sobotę „Pod Kasztanem”… Opowiem o moich wrażeniach. Pa.

Nie zdążyłam nawet westchnąć, gdy telefon zadzwonił ponownie.

– Dzień dobry, mamo… Cieszę się, że ktoś cieszy się z mojej przeprowadzki… Dlaczego?! Jest tysiące powodów?! Jeden z nich to cywilizacja. Przeraża mnie fakt wdziania na nogi gumiaków i zmagania się z bezkresnymi polami kapusty i ziemniaków po to, żeby zdążyć na ósmą do pracy… To nie jest żaden argument, bo ostatnią rzeczą na świecie, jakiej pragnę, jest wyciszenie… Ach! Oczywiście, cieszę się, że Piotrunia będzie miał przestrzeń niekrępującą jego beztroskiego dzieciństwa… Dobrze, jestem nieszczera. Boję się, że zdziczejemy razem na tym wzgórzu… Nie przesadzam, mamo… Jedyne, co Piotruni zagraża, to panująca w przedszkolu ospa wietrzna… Nic już mnie naprawdę nie martwi… – Mijałam się z prawdą, mama jednak była jak zawsze czujna. – Co się stało? Oblałam egzamin z literatury francuskiej. Poprawka jest we wrześniu. Także zostałam jedną nogą na trzecim roku, drugą jestem już na czwartym. A pośrodku zmuszona do przystosowania się do życia na wsi… Nie dramatyzuję, mamo… Poza tym nie spotykam się z Michałem… Tak, z tym, z którym pracuję… Nie spełniłam jego oczekiwań… Sama się go zapytaj, jakie kryteria brał pod uwagę… I jeszcze ta przeprowadzka do starej rudery, na zapomnianych przez cywilizację i zakład komunikacji miejskiej peryferiach, które ty romantycznie nazywasz „urokliwym zakątkiem”… Przed remontem nie zapomnę iść na grób babci, zapalę znicz za spokojne noce… Nie drwię, mamo… Przyjedziemy jutro na obiad… Ucałuję Piotrunię… No dobrze, nie będę się przejmowała.

Jednak po odłożeniu słuchawki doszłam do wniosku, że nadal się wszystkim przejmuję i muszę jeszcze z kimś porozmawiać. Zamierzałam wykręcić numer Jagny, żeby usłyszeć kilka praktycznych porad od osoby, którą nazywałam „szczęśliwą realistką”, bo jakoś jej życie było proste i łatwe, i na dodatek układało się szczęśliwie. Zamyśliłam się nad jej szczęściem, poprawiając kolczyk przekręcony w uchu, i nagle przypomniałam sobie, że miałam odebrać Piotrunię z przedszkola. Byłam spóźniona o dobre piętnaście minut.

Boże! – pomyślałam, wpadając w popłoch – jeszcze niech mi zagrozi nadzór kuratora, a plagi egipskie, w porównaniu z historią mojego bieżącego tygodnia, staną się bajką dla dzieci. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i jeszcze raz sprawdziłam, czy są aby zamknięte, tak na wszelki wypadek, nie dając wkraść się jeszcze jednemu nieszczęściu, i zbiegłam szybko po schodach, pędząc wprost w ramiona mojego zapomnianego dziecka.

Wieczorem, zamiast do nauki, zasiadłam do lampki wina i przypadkiem sporządziłam kosztorys przeprowadzki i oględnego remontu. Wyglądał on mniej więcej tak:



Do zrobienia

Cena



Transport: samochód firmowy mojego brata Adama

Zaciągnę dług wdzięczności



Załadunek/wyładunek: moje krzyże i brat Filip (ewentualnie wywinę się, gdy brat przyprowadzi kolegów)

Moje zdrowie, kieszonkowe dla brata lub/i kieszonkowe dla jego kolegów



Odświeżenie ścian: mój brat Adam, a właściwie jego firma

cena materiału: zupełnie nie orientuję się

pożyczka od mamy

cena robocizny:

zaciągnę dług wdzięczności



Hydraulika: jak wyżej

jak wyżej



Elektryka: jak wyżej

jak wyżej



Sprawdzanie drożności w stuletnim piecu: kominiarz (o ile takowy zawód w naszym mieście uprawia się) ew. mój brat Adam, bo zna się na wszystkim

50 zł (cena wyssana z palca). Zaciągnę dług wdzięczności



Sprzątanie domu i porośniętego chaszczami ogrodu: moje biedne krzyże ew. uda mi się wykorzystać moje przyjaciółki

weekend z życia młodej, atrakcyjnej i wolnej kobiety, (która zamiast papierosa i  lampki wina, dzierżyć będzie w ręku sierp i  odkurzacz)



W razie niespodziewanych awarii:

nie spodziewam się niespodziewanych awarii, bo dług wdzięczności, zaciągnięty u brata Adama, przekroczyłby górną granicę jego nerwowej wytrzymałości



Zakup węgla na zimę:

ok. 1800 zł, ale zima jest jedną wielką niewiadomą, bo albo nauczę się palić w piecu, albo zamarznę i stanę się symbolem bezradnej kobiety, bo porzuconej przez mężczyznę, i jeszcze jedną ofiarą ze statystyk przeczących poglądowi ocieplania się klimatu





*

– Karolu, śpisz? – zapaliła lampkę stojącą na nocnym stoliczku z polakierowanego mahoniu. Przytłumione piaskowym kolorem abażuru światło zagarnęło ciemności niewielki krąg w ich sypialni. Usiadła w pościeli, chowając za ucho kosmyk włosów. Odpowiedziała jej cisza.

– Zbudź się, Karolu! – nie dawała za wygraną. – Nie mogę zasnąć… Myślę, że mamy poważny problem w rodzinie.

– Magdalenko, późno jest, daj mi spać – senny głos jej męża łagodnie oponował. – Mam wykłady.

– Och, Karolu, muszę porozmawiać z tobą. Teraz! – podkreśliła za stanowczością. – Wiesz, że musimy sobie wzajemnie pomagać.

Odsunął kołdrę i usiadł obok żony.

Magdalenko – westchnął, zapalając bliźniaczą nocną lampkę po swojej stronie. – Jeśli jest to znacznie ważniejsze niż moje jutrzejsze wykłady na temat apoteozy nieśmiertelności w poezji Jana Kochanowskiego, której antologię, jak wiesz, sam zebrałem, to zamieniam się w słuch – rzekł i nadając swoim słowom powagi, nałożył na nos okulary.

– Odwiedziła nas dzisiaj na cmentarzu wnusia – zaczęła.

– Zapaliła znicz? – przerwał jej.

– Zapaliła – przytaknęła.

– Więc nie widzę problemu. Za zapalony znicz będziemy nad nią czuwać ze wzmożoną uwagą – wyklepał standardową formułkę.

Karol, daj mi wreszcie skończyć! – ostrym tonem skarciła męża.

– Wiesz, że kobiety w naszej rodzinie mają szczególny dar – zaczęła ponownie z innej strony.

Dar rozumienia – wyrzekł cicho z szacunkiem.

– Potrafią przeczuć najgorsze…

– Najgorsze?! – uniósł srebrne łuki brwi i popatrzył na swoją małżonkę tak, jakby go to słowo obudziło. – Jesteś tego pewna? Przecież wiesz, jakie są kobiety z przełomu wieków. Drastycznie niepewne swej roli w świecie, wewnętrznie zagmatwane… – szukał naprędce mydlących określeń.

Karolu, kobiet to ty nie krytykuj! Wystarczy, że zajmujesz się literaturą – zawiesiła wzrok na mężu.

Zdawało się mu, że zielonkawa toń jej oczu nabiera ciemnego odcienia. Patrzyli na siebie przez chwilę. A potem rzekła poważnie:

Naszej wnusi zostało skradzione serce.

Na rozległym uniwersyteckim osiedlu, ukrytym pod baldachimem potężnych kasztanów wiekowego parku, w jednym z mieszkań na drugim piętrze równie wiekowej kamienicy, świetlane kręgi dwóch lampek nocnych o piaskowych abażurach rozświetlały mroki nocy. A gdy przyszedł świt, pod stanowczymi ruchami podjętych obopólnie decyzji, zgasły.

Po porannej toalecie wypił filiżankę mocnej kawy, zabrał pękającą w szwach sfatygowaną teczkę i stanąwszy na progu ogromnego balkonowego okna, spojrzał w stronę niedalekiego, niskiego budynku, gdzie mieściła się katedra literatury polskiej. Po czym rozwinął swe srebrzystobiałe skrzydła i wyfrunął.

Wraz z oddalającym się trzepotem jego skrzydeł skierowała się w stronę wielkich dębowych drzwi, które skrywały gromadzoną z miłością i pasją pokaźną bibliotekę. Dotknęła stopami przyjemnego, ciepłego włosia dywanu, składając skrzydła na plecach, i położyła filiżankę kawy na dębowym, ciężkich gabarytów biurku, na którym panował umiarkowany bałagan czystych kartek papieru, wiecznego pióra, kałamarza, antycznej lampy przedstawiającej grecką boginię mądrości, i rodzinnych fotografii, ujętych w surowe, srebrne ramy. Ich dziecka, wnuków i prawnuków.

By nie wpuszczać gwaru studenckiego miasteczka, zostawiła okiennice zamknięte, zapaliła światło trzymane w dłoni greckiej Ateny i spojrzała na okalające ściany półki, zapełnione oprawionymi w zieloną, rogową skórę dziełami pisarzy, poetów, filozofów. Na grzbietach błyszczały złoconymi literami ich wielkie tytuły i nieśmiertelne nazwiska. Zauważyła srebrne okładki Silva Rerum.

Tyle wieków – westchnęła jakby zmęczona. – Bez końca…

Po czym zajęła się poszukiwaniami, sącząc w przerwach lurowatą kawę z mlekiem. Taką, jaką lubiła.

Po godzinie blat dębowego biurka o mały włos nie ugiął się pod ciężarem jej owocnych poszukiwań, chociaż miał ku temu powody w postaci wystrzeliwujących aż po sam sufit wież z opasłych tomisk. Zanim usiadła do wielogodzinnej lektury, udała się do kuchni i zaparzyła Mentha crispa, ziele poprawiające koncentrację i wspomagające wydajność umysłu, przelała napar do kubka w śmiejące się krowy i powróciła do bibliotecznej ciszy. Z szelestem przewracanych stronic chłonęła wiedzę.

W chwili gdy usłyszała głośne pukanie do okien salonowych, zamknęła z trzaskiem Sennik egipski i uśmiechnęła się z triumfem do siebie. Jej plan zaczął nabierać realnych kształtów. Wstała od biurka i pomyślała, że nie wyobraża sobie niebiańskiego świata bez książek.

Za szybą wejściowego okna do salonu, wyglądająca zza stosów woluminów, trzymanych z niemałym wysiłkiem, uśmiechała się do niej znajoma twarz. Stonowanym, powściągliwym uśmiechem. Pospieszyła się i otworzyła okno, wskazując kierunek biblioteki. Tymoteusz był tam niejeden raz. Zaniósł ciążące mu książki i przyjął zaproszenie do kuchni. Bez niespodzianki zajął krzesło pod oknem i pochylił głowę nad stojącymi w doniczkach fiołkami, przypominając sobie ich zapach. Strząsnął z czoła niesforne kosmyki włosów, które opadły, gdy pochylał głowę, i zauważając jej wzrok, uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech i zajęła się przygotowywaniem jedzenia.

Aniołowie nigdy nie odczuwali łaknienia. Aniołowie nigdy nie bywali głodni czy spragnieni. Aniołowie nie potrzebowali snu. Aniołowie z nostalgiczną miłością za tym, co stało się przeszłością, kultywowali ziemskie nawyki.

Przygotowała sałatkę ryżową z fasolą, zrumieniła tosty i nalała do szklanek soku ze świeżych pomarańczy, po czym usiadła naprzeciwko Tymoteusza.

– Filiżankę kawy? – zapytała po skończonym posiłku, wycierając serwetką usta.

– Z przyjemnością, pani Magdaleno – kurtuazyjnie odpowiedział.

Od lat pracował z jej mężem na uczelni i od lat był przyjacielem domu – zatrzymała na jego osobie myśli – a jednak nie potrafiła nawiązać z nim relacji wykraczających poza obręb powierzchownych grzeczności. Jakby jego postać ze srebrzystobiałymi skrzydłami otaczała aura chłodnej rezerwy, zamrażając wszelkie próby nawiązania z nim luźniejszych, przyjacielskich więzi. Ten mróz był murem obronnym, co do tego nie miała wątpliwości. Tak jak do tego, że skrywa wrażliwość, którą zdradzały delikatne dłonie o długich, zgrabnych palcach. Za życia mógł się podobać wielu kobietom. Bardziej postawny niż wysoki, szczupły, z wąską linią bladych ust, mówiących o jego powściągliwości i zamknięciu w sobie, które kobiety mogły odczytywać jako wyraz uwodzicielskiej tajemniczości. Wysoka, inteligentna linia czoła, którą zasłaniały w najmniej oczekiwanych momentach kosmyki grzywki w kolorze czerni. Mocne łuki brwi, wąski, zgrabny nos i czarne oczy o magnetycznym, niepokojącym spojrzeniu, ale jakby nieczułe i wygasłe. Lekko przygarbiona postawa mówiła o jego literackiej pasji. Srebrzystobiałe skrzydła dodawały mu niewątpliwie uroku…

Jak tam twoja habilitacja? – zapytała, gdy usiedli w salonie nad dwiema porcelanowymi filiżankami w drobne różyczki, obejmującymi czarną toń kawy.

– Dość opornie, pani Magdaleno. Wszystko w Niebiańskiej Krainie toczy się opieszale – zaczął mówić. – Nie wyłączając przepływu informacji. Odnalezienie zapisków przeszłych w byt doskonały literatów graniczy z niemożliwym, tak jak próby odtworzenia ich anielskich życiorysów. Wydobywanie na światło dzienne faktów i szczegółów z ich anielskiego życia nie zawsze podoba się urzędnikom od formularzy.

– Dobrze, że z anielskiej perspektywy wiemy, że niemożliwe nie istnieje – pokusiła się o żart.

Zaczynam w to wątpić – zamiast uśmiechu skinął głową. – Forsując od miesięcy drzwi do zbiorów bibliotek, antykwariatów, skrzynek pocztowych i myśli prywatnych kolekcjonerów, czuję się, jakbym był stworzony z niewidzialnej materii.

Uśmiechnęła się i zaczęła stukać bezwiednie palcami po koronkowej serwecie ozdabiającej stół. Po dłuższej chwili skonstatowała, że nie słucha Tymoteusza, a jej myśli krążą zupełnie gdzie indziej.

Ileż bym dała za przyjemność napicia się filiżanki kawy w obłokach papierosowego dymu… Taki niewinny nałóg… – rosło w niej wzburzenie. Po chwili odeszło, uspokoiła siebie i palce. Przypomniała sobie o przyczynie swojej śmierci.

Zerknęła na Tymoteusza, który właśnie sięgnął po cukierniczkę i w małej filiżance – jak białe, lodowe góry – zatopił pięć łyżeczek. Starała sobie przypomnieć przyczynę jego śmierci.

Podobno śmierć nie ma przyczyny, jedynie posiada godzinę – odpowiedział jej myślom. – Dżuma tysiąc osiemset trzydziestego drugiego w Paryżu, byłem jedną ze stu tysięcy ofiar.

Istotnie – upiła łyczek i chowając za słowami zakłopotanie, że przeczytał jej myśli, dodała: – Ach! Gdybyśmy jak ona posiedli czas, bylibyśmy równi bogom. A dopóki nie jesteśmy, wszechświat jest dla nas pytaniem, a przyczyna próbą odpowiedzi.

– Nieudolną zresztą – odrzekł ponuro, jakby przytłoczył go górnolotny temat.

Zapadła cisza, w której próbowała rozgryźć siedzącego przed nią młodego anioła, ale już pozostawiła jego myśli w spokoju. Zresztą czytanie w cudzych myślach nadal uważała za nietakt. Pozwoliła więc panować ciszy.

– W książkach, które przyniosłem, zauważyłem sporą dawkę kobiecego tematu. Czyżby zmiana zainteresowań? – odezwał się pierwszy.

Absolutnie nie – z ulgą ożywiła się po niezręcznej ciszy. – Zielarstwo pozostanie moim konikiem na wieczność. Po prostu moja żyjąca wnuczka boryka się z poważnymi problemami i wspólnie z Karolem postanowiliśmy jej pomóc… Nie da się ukryć, że świat, który opuściliśmy, zmienił się, więc wszelkiego rodzaju literatura fachowa jest mi pomocna w stworzeniu portretu psychologicznego teraźniejszej kobiety. I co najważniejsze – podkreśliła – jest mi niezbędna do odnalezienia właściwej drogi do jej umysłu.

– A jeśli mogę zapytać, to w jaki sposób zamierzacie się z nią skontaktować? – ciekawość wzięła nad nim górę.

Przez sen, Tymoteuszu.

Bezpiecznie, ale nieskutecznie – odrzekł z miną znawcy. – Obie strony mogą ugrząźć w zawiłej symbolice.

Sen jest tylko początkiem… – uśmiechnęła się tajemniczo i skierowała rozmowę na bardziej przyziemny temat skrzydlatej codzienności. – Czy nadal jesteś związany z tym lewicowym pismem „U nas w Raju”? Cóż za odwaga domagać się zniesienia obowiązkowej bieli…


Spis treści

Strona tytułowa

Spytałem przeto: „Czy mocne przekonanie, ...

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*



*

Budzik zadzwonił tak jak zawsze o szóstej trzydzieści. Obudził najpierw ból głowy, który przypomniał o zbyt dużej ilości wypalonych wczoraj papierosów, zmieszanych z czerwonym winem.

Poleżę trochę w łóżku, zanim wrzucę na szybszy bieg, w końcu mam wolne… – moje myśli zaczęły wypierać ból. – Myślę, więc obudziłam się.

Ich walka trwała, a ja starałam się nie poruszać nawet najmniejszą cząstką mnie.

Zmarnuję urlop na przeprowadzkę… jak jakiś niepożądany prezent od cholernego losu… Niczego od niego nie chciałam… Niczego od nikogo nie chcę… Niczego…

Co za nastawienie?! – skrytykowałam się i już wiedziałam, że dzisiejszy dzień nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Zacznie się łzami. Tymi tkwiącymi głęboko.

Zerwałam się z łóżka i pobiegłam prosto do łazienki, żeby ratować resztki godności zimnym prysznicem. Studziłam rozgrzane nerwy. Po chwili trzęsłam się z zimna. Z twarzą mokrą od wody i łez stanęłam przed lustrem. Oddychałam coraz głębiej i coraz spokojniej, studiując odbicie w lustrze.

Mogłam chociaż nie ścinać włosów – obserwowałam, jak powalone ulewą wody prysznica kosmyki krótkich włosów podnoszą się, prężą i już sterczą. Kosmyki grzywki zakręcają się, tworząc nad czołem koszmarne esy-?oresy.

Robią co chcą, tylko nie poddają się działaniu pianki i grzebienia. Powinnam brać z nich przykład. Nie obcinać się po odejściu ojca Piotruni – przypomniałam sobie moją manifestację rozpoczęcia życia bez mężczyzny.

Może zafarbować?… Dosyć czerni w moim życiu! Może na jakiś odcień kasztanu? Odważniej miedzi? Nie, to by zdecydowanie zepsuło tak pielęgnowany przeze mnie depresyjny wizerunek – zostawiłam pomysł farbowania włosów i zaśmiałam się.

Nie jest z tobą tak źle… Jeszcze potrafisz się śmiać. Spójrz – spojrzałam uważnie prosto w odbijające się w lustrze oczy. Były zaczerwienione od płaczu.

– Bądź odważna – wyrzekłam poważnie.

Z lustra spoglądało na mnie zmęczone, pozbawione uśmiechu oblicze. Nienaturalnie obce.

– Jagna? – odetchnęłam z ulgą, usłyszawszy w słuchawce zaspany głos przyjaciółki. – Wiesz, cieszę się, że cię złapałam… Nie, nic się nie stało… To znaczy nic poważnego… Po prostu chciałam się ciebie zapytać, czy czasami popadasz w schizoidalne klimaty i rozmawiasz z własnym odbiciem, a to odbicie wydaje ci się, że nie jest tobą – zawiesiłam niepewnie głos. – Wiem, że szósta pięćdziesiąt nie jest właściwą porą na takie rozmowy… Też chodzę do pracy… – przerwałam jej zniecierpliwiona. – Zrozum! Ja po prostu muszę wiedzieć, czy te pogaduszki przed lustrem mogę bez obaw wdrożyć do mojego codziennego harmonogramu dnia! – usłyszałam słowa, których się spodziewałam. – …Dobrze, staram się nią być… Dobrze, jestem realistką – poprawiłam się. – Chociaż sny o własnej śmierci nie opuszczają mnie od kilku miesięcy. To zawisam na szubienicy, to skaczę w przepaść, to leżę w grobie, nad którym niewielka garstka osób żegna mnie bez łez… – przerwałam wątek pod wpływem ostrej krytyki. – …Ależ, Jagna, moje sny są jak najbardziej realne, przecież dzieją się w mojej głowie!… Dobrze, nie będę przeginać… Tak, pracuję… Tak, studiuję – zaczęłam powtarzać za przyjaciółką. – Tak, kocham moje dziecko… Tak, wierzę w siebie… Obiecuję, że przestanę rozmawiać z sobą i doprowadzę się do porządku… To pa – pożegnał mnie trzask odkładanej słuchawki.

Jako tako – z uczuciem ulgi ruszyłam do należącej do mnie jeszcze przez dwa miesiące kuchni.

Wkrótce popłynęła muzyka ekspresu do kawy. Na patelni zaskwierczały jajka. Wstał Piotrunia i przydreptał do kuchni. Na blacie stołu posadził misia. Sam usiadł na krześle. Czekali na śniadanie.

– W przedszkolu jajko smakuje lepiej – mój trzyipółletni syn skwitował moje kulinarne wysiłki.

– Wiesz, co dzisiaj będziemy robić? – skierowałam jego uwagę na mniej drażniący mnie temat.

Pokręcił głową swoją i misia.

– Jedziemy oglądać nasz nowy dom! – wybuchłam przesadnym entuzjazmem, czując wzrastający we mnie lęk.



*

– A dlaczego, mamusiu, mówisz na ten stary dom: nowy?

Nie odpowiedziałam od razu, nabierając kilkoma głębokimi oddechami cierpliwości.

– Jest to stary dom, Piotruniu, bo mieszkała w nim moja prababcia, czyli twoja praprababcia Magdalena, a później część swojego życia spędzili w nim moi dziadkowie: Magdalena i Karol, czyli twoi pradziadkowie. A teraz nowymi lokatorami będziemy my i odświeżymy stare mury, tak że ten dom będzie wyglądał jak nowy!!! – posłałam Piotruni i siedzącemu na jego kolanach misiowi szeroki uśmiech. I jeszcze raz spojrzałam ponuro przez tylną szybę samochodu, utrwalając w pamięci oddalający się obraz tonącego w trawach i chaszczach małego domku z kominem. Stojące wokół niego śmiertelnie blade brzozy kołysały swymi chuderlawymi gałęziami nad jego pomarańczowym dachem. Jakby odprawiały czary.

Koszmar – pomyślałam i złapałam w lusterku rozbawiony wzrok mojego brata Adama. Zacisnęłam zęby. Ktoś musiał zrobić tam remont. Ktoś musiał doprowadzić do porządku porosły wszelkiego rodzaju zielskiem ogród. Ktoś musiał naprawić mający strzec mojego bezpieczeństwa wyszczerbiony płot, okalający chaszcze i skupisko rachitycznych jabłonek, które kiedyś nosiło miano sadu. Lecz mimo wszystko dom wywarł na mnie przyjemne wrażenie – zaczęłam szukać pozytywów, analizując wizytę na wzgórzu.

Co prawda już z dala wyglądał opłakanie, jak skazany na beznadziejną, wieczną samotność tułacz, który przykucnął zmęczony pośród zielonych traw wzgórza. Ale w jego oczach wyczytałam nadzieję, błyszczała, odbijając słońce w zakurzonych szybach. Być może łudzącą, jednak zdecydowałam się w asyście brata, Piotruni i misia Piotruni otworzyć wielkie, dwudrzwiowe wejście. One każdego dnia pierwsze witały wschodzące słońce. Prowadziła do nich żwirowa ścieżka zakończona trzema szerokimi schodkami. Kiedy otworzyłam drzwi na oścież, spotkała mnie pierwsza przyjemna niespodzianka: zawieszona w powietrzu łagodna woń, zamiast spodziewanego przez mnie odoru stęchlizny i wilgoci, nieodłącznych towarzyszy starych murów. Odetchnęłam, powoli przyzwyczajając oczy do panującego mroku. Ciężkie kotary w oknach zasłaniały dostęp słońcu. Strzepnęłam niemiłą myśl, że jestem intruzem, kradnącym święty spokój niewidzialnym mieszkańcom, i zabrałam się za odsłanianie okien. Mury były podziurawione oknami; naliczyliśmy ich dziesięć i zastanawialiśmy się, czy wychodzącą na taras balkonową szybę o zaskakujących rozmiarach można zaliczyć do okien czy do szklanej ściany. W każdym razie również wymagała farby i płynu do mycia. Oprócz okien, dom był pełen drzwi, z każdego pomieszczenia można było przejść do następnego i następnego.

Wraz z majowym wiatrem rozpoczęliśmy wędrówkę. Mały przedpokój prowadził do dużego salonu i wprost na szklaną ścianę, wychodzącą na taras, ogród i rzędy karłowatych jabłonek. W salonie pod sporą warstwą kurzu chował się stół i kilka krzeseł. Nie dawałam im najmniejszej szansy przetrwania. Oczami wyobraźni na ich miejscu widziałam wygodną kanapę, ławę i telewizor. Mimochodem zerknęłam na surowe oblicza moich przodków, przypatrujących mi się z wyniosłym chłodem z czarno-białej fotografii.

Spoko, spoko – uciekłam spod ich spojrzenia, wychodząc z salonu do pustego pokoju z oknami na zachód i północ. Na zakurzonych ścianach odznaczały się jaśniejszym wzorem ślady po regałach z książkami, zapewne była tu biblioteczka, ale mogłam tylko dywagować.

– Przerobimy na pokój Piotruni – zdecydowałam i przeszłam następnymi drzwiami do pokoju z dużym małżeńskim łożem. Usiadłam na nim, było twarde, bez sprężyn i wgnieceń.

– Może się w końcu wyśpię? – powiedziałam do brata, który fachowo obstukiwał ściany, i objęłam wzrokiem komodę i trzydrzwiową szafę. – I może w końcu znajdę miejsce w sam raz na moje ciuchy.

Brat otworzył następne drzwi, które prowadziły do małej łazienki, i zagwizdał. Wyglądam zza jego pleców i zobaczyłam wannę. Gwizdnęłam również. Nie widziałam w życiu tak wielkiej wanny. Nawet ona sama wydawała się przytłoczona swoimi potężnymi gabarytami. Na jej dnie ginęło oczko odpływu, do którego podążały rdzawe nacieki. Spod jej brzucha wystawały cztery rozczapierzone, zakończone ostrymi pazurami lwie łapy. Bądź innej bestii. Brat Adam doliczył do rachunku zakup bojlera. Starą, wysłużoną baterię o arystokratycznych rysach kranu, kurków i prysznica nakazałam mu zostawić w spokoju.

Z mojej sypialni przeszliśmy do salonu i pozostawiając północną stronę, wkroczyliśmy do kuchni. Zachwyciła mnie jej przestrzeń równa salonowi oraz zaintrygowały drewniane schodki, prowadzące do zagadkowego włazu w suficie, zapewne strychu. Natomiast resztę, to znaczy komórkę z półeczkami pełną słojów z niewiadomą zawartością oraz zajmujący kąt piec, przywitałam chłodnym wzruszeniem ramion.

To nie to, że jestem kompletnym laikiem w kulinarnej sztuce. Wiem, co jem. Potrafię prawidłowo nazwać sprzęty kuchenne. Znam na pamięć kilka naprawdę dobrych przepisów (choć w większości na dania sałatkowe). Potrafię usmażyć jajecznicę, rzadko przypalam kotlety i równie rzadko robię faworki, co oponki – tłumaczyłam się palącemu sumieniu. – Przedszkole żywi Piotrunię, w niedziele żywi nas moja mama, a ja, jako kobieta, zanim coś zjem, mam drakoński obowiązek policzyć kalorie, i wtedy przechytrzając samą siebie, jem, ale szybko i o niespodziewanych porach, albo nie jem, czyli staram się dorównać kanonom anorektycznego piękna. Poza tym po ciąży pozostało mi tu i ówdzie…

Nagle poraziła mnie wizja mojej rodziny zasiadającej przy dymiących talerzach z niedzielnym rosołem, w tej kuchni.

– Przeniesiemy stół i krzesła z salonu tutaj – władczym gestem wskazałam miejsce na środku kuchni, w którym działo się moje widzenie.

W tym samym czasie Adam wsunął głowę na strych, przeprowadzając misję rozpoznawczą i czym prędzej ją stamtąd wysunął.

– Mam dwie wiadomości, pierwsza z nich, to masz stodołę na strychu. A druga, to najpierw wpuść tam kota.

Piotrunia, który wyrósł przy nas znikąd, zapiszczał, słysząc o zwierzątku.

Po odwiedzeniu pogrążonej w ciemnościach piwnicy, gdzie omotana w pajęcze sieci nawiązałam niezbyt ciekawą znajomość z systemem wodno-kanalizacyjnym oraz deską rozdzielczą z licznikiem energii elektrycznej i rzędami guziczków odpowiedzialnych za nią, zakończyliśmy wizytację domu. Przed wyjściem zagadka przyjemnego zapachu panoszącego się w domu doczekała się rozwiązania. Rozstawione po kątach ususzone wiązki zielsk. Podejrzliwe zapachniało gusłami.

Późnym wieczorem usiadłam na jednym ze stłoczonych w prostokącie bloku balkonie numer sześćdziesiąt dwa, który należał jeszcze do mnie. Zapalony papieros zaskwierczał, wtapiając się w wypadające przez otwarte okna odgłosy telewizorów, pijackiego ryku, brzdęku zmywanych naczyń, małżeńskich rozmów prowadzonych ciut podniesionym tonem. Wpuściłam je przez ucho – dawały mi poczucie bezpieczeństwa – i wypuściłam ustami obłok popielatego dymu.

Jesteśmy konstelacją istnień z podciętymi skrzydłami, zamkniętych w domach o wspólnych ścianach, w blokach, szarych stereotypach społeczności. Dzień za dniem umieramy – zaciągnęłam się papierosem, oddalając czarną chmurę myśli. Może dobrze mi zrobi przeprowadzka na przedmieścia?

W każdym razie, kimkolwiek byli moim przodkowie, wyratowali mnie z mieszkaniowych kłopotów. Chwała im za to. A za resztę? Stanowią mgliste wspomnienie. Pamiętam dziadka Karola. Babcia zmarła na miesiąc przed moimi narodzinami. Noszę jej imię. Ktoś umiera, by ktoś mógł się narodzić… Po śmierci żony dziadek zamknął wspomnienia w domku na wzgórzu i przeprowadził się do wynajętej kawalerki… Pamiętam spacer po alejach parku, jesienną porą. Łysiejącą czaszkę w koronie siwych włosów, brązowy prochowiec. I mojego brata trzymającego się ręki dziadka. Umarł, gdy miałam pięć lat. Nie pamiętam pogrzebu. Nie pamiętam moich uczuć. Na całe życie zapamiętałam słowa mamy, że odziedziczyłam po nim brak cierpliwości. Babcię Magdalenę znam jedynie z nielicznych, już pożółkłych fotografii i skąpych przez emanujące bólem emocje opowieści mojej mamy. Była matką mojego ojca. Fakt ten sam w sobie świadczył na jej niekorzyść. Była również pielęgniarką. Większość życia spędziła w szpitalach, w przychodniach i sanatoriach. Dziadka poznała w Warszawie. Studiował dziennikarstwo, którego nie ukończył (jak się domyślam, z braku cierpliwości). W końcu lat czterdziestych wyjeżdżają ze stolicy do małego, prowincjonalnego miasteczka na południu Polski. W rodzinnym domu babci, na wzgórzu, czeka na nich jej matka, którą koleje losu przygnały na wzgórze ze wschodu, podczas pierwszej wojny światowej. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku na świat przychodzi mój ojciec… – to jest niezaprzeczalny fakt, jak ten, że wypaliłam za dużo papierosów. Odsunęłam ze wstrętem pełną popielniczkę, jakbym ją teraz dostrzegła i pomyślałam o jutrze.

Muszę zadzwonić do biura, bo muszę udawać, że mi zależy na pracy.

Muszę zrobić zakupy.

Muszę się zacząć powoli pakować.

Jeszcze przez chwilę leżałam na balkonie i z obojętnością patrzyłam na gwiazdy…



*

– Karolu? – przerwała ciszę panującą w salonie. Obydwoje siedzieli z nosami zanurzonymi w otwartych księgach, które uznali za przydatne w „rodzinnej sprawie”. Ona, w rogu secesyjnej sofy, na podkurczonych kolanach oparła brodę. Znużona lekturą kolejnej ziemskiej feministki, Eriki Jong, zagadnęła:

– Nie wydaje ci się, że droga Tymoteusza do doskonałości jest bardzo długa? – położyła nacisk na słowo „bardzo”.

Z trudem oderwał wzrok od leżącego na jego kolanach poradnika z bestsellerowej listy hitów ostatniego sezonu, poruszającego kwestię nawiązania kontaktu z żywymi. Zatrzymał miarowe bujanie fotela, w którym spędzał w wolnych chwilach czas, i wyciągnął z ust fajkę ze świecącym pustkami cybuchem. Pamiątkę po ziemskim nawyku.

– Owszem, zajmuje mu to dużo czasu, ale ten zawiły proces ewolucyjny, przechodzenie z jednego stanu do drugiego, w niektórych przypadkach rozwleka się na cale stulecia. – Ściągnął okulary i przetarł oczy. – Ileż to stuknęło Tymoteuszowi?

– Jako anioł jest blisko drugiego wieku – odrzekła, darując sobie precyzję.

– Widocznie Tymoteusz nie dokończył tego, co rozpoczął… – długo się zastanawiał nad odpowiedzią. – A może nie znalazł tego, czego szukał? Nie obmył win? Cokolwiek, ale dalej iść jeszcze nie może! – Poirytowany swą niewiedzą, postanowił zmienić temat. – Znów spora grupa młodych porzuciła skrzydła i zbiegła do An-Arkhe… Oni już nigdzie nie dojdą – wyrzekł gorzko – zamienić wznoszenie się ku doskonałości na hedonizm…

Przyglądała mu się z lekkim uśmiechem. Coś jej mówiło, że gdyby pierwsza nie znalazła się w Anielskiej Krainie, jej mąż dałby się ponieść falom hedonizmu na wschód.

– Mam nadzieję, że patrole Armii Anielskiej obchodzą się z nimi łagodnie – odrzekła tylko.

– Nie dałbym sobie uciąć ręki – odrzekł. – Ale jeśli przekroczą Góry Alana, są już bezkarni bądź wolni. Jak kto woli.

Boski dzień zbliżał się powoli ku końcowi. Patrzyli na zachodzące słońce na rdzawym kolorze nieba w ciszy słów i myśli. Po czym postanowili udać się na Ziemię i przyjrzeć się z bliska życiu wnuczki.



*

Te dwa miesiące upłynęły mi na samych miłych niespodziankach. Biomet był korzystny. Dziecko anielsko grzeczne. Pakowanie niemęczące. Telefony od mamy bez nachalnych rad zakończonych: „a nie mówiłam”, ani: „ja bym na twoim miejscu…”. Nawet udało mi się dokonać werbalnej zemsty na Michale, z gronem moich przyjaciółek przy piwie „Pod Kasztanem”, i wszystkie co do jednej: Jagna, Małgorzata, Matylda i, o dziwo, Anna, były zgodne co do jego indolencji emocjonalnej i mojej wszechstronnej przewagi. Prace mojego kochanego brata Adama przynosiły widoczne efekty. Domek na wzgórzu wyglądał jak nowy. Jego uwagi na temat zimy i zabezpieczenia się przed mrozami, czyli wymiany systemu grzewczego i sporego kredytu, którego, jak zaznaczył, na pewno nie będzie mi żyrował, postanowiłam przypomnieć sobie jesienią, gdzieś około października.

Podczas przeprowadzki nie zawiodłam się na moim młodszym bracie Filipie. W zamian za pęk dorobionych kluczy od mojego domu i pozwolenia na małe imprezki podczas mojej nieobecności, ściągnął do pomocy kumpli. Z elektrycznymi kosiarkami do trawy zabrali się za doprowadzanie ogrodu do porządku. Zdecydowanie wolałam na nich patrzeć, niż wdać się w dyskurs. Mówili w niezrozumiałym dla mnie dialekcie dorastającego pokolenia. Natomiast spomiędzy fałd ich podkoszulków i spodni rozmiarów XXL wystawały seksownie młodociane pośladki i biodra. Zresztą Jagnie i Małgorzacie też się podobali. Znalazły chwile i przyjechały pomóc mi w przeprowadzce. Sączyłyśmy więc piwko, przybijając w pocie czoła gwoździki na fotografie i obrazy, rozpakowywałyśmy kartony i paczki, układałyśmy w szafkach i półkach. Gdy natknęłyśmy się na albumy ze zdjęciami z naszych szkolnych czasów, ekspresja naszego śmiechu raz na zawsze odstraszyła sąsiadów od złożenia wizyty na wzgórzu.

Rok osiemdziesiąty ósmy – Jagna stoi przed budynkiem szkoły podstawowej, trzymając w ręce małe radyjko typu „jamnik”, ówczesny krzyk techniki. Ubrana w komplet z dekatyzowanego dżinsu, minispódniczkę i katanę z dodatkiem turkusu. Jej zgrabne łydki zdobią różowe podkolanówki zestawione z bielą wystających spod spódniczki ud oraz gryzącym turkusem trampek. Włosy Jagny włosów nie przypominały, były gniazdem, mieszaniną ciągłego tapirowania i lakieru. W każdym razie sterczały. Pamiętam moment robienia tego zdjęcia; ze słynnego na całą podstawówkę „jamnika”, należącego do brata Jagny, leciała muzyka Modern Talking, a my, wszystkie ubrane w dekatyzowane dżinsowe komplety, ćwiczyłyśmy układ taneczny kroków z popołudniowego kółka tanecznego, zawodząc rzewnie wraz z wokalistą, z niemożliwej miłości do niego.

Rok dziewięćdziesiąty – zdjęcie przedstawia naszą nierozerwalną czwórkę. Jagna, Matylda, Małgorzata i ja stoimy na morskiej plaży w Jastarni w długich, kolorowych sukienkach do kostek. Nasze ręce i szyje obciążają niebotyczne ilości ciężkiego balastu w postaci rzemieni, koralików, muszelek, amuletów i pacyfek. Długie włosy, już obyte z szamponami koloryzującymi, błyszczą w obiektywie odcieniami kasztanu, miedzi i wiśni. Z naszej czwórki wyróżnia się krótka czupryna Matyldy, która w latach naszej hipisowskiej egzystencji usilnie nadrabia brak jakichkolwiek oznak wzrostu włosów nawet o marny milimetr przesadną erudycją i odważnymi eksperymentami w kierunku odmiennej rzeczywistości.

Rok dziewięćdziesiąty pierwszy – koncert AC/DC i Metalliki. Na tle wypełnionego po brzegi stadionu chorzowskiego Małgorzata i ja. Nadal z długimi włosami, ale już w odcieni granatowej czerni. W tym samym odcieniu zachowany jest nasz obcisły strój, czarne legginsy, czarne koszulki i błysk posrebrzanego pentagramu dyndającego na rzemieniu na szyi, zdradzającego nasze mroczne fascynacje. Obfity biust Małgorzaty, spłaszczony obcisłą koszulką, wygląda nie mniej koszmarnie niż moje nogi w obcisłych legginsach (od których bardziej rachityczne są już tylko gałęzie jabłonek w moim ogrodzie), co mnie do tej pory, gdy patrzę na to zdjęcie, pociesza, bo lepiej jest wypaść tak samo niż gorzej.

Panta rhei

Nasze salwy śmiechu wybuchające wraz z kolejnymi utrwalonymi na zdjęciach obrazach przeszłości, stanowiących niepodważalny dowód na to, że byłyśmy ofiarami mód, póz i poszukiwań sposobu na rozgryzienie życia, zmieniając look od podstaw i czasem z tragicznym dla nas skutkiem, ucichły. Wraz z szelestem ostatniej stronicy w albumie i cichego westchnienia przeistoczyłyśmy się w żony, matki i kobiety. W przeszłości było to dla nas niewyobrażalnie odległe.

A gdy wszystko już prawie było na swoim miejscu, wzięłam Piotrunię za rączkę i pojechaliśmy na cmentarz, by po raz drugi w tym miesiącu, tak na wszelki wypadek, zapalić symboliczny znicz ku pamięci zmarłych przodków. Babci Magdaleny i dziadka Karola. Nie to, że się bałam. Dobrze, nie będę oszukiwać, bałam się i boję. Jestem przerażona myślą o samotnych nocach bez sąsiadów, w stojącym na uboczu domku ze skrzypiącą podłogą, groźnie warczącymi rurami i cichym popiskiwaniem złośliwych myszek, na dodatek w którym ktoś kiedyś… a teraz nie żyje… Muszę kupić sobie psa, podobno wyczuwają nadprzyrodzone zjawiska. Chociaż oni podobno śpią spokojnie, czekając na ponowne przyjście Mesjasza… Niepewnie brodziłam we wspomnieniach z lekcji katechezy, gdy zadzwonił telefon.

– Magda – przywitał mnie twardy głos Jagny i od razu przeszedł do konkretów. – Dzwoniła do mnie zapłakana Gosia, porzucił ją Adam.

– Adam? – zdziwiłam się. – Przecież Adam przeszedł do historii w zeszłym tygodniu, teraz jest z tym „szarpidrutem”, jak go nazywa moja mama, Johnym z rudą grzywą, rockowym gitarzystą z rasowym harleyem w garażu.

– To mało wiesz – zgasiła mnie bez litości. – Romans z Adamem się nie skończył, kiedy zaczął się romans z Johnym. A kiedy Johny wyjechał w trasę koncertową i była kolej Adama, ten ją porzucił, ale dopiero wtedy, gdy porzucił ją Johny.

– Jagna, spokojnie – raczej uspokajałam siebie, bo w głosie Jagny nie wyczuwało się żadnych, nawet najmniejszych oznak emocji – zacznij od początku, bo nie mogę zrozumieć motywu porzucania w twojej opowieści.

– Nie będę opowiadać przez telefon, za dużo kosztuje rozmowa na komórkę, a zresztą to nie moja historia – stwierdziła fakty. – Przyjdź „Pod Kasztan”. Będziemy wszystkie.

– No nie wiem, czy się z tej wioski wydostanę o tej porze, i muszę znaleźć kogoś do Piotruni – wahałam się.

– Zastanów się – rzekła Jagna, pozostawiając mnie samą z problemem, że obejdzie mnie dobrze zapowiadający się wieczór. W tonie jej głosu było słychać propozycję nie do odrzucenia.

Spojrzałam na kuchenny zegar, dochodziła dwudziesta. Wątpliwa wydała mi się możliwość zorganizowania sobotniego wyjścia. Zabębniłam palcami o blat i zapaliłam papierosa. Perspektywa wypicia małego piwka w dobrym towarzystwie oraz niezaspokojona ciekawość jeszcze jednej nieszczęśliwej miłosnej przygody Małgorzaty (nagminnie trafiającej na niewłaściwych mężczyzn z częstotliwością kwartalną, z którymi rozstania zwykle kończyły się dla Małgorzaty kompletnym rozbiciem i najczęściej leczyła się z nich w naszym towarzystwie, czyli swych najlepszych przyjaciółek, a jeszcze częściej w ramionach następnego niewłaściwego mężczyzny) podniosły mojego zrezygnowanego ducha. Postanowiłam działać. Pospiesznie wzięłam się za przyrządzanie kolacji dla małego Piotruni. Usmażyłam na gazowej kuchence, prezencie od Jagny mamy, ulubione chlebo-jaja mojego synka, który miewał tendencje do przekręcania nazwy na jajo-chleby, co zupełnie nie zmienia postaci tego prostego dania. Kromki chleba (chleb czerstwy znacznie smaczniejszy) obtaczamy w jajku i smażymy na rozgrzanym tłuszczu. Podajemy z keczupem bądź z dżemem, jak kto woli.

Banalnie proste i szybkie danie wylądowało na talerzu Piotruni. Gdy jedliśmy, zadzwoniłam do mamy, prosząc ją o przyjazd do Piotruni i pożyczenie samochodu. Niestety, mama miała zarezerwowany bilet do kina, gdzie (o zgrozo!) wybierała się z jakimś starszym, emerytowanym panem Stasiem.

– Samochód nie jest mi potrzebny – powiedziała do słuchawki, zaznaczając, niby od niechcenia, że emerytowany pan ma niebieską toyotę yaris. – A w sprawie opieki… jeśli uznasz tę informację za pomocną, to w bieżącym tygodniu obcięłam Filipowi kieszonkowe. Co stanowi karę za złe wyniki w nauce… – Osobiście nazwałabym wyniki mojego brata w nauce bardziej drastycznie, ale ugryzłam się w język. Był moją jedyną szansą na wieczór. Siedział w domu z powodu pustych kieszeni i z pewnością dobrze się bawił. Miał komputer.

Na koniec mama dodała, żebym zadzwoniła do Filipa z inicjatywą zapełnienia pustych kieszeni i broń Boże nie wspominała o niej ani jednym słowem.

Biedna mama, nigdy nie potrafiła zagłuszyć macierzyńskiej troski i miłości. I nigdy też nie udało jej się wprowadzić „rządów twardej ręki”, zaostrzyć swojej łagodnej natury, kiedy stała się samotną matką z trójką dzieci. Ojciec odszedł, to znaczy nie wrócił, gdy Filip miał rok, Adam dwanaście lat, ja jedenaście. Z tą jedenastoletnią, szczeniacką naiwnością wyczekiwałam go w oknie, upatrując przyczyn przedłużającej się nieobecności w niebezpieczeństwach, jakie czyhały na niego podczas jego licznych podróży dookoła świata i z powrotem. Był podróżnikiem, wziętym przewodnikiem na szlakach wzdłuż i wszerz ziemskiego globu. Czuł się równie dobrze z czekanem w skostniałym od arktycznego mrozu ręku, z zaschniętym gardłem pod słońcem Sahary, w rozciągniętym swetrze „wilka morskiego” przy sterach na Karaibskim Morzu. Kiedy byłam małą dziewczynka, on już postawił nogę na sześciu kontynentach. Sadzę, że w chwili obecnej, przy założeniu, że żyje, liczba miejsc, w których swej nogi nie postawił, skurczyła się do garstki nieciekawych, zapadłych w beton i marazm regionów i miejsc, przypominających nasze miasto.

Pożyczyłam mamie miłego wieczoru i rozłączyłam się, żeby ponownie zadzwonić pod jej numer. Czy słono zapłacę za wykorzystywanie służbowej komórki w celach osobisto-towarzyskich? Nie miałam żadnych wątpliwości co do brzmiącej twierdząco odpowiedzi. Odebrał Filip, zapewne oderwany przez mamę – która oczywiście wiedziała, kto dzwoni – od swojego drugiego mózgu. Burknął: cześć. Po krótkim słowie wstępnym i nakreśleniu sytuacji usłyszałam konkrety:

– Ile?

Na zaproponowaną przeze mnie sumę zgodził się, ale postawił warunki. Weźmie ze sobą kumpli i filmy, później mam ich odwieźć do domu samochodem mamy. Mama się zgodziła, ja zgodziłam się na warunki Filipa, a Filip zgodził się przyjechać około dwudziestej pierwszej małym fiatem mamy, w towarzystwie hip-hopowych braci i z plecakiem wypchanym zapewne marihuaną i kultowymi filmami z życia pokolenia, którego powoli zaczynałam nie rozumieć.

Piotrunia siedział w wannie, kiedy hip-hopowa brać zapukała do drzwi. Przedstawili mi się, patrząc na mnie podejrzanie szklanym wzrokiem: Pepe, Misiek, Dziobal. I bez wstydu i zaproszenia weszli do salonu, sadowiąc się na mojej kanapie i biorąc do ręki mojego pilota, załączyli mój teleodbiornik. Filip, którego koledzy nazywali Makiem, zajął się bratankiem, siedzącym po uszy w pianie.

– Cześć, Filip! Czy ty masz siusiaka, bo mama nie ma. – Moje dziecko było wyraźnie zawiedzione z tego powodu i przypomniało mi, że bez fallusa jestem tylko kobietą i że najwyższa pora zbierać się do wyjścia.

Nie bez obaw oddałam Piotrunię w ręce brata i jego „braci”, którzy nie byli moimi braćmi, stwierdzając, że zaufanie do niego wynika tylko i wyłącznie z przekonania, że komuś na tym świecie trzeba zaufać.

– Piotrunia najpóźniej ma być w łóżku wpół do dziesiątej, przeczytaj mu coś, wybór książeczki pozostaw Piotruni; jak zaśnie, nie gaś lampki, zamknij dobrze drzwi, nie ryczcie telewizorem, lodówka jest do waszej dyspozycji, jeśli chcecie zapalić COKOLWIEK – wyartykułowałam z całym posiadanym dydaktyzmem – wychodźcie na taras…

– Wciśnij luz! – przerwał mi znudzony.

Piotrunia powtórzył za nim. Zaczęli się śmiać.

– Nie zapomnij o zębach – nie dałam za wygraną.

I wyszłam skonfundowana, zauważając, że zachowuję się jak moja mama. Przeszłam do mojej sypialni i przed otwartą szafą spędziłam następne piętnaście minut, bezmyślnie wpatrzona w sukienki, sweterki i bluzeczki w przeważającym kolorze czerni. Tak więc nie mając większego wyboru, zdecydowałam się na długą czarną sukienkę na ramiączkach i narzuciłam na ramiona katanę dżinsową. Przeczesałam palcami krótkie włosy i spryskałam się ciężką Lempicką. Postanowiłam iść bez makijażu, już i tak byłam spóźniona. Jeszcze raz spojrzałam w lustro, mrucząc pokrzepiające słowa samouwielbienia. Celowo wyszłam przez salon i z urzekająco słodkim uśmiechem rzekłam do trójki młodzieńców:

– Czujcie się jak u siebie w domu!

– To nara – nie odrywając wzroku od telewizora, odpowiedzieli chórem.

Moja osoba nie wzbudziła ani jednego pożądliwego spojrzenia – pomyślałam zawiedziona, jednak schowałam tę czarną myśl na czarną godzinę. Ucałowałam Piotrunię, nakazując kończyć kąpiel, ucałowałam Filipa (była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął). W przedpokoju założyłam lekkie japonki, bo nie lubię prowadzić w wysokich obcasach.

Kluczyki do malucha są, portfel jest, prawo jazdy, telefon. Popsikałam się jeszcze raz Lempicką, której maleńki ?akonik noszę w torebce, i usiadłam w samochodzie, poprawiając siedzenie i lusterko. I wyobrażając sobie, że jest to lamborghini, przekręciłam kluczyk w stacyjce i wdepnęłam gaz.

Naszym ulubionym miejscem spotkań była przytulna, mała knajpka z czarnym fortepianem pośrodku. Mieściła się w piwnicy jednej ze starych kamieniczek naszego rynku. Ze stromych schodów wchodziło się wprost do sali, w której bar przystrojony był rzędami kolorowych trunków, z wygodnymi, bambusowymi fotelami i stolikami oraz podestem. Wszystko to okalały ciemne ściany, rozjaśnione portretami gwiazd jazzu i nieśmiertelnej twarzy Marilyn Monroe. Mocne światło rozjaśniało jedynie bar. Małe ścienne lampki zatapiały sale w przyjemnym półmroku. Na stolikach można było zapalić świeczki. Nie nazwałabym pochopnie nastroju panującego „Pod Kasztanem” kameralnym czy somnambulicznym, jak mawiali mu niechętni, gdyż występujący na podeście z pianinem artyści potrafili poderwać słuchaczy do dzikich harców. I jeszcze jedno, w promieniu naszej ukochanej knajpy nigdy nie rósł żaden kasztanowiec.

W środku przywitała mnie pełna sala i melodia wydobywająca się z saksofonu Seweryna. Dziewczyny zajęły stolik w kącie sali, byśmy mogły nieskrępowanie oddać się plotkom. Poza tym domyśliłam się, że to Małgorzata wybrała stolik, ukrywając przed światem i spojrzeniami innych swój wyjątkowo niedbały tego wieczoru wygląd biednej, bezradnej i opuszczonej dziewczynki. Zwykle siadywałyśmy na środku sali. Małgorzata wtedy zastygała jak najprawdziwsza gwiazda w oczekiwaniu na błysk ?eszy i pełne podziwu i zazdrości westchnienia. Miała ku temu powody, posiadała pełną gamę wrodzonych wdzięków. Niebieskooka, na dodatek z figlarnie poskręcanymi włosami, które raz na jakiś czas dla odmiany prostowała. Blondynka, obdarowana przez los wszystkim w nadmiarze: długowłosa, długonoga, o pełnych ustach, bujnych kobiecych kształtach z idealnie zachowanymi proporcjami, wykształcona, z dyplomem architekta, na samodzielnym stanowisku, z poczuciem własnej wartości, pewnością siebie i świadomością piorunującego oddziaływania na płeć przeciwną. Jednak dzisiejszego wieczoru Małgorzata unikała publiczności, skromnie siadając na uboczu w niedbale spiętym warkoczu. Jej fiołkowe oczy zmniejszyły się znacznie pod ciężarem zapuchniętych powiek i zaczerwienionego nosa. Była bez makijażu, który od czasów liceum nierozerwalnie łączył się z jej wizerunkiem. Swój tragiczny stan podkreśliła workowatym podkoszulkiem i wytartymi dżinsami, w których nie widziałam jej od dobrych paru lat. W drżącej dłoni trzymała zmiętą chusteczkę, co chwilę siąkając w nią czerwonego nosa. Przytuliłam ją, cmoknęłam Annę, Matyldę, Jagnę i usiadłam na wygodnym fotelu. Zamówiłam lampkę wina, ku zaniepokojeniu przyjaciółek, przed którymi stało jasne pełne.

– Prowadzę – wyjaśniłam krótko i zapaliłam papierosa, opowiadając na wstępie o czwórce młodych opiekunów Piotruni.

– Jak najbardziej jestem świadoma tego, że nasze rozmowy wcześniej czy później sprowadzamy do jednego tematu facetów, ale żeby od nich zaczynać bez żadnych ceregieli, bez żadnej gry wstępnej?! Robisz się, Magda, zboczona! – zostałam zaatakowana przez Matyldę, ambitną prawniczkę na dyrektorskim stołku, z nienagannie przyciętą grzywką, nienagannie wychowanym mężem, mniej wychowanymi dziećmi. Nic jej tak nie wprawiało w dobry nastrój, jak wydawanie zimnym, stalowym głosem reprymend.

– Bądźmy szczere, nic i nikt inny nas nie obchodzi. Nasz świat obraca się wokół solarnego bożka z gigantycznym fallusem – Jagna przejęła atak. Mężatka, i to ta z tych szczęśliwych. Miłość, z jaką krzepiła idee resocjalizacyjne w placówce wychowawczo-opiekuńczej, zaspokajała, jak na razie, jej instynkty macierzyńskie.

Wśród nas mężatką była jeszcze Anna, która na ślubnym kobiercu stanęła już po raz drugi. Liczyłyśmy po cichu, że będziemy bawić się na jej weselu raz jeszcze. Miała dwójkę dzieci, z tym że jedno liczyłyśmy za dwoje. Jaś miał ADHD.

Małgorzata była wolnym strzelcem, singlem, w żadnym wypadku nieaseksualnym. Przypuszczałyśmy jednak, że jest to ideologia dorobiona do jej nieumiejętności współżycia z drugą osobą w wyniku zbyt nadętego ego. Zresztą dni upływające jej na celibacie można było policzyć na palcach jednej ręki.

Natomiast ja, no cóż, uciekłam sprzed ołtarza. Nie zdecydowałam się stanąć na ślubnym kobiercu, czując, że ślub z niewłaściwym facetem może okazać się czymś znacznie gorszym niż życie w pojedynkę. Wiedziałam, że za moimi plecami dziewczyny nazywają mnie ostatnią skamieliną romantyzmu. Choć toczyłam zażarte boje o wizerunek kobiety wyzwolonej, która wiarę w cuda i bajki o królewiczu, rycerzach i całuśnych żabkach zamieniła na chłodny, racjonalistyczny pogląd, że w pary łączymy się tylko w celach prokreacyjnych, i to najpierw skrzętnie obwąchując się. Nie byłam zbytnio przekonywająca, nie wierzyły mi.

– Kutas? – zapytałam ze współczuciem.

– Gorzej, dwóch – odpowiedziała tkliwie.

– Noszą jakieś imiona, czy zostaniemy przy szowinistycznych określeniach?! – Jagna ze swoim wszechobecnym obiektywizmem i maniakalnym dążeniu do niego zwróciła nam uwagę.

– Adam i Jasiu alias Johny – Małgorzata zamieszała nerwowo piwo i pociągła porządnego łyka.

Zamieniłyśmy się w słuch.

Zacznijmy od tego, że Małgorzata wzbudzała zainteresowanie płci przeciwnej nieustannie, jakby nosiła przewieszoną na piersiach tabliczkę „Zawsze gotowa”. Zaczepiano ją na ulicach, na targu, w urzędach, na budowie (gdzie zapewne z przyjemnością kontrolowała pachnących swojsko testosteronem robotników, wykonujących zlecenia jej biura projektowego), podczas wakacji (preferowała zdecydowanie zagraniczne morskie plaże, ignorując urokliwe zakątki naszego kraju), dodajmy jeszcze takie miejsca jak kina, restauracje, siłownie czy księgarnie, i obraz wszechobecności jej adoratorów został stworzony. Zaznaczyć trzeba, że Małgorzata nie była wcale kobietą łatwą. Absolutnie. Użyjmy określenia bardziej łagodniejszego i nazwijmy ją kobietą chętną.

Adama K. (nie będziemy posługiwać się nazwiskiem, aby nie zaszkodzić jego publicznemu wizerunkowi) poznała rok temu. Gruba ryba biznesu, zajmująca się tym, co przynosi zyski, czyli rynkiem paliw, zagranicznymi inwestycjami i sponsoringiem polityków, wprowadziła na rynek kolejnego inwestora, wykupującego ziemię polską pod budowę centrum handlowego. Tak się złożyło, że koncepcję wyglądu największego w Polsce południowej centrum handlowego stworzyło biuro projektowe, w którym pracowała Małgorzata. Notabene, była jednym z pomysłodawców zwycięskiego projektu. I przejdźmy do meritum. Spotkania na gruncie zawodowym przeistoczyły się w romans. Romans jak romans, toczył się po rozżarzonych torach pożądliwości, jednak istniała pewna przeszkoda, na którą Małgorzata nie potrafiła przymknąć oka. Była to obrączka ślubna na palcu czterdziestoletniego Adama K. Małgorzata na drodze zaspokojenia swych płomiennych żądz nie zwracała zwykle uwagi na przeszkody typu: wiek partnera, wygląd, płeć czy status (miała romans z sześćdziesięciosiedmioletnim profesorem, kiedyś znowu sprawiła, że niepewny bi- stał się pewnym hetero), jednak zasady w jej rozpustnym życiu istniały. I jedną z nich, być może jedną jedyną, było niezadawanie się z żonatymi facetami. Najprawdopodobniej był to hołd oddany jej matce. Zaobrączkowany ojciec nagminnie rozkochiwał w sobie tlenione na blond ciocie. Ale równie dobrze mogła nią kierować egoistyczna zazdrość i niechęć dzielenia się z posiadaną rzeczą z innymi (była jedynaczką). W każdym razie Małgorzata chciała ten romans zakończyć, lecz stała się rzecz straszna, najstraszliwsza, jaka się może przydarzyć kobiecie niezależnej. Małgorzata się zaangażowała. I już myślałyśmy, że na dobre utkwiła w toksycznym związku, gdy pewnego kwietniowego popołudnia, na festynie z okazji dni naszego miasta, na scenę miejskiego amfiteatru wskoczyła wybijająca się na rynku krajowym nasza miejska grupa rockowa o obcojęzycznej nazwie Morder Incorporated, z rudym wokalistą, gitarzystą i liderem w jednej osobie Johny’ego alias Jasia. To on właśnie, swym charyzmatycznym głosem z chroniczną chrypką i obcesowym zachowaniem, rzucił Małgorzatę i cześć damskiej publiki na kolana.

Johny był twardzielem – tak twierdziła Małgorzata. My natomiast uważałyśmy, że był mocno ograniczonym decybelami, warkotem harleya i mocnymi trunkami dupkiem. Ale nie krytykowałyśmy go zbytnio, sądząc, że Małgorzata, wcielając się w drapieżnego kociaka, kształtną pupą dosiadającego harleya, szybko zapomni o żonatym Adamie. Niestety, romans trwał…

– Więc Johny wyjechał w trasę koncertową, promującą drugi album Deep&Hard i mógł mnie odwiedzić Adam – zaczęła, nerwowo targając zasmarkaną chusteczkę.

– O ile sobie dobrze przypominam, przeszkadzała ci jego obrączka? – nie powstrzymałam się od uwagi.

Popatrzyła na mnie zobojętniałym wzrokiem.

– W chwili gdy Adam przekazywał mi wiadomość o swych rozwodowych zamiarach, leżeliśmy w łóżku – kontynuowała. – Nagle do jego intymnych wynurzeń dołączył ciężki warkot, łudząco przypominający hałas, jaki wydaje z siebie ciężki motor, i było go słychać coraz bliżej i bliżej… Aż w końcu warkot ustał, zgasł pod moim balkonem. Zrozumiałam, że to Johny i że znalazłam się w sytuacji bez wyjścia, bo przecież pod ziemię zapaść się nie mogłam… Zdecydowałam się więc na bierną rolę widza… – pociągnęła łyk złocistego napoju. – Była trzecia w nocy. Johny zaczął dzwonić domofonem. Adam zadawać pytania. Ich powtarzające się czynności były coraz bardziej natarczywe… Siedziałam w pościeli, czekając na dalszy rozwój wypadków, bo uznałam jakiekolwiek próby działania za nie najlepszy pomysł… W końcu panowie nie wytrzymali. Johny zaczął wykrzykiwać moje imię: „Małgośka, Małgośka” – zaimprowizowała z szaleńczym impetem – …darł się wniebogłosy tym swoim chropowatym głosem – zastygła na moment z nostalgiczną miną za czymś, co bezpowrotnie minęło, po czym napiła się piwa. – Adam wyskoczył w gatkach na balkon i poprosił Johny’ego, żeby miał na względzie spokój sąsiadów, zresztą już i tak obudzonych, i zaprosił Johny’ego do środka. Mnie jedynie zapytał, którym przyciskiem na domofonie otwiera się drzwi do klatki schodowej – żałośnie zawiesiła głos, po czym wlała do gardła sprawnie zawartość szklanki i relacjonowała dalej: – Johny wszedł do mieszkania i cóż… – westchnęła jakby z żalem – obyło się bez mordobicia. Adam się przedstawił i dzięki niezwykle wysokim zdolnościom interpersonalnym uspokoił rozwścieczonego Johny’ego. Usadowił go w fotelu i wetknął szklankę z mocnym trunkiem do ręki. Sam usiadł na drugim, wkładając uprzednio spodnie i spokojnie, bez jakichkolwiek emocjonalnych drgawek, zaczął inwigilację mojej osoby. Odpowiadałam krótko i na temat. Johny siedział i przytakiwał. A gdy Adam zakończył, zaczął się zbierać… Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Panowie zapomnieli o mnie i jak gdyby nigdy nic rozpoczęli luźną konwersację na temat motoryzacyjnych nowinek. „Johny, czy podwieziesz mnie do hotelu?” „Czemu by nie?” – rozgoryczona naśladowała ich głosy i z następnym łykiem piwa wybuchła płaczem. – Dzisiaj dzwonił Johny – chlipała – z podziękowaniami. Za co? – uprzedziła nasze pytanie. – Za nowego impresario. Adam ze swoim kapitałem zdecydował się wkroczyć na rynek muzyczny.

Jej szklanka była pusta. Kolejna przygoda miłosna przeszła do historii. Później poprosiła mnie o nocleg, bo nie chciała czuć się dzisiejszej nocy samotnie. Matylda i Jagna postanowiły się do nas przyłączyć. Mąż Matyldy z dziećmi wyjechał na weekend do swojej matki, a Jagny jechał o czwartej rano na ryby. Odwiozłyśmy Annę do domu, wstępując po drodze do nocnego po chipsy, wino i papierosy. Miałyśmy zamiar przegadać całą noc.



*

Przypominając sobie o chłodnych czerwcowych nocach w ludzkim świecie, okryła się białym, ażurowym szalem, zapinając go pod szyją srebrną broszką w kształcie rozwijającego się pąku róży. Z nostalgią wspomniała żywe barwy ziemskich kreacji. W Krainie Aniołów obowiązywała biała tonacja ubioru.

On założył na siebie lnianą marynarkę z rozciągniętymi kieszeniami, wcisnął do nich swoją fajkę i lornetkę, na wypadek gdyby wnuczkę musieli obserwować z oddali. Składany parasol nie zmieścił się. Wziął go do ręki i obydwoje wylecieli przez okno salonowe, kierując się na południe.

– Dawno nie odwiedzaliśmy naszego domu – odezwał się tuż po dotknięciu stopami mokrej trawy w sadzie jabłkowym.

– Jeszcze bardziej pochyliły się jabłonki. Pamiętasz, jaki smak miały ich owoce? – zapytała.

– Słodko-kwaśny – odpowiedział, otrzepując srebrzystobiałe skrzydła z liści i małych gałązek, które wplątały się podczas lądowania.

– Wbicie zębów powodowało uczucie zimna i kiedy chciało się uciec, zimno zalewała fala słodyczy, której sok często skapywał ci po brodzie.

Spojrzeli obydwoje na dom, na tarasie migały ogarki świeczek, w blasku których siedziało kilka postaci. Do ich uszu zaczęły dobiegać strzępy rozmów i salwy dzikiego śmiechu. Znakomitym węchem wprawnej zielarki poczuła zapach specyfiku na bezsenność, łagodzenie bólu, powodującego lekkie, przyjemne otępienie. Cannabis sativa L., tak brzmiała jego łacińska nazwa. Chwilę później on poczuł swoimi nozdrzami ten zapach i chciał krzyknąć:

– Magdalenko, jak niewiele zmieniło się od lat naszej młodości! – ale powstrzymał się.

Usiedli na drewnianej ławeczce pod jabłonką, w niewielkiej odległości od kręgu siedzącego na tarasie. Skryci zasłoną niewidzialności.

– Czeka nas dobre widowisko – rzekła i zabębniła o drewno palcami, zagłuszając ochotę na papierosa.

Przyjechałyśmy do domu obładowane zakupami i w krótkim „cześć” dziewczyny przywitały wyciągniętych na kanapie przed telewizorem braci mojego brata. Film miał się zaraz skończyć. Piotrunia spał w najlepsze w mojej sypialni. Otuliłam go kołdrą, poluzowałam uścisk jego ramienia na szyi misia i cicho zamknęłam drzwi. Dziewczyny już krzątały się w kuchni, szykując przekąski i wino. Do rozpoczęcia babskiego wieczoru dzieliła nas ostatnia, napięta scena gangsterskiego filmu. I nie wiem, jak to się stało, ale brat i jego bracia postanowili zostać, a my wyraziłyśmy zgodę.

Usiedliśmy na tarasie, my poczęstowaliśmy małolatów winem, a małolaci nas skrętem. I z godziny na godzinę bracia mojego brata utwierdzili mnie w przekonaniu, że są również moimi braćmi.

– Czy jesteś pewna, Magdalenko, że naszą wnusię spotkało najgorsze? – zapytał, ocierając z kącika oczu łzy po kolejnym żarcie Jagny, posiadającej rzadki wśród kobiet dar opowiadania kawałów. – Spójrz, jak się śmieje. Jej uśmiech jest podobny do twojego. I ma twoje oczy, bo Maku to cała mama.

– Na pierwszy rzut oka wszyscy wyglądają dobrze i szczęśliwie, Karolu – odpowiedziała, siląc się na cierpliwość. – Posiadam dar rozumienia i dostrzegam to, co jest niewidoczne, skrywane w najgłębszych pokładach duszy. Bezbronne… Prawdziwą istotę z jej marzeniami, tęsknotami i cierpieniem. Jakkolwiek by nasza wnuczka wyglądała i zachowywała się, skradziono jej serce i już nigdy nie będzie zdolna pokochać. Pozostanie samotna do końca swoich ludzkich dni…

Za kilka dni miałam usłyszeć te najbardziej niewiarygodne i wstrząsające słowa od jeszcze bardziej niewiarygodnej osoby, a właściwie astralnego bytu – mojej nieżyjącej od trzydziestu lat babci Magdaleny, ozdobionej srebrzystobiałym pióropuszem skrzydeł. Ale nie wybiegajmy naprzód.

– …Patrzymy na człowieka oczami i kreślimy jego powierzchownością rysy charakteru. A ludzie, mój drogi Karolu, stworzyli sobie galerie póz i masek, umiejscawiając ją na dodatek w labiryncie międzyludzkich relacji, żeby jeszcze trudniej było się wśród nich znaleźć. Wszystko po to, by chronić swoje kruche ja. Ale niestety stali się więźniami owego labiryntu i zgubili drogę do własnego serca. Tylko nielicznym udaje się ją odnaleźć… Śmiejesz się z żartów płowowłosej Jagny, czy chcesz posłuchać jej opowieści? – zapytała męża.

Przytaknął.

– Ona zna swoje miejsce, swoje cele i drogę w rzeczywistości. Potrafi kochać bez zadawania pytań. Pełna życia. Pewna siebie. Bije od niej pewność siebie, zakrawająca momentami na dumę bycia sobą. A jednak… zasłońmy kurtynę i zobaczmy, co dzieje się za kulisami. Widzę strach, który nie pozwala zmrużyć jej oka. Zbliża się godzina, w której będzie musiała odpowiedzieć na dręczące ją pytanie: „Czy pragnę pokazać własnemu dziecku ten świat, na dno którego tak łatwo jest opaść?”. Rozżalona, powtarza: vanitas vanitatum… i resocjalizuje z gasnącą nadzieją rzesze osiadłych na dnie rzeczywistości wychowanków.

Spójrz na tego przystojnego chłopca, którego nazywają Dziobal. Okryty markowymi ciuchami i zapachem drogich perfum, przechowuje w wypchanym portfelu rodzicielską złotą dewizę nr jeden: „Wszystko na tym świecie można kupić”. Za przyjaznym uśmiechem skrywa pogardę dla ludzi. Gardzi również sobą, bo wie, że za kilka lat na dobre w świecie pieniędzy ugrzęźnie. Mam kontynuować?

Pokręcił przecząco głową, nie chciał.

– Ludzkość stanowi cząstkę boskiego planu – odezwała się po chwili – lecz nie popadajmy w fatalizm. Zostawiono nam wolną wolę i od nas samych zależy, którą drogą pójdziemy ku końcowi. Dobrze jest więc spotkać w swej wędrówce kogoś z darem rozumienia. Wyciągnięta dłoń to najważniejszy z drogowskazów.

Nasza posiadówka zakończyła się o bardzo później porze. Taksówka odwiozła Matyldę, Jagnę i naszych braci do domów. Małgorzata położyła się na kanapie w salonie. A ja, gasząc światła w drodze do sypialni, odniosłam irracjonalne wrażenie, że ktoś mi w mojej wędrówce towarzyszy. Na myśl o nawiedzonym domu przytuliłam się mocno do Piotruni.

Śniłam, że u nóg mojego łóżka stoją dwie świetliste postacie. Nie potrafiłam dostrzec ich twarzy w skąpanym w mroku kończącej się nocy pokoju. Ogromne srebrzystobiałe skrzydła wystawały zza ich ramion…

Wraz ze świtem anielska para opuściła dom przez salonowe okno.

– I jeszcze jedna maleńka konkluzja – zatrzymała się, szepcząc w ucho małżonka. – Widzisz tę śpiącą na kanapie kobietę? Powinna całkowicie wybić sobie z głowy mężczyzn.



*

Czy istnieje na świecie ktoś, kto lubi poniedziałkowy poranny dźwięk budzika, krzyczący do bezbronnego ucha hałaśliwy komunikat, że na następne błogie weekendowe lenistwo trzeba sobie będzie ciężko zapracować? Jeśli istnieje, to jest pracoholikiem albo śnił koszmar. Odkąd zamieszkałam na wzgórzu, mój budzik wyganiał mnie z łóżka o piątej czterdzieści pięć. Dzięki porannej dawce kofeiny byłam w stanie zająć się synem i własnym wyglądem. Natomiast faktyczną pobudkę stanowiła dla mnie trzydziestominutowa jazda na rowerze z upiętym w fotelik na tylnej ramie piętnastokilowym słodkim ciężarem.

Codziennie też zdejmowałam trampki w szatni (zamieniając je na obuwie bardziej adekwatne do zajmowanego przeze mnie stanowiska pracy w dziale obsługi klienta firmy telekomunikacyjnej) z rytmem łopocącego od wysiłku fizycznego serca, powtarzając jedno, jedyne słowo, będące spełnieniem i kwintesencją, a przede wszystkim warunkiem mojej dalszej egzystencji: „Samochód, samochód, samochód”.

Ten poniedziałek jak tryb maszynerii uruchomiłam szybkim ruchem ręki, który zdławił krzyk budzika w zarodku pierwszej sekundy piątej czterdzieści pięć. Celebrując niezmienne poranne rytuały, zobaczyłam za szybą deszcz, który bardzo lubię, ale nie wtedy, kiedy nakazuje mi założenie kaloszy i peleryny i jazdę na rowerze wśród kałuż i okrutnych kierowców, nieoszczędzających mi błotnych pryszniców.

Dojechałam do pracy spóźniona (a miałam nadzieję wcześniej wyjść) i ozdobiona w czarne cętki. Świat jawił mi się jako wielka dżungla, rządząca się prawem silniejszego, a ja czułam się jak maleńka, błotna istotka, w której życiu nic oprócz nieszczęść spotkać nie może. Z trudem udało mi się podtrzymywać uśmiech na twarzy podczas rozmów z klientami.

Anna wychyliła się ze swojego stanowiska, zwracając mi delikatnie uwagę, że jeśli przyczyną mojego podłego nastroju jest zastój w życiu erotycznym, powinnam bezzwłocznie moje instynkty zaspokoić – według niej dopadł mnie syndrom staropanieństwa.

– A czym dokładnie charakteryzuje się wspomniany przez ciebie syndrom i czy zwróciłaś mi uwagę głównie dlatego, że boisz się nim ode mnie zarazić?! – warknęłam, ukazując kły.

Przestałyśmy ze sobą rozmawiać.

Na dworze rozpogodziło się. Moja kąśliwa uwaga wprawiła mnie w dobry nastrój. I w moim błotnym żywocie tchnęło optymizmem. Udało mi się wyjść wcześniej z pracy i z Piotruniem za rękę złapałam autobus jadący prosto pod bramę schroniska dla zwierząt.

Piotruni z rozentuzjazmowanego nastroju nie wybił opłakany stan schroniska i jego mieszkańców, w końcu miał trzy i pół roku. Ludzie według niego byli sympatycznymi wujkami i uśmiechniętymi ciociami, złem był klaps mamy i niesmaczna surówka w przedszkolu, tragedią skaleczony paluszek czy przegrana bitwa o zabawki w piaskownicy, lody były słodkie, a cyrkowy klaun rozbawiał do łez.

Bezzębna dozorczyni w kwiecistym fartuszku, gumiakach po kolana i męskim bez filtra w ustach zaczęła oprowadzać nas po terenie przytułku. Znała historię każdego zwierzęcia, na dodatek opowiadała je w tak naturalistyczny i drobiazgowy sposób, że wzbudziła we mnie poczucie wstydu, że jestem człowiekiem. Starałam się ją przekonać, że gdybym miała warunki i możliwości, przygarnęłabym wszystkie obecne w schronisku zwierzęta, ale nie uwierzyła mi. Miała swoją własną, niezależną opinię.

– Pani, wszyscy tak mówita! A jak nie minie miesiąc, wyrzucata za drzwi, bo wbił pazury w nowy komplet wypoczynkowy albo za głośno pierdnął przy jedzeniu – i dalej rozprawiała o losach swoich podopiecznych, ograbiając mnie z resztek dumy i ludzkiej godności.

Po raz drugi dzisiejszego dnia poczułam się źle. Lecz tym razem zamiast błotnej istotki, zobaczyłam siebie w roli odrażającego monstrum, sprawującego krwawe rządy nad wielką dżunglą, jaką jest dzisiejszy świat. Zobaczyłam człowieka.

Po godzinie spędzonej w hałasie szczekania, drapania w klatki i szczęku łańcuchów, na tle rozklekotanego fiata kombi i pokrytych grzybem murów budynków administracyjnego i gabinetu weterynaryjnego, udało nam się wybrać malutką, brązową suczkę o drżącym, drobnym ciałku na chudych, sarenkowatych łapkach i o dużych, wyłupiastych oczkach. Załzawionych, jakby nie wysuszyły się po śmierci jej pani, samotnej staruszki. Suczka miała siedem lat i Bezzębna nie omieszkała dodać, że była zamknięta przez miesiąc w maleńkim mieszkaniu z rozkładającym się trupem swojej pani.

Nawet u zwierząt takie zdarzenie może narodzić traumę – pomyślałam i połknęłam haczyk, gdy zasugerowała, że starą suczkę, przyzwyczajoną do delikatności i pieszczot starszej pani, zabawa z trzylatkiem może śmiertelnie przerazić. Postanowiłam więc zaadoptować rocznego, anorektycznego, wilkowatego brzydala, ze sterczącym jak pytajnik ogonem, oklapniętymi uszami i szóstym pazurem dyndającym u patyczkowatych łap. Już sama jego brzydota wzbudziła moje współczucie, a gdy dowiedziałam się, że jako jedyny z miotu, zaraz po urodzeniu, przeżył uderzenie styliskiem od łopaty, byłam bliska uzewnętrznieniu swych uczuć. Powstrzymało mnie załatwianie formalności. Ku mojemu zaskoczeniu, bezzębna dozorczyni dozorczynią nie była. Okazała się dyrektorem schroniska. Doradziła mi jak najszybciej wykąpać zwierzaki i niezwłocznie odwiedzić weterynarza. Mój datek na schronisko wcisnęła do brudnej kieszeni fartucha. Pożegnała szorstkim uściskiem ręki i odwróciła na pięcie, pozostawiając mnie z dzieckiem i dwoma psami.

Jakoś udało mi się wrócić do miasta, gdzie wstąpiłam do sklepu zoologicznego, wydając majątek równy sumie, jaką wydaję miesięcznie na kosmetyki i rozrywkę. Zapakowałam suczkę do plecaka, anorektyka uwiązałam na nowej smyczy do kierownicy roweru, na który załadowałam Piotrunię i siatki z zakupami. Dla mnie nie było już miejsca. Zaczął padać deszcz.

Około dwudziestej drugiej położyłam wykąpaną i najedzoną trojkę moich dzieci spać. Piotrunia usnął w swoim łóżku, anorektyk skulił się w jego nogach, a suczce rozścieliłam koc na kanapie w salonie. Przed północą doprowadziłam łazienkę do stanu używalności i wzięłam krótki prysznic, zimny, bo nie było już w bojlerze ciepłej wody. Usiadłam w kuchni przy filiżance zielonej herbaty z zamiarem sporządzenia nowego budżetu domowego i włączenia weń wydatków na psy. Po chwili zimnej kalkulacji, wysłałam SMS-a do Małgorzaty.

„Śpisz?”

„Dzwoń” – odesłała odpowiedź.

I jak zwykle popełniłam błąd, zadzwoniłam do niewłaściwej osoby. Chcąc podzielić się radością z posiadania zwierząt, których mój akt miłosierdzia uratował przed smutnym żywotem kojca i pustej miski, powinnam zadzwonić do Jagny, nawet Matylda nieczuła na nic, zrozumiałaby. A nie ta nic nierozumiejąca, pozbawiona uczuć hetera. Wyśmiała mój popołudniowy gest dobrego serca i oskarżyła o brak zdrowego rozsądku.

– Z ledwością dbasz o siebie, zapominając nagminnie o zjedzeniu śniadania. Z trudem udaje ci się dbać o syna! – mówiła do słuchawki. – A wzięłaś sobie na barki odpowiedzialność za dwa zapchlone psy, które w tym kraju zaczynają nabierać większej wartości niż samotna matka z dzieckiem, czyli TY?!!

Kiedy powiedziałam jej, gdzie śpi suczka, oburzona oznajmiła, że właśnie straciłam przyjaciółkę, oddając jakiejś bezpańskiej suce podejrzanej o kanibalizm jej miejsce do spania.

– I zrób coś dla mojego ucha! Nazwij po ludzku te dwa stworzenia! – powiedziała na dobranoc.

Śniłam…

Siedzę skulona w rogu klatki schroniska dla zwierząt. Na podłodze leży brudna szmata – legowisko. Przede mną w misce papka koloru brązowego, spacerują po niej muchy. Czuję uścisk obroży na szyi, paraliżuje mnie strach przed najmniejszym ruchem. Boję się poruszyć. Boję się oddychać. Jeszcze bardziej wtulam się w kąt. Zaciskam oczy. Nagle rozlega się ujadanie, nieśmiało sięgam wzrokiem poza kratę kojca i widzę naprzeciwko rząd identycznych klatek. To z nich dobiega odgłos ujadania. Ujadają nadzy ludzie, stłamszeni, brudni, w zwierzęcych pozach, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci. W przerażeniu rozglądam się na boki. Ten sam widok, nadzy ludzie, agresywnie skaczący na siatkę, bezmyślnie kręcący się w koło, wygrzebujący pchły swoim dzieciom. Wraz z krokami natężenie ludzkiego ujadania wzrasta. Słyszę znajomy głos.

– Uspokójta się, ludziska – Bezzębna mówi litościwym głosem, a jej twarz wykrzywia grymas obrzydzenia. – I róbta dobre wrażenie.

Jej prosta twarz, gumiaki i kwiecisty fartuszek… jeden szczegół nie zgadza się w jej i tak odstraszającej naturze. Z tyłu spod fartucha wystaje brązowy, pręgowany koci ogon.

– Nie! – krzyczę, ale moje struny głosowe przekształcają się w ujadanie. Ujadam jak ci ludzie w klatkach, niezrozumiale i wściekle.

Bezzębna prowadzi starszą parę ubraną w biel, zza ich ramion wystają skrzydła, na tle obskurnego budynku wydaje się, że lśnią srebrzyście.

– Wypuście mnie stąd! – krzyczę, lecz zamiast własnych słów słyszę groźny warkot. Jeżą mi się włosy na głowie.

– Nie bójta się – Bezzębna zwraca się do skrzydlatej pary, zatrzymując się przed moją klatką. – Agresywność na pokaz, jak się tupnie, to cichnie – i na potwierdzenie swych słów macha odzianą w gumiak nogą i tupie.

Ziemia zatrzęsła się tak, że miska z papką przewraca się, oderwane od jedzenia insekty zaczynają bezładnie krążyć. Przelękniona, chowam głowę w ramiona.

– Dlaczego się tutaj znalazła? – gdy drżenie ziemi ustaje, słyszę pytanie. Głos wydaje mi się mgliście znajomy. Moja ciekawość przemaga strach. Zerkam na skrzydlate postacie.

Starszy mężczyzna, ubrany w biały, lniany garnitur z rozciągniętymi kieszeniami marynarki, słomkowy kapelusz. Harmonijne rysy okrągłej twarzy i łagodne, niebieskie jak niezapominajki oczy… Szukam we wspomnieniach… Dzieciństwo. Ta twarz należy do mojego dziadka Karola i niedzielnych spacerów po parku, gdy mama gotowała obiad. Ja i mój brat, i dziadek Karol. Czytał nam na głos bajki na dobranoc i uczył, że książek się nie targa.

Więc ta kobieta, trzymająca dziadka pod rękę, ubrana w sukienkę w delikatnym odcieniu różu, w związanych w kok, przyprószonych siwizną włosach, jest moją babcią? Znam ją tylko z rodzinnych albumów i kilku historii, które razem z odejściem ojca znikły z naszego życia. Patrzę na tę szczupłą kobietę, na twarzy delikatne zmarszczki rozprzestrzeniły swe sieci wokół ust i oczu o zielonkawej barwie tęczówek. Wąskie wargi wygięte jakby w delikatnym grymasie kaprysu w dół, lekko smutne. Nieco haczykowaty nos i ostra broda tworzą nieprzyjemną aurę. Perfekcyjny wizerunek oschłości – konkluduję, rozpoznając w tej kobiecie moją przodkinię.

Znając personalia postaci ze srebrzystobiałymi skrzydłami, towarzyszących Bezzębnej, poczułam się odrobinę pewniej. Nie na długo, bo Bezzębna zaczyna opowiadać:

– Ta kobieta nie może znaleźć miejsca. Wszędzie, gdzie ją przygarną, po jakimś czasie wyrzucają i krzyczą, że się z nią nie da żyć. Bo to jej wina i siedzi w niej. Już długo tak sama siedzi i tak zostanie, chyba że się kto nad nią zlituje.

Przodkowie przytakują słowom Bezzębnej, patrząc na mnie z politowaniem, ale w taki sposób, jakby mnie nie widzieli. A Bezzębna kontynuuje swoją naturalistyczną opowieść:

– …Ja to wiem, co z nią jest, bo ja ludzi na wylot potrafię przejrzeć. Serca nie ma! Bidula zakochała się po raz pierwszy, a ten jej śmierci był przeznaczony. Kostucha jej serce zabrała i błąka się ono gdzieś poza ludzkim światem i drogi powrotnej nie może znaleźć. Zresztą ona to nie chce… A! – Bezzębna sobie coś przypomina – szczeniaka ma…

– Co! Kogo!? – zawarczałam. – Mojego Piotrunię szczeniakiem nazwałaś?! Ja ci pokażę! – skaczę z jazgotem na siatkę z zamiarem rozszarpania jej, a potem Bezzębnej. Mój bojowy nastrój udziela się reszcie zamkniętych w klatkach ludzi. Jazgot i ujadanie wibrują w powietrzu.

– Uspokój się, to tylko sen! – nagle odzywa się do mnie moja przodkini. – Kończymy! – zwraca się do małżonka.



*

Obudziłam się. Byłam we własnym łóżku, ale ujadanie trwało. Zaczęłam rozglądać się po pokoju, zwracając uwagę na szczegóły, upewniałam się co do mojego powrotu w realność. W końcu odważyłam się wyskoczyć z łóżka. Najpierw zaglądnęłam do sypialni Piotruni, spał zgodnie z zasadą snu dziecka. Martwego zdołasz obudzić, ale nie śpiące dziecko. Teraz już mogłam spokojnie zająć się źródłem hałasu. Zlokalizowałam. Szczekanie dochodziło z kuchni. Nie zapalając światła, ruszyłam czym prędzej przez salon, gdy nagle zahaczyłam o coś nogą i rozciągnęłam się jak długa na podłodze. Po omacku odszukałam przedmiot, który mnie powalił. Był nierozpoznawalnych kształtów. Wzięłam go do ręki i ostrożnie przeszłam na czworakach do wyłącznika światła. Pstryk. Zamrugałam powiekami, przyglądając się trzymanemu w dłoni przedmiotowi. Łzy wściekłości napłynęły mi do oczu. Zobaczyłam coś, co było kiedyś moją wieczorową i tylko na specjalne okazje szpilką od Sergio Rossi.

– Zabiję! – krzyknęłam i ruszyłam w stronę szczekających psów. Po drodze mijałam kolejne bezkształtne przedmioty, które kiedyś ozdabiały moje nogi.

– Oddam was, przeklęte, albo żywcem zakopię w ogrodzie! – z tą pieśnią wojownika otworzyłam drzwi kuchenne i zapaliłam światło. Suka i Anorektyk zamerdali ogonami na mój widok, nie przerywając szczekania. Wpatrywali się w klapę strychu.

– Cicho! Na myszy się nie szczeka, głupie psy! Uspokójcie się!

Psy zaczęły szczekać jeszcze głośniej. A ja, o dziwo, zamiast nieokiełznanego gniewu poczułam ponownie przypływ miłosierdzia. Usiadłam na schodkach drabiny, biorąc na kolana drżącą Suczkę, która notabene trzęsła się jakby mniej niż w południe, objęłam ramieniem Anorektyka i zaczęłam ciepło do nich przemawiać:

– Cichutko, pieski, rozumiem. Trudna jest pierwsza noc w nowym domu. Tam, u góry, jest królestwo myszy i staroci, zwane przez ludzi strychem. Nikogo tam nie ma, a jeśli jest, to nie chcę nawet o tym wiedzieć, bo umrę ze strachu. Połóżcie się spać spokojnie, drogie pieski, jest czwarta nad ranem. Boże! Czwarta! – zawyłam boleśnie, uświadamiając sobie, że czwarta rano oznacza niecałe dwie godziny snu. – Jutro nadamy wam imiona, będziecie się lepiej czuły. Pójdziemy do weterynarza, pójdziemy na spacer, poznacie okolice… Nie musicie mi odkupywać butów, tylko niech winowajca się przyzna…

Suka polizała mnie po policzku, Anorektyk wsadził nos pod pachę. Zdecydowałam się wypuścić psy. Opatuliłam się kocem i wyszłam z nimi do pachnącego porankiem ogrodu. Zwierzaki pobiegły w ciemność, zostawiając mnie na tarasie samą z myślami.

Dlaczego przyśnili mi się dziadkowie?

Dlaczego słowa Bezzębnej były tak okrutne?…

Dwie świetliste istoty siedziały na strychu i nasłuchiwały odgłosów dobiegających z dołu.

– Przesadziliśmy – rzekł w myślach do swej małżonki. – Byliśmy zbyt szorstcy, a ta Bezzębna zdecydowanie za grubiańska. Mogliśmy jej nie angażować… Jak mogła nazwać mojego prawnuczka szczeniakiem?! – bulwersował się.

– Karolu! Nie mamy wyjścia, musimy być okrutni! – przerwała mu te myśli, pełne wyrzutów sumienia. – Musimy przygotować wnuczkę na spotkanie z nami. Ona musi zrozumieć swoje położenie, żeby pozwoliła sobie pomóc. A Bezzębna nie przesadziła, uważam, że właściwie nakreśliła dramat wnuczki.

– Oj dobrze, Magdalenko, w końcu ty się na tym lepiej znasz. Pokładam całkowicie w tobie zaufanie. I w Bogu… I jeszcze te psy! – nadal powątpiewał w słuszność nocnego wystąpienia.

– Widzę, że popadłeś w pesymizm, Karolu, i to na samym początku naszego przedsięwzięcia – żachnęła się w myślach. – Posłuchaj uważnie, uznałeś moje metody za drastyczne i okrutne, ale jakim nazwiesz życie naszej wnuczki za kilka lat, kiedy bezpowrotnie straci szansę na odnalezienie serca? Powiem ci. Określisz je zapewne jakąś poetycką metaforą w stylu „rozpaczliwe suche koryto rzeki”, bądź „wstęga łzawego strumienia”. Lecz jakkolwiek nazwiesz, będziesz patrzył, jak uwikłana w relacje międzyludzkie nie wkłada w nie serca, bo przecież jak może go wkładać, skoro go NIE MA!!! – podkreśliła dobitnie dwa ostatnie słowa. – Na dodatek ma dziecko, które wcześniej czy później odczuje brak serca własnej matki.

– Magdalenko, proponuję jutro przedyskutować ten gorący temat – dotknął łagodnie dłoni żony.

– A ja proponuję, Karolu, żebyś to ty jutro zajął się snem wnuczki! – odparła urażona i po chwili dodała poważnie – bylebyśmy zdążyli do przyszłego tygodnia, korzystna koniunktura gwiazd pozwoli Magdalenie na wizytę u nas… A psy, proste, przekupimy, w końcu nie są kotami.

– I Bogu dzięki – odrzekł niedbale, bo był już całkowicie pochłonięty myślami o jutrzejszej misji.



*

Usnęłam o piątej nad ranem w towarzystwie dwóch psów, a obudziłam się o szóstej w towarzystwie psów i dziecka. Poranne godziny przebiegały wedle codziennego rytuału. Dodałam do niego jeszcze pospieszne chowanie moich i Piotruni butów (chociaż nie sądzę, żeby buty mojego dziecka smakowały tak dobrze jak moje) i wsypałam psom jedzenie do misek. Jedzenie znikło błyskawicznie. Więc wsypałam po raz drugi i wytłumaczyłam psom, że to na obiad. A że nie zrozumiały, napełniłam ich miski po raz trzeci, ostrzegając, że to jest ich ostatni posiłek, kolacja. Zjadły.

Przy furtce Piotrunia nie mógł się z nimi rozstać, a ja popadłam w nerwowy rozstrój, zastanawiając się, czy to aby dobry pomysł zostawiać dom pod ich opieką.

W każdym razie do pracy przyjechałam spóźniona (co powoli stawało się również rytuałem) i już w pierwszym kwadransie podzieliłam się z Anną historią dnia wczorajszego. Opowiedziałam jej również o niepokojącym śnie. Anna powiedziała, że wszystko da się wytłumaczyć. Potrzebny nam był tylko do tego sennik, który krok za krokiem tłumaczy senne alegorie.

Na przerwie śniadaniowej wymknęłam się do księgarni i zakupiłam trzy senniki. Sennik egipski – z tradycjami, słownik marzeń sennych – bestseller jakiejś amerykańskiej psychoanalityczki ze szkoły Junga oraz minisennik, wydanie kieszonkowe, bo pasowało do torebki. Do końca pracy, którą z Anną w zasadzie udawałyśmy, że wykonujemy, zinterpretowałyśmy mój sen następująco: schronisko utkwiło w moich pokładach podświadomości jako obraz traumatycznego przeżycia, jakim było faktyczne odwiedzenie tego zapadłego miejsca. Zgodziłyśmy się na to obie. Moja izolacja w klatce, pośród klatek z innymi ludźmi, według Anny oznaczała moje odosobnienie od reszty społeczeństwa, wynikające z niezaspokojonych popędów seksualnych. Swoją teorię poparła nagością występującą we śnie. Nagość sama w sobie jest seksualna i nie trzeba być psychologiem, żeby to stwierdzić – broniłam się zgryźliwie. Nie przejmowała się i popierała swoją teorię kolejnymi symbolami. Obrożą na szyi, która jest również symbolem seksualności, oznaczającym zniewolenie moich pierwotnych instynktów przez normy i zasady narzucone przez pruderyjne społeczeństwo, które samo siedzi w klatkach.

Mnie natomiast podobała się interpretacja mówiąca również o izolacji, ale w sensie duchowym. Izolacja od społeczeństwa, wynikająca z mojej bezbronności i strachu przed otwarciem. A nagość interpretowałam jako wyraz tej bezbronności. Nieżyjący przodkowie są oczywiście symbolem przeszłości, przypomnieniem o jakiejś ważnej, niepokojącej moją podświadomość sprawie – co do tego byłyśmy zgodne. Przypomniało mi się, że we wrześniu mam poprawkowy egzamin i niezwłocznie powinnam zabrać się za naukę.

Bezzębna również wbiła się jak drzazga w moją podświadomość, a jej słowa symbolizowały moją fizyczną i uczuciową impotencję, co, jak doradzała Anna, powinnam niezwłocznie przerwać, bo moje sny zamienią się w jeszcze gorszy koszmar.

Ja ponownie odrzuciłam interpretację Anny, uważając ją za przejaw dyskryminacji i szykanowania mojego wyboru niewstępowania w związek małżeński i rzadkiego wstępowania w związki w ogóle.

Prawie żeśmy się na siebie obraziły.

Uważałam, że Bezzębna nie bez powodu pojawiła się w moim śnie, czegoś ode mnie oczekiwała… Jej słowa były tylko i wyłącznie metaforą… Napominały mnie do powrotu do schroniska… – powoli, krok za kroczkiem rozgryzałam niepokojący sen. – W schronisku jest ktoś, kto na mnie czeka, bardziej zraniony niż ja… Bardziej porzucony… Kotka o rudym, pręgowanym ogonie, więc dziadkowe przypominają zaniedbany strych i myszy, a nie egzamin!!!

Anna oponowała, gdy przedstawiłam jej moje zamierzenia.

– Szczekałaś, a twoje dziecko zostało nazwane szczeniakiem.

Odrzekłam jej, żeby nie była tak szczegółowo upierdliwa, bo to był mój sen.

I znów obraziłyśmy się na siebie.

Przekonana o swojej nieomylności, ignorując interpretację urażonej przyjaciółki, postanowiłam jeszcze raz stawić czoła Bezzębnej, by obdarzyć miłością jeszcze jedno porzucone zwierzątko. Najlepiej rudą kotkę.

Piotrunia zapiszczał, kiedy zdradziłam mu powód naszej ponownej wyprawy do schroniska. Tym razem musieliśmy czekać przed bramą. Naciskałam cierpliwie przycisk dzwonka przez dobre dwadzieścia minut, podczas których Piotrunia zdążył się ubrudzić, bo się przewrócił, rozpłakać, bo wsadził rączkę pomiędzy druty zardzewiałej siatki i nie umiał jej wyciągnąć, i pogniewać, bo na niego nakrzyczałam. Aż w końcu dostrzegłam postać Bezzębnej. Ubrana w roboczy fartuch w wybrudzoną łączkę kwiatków i gumiaki obtoczone zaschniętym błotem, wyglądała jak jakaś koszmarna zjawa. Brakowało jej tylko ogona.

– Co, paniusiu, dywan pogryzły czy posikały? – na mój widok uśmiechnęła się z triumfem.

Wysiliłam mięśnie mimiczne twarzy do uroczego uśmiechu, prosząc w myślach Boga, żeby ten zaczynający się koszmar nie trwał długo.

– Przyjechałam po kotka – zaczęłam wyjaśniać. – A właściwie po kotkę, i najlepiej rudą, mam myszy w domu… i miejsce… – pod naporem spojrzenia jej wyblakłych, szarych oczy, zaczęłam się denerwować. – Lubimy chińską kuchnię... Nie! – przykuta jej pełnym nieufności i niedowierzania wzrokiem, gubiłam się w słowach i myślach. – Lubimy koty i nie jadamy chińskiej kuchni, ale jemy mięso, drób… Tylko w małych ilościach – paplałam bez ładu i składu.

– Jak jesteśta głodni, to idźta do baru – Bezzębna przerwała zniecierpliwiona, wsadzając do ust męskiego bez filtra. – A jak chceta kota, to za mną! – odpaliła papierosa i odwróciła się na pięcie, udając się w przeciwnym kierunku niż wczoraj.

Zatrzymaliśmy się przed siatką odgradzającą kwadrat podwórka, na którym wylegiwało się w popołudniowym słońcu kilkanaście wychudzonych kotów. Tam Bezzębna zaczęła swój występ. Dzisiaj nosił nazwę „Kocie opowieści”, a dominującym tematem były bestialskie akty przemocy, takie jak: podpalenia, obdzieranie żywcem ze skóry, żywcem grzebanie. Dobrze że Piotrunia, zainteresowany zabawą z kotami, nie słuchał. W trakcie tych krwawych opowieści kątem oka, żeby nie urazić Bezzębnej, rozglądałam się po kocim terytorium w poszukiwaniu mojego onirycznego kota. Niestety, kota o rudej maści nie było. Zaczynałam wątpić w swoją teorię i w ogóle w sens tłumaczenia bzdurnych snów, gdy w przypływie desperackiej brawury odważyłam się zadać Bezzębnej pytanie:

– Nie macie przypadkiem rudej kotki?

– A co, musi pasować do wnętrza salonu? – zaśmiała się na głos, pokazując, że tak do końca Bezzębną nie jest.

– Mamy tu taką rudą Piratkę, co powinna dawno zdechnąć – odezwała się, gdy w końcu wyczerpała śmiech. – Siedzi w odosobnieniu, bo się jej koty boją. Ale nie dziwota, skoro śmierć jej się boi. Chodźta za mną, to wam pokażę.

Ruszyłam posłusznie za Bezzębną w stronę kilku klatek stojących w cieniu budynku.

– Izolatka – wyjaśniała i przykucnęła przed jedną z zatęchłych klatek. – Chodź, Piratka, pokaż się paniusi.

Kucnęłam, zaglądając przez siatkę do mrocznego lochu. Wytężyłam wzrok, szukając konturów czegokolwiek, gdy nagle stojące w lochu powietrze naelektryzowało się. Mrok skłębił się i stworzył wprost przed moim nosem potężną, rudą kocicę. Przestraszona, odskoczyłam i usiadłam w zaschniętej kałuży błota. Zmaterializowany kot siedział nieruchomy, wbijając we mnie jedno oko. Zdawało mi się, że się uśmiecha. Za moimi plecami Bezzębna rżała ze śmiechu, wtórował jej Piotrunia.

– Piratka w swej młodości należała do kloszarda, który jeśli nie pił, to żebrał na picie – Bezzębna rozpoczęła swą opowieść. – I jeśli paniusia wierzy, że każdy może od dna się odbić, to ta historia temu przeczy… Wtedy Piratka miała dwoje oczu i w kloszardzkim kręgach opinię najlepszego łowcy gołębi, więc nie ma się co dziwić, że była oczkiem w głowie pana kloszarda… Nie gardziła też drobnym ptactwem i mała słabość do orientalnych przekąsek w postaci siedzących w klatkach na osiedlowych balkonach papużek falistych i kanarków. Stąd to wybite oko. Osiedlowy miłośnik papużek miał pozwolenie na wiatrówkę. W lecie Piratka ruszała z bezdomnymi w Polskę. Podczas podróży na gapę siedziała cicho pod śmierdzącą klapą kufajki kloszarda. W zimie wracali do miasta, przeznaczając na legowiska kanały ciepłownicze…

Jednej zimy, tej noszącej znamiona zimy stulecia, pijanego w sztos kloszarda zgarnął z ulicy patrol policji i odwiózł do przytułku dla bezdomnych. Piratka, jak zwykła była robić podczas łapanek, dała nogę. Późną nocą, gdy kloszard otrzeźwiał na tyle, że zaczęły mu przeszkadzać zapachy szwendające się po sali, postanowił zebrać klamoty i wrócić do siebie. Wyszedł cicho, niepostrzeżenie, w zimową, śnieżną noc… Nigdy do Piratki nie dotarł. Zamarzł.

Po jego śmierci Piratka została królową kanałów. Oszalałą z rozpaczy wdową, walczącą z psami, szczurami i ludźmi. I z samochodami. Po ostatniej walce z samochodem (rzuciła się pod maskę rozpędzonego samochodu) powinna być martwa, bo limit dziewięciu kocich żyć już dawno wykorzystała. Ale przeżyła. Najczęściej w schronisku siedzi w izolatce, bo koty się jej boją. Nie atakuje ich, same przed nią uciekają. Rozstępują na boki, jakby była jakimś kocim bóstwem… Młoda nie jest, ma z osiem lat i z trzecią serię kocich żyć. Nie ma oka, ma rozszarpane prawe ucho – Bezzębna wychwalała po swojemu towar – w kilku miejscach wygryzione futro od psich i szczurzych zębów, miała przetrącone biodro, to trochę na złą pogodę kuleje, ogon też jest złamany. W dzień to sobie tak leży jak staruszka na emeryturze, ale ja nie daję się zwieść pozorom. Była zimną morderczynią, to i będzie – zawiesiła na mnie oko.

Przeszły po mnie ciarki. Mimo to poczułam, że ta kocica powinna należeć do mnie, i postanowiłam ją przygarnąć.

Bezzębna poinstruowała mnie co do higieny i specyficznej diety Piratki, która od wypadku przestała jeść mięso. Po czym wręczyła mi Piratkę do rąk i odprowadziła do bramy.

– Śniła mi się pani – rzekła, dziwnie mi się przyglądając. – Ale za cholerę nie mogę sobie tego snu przypomnieć.

– Śpieszę się na autobus, do widzenia – nie zamierzałam tu ani chwili dłużej zostać, złapałam Piotrunię za rękę, kocicę władowałam do plecaka i czym prędzej czmychnęłam.

– Wczoraj dwa psy, a dzisiaj tylko jeden kotek?! – Piotrunia był wyraźnie rozczarowany.

Liczba na paragonie ze sklepu zoologicznego uzmysłowiła mi, że będę musiała raz na zawsze zrezygnować z sobotnich wyjść, albo dorwać drugi etat.

Wróciłam po rower zostawiony na portierni i powlekliśmy się do domu. Zastałam go w idealnym porządku, nie licząc odciśniętych śladów psich łap na mojej pościeli. Ruda kocica, zobaczywszy Suczkę i Anorektyka, prychnęła na przywitanie i znalazła się na najwyższej jabłonce.

Nie chciała zejść, nawet gdy zamknęłam psy w domu, więc pełna troski i współczucia do tej biednej kociej staruszki weszłam za nią na drzewo i siłą z niego ściągnęłam. Znowu uciekła, a ja znowu interweniowałam. Po godzinie rudej kocicy zabawa ze mną się znudziła i przeszła do konkretów. Sama zeskoczyła z drzewa, prychając na mnie groźnie, następnie podrapała Anorektyka i ugryzła Suczkę w ucho. Tym zamachem stanu wprowadziła swoje rządy i nikt nie śmiał się jej przeciwstawić.

Tamtego wieczoru zajęłam się kolacją i ochrzczeniem trójcy naszych nowych lokatorów. Zgodnie z Piotruniem uchwaliliśmy co następuje: Rudej Piratce zastało nadane imię egipskiej bogini-kota Bastet, bo w jej jednym kocim oku tliła się iskra boskiego pochodzenia – byłam o tym przeświadczona. Piotrunia chciał ją przechrzcić na Basta, co również pasowało do jej trudnego charakterku. Ale brzmiało nie tak dostojnie jak Bastet, więc się nie zgodziłam.

Suczkę o oczach jak łania nazwaliśmy pieszczotliwie Perełka. Później okazało się, że jej imię jest zupełnie nieadekwatne do jej charakteru. Z oddali wyczuwała przyszłych gości, odróżniając obcych od znajomych. Ale żadnej z grup nie odpuszczała nieprzyjacielskich warknięć, zastawiając przy tym swym maleńkim ciałkiem ścieżkę wiodącą do domu. Letnią porą przenosiła się do szopy. Tam pośród drewna na opał, rowerów, narzędzi i innych gratów uwiła sobie legowisko. Zimą zaś przenosiła się do domu, przedkładając podłogę nad wygodną kanapę. Kanapę odstąpiła Bastet. Perełka szczególnie nie lubiła Małgorzaty.

Anorektyk na zawsze pozostał anorektycznie chudym psem na patyczkowatych łapach, z podniesionym ogonem i oklapniętymi uszami. Nadaliśmy mu imię Ro’o, tahitańskiego boga wypędzającego złe duchy, leczącego chorych i pomagającego poszkodowanym. W dniu, w którym nadane zostało mu to imię, pokładałam ogromną wiarę, że Ro’o wyrośnie na odważnego i obronnego psa, broniącego swej rodziny i naszego terytorium, gdzie napis, który przewiesiłam na furtce: „Uwaga! Zły pies”, nie byłby lapidarnym kłamstwem. Błądzić jest rzeczą ludzką. Ro’o okazał się najbardziej chorowitym i tchórzliwym psem, z jakim miałam kiedykolwiek do czynienia. Cierpiał na astmę, miał skazę białkową, puszczał najobrzydliwsze bąki na świecie, panicznie bał się burzy i głośnych huków (by przeżył sylwestrową noc, odurzaliśmy go tabletkami uspokajającymi). Nigdy nie dorósł, był takim Piotrusiem Panem w psiej skórze. Kochał tarzać się w trawie, gonić motylki, jeść śnieg, oczywiście towarzyszył mu w tym mój syn.

Obraz tego wieczoru, podczas którego rozpieszczaliśmy naszych pupilków, utkwił mi we wspomnieniach jako chwila szczęścia.



*

W zapadającym zmierzchu czekała na powrót swego małżonka, siedząc w „La Nuage”, przyjemnej restauracji znajdującej się we francuskiej dzielnicy, gdzie w ścisku zabytkowych kamienic z niezliczoną ilością piekarń i kafejek, plątały się smętne nuty akordeonu i wesołe nawoływania postawnych anielskich kelnerów. Popadała w nostalgiczny nastrój…

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com