W pogoni - Helena Janina Pajzderska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W pogoni - Helena Janina Pajzderska

Autorka w powieści obyczajowej, która ukazała się w 1907 r., podejmuje temat relacji męsko-damskich, nieszczęśliwej miłości, cierpienia i samotności w małżeństwie, niespełnionych marzeń, zdrady oraz poszukiwania prawdziwego uczucia. Ogromnym walorem książki są przejmujące opisy stanów, w których znajdują się kolejno bohaterzy utworu. Helena Janina Pajzderska (1862–1927), opatrująca swoje utwory pseudonimem Hajota, żona Stefana Rogozińskiego, była nie tylko powieściopisarką, lecz także tłumaczką z języka angielskiego i hiszpańskiego. Pięcioletnie doświadczenie zdobyte podczas wyprawy z mężem na Fernarndo Poo zaowocowało utworami o tematyce egzotycznej. Spod jej pióra wyszło wiele nowel, a także powieści obyczajowe i romanse. Do najbardziej znanych jej utworów należą: Z dalekich lądów (1893), Jak cień (1895), Rosa Nives (1925). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W pogoni - Helena Janina Pajzderska

Fragment ebooka W pogoni - Helena Janina Pajzderska





Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. CZĘŚĆ II
  7. ROZDZIAŁ I
  8. ROZDZIAŁ II
  9. ROZDZIAŁ III
  10. ROZDZIAŁ IV
  11. ROZDZIAŁ V
  12. CZĘŚĆ III
  13. ROZDZIAŁ I
  14. ROZDZIAŁ II
  15. ROZDZIAŁ III
  16. ROZDZIAŁ IV
  17. ROZDZIAŁ V
  18. ROZDZIAŁ VI
  19. KOLOFON

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Wchodziła w bramę Ogrodu Saskiego od ulicy Niecałej, gdy za sobą tuż obok swego ramienia usłyszała niski, nieco zdyszany głos męski:

– Pani! Pani Ala!... Już w Warszawie? – odwróciła się szybko, musnąwszy nieledwie w tym poruszeniu jasnymi jak blade złoto włosami chudą, długą twarz Michała Czerczy, który znalazł się teraz przed nią tak blisko, że musiała cofnąć się o krok, podając ma rękę.

– Tak. Przyjechałam w sobotę.

– A dziś środa! Nie darmo od czterech dni pachniało mi w powietrzu...

Drobną, delikatną ręką, starannie opiętą w białą rękawiczkę, uczyniła geścik zdający się mówić, że do słów tych nie przywiązuje żadnej wagi; ale jej śliczne, świeże usta nie przestawały się uśmiechać.

W ogóle było w niej coś tak promiennego i szczęśliwego, że wyglądała jak wcielenie uśmiechu życia.

– Róż teraz dużo na ulicach – rzekła nieco przekornie. – Sama spotkałam ze sześć kwiaciarek.

– Właśnie... Pachniały mi róże!

– Proszę włożyć kapelusz.

– Panią drażni moja łysina? To dziś modne. Nagie dusze, nagie głowy. Dokąd pani idzie?

– Do matki Adama.

– Przeprowadzę panią. Można?

Skręcili na lewo i z wolna zaczęli okrążać staw pod cieniem z lekka już czerwienią i złotem pocętkowanych drzew.

Dzień był upalny, nadzwyczaj słoneczny; niebo mocno błękitne, jak się to często zdarza w pięknych początkach września.

Staw migotał środkiem, mając dokoła niby obręcz złotawą z natrzęsionych już obficie liści.

Na ławkach siedziały niańki z dziećmi; po drugiej stronie stawu ciągnęła chodnikiem prowadzona na spacer parami pensja – wąż niepokalanie świeżych, granatowych wstążek u kapeluszy – tu i tam ostrą szafirową barwą występował na tle zieleni nowy uczniowski mundurek; a i dorośli przechodnie z inteligencji mieli w twarzach, ruchach, ubiorze jakiś powakacyjny nastrój: mieszaninę pozostałości wsi, wód, podróży i jakby opornego wchodzenia w codzienne ramy.

Czercza, postępując w milczeniu obok swojej towarzyszki, zatapiał w niej oczy z głodną chciwością człowieka zatapiającego zęby w dawno niewidzianym kęsie chleba.

Czynił to zupełnie jawnie, a wąskie jego usta, równo jak nożem rozcięte, pod rzadkim czarnym wąsem drgały mu i krzywiły się wyrazem dziwnej, gorzkiej, niby z samej siebie drwiącej namiętności.

Młoda kobieta ze swojej strony zdawała się tego nie widzieć, lub raczej uważać to za rzecz naturalną, z którą od dawna była oswojona.

Szła z wielką swobodą, zwracając ku niemu co chwila swą białą, radosną twarz o dużych, osobliwego blasku oczach.

Osobliwego tym, iż będąc tak silnym, że gasił samą barwę oczu i czynił ją niepochwytną, nie był przecież ani palącym, ani niespokojnym; nie rzucał owych demonicznych iskier, które takim mocno błyszczącym oczom nadają niebezpieczne podobieństwo do wybuchowych żużli; lecz wydawał się raczej ożywczą, kryształową światłością, jaką w rozpadlinach skał jaśnieją pod słońce czyste górskie źródła.

Dwa najrzadsze na tym świecie zjawiska: dobroć i szczęście zdawały się być zaklęte w tę parę oczu kobiecych patrzących życzliwie w nerwową, posępną twarz Czerczy.

On za to nie wydawał się ani dobrym, ani szczęśliwym.

Pomimo wielkiej bladości i chudości nie sprawiał jednak wrażenia zdechlaka.

Miał na to za dużo charakteru w spiczastych, wyciągniętych rysach i ostro zakreślonych czarnych brwiach, które często podnosiły się i zbiegały, tworząc na czole dziwaczną bruzdę w kształcie otwartego kwadratu.

W ruchach jego przebijała się też znaczna siła muskularna i nerwowa.

W ogóle był brzydki; tą brzydotą trochę tajemniczą i szorstką, która tak silnie czasem pociąga niedojrzałe dziewczęta i przejrzałe histeryczki.

– Siądźmy tu trochę – rzekł nagle. – Niech mi pani daruje pół godziny szczęścia. Taką magnatkę stać przecie na to.

Ręką wskazywał objęte ławkami wgłębienie w murawie dotykające bariery stawu. Zawahała się nieznacznie.

– Dobrze. Ale czemu pan w rozmowie ze mną tak zawsze szafuje wyrazami?

– Niczym nie szafuję – odpowiedział sucho. – Nazywam rzeczy po imieniu.

Usiedli.

Ławki były puste, tylko naprzeciwko przy barierze siedział sam jeden młody student w pierwszorocznej czapce i zgarbiony trochę, z rękoma na piersiach skrzyżowanymi, patrzył w głębokiej zadumie na wodę.

Dwa łabędzie podpłynęły blisko i także zdawały mu się przyglądać z wielkim zajęciem.

– Z całego Ogrodu Saskiego to jedynie możliwe miejsce – przemówił po chwili milczenia Czercza. – Dużo powietrza i stosunkowo mało ludzi. Pamięta pani tę wiosnę, tę ogromnie dawną wiosnę, kiedy przychodziliśmy tu często: pani z matką i siostrą, Roman i ja. On już nie żyje...

– Biedny pan Roman! – westchnęła młoda kobieta. – Ale to przecież nie tak ogromnie dawno. Pięć lat dopiero, a mnie się to wydaje tak jakby wczoraj...

Czercza zaśmiał się.

– Czy nie miałem słuszności nazywać panią magnatką szczęścia? Żałuje pani tych, którzy się już ukłonili życiu; a pięć lat nie zaciążyło na pani bardziej, niż – listek róży! Pięć lat!... Ha! ha! To się tak krótko wymawia... Ha! ha!

– Ja też nie zaprzeczam, że jestem bardzo, nadzwyczajnie szczęśliwą – odpowiedziała z prostotą – że zawsze nią byłam. Owszem, gdy widzę dokoła siebie tyle niedoli i łez i pomyślę, że dotychczas tylko nad cudzymi cierpieniami płakałam, doznaję takiego uczucia, jak gdybym brała więcej, niż mi było wyznaczone; jak gdybym bezwiednie czyjąś cząstkę sobie przywłaszczyła...

– Może moją? – poddał Czercza takim głosem, że trudno było zgadnąć, czy drwi, czy mówi z przekonania.

– Pana? Wątpię. Ale chyba na pewno mojej własnej siostry. Ach! jaka ona nieszczęśliwa ta Klima! Śmierć pana Romana zgnębiła ją zupełnie. Bo też!... Na dzień przed ślubem stracić narzeczonego i to w taki tragiczny sposób. Wie pan? Ona wciąż rozpacza...

– Pocieszy się jeszcze – odparł Czercza twardo. – Śmierć jest najłagodniejszą formą utraty... kogoś kochanego!

Spojrzała na niego ze zdumieniem, zgorszona niemal.

– Och! Jak można tak mówić!... Panie Michale!... Przez śmierć traci się na zawsze... niepowrotnie!

– Właśnie. Ta niepowrotność, taka na pozór okrutna, cudownie z czasem koi... Jad zamienia się w balsam. Bo widzi pani – można przez całe życie patrzeć na swoją stratę będącą w zakresie możebności ludzkiej do odzyskania – i wiedzieć, i mówić sobie, że się jej nie odzyska nigdy; a swoją drogą ta możebność będzie świdrować w duszy jak robak w drzewie... To jest dopiero męka... Ale pani się na tym nie rozumie... Ludziom szczęśliwym brak zawsze połowy pojęć; jak tym, którzy nigdy na chleb nie pracowali.

Mówił głosem rwanym, syczącym, który w dziwny sposób gorycz słów potęgował.

Dobre, szczęśliwe oczy jasnowłosej kobiety patrzyły znowu na niego, ale teraz już bez zgorszenia; ze smutkiem tylko i bardzo słodko.

– Czemu pan dziś taki... nad miarę? – zapytała po chwili.

– Czemu? Czemu? Alboż ja wiem? Może temu, żem przez trzy miesiące na panią nie patrzył; albo temu, że już miałem cztery godziny na czterech żeńskich pensjach, a jutro daję sobie plombować ząb. Zresztą – pani wie – jestem historykiem. Gdybym pisał monografie słowików i motyli, a chociażby sępów i skorpionów, może kiedy niekiedy jaka kropla miodu spadłaby mi z języka. Ale ja miałem złą skłonność do badania dziejów ludzi, a specjalnie własnego narodu, a specjalnie gospodarki królewiąt na kresach. To są hurtowe składy piołunu dla każdego dzisiejszego współplemiennika tych wesołych chłopczyków – upewniam panią.

Zaśmiał się znowu i nerwowo przeciągnął cienkimi palcami po małej, w ostry klin ściętej bródce.

Po raz pierwszy, jakby z wysiłkiem oderwał wzrok od słonecznej twarzy swej towarzyszki i posępnie przed siebie się zapatrzył.

Milczeli czas jakiś oboje.

Zmęczone, podpuchłe nieco oczy Czerczy, wracając ze swej myślowej wędrówki, padły na siedzącego wciąż nieruchomo, zadumanego studenta. Coś w nich błysnęło, jakby nagle zbudzone wspomnienie.

– Ciekawa rzecz, o czym ten myśli? – wyrzekł innym już głosem, zniżonym i powolnym. – Wygląda, jak gdyby tę czapkę po raz pierwszy dzisiaj włożył... Aj! aj! aj! Sacramento! Co się to pod taką pierwszy raz włożoną studencką czapką kotłuje!... Aż mi dziwno, że temu tak spokojnie na głowie siedzi... Pamiętam... ja moją obu rękoma na czuprynie trzymać musiałem, tak ją wicher młodości i zapału zrywał...! Ha! ha! ha! Miałem wtedy tyle bodaj rojeń pod czaszką, ile włosów na czaszce, a było ich sporo... Z jednych i drugich dziś ani śladu... Znaliśmy się już, pani Alu... Ile pani mogła mieć lat? Osiem? Dziesięć?... Oho! Wiele rzeczy uchodziło wtedy studentowi, który tak jakby do rodziny należał... Wolno mi było dawać pani przydomki... Słoneczko!... Pamięta pani?

Objął ją przeciągłym, dziwnie złagodniałym spojrzeniem.

– Słoneczko... Moje słoneczko!... – powtórzył ciszej, jakby sam do siebie.

Jakaś marzycielska, tęskna nuta zadrgała w jego twardym, syczącym goryczą głosie. I twarz ma się zmieniła. Przez chwilę był to zupełnie inny człowiek.

– Tak... To było niegdyś... dawno... Według pani może także wczoraj? – dodał, wracając znowu do zwykłego tonu.

– Nie. Ale onegdaj – odrzekła z uśmiechem. – Czemu to pana gniewa?

– Mnie? Bynajmniej. Nic w pani i od pani nie może mnie gniewać. Jestem tylko po swojemu nieznośny... Pani przez te trzy miesiące odwykła. Co pani na wsi robiła?

– To co zawsze u rodziców. Czytałam sobie w ogrodzie, smażyłam konfitury – będzie je pan jadł zimą – jeździłam z Tadziem linijką po polach... Z Tadzia taki zawołany gospodarz się zrobił i myśliwy!

– Zawsze to przewidywałem podczas moich heroicznych walk o jego maturę. Ci zawołani w przyszłości gospodarze i myśliwi to bywają dla swoich korepetytorów... no! Tylko znowu... zdarza się, że ten i ów ma siostry... Kochany chłopak, ten Tadzio! Jaka szkoda, że po raz drugi nie może zdawać matury!

I znowu coś jakby cień tęsknoty mignęło mu w oczach, chociaż usta krzywiły się drwiąco.

Oparł łokieć o poręcz ławki i siedział tak, cały ku Ali zwrócony, trzymając w zawiniętej dłoni koniec swej spiczastej brody.

W tej postawie, ze swą zmysłową, szyderską twarzą, na tle zieleni, wody i nieba i u boku tej ślicznej kobiety wyglądającej jak w leśnej rosie wykąpana nimfa, sprawiał wrażenie fauna obranego według przepisów bieżącej cywilizacji i dotkniętego melancholią.

– Cóż dalej? Niech pani mówi dalej. Słodką jest rzeczą słuchać głosu pani!

– Dalej! Chodziłam trochę po wsi...

– Hm! Rozumiem. Idyla skrofulicznych dzieciaków i zreumatyzowanych bab... Kmiotkowie... chatki!... Nigdy nie byłem chłopomanem. Dziwna rzecz, że pani dotąd jakim tyfusem lub szkarlatyną nie przypłaciła swej leczniczej manii. Bo i te tutejsze ambulatoria także są pani potrzebne...

– Adam nie ma nic przeciwko temu – odrzekła trochę sztywno.

Szczególny jakiś błysk zapłonął i zgasł natychmiast w zmęczonych źrenicach Czerczy.

– Och! Adami... Adam!... Od tego jest powieściopisarzem, żeby się lubował w efektach.

– Więc ja to robię na efekt?

– Nie; ale to swoją drogą jest efektowne. Zresztą, nie o to chodzi. Wiem, że gdyby pani była moją...

Zawiesił głos.

– Mniejsza o nazwę... Gdyby to ode mnie zależało, nie pozwoliłbym pani nigdy mieszać się w nieswoje rzeczy i narażać na niebezpieczeństwa.

Ala rozśmiała się.

– Jak to dobrze, że to od pana nie zależy.

Rzuciła ma wesołe spojrzenie, ale wyraz jego twarzy był tak chmurny, że poważniej już rzekła:

– Więc, panie Michale, według pana, jeżeli kobieta pielęgnuje chorych i do biedaków zagląda, to się miesza w nieswoje rzeczy? Przecież to najszczytniejsza...

Czercza syknął i poruszył się niecierpliwie.

– Pani Alu, pani jest natura taka prosta i jasna. Po co ta deklamacja? Niech pani to zostawi...

Przygryzł usta, jak gdyby wstrzymując niepotrzebny wyraz i mówił dalej:

– ...innym. Pani powinna rozumieć, co ja mam na myśli, a jeśli nie, no to się wytłumaczę. Widzi pani, kapusta jest od tego, żeby ją szatkować i jeść, a róża jest od tego, żeby na nią patrzeć i zapachem jej się poić, chociaż obie mają jednakowy układ liści. Ja zaś powiadam: Nie wpadajmy w błąd szatkowania róż na kapustę.

Młoda kobieta przechyliła na bok swą złocistą głowę i poczęła nią z lekka kiwać. Nie było nic zalotności w tym ruchu; ale było za to niesłychanie wiele wdzięku.

– Oj, panie Michale! Pan mi zarzuca deklamację, a czy to jest prosty sposób mówienia?

– Nie, ale nie razi, bo jak wszystko, co złe i brzydkie, jest u mnie na miejscu... Tymczasem pani...

Długą chwilę patrzył na nią w taki sposób, jak gdyby oczyma rysował jej postać w najdrobniejszych szczegółach, podczas gdy ona z niezmąconą swobodą znosiła ten przegląd, chwiejąc wciąż głową z rodzajem żartobliwego politowania i mówił dalej:

– Pani zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze swojej właściwej wartości i ze swego właściwego posłannictwa na tym świecie... Tak; i nie tylko pani, ale... i inni... Przestrzykiwać żebrackie wrzody karbolem potrafi każda poczciwa postronna. Niech pani im to zostawi. Tak, pani Alu. Pani ma o wiele rzadsze i trudniejsze zadanie do spełnienia. Ród ludzki tak szpetnieje pod każdym względem, a pani jest tak skończenie piękną, skończenie harmonijną, skończenie czystą, że pani nie ma prawa szafować sobą; panią trzeba chronić, strzec, jak zesłanego na ziemię objawu doskonałości ku krzepieniu serc. Pani samym swoim widokiem może uzdrowić niejedną chorą duszę, a przynajmniej sprawić jej znakomitą ulgę. Pani działa jak muzyka, jak poezja, jak słońce; i nie potrzebuje pani nic ku temu robić, tylko po prostu żyć. Nic dodawać, nic ujmować, nic psuć, nic poprawiać... być sobą... taką, jaką pani jest w tej chwili.

Rzeczywiście była prześliczną w tej chwili.

Padł na nią jakby odblask gorących słów Czerczy i nadał jej ten nieuchwytny czar, jaki otacza kobietę bardzo głęboko kochaną i wielbioną, która wie o tym, ale się tym nie chełpi.

Zaróżowiła się; prześliczny uśmiech cichego rozradowania wygiął słodką linię jej ust; w świetlanych oczach zajaśniał wyraz wdzięcznej serdeczności.

– Dobry pan Michał – wyrzekła ciepło. – On jest zawsze jednakowo zaślepiony we mnie. Dziękuję.

Poufałym, pieszczotliwym niemal ruchem dobrej siostry położyła dłoń na ręku Czerczy.

On drgnął z lekka i przymknął na chwilę oczy, zaciskając swe wąskie, blade usta.

Obejrzał się, a widząc, że prócz zadumanego studenta nie ma w pobliżu nikogo, pochylił głowę i z lekka same koniuszczki drobnych palców Ali ucałował.

Po czym delikatnie, jak gdyby to było cenne filigranowe cacko, złożył tę malutką rączkę na kolanach młodej kobiety.

– To ja dziękuję – rzekł zmienionym znowu głosem. – Dziś byłem tak usposobiony, że na pewno wieczorem byłbym zrobił jakie łajdactwo. Teraz go już nie zrobię. To pani sprawa. Aj! aj! aj! Sacramento! Czego bym ja nie dokazał, gdyby pani tak była przy mnie zawsze... Ja się tylko dziwię, że Adam do tej pory nie poruszył z posad ziemi... Ja bym przynajmniej próbował, gdybym był na jego miejscu. Ale i za to, że mnie pani od czasu do czasu... ocala, Bóg zapłać.

Zwykłym mu, nerwowym ruchem przeciągnął palcami po brodzie i znów ją w dłoń ująwszy, mówił dalej:

– Ja to pani mówię jeden... bo tak się już utarło... ale co pani może wiedzieć, na ilu moralnych nędzarzy ma taki sam błogosławiony wpływ? Więc powtarzam: zostań sobą... strzeż swego piękna... jak bezcennego skarbu. To pani społeczny obowiązek. Pani, na przykład, nie powinna się zestarzeć, zbrzydnąć... tego pani nie wolno.

– Mam zatem umrzeć młodo? – zapytała na wpół serio.

– Co znowu! Powinna pani zwyciężyć starość. Jest to nawet przywilejem takich jak pani kobiet. Pani starą i brzydką? Sacramento! Nigdy bym tego doczekać nie chciał.

– To już wiem, co zrobię. Gdy zobaczę, że nie ma rady, że brzydnę i starzeję, zacznę się ubierać na niebiesko.

– A to znowu dlaczego?

– Jak to, zapomniał pan? A ta Cyganka, która mi wróżyła a nas na wsi tego lata, kiedy pierwszą długą suknię włożyłam?

– Tak, przypominam coś sobie – mruknął niechętnie.

– A widzi pan. Przepowiedziała mi przecież, że umrę w kolorze błękitnym i że ten kolor w ogóle przyniesie mi nieszczęście.

– Co za niedorzeczność! – rzekł Czercza szorstko.

– Zapewne. Ale ja jestem trochę przesądną. Czy pan nie uważał, że ja od tej pory nigdy nic błękitnego na sobie nie miałam? Nic... nic... Ani na sobie, ani dokoła siebie, o ile się dało... W całym naszym domu jedyną błękitnością są – przerwała sobie i ciszej, z oddźwiękiem bezmiernej tkliwości dokończyła – ...oczy Adama!

Ten sam dziwny błysk mignął znowu w posępnych źrenicach Czerczy.

– Widzi mi się – rzekł sycząco – że gdyby Adam był cały z lapis lazuli, to i tak pani poszłaby za niego na pohybel wszelkim wróżbom.

Milczała.

Odwróciła głowę i patrzyła na łabędzie, które, znudzone przypatrywaniem się studentowi, przypłynęły teraz ku ich ławce.

Czercza z ukosa śledził wyraz twarzy Ali. Im więcej w niej czytał miłosnego rozmarzenia, tym ostrzejszymi stawały się jego rysy. Przykry uśmiech drwiącej goryczy wykrzywiał mu usta.

Nagle pochylił się, podjął kamyk z ziemi i z rozmachem cisnął go poza plecami Ali pomiędzy łabędzie, aż woda trysnęła w górę.

– Czemu pan je płoszy?

– Nie cierpię tych ptaków, a ta głupia legenda o ich przedśmiertnym śpiewie do reszty mi je obrzydza. Gęsi w aureoli słowików... Czy może być coś wstrętniejszego? Gdzie jest teraz Adam? – zapytał bez żadnego przejścia.

Młoda kobieta zwróciła się znów ku niemu i zaczęła się śmiać.

– Czy pan uwierzy, że nie wiem?

– Jak to?

– Doprawdy. Pan pamięta, że Adam miał w tym roku na dłużej wyjechać za granicę?

– Jakżeżby! Całą zimę o tym tylko mówił.

– Jemu to było ze wszelkich względów potrzebne... dla zdrowia, dla wrażeń, dla jego twórczości. On tak nawykł do tych podróży dalekich, egzotycznych; a odkąd się ożenił, raz tylko wyjeżdżał gdzieś dalej, ale i to... ze mną.

– Pani to uważa za okoliczność obciążającą? – zapytał Czercza.

Zaśmiała się znowu.

– Nie. Wiem przecie, jak mnie Adam kocha... O! nie! To był jeden rajski sen ta nasza podróż poślubna... Ale już wychodząc za Adama, zrozumiałam doskonale, że żona wyjątkowego człowieka nie może stosować do niego miary przeciętnych dobrych mężów... Strojąc się w jego sławę, musi też i sama dla niej coś uczynić... Choćby jakąś ofiarę z siebie... Pisarz, artysta, potrzebuje czasem zupełnej swobody, zmiany...

– Żony? – zapytał Czercza naiwnie.

– Panie Michale! Proszę nie być tak dowcipnym. Zresztą pan to pojmuje równie dobrze, jak ja. Adam jest niewypowiedzianie dobry, delikatny...

– Kto by z panią potrafił być złym! Pani samego diabła przemalowała by w końcu na biało.

Nie zważając na przerwę, mówiła dalej:

– Ale przez całą tę zimę był szalenie zdenerwowany. Męczyła go ta powieść, którą pisał prawie z numeru na numer... Był z niej niekontent... nieraz chciał wszystko rzucać w ogień... Ja jedna tylko wiem, jak go wyczerpuje ta praca twórcza, o której ludzie myślą, że mu tak lekko przychodzi... Teraz ma jakieś nowe, szerokie plany... Sama go namawiałam, żeby wyjechał...

– Doprawdy? Nigdy bym nie odgadł, że potrzebował namowy w tym kierunku.

– Pan się z nim często widywał, kiedy on tu został sam beze mnie w Warszawie?

– Nie, rzadko. Zaszedł do mnie w przeddzień swego wyjazdu do Kłonic. Mówił, że zostanie na wsi do sierpnia, a potem – w świat. Wydał mi się ogromnie podniecony, ożywiony. Dawno go takim nie pamiętam.

– Prawda? – zawołała ucieszona. – I takim samym był na wsi. Och! on umie!... Wszystkich po prostu czarował... rozruszał mamę, ojca; nawet ta biedna Klima zapominała chwilami o swoim nieszczęściu, słuchając go, jak mówił!... Mieliśmy przecudnych parę tygodni... Mój najukochańszy, złoty, genialny Adam!...

Mimowolnym ruchem splotła ręce i podniosła w górę swe nadzwyczajne, całe w diamentowych iskrach oczy.

Wyglądała w tej chwili jak wymarzony wzór do obrazu przedstawiającego czcicielkę niewidzialnego bóstwa.

Czercza gryzł wargi.

– To wszystko nie objaśnia mnie jeszcze, jakim sposobem pani może nie wiedzieć, gdzie on się teraz znajduje. A mam nawet do niego interes. Zaś zwięzły adres: „Adam Oldaniecki w Europie” wątpię czy by wystarczył, pomimo całej jego sławy i przekładów jego powieści na wszystkie cywilizowane języki.

Zdawała się nie słyszeć tych słów drgających hamowaną, głuchą niechęcią, myślą gdzieś daleko odbiegłszy.

Z wolna promienność jej twarzy przygasła, powlekając się cieniem tęsknoty.

– Gdzie on się teraz znajduje? – powtórzyła cicho – gdzie on się teraz znajduje?

Zwróciła się nagle ku Czerczy.

– Tak... to się może trochę dziwnym wydawać, ale ja naprawdę nie wiem, panie Michale. Adam z Kłonic pojechał do Szwajcarii, pod Lucernę. Bawił tam ze trzy tygodnie... pisywał do mnie bardzo często... a teraz... przed kilka dniami miałam od niego list... z drogi w wagonie pisany... Otóż w tym liście...

– Cóż w tym liście?

– Prosi, żebym się nie martwiła i nie zatrważała, jeżeli przez dłuższy czas żadnych wiadomości mieć nie będę... Chce oderwać się od wszystkiego, przestawać tylko sam z sobą... z naturą. Będzie odbywał piesze wędrówki... sam nie wie jeszcze gdzie... może po Włoszech... może po Hiszpanii... tłumaczy mi się, że jest w takim wyjątkowym nastroju... że mu to potrzebne... Ja to przecież rozumiem... Niech się pan tak dziwnie na mnie nie patrzy... To mi sprawia przykrość.

– To nie to sprawia pani przykrość – odpowiedział Czercza z wolna.

– Myśli pan, że ta Adama... – zawahała się w doborze określenia.

– ...autorska robinsonada – poddał Czercza tym szczególnym głosem, który zdradzał jakąś ukrytą myśl.

– Nazwijmy to tak... O! wcale nie! Zanadto go kocham, żeby to, co jemu dogadza, co on za dobre dla siebie uważa, sprawiało mi przykrość. Boże mnie strzeż od takiego samolubstwa... Toż on jest mój... mój na całe życie... daje mi tyle szczęścia! Cóż znaczy kilka tygodni, jeżeli to ma mu pomóc do stworzenia jakiego arcydzieła?... Przecież swoje Zarzewia, te Zarzewia, które go sławnym uczyniły, napisał, żyjąc, jak pustelnik, w jakiejś wiosce normandzkiej. Może i teraz... Cóż znaczy kilka tygodni! Mój Boże! Ja bym ma się na zawsze usunęła z życia, gdybym wiedziała, że tego wymaga jego szczęście, jego sława!... Pan powie, że mi to łatwo mówić, bo jestem pewna jego miłości i to się nigdy stać nie może... ale, naprawdę, naprawdę, zastanawiałam się nad tym nieraz i wiem... czuję, żebym to zrobiła!

Sacramento! – mruknął Czercza – można się wściec!

– A co teraz – mówiła dalej – to najwyżej mogłabym się niepokoić o niego. Ale on i temu postarał się zapobiec... Dał mi najuroczystsze słowo w tym liście – a ja bezgranicznie ufam słowu Adama – że gdyby, Boże broń, zachorował lub coś się stało, natychmiast mi przyśle depeszę. Będę więc sobie mówiła co dzień: żadnych nowin, dobre nowiny i tak to jakoś przejdzie.

Uśmiechała się, zwalczając bezwiedny smutek przebijający wskroś tych pogodnych słów.

– A gdyby pani, Boże broń, zachorowała, gdyby się z panią co stało? – rzekł Czercza sucho – jakże będzie wtedy?

– Ze mną? – powtórzyła, zaskoczona tą stroną położenia, której widocznie dotąd nie brała pod uwagę. – Dlaczego ze mną ma się co stać?

– Zapewne. Nie ma po temu żadnej słusznej przyczyny. Proszę wybaczyć głupotę zapytania.

Nastąpiła chwila przykrego milczenia.

Czercza zsunął brwi i z czołem przeciętym ową dziwaczną bruzdą, wbił oczy w ziemię; Ala zapatrzyła się na szarzejącą w błękitnym powietrza okrągłą masę zbiornika, przygniatającego swym niezgrabnym ciężarem wzgórze po drogiej stronie stawa.

– Czemu mi pan dokucza? – zapytała wreszcie, odwracając się ku niemu z porywczością rozżalonego dziecka – czemu mi pan chce psuć szczęście? To brzydko, panie Michale! Gdzież ten mój dobry wpływ na pana, o którym pan zawsze mówi? Pan zamiast lepszym, gorszym się przy mnie staje. Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy musieli przestać widywać się.

Nie odpowiadał; usta ma tylko drgały, a bruzda na czole pod zmiętymi kresami kapelusza pogłębiła się bardziej.

– A jako przyjaciel Adama... – ciągnęła dalej.

Podniósł szybko głowę.

– Droga pani: może mnie pani nazwać skończonym łotrem, będę milczał; ale zastrzegam się przeciw tytułowi przyjaciela Adama, czy kogo bądź.

– Więc i mojego?

– I pani także. Nie ma rzeczy, której bym dla pani nie zrobił; w kawałki bym się własnoręcznie pokrajał, gdyby mi pani kazała, ale przyjacielem pani nie jestem. Z Adamem my krewni, koledzy, mieszkaliśmy razem za czasów uniwersyteckich, kochaliśmy się w jednej kobiecie z niejednakowym skutkiem – kto wie, jeśliby zaszła potrzeba, jeślibym sobie logicznie wyrozumował, że z niego większy pożytek na świecie niż ze mnie (ale bym koniecznie do takiego przekonania dojść musiał), to może i życie bym za niego oddał, to jednak niczego nie dowodzi. Przyjaźń jest przelaniem własnej duszy w drugą; a ja moją zawsze na mój wyłączny użytek zachowywałem... Com marzył, kim byłem, co życie ze mnie zrobiło, wiem tylko ja sam... Jeślim cierpiał, nikogom do picia łez ze mną nie zapraszał, a na radowanie się społem sposobności nie było! Zresztą, nie wierzę w przyjaźń, jak nie wierzę w mitologię... to jest bardzo piękny abstrakt, z którego ludzie zrobili sobie parawan dla swoich podstępnych i wyrachowanych stosunków.

Mówił szorstko, zjadliwie, a ona słuchała, nie przerywając, jak gdyby instynktem kobiecym czuła, że mu to wyładowywanie goryczy, której musiało być pełno w tej tak zazdrośnie strzeżonej duszy sprawia jakąś ulgę.

– Biedny pan Michał – szepnęła, patrząc znowu na niego z łagodną życzliwością.

Syknął jak urażony w bolączkę.

– Otóż jest! Teraz zacznie się pani nade mną litować. I to sobie także wypraszam. Nie jestem wcale biedny, tylko – jak to już niejednokrotnie miałem zaszczyt pani oświadczyć – nazywam rzeczy po imieniu. Ale dajmy pokój mojej osobie. Więc pani wróciła do Warszawy na słomiane wdowieństwo? To ślicznie. Pozwoli pani odwiedzać się często, pozwoli pani?

Spod nabrzękłych nieco, wydłużonych powiek spoglądał na nią prawie błagalnie, co jego ostrym, szyderczym rysom nadawało jakby cudzy wyraz.

Jasnym było, że patrzenie takie nie jest powszednim chlebem tego człowieka.

– Często... w każdej porze... choćby co dzień... Ja tego nie nadużyję, ale niech wiem, że mi to wolno... Niech mnie pani uważa za domowy sprzęt, z którym się nie robi ceremonii, ale do którego się przywykło... Pani to nie zaszkodzi... a mnie... Przyjdę, posiedzę, popatrzę, pomyślę trochę i pójdę sobie... W tym domu... ja panią nigdy samą w tym domu nie widywałem... Aj! aj! aj! Sacramento! Pozwoli pani? Ostatni idiota ze mnie... Pozwoli pani?

Mówił z przestankami, z dziwną mieszaniną wzruszenia, prośby i jakby przeciw tym uczuciom burzącej się złości.

Młoda kobieta spuściła oczy.

– Pozwoliłabym – rzekła po chwili spokojnie – tylko że ja znowu wyjeżdżam.

Czercza rzucił się na ławce.

– Wyjeżdża pani? Dokąd?

– Do Meranu.

– A pani na co Meran?

– Mnie na nic. Ale matka Adama potrzebuje winogronowej kuracji. Jadę z nią.

– Kiedy?

– Za jaki tydzień! Mam już pasport gotowy, wszystko. Czekamy tylko...

– Na tuzin nowych sukien ciotki Oldanieckiej – rzekł Czercza sykliwie. – Biedaczka! Ona zawsze tak sobie niszczy szaty, rozdzierając je nad mymi losami.

Zamiast odpowiedzi Ala spojrzała na maleńki secesyjny zegarek z pękiem breloków, u oksydowanego paska wiszący.

– Ach, mój Boże! Pół do drogiej! Miałam już tam być przed godziną!

Wstała szybko z ławki, zbierając długie fałdy jasnej fularowej sukni.

Czercza nie próbował zatrzymywać jej. Podniósł się także w milczeniu i szedł obok niej spochmurniały, ze zwieszoną głową, z ustami tak zaciśniętymi, że ich wcale spod wąsów nie było widać.

Blada twarz jego, po której przed chwilą, gdy prosił Alę, by mu pozwoliła przychodzić do siebie, przelatywały płomienie, zastygła raptem.

Są natury napiętnowane nadmierną wrażliwością jak klątwą. Życie szybko czyni z nich zgliszcza, ciągle tlejące zgliszcza; i równie łatwo tam o iskry, jak i o popiół.

Jedną z takich natur był Czercza.

– Ot! i znowu prztyczek w nos od losu – zaczął przez zęby, jakby sam do siebie. – Przez chwile jużem się widział wydeptującym co dzień Żurawią ulicę. Luby świat jeszcze nie ściągnął do miasta... natrętów by nie było... przynosiłbym pani róże, potem chryzantemy... a właśnie całe to lato trawiła mnie chęć: móc nosić kwiaty kobiecie... Pani dałaby mi czarnej kawy... i tam, w salonie jest taki kącik, gdzie, zawsze myślałem: jakby to dobrze było siedzieć w nim z panią... we dwoje... o szarej godzinie... i nic nie mówić. Ot, był mój miraż! Ha! ha! ha!... Ten wczorajszy gimnazista, któregośmy tam na ławce widzieli, już by na tym nie poprzestał... A ja bym poprzestał... dureń taki!... To byłyby moje wakacje... moje lato... A pani jeszcze powiada: „Pozwoliłabym”. Ha! ha! ha! śmiać mi się chce. „Pozwoliłabym – ale wyjeżdżam”. No i po wszystkim! Dlaczego? Kto by na tym co stracił?... Ha! ciotka Oldaniecka nie może jeść bez pani winogron... Nie mam szczęścia do rodziny Oldanieckich!

– Panie Michale – przerwała Ala łagodnie.

– Ma pani słuszność. Trzeba mnie przyprowadzić do porządku. Jeszcze chwila, a kazałaby mi pani iść precz. Oszczędzę pani trudu. Pożegnam panią.

Przystanął i zdjąwszy kapelusz kłaniał się, unikając jej wzroku.

Spiczasta nieco, obnażona czaszka, po bokach tylko i z tyłu ciemnym, twardym włosem porosła, szpeciła go, dodając wiele charakteru całej powierzchowności.

Tłumiony sentymentalizm i zjadliwy sarkazm, wrodzona wytworność ruchów i linii przy wyraźnym braku dbałości o swój wygląd, ślady przedwcześnie zniszczonej młodości, a zarazem ciągły bunt, ciągłe wewnętrzne szarpanie się jakichś niezużytych zasobów żywotnych, wszystko to z nagłą siłą uwydatniło się w nim, gdy tak stał z odkrytą głową, czekając, by Ala podała mu rękę na rozstanie.

Ale jej żal go się zrobiło.

– Rzuca mnie pan na środku ogrodu? To wcale nie po rycersku. Za karę proszę iść ze mną aż na Hożą.

– Ochłap zgłodniałemu psu, aby dłużej zdychał – mruknął, ale włożył kapelusz i szedł dalej, bynajmniej nieułagodzony.

Dla przeciętnego oka była z nich wielce niedobrana para: Ona śliczna, delikatna, o liniach pieszczonych i falistych, ze swą słoneczną twarzą i szczęśliwymi oczyma dobrego dziecka; elegancka w każdym drobiazgu gustownego, świeżego stroju; on chudy, kanciasty, ponury, w źle noszonym musztardowym garniturze, który musiał być niejednokrotnie na deszczu, lecz ani razu potem u krawca.

Malarz jednak byłby nimi zachwycony.

Dawali nastrój. Tkwił w nich wspólny zasadniczy ton, który przepuszczony przez ich fizyczne indywidualności, tak sobie na pozór przeciwne, tworzył pyszną, artystyczną całość!

A była w tym i duchowa, dla bystrego tylko psychologa widzialna wskazówka, że gdyby nie jakieś coś, jakiś brakujący czy zbyteczny kawałek w łamigłówce życia, której los nie umiał, czy nie chciał zestawić, to tym dwojgu mogło być razem na świecie tak dobrze, jak tu tylko być może.

Zapewne Czercza miał świadomość tego i to musiało go rozgoryczać tym bardziej.

Bezwiednie jednak, idąc obok Ali, przysuwał się tak blisko, że lekkie falbany jej sukni ocierały się o szorstki materiał jego odzieży.

Te prawie niedostrzegalne zetknięcia zdawały się oddziaływać na niego kojąco.

Zaczął rzucać ukradkowe, coraz dłuższe spojrzenia na swą towarzyszkę i w miarę tego, twarz stawała mu się mniej chmurną.

W ten sposób zbliżali się do bramy, przez którą widać było długą perspektywę Marszałkowskiej ulicy, zaćmioną sylwetami dorożek, tramwajów i przechodniów.

Dwóch młodych mężczyzn, mijając ich, przystanęło mimowolnie; oglądali się z widocznym zachwytem za śliczną kobietą.

Czercza spostrzegł to i sposępniał znowu.

– Bydło! – syknął przez zęby.

– Panie Michale! – napominała go Ala ponownie.

– Powiedziałem, że mnie pani w końcu przepędzi. A przecież powinna się już pani była przyzwyczaić do mojej nędzy... Cóż robić; jestem zazdrosny o panią, a raczej o wszystkich, o wszystko, choćby o spojrzenia takich ulicznich kretynów, co się na pani śmią zatrzymać. Na to już nikt nie poradzi.

– Nie ma pan do tego żadnego prawa – odrzekła z pewną surowością Ala.

– A pani nie wie, że najwścieklejsza jest ta zazdrość, która nie ma żadnego prawa?

Weszli w ulicę i zamilkli, ogarnięci turkotem, wrzawą i miganiem gęsto snujących się po chodnikach postaci.

– Ciekawa rzecz – zaczął po pewnym czasie Czercza – czy pani umiałaby być zazdrosną?

Młoda kobieta mimowolnie drgnęła i spojrzała na niego zdziwiona.

– Ja? O Adama? – rzekła takim tonem, jak gdyby nagle ukazywano jej okno, o którym nie pomyślała dotychczas, że przez nie wyjrzeć można.

Uczynił ruch zniecierpliwienia.

– Nie myślałem o Adamie – odpowiedział sucho. – Widzi pani, nie dla wszystkich cały świat obraca się dokoła niego. Mówiłem w ogóle, po akademicku.

– Ja, zazdrosna? – powtórzyła Ala w zamyśleniu, nie zważając na te uszczypliwe słowa. – Dziwna rzecz: nigdy jeszcze nie przyszło mi do głowy zastanowić się nad tym... Ale zdaje mi się, że zazdrość musi powstawać z podejrzenia. A podejrzewać?... nie, nigdy. Podejrzenie to dla mnie coś tak wstrętnego, oślizgłego jak gad...

Wzdrygnęła się z obrzydzeniem.

– Nie! nie! nie potrafiłabym dopuścić do siebie takiej szkarady... A przy tym, to taka cudowna rzecz ufać. I takie wielkie szczęście... Chyba wobec jakiejś straszliwej, niezbitej pewności. Zazdrość... zazdrość...

Mimowolnie zwolniła kroku, powtarzając ten wyraz, jakby urzeczona jego niepojętym a przerażającym ją znaczeniem.

Czercza przyglądał jej się okiem badacza śledzącego jakieś nadzwyczajne zjawiska.

– Tak, tak! – podchwycił – pani jest na to za przejrzystą... To struna z ciemnego metalu... charcząca jak dławione zwierzę... A dusza pani jest jak „harfa szklana”.

Głos zmiękł mu dziwnie, gdy te wyrazy wymawiał. Mgła sentymentalizmu przesłoniła ostrość jego rysów i znowu był to momentalnie inny człowiek.

– Jak harfa szklana! – powtórzył z wolna.

Aj! aj! aj! Sacramento! Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tak życie uderzyło całą pięścią w ten kryształowy instrument!

Urwał nagle.

Było to charakterystyczną cechą ich dziwacznego ze wszech miar stosunku, stosunku mężczyzny, który kochał jak szaleniec i bez nadziei i kobiety, która wiedziała o tym i dla której inny był wszystkim, że ilekroć dłuższą chwilę ze sobą przebywali, wytwarzała się dokoła nich, choćby w najbanalniejszych warunkach atmosfera szczególnej wrażliwości; coś, jakby działanie dalekiej gry na flecie słuchanej w górach, w bardzo cichy księżycowy wieczór.

Może to ich rozdarte przeznaczenie nuciło im w ten sposób swą niedokończoną pieśń?

Oboje odczuwali ten nastrój doskonale, choć każde inaczej.

Dla Czerczy była to kąpiel ożywcza, w której duch jego przepełniony goryczą, nurtowany wciąż zwalczaną żądzą, pławił się z rozkoszą; Alę ogarniał zawsze nieokreślony niepokój, smutek prawie.

Dziś to przypadkowe spotkanie po trzymiesięcznym niewidzeniu tym intensywniejszymi uczyniło te ich odmienne, wewnętrzne stany.

On nigdy jeszcze, od czasu jak za mąż poszła, nie mówił jej tak wręcz o swoim kochaniu; ona nigdy jeszcze nie uczuwała tak jasno, że nie było w tym nic, co by jej jako żonie innego ubliżyć mogło i nigdy jeszcze nie miała w sercu tyle pobłażania dla tego dziwnego człowieka i tyle rzewności.

I robiło się jej coraz smutniej.

Po jej słonecznej duszy począł rozwłóczyć się cień jakiejś nieujętej straty... jakiegoś niepowrotnego rozminięcia się z czymś... z czymś... co mogło być jeszcze piękniejsze niż jej obecne szczęście...

A wszystko to na tym trywialnym chodniku, wzdłuż brutalną chęcią zysku tchnących wystaw sklepowych i wskroś ulicznego ruchu.

Toteż ostatnie słowa Czerczy, zgłuszone przenikliwym jazgotem tramwajowego dzwonka, zamiast stracić na znaczeniu, padły w tę wysubtelnioną, duchową atmosferę, jak gdyby były wyszeptane w zagłębieniu mrocznej kaplicy, gdzie lada wyraz stać się może czymś zaświatowym i wróżebnym.

On sam się ich zląkł prawie, ona pobladła.

– Jak pan to dziwnie powiedział – rzekła cicho. – Skąd panu myśl taka?

– Stąd, że jestem skończony kretyn! – wybuchnął wściekły na siebie. – Niech pani nie zważa!

– Bo pan ma naprawdę słuszność – mówiła dalej Ala tym samym zniżonym głosem. – Mnie los tak nic nie zahartował...

– Po co miał panią hartować? Palma pod równikiem nie potrzebuje być zahartowana na mróz.

– Mróz pod równik dostępu nie znajdzie; a nieszczęście w życie każdej chwili wejść może. Pan sądzi, że ja nie potrafiłabym znieść nieszczęścia?

Podniosła na niego pytające oczy, pełne trwożnych niemal blasków.

Czercza uczynił taki ruch, jak gdyby chciał sobie uszy zatkać.

Jak wonny dym tylko z pachnących substancji, tak ten rodzaj tęsknoty, który ogarnął Alę, mógł powstać jedynie z serca przepojonego szczęściem teraźniejszości.

O! co za rozkosz iść tak krokiem młodości i zdrowia przez ten świat cały różowy i złoty i na tym świecie mieć kogoś, kogo się tak kocha!

On!... Oni... Adam... Jej Adam!...

W tej chwili było jej prawie wszystko jedno, czy on jest przy niej, czy nie, dość, że jest!

Potęgą swojej błogiej tęsknoty przerzucała się w ów punkt niewiadomy, gdzie ten kochany żył teraz, czuł, myślał i tę samotnię, którą dobrowolnie się otoczył, zaludniał wizjami swych natchnień.

Mówiła sobie, że i on musi być szczęśliwy w tej chwili, że oczy jego piją piękno, którego poszedł szukać, a duch buja swobodnie, nieskrępowany żadnym, choćby najmilszym obowiązkiem życia, tak właśnie, jak tego pragnął i jak mu widocznie było potrzeba.

Miłość Ali była tak wielka, ufna i bezmiernie ofiarna, że pogody jej nie zmącił nawet cień samolubnej chęci współuczestnictwa.

Zresztą, przecież tu wchodził w grę nie zwyczajny zjadacz pytlowca, lecz on... Adam Oldaniecki, wielki pisarz, chluba kraju, szafarz rajskiego chleba fantazji, którym karmił rzesze.

Ala rozumiała dobrze, o! stokroć lepiej, niż on to mógł nawet przypuścić, że szczęście artysty w jego momentach twórczych jest czymś zupełnie różnym od szczęścia człowieka; że stoi poza obrębem wszystkich ziemskich związków i ukochań.

Nie próbowała nigdy wdzierać się w to zaklęte koło, spoza którego on wracał do niej czasem chmurny, wyczerpany, bezradny jak dziecko małe, pieszczoty i starań potrzebujące, czasem podniecony, z błyskawicami w oczach jak młody bóg.

Dość jej było piastować kwiat jego sławy, który on z uśmiechem miłości w jej dłonie składał.

Dość jej było!

I teraz także, goniąc za nim i odnajdując go myślą szczęśliwym bez niej, nie doznawała żadnego żalu, lecz wyobrażała sobie, że sama z dobrej woli przystanęła tak daleko, aby mu się lepiej przypatrzyć...

Och! jak ona go kochała!... jak ona go ogromnie kochała!

I jej czyste serce wzbierało niewinną dumą tej miłości, bo czuła, że kochać w ten sposób nie każdemu było dane.

Spojrzała w niebo z dziękczynnym porywem dziecka.

– Jaki Bóg dobry! – szepnęła – jaki Bóg dobry i jaka ja szczęśliwa!

Był to chyba najbielszy gołąb wdzięczności ludzkiej, jaki kiedykolwiek uleciał do Stwórcy z tego miejskiego bruku, nad którym zwykle unoszą się tylko czarne ptaki skarg, przekleństw, zbrodniczych pożądań nędzy i występku.

A potem myśl jej pobiegła w przyszłość tak bliską, że mogła się zdawać nadchodzącą teraźniejszością...

Pisał, że się nie odezwie przez pewien czas...

Jak to długo może trwać ten „pewien czas”? Miesiąc?...

Chyba nie... może trzy tygodnie... może dziesięć dni...

A może już ten tydzień niecały wydał mu się pewnym czasem?...

Znała przecież jego nierówne, tak łatwo z jednej ostateczności w drogą przerzucające się usposobienie.

Więc może... w domu zastanie list! Kto wie?... Kto wie?...

Mimo woli przyśpieszyła kroku.

A jeśli w tym liście napisze jej: „Przyjedź”?

Raz, wiosną jeszcze, gdy rozmawiali o tej jego zamierzonej podróży, napomknął coś w tym rodzaju. Powiedział: „Jak mi będzie źle samemu, to zakwilę po moją ptaszynę. Przyfruniesz?”.

Oj! jakby przyfrunęła!... jakby przyfrunęła!... Zda się, jak stoi w tej chwili, leciałaby w tę dal różową, bez wytchnienia dniem i nocą... Nie jeść, nie spać, byle prędzej w te kochane ramiona upaść i w nich dopiero odpocząć!...

Na samą tę myśl już coś ją z ziemi podrywa... Słyszy uderzenia własnego serca i biała jej twarz płonie rozkoszą tego przypuszczenia, tak prawie, jak ta łuna zachodnia.

Że też jej to wcześniej do głowy nie przyszło... Przecież to takie możliwe... Prawda, czarodziejskie jak sen z bajki, jak skarby zaklęte w jaskiniach, a zarazem zupełnie możliwe... Boże! Boże! czym ona sobie zasłużyła, żeby podobne możliwości istniały dla niej na świecie!

I znowu fala dziękczynienia niesie jej myśl w górę.

– Jaki Bóg dobry! – szepce znowu. – Jaka ja szczęśliwa!

Z charkotem, sykiem i miauczeniem sygnału wpada w ulicę od strony Marszałkowskiej samochód i gna ku Alejom.

Palacz ma minę człowieka przygotowanego na wszystko; za nim siedzi para: mocno już niemłody mężczyzna i strojna kobieta z twarzą znudzoną i z lekka podmalowaną.

Przelatując koło Ali, spoglądają na nią w ten bezwiednie lekceważący sposób, jakiego ci, którzy jeżdżą w Warszawie samochodami nie pozbyli się jeszcze w stosunku do bliźnich uprawiających pieszą i końską lokomocję.

Ale odczuwa dla nich jakąś smętną litość: Biedni ludzie! Oni pewno nie mają w duszy takiego święta!

Samochód tymczasem przejechał tylko jednego psa, drugi szczęśliwie umknął i popędził dalej.

Ala, mijając te psy, uśmiechała się do ich swawoli. Teraz idzie dalej i nie wie, że poza jej plecami, na bruku, z jednego z nich została tylko krwawa, bezkształtna masa. Biedne zwierzę, tak je dokładnie przejechano, że nawet nie zdążyło zaskowyczeć.

Ha! życie psie czy ludzkie miewa czasem dziwnie stanowcze momenty...

Lecz brutalne wtargnięcie samochodu wyrwało Alę z tego kręgu marzeń, w jakim szła na różową światłość zapatrzona.

Gdyby nie to, byłaby minęła lub zdeptała leżącą na chodniku tuż u jej stóp kopertę.

Teraz ją spostrzegła i machinalnie schyliła się, aby podnieść.

Koperta była ciemnobłękitna, matowa, ze sztywnego, angielskiego papieru, o delikatnych białych brzeżkach, zaklejona marką na zagranicę w miejscu monogramu. Wydzielał się z niej nadzwyczaj subtelny zapach, niemający nic wspólnego z banalną wonią saszetów.

Było to raczej jakby nasiąknięcie atmosferą ogólnej wytworności, właściwą przedmiotom, z którymi miały do czynienia jakieś bardzo delikatne, wyrafinowane ręce.

Ręce te musiały ją upuścić, niosąc na pocztę.

– Wrzucę do skrzynki – pomyślała Ala – może jaki ważny list.

Tym samym machinalnym ruchem, jakim podniosła kopertę, odwróciła ją stroną adresu.

Żaden muskuł nie drgnął w jej ręku; spełniła tę drobną czynność, jak tysiące podobnych, a przecież – to była karta jej własnego przeznaczenia, którą odwracała w tej chwili.

Na pierwszy rzut oka uderzyła ją oryginalność napisu.

Adres skreślony był białym atramentem; litery były bujne, ostre i na ciemnobłękitnym tle papieru sprawiające wrażenie sztychu.

Litery te wiązały się w szeregi następujących wyrazów:

Italie,

via Naples,

Monsieur

Adam Oldaniecki

Sorento

villa Rosa di Monte.

Ala odczytała adres i nieruchoma, z rozszerzonymi oczyma, w których nagle wszystkie blaski zgasły, patrzyła na ten gruby kwadracik papieru leciuchno uginający się w jej palcach.

Patrzyła, nie mogąc zebrać myśli.

Rozumiała tylko, że jest w jakiś nieznany jej dotąd, nadzwyczajny sposób, zdziwiona.

W tym zdziwieniu coś się czaiło... coś kryło... coś – strasznego; jak zbierający się do skoku dziki zwierz, którego sapanie wylęknione ucho łowi w głębi mrocznej jaskini.

Przede wszystkim jednak treścią tego wrażenia był szalony, aż do bólu przejmujący chłód pod czaszką; mistyczny chłód, jaki ogarnia nas wobec zjawisk świata nadprzyrodzonego.

Nigdy dotychczas w kryształowej duszy Ali nie postał nawet cień przypuszczenia, żeby jej mąż mógł skłamać przed nią.

Miejsce jego pobytu miało być nieznane nikomu – tak pisał – i to dla niej było prawdą tak niezbitą jak jej własne istnienie.

Więc też ta dokładna wskazówka, ścieląca jej się pod stopy na tym miejskim chodniku i to w chwili, gdy całym jestestwem biegła w przestrzeń, szukając tam tego ubóstwianego męża, wydała jej się jakby cudem zesłaną odpowiedzią na nieme pytania jej duszy.

Trwało to przecież tylko jedno mgnienie oka: było raczej jakby wionięciem niesformułowanej myśli niż myślą samą.

I jak oddech ze stali, tak to wrażenie dziecinne zsunęło się z rzeczywistości, pozostawiając ją nagą, twardą, zdolną zabijać jak stal.

Rzeczywistość ta mówiła:

Ty, żona, przed chwilą jeszcze nie wiedziałaś, gdzie się twój mąż znajduje. Nie wiedziałaś z własnej jego woli. Choćby ci się serce rozpękło z tęsknoty, nie mogłabyś go przyzwać do siebie, choćby cię ścigało największe niebezpieczeństwo, nie mogłabyś się schronić do niego.

Ale jest ktoś, ktoś tu, w tym samym mieście, w którym ty żyjesz, ktoś, co przed niedawną chwilą szedł tą samą ulicą, którą ty idziesz i ten ktoś... wie!

Dla ciebie, on, twoje szczęście, twoje wszystko błądzi gdzieś po świecie: dziś tu, jutro tam, ale dlatego kogoś znajduje się w Sorrento, w willi Rosa di Monte.

Co to znaczy?

Boże miłosierny! Co to znaczy?

I cała jej istota: mózg, krew, serce krzyczało tym jednym rozpaczliwym pytaniem: Co to znaczy?

Gardło miała zesznurowane i krzyk ten, nie mogąc się przez nie wydobyć, tamował jej oddech; pod czaszką zamiast chłodu czuła teraz wrzenie rozsadzające jej tętna i zalewające oczy białą żarową mgłą.

Stała jak wrośnięta w asfalt, rozglądając się przez tę mgłę po pustej ulicy, po niebie błękitnym, w które przed chwilą leciał jej hymn dziękczynny i po różowej dali, w której tonęła roztęsknioną bezgranicznie duszą.

Co to znaczy?

Och! odpowiedzcie: Ziemio! niebo! przestrzenie! przez litość – odpowiedzcie!

Koperta wypadła jej z ręki i stuknęła sucho o chodnik.

To ją oprzytomniło.

Tu znajdzie odpowiedź. Tu!... tu...

Porwała z ziemi kopertę, ale nieprzezwyciężony wstręt sparaliżował jej palce szarpiące już białe, silnie sklejone brzeżki.

Ala posiadała prawość charakteru wyjątkową. Po prostu nie była zdolną do różnych drobnych nadużyć lekceważonych zwykle przez kobiety.

Na myśl otwarcia cudzego listu doznawała jakiegoś fizycznego wzdrygnięcia, jak przed spełnieniem okrucieństwa na bezbronnym zwierzęciu.

A teraz, do tej odrazy zbuntowanej natury, dołączał się jeszcze instynktowny lęk tego, co w tym liście wyczytać mogła.

Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, czego się właściwie obawia.

To, żeby ten list był dowodem pospolitej małżeńskiej zdrady, nie przyszło jej nawet do głowy.

Była na to za wierząca, za nieskazitelnie czysta sama.

Odgadła natychmiast, że list pochodził od kobiety: jakiż mężczyzna pisałby białym atramentem? Ale to jeszcze nie dowodziło niczego.

Adam Oldaniecki, jako człowiek sławny na cały kraj, miał bardzo rozległe listowne stosunki.

Pisywały do niego i kobiety: koleżanki po piórze, tłumaczki, prosząc o upoważnienie na przekłady jego powieści, wreszcie wielbicielki spragnione autografów.

Ręka, która skreśliła ten dziwny biały adres, mogła należeć do jednej z nich.

W innych okolicznościach Ala byłaby po prostu wrzuciła kopertę do skrzynki, roześmiawszy się z zabawnego trafu, który kazał jej znajdować na ulicy listy pod adresem męża.

Lecz tu było coś innego; w tym tkwiła jakaś straszna, nie do pojęcia tajemnica.

Skąd ta obca kobieta mogła wiedzieć, gdzie się znajduje człowiek, który nawet dla własnej ukochanej żony, pragnął pozostać w ukryciu?

Może ktoś znajomy zobaczył go w Sorrento i doniósł tamtej?

Ale – dlaczego?

A jeśli to on sam – Adam – to stokroć bardziej – dlaczego?

Wyobraźnia jej zawirowała chaosem najdzikszych przypuszczeń.

Żadne jej nie zaspokajało; wszystkie budziły szaloną, bezbrzeżną trwogę...

Ta błękitna sztywna koperta parzyła jej palce, wyłamywała je jak stufuntowy ciężar.

Ala potrzebowała całego wysiłku woli, aby jej nie upuścić znowu, nie cisnąć daleko od siebie jak jadowitą żmiję.

Gdyby nawet... gdyby nawet – przezwyciężywszy wstręt, rozerwała ją – co będzie, jeżeli wyczyta coś takiego, co zmiażdży ją od razu, pozbawi zmysłów tu, na środku ulicy?

Obudziło się w niej teraz namiętne, wszystko inne przygłuszające, pragnienie znalezienia się co prędzej pod dachem.

Do domu! Do domu!

Obejrzała się za dorożką, chociaż stąd do siebie miała już niedaleko, ale chodziło jej o kopertę. Byle uwolnić się od niej, położyć na siedzeniu, nie dotykać!

Dorożki nie było.

Natomiast w oddaleniu zamajaczyła jej szybko poruszająca się ludzka sylwetka.

Ali błysnęła myśl, że może tamta spostrzegła swą zgubę i wraca szukać jej i że się spotkają oko w oko...

Wtedy... o wtedy... spytałaby ją... musiała by spytać!...

To przypuszczenie tak ją przeraziło, że pędem przebiegła kilkanaście kroków, dzielących ją od Kruczej i rzuciła się w bok, biegnąc w stronę swego mieszkania.

Szybki ruch i zmęczenie poczęły oddziaływać na nią kojąco i nadawać inny zwrot jej myślom.

Nagle olśniła ją nadzieja, że w domu zastanie list.

Wszak prawie spodziewała się tego przed znalezieniem tej fatalnej koperty.

Namiętnie uczepiła się tej myśli, roztrząsając ją w sobie; nie pojmując, że od razu na nią nie wpadła.

Boże! jaka ona dziwna!

Tak zaraz stracić wszelką zdolność logicznego rozumowania...

Przecież to jasne.

Adam zmienił zamiary, osiadł w Sorrento i stamtąd napisał do niej list.

Jednocześnie mógł napisać kilka innych; a więc i... do tamtej.

Oba listy przyszły jednocześnie do Warszawy, tylko ona, wyszedłszy od tylu godzin z domu, nie mogła swojego odebrać.

A tamta odebrała i odpisała zaraz. Naturalnie, interes musiał być ważny, niecierpiący zwłoki, więc odpisała zaraz.

Tak... tak: rzecz rozwiązywała się sama przez się.

Podniosła rękę do oczu i przetarła je, jakby budząc się ze snu ciężkiego.

Nie zwolniła jednak kroku, gnana palącym pośpiechem, z ustami na wpół otwartymi i tak dziwnym wyrazem twarzy, że nieliczni przechodnie, których ta spotykała, oglądali się za nią.

Nie mogła się zdobyć na to, aby wsunąć do kieszeni kopertę, której widok szarpał jej nerwy. Niosła ją z daleka od siebie w dwóch palcach, ostrożnie, niby złośliwy owad, mogący lada chwila wysunąć żądło.

Skręciła w Żurawią i wbiegła na schody bez tchu prawie.

Gdy przycisnęła gazik elektrycznego dzwonka, musiała oprzeć się o drzwi, żeby nie upaść.

Otworzyła jej młodsza; lokaj odprawiony był na letnie miesiące.

Ala spojrzała w przystojną twarz dziewczyny i wydało jej się, że na tych zdrowych, usłużnym uśmiechem rozjaśnionych ustach, zawisł dla niej wyrok.

– Jest list do mnie? – wyrzekła urywanym głosem.

– Jest, proszę pani.

– Ach!... Gdzie?

– Mnie nie było, jak przynieśli. Kucharka położyła w sypialnym pokoju.

Ala nie miała już żadnej wątpliwości. Rano, nim wyszła, oddano jej list ze wsi, od matki, a prócz męża i rodziny rzadko kto do niej pisywał. Teraz zwłaszcza gdy wszystkie towarzyskie stosunki były zawieszone, a ona sama tylko przejazdem w Warszawie.

Ruchem nieopisanej ulgi położyła rękę na dyszącej gwałtownie piersi.

– Ojej, proszę pani. Że też pani taka zmęczona! – zauważyła młodsza. – Może zaraz rozebrać?

– Nie, nie! Zostań.

Z żywością wstrzymała chcącą iść za nią dziewczynę i wbiegła do wnętrza.

Mieszkanie miało bezduszny, łysy, przykry wygląd ugorujących latem pokojów: meble w pokrowcach, pozasuwane najdalej od światła, posadzki bez dywanów, drzwi, okna bez portier i firanek; lustra, obrazy, żyrandole opięte muślinami, puste żardinierki i stoliczki.

Tylko w wielkim kwadratowym gabinecie Oldanieckiego ściany wybite suknem mchowego koloru zaludnione były rzędami bibliotecznych szaf w stylu secesyjnym z woskowanego orzecha z bladozieloną inkrustacją stylizowanych dębowych liści.

Majaczące przez szyby grzbiety książek zdawały się wieść pomiędzy sobą, złoconymi usty swych tytułów, niemą gawędę wielojęzycznej myśli ludzkiej.

W górze brązowe biusty genialnych pisarzy wieńczyły zaklętą w drukowane słowa treść własnych istnień.

Pośrodku stało biurko; prawdziwy ołtarz tej świątyni ducha: ogromne, wspaniałe, w tym samym co szafy stylu, z równianką liści sławy biegnącą dokoła drewnianego obramowania blatu, zarzucone nieładem papierów, broszur, książek podręcznych, pism z nieporozrywanymi opaskami i artystycznych przyborów pisarskich.

Wszystko leżało tak jak pozostawił Oldaniecki po raz ostatni przed wyjazdem wstając od tego biurka.

Nawet podwójna ruchoma lampa, arcydzieło brązowniczej sztuki, miała skośnie nastawione jedwabne zielone umbrelki na swych matowych globusach.

W półokrągłym karle zdawał się drzemać znużony ruch ręki, które je odstawiła.

Ala, chcąc się dostać do swojej sypialni, musiała przechodzić przez ten pokój.

Na środku zawahała się chwilę, po czym szybko podeszła do biurka i otwierając palce szeroko, upuściła błękitną kopertę tuż u stóp pompejańskiego posążka przedstawiającego bóstwo Okazji, z twarzą zakrytą oksydowaną na zielono masą włosów.

Wbiegła wreszcie do siebie, zamykając za sobą drzwi, lecz nie od razu list znalazła.

Służąca wsunęła go pod kryształową szkatułkę do drobiazgów, stojącą na toalecie tak że tylko rożek silnie glansowanego żółtego papieru wystawał.

Ala słyszała wyraźnie uderzenia własnego serca, gdy drżące jej palce wyszarpywały list spod przyciskającego go cacka.

Rzuciła okiem i – zdrętwiała.

Była to, miejską pocztą przysłana, firmowa koperta zawierająca anons świeżo otwartej chemicznej pralni polecającej się względom publiczności.

Młoda kobieta otworzyła zbielałe nagle usta, ale żaden dźwięk z nich nie wypadł.

Wydało jej się, że jakaś żelazna dłoń chwyta ją z tyłu za głowę i gnie ku ziemi.

Instynktownie wyciągnęła przed siebie ręce, jakby odpychając, ujrzane raptem widmo i z wolna, w milczeniu osunęła się na klęczki.

Życie – ta dzika bestia, biegnąca dotychczas przed nią wdzięcznie jak oswojone jagnię – odwróciło się, po raz pierwszy pokazując jej swoje kły i pazury.