W godzinie próby - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 299 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W godzinie próby - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W godzinie próby - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka W godzinie próby - Natalia Korwin-Szymanowska






Spis treści

  1. W godzinie próby
  2. Rozdział I
  3. Rozdział II
  4. Rozdział III
  5. Rozdział IV
  6. Rozdział V
  7. Rozdział VI
  8. Rozdział VII
  9. Roma
  10. Rozdział I
  11. Rozdział II
  12. Rozdział III
  13. Rozdział IV
  14. Rozdział V
  15. Rozdział VI
  16. Rozdział VII
  17. Rozdział VIII
  18. Rozdział IX
  19. Rozdział X
  20. Dziwak
  21. Rozdział I
  22. Rozdział II
  23. Rozdział III
  24. Rozdział IV
  25. Rozdział V
  26. Rozdział VI
  27. Rozdział VII
  28. Rozdział VIII
  29. Rozdział IX
  30. Rozdział X
  31. KOLOFON

W godzinie próby


Rozdział I

Zatrzymaj się chwilkę. Przywołam dorożkę.

– Och, nie! Wolę stokroć iść piechotą.

– A nie lękasz się ulicy? Jest dziś trochę burzliwa i niespokojna.

– Z tobą niczego się nie boję. Zresztą, możliwość niebezpieczeństwa podnieca mnie i upaja. Jak wino stare, krew mi porusza i żywiej krążyć jej każe.

– No, no, Tola, ostrożnie! Nie radzę rzeczy podobnych powtarzać w domu.

Spojrzeli sobie w oczy i roześmieli się oboje.

– Pas de danger – zapewniła z komiczną powagą.

Wychodzili w tej chwili z bramy, olbrzymiej, nowej kamienicy, wzniesionej świeżo za rogiem Hożej. Młody człowiek zatrzymał się, mierząc badawczym wzrokiem wspaniałą linię ulicy Marszałkowskiej. Smutna była i ponura. Ku rogatkom świeciła wprost pustkami. Ciężkie, rusztowaniami otoczone, mury kościoła Zbawiciela, zlewały się szarą swą barwą z ogólnym tłem perspektywy. Na szczycie wież tylko, dźwigniony wysoko, hen, ku niebiosom, przyciągał oczy błyszczący krzyż złoty. Promienne godło wiary, a może symbol tych krzyżów srogich, jakie naród dźwigał od dawna.

Myśl ta przebiegła błyskawicą przez umysł dziewczęcia.

– Na tle posępnym, krzyż tylko jaśnieje! – rzuciła smutnie.

– Nie patrz ku obłokom, lecz na ziemię, a przekonasz się, że i bagnety błyszczą urągliwie...

Liczny patrol, zbrojny jak na wojnie, mijał ich w tej chwili. Żołnierze, rozstawieni o kilka kroków jeden od drugiego, szli długim szeregiem, po obu stronach ulicy, z karabinami w ręku i palcem na cynglu, mierząc badawczym, podejrzliwym wzrokiem przechodniów. Zdawało się, że śledzą i tropią kogoś, że węsząc jakąś upragnioną zdobycz, gotowi są uważać każdego za zbrodniarza, któremu mają prawo wymierzyć natychmiastową karę.

Pod wrogim, urągliwym ich spojrzeniem, Tola przygarnęła się silniej do opiekuńczego ramienia brata. Nie cofała się przed zimnym błyskiem gotowych do ciosu bagnetów, nie przerażały jej kule mauzerowskich karabinów; wobec jednak nacisku tych śledczych oczu, cała wewnętrzna jej istota kurczyła się z odrazy.

Henryk, pojąwszy uczucie to, mocniej do siebie ją przyciągnął.

We względną ciszę ulicy padł nagły krzyk:

– Dodatek nadzwycza-a-ajny!

I maleńkie, bose chłopię, przewinąwszy się nieledwie pod ostrzem karabinów, pędziło dalej, wołając cienkim, przenikliwym głosem

– Dodatek nadzwycza-a-ajny!

– Nie Izia! – huknął, idący na czele patrolu oficer, a najbliższa kolba podniosła się równocześnie na maleństwo, które zmiażdżyłaby może. Drobne wszakże jego ciało prześlizgnęło się i najmłodszy ten okaz nędzy warszawskiej był już daleko, unosząc w dziecięcej dłoni garść świstków, za których cenę cała jego rodzina chleb pewno dostać miała.

– Dodatek nadzwycza-a-ajny! – rozległo się wołanie dziecka, w przyzwoitym od patrolu oddaleniu.

Nie goniono go tym razem, uważając zapewne za zbyt błahą zdobycz.

– Cóż za odwaga w takim chłopięciu, w takiej drobinie ludzkiej – podjęła z podziwem Tola.

– Daje przykład wszystkim tym, którzy na sztandarze swym wypisali tchórzowskie hasło. P. P. M.

– Co to znaczy?

– „Partia pierzynowo-mieszkaniowa”.

Panienka roześmiała się, po czym, zatrzymując się na sekundę, dodała:

– Teraz na mnie kolej powiedzieć: No, no, Heniu, ostrożnie! Nie radzę rzeczy podobnych powtarzać w domu.

Spojrzeli sobie ponownie w oczy i znów roześmieli się oboje. Roześmieli ustami tylko, bo na dnie samym źrenic i duszy zdawały się czaić wstyd i smutek zarazem.

Patrol był już daleko, a choć nadjeżdżał drugi, konny, młoda para, oswojona widocznie z tym widokiem, nie zwracała na niego uwagi. Marszałkowska dziwnie była pusta. Ostre przesilenie strajkowe minęło wprawdzie, lecz miasto robiło jeszcze tak martwe wrażenie, jak gdyby ruch jego został sparaliżowany, a życie zamarło poniekąd. Nerw kupczący, nerw kramarski, zanikał chwilowo, wobec prądów potężnych, które, jak wicher halny, jak burza piorunna, przebiegły nad miastem, porwawszy zaś ducha jego, zwróciły go ku innym, mniej poziomym celom. Na ulicach nie widać było, mknącej na gumach, „złotej” młodzieży; mniej również kręciło się szykownych laleczek, o ptasich móżdżkach, skrywanych starannie pod kunsztowną fryzurą i modnym kapeluszem, zdobnym w wielkie, rozwiewne pióra.

Część tych cennych „ozdób stworzenia” opuściła, z nudów i ze strachu, wesołą niegdyś Warszawę. Z posępnych zaś, zbiedzonych jej murów, wypełzły w zamian na światło dzienne: nędza, występek i zbrodnia.

Stolica Królestwa była, w danej epoce i długo jeszcze potem, ogniskiem kontrastów. Najgorętszy bowiem patriotyzm, najszczytniejsze zaparcie się siebie, ofiarność i poświęcenie, ocierały się tu, w dzień biały, o ową wypełzłą z ciemni, nędzę i występek, a ścierały się z podstępną agitacją, płatnym podburzaniem tłumu i szpiegostwem, lub z czystym i niewinnym, lecz skrajnym a zaciekłym fanatyzmem partyjnym.

Ołowiane, zachmurzone niebo, rzucało beznadziejnie szare światło na śnieg zbrukany, ściekający strugami wody, na ciemne mury kamienic i pustkę zabłoconych ulic, po których sunęły gęsto patrole, o szarych również szynelach i zimnym blasku bagnetów.

Na tle tej istnej symfonii szarzyzny, uwieńczonej obrazem brutalnej wojennej siły i przemocy, zbrojnej w śmiercionośne narzędzia, rysowała się dodatnio młodzieńcza para, którą spokój i ruchy wykwintne tak odcinały od ulicznego proletariatu, iż patrole nie zatrzymywały jej nawet. Zwróciło to wreszcie uwagę Toli.

– Patrz, Heniu, dlaczego rewidują innych przechodniów, a nam pozwalają przejść spokojnie?

– Bo świat jest podły do gruntu. I tu człowiek dobrze ubrany mniej znosi przykrości od nędzarza. Twoje ładne futerko chroni nas widocznie od podejrzeń o anarchizm.

– A czemu ty zdjąłeś mundur uniwersytecki? Tak cię w nim lubiłam.

– Zamieniłem go na strój cywilny dla niedrażnienia ojca i na wyraźne jego żądanie. Właściwie, nie miałem prawa do noszenia munduru. Wszak studia skończyłem, a pisałem już tylko rozprawę doktoryzacyjną. Ojciec dowodził, że, za czapkę z lampasem i kołnierz niebieski, gotowi mnie aresztować, przy pierwszym zbiegowisku ulicznym, co dziś, gdy mieszkam u rodziców, mogłoby narazić ich na rewizję i dalsze nieprzyjemności.

– O ciebie nie szło mu wcale?

– No, rzecz prosta, skoro w grę wchodził ich spokój i możność zakłócenia go, lub cień niebezpieczeństwa. Nie upierałem się też, rezerwując własną wolę dla spraw ważniejszych.

Skręcili w ulicę Królewską. Od kraty żelaznej, okalającej ogród Saski, oderwał się dzieciak biedny, brnący, bosymi nogami, po rozmiękłym śniegu. Drżący, zsiniały od zimna, wysunął spod podartego kaftana, ukrywany starannie, numer humorystycznego pisma.

– „Mucha” polityczna! – proponował z cicha, błagalnym głosem.

– Numer ostatni, skonfiskowany – zachęcał trzęsącymi się wargami, rzucając dokoła trwożliwe spojrzenia.

Oczy pięknej, dostatnio ubranej panny, padły na dziury w ubraniu dziecka, przeświecające nagim, żadną bielizną nie okrytym ciałem.

– Heniu, on, na to przenikliwe zimno, nie ma koszuli nawet! – rzuciła bratu.

Serce jej młode, gorące, zalała w tej chwili taka fala współczucia, iż, bez względu na oddział przejeżdżających kozaków, przystanęła, zapytując chłopca:

– Ile masz lat?

– Osiem. Ojciec aresztowany, matka chora... Na ulicach pusto, tak ciężko pismo sprzedać... – skarżył się żałośnie, a łzy, nieudany płacz zawodowego żebraka, lecz grube łzy dojmującej niedoli, łzy głodu może, skręcającego trzewia, spływały po ziemistej, wynędzniałej jego twarzyczce.

Dziewczę sięgnęło impulsywnie po pieniądze, lecz, namyśliwszy się, cofnęło datek dorywczy, który niewiele tu mógł pomóc.

– Choć za nami, tutaj, blisko, na ulicę Mazowiecką. Dostaniesz obiad gorący i jakie cieplejsze ubranie.

– Wolę co dla matki, proszę pani. Już dawno chora, a w domu taka bieda – prosił żałośnie.

– Dobrze. Zobaczymy, może zaniesiesz cokolwiek i dla niej.

Ruszyli naprzód. Malec, jak cień wierny, postępował za nimi.

W chwilę później, zadzwoniwszy na pierwsze piętro, znaleźli się w przedpokoju obszernego, wygodnie urządzonego lokalu.

Przyjęła ich radośnie dama wysoka, lat średnich, starannie ubrana, o sympatycznych rysach, noszących jeszcze ślady niedawno minionej piękności.

Jedną ręką przyciągnęła do siebie dziewczę, drugą wysunęła ku synowi, a całując ich po kolei, mówiła z nieukrywanym wzruszeniem:

– Dzięki Bogu, że już jesteście. Tak się o was bałam, tak drżałam od godziny!... Tyle wojska na ulicach... o nieszczęście dziś nie trudno. Przygarnęła jedno i drugie do piersi, po czym zawołała żywo:

– Adachna! Adachna! Dzieci przyszły!

W drzwiach, prowadzących do dalszych pokojów, ukazał się pan, średniego wzrostu, silnie zbudowany, o policzkach mocno zarumienionych i krótkim karku apoplektyka. Sumiaste wąsy i pionowa zmarszczka między krzaczastymi brwiami, nadawały mu wyraz marsowy; czarne, migotliwe oczy znamionowały łatwo unoszącego się impetyka.

– To prawda, że „dzieci” – przyznał, ze źle hamowanym gniewem. – Ludzie dorośli okazaliby pewno więcej rozsądku i, niesłychaną swą lekkomyślnością, nie zakłócaliby nam spokoju.

Tola, oswobodzona już z żakietki, wysmukła, urocza, w swej cudnej krasie 17-stu wiosen, zawisła mu w tej chwili u ramienia, a nadstawiając aksamitny policzek, prosiła pieszczotliwie.

– Ojczulku, nie gniewać się już na nas, nie gniewać... Henio przyszedł po mnie, a pod jego opieką nic mi się stać nie mogło.

– A któż się Heniem opiekował? Patrol, czy policja? – rzucił zgryźliwie. – Żebyś wiedziała, że to ostatni spacer. O żadnych kursach, wykładach, czy lekcjach, wiedzieć nie chcę. Dosyć tych uczonych błazeństw! Piękne one czasy sprowadziły.

– Ależ, tateńku!...

– Dosyć, mówię. Wy sobie przechadzki urządzacie, bo komu pstro w głowie, dla tego podobne zamieszki to widowisko, teatr... Szukacie wrażeń, bawi was to pewno. A tu matka tymczasem, strwożona, chodzi od okna do okna i spokój mi zakłóca.

– Adachna! – przerwała pani domu, chcąc zwrócił myśl męża na właściwe jej tory – Adachna, skoro już przyszli, każę dawać obiad, bo pieczyste się wysuszy.

Obrócił się ku żonie, jak na sprężynach.

– Jak to, jeszcze nie powiedziałaś? Waza powinna być już na stole. W tym domu wszystko się rozprzęga i z karbów wychodzi.

Śliczne dziewczę, niewytrącone z równowagi złym humorem ojca, klasnęło w ręce wesoło.

– Moja słodka mamo, przyprowadziłam ci stołownika na obiad.

Sumiaste, na czarno podmalowane, wąsy pana Mareckiego nastroszyły się tak, iż urosły do wymiaru dwóch mioteł.

– Stołownika? Co to znaczy?

Tola, za całą odpowiedź, otworzyła już drzwi, przywołując skinieniem zbiedzonego roznosiciela, zostawionego na schodach.

Na widok małego, półnagiego obdartusa w „Adachnie” krew się zagotowała.

Chłopię zaś, onieśmielone wspaniałym mieszkaniem i widokiem tylu osób, sięgnęło za podarty kaftan, a wyciągając, ukryty na piersiach arkusz, uważany za swoją legitymację i rację bytu, proponowało płaczliwie:

– „Mucha” polityczna! Numer ostatni, skonfiskowany!

To już dolało oliwy do ognia.

– Co? I wy mi tu sprowadzacie takiego ananasa? Chcecie, żeby rewizja za nim przyszła?

– Pobrudzi posadzki – jęknęła pani Martyna.

– Skądże zaraz rewizja– perswadował Henryk. – Prowadziliśmy go jawnie, w biały dzień, ze sobą i nikt nam żadnych nie czynił w tym przeszkód.

– Bo może chciano was wciągnąć w zasadzkę. Zresztą, wolno ci być lekkomyślnym, ale nie wolno narażać rodziców. Ja ze wsi uciekłem; rzuciłem na łaskę losu: Marecką Wolę, Filipki i Michałki, byle zdobyć, nie dla mnie, bo o siebie nie dbam, lecz dla matki, trochę spokoju i bezpieczeństwa. Tymczasem, nie dość, że w Warszawie trafiam na awantury i rewolucję, ale jeszcze własne dzieci chcą, lekkomyślnością swą, nieszczęście na nas sprowadzić.

Młodemu człowiekowi oczy zapałały. Na usta cisnęła mu się widocznie ostra, porywcza odpowiedź. Grom jednak, jaki przebiegł błyskawicą, między spojrzeniem ojca i syna, został zneutralizowany, jakby przez czuły piorunochron, przez dwie ręce kobiece. Jedna z nich, dłoń matki, spoczęła z pieszczotą i przestrogą na ramieniu Henryka, druga, dłoń Toli, zawisła błagalnie na szorstkim rękawie pana domu.

– Ojczulku, Tola na próg wchodzi, a ty się już gniewasz. I za co? Spojrzyj na to wynędzniałe biedactwo. Czyżbyś ty sam nie miał mi za złe, gdybym minęła je obojętnie?

– A więc weź i daj mu trzy grosze, ale mi, w tych czasach, obdartusów do domu nie ściągaj.

Dziewczę cofnęło się, opuszczając smutnie głowę na piersi. Młodzieńcze usta Henryka wykrzywił sardoniczny uśmiech.

Pani Martyna Marecka, wetknąwszy tymczasem chłopcu miedziaka w rękę, wyprawiła go już na schody. Zamknąwszy zaś własnoręcznie drzwi frontowe na wszelkie możliwe łańcuchy i zasuwy, przeszła za mężem i dziećmi do gabinetu.

– Nie drażnij ojca – szepnęła córce – wiesz jak mu to szkodzi.

Tola popatrzyła sceptycznie na silnie rozwiniętą, barczystą postać i czerwone policzki swego rodziciela.

A pani Martyna, prowadząc dalej swą rozjemczo-pokojową misję, mówiła słodko:

– Adachna, proszę cię, nie przejmuj się tak każdym drobiazgiem. Z twoją skłonnością do uderzeń krwi na głowę, to bardzo niebezpieczne. Oszczędzaj się, Adachna, ze względu na nas: na dzieci. Wszak znamy twoje szlachetne, ofiarne serce... Ot, i teraz, Ludwika przyszła już na obiad.

– Co? Jest ciocia? – porwało się dziewczę chyżo. – Chodź, Heniek, przywitamy ją.

Żywa jak iskra, już była przy drzwiach.

Krzaczaste brwi pana domu najeżyły się i ściągnęły groźnie.

– Tola! Ani kroku! – huknął z pasją. – Panna dorosła niby, a tak mało ma równowagi i taktu.

Widząc zaś pobladłe rysy dziewczęcia, zmiękł, ze zwykłą, szybką reakcją temperamentów wybuchowych, i dodał tonem perswazji:

– W życiu trzeba się kierować nie tylko ofiarnością i sercem szlachetnym, ale także rozsądkiem i równowagą, obowiązującą w naszej sferze. O ciotce, jako o bliskiej krewnej, pamiętamy. Dostaje rubla pensji miesięcznej, co stanowi przyzwoite wsparcie, i obiady w niedzielę. Można ją więc wspomagać; nie bronię, abyś jej coś, ze zużytej garderoby, czasem dała, ale lecieć do kredensu, gdzie jada, witać się z nią, to wstyd przed służbą po prostu i na takie wybryki ani ja, ani mama nie pozwolimy.

Piękne oczy Toli z beznadziejnym smutkiem zwróciły się ku bratu.

– Wazę podałam – meldowała na progu pokojowa.

– Nareszcie! – westchnął z ulgą „Adachna”. – Chodźcie! Jest pyszna starka i kawiorek, który sam przyprawiłem.


Rozdział II

Dni smutku i niedoli zasnuły czarnymi chmurami horyzont Warszawy.

Ruch wielkiego miasta, sparaliżowany obostrzeniami stanu wojennego, skrępowany i zduszony, zamierał nieledwie, szczególniej wieczorem, w miejscach publicznych i na ulicach. Życie za to wewnętrzne tym silniejszym biło tętnem, u ognisk rodzinnych.

Tu, w szczelnie zamkniętych czterech ścianach własnego gniazda, duch ludzki odżywał i stawał się sobą. Nabierał hartu i woli, czuł i myślał, roił i marzył o lepszej przyszłości, tworzył śmiałe projekty, snuł przędze różowych nadziei, lub płakał nad rozwianiem ich i żałobą, jaką zawierucha polityczna niosła dla wielu rodzin.

Odcięcie stolicy od świata i jego wiadomości, brak pism i groza unosząca się nad miastem, nadawała tym oazom moralnym i narodowym – o ile takimi być umiały – tym silniejszy urok, tym większe znaczenie.

Dom państwa Mareckich nie należał niestety do nich. Zbyt tam dbano o spokój, zbyt egoistycznie strzeżono własnego dobra i bezpieczeństwa, by się solidaryzować z troską innych lub uczuciami ogółu.

Po owej też, pysznej starce i kawiorze, po obfitym a wybrednym obiedzie, przy którym panowała atmosfera dręczącej nudy i marudzenia, Henryk, z porozumiewawczym spojrzeniem na siostrę, wysunął się do przedpokoju.

– Uciekasz? Pomimo tak spóźnionej godziny? – pytała, wyszedłszy za nim.

– Muszę. Udusiłbym się gdybym pozostał tu dłużej. Słyszałaś? Ojciec, „ze względu na służbę”, nie pozwala mówić o niczym. Takie tchórzostwo, w dzisiejszych czasach, nie już małodusznością, lecz po prostu śmiesznością swą zabić może. I tobie radzę w dobrej książce szukać ucieczki przed ogłupieniem.

– Idziesz do Czerskich?

– Tak.

– Zazdroszczę ci.

Młodzieńcze jego usta rozchyliły się w jasnym, szczerym uśmiechu.

– Przyjdzie to i na ciebie – mówił, całując siostrę. – A tymczasem, pamiętaj dotrzymać sekretu, bo byś mi piekło ściągnęła na głowę. Sam, w tych dniach jeszcze, sprawę tę ojcu przedstawię.

Za chwilę był już na dole, w kwadrans zaś później skręcał w cichą, wolną od patroli nawet, ulicę św. Barbary. Te kilka domów, otoczonych ogrodami, a odcinających się na tle drzew, wydało mu się upragnioną oazą szczęścia, środowiskiem podniosłych uczuć i szlachetnych myśli. Błękitne oczy Henryka Mareckiego zasnuła mgła rozrzewnienia; wydatne usta, pod zakręconym do góry, ciemnoblond wąsem, okolił łagodny, marzycielski uśmiech.

Wbiegł szybko, na trzecie piętro najbliższej kamienicy, i dwa razy dotknął dzwonka.

Jakby na znak umówiony, drzwi otworzyły się natychmiast. Gdy wszedł i zamknął je starannie, na środku oświetlonego przedpokoju czekała już na niego postać tak promienna, iż młody człowiek niezdolny był, wziętych w niewolę, oczu oderwać od niej.

Wzruszona tym hołdem, obie wyciągnęła dłonie.

On je ujął i, połączone, do ust tulił.

– Byłam pewna, że pan przyjdzie, a jednak, tak bałam się podobnej nieostrożności.

– Grad kul nie powstrzymałby mnie nawet! – zapewnił z rozkochanym spojrzeniem.

– To niedobrze. Ze względu na mnie... przez miłość dla mnie – dodała z cicha – należy się oszczędzać.

Ładna była z tymi pełnymi prostoty słowami na ustach. Ładna, jak uosobienie wiosny i dziewiczego wdzięku, jak wcielenie czystości i poezji, pierwszego, nieskalanego złą myślą uczucia. Jasne, głębokie jej źrenice, patrzyły z taką powagą i wiarą, z taką przesłodką mocą, w oczy narzeczonego, jak gdyby był on dla niej nie młodym, dorodnym mężczyzną, lecz abstrakcyjnym pojęciem miłości, które w nim ukochała, by piękną, wzniosłą tą ideą uwieńczyć wspólne ich życie.

Henryk westchnął. Rozumiał, iż uroczy ten kwiat ludzki, jak pąk róży, rozchyla ku życiu pierwsze swe listki, którym płomienne pocałunki słońca nadadzą dopiero gorętszą, właściwą im barwę. Tymczasem śnieżna ich białość czarowała go, mocą poezji swej i piękna.

– Stella! – wyszeptał... – Nie darmo dano pani to imię. Jasna, lecz daleka i nieuchwytna...

– Stella marina! jak mówi mój ojciec – uzupełniła żartobliwie – „Gwiazda morska”, broniąca żeglarzy od rozbicia.

– Może i mnie uchroni kiedy od niego.

Przeszli do maleńkiego saloniku, pełnego kwiatów i miękkich, jasnych mebli. Nie było tu bogactw, ani zbytku, lecz czuło się, w każdym szczególe, artystyczny smak ludzi wykształconych i staranną rękę wykwintnej, rozmiłowanej w pięknie kobiety. Ha tle tym, wysmukła, młodzieńcza postać Stelli, o delikatnie rzeźbionych rysach i cudnym owalu, o oczach głębokich, przejrzystych jak toń lazurowa, a kryjących się pod długie rzęsy i brwi bardzo ciemne, nabierała dopiero właściwego wyrazu i uroku. Włosy krucze, lśniące, spiętrzone całym swym bogactwem nad czołem klasycznym, wykutym z żywego alabastru, tworzyły z białością jego i szafirem źrenic kontrast przepyszny. Uzupełniały obraz ten usta drobne, różowe, o wyrazie niewinności dziecięcej i wielkiej słodyczy.

Henryk, zapatrzony w wargi jej, jakby wycięte subtelnie z bladego korala, pomyślał mimo woli, że gdy one kiedyś zakwitną purpurą, wtedy w dziewczęcej, czystej tej istocie zbudzą się zmysły i duszę jej odmienią.

Stella tymczasem, wysmukła i powiewna, w skromnej swej popielatej sukni, ozdobionej tylko wielkim, koronkowym kołnierzem, wiodła narzeczonego w jasny krąg lampy.

– Siadajmy – prosiła. – Ojciec kończy jakąś uczoną książkę, mamy więc pół godziny dla siebie wyłącznie.

I mądre, cudne jej oczy patrzyły, z nieukrywaną tkliwością, w urodziwe oblicze Henryka.

– Całe pół godziny. Czy pan to rozumie? Sprawy publiczne na potem, przy ojcu. A teraz mówmy o sobie.

– Mogę powiedzieć jedno tylko: że czekam dzień cały chwili, w której mi wolno przyjść tutaj; że żyję wspomnieniem jej i nadzieją, a kocham cię coraz silniej, coraz goręcej.

Jutrzenka rumieńca przepłynęła przez matowoblade rysy dziewczęcia, zapalając w toni jej źrenic blask radości. Słowa te gorące uszczęśliwiały ją: obawa jednak przed grzechem egoizmu kazała jej zaprotestować przeciwko ich brzmieniu.

– Panie Henryku, czy godzi się w chwili ogólnej troski i obawy o jutro, w chwili rozlewu krwi i żałoby, myśleć o mnie, myśleć o nas tylko?

Marecki poruszył się żywo.

– Wiem już, mistrzyni moja słodka, co chcesz powiedzieć, ale uprzedzam: tym razem nieugięty będę, w samowoli i nieposłuszeństwie. Wszak, nauczony przez was, dopóki możność tylko istniała, pracowałem dla sprawy ogólnej, dla dobra naszych współbraci, tych maluczkich i najmniejszych. Warsztaty rzemieślnicze, sutereny i facjaty Powiśla mogą świadczyć, iż organizowałem tam kółka, zwalczałem próżniactwo i opilstwo, uświadamiałem dusze, pogrążone w ciemnocie, nieciłem myśli i uczucia narodowe, niosłem, gdzie mogłem, oświaty kaganiec.

– Odwaga pańska i wytrwałość podziw w nas wszystkich budziła.

– Tobie ją zawdzięczałem, twemu jasnemu wpływowi, Stello! Gdy dziś jednak, wszelka społeczna i narodowa działalność przeciętą i zwichniętą została, przez pożar socjalistycznych wichrzeń, dzięki którym wojska miasto zalały, sądzę, że mam prawo, czas, marnowany na próżno, zużyć na pokierowanie własną przyszłością.

– Zupełnie słuszna uwaga. Zwichniętych istnień i tak będzie kraj miał do zbytku.

– A przyszłość moja, to ty, Stello. Bez ciebie nie ma jej dla mnie.

Wyciągnęła rękę, szepcząc wzruszona:

– Dziękuję panu.

On dłoń tę miękką ujął i w swoich zatrzymał, a patrząc w głąb jej źrenic promiennych prosił.

– Powiedz: dziękuję, Henryku. Chociaż wtedy, gdy sami jesteśmy, nie mroź mnie, Stello, tym ceremonialnym tytułem.

Spłoniona, powtórzyła z uśmiechem niewymownej słodyczy;

– Dziękuję, Henryku.

Mężczyzna dłoń jej do ust przycisnął.

– Rzuciłaś, ukochana, słowo trzeźwe a mądre. Zwichniętych istnień kraj będzie miał do zbytku. I dlatego Stello, dlatego, gwiazdo ty moja, trzeba od zatraty takiej naszą przyszłość ratować. Gdy przyrzekłaś dolę mą dzielić, gdy prosiłem ojca twego, aby mi skarb swój powierzył, postanowiliśmy razem, iż, o projektowanym naszym małżeństwie, zawiadomię rodziców dopiero po otrzymaniu dyplomu uniwersyteckiego, jako człowiek „skończony” i samodzielny.

– Myśl była ze wszech miar słuszną, a przy tym pozwalała mi dłużej w domu pozostać. Bo co oni tu zrobią beze mnie?

– Wiem, cudna moja, że cię obawa ta gnębi, że lękasz się, czy stary ojciec i siostrzyczka podlotek, nie uczują braku twej opiekuńczej, niewieściej ręki. A jednak, ukochana, powziąłem śmiały zamiar, by skarb swój zabrać jak najprędzej.

– Jak to Teraz już? Zaraz?

– Jak najprędzej, dziecino!

Źrenice jej rozszerzyły się i pociemniały; cudne rysy pobladły.

– Teraz, Henryku, gdy sroga burza huczy nad Polską, niosąc ogółowi klęski i żałobę? To niemożliwe! Jakiż chrzest krwawy, jakie piętno smutku dałbyś naszemu szczęściu, naszej przyszłości...

– Stello, sama powiedziałaś: „Zwichniętych istnień kraj będzie miał do zbytku”. Otóż ja nie chcę pomnażać tych wykolejonych, nie chcę, by przyszłość twoja na tym ucierpiała. Cóż będę tu robić? Uniwersytet zamknięty, a zatem o otrzymaniu dyplomu mowy być nie może. Możność pracy społecznej i narodowej przecięta również. Mamże marnować czas, choć on nigdy nie wróci, siedząc w domu i zadrażniając coraz więcej stosunek z ojcem, który mnie nie rozumie, a którego ja sądzić nie chcę? Czy, z bezczynności i rozpaczy, mam się zaciągnąć pod krwawy sztandar socjalistów, lub do ich bojówki, aby organizować zamieszki i awantury na ulicy?

Promienne oczy Stelli powlekły się smutkiem i z wyrzutem patrzyły na niego.

– Henryku, skąd te czarne myśli? Skąd ta zmiana?

– Z tragicznego poczucia własnej niemocy, wobec klęsk ogółu i swojej osobistej doli. Z rozpaczy, jaką mnie przejmuje bezczynność i każda godzina pobytu w domu rodziców. Ja się tam duszę. Stello! To zamiłowanie w wygodach, w dobrobycie, ta pozioma, nieustanna troska, o mnożenie go i zbieranie grosza, nawet w takich, jak obecnie, czasach, dławi mnie i wstrętem przejmuje. Znieprawia po prostu moje serce; na złe pchając je tory.

Biała miękka dłoń, spoczęła z pieszczotą i prośbą na jego ręku.

– O serce twe jestem spokojna – mówiła ze słodyczą – lecz strzeż twego ducha; temu nigdy na złe tory zejść nie wolno.

– Pod twą strażą, pod twym wpływem Stello, będzie bezpieczny, bo ty silne przypniesz mu skrzydła. Tymczasem jednak, wstyd przyznać, ukochana, ale wściekłość mnie szarpie, a nuda tak dławi pod tym „zamożnym” filisterskim dachem, iż radbym zburzyć go, poszarpać wszystkie węzły, byle na wolność wylecieć.

Roześmiała się szczerze, serdecznie, jak gdyby ją wybuch ten ubawił i uspokoił zarazem. Pod wrażeniem zaś rozweselonych jej rysów, młody człowiek odzyskał także równowagę.

– Widzisz, pani cudna, ja uprzedzałem Waszą Miłość – igrał ze słowami – że gdy rodzice przeprowadzą się tutaj, a zabrawszy mnie i Tolę, Pod dach macierzysty, zaczną strzec każdego naszego kroku i narzucać nam swe przekonania, dusza moja wścieknie się w tych pętach. Oni mają eden patriotyzm, jedno poczucie obowiązków obywatelskich i powinności względem kraju, jeden kanon życiowy, jeden punkt honoru i jedną troskę: utrzymać i zaokrąglić, możliwie rozszerzyć nawet, Marecką Wolę, Filipki i Michałki; umierając, mieć nie trzy, lecz cztery wsie. Oto ideał, oto cel, do którego dążą przez ciernie i głogi. A mnie ta jedyna ambicja, te zabiegi, wstrętem przejmują. Zohydzają mi podobną ciasnotę pojęć, zohydzają dom własny.

– Są to, po prostu, dawne zasady pozytywizmu: mnożenie dobrobytu kraju, przez wzbogacenie się własne – tłumaczyło śliczne dziewczę. – Zamiast potępiać metodę, dziś dla nas niesympatyczną, lepiej, panie Henryku, w stare formy nowego tchnąć ducha.

– Nie sposób. Tak one zakrzepły, iż żadne nie rozgrzeje i nie rozszerzy ich tchnienie.

– A matka twoja?

– Jest tylko echem i cieniem męża. Dla uniknięcia starć, wyrzekła się własnej woli i własnego zdania. Posłannictwo swe w życiu ograniczyła do pilnowania dobrych obiadów i strzeżenia zdrowia swego pana i władcy. Och, Stello, jakież to zrezygnowanie z podniosłej misji i uczuć niewieścich, jakie upokorzenie dla ducha kobiety-człowieka!...

Pochyliwszy się, ujął jej dłonie, a patrząc głęboko w źrenic szafiry, mówił z zapałem:

– Stello, ja nie chcę, byś ty mi była taką życia towarzyszką. Nie, nie! Za nic! Ty musisz być mi duchem przewodnim i natchnieniem, światłem, wiodącym nad poziomy. Nie echem niewolniczym mego zdania, lecz moim sumieniem; nie ślepym narzędziem mej woli, lecz moim sędzią i moim honorem! Miłość wielka, to niepełzające po ziemi uczucie, które dwojga ludziom życie ułatwia i umila. Nie! To raczej ów orzeł srebrnopióry, który ducha im od nizin moralnych odrywa i na wyżyny podnosi...

Lica mu pobladły od natężonego uczucia, z oczu zapał tryskał.

Przez spokojne zwykle, jak z marmuru wykute, rysy kobiety, przebiegła fala krwi gorącej. W przezroczystej toni źrenic jej, głębokie odbiło się wzruszenie.

– I będę taką, Henryku. Tak mi Panie Boże dopomóż! – wyrzekła z mocą.

On, młodzieńczą swą głowę pochylił, jak wobec świętej przysięgi.

Przez chwilę uroczysta zapanowała cisza. Zdawało się, iż oboje słuchają bicia serc własnych.

Wreszcie Henryk przerwał ją poważnie:

– Ukochana, chciałbym jak najprędzej wyjechać do Paryża, aby tam kształcić się dalej. Każdy dzień, spędzony tu przez nas dłużej, uważam za stracony. Pragnąłbym jednak, abyśmy przedtem wzięli ślub cichy i opuścili kraj już razem. Oto prośba, jaką przyszedłem dziś zanieść do ciebie. Czy zgadzasz się na nią?

– Skoro to uważasz za konieczne i za warunek szczęścia twego w życiu, nie mogę odmówić. Pozwól jednak, abym sama przygotowała do zmiany tej mego ojca.

– Dziękuję ci, Stello!

I ręce jej ucałował, z gorącym uczuciem.

– Czy rodzice twoi pozwolą?

– Chciałbym pozyskać dyplom w Ecole des sciences sociales et politiques, studia bowiem, w tym kierunku, najwięcej odpowiadają memu wykształceniu i moim upodobaniom. Wytłumaczę więc ojcu, iż, w razie zaprowadzenia w Rosji rządów parlamentarnych, o czym głośno już mówią, ukończenie szkoły tej może mi ułatwić karierę polityczną w kraju. Sądzę, że wzgląd ów skłoni go do niestawiania przeszkód memu postanowieniu.

– Ale ja się pytam, czy pozwolą na nas związek?

– Zapytaj raczej, czy mi żyć pozwolą? Bez ciebie bowiem, Stello, niema już dla mnie istnienia.

Pochylił się i usta ich złączyły się w pierwszym, długim pocałunku.

Stukot zamykanej szuflady i odsuwanego krzesła przywołał ich do rzeczywistości. Równocześnie rozległ się głos dźwięczny:

– Stello, skończyłem! Chodźcie teraz do mnie.

Zerwali się i, trzymając się za ręce, jak dzieci, otworzyli drzwi sąsiedniego pokoju. Oczy mężczyzny spotkały znany mu dobrze, a niezmiernie sympatyczny widok.

Jasna lampa, zwieszająca się od stropu, oświetlała stół duży, założony pismami i książkami, otoczony zaś wygodnymi, skórą obitymi krzesłami. Dokoła ścian biegły półki i szafy, z niezwykłą, jak na prywatne mieszkanie, ilością książek. Bogatą tę bibliotekę uzupełniało parę obrazów dobrego pędzla. W rogu jednym, wygodna otomana, pod oknem biurko, zasłane papierami. Podniósł się, od niego właśnie, mężczyzna średniego wzrostu, szczupły bardzo, o pięknych, lecz chorobą czy przepracowaniem strawionych rysach i, krótko przystrzyżonej, mleczno białej brodzie.

– Chodźcie, dzieci. Na dzisiaj dosyć roboty. Rzuciłem pióro i, uwolniwszy nawet Jadzię od książki, posłałem ją, aby nam podano tutaj herbatę. A teraz należy mi się trochę blasku waszej młodości i waszego szczęścia.

Ucałował serdecznie, na przywitanie, młodego człowieka.

– Dobry wieczór, panie Henryku. Cóż tam słychać?

– Skądżeż awansowałem znów na „pana”? – protestował wesoło.

– Muszę odnosić się z szacunkiem do mego przyszłego zięcia – tłumaczył żartobliwie. – Inaczej, mógłbyś myśleć, że cię uważam wciąż za chłopaczka i swego dawnego ucznia; najzdolniejszego ucznia w dodatku.

– Zdolniejszą była panna Stella – poprawił żywo.

– O swoich dzieciach się nie mówi. Nie mówi się w ogóle o rzeczach prywatnych, bo to grzech teraz. Siadajmy i opowiadaj, Henryku kochany, co słychać na mieście, co wy młodzi czujecie, o czym marzycie i jak myślicie przeciwdziałać, srogiej chwili obecnej. Wy, to przyszłość, to życie. Niechżeż ja w oblicze jego patrzę, a może doświadczeniem włosów mych białych, oraz wiedzą ksiąg przeczytanych, potrafię w czymkolwiek być wam użytecznym. Wszak jedne ożywiają nas ukochania, i wy, działalnością obecną, pracą życiową, a ja skromnym swym piórem, do jednego, świętego dążymy celu.

I, w kręgu jasnej lampy, rozpoczęła się długa, ożywiona gawędka, na tle społecznym i politycznym, w której, nie tylko dorośli, lecz nawet 4-sto letnia Jadzia, podająca herbatę, żywy brała udział. Henryk Marecki podwójną moc tu czerpał: światło wiedzy z ust uczonego profesora publicysty, blaski zaś uczucia, z promiennych źrenic cudnego zjawiska, które mu w życiu gwiazdą przewodnią być miało.