W dziewiczych lasach Ameryki - Teresa Prażmowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W dziewiczych lasach Ameryki - Teresa Prażmowska

Powieść dla młodzieży autorstwa Teresy Prażmowskiej, wydana w 1894 roku. Jej akcja rozgrywa się w egzotycznej scenerii Ameryki Południowej. Teresa Prażmowska (1842–1912) była polską powieściopisarką i poetką, używała pseudonimów Tepa i Wacław Weresz. Uczyła literatury na pensjach żeńskich w Warszawie. W 1893 za działalność patriotyczną zesłano ją do Archangielska. Była autorką licznych artykułów prasowych i utworów literackich publikowanych w wielu czasopismach. Pisała powieści obyczajowe, m.in. „Rozsądna panna” (1870), „Romans gąski” (1904) oraz poczytne powieści dla dzieci i młodzieży, np. „W dziewiczych lasach Ameryki” (1894) i „Serce” (1896). W jej dorobku jest także zbiór poezji „Z domów niewoli” (1910) oraz ceniony „Podręcznik do nauki literatury powszechnej” (1892). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku W dziewiczych lasach Ameryki - Teresa Prażmowska

Fragment ebooka W dziewiczych lasach Ameryki - Teresa Prażmowska





Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. CZĘŚĆ II
  10. ROZDZIAŁ I
  11. ROZDZIAŁ II
  12. ROZDZIAŁ III
  13. ROZDZIAŁ IV
  14. Przypisy
  15. Kolofon

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Wstęp – Złoty Motyl i Królewiczyk – Ptak dziwo – Projekt podróży – Tasajo – Hiszpańskie tortille i nasze baby – Konfitury Józia

W małej mieścinie położonej o kilkanaście mil od Gwatemali (w prowincji tego nazwiska), mieszkał pan Walery Ruciński, właściciel rozległych obszarów dziewiczego lasu złożonego po większej części z drzew mahoniowych, których ścinaniem i obrabianiem zajmował setki ludności miejscowej. Przed laty kilkunastu przybywszy z Europy, pan Walery ożenił się z Hiszpanką tutejszego pochodzenia, utracił ją po kilku latach szczęśliwego pożycia i powierzywszy dwie najmłodsze dziewczynki rodzicom żony, którzy po jej śmierci przenieśli się do Gujany Francuskiej, zatrzymał w domu dwoje starszych dzieci.

W chwili, w której się opowiadanie nasze rozpoczyna, Lucia miała lat piętnaście, młodszy od niej Józio zaczynał rok czternasty. Chociaż od lat kilku byli sierotami, nie brakło im przecie troskliwej opieki: natychmiast bowiem po śmierci żony wziął pan Walery do domu nauczycielkę czuwającą troskliwie nad wychowaniem ślicznej Luci, której złote warkocze i płeć jasna taki budziły podziw w miejscowej ludności, że w malowniczej mowie tamtejszej nadano jej przydomek Złotego Motyla.

Miss Oliwia była Angielką, posiadała wysokie wykształcenie i nieporównanej dobroci serce, przywiązała się więc szczerze nie tylko do Luci, ale nawet i do Józia, choć ją ten nieraz z cierpliwości wyprowadzał figlami, które płatać lubił. Służba, złożona wyłącznie z krajowców, Indian1, ubóstwiała Królewiczyka, a do najwierniejszych jego poddanych należał Benito, ochrzczony Indianin wychowany w domu rodziców pani Rucińskiej, bałwochwalczo przywiązany do jej dzieci i pełnomocnik raczej niż sługa pana Walerego, który pokładał w nim nieograniczone zaufanie. Żona Benita, Juana, wspaniała czerwonoskóra niewiasta, była niegdyś piastunką Luci i nic nad nią nie znała doskonalszego; dziś zarządzała całym gospodarstwem i nie miała równej sobie w zaopatrywaniu spiżarni w różne miejscowe przysmaki.

Do rodziny należał jeszcze pan Tadeusz Mirowski, młody lekarz rodem z Warszawy, którego losy zagnały aż na drugą półkulę świata, gdzie po wielu przygodach oparł się w domu pana Walerego jako nauczyciel Józia. O ile miss Oliwia biegłą była w językach starożytnych, historii, literaturze, o tyle pan Tadeusz z zapałem oddawał się studiom przyrodniczym, do których miejscowa natura dostarczała mu obfitego materiału. Oboje z miss Oliwią gorliwie się zajmowali powierzonymi sobie dziećmi, obojgu razem udzielając nauk i ciesząc się ich postępami.

Józio uczył się mniej dobrze od Luci i jak ona miss Oliwię, tak on pana Tadeusza kochał i szanował niby starszego brata; a chociaż czasami zdarzało mu się wykroić z tasajo (mięsa suszonego na słońcu) fantastyczne jakieś stworzenie i obdarzyć nim pana Tadeusza, utrzymując, że to owad przed chwilą schwytany w lesie, choć czasem napisał na korze drzewnej zdanie barbarzyńską łaciną ułożone i wmawiał w miss Oliwię, że to prastary zabytek znaleziony w jednym z licznych teokalli2 rozrzuconych w głębi puszczy – to jednak oboje wybaczali mu chłopięce figle ze względu na złote jego serce i wielkie zalety charakteru, między którymi odwaga niepoślednie zajmowała miejsce.

Cała rodzina zgromadziła się właśnie na śniadanie. Czekano na pana Walerego, który wbrew swemu zwyczajowi spóźniał się dzisiaj, a tymczasem Józio, który zawsze wiedział wszystko, co się działo w obrębie obszernego gospodarstwa, opowiadał coś z wielkim przejęciem.

– Pewien jestem – wyrzekł – że ojciec znowu się wybiera na objazd poręby. Miał wczoraj z Benitem długą naradę, razem oglądali muły i siodła, Juana krząta się od rana na czele całego szwadronu kobiet, nasolili dwa woły na tasajo...

– Ach, te ciągłe objazdy! Zawsze tylko wyciągają ojca z domu! – westchnęła Lucia.

– Bo już też pora, aby ojciec mną się wyręczał w podróżach – zawołał Józio.

– Zapewne! A lekcje kto za ciebie odbywać będzie? – spytała miss Oliwia.

– W głębi najdzikszej puszczy, zaufać mi pani może i być pewną, że potrafię pozostać wiernym boginiom mego serca: Iliadzie i... i...

– I geografii – podpowiedziała Lucia złośliwie.

– I geografii z algebrą – dokończył chłopak, z komiczną powagą kładąc rękę na piersi.

– Pewniejszą jestem twej wierności, gdy obcujesz z nimi w szkolnym pokoju. Prawda, panie Tadeuszu? – z uśmiechem odrzuciła miss Oliwia.

– Pan Tadeusz byłby właśnie najlepszym dla mnie stróżem, towarzyszyłby mi przecie w podróży! A jakby to powiększyły się zbiory pana!

– Szczególniej, gdybyś je wzbogacał okazami swojej fabrykacji, jak na przykład ten ptak wczorajszy...

– Jaki ptak? – zapytał pan Walery, który przed chwilą wszedł niepostrzeżony do pokoju i słuchał wesołego przekomarzania się Józia.

– Zabił najzwyczajniejszą papugę z rodzaju ara, oskubał ją jak najstaranniej, potem oblepił ją całą futerkiem małpy, nogi jej okleił piórkami kolibrów, przyprawił czub bardzo misternie ułożony ze skrzydeł motylich, ogon z piór dzikiego indyka, dziób przypiłował i uczernił, posypawszy go gdzieniegdzie sproszkowaną czerwoną farbą i przyniósł mi ten dziwotwór w dowód pamięci swojej o mnie.

– Jak to, mało jeszcze dałem jej dowodu? Przez trzy dni każdą wolną chwilę poświęcałem pracy nad tym wspaniałym okazem. A pan mnie za to połajał, mówiąc: „szkara... dnych... lop... cze...”, bo wiem przecież, co znaczą te wyrazy.

I jąkając się, nie umiejąc dobrze wymówić ł ani cze, Józio powtórzył znów wyrazy, których wyuczył go pan Tadeusz, prosił go nieraz bowiem, aby go uczył języka ojca, który mu się podobał zresztą, zwłaszcza gdy pan Tadeusz deklamował ustępy z ulubionych sobie poezji.

Uśmiechnął się teraz młody nauczyciel i wzruszył ramionami, na co zawsze ze zgorszeniem patrzyła miss Oliwia uważająca wszelką gestykulację za rzecz nieprzyzwoitą.

– Cóż pani na to, miss Oliwio? – żartobliwie spytał ojciec. – Przecież Józio to faworyt pani, dzielny chłopiec. Prawda, jak pożytecznie czas spędza?

– I ojciec przeciw mnie występuje – z udaną rozpaczą zawołał Józio – tego już zanadto! Żegnam państwa... i ruszam w świat, choć o głodzie...

I chciał wybiec z pokoju, ale ojciec powstrzymał go, wołając:

– Poczekaj, ruszymy wszyscy razem i to niedługo.

– Jak to! Wszyscy? Gdzie? Czy ojciec nie żartuje? – na wyścigi wołali brat i siostra, zadziwieni niespodziewanym oznajmieniem. Nawet na spokojnej twarzy miss Oliwii odmalował się wyraz żywego zaciekawienia.

– Gdzie pojedziemy, ojcze, gdzie? – natarczywie dopytywał tymczasem Józio.

– Odbędziemy ogromną podróż. Mam nadzieję, że będzie ona zajmującą i nie bardzo niewygodną, że obfitować będzie we wrażenia i zostawi nam wszystkim na całe życie jak najmilsze wspomnienia. Plan mój bowiem jest taki: objedziemy jedne po drugiej wszystkie partie robotników porozrzucane w puszczy na przestrzeni mil kilkunastu; a że w puszczy, oprócz drzew i drwali Indian znajdują się jeszcze zwaliska starożytnych miast meksykańskich, pałace i świątynie pierwotnych mieszkańców tego kraju, obejrzymy więc te dziwy po drodze do Meksyku, gdzie wypoczniemy po trudach podróży. Tam zabawiwszy czas jakiś, znowu ruszymy w drogę do Veracruz, gdzie w portowym mieście sprzedam korzystnie gotowy już w lesie materiał, po czym wsiądziemy na okręt i morzem udamy się do Gujany. Dziadek i babka stęsknieni już za wami, dzieci drogie, również jak ja za moimi dziewczynkami, których pięć lat nie widziałem.

– Inez i Marita muszą być już spore dziewczynki – wtrącił Józio. – Jestem pewien, że nie poznałbym ich wcale. Takie były maleńkie, gdy mama umarła...

– Tak, trzeci rok zaczynały – westchnął pan Walery wzruszony wspomnieniem żony.

– O! ja wybornie pamiętam nasze bliźniaczki! – zawołała Lucia, ale nie dał jej dokończyć Józio wyłącznie zajęty myślą o podróży.

– Kiedyż wyjeżdżamy, ojcze? – zapytał, zrywając się z krzesła, jakby w tej samej chwili ruszać miał w drogę. – Widziałem, że Benito pokazywał ci muły wierzchowe... Wszak prawda, że zdatne do drogi, choćby dzisiaj? Możemy jechać?

– Trzeba pierwej, abyśmy mieli co jeść w drodze – odparł pan Walery, uśmiechając się z pośpiechu syna – mam jednak nadzieję, że tak muły, jak żywność i ludzie gotowi będą najdalej za dwa tygodnie.

Długo jeszcze rozmawiał pan Walery z miss Oliwia i panem Tadeuszem o wszystkich szczegółach podróży, która miała być formalną wyprawą, po części dla interesu, a po części w naukowym celu przedsięwziętą, ale dzieci nie mogły usiedzieć spokojnie. Oboje pobiegli podzielić się otrzymaną wiadomością z Benitem i Juaną, którzy, ma się rozumieć, towarzyszyć mieli rodzinie wraz z licznym orszakiem służby.

Pokazało się jednak, że Benito i Juana nie tylko wiedzą już o podróży, ale nawet rozpoczęli przedwstępne do niej przygotowania.

Józio miał słuszność, mówiąc, że Juana komenderuje całym szwadronem kobiet. O paręset kroków za rozległymi zabudowaniami gospodarskimi rozniecono ogromny ogień, przy którym kilka Indianek biegłych w piekarskiej sztuce, piekło na glinianych blatach zwanych comales placki z kukurydzianej mąki: totopostle, będące tym dla podróżnego, który przebywa dziewicze lasy Ameryki, czym jest suchar dla marynarza na okręcie.

Bliżej zabudowań, w szopach na ten cel przeznaczonych, liczna służba kobieca krzątała się koło żaren, mieląc kukurydzę na mąkę lub zsypując w wory ryż, sól, fasolę, soczewicę, kawę, suszone banany, oraz totopostle, pokruszone na drobne kawałki, aby mniej miejsca zabierały.

Na środku zaś ogromnego dziedzińca, do którego przypierały szopy, Benito wbić kazał kilka rzędów pali i połączyć je z sobą sznurami, na których schły długie, cienko krajane pasy mięsa z wołów, wczoraj zaledwie schwytanych na lasso. Mięso tak przyrządzone przechowywać się może przez czas nieograniczony. Upieczone na węglach więcej jest posilne niż smaczne, odgotowane zaś w wodzie z suszonymi jarzynami stanowi ulubioną potrawę miejscową, puchero, którą w podróży szczególniej pogardzać nie należy.

Juana pyszniła się z umiejętności obsuszania tasaja w samą miarę, toteż teraz przystąpiwszy do rozwieszonego mięsa, pilnie oglądała każdy kawałek, przewracając jedne, zdejmując drugie, inne znowu przesuwając na niżej rozpięte sznury, gdzie dosychały już w cieniu wyżej wiszących kawałków.

– Niech no nina (panieneczka) spojrzy, co to za pyszne tasajo! – z dumą mówiła Indianka. – Będzie smakowało jak świeże mięso.

– Pewno! – potwierdziła Lucia. – Wiadomo, że od Meksyku po Panamę nigdzie nie ma lepszego tasajo jak u nas.

– A nie ma, nie ma! A moje tortille? – (ciastka z kukurydzianej mąki na mleku i jajach). – Czy te sławne „baby”, o których opowiada Tadeuss – Indianka nie mogła wymówić sz – mogą być pulchniejsze od nich?

– O, co to, to nie Juano; bo choć twoje tortille doskonałe, ale te baby, które miss Oliwia upiekła podług przepisu przysłanego panu Tadeuszowi z jego kraju, były wyborne.

– Otóż to! Miss Oliwia lepiej zna się na kuchni ode mnie! – sarknęła gospodyni z niezadowoleniem. – Nowość zawsze dobra, a co stare, to w kąt!

– Nie gderaj, Juanito; wiesz dobrze, że żadne łakocie nie smakują mi tak jak te, które ty nam przyrządzasz.

Udobruchana kobieta pogładziła złote włoski Luci, która, podskakując i śpiewając, pobiegła podzielić się z miss Oliwia wiadomością, że przygotowania do podróży rozpoczęte na dobre.

Ale nie dał jej przyjść do słowa hałas sprawiony wtargnięciem Józia, który wpadł do pokoju jak bomba, otwierając drzwi łokciem i kolanem, w obu bowiem rękach trzymał coś w liście zawiniętego i położywszy to na stole, czym prędzej przykrył kapeluszem.

– Miss Oliwio, Luciu! – tryumfująco zawołał – proszę zgadnąć, com przyniósł.

Ale miss Oliwia rzucała tylko pełne pogardy spojrzenie na tajemniczy przedmiot owinięty i dość sucho odparła:

– Nie potrafię zgadnąć.

– A ty, Luciu?

– Ja? Skądże ja mogę wiedzieć?

– A widzicie, jaki ze mnie skrzętny gospodarz! Konfitury przynoszę! Kon-fi-tu-ry...

– Przez ciebie usmażone? Dobre być muszą! – zrobiła uwagę miss Oliwia.

– Otóż właśnie, że nie przeze mnie, ale... przez mrówki!

– A! już wiem... wiem, co to jest! – zawołała Lucia i ostrożnie wysunąwszy pakiet spod kapelusza, wyjęła spomiędzy rozchylonych liści przezroczystą kulkę podobną do boule de gomme i włożyła ją w usta z zadowoleniem.

– Doskonałe! Niech pani spróbuje, miss Oliwio! – zapraszał Józio, naśladując siostrę; ale nie potrafili jakoś przekonać miss Oliwii spoglądającej z pewnym obrzydzeniem na ów przysmak wielce przez krajowców ceniony.

Józio opowiadał tymczasem, że poszedłszy z panem Tadeuszem do lasu dla wykopania rzadkiej jakiejś rośliny, trafili na mrowisko, które trochę naruszyli motyką. Rozjątrzone mrówki opadły ich tak, że nie mogli się ich pozbyć inaczej, jak rozkopując mrowisko i odrzucając daleko ziemię wraz z biednymi robotnicami. Na samym dnie mrowiska, w głębi ustronnej galerii, znajdowało się schowanko, coś w rodzaju spiżarki, gdzie leżały stosy tych przezroczystych kulek przylegających do wyschłego tułowia mrówki na kształt dość dużych rozmiarów pęcherzyka wypełnionego wonnym i czyściusieńkim, na wpół płynnym miodem.

Pan Tadeusz, nadszedłszy w tej chwili, objaśnił, że mrówka miododajna jest to Myrmecocitus meksykański, gatunek, który zwykł wybierać spomiędzy siebie pewną ilość osobników, mających, jak się zdaje obowiązki przerabiać przyjęte pożywienie na miód, a po zebraniu pewnego zapasu umierać i służyć na pożywienie pozostałym przy życiu. Każde mrowisko poświęca co roku pewną ilość towarzyszek na ołtarzu...

– ... własnego łakomstwa – podchwyciła miss Oliwia.

– Wspólnego dobra – z powagą dokończył pan Tadeusz. – Nie one jedne tak czynią i... dobrze czynią, bo tak, nie inaczej być powinno. I pomiędzy ludźmi tak bywa...