Villette - Charlotte Bronte - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1016 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Villette - Charlotte Bronte

Arcydzieło literatury i życia.

Ostatnia powieść Charlotte Brontë

Cóż za namiętność, ileż w niej ognia! W tej książce jest coś nadnaturalnego

– George Eliot

Najlepsza powieść Charlotte Brontë

– Virginia Woolf

Opublikowane w 1853 roku Villette Charlotte Brontë jest prekursorem powieści psychologicznej i pierwszym w światowej literaturze utworem, w którym zastosowano strumień świadomości – odmianę monologu wewnętrznego, która na dobre ukształtuje się dopiero w XX wieku[color=black].[/color] Dopiero za dwadzieścia lat urodzi się Proust, za trzydzieści Virginia Woolf i James Joyce. Powieść stanowiła nową propozycję. Gotycki charakter i burzliwą akcję, kojarzone zwykle z nazwiskiem Brontë, zastąpiła mistyka. Lecz chociaż Villette to studium samotności, dla czytelnika nie ma nic cenniejszego niż uczestniczyć w przygodach pięknego umysłu.

z przedmowy Eryka Ostrowskiego

Brontë oparła swoje ostatnie dzieło na wątkach autobiograficznych. Pod nazwą Villette kryje się Bruksela, gdzie w latach 40. XIX w. przyszła pisarka przeżywała zakazaną miłość do żonatego mężczyzny, profesora Constantina Hégera. Główna bohaterka powieści, Lucy Snowe, pozbawiona w Anglii widoków na przyszłość, decyduje się wziąć los we własne ręce i wyrusza do Europy. Przypadkiem w nocy trafia na pensję dla dziewcząt mieszczącą się w budynku dawnego klasztoru żeńskiego. Otrzymawszy tu posadę, wiedzie z początku bezbarwne życie nauczycielki angielskiego. Wkrótce jednak spostrzega, że każdy jej ruch w tym miejscu jest przez kogoś obserwowany. Usiłując rozwiązać zagadkę, zostaje uwikłana w wydarzenia z pogranicza świata materialnego i duchowego…

Opinie o ebooku Villette - Charlotte Bronte

Fragment ebooka Villette - Charlotte Bronte












Ty­tuł ory­gi­na­łu: Vil­let­te

Co­py­ri­ght © 2013, MG

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw.

ISBN: 978-83-7779-163-9

Wstęp: Eryk Ostrow­ski

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Ring

Skład: Ja­cek An­to­niuk

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

  • Arcydzieło literatury i życia
  • ROZDZIAŁ I Bretton
  • ROZDZIAŁ II Paulina
  • ROZDZIAŁ III Towarzysze zabaw
  • ROZDZIAŁ IV Panna Marchmont
  • ROZDZIAŁ V Odwrócenie nowej karty
  • ROZDZIAŁ VI Londyn
  • ROZDZIAŁ VII Villette
  • ROZDZIAŁ VIII Madame Beck
  • ROZDZIAŁ IX Izydor
  • ROZDZIAŁ X Doktor John
  • ROZDZIAŁ XI Loża odźwiernej
  • ROZDZIAŁ XII Szkatułka
  • ROZDZIAŁ XIII Kichnięcie nie w porę
  • ROZDZIAŁ XIV Uroczystość
  • ROZDZIAŁ XV Długie wakacje
  • ROZDZIAŁ XVI Auld lang syne
  • ROZDZIAŁ XVII La Terrasse
  • ROZDZIAŁ XVIII Sprzeczamy się
  • ROZDZIAŁ XIX Kleopatra
  • ROZDZIAŁ XX Koncert
  • Rozdział XXI Reakcja
  • Rozdział XXII List
  • Rozdział XXIII Vashti
  • Rozdział XXIV Pan de Bassompierre
  • Rozdział XXV Mała hrabianka
  • Rozdział XXVI Pogrzeb
  • Rozdział XXVII Hôtel Crécy
  • Rozdział XXVIII Łańcuszek do zegarka
  • Rozdział XXIX Imieniny Monsieur Paula
  • Rozdział XXX Monsieur Paul
  • Rozdział XXXI Nimfa leśna
  • Rozdział XXXII Pierwszy list
  • Rozdział XXXIII Monsieur Paul dotrzymuje przyrzeczenia
  • Rozdział XXXIV Duchy nieprzyjazne
  • Rozdział XXXV Braterstwo
  • Rozdział XXXVI Kość niezgody
  • Rozdział XXXVII Jasność słońca
  • Rozdział XXXVIII Chmury
  • Rozdział XXXIX Dawni i nowi znajomi
  • Rozdział XL Szczęśliwe stadło
  • Rozdział XLI Faubourg Clotilde
  • Rozdział XLII Finis
  • Przypisy

Arcydzieło
literatury i życia

OSTAT­NIA PO­WIEŚĆ CHAR­LOT­TE BRON­TË

Jest 23 stycz­nia 1850 roku. Char­lot­te Bron­të pi­sze pierw­szy frag­ment no­wej po­wie­ści: „Moja chrzest­na mat­ka miesz­ka­ła w ład­nym domu wie­ko­we­go schlud­ne­go mia­sta Bret­ton”…

Mi­nął wła­śnie mie­siąc, od­kąd wró­ci­ła z Lon­dy­nu, gdzie przez kil­ka ty­go­dni prze­by­wa­ła z wi­zy­tą u swe­go wy­daw­cy, Geo­r­ge’a Smi­tha, i jego ro­dzi­ny. Tępy ból po tra­gicz­nym roku 1848–9, któ­ry w cią­gu dzie­wię­ciu mie­się­cy za­brał jej bra­ta i obie sio­stry, z wol­na za­czy­na za­stę­po­wać inne, daw­no nie­do­zna­wa­ne uczu­cie. Do Lon­dy­nu je­cha­ła w cięż­kiej ża­ło­bie, by wy­peł­nić zo­bo­wią­za­nia za­wo­do­we w związ­ku z wy­da­niem dru­giej po­wie­ści, Shir­ley. Wró­ci­ła z dziw­nie lek­kim ser­cem. My­śli jej sta­le krą­ży­ły wo­kół Geo­r­ge’a, mło­de­go, wów­czas za­le­d­wie dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nie­go wy­daw­cy jej ksią­żek, z któ­rym do­tych­czas łą­czy­ła ją tyl­ko służ­bo­wa ko­re­spon­den­cja. „Pięk­ny okaz mło­de­go, an­giel­skie­go biz­nes­me­na – za ta­kie­go go bio­rę i je­stem dum­na, że sta­no­wię je­den z jego fi­la­rów” – na­pi­sze o nim do przy­ja­ciół­ki już trzy dni po po­wro­cie do Ha­worth1. Czy tyl­ko za ta­kie­go? W po­wie­ści, nad któ­rą bę­dzie pra­co­wa­ła po­nad dwa lata, prze­czy­ta­my: „Oce­niam war­tość jego wi­do­ku i boję się zo­stać nim ośle­pio­na”… Dr John, a ra­czej Gra­ham Bret­ton – tak go na­zwa­ła. Do­kąd to uczu­cie za­pro­wa­dzi głów­ną bo­ha­ter­kę?

W tym okre­sie pan­nie Bron­të nie za­przą­ta­ły gło­wy roz­wa­ża­nia nad roz­wo­jem eu­ro­pej­skiej li­te­ra­tu­ry i roli, jaką ode­gra w tym pro­ce­sie jej wła­sna twór­czość. W jej ży­ciu wła­śnie roz­po­czy­na­ła się przy­go­da, w któ­rej dzień po dniu, mie­siąc po mie­sią­cu ży­cie bę­dzie in­spi­ro­wa­ło fik­cję. Nie wie­dzia­ła jesz­cze wów­czas, że i fik­cja za­in­spi­ru­je ży­cie, a pi­sa­ne przez nią kar­ty no­wej po­wie­ści to kar­ty losu, któ­ry przez chwi­lę po­zwo­li trzy­mać się w rę­kach.

Cze­ka­ła na na­tchnie­nie. Kie­dy wresz­cie przy­cho­dzi­ło, snu­ła my­śli o po­rwa­nym toku wy­po­wie­dzi i cha­otycz­nej skład­ni. Two­rząc wi­zje, nie za­sta­na­wia­ła się nad tym, że pod jej pió­rem przy­bie­ra­ją for­mę nie­zna­ną jesz­cze li­te­ra­tu­rze. Do­pie­ro za dwa­dzie­ścia lat uro­dzi się Pro­ust, za trzy­dzie­ści Vir­gi­nia Wo­olf i Ja­mes Joy­ce. Do wy­da­nia pierw­szej czę­ści W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su zo­sta­je jesz­cze całe pięć­dzie­siąt lat, do Ulis­se­sa – sześć­dzie­siąt, do Pani Dal­lo­way – sie­dem­dzie­siąt pięć. Hen­ry Ja­mes ma do­pie­ro sie­dem lat i wie­le cza­su upły­nie, nim za­cznie zgłę­biać taj­ni­ki ko­bie­ce­go ser­ca i umy­słu.

Opu­bli­ko­wa­ne w 1853 roku Vil­let­te Char­lot­te Bron­të jest pier­wo­wzo­rem po­wie­ści psy­cho­lo­gicz­nej i pierw­szym w świa­to­wej li­te­ra­tu­rze utwo­rem, w któ­rym za­sto­so­wa­no stru­mień świa­do­mo­ści – od­mia­nę mo­no­lo­gu we­wnętrz­ne­go, któ­ra na do­bre ukształ­tu­je się do­pie­ro w XX wie­ku. Pew­ne par­tie po­wie­ści na­śla­du­ją tu prze­bieg mowy we­wnętrz­nej w sta­dium po­prze­dza­ją­cym wy­po­wiedź. Zdu­mio­na Eli­za­beth Ga­skell, przy­ja­ciół­ka i przy­szła bio­graf­ka pi­sar­ki, wprost spy­ta­ła ją, czy pi­sząc Vil­let­te, za­ży­wa­ła opium. Po­wieść sta­no­wi­ła nową pro­po­zy­cję. Go­tyc­ki cha­rak­ter i burz­li­wą ak­cję, ko­ja­rzo­ne zwy­kle z na­zwi­skiem Bron­të, za­stą­pi­ła mi­sty­ka. Lecz cho­ciaż Vil­let­te to stu­dium sa­mot­no­ści, dla czy­tel­ni­ka nie ma nic cen­niej­sze­go, niż uczest­ni­czyć w przy­go­dach pięk­ne­go umy­słu.

Była to naj­bar­dziej ocze­ki­wa­na książ­ka tam­tych lat, od­nio­sła też na­tych­miast ogrom­ny suk­ces. Współ­cze­śni nie szczę­dzi­li po­chwał, ale i nie kry­li za­sko­cze­nia. „Co­kol­wiek na­pi­sze Cur­rer Bell, jest nie­zwy­kłe. Na wszyst­kim, cze­go tknie, po­zo­sta­wia zna­mię ory­gi­nal­no­ści. Z trzech jej po­wie­ści ta jest chy­ba naj­dziw­niej­sza, naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ca…” – pi­sa­ła Har­riet Mar­ti­ne­au2. „Wła­śnie wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści, bo skoń­czy­łam czy­tać Vil­let­te, jesz­cze cu­dow­niej­szą po­wieść niż Jane Eyre. W tej książ­ce jest coś nad­na­tu­ral­ne­go” – za­chwy­ca­ła się Geo­r­ge Eliot3. „Naj­lep­sza po­wieść Char­lot­te Bron­të” – po­wie po la­tach Vir­gi­nia Wo­olf.

Au­tor­ka Jane Eyre two­rzy­ła swe ostat­nie dzie­ło, co­raz bar­dziej pod­da­jąc się de­pre­sji. Na dłu­gie ty­go­dnie za­rzu­ca­ła pi­sa­nie, cze­ka­jąc na in­spi­ra­cję, któ­rą pod­po­wie jej roz­wój wy­pad­ków w ży­ciu oso­bi­stym. Jed­nak uczu­cie mi­ło­ści, któ­re za­in­spi­ro­wa­ło Vil­let­te, z wol­na za­czę­ło ją prze­ra­stać. Była znu­żo­na cią­głą nie­pew­no­ścią, a du­cho­wa szar­pa­ni­na nie sprzy­ja­ła pra­cy nad ol­brzy­mią po­wie­ścią. Tak, z po­czu­cia we­wnętrz­nej nie­mo­cy, na­ro­dzi­ło się ar­cy­dzie­ło. Jak to moż­li­we?

Char­lot­te Bron­të za­wsze wie­rzy­ła w praw­dę, a spo­śród jej po­wie­ści ta naj­wier­niej od­zwier­cie­dla dzie­je jej ser­ca. Bo nie tyl­ko roz­gry­wa­ją­cy się w tym okre­sie wą­tek ze Smi­them tra­fia do Vil­let­te. Pi­sar­ka cofa się tu w prze­szłość, się­ga­jąc do wy­da­rzeń sprzed dzie­się­ciu lat, kie­dy prze­by­wa­jąc w Bruk­se­li, prze­ży­wa­ła swą mi­łość do Con­stan­ti­na Hége­ra. Temu wiel­kie­mu se­kre­to­wi Char­lot­te Bron­të po­świę­co­no już nie­jed­ną książ­kę, lecz tyl­ko mię­dzy wier­sza­mi Vil­let­te uważ­ny czy­tel­nik może zna­leźć od­po­wiedź na to, co na­praw­dę łą­czy­ło przy­szłą pi­sar­kę z jej żo­na­tym na­uczy­cie­lem.

Nie­zwy­kłe były też oko­licz­no­ści wpro­wa­dze­nia do po­wie­ści dru­gie­go wąt­ku mi­ło­sne­go. Wia­do­mo, że Geo­r­ge Smith, otrzy­maw­szy z koń­cem li­sto­pa­da 1852 roku rę­ko­pis trze­cie­go tomu Vil­let­te, prze­żył szok, któ­re­mu dał wy­raz w li­ście do Char­lot­te. Jed­nak to nie li­te­ra­tu­ra wy­wo­ła­ła w nim taki wstrząs. Zro­zu­miał, że otwie­ra­ją­cy tom XXXI roz­dział Nim­fa le­śna sta­no­wi, sym­bo­licz­nie prze­ka­za­ną, osta­tecz­ną de­cy­zję pi­sar­ki w ich spra­wie. „Lucy nie może po­ślu­bić dok­to­ra Joh­na; jest na to zbyt mło­dy, przy­stoj­ny, po­god­ny i uro­czy; to «umi­ło­wa­ny syn» Na­tu­ry i Losu, więc musi przy­cią­gnąć wy­gra­ną w lo­te­rii ży­cia. Jego żona po­win­na być mło­da, bo­ga­ta i ład­na…” – na­pi­sze Char­lot­te w od­po­wie­dzi swe­mu wy­daw­cy, pa­ra­fra­zu­jąc szek­spi­row­skie­go Otel­la4.

Vil­let­te to nie tyl­ko ar­cy­dzie­ło świa­to­wej li­te­ra­tu­ry, to tak­że naj­bar­dziej au­to­bio­gra­ficz­na z po­wie­ści Bron­të. Sto sześć­dzie­siąt lat od jej pierw­sze­go wy­da­nia rzu­ca na czy­tel­ni­ka ten sam urok. Lecz je­że­li urok rzu­ca Char­lot­te Bron­të, nie znaj­dzie się na świe­cie oso­ba, któ­ra chcia­ła­by zo­stać od­cza­ro­wa­na.

Eryk Ostrow­ski



1 Char­lot­te Bron­të do El­len Nus­sey, 18 grud­nia 1849, przeł. A. Przed­peł­ska-Trze­cia­kow­ska. Wszyst­kie cy­ta­ty we­dług: E. Ostrow­ski, Char­lot­te Bron­të i jej sio­stry śpią­ce, MG, War­sza­wa 2013.

2 Har­riet Mar­ti­ne­au, „The Da­ily News”, 3 lu­te­go 1853, przeł. A. Przed­peł­ska-Trze­cia­kow­ska.

3 Geo­r­ge Eliot do pani Bray, 15 lu­te­go 1853, przeł. A. Przed­peł­ska-Trze­cia­kow­ska.

4 C.B. do Geo­r­ge’a Smi­tha, 3 li­sto­pa­da 1852, przeł. A. Wit­kow­ska.


ROZDZIAŁ I
Bretton

Moja chrzest­na mat­ka miesz­ka­ła w ład­nym domu wie­ko­we­go schlud­ne­go mia­sta Bret­ton. Ro­dzi­na jej męża osia­dła tu­taj od wie­lu po­ko­leń, no­sząc na­wet na­zwi­sko jed­no­brz­mią­ce z na­zwą ko­leb­ki jej rodu: Bret­to­no­wie z Bret­ton. Czy sta­ło się to je­dy­nie dzię­ki oso­bli­we­mu zbie­go­wi oko­licz­no­ści, czy też da­le­ki ja­kiś przo­dek był oso­bi­sto­ścią od­po­wied­nio wy­bit­ną i do­sta­tecz­nie do­nio­słe­go zna­cze­nia, aby prze­ka­zać swo­je na­zwi­sko za­miesz­ki­wa­nej przez nie­go oko­li­cy – nic mi o tym nie wia­do­mo.

Kie­dy by­łam małą dziew­czyn­ką, jeź­dzi­łam do Bret­ton mniej wię­cej dwa razy w roku, za­wsze bar­dzo rada tym od­wie­dzi­nom. Dom i jego miesz­kań­cy szcze­gól­nie przy­pa­dli mi do gu­stu. Ob­szer­ne, ci­che po­ko­je, sta­ran­nie do­bra­ne me­ble, wiel­kie, ja­sne okna, bal­kon z wi­do­kiem na pięk­ną, sta­rą uli­cę, na któ­rej – zda­wa­ło się – sta­le pa­no­wał na­strój nie­dziel­nie od­święt­ny, tak była ci­cha, spo­koj­na i czy­sta. Wszyst­ko to po­do­ba­ło mi się nie­zmier­nie. W domu za­miesz­ka­nym przez lu­dzi do­ro­słych przed­mio­tem ogól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia bywa za­zwy­czaj je­dy­ne znaj­du­ją­ce się wśród nich dziec­ko. I mną rów­nież wiel­ce in­te­re­so­wa­ła się – w spo­sób zrów­no­wa­żo­ny – pani Bret­ton, owdo­wia­ła, za­nim jesz­cze po­zna­łam ją, i ma­ją­ca tyl­ko je­dy­ne­go syna. Jej mąż, le­karz, umarł, kie­dy była jesz­cze mło­dą i przy­stoj­ną ko­bie­tą.

Nie pa­mię­tam jej mło­dą; jed­nak w cza­sie kie­dy ją po­zna­łam, była wciąż jesz­cze przy­stoj­na, wy­so­ka, do­brze zbu­do­wa­na i, mimo że mia­ła ciem­ną cerę jak na An­giel­kę, sma­głe jej po­licz­ki ja­śnia­ły za­wsze ru­mień­cem zdro­wia, try­ska­ją­ce­go rów­nież z jej pięk­nych, po­god­nie pa­trzą­cych na świat, czar­nych oczu. Uwa­ża­no po­wszech­nie za god­ny po­ża­ło­wa­nia fakt, że nie prze­ka­za­ła cery sy­no­wi, któ­ry miał nie­bie­skie oczy – już w wie­ku chło­pię­cym na­der prze­ni­kli­we – ani ko­lo­ru jego dłu­gich wło­sów, któ­rych bar­wy nie od­wa­ża­li się jego przy­ja­cie­le okre­ślić ści­ślej, na­zy­wa­jąc je zło­ty­mi, ile­kroć pa­dał na nie blask słoń­ca. Odzie­dzi­czył na­to­miast po mat­ce rysy twa­rzy, jak rów­nież bia­łe zęby, wzrost (a ra­czej za­po­wiedź wzro­stu, nie był jesz­cze bo­wiem roz­wi­nię­ty w peł­ni), a nade wszyst­ko, co znacz­nie lep­sze, zna­ko­mi­te zdro­wie oraz uspo­so­bie­nie zrów­no­wa­żo­ne i po­god­ne, war­te wię­cej ani­że­li po­sia­da­nie naj­więk­szej for­tu­ny.

Na je­sie­ni roku… ba­wi­łam w Bret­ton, do­kąd za­bra­ła mnie moja mat­ka chrzest­na, przy­je­chaw­szy po mnie do krew­nych, u któ­rych sta­le miesz­ka­łam w owym cza­sie. Przy­pusz­czam, że już wów­czas prze­wi­dy­wać mu­sia­ła przy­szły bieg wy­pad­ków, któ­rych ja oso­bi­ście nie po­dej­rze­wa­łam na­wet, jak­kol­wiek ich nie­okre­ślo­ne, męt­ne prze­czu­wa­nie wy­star­cza­ło do omro­cze­nia cie­niem smut­ku mo­je­go ów­cze­sne­go ży­cia; za­do­wo­lo­na też by­łam z tej zmia­ny śro­do­wi­ska i ota­cza­ją­cych mnie osób.

Czas upły­wał mi za­wsze mile u boku mo­jej mat­ki chrzest­nej, nie z za­wrot­ną szyb­ko­ścią wpraw­dzie, ale ła­god­nie, niby wez­bra­na rze­ka, prze­pły­wa­ją­ca przez rów­ni­nę. Moje od­wie­dzi­ny u niej po­dob­ne były do po­by­tu Chri­stia­na i Ho­pe­ful nad pew­nym mi­łym stru­my­kiem, ob­sa­dzo­nym po obu brze­gach zie­lo­ny­mi drze­wa­mi i łą­ka­mi, pięk­nie pstrzą­cy­mi się przez cały rok li­lia­mi i in­nym kwie­ciem. Nie było tu uro­ku uroz­ma­ice­nia ani pod­nie­ty nie­prze­wi­dzia­nych wy­da­rzeń; tak jed­nak lu­bi­łam spo­kój i tak mało żąd­na by­łam pod­niet, że kie­dy przy­szły wresz­cie, od­czu­łam je ra­czej jako nie­po­żą­da­ne za­kłó­ce­nie spo­ko­ju, ża­łu­jąc, że nie po­zo­sta­ły z dala ode mnie.

Pew­ne­go dnia nad­szedł list, któ­re­go treść była dla pani Bret­ton nie­spo­dzian­ką, a za­ra­zem nie­mi­le ją za­sko­czy­ła. My­śla­łam w pierw­szej chwi­li, że to wia­do­mość od mo­ich krew­nych, do­no­szą­cych o Bóg wie ja­kiej ka­ta­stro­fie; nie było jed­nak w li­ście żad­nej wzmian­ki o mnie. Chmu­ra zda­wa­ła się roz­pra­szać.

Na­za­jutrz, kie­dy po po­wro­cie z dłu­giej prze­chadz­ki we­szłam do zaj­mo­wa­nej prze­ze mnie sy­pial­ni, za­sta­łam w niej nie­spo­dzie­wa­ną zmia­nę. Oprócz mo­je­go fran­cu­skie­go łóż­ka, któ­re­mu cha­rak­te­ru mile ocie­nio­ne­go ustro­nia nada­wa­ły osła­nia­ją­ce je ko­ta­ry, sta­ło w rogu udra­po­wa­ne na bia­ło łó­żecz­ko, a oprócz mo­jej ko­mo­dy – mała ko­mód­ka z ró­ża­ne­go drew­na. Pa­trzy­łam zdu­mio­na.

– Co ozna­cza­ją te sprzę­ty? – za­py­ta­łam.

Od­po­wiedź była wy­raź­na i ja­sna.

– Przy­by­wa nowy gość. Pani Bret­ton ocze­ku­je jesz­cze ko­goś.

Przy obie­dzie, na któ­ry ze­szłam nie­ba­wem, wy­ja­śni­ło się wszyst­ko. Wkrót­ce będę mia­ła to­wa­rzysz­kę, małą dziew­czyn­kę, có­recz­kę przy­ja­cie­la i da­le­kie­go krew­ne­go nie­bosz­czy­ka dok­to­ra Bret­to­na. Dziew­czyn­ka ta – ob­ja­śnio­no mnie – stra­ci­ła nie­daw­no mat­kę, jak­kol­wiek – do­da­ła pani Bret­ton – stra­ta nie była tak wiel­ka, jak zra­zu mo­gło­by się wy­da­wać. Pani Home (tak brzmia­ło na­zwi­sko ro­dzi­ców ocze­ki­wa­ne­go go­ścia) była ko­bie­tą bar­dzo przy­stoj­ną, ale pło­chą, za­nie­dbu­ją­cą swo­je dziec­ko i spra­wia­ją­cą swo­je­mu mę­żo­wi wie­le roz­cza­ro­wań i za­wo­dów. Zwią­zek ich oka­zał się tak bar­dzo da­le­ki od mał­żeń­skiej har­mo­nii, że do­szło wresz­cie do se­pa­ra­cji, za zgo­dą obo­pól­ną, bez prze­pro­wa­dza­nia tej spra­wy przez sądy. Ry­chło po tym pani Home, prze­mę­czyw­szy się zbyt­nio na balu, za­zię­bi­ła się, za­pa­dła na go­rącz­ko­wą ja­kąś cho­ro­bę i wkrót­ce umar­ła. Mąż jej, czło­wiek wiel­ce uczu­cio­wy i wraż­li­wy z na­tu­ry, wstrzą­śnię­ty na­zbyt na­głym za­ko­mu­ni­ko­wa­niem mu tej wia­do­mo­ści, wmó­wił so­bie – i nie­po­dob­na było prze­ko­nać go, aby mo­gło być in­a­czej – że jego nad­mier­na su­ro­wość wzglę­dem żony, brak cier­pli­wo­ści i wy­ro­zu­mia­ło­ści dla niej przy­czy­ni­ły się do przy­spie­sze­nia tra­gicz­ne­go jej koń­ca. Tak bar­dzo tra­pił się tą my­ślą, że od­dzia­ła­ło to w koń­cu na­der ujem­nie na jego psy­chi­kę. Le­ka­rze za­le­ci­li mu dłuż­szą po­dróż, li­cząc na sku­tecz­ny wpływ zu­peł­nej zmia­ny wa­run­ków i oto­cze­nia. Pani Bret­ton za­ofia­ro­wa­ła się za­opie­ko­wać na ten czas jego małą có­recz­ką.

– Mam na­dzie­ję – rze­kła moja chrzest­na – że dziec­ko nie wda się w mat­kę i nie bę­dzie taką pło­chą, trzpio­to­wa­tą za­lot­ni­cą o pta­sim móżdż­ku, z jaką praw­dzi­wie roz­sąd­ne­mu czło­wie­ko­wi nie przy­szło­by na myśl się oże­nić. Pan Home może być, co praw­da, uwa­ża­ny za czło­wie­ka roz­sąd­ne­go – na swój spo­sób – jak­kol­wiek nie­zbyt prak­tycz­ne­go. Roz­mi­ło­wa­ny w na­uce, spę­dza pół ży­cia w la­bo­ra­to­rium na ro­bie­niu do­świad­czeń – cze­go jego mo­tyl­ko­wa­ta żona nie była nig­dy w sta­nie zro­zu­mieć ani znieść. Mu­szę przy­znać – do­da­ła szcze­rze moja chrzest­na mat­ka – że i mnie sa­mej nie bar­dzo by się to po­do­ba­ło.

Na za­da­ne jej w tej spra­wie py­ta­nie wy­ja­śni­ła mi, że, jak utrzy­my­wał jej nie­bosz­czyk mąż, pan Home odzie­dzi­czył na­uko­we upodo­ba­nia po wuju z li­nii ma­cie­rzy­stej, zna­nym fran­cu­skim uczo­nym. Al­bo­wiem pan Home był po­cho­dze­nia mie­sza­ne­go: fran­cu­skie­go i szkoc­kie­go, i miał krew­nych we Fran­cji, z któ­rych nie­je­den pi­sał swo­je na­zwi­sko z po­prze­dza­ją­cym je ary­sto­kra­tycz­nym „de” i uwa­żał swój ród za szla­chec­ki.

Tego sa­me­go wie­czo­ru wy­sła­no słu­żą­ce­go na spo­tka­nie ko­la­sy pocz­to­wej, któ­rą miał przy­być nasz mały gość. Pani Bret­ton i ja sie­dzia­ły­śmy w sa­lo­nie w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd dziec­ka, same ze wzglę­du na nie­obec­ność Joh­na Gra­ha­ma, któ­ry po­je­chał w od­wie­dzi­ny do jed­ne­go z ko­le­gów szkol­nych, miesz­ka­ją­ce­go na wsi. Moja mat­ka chrzest­na skra­ca­ła so­bie czas ocze­ki­wa­nia czy­ta­niem ga­ze­ty wie­czor­nej, a ja szy­łam. Wie­czór był burz­li­wy i słot­ny, deszcz siekł o szy­by, wiatr dął nie­ustan­nie, za­wo­dząc ża­ło­śnie.

– Bied­ne dziec­ko! – wzdy­cha­ła pani Bret­ton od cza­su do cza­su. – Jaka okrop­na po­go­da do po­dró­żo­wa­nia! Chcia­ła­bym, aby zna­la­zła się już bez­piecz­nie tu­taj.

Na krót­ko przed dzie­sią­tą jęk­nął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych, oznaj­mia­jąc po­wrót War­re­na (tak na­zy­wał się wy­sła­ny po małą słu­żą­cy). Gdy tyl­ko otwo­rzo­no drzwi na dole, zbie­głam do holu, gdzie stał już ku­fer oraz kil­ka tek­tu­ro­wych pu­deł, a przy nich mło­da pia­stun­ka, u pod­nó­ża scho­dów zaś War­ren, nio­są­cy na rę­kach i tu­lą­cy do sie­bie ja­kieś po­owi­ja­ne w sza­le za­wi­niąt­ko.

– Czy to jest przy­wie­zio­ne dziec­ko? – za­py­ta­łam.

– Tak, pro­szę pa­nien­ki.

Chcia­łam od­wi­nąć sza­le, aby zo­ba­czyć małą, ona jed­nak po­spiesz­nie od­wró­ci­ła gło­wę i ukry­ła twarz na ra­mie­niu War­re­na.

– Pro­szę mnie po­sta­wić na pod­ło­gę – szep­nę­ło dziec­ko ci­chut­kim gło­sem w chwi­li, kie­dy War­ren otwie­rał drzwi sa­lo­nu – i zdjąć ze mnie ten szal – do­da­ło, usi­łu­jąc rów­no­cze­śnie wy­cią­gnąć ma­leń­ką rącz­ką szpil­kę przy­trzy­mu­ją­cą szal, aby z ro­dza­jem ka­pry­śne­go po­śpie­chu zrzu­cić z sie­bie nie­zdar­ne opa­tu­le­nie. Istot­ka, któ­ra wy­ło­ni­ła się spod nie­go, pró­bo­wa­ła zło­żyć szal, jed­nak oka­zał się on zbyt cięż­ki i wiel­ki, aby mo­gła mu spro­stać siła drob­niut­kich rą­czek i ra­mion.

– Pro­szę to dać Har­riet – roz­ka­za­ła ma­leń­ka. – Już ona zło­ży go jak trze­ba.

Po wy­da­niu tego roz­po­rzą­dze­nia zwró­ci­ła się ku pani Bret­ton, w któ­rej twa­rzy utkwi­ła ba­daw­cze spoj­rze­nie.

– Chodź, ko­cha­nie – za­chę­ci­ła ją pani Bret­ton. – Mu­szę zo­ba­czyć, czy nie prze­mo­kłaś i nie zzię­błaś. Ogrze­jesz się przy ko­min­ku.

Dziec­ko po­spie­szy­ło na to we­zwa­nie. Uwol­nio­na z opa­tu­le­nia fi­gur­ka oka­za­ła się nie­po­mier­nie drob­na, za­ra­zem zgrab­niut­ka, lek­ka jak piór­ko, nad­zwy­czaj kształt­na i po­cią­ga­ją­ca. Sie­dząc na ko­la­nach mo­jej mat­ki chrzest­nej, spra­wia­ła wra­że­nie lal­ki ra­czej niż dziec­ka. Po­do­bień­stwo do lal­ki po­tę­go­wa­ła w mo­ich oczach jej szyj­ka, cie­niut­ka i de­li­kat­na jak uto­czo­na z wo­sku, a tak­że głów­ka okry­ta gąsz­czem je­dwa­bi­stych lo­ków.

Pani Bret­ton, roz­cie­ra­jąc dło­nie, nóż­ki i ra­mio­na ma­łej, prze­ma­wia­ła do niej krót­ki­mi, piesz­czo­tli­wy­mi zda­nia­mi. Dziec­ko zra­zu wpa­try­wa­ło się w star­szą ko­bie­tę z wni­kli­wą cie­ka­wo­ścią, ry­chło jed­nak jej twa­rzycz­kę opro­mie­nił uśmiech pe­łen uj­mu­ją­ce­go wdzię­ku. Pani Bret­ton nie na­le­ża­ła na ogół do osób na­zbyt ła­two i hoj­nie da­rzą­cych piesz­czo­ta­mi; na­wet w sto­sun­ku do uwiel­bia­ne­go je­dy­ne­go syna rzad­ko da­wa­ła po­wo­do­wać się sen­ty­men­tem, czę­sto wręcz prze­ciw­nie na­wet, była czy też uda­wa­ła oschłą. Kie­dy jed­nak ta drob­na dzie­ci­na uśmiech­nę­ła się do niej, po­ca­ło­wa­ła ją i za­py­ta­ła:

– Jak cię zwą, pta­szy­no?

– Pa­nien­ką.

– A jak jesz­cze, prócz pa­nien­ki?

– Pol­ly – tak na­zy­wa ją oj­czu­lek – do­da­ła opie­kun­ka.

– A czy Pol­ly chęt­nie za­miesz­ka u mnie?

– Nie na za­wsze; tyl­ko do­pó­ki nie po­wró­ci oj­czu­lek. Od­je­chał – do­da­ła, po­trzą­sa­jąc wy­mow­nie głów­ką.

– Oj­czu­lek po­wró­ci do swo­jej Pol­ly albo przy­śle po nią.

– Na pew­no po­wró­ci, pro­szę pani? Czy pani wie o tym?

– My­ślę, że tak.

– A Har­riet my­śli, że nie; przy­najm­niej, że nie tak pręd­ko. Jest cho­ry.

Oczy jej za­szkli­ły się łza­mi. Wy­su­nę­ła rącz­kę z ręki pani Bret­ton i spró­bo­wa­ła zsu­nąć się z jej ko­lan, na­po­tkaw­szy wszak­że opór, rze­kła:

– Chcia­ła­bym zejść już, pro­szę pani. Mogę sie­dzieć na sto­łecz­ku.

Pani Bret­ton po­zwo­li­ła jej ze­śli­zgnąć się, a wów­czas mała wzię­ła sto­łe­czek, prze­nio­sła go do po­grą­żo­ne­go w naj­głęb­szym cie­niu kąta i tam usia­dła. Pani Bret­ton, jak­kol­wiek na­tu­ra wład­cza, a w spra­wach po­waż­nych na­wet nie­ubła­ga­nie sta­now­cza, by­wa­ła czę­sto bier­na i ustęp­liwa w dro­bia­zgach: nie sprze­ci­wi­ła się też dziec­ku, po­zo­sta­wia­jąc ma­łej wol­ną wolę.

– Nie zwra­caj na nią uwa­gi na ra­zie – ostrze­gła mnie.

Ja jed­nak nie od­wra­ca­łam od niej uwa­gi ani na chwi­lę, ob­ser­wu­jąc ją, opie­ra­ją­cą drob­ny ło­kieć na drob­niut­kim ko­lan­ku, a głów­kę na rącz­ce. Do­strze­głam, że wy­ję­ła z kie­szon­ki swo­jej ma­łej spód­nicz­ki czwo­ro­kąt­ny cie­niut­ki ka­wa­łek ba­ty­stu, któ­ry miał słu­żyć jej za chust­kę do nosa. Po chwi­li do mo­ich wy­jąt­ko­wo wraż­li­wych uszu do­le­ciał ci­chut­ki od­głos łka­nia. Inne dzie­ci zwy­kły, kie­dy je coś boli czy smu­ci, pła­kać gło­śno, ha­ła­śli­wie, nie wsty­dząc się ani nie po­wstrzy­mu­jąc łez. Ta ma­leń­ka isto­ta łka­ła pra­wie nie­do­sły­szal­nie, od cza­su do cza­su tyl­ko zdra­dza­jąc swo­je wzru­sze­nie le­ciut­kim po­cią­ga­niem no­sem. Pani Bret­ton nie sły­sza­ła tego, na szczę­ście. Nie­ba­wem gło­sik, do­cho­dzą­cy z ciem­ne­go kąta, za­py­tał:

– Czy moż­na za­dzwo­nić na Har­riet?

Za­dzwo­ni­łam. We­zwa­na pia­stun­ka przy­szła nie­ba­wem.

– Trze­ba mnie po­ło­żyć do łóż­ka – roz­ka­za­ła jej ma­lut­ka pani. – Mu­sisz za­py­tać, gdzie będę spa­ła.

Har­riet wy­ja­śni­ła, że zdą­ży­ła już się do­wie­dzieć.

– Za­py­taj, czy wol­no ci bę­dzie spać ze mną – po­le­ci­ła mała.

– Nie, pa­nien­ko – od­par­ła Har­riet. – Ma pa­nie­necz­ka spać w jed­nym po­ko­ju z tą pa­nią. – Wska­za­ła gło­wą na mnie.

„Pa­nie­necz­ka” po­zo­sta­ła w ciem­nym ką­cie, za­uwa­ży­łam jed­nak, że szu­ka mnie wzro­kiem. Przy­glą­da­ła mi się ba­daw­czo przez chwi­lę, po czym skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia.

– Ży­czę pani do­brej nocy – po­wie­dzia­ła, zwra­ca­jąc się do pani Bret­ton, mnie zaś omi­nę­ła w mil­cze­niu.

– Do­bra­noc ci, Pol­ly – po­wie­dzia­łam.

– Nie ma po­trze­by mó­wić mi do­bra­noc; mamy prze­cież spać w tym sa­mym po­ko­ju – od­po­wie­dzia­ła, po czym zni­kła za drzwia­mi sa­lo­nu. Usły­sza­ły­śmy jesz­cze tyl­ko pro­po­zy­cję Har­riet za­nie­sie­nia jej na górę.

– Nie ma po­trze­by – brzmia­ła od­po­wiedź. – Nie ma po­trze­by! Nie ma po­trze­by! – wo­ła­ła, wspi­na­jąc się mo­zol­nie po scho­dach i wy­raź­nie po­włó­cząc zmę­czo­ny­mi drob­ny­mi sto­pa­mi.

Gdy go­dzi­nę póź­niej przy­szłam do sy­pial­ni, mała jesz­cze nie spa­ła. Uło­ży­ła po­dusz­ki w ten spo­sób, aby mo­gły pod­trzy­mać ją w po­zy­cji sie­dzą­cej: obie jej rącz­ki spo­czy­wa­ły na koł­drze, sple­cio­ne ge­stem ci­chej re­zy­gna­cji. Przez ja­kiś czas nie od­zy­wa­łam się do niej, wszak­że przed zga­sze­niem świe­cy po­ra­dzi­łam jej, aby po­ło­ży­ła się wy­god­niej.

– I to przyj­dzie – brzmia­ła od­po­wiedź.

– Ale za­zię­bisz się w ten spo­sób, mała pa­nien­ko.

Wzię­ła z krze­sła, sto­ją­ce­go przy jej łó­żecz­ku, drob­ną ja­kąś sztu­kę ubra­nia i na­rzu­ci­ła ją so­bie na ra­mion­ka. Po­zwo­li­łam jej ro­bić, co chcia­ła. Wsłu­chu­jąc się przez chwi­lę w ciem­no­ści, zda­łam so­bie spra­wę, że ona wciąż jesz­cze pła­cze, usi­łu­je jed­nak czy­nić to moż­li­wie naj­ci­szej i naj­pow­ścią­gli­wiej.

Obu­dziw­szy się o świ­cie, usły­sza­łam szum wody ście­ka­ją­cej jak gdy­by cien­ką struż­ką. Spoj­rza­łam w stro­nę, skąd do­cho­dził ten od­głos i uj­rza­łam Pol­ly, któ­ra już wsta­ła i wdra­paw­szy się na krze­sło przy umy­wal­ni, z wy­sił­kiem prze­chy­la­ła dzba­nek (któ­re­go nie była w sta­nie udźwi­gnąć), aby prze­lać jego za­war­tość do mi­ski. Cie­ka­wy był wi­dok jej my­ją­cej się i ubie­ra­ją­cej. Drob­na fi­gur­ka uwi­ja­ła się przy tych czyn­no­ściach tak żywo, a za­ra­zem tak bez­sze­lest­nie! Wi­docz­ne było, że nie przy­wy­kła oby­wać się przy ubie­ra­niu bez cu­dzej po­mo­cy: gu­zi­ki, ha­ft­ki, wstą­żecz­ki, ta­siem­ki i dziur­ki do ich prze­wle­ka­nia na­strę­cza­ły jej wie­le trud­no­ści, któ­re usi­ło­wa­ła po­ko­ny­wać ze wzru­sza­ją­cą wy­trwa­ło­ścią. Zło­ży­ła po­rząd­nie swo­ją ko­szul­kę noc­ną, wy­gła­dzi­ła, jak tyl­ko umia­ła naj­le­piej, fał­dy po­sła­nia, po czym, cof­nąw­szy się do ką­ci­ka, w któ­rym ukry­wa­ły ją zwo­je dra­pu­ją­cych łó­żecz­ko bia­łych mu­śli­no­wych fi­ra­nek, za­cho­wy­wa­ła się ci­cho. Unio­słam się na łóż­ku i wy­cią­gnę­łam gło­wę, aby zo­ba­czyć, co robi. Klę­cza­ła, oparł­szy czo­ło na dło­niach. Wi­docz­ne było, że od­ma­wia pa­cie­rze.

Pia­stun­ka za­stu­ka­ła do drzwi. Mała ze­rwa­ła się.

– Je­stem ubra­na, Har­riet – rze­kła. – Sama się ubra­łam, na pew­no jed­nak nie je­stem po­za­pi­na­na po­rząd­nie. Po­praw na mnie wszyst­ko.

– Dla­cze­go pa­nie­necz­ka ubra­ła się sama?

– Ci­cho, Har­riet! Nie mów tak gło­śno, żeby nie obu­dzić tej dziew­czy­ny.

Oczy­wi­ste było, że mówi o mnie, przy­pusz­cza­jąc, że śpię, po­now­nie bo­wiem po­ło­ży­łam się i za­mknę­łam oczy.

– Ubra­łam się umyśl­nie sama, żeby umieć, jak od­je­dziesz ode mnie.

– Czy pa­nie­necz­ka chce, że­bym od­je­cha­ła?

– Kie­dy by­łaś zła, nie­raz chcia­łam, że­byś ode­szła od nas, ale te­raz nie. Za­wiąż mi po­rząd­nie szar­fę w pa­sie i przy­gładź mi wło­sy, jak na­le­ży, pro­szę cię.

– Szar­fa pa­nie­necz­ki leży jak ula­na. Jaka z pa­nie­necz­ki po­rząd­nic­ka.

– Nie, nie, trze­ba za­wią­zać ją jesz­cze raz. Pro­szę cię, zrób to.

– Do­brze już, do­brze. Ale jak po­ja­dę, musi pa­nie­necz­ka pro­sić tę mło­dą pa­nią, żeby po­mo­gła przy ubie­ra­niu.

– Za nic w świe­cie.

– Dla­cze­go? Jest bar­dzo miła. Spo­dzie­wam się, że pa­nie­necz­ka bę­dzie grzecz­na dla niej i nie bę­dzie za­dzie­ra­ła nosa po swo­je­mu.

– Nie chcę, żeby mnie ubie­ra­ła! Nie chcę, sły­szysz? Za żad­ne skar­by!

– Śmiesz­ne z pa­nie­necz­ki stwo­rze­nie.

– Nie ro­bisz mi rów­ne­go prze­dzia­łu, Har­riet. Bę­dzie znów po­krę­co­ny.

– Kto by tam kie­dy do­go­dził pa­nien­ce. No, a te­raz do­brze?

– Tak so­bie. Do­kąd mam iść te­raz, kie­dy je­stem ubra­na?

– Za­pro­wa­dzę pa­nie­necz­kę do po­ko­ju śnia­da­nio­we­go.

– Do­brze. Chodź­my.

Skie­ro­wa­ły się ku drzwiom. Na­gle mała za­trzy­ma­ła się.

– O, Har­riet, dla­cze­go to nie jest dom oj­czul­ka! Nie znam tych wszyst­kich lu­dzi!

– Niech pa­nie­necz­ka bę­dzie grzecz­na i nie ka­pry­si.

– Je­stem grzecz­na, ale boli mnie tu­taj. – Do­tknę­ła ręką oko­li­cy ser­ca. – Oj­czul­ku! Oj­czul­ku! – za­wo­dzi­ła płacz­li­wie.

Pod­nio­słam się, aby po­ło­żyć kres tej sce­nie, do­pó­ki jesz­cze moż­na było za­po­biec gwał­tow­ne­mu wy­bu­cho­wi.

– Niech pa­nien­ka po­wie dzień do­bry mło­dej pani – na­ka­za­ła Har­riet.

Rzu­ci­ła po­śpiesz­nie „dzień do­bry”, po czym wy­szła za pia­stun­ką z po­ko­ju.

Har­riet wy­je­cha­ła tego sa­me­go dnia, uda­jąc się do swo­ich zna­jo­mych, miesz­ka­ją­cych w są­siedz­twie.

Zszedł­szy na dół, za­sta­łam Pau­li­nę (dziec­ko mó­wi­ło o so­bie: Pol­ly, wszak­że jej peł­ne, nie­zdrob­nia­łe imię brzmia­ło Pau­li­na Ma­ria) sie­dzą­cą przy sto­le śnia­da­nio­wym tuż obok pani Bret­ton. Stał przed nią ku­bek mle­ka, a mała krom­ka chle­ba wy­peł­nia­ła rącz­kę le­żą­cą bez ru­chu na ob­ru­sie. Mała nie ja­dła.

– Nie mam po­ję­cia, jak damy so­bie radę z tym stwo­rzon­kiem – zwró­ci­ła się do mnie moja mat­ka chrzest­na po śnia­da­niu i odej­ściu Pol­ly. – Nic nie bie­rze do ust, a po jej oczach i ca­łej twa­rzy wi­dać wy­raź­nie, że nie spa­ła.

Uspo­ko­iłam pa­nią Bret­ton, wy­ra­ża­jąc uf­ność we wpływ cza­su i ser­decz­ne ob­cho­dze­nie się z dziec­kiem.

– Gdy­by po­lu­bi­ła ko­goś w na­szym domu, przy­zwy­cza­iła­by się wkrót­ce, nie wcze­śniej jed­nak – od­par­ła pani Bret­ton.


ROZDZIAŁ II
Paulina

Upły­nę­ło kil­ka dni i, jak się zda­wa­ło, trud­no było li­czyć na to, aby dziec­ko mia­ło po­lu­bić ko­goś szcze­gól­nie w domu no­wej opie­kun­ki. Nie była wła­ści­wie nie­grzecz­na ani ka­pry­śna, nie moż­na by­ło­by na­wet na­zwać jej nie­po­słusz­ną. Trud­no wszak­że o isto­tę, któ­rej nie spo­sób tak jak jej uko­ić, kie­ro­wać nią, a cho­ciaż­by przy­sto­so­wać do no­wych wa­run­ków. Była zgnę­bio­na, tak wy­raź­nie zgnę­bio­na, że żad­na oso­ba do­ro­sła nie mo­gła­by rów­nie bez­sprzecz­nie wy­ra­żać swe­go smut­ku ukła­dem twa­rzy i ca­łej po­sta­ci. Żad­ne po­żło­bio­ne zmarszcz­ka­mi ob­li­cze do­ro­słe­go wy­gnań­ca, prze­by­wa­ją­ce­go na an­ty­po­dach i tę­sk­nią­ce­go za Eu­ro­pą, nie mo­gło­by zdra­dzać wy­raź­niej­szych oznak tę­sk­no­ty za do­mem ro­dzin­nym ani­że­li twa­rzycz­ka tego dziec­ka. Zda­wa­ła się sta­rzeć, szczu­pleć i mi­zer­nieć w oczach. Ja oso­bi­ście, nie­ob­da­rzo­na udrę­ką na­zbyt buj­nej i prze­czu­lo­nej wy­obraź­ni, do­zna­wa­łam za­wsze dziw­ne­go uczu­cia, ile­kroć, otwo­rzyw­szy drzwi, za­sta­wa­łam małą samą jed­ną, przy­kuc­nię­tą w ką­cie i opie­ra­ją­cą głów­kę na drob­niut­kiej rącz­ce. Po­kój, w któ­rym prze­by­wa­łam, wy­da­wał mi się nie­za­miesz­ka­ny, ale na­wie­dzo­ny przez zja­wę upior­ną.

A nie­kie­dy znów, gdy bu­dzi­łam się w noc księ­ży­co­wą, do­strze­ga­łam jej ma­leń­ką bia­łą fi­gur­kę w noc­nej ko­szul­ce, klę­czą­cą na łóż­ku i mod­lącą się żar­li­wie, jak go­rą­ca ka­to­licz­ka czy me­to­dyst­ka – spra­wia­ła na mnie wra­że­nie świę­tej w eks­ta­zie za­chwy­ce­nia. Nie wie­dzia­łam wów­czas, co mam o tym my­śleć, czu­łam jed­nak, że fan­ta­zju­ję tak samo nie­zdro­wo i nie­lo­gicz­nie jak ta, tra­wio­na nie­dzie­cię­cą tę­sk­no­tą, mała dziew­czyn­ka.

Rzad­ko moje ucho pod­chwy­ty­wa­ło po­je­dyn­cze sło­wa jej mo­dli­twy, tak ci­cho ją szep­ta­ła; cza­sem na­wet była to mo­dli­twa zu­peł­nie nie­ma, nie­wy­po­wia­da­na ar­ty­ku­ło­wa­ny­mi dźwię­ka­mi. Je­śli jed­nak cza­sa­mi uda­wa­ło mi się roz­róż­nić ja­kieś sło­wa, było to nie­zmien­ne we­zwa­nie: „Oj­czul­ku, mój dro­gi oj­czul­ku!”.

Zro­zu­mia­łam, że mam przed sobą nie­zwy­kłą kon­struk­cję psy­chicz­ną, zdra­dza­ją­cą skłon­no­ści ma­nia­kal­ne, któ­re uwa­ża­łam za­wsze za naj­więk­szą klę­skę, jaką może być do­tknię­ta na­tu­ra ludz­ka.

Trud­no prze­wi­dzieć, do cze­go mo­gło­by w koń­cu do­pro­wa­dzić małą jej sa­mo­udrę­cze­nie, gdy­by trwa­ło w dal­szym cią­gu, nie­uda­rem­nio­ne przez ni­ko­go. Na szczę­ście wszak­że na­strój dziec­ka uległ na­głe­mu i nie­spo­dzie­wa­ne­mu zwro­to­wi.

Pew­ne­go dnia pani Bret­ton, chcąc wy­do­stać małą z kąta, w któ­rym sta­le za­szy­wa­ła się, i za­jąć czymś jej umysł, po­sa­dzi­ła ją na ła­wecz­ce pod oknem i po­le­ci­ła jej po­li­czyć, ile pań i ilu pa­nów przej­dzie uli­cą w cią­gu okre­ślo­ne­go cza­su. Dziec­ko jed­nak sie­dzia­ło z miną tępą i obo­jęt­ną, nie pa­trząc pra­wie, a już na pew­no nie li­cząc, gdy na­gle – nie spusz­cza­łam z niej przez cały czas oczu – do­strze­głam na jej twa­rzy zmia­nę bły­ska­wicz­ną. Ta­kie nie­bez­piecz­nie prze­wraż­li­wio­ne (jak to się na­zy­wa) na­tu­ry na­strę­cza­ją wie­le cie­ka­wych spo­strze­żeń ob­ser­wu­ją­cym je oso­bom, szczę­śli­wie chro­nio­nym – dzię­ki chłod­niej­sze­mu tem­pe­ra­men­to­wi – przed ule­ga­niem nie­rów­nym na­stro­jom i czcze­mu fan­ta­zjo­wa­niu. Wpa­trzo­ne w je­den punkt oczy dziew­czyn­ki roz­pa­li­ły się, drob­ne, sta­le na­chmu­rzo­ne czół­ko roz­ja­śni­ło się pro­mien­nie, wy­raz smut­ku i przy­gnę­bie­nia znikł, jak gdy­by zdmuch­nię­ty cza­rem, z jej twa­rzycz­ki, ustę­pu­jąc miej­sca na­głe­mu oży­wie­niu i pod­nie­ce­niu.

– Tak! To on! – wy­rwa­ło się z jej ust.

I z szyb­ko­ścią pta­ka czy wy­rzu­co­nej z łuku strza­ły po­mknę­ła z po­ko­ju. W jaki spo­sób uda­ło jej się otwo­rzyć cięż­kie drzwi wej­ścio­we na dole, nie mam po­ję­cia, chy­ba że szczę­śli­wym dla niej tra­fem były uchy­lo­ne. A może ze­tknę­ła się z War­re­nem, któ­ry nie mógł oprzeć się jej żą­da­niu – wy­obra­żam so­bie, jak da­le­ce na­tar­czy­we­mu i gwał­tow­ne­mu! W każ­dym ra­zie, wy­pa­tru­jąc z za­cie­ka­wie­niem przez okno, uj­rza­łam ma­leń­ką fi­gur­kę w czar­nej su­kien­ce i w zgrab­nym, drob­no pli­so­wa­nym far­tusz­ku (nie­po­dob­na było skło­nić Pol­ly do no­sze­nia ochra­nia­ją­cych całą su­kien­kę far­tu­chów, tak wiel­ki ży­wi­ła do nich wstręt), bie­gną­cą pę­dem przez jezd­nię. W chwi­li gdy za­mie­rza­łam zwró­cić się do pani Bret­ton, aby ją ostrzec, że mała wy­bie­gła jak osza­la­ła na uli­cę i że na­le­ża­ło­by na­tych­miast po­spie­szyć za nią, zo­ba­czy­łam, że dziec­ko zo­sta­ło po­chwy­co­ne przez ko­goś i ukry­te na czy­jejś pier­si za­rów­no przed moim wzro­kiem, jak i przed zdu­mio­ny­mi spoj­rze­nia­mi prze­chod­niów. Po­rwa­nia tego do­ko­nał ja­kiś pan, któ­ry te­raz, okryw­szy ma­leń­ką swo­im płasz­czem, skie­ro­wał się wraz z nią ku do­mo­wi, skąd wy­bie­gła.

Przy­pusz­cza­łam, że odda dziec­ko słu­żą­ce­mu, a sam odej­dzie, wbrew mo­je­mu prze­wi­dy­wa­niu jed­nak wszedł i on tak­że, to­wa­rzy­sząc ma­łej na pię­tro.

Spo­sób przy­ję­cia go przez pa­nią Bret­ton ujaw­nił mi od razu, że jego oso­ba jest jej do­brze zna­na. Po­wi­ta­ła go ser­decz­nie, wy­da­jąc się jed­nak spło­szo­na, zdzi­wio­na i chy­ba nie­mi­le za­sko­czo­na. Nie­my wy­rzut, jaki przy­by­ły wy­czy­tał w jej spoj­rze­niu, skło­nił go do wy­ja­śnie­nia:

– Nie by­łem w sta­nie oprzeć się, dro­ga pani; nie mo­głem opu­ścić kra­ju, nie prze­ko­naw­szy się oso­bi­ście, czy moja ma­leń­ka przy­zwy­cza­iła się do no­we­go oto­cze­nia.

– Pań­skie przy­by­cie znów ją od nie­go od­zwy­czai.

– Mam na­dzie­ję, że nie. I cóż, jak się ma i co po­ra­bia naj­słod­sza kru­szyn­ka oj­czu­sio­wa?

Z py­ta­niem tym zwró­cił się do Pau­li­ny, sia­da­jąc na krze­śle i sta­wia­jąc ją na pod­ło­dze przed sobą.

– Jak się ma i co po­ra­bia kru­szyn­ka oj­czu­sio­wa? – po­wtó­rzy­ła py­ta­nie, przy­tu­lo­na do ko­lan ojca i wpa­trzo­na w za­chwy­cie w jego twarz.

Była to ci­cha i poza tymi kil­ko­ma sło­wa­mi nie­ma sce­na, tak głę­bo­ko wszak­że wzru­sza­ją­ca dzię­ki mo­dli­tew­ne­mu nie­le­d­wie sku­pie­niu, w ja­kim się od­by­ła, że tym bar­dziej przy­gnę­bia­ją­ce spra­wi­ła na mnie wra­że­nie. Przy wszel­kich, nie­po­wścią­ga­nych siłą woli, nie­opa­no­wa­nych wy­bu­chach spra­wia wi­dzo­wi ulgę po­czu­cie pew­nej ich śmiesz­no­ści, i stąd wzgar­dy dla nich; za naj­bar­dziej przy­tła­cza­ją­cą na­to­miast uwa­ża­łam za­wsze tego ro­dza­ju wraż­li­wość, któ­ra gnę­bi siłą wła­snej po­tę­gi – ol­brzym nie­wol­nik ugi­na­ją­cy się pod pa­no­wa­niem trzeź­we­go roz­sąd­ku.

Pan Home był męż­czy­zną o su­ro­wych – może na­wet na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć twar­dych – ry­sach; czo­ło miał po­bruż­dżo­ne, ko­ści po­licz­ko­we wy­sta­ją­ce. Była to twarz ty­po­wo szkoc­ka, w oczach jego wszak­że ma­lo­wa­ła się nie­zwy­kła u Szko­tów głę­bia uczu­cia, w tej chwi­li ujaw­nio­ne­go wy­raź­nie w pod­nie­ce­niu, któ­re­go nie był zdol­ny po­ko­nać. Jego pół­noc­ny ak­cent w mo­wie har­mo­ni­zo­wał z całą fi­zjo­no­mią. Wy­glą­dem spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka za­ra­zem dum­ne­go i pro­sto­li­nij­ne­go.

Po­ło­żył dłoń na pod­nie­sio­nej ku nie­mu głów­ce dziec­ka, któ­re szep­nę­ło:

– Po­ca­łuj swo­ją Pol­ly, oj­czul­ku!

Po­ca­ło­wał ją. Pra­gnę­łam usły­szeć z ust dziec­ka ja­kiś spa­zma­tycz­ny okrzyk, któ­ry przy­niósł­by mi ulgę i przy­wró­cił­by mi spo­kój. Mała za­cho­wy­wa­ła się wszak­że za­dzi­wia­ją­co ci­cho: jak gdy­by speł­ni­ło się wszyst­ko, cze­go pra­gnę­ła i dla­te­go była upo­jo­na szczę­ściem i ra­do­ścią.

Nie przy­po­mi­na­jąc swe­go ojca ani ry­sa­mi, ani wy­ra­zem twa­rzy, była prze­cież jego nie­odrod­ną cór­ką: uspo­so­bie­nie jej kształ­to­wa­ło się pod jego wpły­wem, jej umysł na­peł­nio­ny był tre­ścią jego umy­słu ni­czym fi­li­żan­ka – pły­nem wla­nym do niej z dzban­ka.

Pan Home umiał nie­wąt­pli­wie po mę­sku pa­no­wać nad sobą, nie­za­leż­nie od emo­cji, ja­kie wy­wo­ły­wa­ły w nim pew­ne spra­wy.

– Pol­ly – rzekł wpa­trzo­ny w swo­ją małą có­recz­kę – zejdź do holu; leży tam na krze­śle moje pal­to; prze­szu­kaj kie­sze­nie, znaj­dziesz w jed­nej z nich chust­kę do nosa, któ­rą przy­nie­siesz mi tu­taj.

Usłu­cha­ła od razu, po­szła i po­wró­ci­ła szyb­ko, cze­ka­jąc po­słusz­nie z chust­ką w rącz­ce. Wy­glą­da­ła praw­dzi­wie jak ob­ra­zek z tą swo­ją zgrab­ną, drob­niut­ką fi­gur­ką, opar­ta o ko­la­na Home’a. Wi­dząc jed­nak, że oj­ciec nie prze­sta­je roz­ma­wiać, jak gdy­by nie­świa­do­my jej po­wro­tu, uję­ła jego rękę, od­chy­li­ła nie­opie­ra­ją­ce się temu ge­sto­wi pal­ce i wsu­nę­ła po­mię­dzy nie chust­kę. Przez chwi­lę zda­wał się w dal­szym cią­gu nie wi­dzieć ma­łej i nie czuć jej obec­no­ści, ry­chło jed­nak po­chy­lił się ku niej i po­sa­dził ją na ko­la­nach, a ona przy­tu­li­ła się do nie­go. I mimo że nie pa­trzy­li na sie­bie ani też nie za­mie­ni­li sło­wa w cią­gu go­dzi­ny, byli, jak przy­pusz­czam, obo­je w peł­ni za­do­wo­le­ni.

Pod­czas po­po­łu­dnio­wej her­ba­ty za­cho­wa­nie ma­łej spra­wia­ło, jak za­zwy­czaj, praw­dzi­wą roz­kosz obec­nym. Za­czę­ła od po­kie­ro­wa­nia War­re­nem, jak ma usta­wić krze­sła.

– Pro­szę po­sta­wić krze­sło mo­je­go oj­czul­ka tu­taj, a moje tuż obok, po­mię­dzy oj­czul­kiem a pa­nią Bret­ton: mu­szę po­dać mu her­ba­tę – po­wie­dzia­ła.

Usia­dła i wska­za­ła ojcu miej­sce obok sie­bie.

– Usiądź obok mnie, jak gdy­by­śmy byli u nas w domu.

A po­tem, gdy wzię­ła fi­li­żan­kę na­peł­nio­ną her­ba­tą, któ­rą wła­sno­ręcz­nie osło­dzi­ła i do któ­rej wla­ła śmie­tan­kę, do­da­ła:

– Za­wsze w domu ro­bi­łam to dla cie­bie; nikt nie umiał ci tak do­go­dzić jak ja, na­wet ty sam, oj­czul­ku, nie umia­łeś.

Przez cały czas po­sił­ku krzą­ta­ła się, usłu­gu­jąc ojcu, chwi­la­mi w spo­sób za­baw­nie nie­do­rzecz­ny. Szczyp­ce do cu­kru były za wiel­kie dla jed­nej rącz­ki, mu­sia­ła więc użyć obu przy po­słu­gi­wa­niu się tym in­stru­men­tem. Po­dźwi­gnię­cie srebr­ne­go dzba­nusz­ka do śmie­tan­ki, pół­mi­ska z krom­ka­mi chle­ba z ma­słem, a na­wet fi­li­żan­ki i spodecz­ka było za­da­niem prze­ra­sta­ją­cym jej siły i moż­li­wo­ści; od­waż­nie jed­nak usi­ło­wa­ła spro­stać temu za­da­niu, ma­new­ru­jąc każ­dym z przed­mio­tów, szczę­śli­wie też po­do­ła­ła wszyst­kie­mu, nie roz­law­szy nic ani nie uszko­dziw­szy. Praw­dę mó­wiąc, uwa­ża­łam ją za małą krę­cic­ką, oj­ciec jej wszak­że, za­śle­pio­ny jak wszy­scy ro­dzi­ce, zda­wał się z wiel­kim za­do­wo­le­niem przyj­mo­wać usłu­gi, cu­dow­nie uko­jo­ny jej krzą­ta­ni­ną.

– To je­dy­na moja po­cie­cha w ży­ciu – nie mógł po­wstrzy­mać się od uczy­nie­nia wy­zna­nia pani Bret­ton.

Moja mat­ka chrzest­na mia­ła taką samą „po­cie­chę”, nie­po­rów­na­nie tyl­ko więk­szych roz­mia­rów, w tym mo­men­cie nie­obec­ną w domu, po­tra­fi­ła więc zro­zu­mieć i od­czuć sła­bą stro­nę swo­je­go go­ścia.

Ta dru­ga „po­cie­cha” uka­za­ła się na wi­dow­ni jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru. Wie­dzia­łam, że na ten dzień ozna­czo­ny był jego po­wrót, zda­wa­łam też so­bie spra­wę, że pani Bret­ton po­zo­sta­wa­ła od rana już w tran­sie ocze­ki­wa­nia. Sie­dzie­li­śmy wszy­scy po her­ba­cie przy ko­min­ku, gdy do na­sze­go koła przy­łą­czył się tak­że Gra­ham. Na­le­ża­ło­by ra­czej po­wie­dzieć: prze­rwał je i wpro­wa­dził za­mie­sza­nie. Po­ja­wie­nie się mło­de­go chłop­ca wy­wo­ła­ło oczy­wi­ście na­gły roz­gwar, wo­bec tego zaś, że świe­żo przy­by­ły po­ścił przez cały dzień, jak utrzy­my­wał, trze­ba było go so­lid­nie na­kar­mić. On i pan Home przy­wi­ta­li się jak do­brzy zna­jo­mi; na małą dziew­czyn­kę Gra­ham nie zwró­cił na ra­zie wca­le uwa­gi.

Po po­sił­ku chło­piec od­po­wie­dział na nie­zli­czo­ne py­ta­nia mat­ki, wstał od sto­łu i usiadł przy ko­min­ku. Na­prze­ciw­ko nie­go sie­dział pan Home, a tuż przy nim dziec­ko. Mó­wiąc o niej „dziec­ko”, uży­wam nie­wła­ści­we­go okre­śle­nia. Po­ję­cie „dziec­ko” wy­ra­ża wszyst­ko inne ra­czej ani­że­li wi­zję po­waż­nej, sku­pio­nej ma­łej osób­ki w ża­łob­nej su­kien­ce i bia­łym far­tusz­ku, mo­gą­cy­mi nada­wać się rów­nie do­brze na ubra­nie więk­szych roz­mia­rów lal­ki. Osób­ka ta sie­dzia­ła na wy­so­kim krze­seł­ku obok sto­li­ka z bia­łą, z po­li­tu­ro­wa­ne­go drew­na szka­tuł­ką do ręcz­nych ro­bó­tek i trzy­ma­ła w rącz­ce ka­wa­łek ba­ty­stu, któ­ry pil­nie ob­rę­bia­ła, prze­kłu­wa­jąc go raz w raz igłą, po­dob­ną w jej pa­lusz­kach do roż­na ku­chen­ne­go nie­le­d­wie. Ma­new­ru­jąc nią nie­po­rad­nie, kłu­ła się wciąż i po­zo­sta­wia­ła na bia­łym ba­ty­ście wie­le ma­leń­kich czer­wo­nych pla­mek; od cza­su do cza­su wzdry­ga­ła się, ile­kroć nie­po­słusz­ne na­rzę­dzie wy­my­ka­ło się spod jej wła­dzy i wpi­ja­ło głę­biej niż za­zwy­czaj w ma­leń­ki pa­lu­szek. Nie usta­wa­ła jed­nak w pra­cy, ci­cha wciąż, pil­na, prze­ję­ta wy­ko­ny­wa­nym za­da­niem, praw­dzi­wa mała ko­biet­ka.

Gra­ham był w owym cza­sie przy­stoj­nym szes­na­sto­let­nim wy­rost­kiem, któ­re­go wy­gląd nie wzbu­dzał jed­nak zbyt wiel­kie­go za­ufa­nia do jego so­lid­no­ści. Za­zna­czam ten rys nie dla­te­go, aby chło­piec miał być w isto­cie szcze­gól­nie prze­wrot­ny z na­tu­ry, ale dla­te­go, że okre­śle­nie to wy­da­je mi się od­po­wied­nie do opi­sa­nia jego ja­snej, cel­tyc­kiej (nie sak­soń­skiej) uro­dy, fa­lu­ją­cych ja­sno­kasz­ta­no­wych wło­sów, smu­kłej, kształt­nej po­sta­ci oraz czę­sto gosz­czą­ce­go na jego twa­rzy uśmie­chu, nie­po­zba­wio­ne­go ani po­cią­ga­ją­ce­go uro­ku, ani prze­bie­gło­ści (nie w ujem­nym sen­sie jed­nak). W owym okre­sie Gra­ham był roz­piesz­czo­nym, sa­mo­wol­nym chłop­cem.

Przez dłuż­szy czas przy­glą­dał się w mil­cze­niu drob­nej fi­gur­ce sie­dzą­cej na­prze­ciw nie­go z po­waż­ną, sku­pio­ną min­ką, a kie­dy chwi­lo­wa nie­obec­ność w po­ko­ju pana Home’a prze­sta­ła zmu­szać go do nie­śmia­łe­go pół­u­śmie­chu – je­dy­ne­go u nie­go ob­ja­wu onie­śmie­le­nia – zwró­cił się do pani Bret­ton:

– Mamo, wi­dzę w na­szym to­wa­rzy­stwie mło­dą damę, któ­rej nie mia­łem do­tych­czas za­szczy­tu być przed­sta­wio­nym.

– Masz pew­no na my­śli có­recz­kę pana Home’a – od­par­ła mat­ka.

– Tak, w sa­mej rze­czy, ła­ska­wa pani. – Syn się skło­nił. – Uwa­żam jed­nak spo­sób wy­ra­ża­nia się ła­ska­wej pani za zbyt mało ce­re­mo­nial­ny; mó­wiąc o mło­dej da­mie, któ­rą mam na my­śli, na­zwał­bym ją pan­ną Home.

– Słu­chaj, Gra­ha­mie, nie po­zwo­lę ci dro­czyć się z dziec­kiem. Nie wy­obra­żaj so­bie, że zgo­dzę się, abyś zro­bił z niej two­ją ofia­rę.

– Ła­ska­wa pani – zwró­cił się do ma­łej, nie­stro­pio­ny na­ga­ną z ust mat­ki – czy mogę mieć za­szczyt przed­sta­wie­nia się pani, sko­ro nikt inny nie zdra­dza chę­ci wy­świad­cze­nia pani ani mnie tej uprzej­mo­ści? Po­wol­ny słu­ga ła­ska­wej pani, John Gra­ham Bret­ton.

Spoj­rza­ła na nie­go wsta­ją­ce­go z krze­sła i skła­da­ją­ce­go przed nią głę­bo­ki ukłon. Odło­ży­ła po­waż­nie na­par­stek, no­życz­ki i ro­bo­tę, ze­szła ostroż­nie z wy­so­kie­go krze­sła i dy­ga­jąc przed nim ni­sko z nie­wy­po­wie­dzia­ną po­wa­gą, przy­wi­ta­ła go uprzej­mie:

– Jak się pan ma?

– Cie­szę się po­zo­sta­wa­niem w do­brym zdro­wiu, nie­co tyl­ko znu­żo­ny je­stem po­spiesz­ną po­dró­żą. Mam na­dzie­ję, ła­ska­wa pani, że i pani tak­że do­brze się mie­wa.

– Wca­le znoś… śnie – brzmia­ła am­bit­na od­po­wiedź ma­łej ko­biet­ki, któ­ra, po wy­po­wie­dze­niu jej, usi­ło­wa­ła za­jąć uprzed­nie wy­so­kie swo­je sta­no­wi­sko; czu­jąc jed­nak, że nie bę­dzie mo­gła tego do­ko­nać bez pew­ne­go wy­sił­ku i nie­zgrab­ne­go wspi­na­nia się pod górę – a nie mo­gła prze­cież na­ra­zić w ten spo­sób na szwank swo­jej god­no­ści – z dru­giej zaś stro­ny nie de­cy­du­jąc się za nic w świe­cie na szu­ka­nie cu­dzej po­mo­cy w obec­no­ści tego mło­de­go pa­ni­cza, zrze­kła się wy­so­kie­go krze­sła na ko­rzyść ni­skie­go sto­łecz­ka. Ku temu sto­łecz­ko­wi przy­su­nął Gra­ham swo­je krze­sło.

– Mam na­dzie­ję, ła­ska­wa pani, że jej obec­na re­zy­den­cja, dom mo­jej mat­ki, wy­da­je się pani od­po­wied­nią sie­dzi­bą?

– Nie nad-zwy-czaj-nie; chcia­ła­bym wró­cić do domu.

– Zu­peł­nie na­tu­ral­ne i god­ne po­chwa­ły dą­że­nie, ła­ska­wa pani; będę jed­nak czy­nił, co tyl­ko bę­dzie w mo­jej mocy, aby mu się prze­ciw­sta­wić. Li­czę na to, że uda mi się uzy­skać dzię­ki pani odro­bi­nę cen­ne­go pier­wiast­ka, zwa­ne­go za­ba­wą, któ­rej moja mat­ka i obec­na tu pan­na Sno­we nie były zdol­ne mi za­pew­nić.

– Wy­ja­dę z moim oj­czul­kiem i nie po­zo­sta­nę dłu­go u mat­ki ła­ska­we­go pana.

– Tak, tak, po­zo­sta­nie pani u nas, ze mną, je­stem pe­wien. Mam ku­cy­ka, na któ­rym bę­dzie pani jeź­dzi­ła, i mnó­stwo ksią­żek z ob­raz­ka­mi, któ­re będę pani po­ka­zy­wał.

– Czy i pan bę­dzie miesz­kał te­raz tu­taj?

– Miesz­kam tu­taj. Jest pani z tego za­do­wo­lo­na? Po­do­bam się pani?

– Nie.

– Dla­cze­go?

– Wy­da­je mi się pan ja­kiś dziw­ny.

– Moja twarz, ła­ska­wa pani?

– Twarz pana i wszyst­ko w panu. Ma pan dłu­gie czer­wo­ne wło­sy.

– Kasz­ta­no­we, je­śli ła­ska: mama na­zy­wa je kasz­ta­no­wy­mi albo zło­ty­mi. Tego sa­me­go zda­nia są o nich wszyst­kie jej przy­ja­ciół­ki. Ale na­wet z mo­imi „dłu­gi­mi czer­wo­ny­mi wło­sa­mi” (po­trzą­snął z ro­dza­jem trium­fu buj­ną czu­pry­ną, o któ­rej sam do­brze wie­dział, że ma pło­wy od­cień, i dum­ny był z tej lwiej bar­wy) nie mógł­bym być dziw­niej­szy niż wa­sza ła­ska­wość, sza­now­na pani.

– Na­zy­wa mnie pan dziw­ną?…

– Oczy­wi­ście.

Po chwi­li mil­cze­nia dziew­czyn­ka po­wie­dzia­ła:

– My­ślę, że po­win­nam już iść spać.

– Ta­kie małe stwo­rzon­ko po­win­no już od wie­lu go­dzin być w łó­żecz­ku, ale cze­ka­ła pani na pew­no na mnie, aby przyj­rzeć mi się, jak wy­glą­dam, praw­da?

– Nie. Wca­le nie.

– Je­stem pe­wien, że po­wo­dem tego opóź­nio­ne­go pój­ścia spać była chęć ko­rzy­sta­nia z przy­jem­no­ści, jaką daje moje to­wa­rzy­stwo. Wie­dzia­ła pani, że przy­ja­dę dzi­siaj i stąd to cze­ka­nie, żeby mnie zo­ba­czyć?

– Nie po­szłam spać dla­te­go, że jest tu­taj mój oj­czu­lek, a wca­le nie kto inny.

– Ślicz­nie, ła­ska­wa pani. Sta­nę się na pew­no pani ulu­bień­cem: po­lu­bi pani wkrót­ce moje to­wa­rzy­stwo bar­dziej jesz­cze niż to­wa­rzy­stwo swe­go oj­czul­ka, ośmie­lę się wy­ra­zić przy­pusz­cze­nie.

Po­wie­dzia­ła do­bra­noc pani Bret­ton i mnie; za­wa­ha­ła się nie­pew­na, czy Gra­ham za­słu­gu­je na te same wzglę­dy, ale on w tej­że chwi­li po­chwy­cił ją i uniósł jed­ną ręką i tą jed­ną ręką trzy­mał ją wy­so­ko po­nad swo­ją gło­wą. Od­bi­cie wła­sne w tej po­zy­cji uj­rza­ła w lu­strze umiesz­czo­nym nad ko­min­kiem. Na­głość i ło­bu­zer­ska bez­ce­re­mo­nial­ność tego ge­stu, a nade wszyst­ko oka­za­ny przez Gra­ha­ma brak sza­cun­ku dla jej oso­by, były nie do znie­sie­nia.

– Mógł­by się pan wsty­dzić, pa­nie Gra­ha­mie! – krzyk­nę­ła z obu­rze­niem. – Pro­szę mnie pu­ścić!

A kie­dy sta­nę­ła po­now­nie na wła­snych no­gach na pod­ło­dze, do­da­ła z po­wa­gą:

– Cie­ka­wa je­stem, co po­my­ślał­by pan o mnie, gdy­bym chcia­ła zro­bić to samo z pa­nem i pod­nio­sła­bym pana jed­ną ręką (przy tych sło­wach po­gro­zi­ła mu), jak słu­żą­cy War­ren pod­no­si małą kot­kę.

Po­wie­dziaw­szy to, z god­no­ścią wy­szła z po­ko­ju.


ROZDZIAŁ III
Towarzysze zabaw

Pan Home po­zo­stał dwa dni. Przez cały czas po­by­tu nie­po­dob­na było skło­nić go do wyj­ścia z domu; sie­dział wciąż przy ko­min­ku, chwi­la­mi w mil­cze­niu, cza­sem znów słu­cha­jąc uprzej­mie uwag pani Bret­ton i od­po­wia­da­jąc na jej py­ta­nia. Ga­wę­dy pani Bret­ton były od­po­wied­nio do­stro­jo­ne do cho­ro­bli­wie zgnę­bio­ne­go na­stro­ju jej go­ścia. Umia­ła być nie na­zbyt li­tu­ją­cą się, za­ra­zem jed­nak współ­czu­ją­cą i roz­sąd­ną; zdo­by­wa­ła się na­wet na ton ma­cie­rzyń­ski. Była o tyle star­sza od nie­go, że mo­gła so­bie po­zwo­lić na po­dob­ną rolę.

Co się ty­czy ma­łej Pol­ly, była ona rów­no­cze­śnie uszczę­śli­wio­na i mil­czą­ca, po­chło­nię­ta i czuj­na. Oj­ciec czę­sto sa­dzał ją so­bie na ko­la­na; była wów­czas ci­chut­ka, przy­tu­lo­na do nie­go, do­pó­ki nie po­czu­ła czy też nie wy­obra­zi­ła so­bie, że za­czy­na on krę­cić się nie­spo­koj­nie. Zwra­ca­ła się wów­czas do nie­go, mó­wiąc:

– Puść mnie, oj­czul­ku, na pod­ło­gę, za­nad­to ci cią­żę.

Z tymi sło­wa­mi zsu­wał się ów „cię­żar” z oj­cow­skich ko­lan na dy­wan, na któ­rym przy­ku­cał przy sa­mych no­gach „oj­czul­ka” i wyj­mo­wał z bia­łej skrzyn­ki do ro­bót ręcz­nych po­pla­mio­ny krwią ba­ty­sto­wy kwa­dra­cik. Mia­ła to być, jak się zda­wa­ło, chu­s­tecz­ka, prze­zna­czo­na na upo­mi­nek dla „oj­czul­ka”, mu­sia­ła więc być ob­rę­bio­na przed jego wy­jaz­dem; stąd pil­ność ma­łej szwacz­ki, nie­zdol­nej zro­bić wię­cej niż kil­ka­na­ście ście­gów w cią­gu pół go­dzi­ny.

Wie­czór spro­wa­dza­ją­cy Gra­ha­ma pod dach ma­cie­rzyń­ski (cały dzień chło­piec spę­dzał w szko­le) był dla nas rów­no­cze­śnie cza­sem wzmo­żo­ne­go oży­wie­nia – nie­osła­bio­ne­go by­najm­niej sce­na­mi, ja­kie roz­gry­wa­ły się nie­odmien­nie po­mię­dzy nim a „pan­ną Pau­li­ną Home”.

Obu­rzo­na jego za­cho­wa­niem pierw­sze­go wie­czo­ru, trak­to­wa­ła zu­chwal­ca w spo­sób pe­łen wy­nio­słej ob­co­ści. Ile­kroć zwra­cał się do niej, od­po­wia­da­ła:

– Nie mogę do­trzy­mać panu to­wa­rzy­stwa: mam tyle spraw do prze­my­śle­nia.

Na bła­ga­nia, aby wy­ja­wi­ła, ja­kie to spra­wy, od­po­wia­da­ła:

– Waż­ne in­te­re­sy.

Gra­ham nie­zmier­nie pró­bo­wał za­in­te­re­so­wać ją róż­no­rod­ną za­war­to­ścią swo­je­go biur­ka: wyj­mo­wał ślicz­ne pie­cząt­ki, barw­ne pa­łecz­ki wo­sku, scy­zo­ry­ki z roz­ma­ity­mi na­pi­sa­mi, nie­któ­re na­wet we­so­ło ko­lo­ro­wa­ne i skrzęt­nie przez nie­go gro­ma­dzo­ne. Nie moż­na po­wie­dzieć, aby ku­sze­nie to było zu­peł­nie da­rem­ne: za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nia ma­łej, rzu­ca­ne ukrad­kiem spo­nad ro­bo­ty, bie­gły w stro­nę biur­ka usia­ne­go in­te­re­su­ją­cy­mi ob­raz­ka­mi. Ry­ci­na z wi­ze­run­kiem dziec­ka ba­wią­ce­go się z wier­nym swo­im to­wa­rzy­szem, po­tul­nym wy­żłem, upa­dła na pod­ło­gę, jak gdy­by przy­pad­kiem.

– Ład­ny pie­sek! – za­wo­ła­ła za­chwy­co­na.

Gra­ham prze­zor­nie uda­wał, że nie sły­szy jej słów. Po chwi­li, wy­su­nąw­szy się ze swo­je­go ką­ci­ka, po­de­szła bli­żej, aby móc le­piej obej­rzeć ob­ra­zek. Nie była w sta­nie oprzeć się cza­ro­wi wiel­kich oczu psa i dłu­gich jego uszu, a tak­że ka­pe­lu­sza i stroj­nej su­kien­ki dziec­ka.

– Ład­ny – przy­zna­ła ła­ska­wie.

– Pro­szę go so­bie wziąć, je­śli się ja­śnie pa­nien­ce po­do­ba – rzekł Gra­ham.

Zda­wa­ła się wa­hać. Chęć po­sia­da­nia ob­raz­ka była prze­moż­na, przy­ję­cie go by­ło­by jed­nak ustęp­stwem z ujmą dla wła­snej god­no­ści. Nie. Odło­ży­ła ry­ci­nę i ode­szła.

– Nie chcesz więc jej wziąć, Pol­ly? – za­py­tał, zwra­ca­jąc się do niej to­nem na­tu­ral­nie po­ufa­łym, ko­le­żeń­skim.

– Nie. Wolę nie. Dzię­ku­ję.

– Chcesz wie­dzieć, co zro­bię z tą ry­ci­ną, je­śli jej nie weź­miesz?

Za­wró­ci­ła w po­ło­wie dro­gi.

– Po­tnę ją na fi­di­bu­sy1 do za­pa­la­nia świe­cy.

– Nie!

– Wła­śnie że tak zro­bię.

– Pro­szę, nie!

Gra­ham po­zo­stał jed­nak nie­ugię­ty po­mi­mo jej bła­gal­ne­go tonu i wy­jął no­życz­ki z ko­szy­ka do ro­bót swo­jej mat­ki.

– Uwa­ga, tnę! – rzekł, ro­biąc groź­ny gest. – Wi­dzisz, tędy, przez sam śro­dek gło­wy Fida, i przy tym ode­tnę po­ło­wę nosa ma­łe­mu Har­ry’emu.

– Nie! Nie! Nie!

– To chodź do mnie! Ale prę­dziut­ko, bo in­a­czej zro­bię, co mó­wię.

Za­wa­ha­ła się, ocią­ga­ła się chwil­kę i wresz­cie ule­gła.

– A te­raz chcesz ją mieć?

– Pro­szę.

– Ale będę żą­dał za­pła­ty.

– Ile?

– Ca­łu­sa.

– Pro­szę naj­pierw dać mi ob­ra­zek do ręki.

Te­raz z ko­lei Pol­ly spra­wia­ła wra­że­nie pod­stęp­nej. Gra­ham dał jej ry­ci­nę. W tej sa­mej chwi­li wy­mknę­ła się swo­je­mu wie­rzy­cie­lo­wi i ucie­kła do ojca, znaj­du­jąc bez­piecz­ne schro­nie­nie na jego ko­la­nach. Gra­ham udał wiel­ce za­gnie­wa­ne­go i sko­czył za nią. W stra­chu przed nim ukry­ła twarz w fał­dach oj­co­wej ka­mi­zel­ki.

– Oj­czul­ku!… Oj­czul­ku!… Każ mu odejść!

– Nie odej­dę! – za­gro­ził Gra­ham.

Z od­wró­co­ną twa­rzą wy­cią­gnę­ła rącz­kę ge­stem od­py­cha­ją­cym, aby nie do­pu­ścić go do sie­bie.

– W ta­kim ra­zie po­ca­łu­ję cię w rękę – rzekł. W tej sa­mej chwi­li jed­nak rącz­ka za­ci­snę­ła się w mi­nia­tu­ro­wą piąst­kę, któ­ra wy­mie­rzy­ła mu za­pła­tę w drob­nej mo­ne­cie, nie­po­dob­nej by­najm­niej do po­ca­łun­ku.

Gra­ham – na swój spo­sób nie ustę­pu­jąc prze­bie­gło­ścią ma­łej to­wa­rzysz­ce za­ba­wy – od­sko­czył na po­zór moc­no skon­fun­do­wa­ny i rzu­cił się na ka­na­pę, tu­ląc gło­wę do po­dusz­ki, jak gdy­by w przy­stę­pie gwał­tow­ne­go bólu. Pol­ly, zdu­mio­na jego mil­cze­niem, zer­k­nę­ła na nie­go ukrad­kiem. Twarz chłop­ca ukry­ta była w dło­niach. Pol­ly za­nie­po­ko­jo­na od­wró­ci­ła się w jego stro­nę, nie scho­dząc jed­nak z ko­lan ojca, i wpa­try­wa­ła się w swo­je­go prze­ciw­ni­ka. Gra­ham jęk­nął.

– Oj­czul­ku, co mu się sta­ło? – szep­nę­ła.

– Sama go le­piej za­py­taj, Pol­ly.

– Czy ude­rzy­łam go tak moc­no?

Po­wtór­ny jęk.

– Są­dząc z jego ję­ków, bar­dzo moc­no – od­parł pan Home.

– Mamo – rzekł Gra­ham sła­bym gło­sem – my­ślę, że na­le­ży po­słać po dok­to­ra. O! Moje oko!

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza, za­kłó­co­na tyl­ko uty­ski­wa­niem Gra­ha­ma.

– Co bę­dzie, je­śli oślep­nę?! – za­wo­łał.

Krzyw­dzi­ciel­ka jego nie była w sta­nie znieść po­dob­nej my­śli.

– Pro­szę mi po­ka­zać; nie chcia­łam tra­fić w oko, tyl­ko w usta. Nie przy­pusz­cza­łam, że ude­rzy­łam tak bar­dzo moc­no.

Od­po­wie­dzią było mil­cze­nie. Twa­rzycz­ka Pol­ly za­czę­ła drgać.

– Tak mi przy­kro! Tak mi przy­kro!… – za­wo­ła­ła.

Wzru­sze­nie zna­la­zło uj­ście w łka­niu.

– Dość już drę­cze­nia dziec­ka! – obu­rzy­ła się pani Bret­ton.

– To tyl­ko żar­ty, moja piesz­czot­ko! – za­wo­łał pan Home.

W tej chwi­li Gra­ham pod­niósł się na­głym sko­kiem, raz jesz­cze po­rwał ją wy­so­ko w górę, a ona po­wtór­nie go uka­ra­ła, tar­ga­jąc jego lwią czu­pry­nę, po czym na­stą­pił grad wy­zwisk:

– Ty naj­nie­go­dziw­szy, naj­gor­szy, naj­bar­dziej nie­grzecz­ny ze wszyst­kich czło­wie­ku! Ty naj­strasz­niej­szy kłam­czu­chu, jaki tyl­ko może być na świe­cie!

Rano, w dniu wy­jaz­du, pan Home i jego cór­ka od­by­li roz­mo­wę sam na sam, ukry­ci na ła­wecz­ce za fi­ran­ka­mi okien­ny­mi.

– Czy nie mo­gła­bym za­pa­ko­wać mo­jej skrzyn­ki i po­je­chać ra­zem z tobą, oj­czul­ku? – szep­nę­ła zu­peł­nie po­waż­nie.

Po­trzą­snął prze­czą­co gło­wą.

– Spra­wi­ła­bym ci kło­pot?

– Tak, Pol­ly.

– Dla­te­go, że je­stem mała?

– Dla­te­go, że je­steś mała i wą­tła. Po­dró­żo­wać mogą tyl­ko do­ro­śli, sil­ni lu­dzie. Nie miej jed­nak ta­kiej smut­nej min­ki, małe moje ko­cha­nie; ła­miesz mi tym ser­ce. Oj­czu­lek po­wró­ci wkrót­ce do swo­jej Pol­ly.

– Nie je­stem wca­le smut­na, wca­le nie je­stem smut­na, oj­czul­ku.

– Przy­kro by­ło­by mo­jej Pol­ly, gdy­by mia­ła spra­wić ból swo­je­mu oj­czul­ko­wi, praw­da?

– Jesz­cze bar­dziej niż przy­kro.

– W ta­kim ra­zie moja Pol­ly musi być we­so­ła, nie może pła­kać przy po­że­gna­niu ani smu­cić się po moim wy­jeź­dzie. Musi my­śleć o tym, że bę­dzie­my znów wkrót­ce ra­zem i sta­rać się być we­so­ła do tego cza­su. Czy mogę li­czyć na to, że moja pta­szy­na bę­dzie się sta­ra­ła być we­so­ła?

– Bę­dzie się sta­ra­ła.

– Wie­rzę, że tak bę­dzie. Że­gnaj więc, ko­cha­nie. Czas już na mnie.

– Te­raz?! Już te­raz?!… – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem.

Po­da­ła ojcu drga­ją­ce usta. Oj­ciec za­łkał, ale Pol­ly – za­uwa­ży­łam to – nie pła­ka­ła. Zsu­nąw­szy ją ze swo­ich ko­lan, uści­snął na po­że­gna­nie ręce wszyst­kich obec­nych i od­je­chał.

Kie­dy drzwi wej­ścio­we do holu za­mknę­ły się za nim, opa­dła na ko­la­na przy krze­śle z okrzy­kiem: „Oj­czul­ku!”.

Okrzyk był przy­ci­szo­ny, ale prze­cią­gły. Brzmia­ło w nim bo­le­sne py­ta­nie: „Dla­cze­go mnie opu­ści­łeś?”.

Wi­dzia­łam, że przez pierw­szych kil­ka mi­nut dziew­czyn­ka cier­pia­ła męki. W tym krót­kim ułam­ku swo­je­go dzie­ciń­stwa do­zna­ła wzru­szeń, ja­kich nie­któ­rzy nie prze­ży­wa­ją nig­dy. Taką mia­ła na­tu­rę, a to za­po­wia­da­ło, że cze­ka ją wię­cej ta­kich chwil, o ile bę­dzie żyła. Nikt nie po­wie­dział ani sło­wa. Pani Bret­ton, jako mat­ka, uro­ni­ła kil­ka łez. Gra­ham, za­ję­ty pi­sa­niem, pod­niósł gło­wę i utkwił wzrok w Pol­ly. Ja, Lucy Sno­we, nie stra­ci­łam rów­no­wa­gi.

Mała istot­ka, po­zo­sta­wio­na w ten spo­sób w spo­ko­ju i nie­na­ga­by­wa­na przez ni­ko­go, do­ko­na­ła dla sa­mej sie­bie tego, cze­go nikt inny nie mógł­by dla niej uczy­nić – po­go­dzi­ła się z bó­lem nie do znie­sie­nia, jak się zda­wa­ło, i nie­ba­wem opa­no­wa­ła go na­wet. Ani tego dnia, ani na­stęp­ne­go nie by­ła­by zdol­na przy­jąć słów po­cie­chy od ni­ko­go. Stop­nio­wo, z cza­sem, sta­wa­ła się co­raz bar­dziej bier­na.

Trze­cie­go wie­czo­ru, kie­dy ci­cha i zgnę­bio­na sie­dzia­ła na pod­ło­dze, Gra­ham, któ­ry wszedł do po­ko­ju, pod­niósł ją ła­god­nie, nie mó­wiąc ani sło­wa. Nie opie­ra­ła mu się, przy­tu­li­ła się na­wet do nie­go, jak gdy­by wy­czer­pa­na. Zło­ży­ła głów­kę na jego ra­mie­niu i po chwi­li za­snę­ła; uśpio­ną za­niósł na górę do jej łó­żecz­ka. Nie by­łam wca­le zdzi­wio­na, gdy na­za­jutrz z rana pierw­szym jej py­ta­niem było:

– Gdzie jest pan Gra­ham?

Tak się zło­ży­ło, że Gra­ham nie przy­szedł tego dnia na śnia­da­nie. Miał do na­pi­sa­nia ja­kieś wy­pra­co­wa­nie, któ­re po­wi­nien jesz­cze tego sa­me­go dnia wrę­czyć na­uczy­cie­lo­wi w kla­sie, po­pro­sił więc mat­kę, aby przy­sła­ła mu fi­li­żan­kę her­ba­ty do po­ko­ju. Pol­ly sama za­ofia­ro­wa­ła się, że ją za­nie­sie: musi prze­cież za­jąć się czymś, dbać o ko­goś. Fi­li­żan­ka, na­la­na po brze­gi, zo­sta­ła jej po­wie­rzo­na; mimo że była małą krę­cic­ką, od­zna­cza­ła się wiel­ką sta­ran­no­ścią i ostroż­no­ścią. Po­kój, w któ­rym Gra­ham od­ra­biał lek­cje, po­ło­żo­ny był na­prze­ciw­ko po­ko­ju śnia­da­nio­we­go i przy otwar­tych drzwiach sły­chać było roz­mo­wę.

– Co pan robi? – za­py­ta­ła, wcho­dząc do po­ko­ju Gra­ha­ma.

– Pi­szę.

– Dla­cze­go nie przy­cho­dzi pan na śnia­da­nie, żeby zjeść je ra­zem ze swo­ją mamą?

– Je­stem za­nad­to za­ję­ty.

– Chce pan do­stać śnia­da­nie?

– Na­tu­ral­nie.

– Pro­szę, przy­nio­słam je.

Rze­kł­szy to, po­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na dy­wa­nie, niby do­zor­ca wię­zien­ny przy­no­szą­cy więź­nio­wi ku­bek wody do drzwi jego celi, i cof­nę­ła się. Po chwi­li wró­ci­ła.

– Co pan chciał­by do­stać do je­dze­nia… oprócz her­ba­ty?

– Coś do­bre­go. Przy­nieś mi coś szcze­gól­nie do­bre­go, jak praw­dzi­wa do­bra mała ko­biet­ka.

Pol­ly po­wró­ci­ła do pani Bret­ton.

– Pro­szę, niech pani po­śle swo­je­mu sy­no­wi coś bar­dzo do­bre­go.

– Sama coś wy­bierz, Pol­ly. Jak my­ślisz, co mamy mu po­słać?

Mała wzię­ła po por­cji ze wszyst­kie­go, co było naj­lep­sze na sto­le, a nie­ba­wem wró­ci­ła, pro­sząc szep­tem o oso­bli­wą ja­kąś mar­mo­la­dę, któ­rej tu nie było. Otrzy­ma­ła żą­da­ny przy­smak (pani Bret­ton nie od­ma­wia­ła nig­dy ni­cze­go swo­je­mu spad­ko­bier­cy) i wnet usły­sze­li­śmy Gra­ha­ma wy­chwa­la­ją­ce­go pod nie­bio­sa małą opie­kun­kę i przy­rze­ka­ją­ce­go jej, że jak bę­dzie miał wła­sny dom, przyj­mie ją za go­spo­dy­nię, a może na­wet – o ile oka­że praw­dzi­wy ta­lent ku­li­nar­ny – za ku­char­kę. Dłu­go nie wra­ca­ła, po­szłam więc po nią i za­sta­łam obo­je, Gra­ha­ma i Pol­ly, śnia­da­ją­cych tete-a-tete. Sta­ła obok nie­go i dzie­li­ła z nim po­si­łek, z wy­jąt­kiem mar­mo­la­dy, któ­rej z wiel­kim tak­tem nie tknę­ła w oba­wie, aby, jak przy­pusz­czam, nie wy­da­wa­ło się, że po­sta­ra­ła się o ten sma­ko­łyk nie tyl­ko dla nie­go, ale i dla sie­bie. Sta­le ujaw­nia­ła po­dob­nie miłe po­ry­wy, świad­czą­ce o nie­zwy­kłej de­li­kat­no­ści uczuć.

Zwią­zek przy­jaź­ni, za­dzierz­gnię­ty w ten spo­sób, nie roz­wiał się już po­spiesz­nie. Oka­za­ło się wprost prze­ciw­nie, czas i oko­licz­no­ści przy­czy­ni­ły się ra­czej do umoc­nie­nia niż do osła­bie­nia go. Mimo że obo­je byli nie­do­bra­ni wie­kiem, dą­że­nia­mi i w ogó­le wszyst­kim, w nie­wy­tłu­ma­czo­ny spo­sób mie­li so­bie na­wza­jem bar­dzo wie­le do po­wie­dze­nia. Co się ty­czy Pol­ly, za­uwa­ży­łam, że jej praw­dzi­wa na­tu­ra ujaw­nia­ła się w peł­ni je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie mło­de­go Bret­to­na. Kie­dy na do­bre już oswo­iła się i przy­wy­kła do domu pani Bret­ton, oka­za­ła się dziec­kiem ła­twym do pro­wa­dze­nia. Moja mat­ka chrzest­na zu­peł­nie do­brze da­wa­ła so­bie z nią radę. Ca­ły­mi dnia­mi dziew­czyn­ka sia­dy­wa­ła na sto­łecz­ku u stóp pani Bret­ton, ucząc się za­da­nych lek­cji albo też szy­jąc czy pi­sząc cy­fry szy­fer­kiem na ta­blicz­ce, nig­dy jed­nak nie od­zy­wa­jąc się z ni­czym ory­gi­nal­nym ani też nie zdra­dza­jąc żad­ne­go prze­bły­sku oso­bli­wej na­tu­ry. Prze­sta­łam ją ob­ser­wo­wać, po­nie­waż nie bu­dzi­ła w ta­kich chwi­lach więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Kie­dy wszak­że wie­czo­rem roz­le­ga­ło się pu­ka­nie do drzwi po­wra­ca­ją­ce­go do domu Gra­ha­ma, w ma­łej do­ko­ny­wa­ło się mo­men­tal­ne prze­isto­cze­nie. W jed­nej se­kun­dzie była na gór­nym po­de­ście klat­ki scho­do­wej. Jej po­wi­ta­nie by­wa­ło sta­le wy­mów­ką albo groź­bą.

– Nie wy­tar­łeś – ty­ka­ła go już – jak się na­le­ży nóg o sło­mian­kę. Po­wiem two­jej ma­mie!

– Już je­steś, mała wier­ci­pię­to?!

– Tak, ale nie mo­żesz mnie do­się­gnąć. Sto­ję wy­żej niż ty – chwa­li­ła się, wy­su­wa­jąc głów­kę przez prę­ty ba­lu­stra­dy (na­wet sta­jąc na czub­kach pal­ców, nie mo­gła prze­chy­lić się przez nią).

– Pol­ly!

– Co, dro­gi chłop­cze? – tak na­zy­wa­ła go czę­sto, prze­jąw­szy ten zwrot od jego mat­ki.

– Umie­ram ze zmę­cze­nia – oświad­czał Gra­ham, opie­ra­jąc się o ścia­nę pa­sa­żu i uda­jąc zu­peł­nie wy­czer­pa­ne­go. – Dok­tor Dig­by, nasz dy­rek­tor, wy­koń­czył mnie do resz­ty do­dat­ko­wy­mi za­da­nia­mi. Zejdź na dół i po­móż mi za­nieść na górę książ­ki i ze­szy­ty.

– O, wiem, wiem! Chcesz mnie zła­pać!

– Wca­le nie. Mó­wię naj­praw­dziw­szą praw­dę. Je­stem sła­by jak trzcin­ka. Zejdź i po­móż mi.

– Oczy two­je są spo­koj­ne jak u bu­rej kot­ki, ale boję się, że sko­czysz na mnie.

– Ja?! Sko­czyć?! Nic po­dob­ne­go! Nie mam sił do ska­ka­nia. Zejdź, a prze­ko­nasz się.

– Może na­wet zej­dę, je­że­li mi przy­rzek­niesz, że mnie nie tkniesz, że nie po­rwiesz mnie w górę i nie bę­dziesz krę­cił mną jak wia­tra­kiem.

– O! Nie był­bym w sta­nie tego zro­bić! – ję­czał, osu­wa­jąc się bez­sil­nie na krze­sło.

– No, do­brze. Po­łóż książ­ki na pierw­szym schod­ku, a sam odejdź o trzy kro­ki w tył.

Kie­dy sta­wa­ło się we­dle jej ży­cze­nia, zbie­ga­ła na dół, nie spusz­cza­jąc oka z osła­bio­ne­go Gra­ha­ma. Oczy­wi­ście jej zbli­że­nie po­ru­sza­ło go od razu, bu­dząc w nim na­gły, gwał­tow­ny przy­pływ sił: za­ba­wa mu­sia­ła udać się w tych wa­run­kach. Cza­sem wpa­da­ła w praw­dzi­wy gniew, cza­sem jed­nak od­by­wa­ło się wszyst­ko względ­nie gład­ko; po­ma­ga­ła Gra­ha­mo­wi wejść po scho­dach i mó­wi­ła:

– A te­raz, dro­gi chłop­cze, chodź i na­pij się her­ba­ty. Je­stem pew­na, że tego ci po­trze­ba.

Za­baw­nie było ob­ser­wo­wać ją, gdy sia­da­ła przy Gra­ha­mie pod­czas po­sił­ku. W jego nie­obec­no­ści była ci­chą, mil­czą­cą osób­ką; przy nim oży­wia­ła się od razu, za­afe­ro­wa­na, nad­ska­ku­ją­ca, ru­chli­wa jak żywe sre­bro. Przy­cho­dzi­ło mi nie­raz na myśl, że le­piej by­ło­by, gdy­by my­śla­ła wię­cej o so­bie i była spo­koj­niej­sza. Nic z tego jed­nak, jej wła­sna oso­ba scho­dzi­ła zu­peł­nie na dru­gi plan; cała jej uwa­ga za­prząt­nię­ta była wy­łącz­nie nim. W jej po­ję­ciu nie mógł być ani do­sta­tecz­nie, ani dość sta­ran­nie ob­słu­żo­ny; Wiel­ki Mo­goł był w jej oczach ni­czym w po­rów­na­niu z nim. Gro­ma­dzi­ła do­ko­ła nie­go wszyst­kie pół­mi­ski i ko­szy­ki z pie­czy­wem i cia­stem, a kie­dy moż­na by są­dzić, że miał pod ręką wszyst­ko, cze­go za­pra­gnął, wpa­da­ła na nowy jesz­cze po­mysł.

– Pro­szę pani – przy­bie­ga­ła, szep­cząc na ucho pani Bret­ton – może syn pani chciał­by zjeść ciast­ko, wiem, że jest tu­taj. – Wska­zy­wa­ła pa­lusz­kiem na kre­dens. Pani Bret­ton była z za­sa­dy prze­ciw­na je­dze­niu cia­stek do her­ba­ty, Pol­ly by­wa­ła jed­nak szcze­gól­nie na­tar­czy­wa. – Jed­no ma­leń­kie cia­stecz­ko, pro­szę pani, tyl­ko dla nie­go, musi prze­cież jesz­cze raz iść do szko­ły. Dziew­czę­tom ta­kim jak ja i jak pan­na Sno­we nie jest po­trzeb­ne do­ga­dza­nie, ale jemu – tak. Tak bar­dzo lubi ciast­ka…

Gra­ham w isto­cie bar­dzo lu­bił ciast­ka i pra­wie sta­le je do­sta­wał. Na­le­ży od­dać mu spra­wie­dli­wość, że miał za­wsze naj­szczer­sze in­ten­cje dzie­le­nia się nimi z tą, któ­rej je za­wdzię­czał. Nig­dy jed­nał nie zga­dza­ła się na to. Na­le­ga­nie na nią w tej mie­rze było nie­za­wod­nym spo­so­bem, żeby ze­psuć jej hu­mor na cały wie­czór. Je­dy­ną na­gro­dą, ja­kiej pra­gnę­ła za swo­je sta­ra­nia, była moż­li­wość krzą­ta­nia się przy nim, sta­nia przy jego ko­la­nach i za­gar­nia­nia pod­czas tych po­sił­ków na wy­łącz­ną swo­ją wła­sność ca­łej jego uwa­gi i jego to­wa­rzy­stwa.

Ze zdu­mie­wa­ją­cą go­to­wo­ścią zaj­mo­wa­ła się wszyst­kim, co mo­gło go in­te­re­so­wać. Moż­na było po­my­śleć, że dziec­ko to nie ma wła­sne­go ży­cia ani wła­snych za­in­te­re­so­wań, musi więc z ko­niecz­no­ści żyć cu­dzy­mi. Te­raz, kie­dy oj­ciec jej był da­le­ko, przy­lgnę­ła do Gra­ha­ma, zda­jąc się być zdol­ną do od­czu­wa­nia jego wraż­li­wo­ścią je­dy­nie, ist­nieć jego ist­nie­niem wy­łącz­nie. Umia­ła wy­li­czyć z pa­mię­ci nie tyl­ko wszyst­kie na­zwi­ska, ale i wszyst­kie prze­zwi­ska jego ko­le­gów szkol­nych; prze­ję­ła od Gra­ha­ma jego spo­sób okre­śla­nia każ­de­go z nich z osob­na; jed­no jego słów­ko wy­star­cza­ło jej, aby do­my­ślić się, o kim mówi. Nig­dy nie za­po­mi­na­ła ani nie my­li­ła cha­rak­te­ry­stycz­nych cech żad­ne­go z nich; zda­rza­ło jej się nie­raz ca­ły­mi wie­czo­ra­mi mó­wić z Gra­ha­mem o jego ko­le­gach i na­uczy­cie­lach, któ­rych nie wi­dzia­ła ani razu w swo­im ży­ciu, zda­jąc się naj­zu­peł­niej świa­do­mą ich wy­glą­du, ge­stów, spo­so­bu za­cho­wa­nia i upodo­bań. Po­tra­fi­ła na­wet na­śla­do­wać ich: je­den z młod­szych na­uczy­cie­li, do któ­re­go mło­dy Bret­ton czuł szcze­gól­ną od­ra­zę, wy­róż­niał się ja­ki­miś sła­bost­ka­mi, któ­re w mig pod­chwy­ci­ła z opo­wia­dań Gra­ha­ma i na­uczy­ła się prze­drzeź­niać go ku wiel­kiej ucie­sze swo­je­go to­wa­rzy­sza. Pani Bret­ton zga­ni­ła ją jed­nak za to su­ro­wo i za­ka­za­ła po­dob­nej za­ba­wy.

Mło­da par­ka rzad­ko się sprze­cza­ła. Raz wszak­że wy­ni­kła po­mię­dzy oboj­giem scy­sja, któ­ra za­da­ła do­tkli­wy cios jej uczu­ciom.

Pew­ne­go dnia miał Gra­ham z ra­cji swo­ich uro­dzin przy­jąć u sie­bie kil­ku przy­ja­ciół – chłop­ców w jego wie­ku. Pani Bret­ton za­pro­si­ła ich na obiad. Pol­ly żywo in­te­re­so­wa­ła się tą wi­zy­tą; tak czę­sto mó­wi­ła z Gra­ha­mem o spo­dzie­wa­nych go­ściach; o nich to opo­wia­dał jej naj­czę­ściej. Po obie­dzie po­zo­sta­wio­no chłop­ców sa­mych w ja­dal­ni, gdzie zro­bi­ło się nie­ba­wem bar­dzo we­so­ło, jak świad­czy­ły do­la­tu­ją­ce stam­tąd ha­ła­sy. Prze­cho­dząc przy­pad­kiem przez hol, zo­ba­czy­łam małą Pol­ly, sie­dzą­cą sa­mot­nie na naj­niż­szym stop­niu scho­dów, wpa­trzo­ną w po­ły­sku­ją­ce ko­lo­ro­we szy­by oszklo­nych drzwi sto­ło­we­go po­ko­ju, w któ­rych od­bi­ja­ło się świa­tło lam­py. Drob­ne czo­ło dziew­czyn­ki za­sę­pio­ne było po­nu­rym roz­my­śla­niem.

– O czym tak my­ślisz, Pol­ly?

– O ni­czym nad­zwy­czaj­nym; chcia­ła­bym tyl­ko, żeby ta szy­ba w drzwiach była prze­zro­czy­sta: mo­gła­bym zaj­rzeć przez nią. Chłop­cy są tacy we­se­li. Chcia­ła­bym wejść do nich, chcia­ła­bym być z Gra­ha­mem i przyj­rzeć się jego ko­le­gom.

– Cóż ci prze­szka­dza wejść?

– Boję się. Ale, jak pani my­śli, czy mo­gła­bym? Czy mo­gła­bym za­pu­kać do drzwi i po­pro­sić, żeby mnie wpu­ści­li?

Przy­pusz­cza­łam, że chłop­cy nie będą mie­li nic prze­ciw­ko je to­wa­rzy­stwu i dla­te­go za­chę­ci­łam ją do za­pu­ka­nia.

Za­pu­ka­ła, zbyt sła­bo zra­zu, aby moż­na było to pu­ka­nie usły­szeć przez za­mknię­te drzwi, po po­no­wio­nej wszak­że pró­bie drzwi uchy­li­ły się i uka­za­ła się w nich gło­wa Gra­ha­ma, roz­ba­wio­ne­go, a za­ra­zem znie­cier­pli­wio­ne­go.

– Cze­go chcesz, mała małp­ko?

– Wejść do was.

– Tyl­ko tyle? Bar­dzo po­trzeb­na nam tu je­steś! Cie­kaw je­stem, co zro­bi­li­by­śmy z tobą. Zmy­kaj do mamy i pan­ny Sno­we i po­wiedz im, żeby po­ło­ży­ły cię spać.

Kasz­ta­no­wa grzy­wa i za­czer­wie­nio­na twarz Gra­ha­ma znik­nę­ły; drzwi za­trza­snę­ły się za nim z ha­ła­sem. Pol­ly sta­ła oszo­ło­mio­na, onie­mia­ła.

– Dla­cze­go mó­wił do mnie tak ostro? – szep­nę­ła po chwi­li. – Nig­dy nie mó­wił do mnie w taki spo­sób. Co mu zro­bi­łam złe­go?

– Nie, Pol­ly, nie zro­bi­łaś mu nic złe­go, tyl­ko wi­dzisz, Gra­ham za­ję­ty jest te­raz swo­imi ko­le­ga­mi.

– Tak. I lubi ich bar­dziej ode mnie! Od­pę­dza mnie te­raz, bo ma ich u sie­bie!

Chcia­łam ją po­cie­szyć, a za­ra­zem sko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści wpo­je­nia w nią paru pod­sta­wo­wych mak­sym fi­lo­zo­ficz­nych, któ­rych po­kaź­ny za­sób mia­łam za­wsze w po­go­to­wiu. Po­wstrzy­ma­ła mnie jed­nak przy pierw­szym wy­po­wie­dzia­nym sło­wie, za­tkaw­szy so­bie uszy pa­lusz­ka­mi, i rzu­ci­ła się na ka­mien­ną pod­ło­gę, po­kry­tą sło­mia­nym chod­ni­kiem.

Ani War­re­no­wi, ani ku­char­ce nie uda­ło się jej pod­nieść, zo­sta­wi­li­śmy ją więc w spo­ko­ju i po­zwo­li­li­śmy jej le­żeć, do­pó­ki sama z wła­snej woli nie uzna­ła za wła­ści­we wstać i odejść.

Gra­ham jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru za­po­mniał o swo­im znie­cier­pli­wie­niu i, po odej­ściu ko­le­gów, zwró­cił się, jak zwy­kle, do ma­łej to­wa­rzysz­ki za­baw. Wy­rwa­ła mu się wszak­że z rąk, oczy jej roz­bły­sły gnie­wem, nie chcia­ła po­wie­dzieć mu do­bra­noc, nie chcia­ła pa­trzeć na nie­go. Na­za­jutrz za­cho­wał się wo­bec niej obo­jęt­nie, a ona była sztyw­na i zim­na jak mar­mur. W ten spo­sób mi­nął jesz­cze je­den dzień. Gdy do­py­ty­wał się, jaki jest wła­ści­wie po­wód jej dą­sów, nie otwo­rzy­ła ust. Nie mógł oczy­wi­ście gnie­wać się na nią praw­dzi­wie: zbyt nie­do­bra­ną sta­no­wi­li pod każ­dym wzglę­dem parę; zra­zu też pró­bo­wał ją uła­go­dzić, a po­tem po­now­nie za­drę­czał py­ta­nia­mi:

– Dla­cze­go je­steś taka za­gnie­wa­na na mnie? Co ci zro­bi­łem złe­go?

Za całą od­po­wiedź roz­pła­ka­ła się, a wte­dy uko­ił ją piesz­czo­ta­mi, któ­re przy­wró­ci­ły daw­ną ich przy­jaźń. Na­le­ża­ła jed­nak do istot, po któ­rych po­dob­ne wy­da­rze­nia nie prze­śli­zgu­ją się bez śla­du. Za­uwa­ży­łam, że po tej hi­sto­rii już nig­dy wię­cej nie szu­ka­ła go, nie wpra­sza­ła się do jego to­wa­rzy­stwa ani też nie na­rzu­ca­ła mu się w ża­den spo­sób. Po­le­ci­łam jej pew­ne­go razu, aby za­nio­sła mu książ­kę, kie­dy sie­dział za­mknię­ty w swo­im po­ko­ju do na­uki.

– Po­cze­kam, aż wyj­dzie – od­par­ła dum­nie. – Nie chcę, żeby prze­ze mnie wsta­wał od biur­ka i otwie­rał mi drzwi.

Mło­dy Bret­ton miał ulu­bio­ne­go ku­cy­ka, na któ­rym czę­sto wy­jeż­dżał na spa­cer; Pol­ly śle­dzi­ła za­wsze przez okno jego od­jazd i przy­jazd. Am­bi­cją jej było móc ob­je­chać na ku­cy­ku cho­ciaż­by je­den raz po­dwó­rze do­ko­ła, nig­dy jed­nak nie pro­si­ła o do­stą­pie­nie tego za­szczy­tu. Pew­ne­go dnia ze­szła na po­dwó­rze, aby być obec­na przy zsia­da­niu Gra­ha­ma z ku­cy­ka. Gdy sta­ła opar­ta o furt­kę, pra­gnie­nie prze­jażdż­ki pło­nę­ło ogniem w jej oczach.

– Cóż, Pol­ly, masz ocho­tę prze­je­chać się? – za­py­tał Gra­ham nie­co nie­dba­le. Przy­pusz­czam, że ton jego wy­dał jej się zbyt obo­jęt­ny i lek­ce­wa­żą­cy.

– Nie, dzię­ku­ję ci – od­par­ła, od­wra­ca­jąc się z do­sko­na­le uda­wa­ną ozię­bło­ścią.

– Ra­dzę ci, prze­jedź się – po­wtó­rzył. – Wiem, że spra­wi ci to przy­jem­ność.

– Nie wy­obra­żaj so­bie, że dbam cho­ciaż tro­chę o to – od­par­ła wy­nio­śle.

– Nie­praw­da. Po­wie­dzia­łaś Lucy Sno­we, że bar­dzo pra­gniesz móc się prze­je­chać.

– Lucy Sno­we jest plot­ka­rą – brzmia­ła jej od­po­wiedź (lek­kie se­ple­nie­nie i prze­krę­ca­nie li­ter w nie­któ­rych wy­ra­zach było je­dy­ną jej ce­chą praw­dzi­wie dzie­cię­cą). Po­wie­dziaw­szy to, we­szła do domu. Gra­ham, któ­ry wró­cił wkrót­ce po niej, ode­zwał się mat­ki:

– Mamo, my­ślę, że to stwo­rze­nie musi być chy­ba po­my­lo­ne, ist­ny ga­bi­net oso­bli­wo­ści. Nud­no jed­nak by­ło­by mi bez niej. Bawi mnie da­le­ko wię­cej ani­że­li ty i Lucy Sno­we.

– Pan­no Lucy – zwró­ci­ła się do mnie Pol­ly (po­wo­li przy­wy­kła wda­wać się ze mną w po­ga­węd­ki, kie­dy by­ły­śmy wie­czo­rem same w na­szym po­ko­ju) – wie pani, któ­re­go dnia w ty­go­dniu naj­bar­dziej lu­bię Gra­ha­ma?

– Skąd­że mia­ła­bym wie­dzieć coś rów­nie dziw­ne­go? Czy moż­li­we, aby ist­niał taki dzień spo­śród sied­miu, w któ­rym Gra­ham jest inny niż w po­zo­sta­łe sześć?

– Ro­zu­mie się, że jest! Jak to?! Czy pani tego nie ro­zu­mie? Nie wie pani ta­kiej pro­stej rze­czy? Jest naj­do­sko­nal­szy w nie­dzie­lę, bo mamy go w nie­dzie­lę cały dzień i jest wten­czas taki spo­kój, a wie­czo­rem jest taki do­bry.

Uwa­ga nie była by­najm­niej bez­pod­staw­na: cho­dze­nie do ko­ścio­ła i inne tego ro­dza­ju obo­wiąz­ki na­stra­ja­ły Gra­ha­ma w nie­dzie­lę na nutę spo­ko­ju; wie­czo­ry nie­dziel­ne po­świę­cał prze­waż­nie nie­win­nym, może tyl­ko nie­co gnu­śnym ro­dza­jom za­ba­wy przy ogniu ko­min­ko­wym. Naj­czę­ściej brał w po­sia­da­nie ka­na­pę i wzy­wał do sie­bie Pol­ly.

Gra­ham był chłop­cem nie­zbyt po­dob­nym do in­nych ró­wie­śni­ków; nie szu­kał wy­łącz­nej roz­ko­szy w czy­nie; był skłon­ny do wpa­da­nia od cza­su do cza­su w mo­men­ty za­du­my; znaj­do­wał tak­że przy­jem­ność w czy­ta­niu, a jego lek­tu­ra nie była do­bie­ra­na do­ryw­czo, byle jak, na oślep. Miał wy­raź­ne, cha­rak­te­ry­stycz­ne upodo­ba­nia, a na­wet prze­bły­ski in­tu­icyj­ne­go gu­stu w wy­bo­rze. Rzad­ko, co praw­da, ro­bił uwa­gi o tym, co czy­tał, nie­jed­no­krot­nie jed­nak wi­dy­wa­łam go sie­dzą­ce­go i roz­my­śla­ją­ce­go o prze­czy­ta­nym dzie­le.

Pol­ly klę­cza­ła przy nim na ma­łej po­du­szecz­ce umiesz­czo­nej na dy­wa­nie. Roz­mo­wa, któ­ra za­wią­zy­wa­ła się po­mię­dzy oboj­giem, roz­po­czy­na­ła się za­zwy­czaj szep­tem, przy­ci­szo­nym, ale sły­szal­nym. Tu i ów­dzie pod­chwy­ty­wa­łam jej uryw­ki, w isto­cie też przy­znać mu­sia­łam, że ja­kiś lep­szy i pod­nio­ślej­szy na­strój zda­wał się uspo­sa­biać Gra­ha­ma oso­bli­wie ła­god­nie.

– Na­uczy­łaś się no­wych hym­nów w tym ty­go­dniu, Pol­ly?

– Na­uczy­łam się bar­dzo ład­ne­go. Ma czte­ry wer­se­ty. Chcesz, abym je wy­po­wie­dzia­ła?

– Do­brze, ale mów ład­nie. Nie spiesz się.

Pol­ly na wpół śpiew­nie wy­re­cy­to­wa­ła hymn, a on przy­stą­pił do wy­ka­za­nia błę­dów jej re­cy­ta­cji, udzie­la­jąc for­mal­ne­go wy­kła­du na ten te­mat dziew­czyn­ce wsłu­cha­nej w jego sło­wa.

Uczy­ła się ła­two i z rów­ną ła­two­ścią na­śla­do­wa­ła po­da­ny wzór, nade wszyst­ko zaś przy­jem­ność, jaką spra­wia­ło jej po­czu­cie, że za­do­wo­li­ła Gra­ha­ma, czy­ni­ła z niej do­sko­na­ły ma­te­riał na uczen­ni­cę. Póź­niej na­stę­po­wa­ło gło­śne czy­ta­nie – cza­sem roz­dzia­łu z Bi­blii: tu­taj rzad­ko po­trzeb­ne było po­pra­wia­nie. Dziec­ko czy­ta­ło płyn­nie i wni­kli­wie wszel­kie ustę­py opi­so­we, a kie­dy na­tra­fi­ła na te­mat, któ­ry była w sta­nie zro­zu­mieć, a zwłasz­cza je­śli mógł ją za­in­te­re­so­wać, wy­ra­zi­stość i głę­bia uczu­cia jej re­cy­ta­cji sta­wa­ły się wręcz zdu­mie­wa­ją­ce. Jó­zef wrzu­co­ny do stud­ni, Da­niel w ja­ski­ni lwów – były jej ulu­bio­ny­mi opo­wie­ścia­mi; zwłasz­cza pierw­sza szcze­rze ją wzru­sza­ła.

– Bied­ny Ja­kub! – wo­ła­ła czę­sto ze wzru­sze­niem. – Jak bar­dzo ko­chał swo­je­go syna, Jó­ze­fa! Tak bar­dzo – do­da­ła pew­ne­go razu – tak bar­dzo, Gra­ha­mie, jak ja ko­cham cie­bie; gdy­byś miał umrzeć (otwo­rzy­ła po­now­nie księ­gę, od­szu­ka­ła wer­set i od­czy­ta­ła go): „Od­ma­wia­ła­bym wszel­kich słów po­cie­chy i zstą­pi­ła­bym do two­je­go gro­bu w ża­ło­bie”.

Ob­ję­ła Gra­ha­ma drob­ny­mi ra­mio­na­mi, przy­cią­ga­jąc ku so­bie jego gło­wę z gę­stą grzy­wą wło­sów. Gest ten ude­rzył mnie wów­czas – do­brze to pa­mię­tam – jako nie­opa­no­wa­ny, po­ryw­czy; spra­wia­ło to wra­że­nie, ja­kie­go moż­na by do­znać na wi­dok zwie­rzę­cia, groź­ne­go z na­tu­ry, jed­nak na wpół oswo­jo­ne­go i na­zbyt nie­ostroż­nie da­rzo­ne­go piesz­czo­ta­mi. Nie dla­te­go, abym się oba­wia­ła, że Gra­ham może wy­rzą­dzić jej krzyw­dę albo też na­zbyt szorst­ko od­trą­cić ją, przy­cho­dzi­ło mi jed­nak na myśl, że mała na­ra­ża się na nie­cier­pli­we czy obo­jęt­ne trak­to­wa­nie, co by­ło­by dla niej gor­sze ani­że­li fak­tycz­ny cios.

Na ogół wszak­że Gra­ham przyj­mo­wał ta­kie wy­bu­chy mi­ło­ści z jej stro­ny ra­czej bier­nie: cza­sem na­wet wy­raz za­do­wo­lo­ne­go zdu­mie­nia wo­bec jej po­waż­nych oświad­czyn roz­pa­lał we­so­łe bły­ski w jego oczach. Pew­ne­go dnia po­wie­dział:

– Lu­bisz mnie pra­wie tak samo, jak gdy­byś była moją małą sio­strzycz­ką, praw­da, Pol­ly?

– O, tak, lu­bię cię – od­rze­kła – lu­bię cię bar­dzo!

Nie było mi dane za­ba­wiać się dłu­go stu­dio­wa­niem cie­ka­we­go cha­rak­te­ru dziew­czyn­ki. Za­le­d­wie od dwóch mie­się­cy prze­by­wa­li w Bret­ton, kie­dy nad­szedł list od pana Home’a. Do­no­sił, że osie­dlił się obec­nie na kon­ty­nen­cie w po­bli­żu swo­jej ro­dzi­ny z li­nii ma­cie­rzy­stej. Wo­bec tego zaś, że nic go nie cią­gnie do An­glii, któ­ra sta­ła mu się zde­cy­do­wa­nie nie­mi­ła, nie my­śli po­wró­cić tu­taj w cią­gu dłu­gich lat może, ży­czy so­bie też nie­zwłocz­ne­go po­wro­tu swo­jej ma­łej có­recz­ki.

– Cie­ka­wa je­stem, jak mała przyj­mie tę wia­do­mość – rze­kła pani Bret­ton po prze­czy­ta­niu li­stu. I ja tak­że cie­ka­wa by­łam tego, pod­ję­łam się więc za­ko­mu­ni­ko­wa­nia Pol­ly waż­nej no­wi­ny.

Udaw­szy się do sa­lo­nu – gdzie, ze wzglę­du na jego ci­szę i na­strój, lu­bi­ła prze­by­wać sama i gdzie moż­na było śmia­ło ją po­zo­sta­wić, nie do­ty­ka­ła bo­wiem ni­cze­go, a w każ­dym ra­zie nie bru­dzi­ła ni­cze­go do­tknię­ciem swo­ich pa­lusz­ków – za­sta­łam ją sie­dzą­cą w po­zie oda­li­ski na ka­nap­ce, na wpół ocie­nio­nej opa­da­ją­cy­mi fał­da­mi ko­tar są­sied­nie­go okna. Wy­da­wa­ła się szczę­śli­wa; wszyst­kie jej na­rzę­dzia pra­cy umiesz­czo­ne były do­ko­ła: bia­ła drew­nia­na skrzy­necz­ka do ro­bót, parę ka­wał­ków ba­ty­stu, tro­chę wstą­żek – sło­wem wszyst­ko, co mo­gło być jej po­trzeb­ne do sfa­bry­ko­wa­nia ka­pe­lu­sza dla lal­ki. Lal­ka w noc­nym stro­ju spo­czy­wa­ła w swo­im łó­żecz­ku; jej opie­kun­ka usy­pia­ła ją nu­ce­niem ko­ły­san­ki, zda­jąc się naj­głę­biej prze­świad­czo­ną o usy­pia­ją­cym wpły­wie wła­sne­go śpie­wu. Rów­no­cze­śnie prze­glą­da­ła książ­kę z ob­raz­ka­mi.

– O, pan­no Lucy – szep­nę­ła – to cu­dow­na książ­ka! Kan­du­sia (lal­ka, ochrzczo­na tym imie­niem przez Gra­ha­ma) usnę­ła te­raz, mogę więc opo­wie­dzieć pani o książ­ce, ale mu­si­my obie mó­wić ci­chut­ko, żeby jej nie obu­dzić. Dał mi tę książ­kę Gra­ham; opi­su­je ona da­le­kie kra­je, do któ­rych trze­ba bar­dzo dłu­go je­chać z An­glii; ża­den po­dróż­nik nie może się tam do­stać, nie prze­pły­wa­jąc ty­się­cy mil po mo­rzach. W kra­jach tych miesz­ka­ją dzi­cy lu­dzie, wie pani? Ubie­ra­ją się zu­peł­nie in­a­czej niż my, nie­któ­rzy z nich nie no­szą pra­wie żad­ne­go ubra­nia, bo chcą, żeby im było chłod­no. Tam u nich, wi­dzi pani, jest strasz­nie go­rą­co. Niech pani przyj­rzy się – tu­taj, na tym ob­raz­ku, są ty­sią­ce ich na pu­sty­ni – nic, tyl­ko pia­ski i pia­ski. Wszy­scy oni ze­bra­li się do­ko­ła ja­kie­goś pana w czar­nym ubra­niu – do­bre­go, do­bre­go An­gli­ka, mi­sjo­na­rza, któ­ry ma do nich ka­za­nie pod drze­wem pal­mo­wym. – Wska­za­ła pal­cem na ko­lo­ro­wą ry­ci­nę. – A tu­taj – do­da­ła – są ob­raz­ki jesz­cze za­dzi­wia­jąt­sze (w za­pa­le opo­wia­da­nia za­po­mnia­ła o pra­wi­dłach gra­ma­tycz­nych). O, tu­taj, wi­dzi pani, jest ten cu­dow­ny Wiel­ki Mur Chiń­ski, a tu­taj chiń­ska pani; ma nóż­ki jesz­cze mniej­sze niż moje. A tu­taj dzi­ki koń ta­tar­ski… O, a tu­taj jesz­cze coś dziw­niej­sze­go niż wszyst­ko – kraj sa­mych śnie­gów i lo­dów, bez zie­lo­nych pól, ogro­dów i la­sów. W tym kra­ju zna­le­zio­no – mówi Gra­ham – ko­ści ja­kie­goś ma­mu­ta: te­raz nie ma tam już ma­mu­tów. Je­stem pew­na, że pani nie wie, pan­no Lucy, jak taki ma­mut wy­glą­dał, ale ja wiem, mogę go pani opi­sać, bo Gra­ham opo­wie­dział mi o nim. Strasz­nie wiel­ki. Taki wy­so­ki, jak ten po­kój, i taki dłu­gi, jak nasz hol, ale nie dra­pież­ny i nie mię­so­żer­ny – tak my­śli Gra­ham. Mówi, że gdy­bym spo­tka­ła ta­kie­go ma­mu­ta w le­sie, nie po­żarł­by mnie, chy­ba że po­de­szła­bym do nie­go bar­dzo, ale to bar­dziut­ko bli­sko. Wte­dy mógł­by mnie roz­dep­tać wiel­ki­mi swo­imi ła­pa­mi po­śród krze­wów, tak samo jak ja mo­gła­bym roz­dep­tać ko­ni­ka po­lne­go na łące i nic nie wie­dzia­ła­bym o tym.

Gwa­rzy­ła­by tak bez koń­ca, gdy­bym nie prze­rwa­ła jej za­py­ta­niem:

– Chcia­ła­byś po­dró­żo­wać, Pol­ly?

– Nie te­raz jesz­cze – od­par­ła prze­zor­nie. – Może za ja­kieś dwa­dzie­ścia lat, kie­dy będę do­ro­słą ko­bie­tą, taką dużą jak pani Bret­ton, będę mo­gła po­dró­żo­wać z Gra­ha­mem. Chce­my po­je­chać do Szwaj­ca­rii i do­stać się tam na Mont Blanc – tak się na­zy­wa ich naj­więk­sza góra. A kie­dyś może na­wet po­pły­nie­my do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej i wdra­pie­my się na Kim… kim… bo­ra­zo.

– A nie chcia­ła­byś po­dró­żo­wać te­raz z oj­czul­kiem?

Od­po­wiedź, któ­rej udzie­li­ła mi nie od razu, ale do­pie­ro po dłuż­szej pau­zie, wy­ka­za­ła skłon­ność ma­łej do nie­spo­dzie­wa­nych wy­bu­chów roz­draż­nie­nia.

– Na co się zda mó­wie­nie o ta­kich nie­moż­li­wych głup­stwach?! – za­wo­ła­ła. – Dla­cze­go wspo­mnia­ła pani o oj­czul­ku? Co pa­nią może ob­cho­dzić mój oj­czu­lek? Za­czę­łam już wła­śnie uspo­ka­jać się i nie my­śleć o nim tak dużo – i znów wszyst­ko za­cznie się na nowo.

Usta jej drga­ły. Po­spie­szy­łam za­ko­mu­ni­ko­wać jej wia­do­mość o li­ście otrzy­ma­nym od jej ojca i jego ży­cze­niu, że ona i Har­riet mają nie­zwłocz­nie po­je­chać tam, gdzie za­miesz­kał te­raz.

– I cóż, Pol­ly, je­steś za­do­wo­lo­na? – do­da­łam.

Nie od­po­wie­dzia­ła nic. Upu­ści­ła książ­kę na pod­ło­gę i prze­sta­ła ko­ły­sać swo­ją lal­kę, wle­piw­szy we mnie oczy z nie­zwy­kłą na­wet u niej po­wa­gą.

– Czyż­byś nie mia­ła ocho­ty je­chać do two­je­go oj­czul­ka?

– Ro­zu­mie się, że mam ocho­tę – od­cię­ła mi się, jak zwy­kle ostrym, sta­now­czym to­nem, zu­peł­nie od­mien­nym od jej spo­so­bu mó­wie­nia z pa­nią Bret­ton i za­sad­ni­czo róż­nią­cym się od brzmie­nia jej gło­su, gdy zwra­ca­ła się do Gra­ha­ma.

Pra­gnę­łam po­znać bli­żej bieg jej my­śli, nie chcia­ła jed­nak roz­ma­wiać ze mną wię­cej na ten te­mat i po­bie­gła od razu do pani Bret­ton, aby za­py­tać, czy wia­do­mość, jaką jej prze­ka­za­łam, jest praw­dzi­wa. Usły­sza­ła, oczy­wi­ście, z ust mo­jej mat­ki chrzest­nej cał­ko­wi­te po­twier­dze­nie ści­sło­ści mo­jej in­for­ma­cji. Do­nio­słe zna­cze­nie tej no­wi­ny utrzy­ma­ło ją przez cały dzień w po­waż­nym na­stro­ju. Wie­czo­rem, gdy Gra­ham otwie­rał drzwi wej­ścio­we do holu, pod­bie­gła do mnie i za­czę­ła nie­spo­dzie­wa­nie po­pra­wiać roz­luź­nio­ną wstąż­kę, jaką mia­łam do­ko­ła szyi, wyj­mo­wać i prze­kła­dać grze­by­ki pod­trzy­mu­ją­ce moją fry­zu­rę.

– Niech go pani przy­go­tu­je po­wo­li do tego, że od­jeż­dżam – szep­nę­ła mi do ucha.

Za­ko­mu­ni­ko­wa­łam mu naj­śwież­szą no­wi­nę pod­czas po­po­łu­dnio­wej her­ba­ty. Gło­wa chłop­ca była w tej chwi­li za­prząt­nię­ta pew­nym, roz­pi­sa­nym przez szko­łę, za­da­niem kon­kur­so­wym do na­gro­dy, o któ­rą Gra­ham tak­że za­mie­rzał się ubie­gać. Tak był za­my­ślo­ny, że mu­sia­łam po­wtó­rzyć dwa razy wia­do­mość, za­nim do­tar­ła wresz­cie do jego świa­do­mo­ści, a na­wet i wów­czas prze­mknę­ła przez nią tyl­ko prze­lot­nie.

– Co ta­kie­go?! Pol­ly ma od­je­chać?! Jaka szko­da! Dro­ga, ko­cha­na Mysz­ka. Szko­da mi bę­dzie ją utra­cić!… Ale musi przy­je­chać do nas znów, mamo!

Prze­łknąw­szy po­spiesz­nie her­ba­tę, wziął świe­cę, któ­rą po­sta­wił wraz ze swo­imi książ­ka­mi na ma­łym sto­li­ku, i po chwi­li po­grą­żył się w pra­cy.

„Ko­cha­na Mysz­ka” przy­su­nę­ła się do nie­go i przy­kuc­nę­ła na dy­wa­nie u jego nóg, opu­ściw­szy głów­kę tak ni­sko, że nie­omal do­ty­ka­ła nią dy­wa­nu. Nie­ma i nie­po­ru­szo­na, utrzy­ma­ła tę po­zy­cję aż do chwi­li pój­ścia spać. W pew­nym mo­men­cie do­strze­głam, że Gra­ham – praw­do­po­dob­nie zu­peł­nie nie­świa­do­my jej obec­no­ści tak bli­sko – po­pchnął ją koń­cem bę­dą­cej w nie­ustan­nym ru­chu nogi. W na­stęp­nej chwi­li jed­na rącz­ka, wy­su­nię­ta spod ukry­wa­ją­cej się pod nią twa­rzycz­ki dziec­ka, czu­le po­gła­ska­ła nie­uważ­ną sto­pę. Na uwa­gę, że czas już iść spać, pod­nio­sła się i wy­szła po­słusz­nie z po­ko­ju, zło­żyw­szy wszyst­kim obec­nym bar­dzo przy­ci­szo­nym gło­sem ży­cze­nia do­brej nocy.

Nie po­wiem, abym go­dzi­nę póź­niej oba­wia­ła się pójść na górę do na­szej wspól­nej sy­pial­ni, po­szłam tam jed­nak z wy­raź­nym uczu­ciem nie­po­ko­ju, prze­czu­wa­jąc, że mała nie śpi. Prze­czu­cia nie my­li­ły mnie. Zzięb­nię­ta Pol­ly sie­dzia­ła jak sku­lo­ny mały pta­szek na kra­wę­dzi łó­żecz­ka. Nie wie­dzia­łam, jak się do niej zbli­żyć, nie­po­dob­na było prze­cież po­stą­pić z nią, jak na­le­ża­ło­by po­stą­pić w ta­kim ra­zie z każ­dym in­nym dziec­kiem. Ona jed­nak zwró­ci­ła się do mnie pierw­sza. W chwi­li, kie­dy za­mknąw­szy za sobą drzwi, po­sta­wi­łam na to­a­let­ce za­pa­lo­ną świe­cę, wy­ję­cza­ła:

– Nie mogę… nie mogę spać… I tak samo nie mogę… nie mogę żyć!

Za­py­ta­łam, co jej do­le­ga.

– Strasz­ne zmart…wie­nie – wy­se­ple­ni­ła jak zwy­kle w mo­men­tach wiel­kie­go wzru­sze­nia.

– Czy mam po­pro­sić tu­taj pa­nią Bret­ton?

– To by­ło­by zu­peł­nie głu­pie – brzmia­ła znie­cier­pli­wio­na od­po­wiedź.

Ja, co praw­da, wie­dzia­łam, że na od­głos kro­ków pani Bret­ton mała wsu­nę­ła­by się pod koł­drę ci­chut­ko jak mysz­ka. Nie krę­pu­jąc się wca­le z ujaw­nia­niem swo­ich dzi­wactw wo­bec mnie – dla któ­rej nie si­li­ła się uda­wać ser­decz­nych uczuć ani na­wet sza­cun­ku – wo­bec mo­jej mat­ki chrzest­nej nie zdra­dza­ła nig­dy ani cie­nia wła­ści­wej swo­jej isto­ty, za­cho­wu­jąc się za­wsze jak grzecz­ne, po­słusz­ne, może nie­co tyl­ko nie­zwy­kłe dziew­cząt­ko. Spoj­rza­łam na nią: po­licz­ki jej były szkar­łat­ne, roz­bie­ga­ne oczy o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach pło­nę­ły nie­spo­koj­nie. Zda­łam so­bie spra­wę, że nie moż­na po­zo­sta­wić dziec­ka w tym sta­nie przez całą noc. Do­my­śli­łam się, co tak strasz­li­wie jej do­skwie­ra­ło.

– Może chcia­ła­byś po­wie­dzieć raz jesz­cze do­bra­noc Gra­ha­mo­wi? – za­py­ta­łam. – Nie po­szedł jesz­cze do swo­je­go po­ko­ju.

Wy­cią­gnę­ła do mnie od razu drob­ne ra­mion­ka, aby ją pod­nieść. Otu­liw­szy małą cie­płym sza­lem, za­nio­słam ją z po­wro­tem do sa­lo­nu. Gra­ham wy­cho­dził stam­tąd wła­śnie.

– Nie może za­snąć, do­pó­ki nie zo­ba­czy się i nie po­mó­wi z pa­nem raz jesz­cze – rze­kłam. – Mar­twi się na myśl, że bę­dzie mu­sia­ła roz­stać się z pa­nem.

– Roz­pie­ści­łem ją – od­parł, bio­rąc małą z mo­ich rąk i ca­łu­jąc jej roz­go­rącz­ko­wa­ną twarz i pło­ną­ce usta.

– Czy na­praw­dę ko­chasz mnie bar­dziej niż oj­czul­ka?

– Tak, ko­cham cię, ale ty wca­le mnie nie ko­chasz – szep­nę­ła w od­po­wie­dzi.

Za­pew­nił ją, że jest w błę­dzie, po­ca­ło­wał raz jesz­cze, a po­tem od­dał mi dziec­ko, abym od­nio­sła je z po­wro­tem do łó­żecz­ka, nie­ste­ty, wca­le nie­uko­jo­ne.

Kie­dy wy­da­ło mi się, że zdol­na jest mnie wy­słu­chać, po­wie­dzia­łam:

– Nie po­win­naś za­mar­twiać się, Pol­ly, że Gra­ham nie ko­cha cię tak bar­dzo jak ty jego. Tak być musi.

Jej pod­nie­sio­ne ba­daw­czo oczy wy­raź­nie py­ta­ły, dla­cze­go tak być musi.

– Dla­te­go, że jest chłop­cem, a ty dziew­czyn­ką; on ma szes­na­ście lat, a ty do­pie­ro sześć; on jest sil­ny i we­so­ły z na­tu­ry, a ty masz uspo­so­bie­nie zu­peł­nie od­mien­ne.

– Ale ja ko­cham go tak bar­dzo; po­wi­nien ko­chać mnie choć tro­szecz­kę.

– Ko­cha cię. Ko­cha cię praw­dzi­wie. Je­steś jego ulu­bie­ni­cą.

– Na­praw­dę je­stem ulu­bie­ni­cą Gra­ha­ma?

– Tak. Bar­dziej niż któ­re­kol­wiek z dzie­ci, ja­kie znam.

Za­pew­nie­nie to uspo­ko­iło ją nie­co. Uśmiech­nę­ła się na­wet.

– Nie żą­daj jed­nak od nie­go zbyt wie­le – do­da­łam – żeby mu się nie uprzy­krzyć, bo wte­dy bę­dzie po wszyst­kim.

– Po wszyst­kim – wy­ję­cza­ła sła­bym echem. – O, w ta­kim ra­zie będę do­bra i spo­koj­na. Będę sta­ra­ła się być do­bra i spo­koj­na, pan­no Lucy.

Po­ło­ży­łam ją do łó­żecz­ka.

– Czy tyl­ko wy­ba­czy mi ten je­den raz? – usły­sza­łam jej py­ta­nie, kie­dy za­czę­łam już się roz­bie­rać. Za­pew­ni­łam, że jej wy­ba­czy, że, jak do­tych­czas, ko­cha ją po daw­ne­mu i że musi być tyl­ko ostroż­na na przy­szłość.

– Nie bę­dzie żad­nej przy­szło­ści – rze­kła. – Od­jeż­dżam. Czy kie­dyś… jesz­cze… zo­ba­czę go, jak wy­ja­dę z An­glii?

Uspo­ko­iłam ją za­pew­nie­niem, że nie­wąt­pli­wie zo­ba­czy go kie­dyś zno­wu. Zga­si­łam świe­cę. Upły­nę­ło jesz­cze pół go­dzi­ny. Przy­pusz­cza­łam, że Pol­ly usnę­ła, kie­dy na­gle ma­leń­ka bia­ła po­stać unio­sła się na łó­żecz­ku i ci­chy głos za­py­tał:

– Lubi pani Gra­ha­ma, pan­no Lucy?

– Tak. Dość go lu­bię.

– Tyl­ko dość? Czy lubi pani go tak samo, jak ja go lu­bię?

– My­ślę, że nie. Nie, nie tak jak ty.

– A czy lubi go pani bar­dzo?

– Po­wie­dzia­łam ci prze­cież, że lu­bię go tyl­ko dość. Tak so­bie. Dla­cze­go mia­ła­bym ko­chać go tak bar­dzo? Ma tak wie­le wad.

– Na­praw­dę?

– Wszy­scy chłop­cy mają wie­le wad.

– Wię­cej jesz­cze niż dziew­czyn­ki?

– Tak mi się wy­da­je. Mą­drzy lu­dzie mó­wią, że nie­roz­sąd­nie jest uwa­żać ja­kie­go­kol­wiek czło­wie­ka za do­sko­na­łość, a co się ty­czy lu­bie­nia i nie­lu­bie­nia, po­win­ni­śmy być życz­li­wie i przy­ja­ciel­sko uspo­so­bie­ni do wszyst­kich, nie ubó­stwiać jed­nak ni­ko­go.

– Czy pani, pan­no Lucy, jest mą­drą oso­bą?

– Chcia­ła­bym być nią. Ale te­raz śpij.

– Nie mogę usnąć. Czy pa­nią nie boli tu­taj? – za­py­ta­ła, kła­dąc swo­ją ma­leń­ką jak u lal­ki rącz­kę na rów­nie mi­nia­tu­ro­wej pier­si. – Nie czu­je pani bólu tu­taj na myśl, że bę­dzie pani mu­sia­ła opu­ścić Gra­ha­ma? Bo prze­cież to nie jest pani dom?

–Do­praw­dy, Pol­ly, nie po­win­no cię to tak bar­dzo bo­leć; masz prze­cież je­chać do two­je­go oj­czul­ka, z któ­rym bę­dziesz wkrót­ce ra­zem. Czy nie pra­gniesz już być jego małą to­wa­rzysz­ką?

Mar­twa ci­sza za­pa­dła po tym py­ta­niu, na któ­re nie otrzy­ma­łam od­po­wie­dzi.

– Po­łóż się, ma­leń­ka, i uśnij – pro­si­łam.

– Tak wy­zię­bło moje łóż­ko – wy­ję­cza­ła. – Nie mogę się ogrzać.

Wi­dzia­łam, że mała istot­nie drży z zim­na.

– Chodź do mnie – rze­kłam, pra­gnąc, za­ra­zem jed­nak nie ma­jąc na­dziei, aby przy­ję­ła moje za­pro­sze­nie. Była ta­kim nie­sły­cha­nie dziw­nym, ka­pry­śnym ma­łym stwo­rzon­kiem, ka­pry­śnym zwłasz­cza i nie­rów­nym w sto­sun­ku do mo­jej oso­by. Na­tych­miast wszak­że przy­szła do mnie, prze­śli­zgnąw­szy się bez­sze­lest­nie po dy­wa­nie, niby drob­ny bia­ły du­szek. Przy­tu­li­łam ją do sie­bie. Była skost­nia­ła. Ogrza­łam ją w mo­ich ra­mio­nach. Drża­ła ner­wo­wo. Po­wo­li uda­ło mi się ją uspo­ko­ić. Wresz­cie za­snę­ła.

Wy­jąt­ko­we dziec­ko – po­my­śla­łam, przy­glą­da­jąc się jej, uśpio­nej, w mdłym świe­tle księ­ży­ca i ostroż­nie osu­sza­jąc cien­ką ba­ty­sto­wą chu­s­tecz­ką jej mo­kre od pła­czu po­wie­ki i po­licz­ki. – W jaki spo­sób zdo­ła przejść przez ży­cie i zwal­czać jego prze­ciw­no­ści? Jak po­tra­fi znieść cio­sy i roz­cza­ro­wa­nia, upo­ko­rze­nia i klę­ski, któ­re, jak po­ucza­ją mnie książ­ki i jak pod­szep­tu­je mi mój wła­sny ro­zum, prze­zna­czo­ne są każ­dej ży­ją­cej isto­cie?

Od­je­cha­ła na­za­jutrz, drżąc jak li­stek w mo­men­cie po­że­gna­nia, usi­łu­jąc wszak­że opa­no­wać się i względ­nie pa­nu­jąc nad sobą.


ROZDZIAŁ IV
Panna Marchmont

Opu­ści­łam Bret­ton parę ty­go­dni po wy­jeź­dzie ma­łej Pol­ly – nie prze­wi­dy­wa­łam wów­czas, że już nig­dy wię­cej nie od­wie­dzę tej mi­łej sie­dzi­by i nig­dy nie będę stą­pać po ci­chych ulicz­kach sta­ro­daw­ne­go mia­stecz­ka – po­wró­ci­łam do domu po pół­rocz­nej w nim nie­obec­no­ści. Na­le­ża­ło­by są­dzić, że by­łam za­do­wo­lo­na z po­wro­tu na łono ro­dzi­ny. W na­tu­ral­nym ta­kim przy­pusz­cze­niu nie może w żad­nym ra­zie być nic uwła­cza­ją­ce­go ani krzyw­dzą­ce­go, nie sta­raj­my się więc temu za­prze­czać. Nie my­śląc też by­najm­niej czy­nić tego, po­zwa­lam, aby czy­tel­nik wy­obra­ził so­bie mnie drze­mią­cą w cią­gu naj­bliż­szych ośmiu lat, niby łódź w po­go­dę bez­wietrz­ną, na nie­po­ru­szo­nych jak szkło wo­dach przy­sta­ni, gdy ster­nik leży wy­cią­gnię­ty na de­skach po­kła­du z twa­rzą zwró­co­ną ku nie­bu i za­mknię­ty­mi ocza­mi, po­grą­żo­ny, moż­na by przy­pu­ścić, w dłu­giej mo­dli­twie. Pa­nu­je po­wszech­ne mnie­ma­nie, że wiel­ki za­stęp ko­biet i dziew­cząt spę­dza ży­cie w taki wła­śnie spo­sób, dla­cze­góż bym więc i ja nie mia­ła iść ich śla­dem?

Wy­obraź więc so­bie mnie, czy­tel­ni­ku, pulch­ną i za­do­wo­lo­ną, pła­wią­cą się bez­czyn­nie w słoń­cu, na wy­sła­nym mięk­ko po­kła­dzie, sta­le ogrze­wa­ną sło­necz­ny­mi pro­mie­nia­mi i ko­ły­sa­ną na fali ła­god­nie po­ru­sza­nej lek­kim po­wie­wem wie­trzy­ka. Nie da się jed­nak za­ta­ić, że gdy­by tak być mia­ło, na­le­ża­ło­by wy­obra­zić so­bie, że ule­głam snadź w ja­kiś spo­sób ka­ta­stro­fie, zo­sta­łam wy­rzu­co­na za bur­tę albo też że moja łódź się roz­bi­ła. I ja sama tak­że pa­mię­tam czas – dłu­gi okres – chło­du, nie­bez­pie­czeństw, zwad. Do dnia dzi­siej­sze­go, ile­kroć dła­wi mnie noc­na zmo­ra, do­zna­ję po­now­nie owe­go uczu­cia sło­no­ści na­pły­wa­ją­cej mi do prze­ły­ku wody i jej mroź­ne­go uci­sku na płu­ca. Wiem na­wet, że roz­pę­ta­ła się bu­rza, i to bu­rza, któ­ra trwa­ła nie go­dzi­nę czy je­den dzień tyl­ko. W cią­gu wie­lu dni i nocy nie za­ja­śnia­ło słoń­ce ani też nie za­bły­snę­ły na nie­bie gwiaz­dy; wła­sny­mi rę­ka­mi wy­rzu­ca­li­śmy ta­kie­lu­nek z na­sze­go stat­ku; nad na­szy­mi gło­wa­mi sro­żył się sztorm, stra­ci­li­śmy wszel­ką na­dzie­ję, że uda nam się ura­to­wać. W koń­cu sta­tek uległ roz­bi­ciu, a cała za­ło­ga po­szła na dno.

Jak da­le­ko się­gam pa­mię­cią, nie uskar­ża­łam się nig­dy przed ni­kim na te cięż­kie przej­ścia. Przed kim wła­ści­wie mia­ła­bym się uskar­żać? Pa­nią Bret­ton od daw­na stra­ci­łam z oczu. Prze­szko­dy, wznie­sio­ne przez oso­by trze­cie, przed laty już sta­nę­ły po­mię­dzy nami, unie­moż­li­wia­jąc na­sze wza­jem­ne po­ro­zu­mie­nie. Nad­to czas przy­niósł zmia­ny tak­że w jej ży­ciu: po­kaź­na for­tu­na, na któ­rej stra­ży sta­ła, aby utrzy­mać ją i prze­ka­zać nie­tknię­tą sy­no­wi, umiesz­czo­na w pew­nym przed­się­bior­stwie jako jego ka­pi­tał za­kła­do­wy, skur­czy­ła się, jak utrzy­my­wa­no, do drob­nej cząst­ki pier­wot­nej swo­jej war­to­ści. Gra­ham, o czym sły­sza­łam od osób po­stron­nych, ob­rał za­wód le­ka­rza i wraz z mat­ką opu­ścił Bret­ton, aby, o ile było mi wia­do­mo, osie­dlić się w Lon­dy­nie.

Nie mo­głam li­czyć na czy­ją­kol­wiek po­moc, mu­sia­łam sama my­śleć o so­bie. Nie wy­da­je mi się, abym na­le­ża­ła do na­tur sa­mo­dziel­nych czy przed­się­bior­czych; za­rów­no jed­nak sa­mo­dziel­ność, jak przed­się­bior­czość zo­sta­ły mi na­rzu­co­ne przez wa­run­ki, w ja­kich się zna­la­złam, na rów­ni zresz­tą z ty­sią­ca­mi in­nych lu­dzi. Kie­dy więc przy­sła­ła po mnie pan­na March­mont, star­sza nie­za­męż­na dama, za­miesz­ka­ła w na­szej oko­li­cy, po­słusz­na by­łam z całą go­to­wo­ścią jej we­zwa­niu w na­dziei, że po­wie­rzy mi ja­kąś mi­sję, któ­rej po­tra­fię po­do­łać.

Pan­na March­mont była oso­bą za­moż­ną, zaj­mo­wa­ła pięk­ną re­zy­den­cję, była wsze­la­ko zreu­ma­ty­zo­wa­ną, znie­do­łęż­nia­łą ka­le­ką, po­zba­wio­ną od dwu­dzie­stu lat wła­dzy w rę­kach i w no­gach. Prze­by­wa­ła sta­le na gór­nym pię­trze swo­jej sie­dzi­by, nie scho­dząc nig­dy na dół. Sa­lon jej przy­le­gał do sy­pial­ni. Sły­sza­łam wie­le o niej i o jej dzi­wac­twach (mia­ła opi­nię oso­by wiel­ce eks­cen­trycz­nej), nig­dy jed­nak jesz­cze do owe­go cza­su nie mia­łam oka­zji jej zo­ba­czyć ani z nią roz­ma­wiać. Wpro­wa­dzo­na do jej po­ko­ju, zna­la­złam się wo­bec po­marsz­czo­nej, si­wo­wło­sej ko­bie­ty o po­waż­nym, su­ro­wym wy­glą­dzie, któ­ry mógł być wy­ni­kiem za­rów­no jej dłu­go­trwa­łe­go osa­mot­nie­nia, jak jej do­le­gli­wo­ści fi­zycz­nych. Temu może rów­nież na­le­ża­ło przy­pi­sać jej draż­li­wość i ka­pry­śność. Jak się oka­za­ło, jej słu­żą­ca, a wła­ści­wie to­wa­rzysz­ka, któ­ra pie­lę­gno­wa­ła ją przez wie­le lat, mia­ła wyjść za mąż. Sły­sząc więc o moim osa­mot­nie­niu i o trud­nych wa­run­kach, w ja­kich się zna­la­złam, pan­na March­mont po­sła­ła po mnie w na­dziei, że może po­tra­fię za­stą­pić przy niej tam­tą. Kie­dy więc po wy­pi­ciu po­spo­łu po­po­łu­dnio­wej her­ba­ty sie­dzia­ły­śmy obie przy ko­min­ku, zro­bi­ła mi od­po­wied­nią pro­po­zy­cję.

– Nie bę­dzie to ła­twe ży­cie – uprze­dzi­ła mnie lo­jal­nie – wy­ma­gam wie­le ob­słu­gi, bę­dzie też pani przez więk­szą część dnia za­mknię­ta tu­taj ze mną; może jed­nak, w prze­ci­wień­stwie do ży­cia, ja­kie wio­dła pani do­tych­czas, za­ję­cie u mnie wyda się pani dość zno­śne.

Roz­wa­ży­łam w my­śli uczy­nio­ną mi pro­po­zy­cję; ofia­ro­wa­ne mi sta­no­wi­sko po­win­no by­ło­by oczy­wi­ście wy­dać mi się zno­śne – usi­ło­wa­łam prze­ko­nać sama sie­bie – oka­za­ło się jed­nak, że wsku­tek szcze­gól­ne­go ja­kie­goś cią­żą­ce­go na mnie fa­ta­li­zmu prze­wi­dy­wa­nia te nie zi­ści­ły się. Nie mo­gły, co praw­da, uśmie­chać mi się oso­bli­wie wi­do­ki sta­łe­go prze­by­wa­nia tu­taj, w tym szczel­nie za­mknię­tym po­ko­ju, bę­dąc świad­kiem nie­ustan­nych cier­pień – cza­sem może ofia­rą złe­go hu­mo­ru – i spę­dze­nia w ten spo­sób resz­ty mło­do­ści, wie­dząc, że wszyst­ko co było, mi­nę­ło, wy­ra­ża­jąc się naj­oględ­niej, nie na­zbyt szczę­śli­wie! Za­bra­kło mi na chwi­lę od­wa­gi, wnet jed­nak od­zy­ska­łam ją, jak­kol­wiek bo­wiem zmu­sza­łam się do uprzy­tom­nie­nia so­bie złych stron, by­łam jed­nak zbyt przy­ziem­na, aby ide­ali­zo­wać je, a tym sa­mym wy­ol­brzy­miać nad­mier­nie.

– Nie je­stem pew­na, czy star­czy mi sił po­trzeb­nych do peł­nie­nia tych za­dań – rze­kłam.

– I ja tak­że mam po­dob­ne oba­wy – zgo­dzi­ła się. – Spra­wia pani wra­że­nie wy­mi­ze­ro­wa­nej, wy­czer­pa­nej.

By­łam mi­zer­na i wy­czer­pa­na. Zer­k­nę­łam do lu­stra i zo­ba­czy­łam sie­bie w suk­ni ża­łob­nej, dziw­nie wy­bla­kłą, z głę­bo­ko wpad­nię­ty­mi, pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi. Tak. Nie był to wi­dok obie­cu­ją­cy. Te ozna­ki przy­więd­nię­cia były jed­nak tyl­ko ze­wnętrz­ne, tak wy­da­wa­ło mi się przy­najm­niej: czu­łam wciąż jesz­cze w so­bie ży­cie, tęt­nią­ce, nie­za­mar­łe w jego źró­dle.

– Czy ma pani coś in­ne­go na wi­do­ku?

– Jak do­tych­czas nic wy­raź­ne­go, mo­gła­bym jed­nak zna­leźć, przy­pusz­czam.

– Tak so­bie pani wy­obra­ża, może nie bez słusz­no­ści. Do­brze. Niech więc pani pró­bu­je w dal­szym cią­gu po­szu­ki­wań na wła­sną rękę. O ile jed­nak za­wio­dą one pa­nią, pro­szę po­wró­cić do mo­jej ofer­ty. Po­zo­sta­wiam pani otwar­tą moż­li­wość przy­ję­cia jej w cią­gu trzech mie­się­cy.

Było to wiel­ce uprzej­me z jej stro­ny po­sta­wie­nie spra­wy. Po­wie­dzia­łam, co o tym my­ślę i wy­ra­zi­łam moją wdzięcz­ność. W tej sa­mej chwi­li chwy­cił ją ostry atak bólu. Za­ję­łam się cier­pią­cą, za­sto­so­wa­łam wska­za­ne mi przez nią środ­ki i, za­nim jesz­cze zdą­ży­ły one przy­nieść jej ulgę, na­wią­za­ło się mię­dzy nami coś w ro­dza­ju po­ufa­ło­ści. Ze spo­so­bu, w jaki znio­sła ten ostry na­pad, prze­ko­na­łam się, że mam przed sobą dziel­ną, cier­pli­wą ko­bie­tę (cier­pli­wą wo­bec do­le­gli­wo­ści fi­zycz­nych, cza­sem tyl­ko może po­draż­nio­ną pod wpły­wem cier­pień mo­ral­nych), ona zaś, wi­dząc moją do­brą wolę, prze­ko­na­ła się, że może wzbu­dzić we mnie współ­czu­cie. Przy­sła­ła po mnie za­raz na­za­jutrz, po­wta­rza­jąc te we­zwa­nia pięć czy sześć dni z rzę­du. Po bliż­szym po­zna­niu, mimo że ujaw­ni­ło mi ono nie­któ­re ce­chu­ją­ce ją dzi­wac­twa i wady, prze­ko­na­łam się, że mam do czy­nie­nia z cha­rak­te­rem zdol­nym wzbu­dzić szcze­ry sza­cu­nek. By­wa­ła, co praw­da, su­ro­wa cza­sem, a na­wet po­nu­ra, nie prze­szka­dza­ło mi to jed­nak pie­lę­gno­wać jej i sie­dzieć przy niej ze spo­ko­jem, jaki po­tra­fi­my za­wsze za­cho­wać, ile­kroć czu­je­my, że na­sza obec­ność, nasz spo­sób za­cho­wa­nia po­do­ba­ją się i spra­wia­ją ulgę oso­bom, któ­rym od­da­je­my usłu­gi. Na­wet kie­dy ła­ja­ła mnie, i to dość cierp­ko – co zda­rza­ło się od cza­su do cza­su – czy­ni­ła to w spo­sób, któ­ry nie upo­ka­rzał mnie i nie po­zo­sta­wiał do­kucz­li­we­go żą­dła. Przy­po­mi­na­ła ra­czej roz­gnie­wa­ną mat­kę kar­cą­cą swo­ją cór­kę ani­że­li su­ro­wą chle­bo­daw­czy­nię, czy­nią­cą ostre wy­rzu­ty opła­ca­nej przez nią pra­cow­ni­cy. Nie umia­ła zrzę­dzić, cza­sem tyl­ko wpa­da­ła w gwał­tow­ny gniew. Co naj­waż­niej­sze jed­nak, umia­ła opa­mię­tać się w chwi­lach naj­więk­szej pa­sji – lo­gi­ka nie za­wo­dzi­ła jej w roz­na­mięt­nie­niu na­wet. Ry­chło też wzra­sta­ją­ce uczu­cie szcze­re­go przy­wią­za­nia po­zwo­li­ło mi w no­wym zu­peł­nie świe­tle roz­wa­żać myśl po­zo­sta­nia przy niej w cha­rak­te­rze to­wa­rzysz­ki: po ty­go­dniu zgo­dzi­łam się na ob­ję­cie tego sta­no­wi­ska.

W ten spo­sób moim świa­tem sta­ły się dwa dusz­ne, szczel­nie po­za­my­ka­ne po­ko­je, a znie­do­łęż­nia­ła, scho­ro­wa­na sta­ra ko­bie­ta moją pa­nią, moją przy­ja­ciół­ką, wszyst­kim dla mnie. Peł­nie­nie służ­by przy niej było moim obo­wiąz­kiem; jej ból – moim cier­pie­niem; myśl o uldze, jaką mo­głam jej przy­nieść – je­dy­ną moją po­cie­chą; jej nie­za­do­wo­le­nie – moją karą; jej uśmiech – moją na­gro­dą. Za­po­mnia­łam o ist­nie­niu pól, la­sów, rzek, je­zior, mórz i wciąż zmie­nia­ją­ce­go się nie­ba poza ośle­pły­mi, za­cho­dzą­cy­mi wciąż od nowa parą szy­ba­mi okien­ny­mi. Czu­łam się pra­wie za­do­wo­lo­na, a wszyst­kie moje pra­gnie­nia ogra­ni­czy­ły się do su­mien­ne­go wy­peł­nia­nia co­dzien­nych obo­wiąz­ków wo­bec cho­rej. Ci­cha i ła­god­na z na­tu­ry, za­har­to­wa­na przez los, nie tę­sk­ni­łam za spa­ce­ra­mi na otwar­tej prze­strze­ni; mój głód za­spo­ka­ja­ły w zu­peł­no­ści skrom­ne, mi­kro­sko­pij­ne po­sił­ki, po­da­wa­ne zgod­nie z ape­ty­tem i wy­ma­ga­nia­mi pa­cjent­ki; co naj­waż­niej­sze wszak­że, da­wa­ła mi ona sama moż­ność stu­dio­wa­nia nie­zwy­kło­ści jej cha­rak­te­ru; po­dzi­wia­nia nie­wzru­szo­nej sta­ło­ści jej cnót, po­tę­gi jej pa­sji, ufa­nia szcze­ro­ści jej uczuć. Mia­ła wszyst­kie te ce­chy i dla tych jej cech wła­śnie przy­wią­za­łam się do niej.

Go­to­wa by­ła­bym po­zo­stać przy niej ko­lej­nych dwa­dzie­ścia lat, gdy­by udrę­ka jej ży­cia mia­ła trwać jesz­cze tak dłu­go. Inny los wszak­że prze­zna­czo­ny był nam obu. Co się mnie ty­czy, zda­wać się mo­gło, że prze­zna­cze­nie pcha mnie nie­ustan­nie do twór­cze­go wy­sił­ku, że pod­nie­ca, po­bu­dza do czy­nu uta­jo­ną, drze­mią­cą we mnie ener­gię. Drob­nej kru­szy­nie przy­wią­za­nia ludz­kie­go, jaka przy­pa­dła mi w udzia­le i jaką ce­ni­łam niby klej­not, prze­zna­czo­ne było ta­jać w mo­ich rę­kach i prze­cie­kać przez pal­ce, jak gdy­by była sto­pio­nym w cie­ple so­pel­kiem lodu. Skrom­ne obo­wiąz­ki, ja­kie przyj­mo­wa­łam na sie­bie, mu­sia­ły być wy­ry­wa­ne prze­mo­cą z mo­je­go, za­do­wa­la­ją­ce­go się tak ma­łym, su­mie­nia. Chcia­łam wcho­dzić w ukła­dy z lo­sem: ce­lem unik­nię­cia mo­gą­cych spaść na mnie wiel­kich klęsk go­to­wa by­łam przy­jąć z pod­da­niem całe ży­cie, na któ­re skła­da­ły­by się same wy­rze­cze­nia i drob­ne do­kucz­li­wo­ści. Ale los nie dał się uła­go­dzić prze­ze mnie w ten spo­sób ani też opatrz­ność nie zgo­dzi­ła się na usank­cjo­no­wa­nie gnu­śne­go, tchórz­li­we­go uni­ka­nia czy­nu.

Pew­nej nocy lu­to­wej – pa­mię­tam do­brze ten mo­ment – roz­legł się w po­bli­żu sie­dzi­by pan­ny March­mont głos sły­sza­ny przez wszyst­kich miesz­kań­ców domu, zro­zu­mia­ny wszak­że przez jed­ną tyl­ko oso­bę. Po względ­nie ła­god­nej zi­mie przy­szły bu­rze wio­sen­ne. Uło­ży­łam pan­nę March­mont w łóż­ku, a sama usia­dłam z ro­bót­ką przy ko­min­ku. Wiatr wył i za­wo­dził za okna­mi: przez cały dzień wy­pra­wiał swo­je har­ce, w nocy wszak­że wy­cie jego przy­bra­ło głęb­szy, su­row­szy ton – dziw­nie przej­mu­ją­cy, wpa­da­ją­cy do ucha nie­omal wy­raź­nie ar­ty­ku­ło­wa­ny­mi dźwię­ka­mi ję­kli­wej skar­gi, bo­le­śnie szar­pią­cej ner­wy, drga­ją­cej w każ­dym no­wym po­świ­ście.

– O! Ucisz się! Ucisz się! – po­wta­rza­łam w du­chu zgnę­bio­na, upusz­cza­jąc na ko­la­na moją ro­bót­kę i da­rem­nie usi­łu­jąc za­tkać uszy, aby nie do­cie­rał do nich ten bła­gal­ny, jak gdy­by wzy­wa­ją­cy po­mo­cy, ję­kli­wy szloch. Już daw­niej sły­sza­łam ten sam zło­wiesz­czy głos; ob­ser­wa­cja na­rzu­ci­ła mi teo­rię zwią­za­nych z nim prze­po­wied­ni. Trzy­krot­nie w cią­gu mo­je­go ży­cia po­uczył mnie bieg wy­pad­ków, że dziw­ne od­gło­sy bu­rzy, ów nie­ustan­nie po­wta­rza­ny bez­na­dziej­ny jęk, za­po­wia­da stan at­mos­fe­ry nie­sprzy­ja­ją­cy ży­ciu. Do­świad­cze­nie wsz­cze­pi­ło mi wia­rę w to, że wy­bu­chy epi­de­mii za­po­wia­da­ne by­wa­ją czę­sto przez taki bo­le­śnie ję­kli­wy, łka­ją­cy, za­wo­dzą­cy wiatr wschod­ni. Stąd może, jak wy­wnio­sko­wa­łam, po­wsta­ła le­gen­da o Ban­shee2. Tak so­bie wy­obra­ża­łam, nie po­sia­da­łam jed­nak­że do­sta­tecz­nej wie­dzy, aby uchwy­cić zwią­zek, jaki mógł­by za­cho­dzić po­mię­dzy tymi oko­licz­no­ścia­mi. Do­cie­ra­ły do nas rów­no­cze­śnie ze sro­że­niem się ta­kie­go wi­chru wie­ści o wstrzą­sach wul­ka­nicz­nych w da­le­kich czę­ściach świa­ta; o rze­kach, któ­re na­gle wzbie­ra­ły gwał­tow­nie, wy­cho­dząc z brze­gów i za­le­wa­jąc całą oko­li­cę, a tak­że o nie­zwy­kle wy­so­ko spię­trzo­nych fa­lach, wście­kle za­ta­pia­ją­cych ni­zin­ne wy­brze­ża mor­skie.

Kula ziem­ska – mó­wi­łam so­bie wów­czas – wy­da­je się w ta­kich okre­sach szar­pa­na i roz­dzie­ra­na na czę­ści; słab­si spo­śród nas giną w po­dmu­chach jej wście­kłe­go od­de­chu, któ­ry wy­rzu­ca na po­wierzch­nię ogni­stą lawę dy­mią­cych kra­te­rów!

Wsłu­chi­wa­łam się z za­mie­ra­ją­cym ser­cem w wy­cie wi­chru.

Oko­ło pół­no­cy bu­rza w cią­gu pół go­dzi­ny przy­ci­chła stop­nio­wo, ustę­pu­jąc wresz­cie miej­sca im­po­nu­ją­cej ci­szy. Ogień na ko­min­ku, do­tych­czas sła­bo za­le­d­wie tle­ją­cy, buch­nął żyw­szym pło­mie­niem. Wy­czu­łam od razu zmia­nę w po­wie­trzu i wraz z nią po­wró­ci­ła mi otu­cha. Roz­su­nąw­szy nie­co fi­ran­ki, wyj­rza­łam na ze­wnątrz i do­strze­głam mi­go­ta­nie gwiazd, wy­stę­pu­ją­ce za­zwy­czaj pod­czas ostre­go mro­zu.

Od­wró­ci­łam się od okna i moje spoj­rze­nie pa­dło na pan­nę March­mont. Zbu­dzo­na unio­sła gło­wę z po­dusz­ki i wpa­try­wa­ła się we mnie z nie­zwy­kłą uwa­gą.

– Pięk­na dziś noc? – za­gad­nę­ła mnie.

Na za­py­ta­nie to da­łam twier­dzą­cą od­po­wiedź.

– Przy­pusz­cza­łam, że tak być musi. Czu­ję się wy­jąt­ko­wo sil­na i zdro­wa. Niech mi pani po­mo­że pod­nieść się. Wy­da­je mi się – do­da­ła – że je­stem dziw­nie od­mło­dzo­na. Tak, je­stem po daw­ne­mu mło­da i tak nie­zwy­kle lek­ko mi na ser­cu; czu­ję się szczę­śli­wa. A może na­praw­dę na­stą­pił zwrot w sta­nie mo­je­go zdro­wia i prze­zna­czo­no mi jesz­cze cie­szyć się peł­nią sił? Był­by to cud!

Nie, nie, to nie są dni cu­dów – prze­mknę­ło mi przez myśl. Zdzi­wi­ły mnie jej sło­wa. W dal­szym cią­gu kie­ro­wa­ła roz­mo­wę ku prze­szło­ści, szcze­gól­nie żywo od­twa­rza­jąc w pa­mię­ci róż­ne wy­da­rze­nia, sce­ny i oso­by.

– Przy­jem­nie mi dzi­siaj wspo­mi­nać o tym wszyst­kim – rze­kła. – Ce­nię pa­mięć, uwa­żam ją za naj­lep­szą moją przy­ja­ciół­kę. Do­star­cza mi ona w tej chwi­li głę­bo­kiej roz­ko­szy; od nowa wy­cza­ro­wu­je w ser­cu rze­czy­wi­stość tęt­nią­cą mi­nio­nym pięk­nym ży­ciem, wszyst­ko to, co, jak są­dzi­łam, zmur­sza­ło, za­mar­ło od daw­na, wsią­kło w gli­nę i pia­sek mo­gi­ły. Od­zy­ska­łam po­now­nie go­dzi­ny, my­śli i na­dzie­je mo­jej mło­do­ści. Obu­dzi­ła się w moim ser­cu je­dy­na mi­łość – je­dy­ne nie­mal tkli­we uczu­cie – je­dy­ne przy­wią­za­nie w moim ży­ciu… Bo wi­dzisz, dziec­ko, nie je­stem ko­bie­tą szcze­gól­nie do­brą, nie na­le­żę do istot, któ­re dają się ko­chać.

A prze­cież i ja tak­że ko­cha­łam uczu­ciem sil­nym, zo­gni­sko­wa­nym na je­dy­nej oso­bie, rów­nie dro­giej mo­je­mu ser­cu w bez­względ­nej swo­jej wy­łącz­no­ści, jak dro­gie są dla więk­szo­ści lu­dzi, męż­czyzn i ko­biet, wszyst­kie te nie­zli­czo­ne isto­ty i rze­czy, któ­re ob­dzie­la­ją oni swo­imi uczu­cia­mi. Wów­czas, kie­dy ko­cha­łam i by­łam ko­cha­na, jak­że cu­dow­ne wio­dłam ży­cie, jak upoj­nie cie­szy­łam się nim! Jaki wspa­nia­ły rok przy­po­mi­nam so­bie – jak pro­mien­nie ja­śnie­je on te­raz w moim wspo­mnie­niu. Jaka uro­cza wio­sna, ja­kie cie­płe, ra­do­sne lato, ja­kie sre­brzy­ste noce księ­ży­co­we, ja­kie nie­ziem­sko owia­ne mgłą wie­czo­ry je­sien­ne, jaka po­tę­ga na­dziei pod wo­da­mi sku­ty­mi lo­do­wym pan­ce­rzem i pod ski­ba­mi niw zwa­rzo­nych mro­zem zi­mo­wym! Przez cały ten rok moje ser­ce biło dla Fran­ka, po­spo­łu z jego ser­cem. O, mój szla­chet­ny Fran­ku – mój wier­ny Fran­ku – mój do­bry Fran­ku! O tyle lep­szy niż ja! Ma­ją­cy za­pa­try­wa­nia na wszyst­ko o tyle wznio­ślej­sze niż moje. Te­raz do­pie­ro ro­zu­miem to i mó­wię o tym: je­śli na­wet nie­wie­le ko­biet cier­pia­ło tak strasz­li­wie, jak bo­la­łam ja nad jego utra­tą, nie­wie­lu dane było za­znać tyle roz­ko­szy, ile ja za­zna­łam w jego mi­ło­ści. Była to mi­łość nie­po­rów­na­nie wyż­sza i szla­chet­niej­sza od po­spo­li­tej. Nie ży­wi­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego i co do na­szych uczuć wza­jem­nych: łą­czy­ła nas mi­łość nie­ska­zi­tel­na, opie­kuń­cza i szla­chet­na, uszczę­śli­wia­ją­ca tę, któ­rej sta­ła się da­rem. Pra­gnę­ła­bym roz­wa­żyć te­raz, kie­dy mój i umysł od­zy­skał tak nie­zwy­kłą ja­sność – pra­gnę­ła­bym zro­zu­mieć, dla­cze­go zo­sta­ła mi ode­bra­na. Za jaką zbrod­nię zo­sta­łam po­tę­pio­na i ska­za­na po jed­nym roku bło­go­sła­wio­ne­go szczę­ścia na trzy­dzie­ści lat smut­ku i udrę­ki?

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­ła sa­mej so­bie po dłuż­szym mil­cze­niu. – Nie mogę, nie mogę do­pa­trzyć się po­wo­du. A jed­nak w tej go­dzi­nie mogę po­wie­dzieć szcze­rze to, cze­go nie pró­bo­wa­łam mó­wić nig­dy daw­niej: Boże, Ty, któ­re­go wy­ro­ki są nie­zba­da­ne, niech się dzie­je wola Two­ja! W tej chwi­li wie­rzę, że śmierć zwró­ci mnie Fran­ko­wi, zwró­ci mi jego mi­łość. Nig­dy do­tych­czas nie wie­rzy­łam w to.

– Nie żyje więc? – za­py­ta­łam przy­ci­szo­nym gło­sem.

– Słu­chaj, dro­gie dziec­ko – za­czę­ła. – W pew­ną ra­do­sną Wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia ubie­ra­łam się i stro­iłam w ocze­ki­wa­niu na przy­by­cie mo­je­go uko­cha­ne­go, któ­ry nie­ba­wem miał zo­stać moim mę­żem. Usia­dłam, cze­ka­jąc. Wi­dzę przed sobą po­now­nie tę chwi­lę. Wi­dzę ośnie­żo­ny zmierzch, prze­są­cza­ją­cy się przez okno, któ­re­go fi­ran­ki nie były opusz­czo­ne, chcia­łam bo­wiem do­strzec go z da­le­ka, nad­jeż­dża­ją­ce­go kon­no bia­łą ścież­ką. Wi­dzę i czu­ję przy­ćmio­ne świa­tło ko­min­ka, tak mile roz­grze­wa­ją­ce mnie, rzu­ca­ją­ce tak we­so­łe iskier­ki na moją suk­nię je­dwab­ną i uka­zu­ją­ce mi w zwier­cia­dle od­bi­cie mo­jej wła­snej mło­dej, pro­mien­nej po­sta­ci. Wi­dzę księ­życ, pły­ną­cy po nie­bie w ci­chą noc zi­mo­wą, ja­śnie­ją­cy zim­nym świa­tłem po­nad atra­men­to­wo czar­nym gąsz­czem krze­wów i nad ośnie­żo­nym piasz­czy­stym grun­tem mo­jej po­sia­dło­ści. Cze­ka­łam z przy­spie­sza­ją­cym nie­co puls znie­cier­pli­wie­niem, nie bu­dzi­ły się jed­nak w moim ser­cu żad­ne oba­wy ani wąt­pli­wo­ści. Ogień przy­gasł na ko­min­ku, cią­gle jed­nak ża­rzy­ły się zwę­glo­ne szcza­py; księ­życ był już wy­so­ko na nie­bie, ale wciąż jesz­cze za­glą­dał do okna. Do­cho­dzi­ła dzie­sią­ta. Rzad­ko da­wał cze­kać na sie­bie dłu­żej, a wła­ści­wie raz tyl­ko czy dwa za­trzy­ma­ny był aż do tej go­dzi­ny.

Czyż­by miał zro­bić mi za­wód?! Nie, nie mo­gło­by się to zda­rzyć! Ani razu! O, oto przy­by­wa!… Nad­jeż­dża pę­dem, aby wy­na­gro­dzić mi stra­co­ny czas. Fran­ku! Sza­lo­ny jeźdź­cze! – wo­ła­łam w my­śli, wsłu­chu­jąc się z ra­do­ścią i nie­po­ko­jem za­ra­zem w co­raz bliż­szy tę­tent ga­lo­pu. – Wy­ła­ję cię za to. Po­wiem ci, że to mój kark na­ra­żasz na nie­bez­pie­czeń­stwo, bo prze­cież wszyst­ko, co two­je, jest w sto­krot­nie droż­szym i tkliw­szym zna­cze­niu moje wła­sne. Nad­jeż­dżał już: wi­dzia­łam go pę­dzą­ce­go ku mnie, mia­łam jed­nak wi­docz­nie łzy w oczach, gdyż wzrok mi się za­ćmił. Uj­rza­łam nie­wy­raź­nie ko­nia, sły­sza­łam tę­tent ko­pyt… spo­strze­głam ja­kąś masę… ogłu­szył mnie nie­sa­mo­wi­ty ha­łas… Czy był to koń?! Cóż to za cięż­kie, dziw­ne, ciem­ne cia­ło wlo­kło się po ośnie­żo­nej mu­ra­wie?!… Czy mo­głam roz­po­znać je w świe­tle księ­ży­ca? Czy po­do­bień­stwem było dla mnie dać wy­raz uczu­ciu, ja­kie zro­dzi­ło się na­gle w mo­jej pier­si? Je­dy­ne co mo­głam uczy­nić, to wy­biec ko­nio­wi na spo­tka­nie. Wiel­kie zwie­rzę, czar­ny wierz­cho­wiec Fran­ka stał przede mną, dy­go­cąc ca­łym cia­łem, cięż­ko, chra­pli­wie dy­sząc. Trzy­mał go męż­czy­zna – Frank, jak wy­da­ło mi się.

– Co się sta­ło?! – za­wo­ła­łam.

Za­miast nie­go jed­nak od­po­wie­dział mi ury­wa­nym gło­sem mój słu­żą­cy, To­masz:

– Niech pani wej­dzie do domu!

A po­tem, we­zwaw­szy jed­ną ze słu­żą­cych, któ­ra wy­bie­gła pę­dem z kuch­ni, jak gdy­by gna­na in­stynk­tem, roz­ka­zał jej:

– Ruth, za­bierz pa­nią na­tych­miast do domu!

Nie po­zwo­li­łam jed­nak tknąć się i pa­dłam na ko­la­na w śnieg obok cze­goś le­żą­ce­go przede mną, cze­goś, co przed chwi­lą wi­dzia­łam ciąg­nio­ne po zie­mi, cze­goś cięż­ko od­dy­cha­ją­ce­go i ję­czą­ce­go na mo­jej pier­si, kie­dy unio­słam tę nie­ru­cho­mą, bez­wład­ną masę i przy­tu­li­łam ją do sie­bie. Żył jesz­cze; za­cho­wał na­wet reszt­kę przy­tom­no­ści. Ka­za­łam wnieść go do domu, nie da­jąc się od­cią­gnąć od nie­go ani na chwi­lę. Moje oto­cze­nie pró­bo­wa­ło trak­to­wać mnie jak dziec­ko, jak to za­zwy­czaj robi się w sto­sun­ku do lu­dzi, na któ­rych spa­dła ka­rzą­ca dłoń Boża. Nie ustą­pi­łam jed­nak miej­sca przy nim ni­ko­mu poza chi­rur­giem, a kie­dy zro­bił on wszyst­ko, co było do zro­bie­nia, sama za­ję­łam się umie­ra­ją­cym Fran­kiem. Miał jesz­cze dość sił, aby ob­jąć mnie ra­mie­niem, zdo­był się jesz­cze na wy­mó­wie­nie mo­je­go imie­nia, sły­szał mnie mo­dlą­cą się szep­tem przy nim, czuł piesz­czo­tli­we ru­chy i ge­sty, ja­ki­mi usi­ło­wa­łam przy­nieść mu ulgę.

– Ma­rio – szep­nął drę­twie­ją­cy­mi usta­mi – umie­ram z raj­skim uczu­ciem…

Ostat­nie tchnie­nie od­dał ze sło­wa­mi wier­nej mi­ło­ści dla mnie. O świ­ta­niu dnia Bo­że­go Na­ro­dze­nia był już mój Frank u wrót bo­żych.

– Sta­ło się to – do­da­ła – trzy­dzie­ści lat temu. Od tego cza­su cier­pia­łam męki. Nie są­dzę, abym umia­ła jak na­le­ży wy­ko­rzy­stać cios, któ­ry mnie spo­tkał. Na­tu­ry mięk­kie i tkli­we wznio­sły­by się pod wpły­wem po­dob­ne­go nie­szczę­ścia do wy­żyn świę­to­ści, z umy­słów sil­nych, ale opor­nych, zro­bi­ło­by ono de­mo­ny, co się zaś mnie ty­czy, sta­łam się zgnę­bio­ną bó­lem i wy­łącz­nie nim po­chło­nię­tą, sa­mo­lub­ną ko­bie­tą.

– Ro­bi­ła pani wie­le do­bre­go – rze­kłam. Zna­na była bo­wiem pan­na March­mont z hoj­no­ści, z jaką udzie­la­ła wsparć i za­po­móg.

– Chce pani po­wie­dzieć, że nie ską­pi­łam pie­nię­dzy, tam gdzie mo­gły one przy­nieść ulgę? I cóż z tego? Nie przy­cho­dzi­ło mi to z wy­sił­kiem. Mam jed­nak na­dzie­ję, że od dzi­siaj roz­pocz­nę lep­sze ży­cie, aby przy­go­to­wać się god­nie do spo­tka­nia z moim Fran­kiem. Bo wi­dzi pani, wciąż jesz­cze my­ślę o Fran­ku wię­cej niż o Bogu, o ile więc to od­da­nie się jed­ne­mu czło­wie­ko­wi tak bez­mier­ne, tak wy­łącz­ne i przez tak dłu­gie lata bę­dzie mi po­czy­ta­ne za bluź­nie­nie Bogu, sła­be będą moje szan­se zba­wie­nia. A co pani są­dzi o tym, ko­cha­na pan­no Lucy? Niech pani weź­mie na sie­bie rolę mo­je­go spo­wied­ni­ka i po­wie mi szcze­rze swo­je zda­nie.

Nie by­łam w sta­nie od­po­wie­dzieć jej, bra­kło mi słów. Oka­za­ło się to wszak­że zbęd­ne. Mó­wi­ła w dal­szym cią­gu, jak gdy­by otrzy­ma­ła ode mnie od­po­wiedź.

– Bar­dzo słusz­nie, moje dziec­ko. Po­win­ni­śmy uznać, że Bóg jest mi­ło­sier­ny, mimo że wy­ro­ki Jego nie za­wsze są dla nas zro­zu­mia­łe. Mu­si­my przyj­mo­wać z pod­da­niem los, jaki nam zsy­ła, ja­ki­kol­wiek był­by on, i sta­rać się, o ile to jest w na­szej mocy, ulżyć lo­so­wi in­nych. Praw­da? Otóż od ju­tra za­cznę od pani, moje dziec­ko, i uczy­nię, co będę mo­gła, aby uszczę­śli­wić pa­nią. A przy­najm­niej po­sta­ram się zro­bić coś dla pani, coś ta­kie­go, z cze­go bę­dzie pani mo­gła ko­rzy­stać, kie­dy nie bę­dzie mnie już na tym świe­cie. Gło­wa mnie roz­bo­la­ła od mó­wie­nia, je­stem jed­nak za­do­wo­lo­na i szczę­śli­wa. Niech już pani po­ło­ży się spać. Bije dru­ga. O, do jak póź­nej go­dzi­ny prze­sia­du­je pani przy mnie, a ra­czej do jak póź­nej go­dzi­ny prze­trzy­mu­ję pa­nią sa­mo­lub­nie przy so­bie! Ale te­raz niech już pani idzie spać. Może pani być zu­peł­nie spo­koj­na o mnie; czu­ję, że będę spa­ła do­sko­na­le.

Uło­ży­ła się do snu. I ja tak­że po­ło­ży­łam się spać w po­ko­iku są­sia­du­ją­cym z jej sy­pial­nią. Noc prze­szła spo­koj­nie. Bar­dzo spo­koj­ny mu­siał być jej ko­niec: spo­koj­ny i bez­bo­le­sny. Z rana zna­leź­li­śmy ją w łóż­ku nie­ży­wą; cia­ło było już pra­wie zim­ne. Na twa­rzy jej za­stygł wy­raz nie­zmą­co­ne­go spo­ko­ju. Nie­zwy­kłe pod­nie­ce­nie i zmia­na na­stro­ju, ja­kie ujaw­ni­ła po­przed­nie­go wie­czo­ru, były wi­docz­nie za­po­wie­dzią na­pa­du tak sil­ne­go, że wy­star­czył do osta­tecz­ne­go ze­rwa­nia wą­tłej nici, na ja­kiej trzy­ma­ło się przez tak dłu­gi czas jej ży­cie, za­kłó­ca­ne nie­ustan­nie głę­bo­kim du­cho­wym cier­pie­niem.


ROZDZIAŁ V
Odwrócenie nowej karty

Pozo­staw­szy zu­peł­nie sama na świe­cie po śmier­ci mo­jej chle­bo­daw­czy­ni, zmu­szo­na by­łam po­szu­kać no­we­go miej­sca. Ostat­nie prze­ży­cia nie­wąt­pli­wie nad­szarp­nę­ły mi ner­wy. Od­bi­ło się to ujem­nie na moim wy­glą­dzie. Wy­chu­dzo­na, bla­da, z pod­si­nia­ły­mi ocza­mi, spra­wia­łam wra­że­nie oso­by zmu­szo­nej wie­le czu­wać po no­cach, prze­pra­co­wy­wać się czy za­mar­twiać nie­moż­no­ścią wy­plą­ta­nia się ze zo­bo­wią­zań i dłu­gów. Czu­wa­łam w rze­czy­wi­sto­ści po no­cach, by­wa­łam nie­raz prze­pra­co­wa­na, dłu­gów jed­nak nie mia­łam. Nie by­łam też zu­peł­nie po­zba­wio­na środ­ków, jak­kol­wiek bo­wiem pan­na March­mont nie zdą­ży­ła zro­bić za­mie­rzo­ne­go za­pi­su na moją ko­rzyść, wy­pła­cił mi da­le­ki ku­zyn, któ­ry zo­stał jej spad­ko­bier­cą, całą za­le­głą pen­sję. Jego kro­gul­czo za­ostrzo­ny nos i oso­bli­wie zwę­żo­na przy skro­niach czasz­ka zdra­dza­ły na­tu­rę skąp­ca, ja­kim oka­zał się fak­tycz­nie. Sta­no­wił pod tym wzglę­dem skraj­ne prze­ci­wień­stwo szczo­drej, wspa­nia­ło­myśl­nej swo­jej krew­nej i tym sa­mym przy­czy­nił się do bło­go­sła­wie­nia po dzień dzi­siej­szy jej pa­mię­ci przez wszyst­kich ko­rzy­sta­ją­cych z jej po­mo­cy bie­da­ków.

Jako po­sia­dacz­ka pięt­na­stu fun­tów, ze zdro­wiem nad­szarp­nię­tym wpraw­dzie, nie­za­ła­ma­nym jed­nak w zu­peł­no­ści oraz w po­dob­nym mniej wię­cej sta­nie du­cha, mo­głam, w po­rów­na­niu z wie­lo­ma in­ny­mi ludź­mi, być uwa­ża­na za oso­bę bę­dą­cą w po­ło­że­niu god­nym za­zdro­ści. Za­ra­zem jed­nak było to po­ło­że­nie dość kło­po­tli­we. W przeded­niu opusz­cze­nia mo­je­go do­tych­cza­so­we­go miej­sca schro­nie­nia nie mia­łam jesz­cze za­pew­nio­ne­go żad­ne­go in­ne­go da­chu nad gło­wą.

W tych wa­run­kach nie po­zo­sta­wa­ło mi inne wyj­ście poza za­sięg­nię­ciem po­ra­dy je­dy­nej bli­skiej mi obec­nie isto­ty, daw­nej na­szej słu­żą­cej, mo­jej pia­stun­ki nie­gdyś, a obec­nie go­spo­dy­ni u wła­ści­cie­la jed­ne­go z więk­szych ma­jąt­ków w bli­skim są­siedz­twie sie­dzi­by zmar­łej pan­ny March­mont. Spę­dzi­łam u po­czci­wej mo­jej by­łej pia­stun­ki kil­ka go­dzin, uspo­ko­jo­na przez nią i uko­jo­na, i ona jed­nak nie mia­ła po­ję­cia, jaką mo­gła­by dać mi radę. O zmierz­chu, czu­jąc pust­kę do­ko­ła sie­bie i w so­bie, opu­ści­łam ją, cze­kał mnie bo­wiem jesz­cze dwu­mi­lo­wy spa­cer do prze­by­cia, a noc za­po­wia­da­ła się mroź­na, cho­ciaż ja­sna. Po­mi­mo osa­mot­nie­nia, bra­ku wi­do­ków na naj­bliż­szą przy­szłość i na­tu­ral­ne­go, zda­wa­ło­by się, przy­gnę­bie­nia tym wszyst­kim, ser­ce moje, pod­trzy­my­wa­ne uf­no­ścią i ener­gią mło­do­ści – li­czy­łam wów­czas dwa­dzie­ścia trzy lata nie­speł­na – biło rów­no­mier­nie i wca­le nie sła­bo. Że nie biło sła­bo, po­zna­wa­łam po od­wa­dze, z jaką bez drże­nia pu­ści­łam się sa­mot­nie w dro­gę pro­wa­dzą­cą przez pu­ste pola, na któ­rych nie wi­dać było nig­dzie wio­sek, do­mów miesz­kal­nych ani za­bu­do­wań fol­warcz­nych. Gwiaz­dy je­dy­nie, z bra­ku księ­ży­ca, wska­zy­wa­ły mi sła­bo ma­ja­czą­cą w ich świe­tle ścież­kę. Od­wa­ga moja i hart tym bar­dziej god­ne były po­dzi­wu, że za­uwa­ży­łam nie­zwy­kłą obec­ność ja­śnie­ją­cej w stro­nie pół­noc­nej ru­cho­mej, ta­jem­ni­czej au­ro­ry bo­re­alis. Za­miast bu­dze­nia we mnie lęku, ujaw­ni­ła ona w inny spo­sób swój wpływ na mnie – na­tchnę­ła mnie nową siłą, jak się zda­wa­ło. Wraz z su­ro­wym, mroź­nym tchnie­niem wcią­gnę­łam w płu­ca ożyw­czy przy­pływ no­wej ener­gii, aż wresz­cie, opa­no­wa­na nią, od­wa­ży­łam się dać wy­raz śmia­łej my­śli, zro­dzo­nej w moim dziw­nie okrze­płym umy­śle.

– Opuść tę pust­kę – pod­szep­nął mi głos we­wnętrz­ny – i udaj się tam!

– Do­kąd? – za­gad­nę­łam samą sie­bie.

Nie mia­łam po­trze­by szu­kać od­po­wie­dzi da­le­ko; zwra­ca­jąc się my­ślą z tego pust­ko­wia ku bo­ga­tej płasz­czyź­nie środ­ko­wej An­glii, uj­rza­łam przed sobą wi­zję tego, cze­go nig­dy nie oglą­da­łam w rze­czy­wi­sto­ści – wi­zję Lon­dy­nu.

Na­za­jutrz po­wró­ci­łam do mo­jej daw­nej pia­stun­ki, aby wy­ja­wić jej po­wzię­ty plan.

Pani Bar­rett – tak brzmia­ło jej na­zwi­sko – była po­waż­ną, roz­sąd­na ko­bie­tą, zna­ją­cą jed­nak świat rów­nie mało jak ja. Mimo ca­łe­go swo­je­go roz­sąd­ku i po­wa­gi nie skar­ci­ła mnie i nie za­pro­te­sto­wa­ła z obu­rze­niem, że mu­sia­łam chy­ba po­stra­dać zmy­sły, aby wa­żyć się na po­dob­ny pro­jekt. Było wi­docz­nie w moim po­stę­po­wa­niu dużo sta­tecz­no­ści, któ­ra słu­ży­ła mi za­wsze za naj­bez­piecz­niej­szą osto­ję i prze­wod­nicz­kę, sko­ro umoż­li­wi­ła mi ona bez­kar­ne, a bo­daj na­wet po­pie­ra­ne przez nią, urze­czy­wist­nie­nie za­mie­rzeń, mo­gą­cych, o ile przy­stą­pi­ła­bym z mniej­szą rów­no­wa­gą i spo­ko­jem do ich wy­ko­na­nia, ścią­gnąć na mnie za­rzut, że je­stem ma­rzy­ciel­ką fan­tast­ką.

Pani Bar­rett, za­ję­ta przy­go­to­wy­wa­niem skó­rek po­ma­rań­czo­wych na mar­mo­la­dę, pró­bo­wa­ła zwró­cić mi uwa­gę na trud­no­ści zwią­za­ne z wpro­wa­dze­niem w czyn mo­je­go po­my­słu, kie­dy na­gle do po­ko­ju wpadł w pod­sko­kach mały chło­piec. Ślicz­ne to stwo­rzon­ko, któ­re nie było dla mnie obce, zna­łam bo­wiem jego mat­kę, mło­dą, za­męż­ną cór­kę chle­bo­daw­ców mo­jej pia­stun­ki, pod­bie­gło ku mnie z cza­ru­ją­cym uśmie­chem, po­śpie­szy­łam też wziąć je na ko­la­na. Mimo wiel­kiej róż­ni­cy na­szych po­zy­cji to­wa­rzy­skich mat­ka chłop­czy­ka i ja kształ­ci­ły­śmy się na tej sa­mej pen­sji. Mia­łam wów­czas dzie­sięć lat, a ona szes­na­ście, mimo to uczęsz­cza­ła do kla­sy niż­szej niż moja. Pa­mię­tam, że choć była przy­stoj­na, wy­glą­da­ła po­spo­li­cie i mało in­te­re­su­ją­co.

Wpa­try­wa­łam się z po­dzi­wem w prze­pięk­ne ciem­ne oczy mal­ca, kie­dy do po­ko­ju we­szła jego mat­ka, pani Le­igh. W jak do­rod­ną, im­po­nu­ją­cą, a za­ra­zem po pań­sku uprzej­mą mło­dą ko­bie­tę prze­isto­czy­ła się po­czci­wa i do­bro­dusz­na za cza­sów szkol­nych, ale mało roz­gar­nię­ta, tępa dziew­czy­na! Tak do­dat­nio i ko­rzyst­nie wpły­nę­ło na nią za­mę­ście i ma­cie­rzyń­stwo. Mia­łam nie­jed­no­krot­nie oka­zję stwier­dzić do­bro­czyn­ny wpływ obu tych czyn­ni­ków na sła­biej jesz­cze niż ona za­po­wia­da­ją­ce się osób­ki. Pani Le­igh nie przy­po­mi­na­ła mnie so­bie zu­peł­nie. I ja tak­że zmie­ni­łam się, oba­wiam się jed­nak, że nie na ko­rzyść, nie­ste­ty. Nie pró­bo­wa­łam wca­le na­wią­zy­wać do wspo­mnień i od­na­wiać zna­jo­mo­ści. W ja­kim celu mia­ła­bym to czy­nić? Przy­szła po swo­je­go ma­łe­go syn­ka, aby za­brać go na prze­chadz­kę, a tuż za nią szła pia­stun­ka, nio­są­ca na ręku nie­mow­lę. Wspo­mi­nam o tym dla­te­go je­dy­nie, że pani Le­igh, zwra­ca­jąc się do pia­stun­ki, mó­wi­ła po fran­cu­sku, bar­dzo li­chą fran­cusz­czy­zną zresz­tą, z fa­tal­nym ak­cen­tem, któ­ry żywo przy­po­mi­nał mi na­sze szkol­ne cza­sy. Chłop­czyk na­to­miast pa­plał bie­gle po fran­cu­sku. Kie­dy cała kom­pa­nia wy­szła z po­ko­ju, pani Bar­rett opo­wie­dzia­ła mi, że cór­ka jej chle­bo­daw­ców przy­wio­zła z sobą przed dwo­ma laty z po­dró­ży po kon­ty­nen­cie cu­dzo­ziem­ską pia­stun­kę, któ­rą trak­to­wa­no w domu jak gu­wer­nant­kę, nie ka­żąc jej nic ro­bić poza wy­no­sze­niem nie­mow­lę­cia na spa­cer i pa­pla­niem po fran­cu­sku z ma­łym Ka­rol­kiem.

– Pani Le­igh utrzy­mu­je – do­da­ła za­cna pani Bar­rett – że spo­tka­ła za gra­ni­cą wie­le An­gie­lek, któ­re zaj­mu­ją ta­kie same po­sa­dy w za­moż­nych do­mach cu­dzo­ziem­skich na kon­ty­nen­cie i są tak samo do­brze trak­to­wa­ne jak ta Fran­cuz­ka.

Za­pi­sa­łam so­bie w pa­mię­ci tę przy­pad­ko­wą in­for­ma­cję, jak za­po­bie­gli­wa go­spo­dy­ni zwy­kła skrzęt­nie no­to­wać wia­do­mo­ści, któ­re, jak traf­nie prze­wi­du­je, mo­gły­by przy­dać jej się kie­dyś. Za­nim roz­sta­łam się z moją za­cną przy­ja­ciół­ką, dała mi ona ad­res god­ne­go za­ufa­nia, przy­zwo­ite­go za­jaz­du w Lon­dy­nie, w któ­rym, jak za­pa­mię­ta­ła, zwy­kli za­trzy­my­wać się nie­gdyś moi stry­jo­wie.

Moja po­dróż do Lon­dy­nu była mniej awan­tur­ni­czym przed­się­wzię­ciem i na­ra­ża­ła mnie na mniej­sze ry­zy­ko, ani­że­li mógł­by czy­tel­nik są­dzić. Cała od­le­głość wy­no­si­ła nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt mil. Środ­ki, jak ob­li­czy­łam, wy­star­czą mi na po­dróż do sto­li­cy, na po­kry­cie wy­dat­ków zwią­za­nych z utrzy­ma­niem w cią­gu kil­ku dni oraz na ewen­tu­al­ną dro­gę po­wrot­ną, o ile nie zna­la­zła­bym moż­no­ści po­zo­sta­nia w Lon­dy­nie, to zna­czy o ile nie uda­ło­by mi się zna­leźć tam żad­ne­go za­ję­cia. Uwa­ża­łam wy­ciecz­kę tę za ro­dzaj krót­kich wa­ka­cji ra­czej, na ja­kie po­sta­no­wi­łam so­bie po­zwo­lić w celu ro­zej­rze­nia się, ani­że­li za szu­ka­nie ostat­niej de­ski ra­tun­ku. Nie ma nic lep­sze­go nad skrom­ne po­czy­na­nie so­bie w ży­ciu i kro­je­nie na umiar­ko­wa­ną ska­lę. Jest to naj­bar­dziej nie­za­wod­ny spo­sób utrzy­ma­nia rów­no­wa­gi cie­le­snej i du­cho­wej, gdy, prze­ciw­nie, rzu­ca­nie się nie­opatrz­ne na sze­ro­kie wody wiel­kich, za­wrot­nych po­my­słów na­ra­ża na zbyt ry­chłe spa­la­nie się cia­ła i du­cha w nad­mier­nej go­rącz­ce.

Prze­by­cie pięć­dzie­się­ciu mil wy­ma­ga­ło w owym cza­sie ca­ło­dzien­nej po­dró­ży (mó­wię o daw­no mi­nio­nych cza­sach: moje wło­sy, któ­re do nie­daw­na jesz­cze opie­ra­ły się zwy­cię­sko mro­żą­ce­mu wpły­wo­wi lat, są już te­raz zu­peł­nie bia­łe pod bia­łym cze­pecz­kiem, niby śnieg pod śnie­giem). Oko­ło dzie­wią­tej w słot­ny wie­czór lu­to­wy sta­nę­łam w Lon­dy­nie.

Wiem, że czy­tel­nik mój nie bę­dzie mi wdzięcz­ny za po­ską­pie­nie mu szcze­gó­ło­we­go, kunsz­tow­ne­go zda­nia spra­wy z pierw­szych mo­ich wra­żeń ar­ty­stycz­nych. Są­dzę jed­nak, że słusz­nie po­stę­pu­ję z tego wzglę­du cho­ciaż­by, iż nie mia­łam cza­su ani też nie by­łam od­po­wied­nio uspo­so­bio­na do no­to­wa­nia ich i przej­mo­wa­nia się nimi. Nie mo­gło w isto­cie na­tchnąć mnie szcze­gól­ną wraż­li­wo­ścią w tym kie­run­ku przy­by­cie o póź­nej go­dzi­nie w chłod­ny, słot­ny, ciem­ny wie­czór do Ba­bi­lo­nu, któ­re­go ob­cość i prze­ra­ża­ją­ca roz­le­głość wy­sta­wi­ły na naj­cięż­szą pró­bę ja­sność i trzeź­wość sądu, jak rów­nież zdol­ność pa­no­wa­nia nad sobą, ja­ki­mi, z bra­ku świet­niej­szych ta­len­tów, spodo­ba­ło się na­tu­rze ob­da­rzyć mnie.

Z chwi­lą gdy wy­sia­dłam z dy­li­żan­su, ude­rzył mnie oso­bli­wy spo­sób mó­wie­nia do­roż­ka­rzy lon­dyń­skich i in­nych osób zgro­ma­dzo­nych w ocze­ki­wa­niu ka­ret­ki pocz­to­wej. Mowa ich wy­da­ła mi się w pierw­szym mo­men­cie ja­kaś obca, jak gdy­by cu­dzo­ziem­ska. Nig­dy do­tych­czas nie sły­sza­łam ję­zy­ka an­giel­skie­go sie­ka­ne­go w ten spo­sób. Uda­ło mi się jed­nak zro­zu­mieć zda­nia, z ja­ki­mi zwra­ca­no się do mnie i być wza­jem zro­zu­mia­na przez mo­ich roz­mów­ców, o tyle przy­najm­niej, aby zo­stać bez­piecz­nie prze­wie­zio­na wraz z moim ba­ga­żem do wska­za­ne­go mi przez daw­ną na­szą pia­stun­kę za­jaz­du. O, jak nie­skoń­cze­nie trud­na, nu­żą­ca i nie­bez­piecz­na wy­da­ła mi się moja eska­pa­da! Zna­la­złam się po raz pierw­szy w ży­ciu w Lon­dy­nie, po raz pierw­szy w za­jeź­dzie; zmę­czo­na po­dró­żą, spło­szo­na ciem­no­ścią, zdrę­twia­ła od chło­du; po­zba­wio­na wszel­kich wska­zó­wek, a tym bar­dziej do­świad­cze­nia, jak za­brać się do rze­czy, co przed­się­wziąć, a prze­cież zmu­szo­na dzia­łać sa­mo­dziel­nie.

Po­sta­no­wi­łam nade wszyst­ko kie­ro­wać się zdro­wym roz­sąd­kiem. Mój zdro­wy roz­są­dek był jed­nak rów­nie zmro­żo­ny i oszo­ło­mio­ny, jak wszyst­kie inne moje ce­chy du­cho­we, i tyl­ko pod pre­sją nie­ubła­ga­nej ko­niecz­no­ści da­wał o so­bie znać. Po­bu­dzo­na bi­czem su­ro­wych wy­ma­gań, po­dyk­to­wa­ła mi ta wła­ści­wość mo­je­go du­cha obo­wią­zek za­pła­ce­nia tra­ga­rzo­wi, przy czym trud­no było wziąć jej za złe, że w kry­tycz­nym mo­men­cie dała się moc­no oszu­kać; ka­za­ła mi na­stęp­nie za­py­tać por­tie­ra za­jaz­du o po­kój, z ko­lei trwoż­li­wie we­zwać po­ko­jów­kę, i co wię­cej, znieść z god­no­ścią wy­nio­słe trak­to­wa­nie mnie przez tę mło­dą damę, kie­dy ra­czy­ła wresz­cie się zja­wić.

O ile so­bie przy­po­mi­nam, po­ko­jów­ka ta była wzo­rem miej­skie­go szy­ku i ele­gan­cji. Taką zręcz­ną, szczu­płą mia­ła fi­gur­kę, taki zgrab­ny, wy­twor­ny był jej cze­pe­czek, tak umie­jęt­nie skro­jo­na i uszy­ta jej su­kien­ka, że przy­glą­da­łam się jej ze szcze­rym zdzi­wie­niem i za­cie­ka­wie­niem. Mowę jej ce­cho­wał oso­bli­wy ak­cent, któ­ry, wraz z ła­two­ścią i płyn­no­ścią prze­sad­ne­go wy­sła­wia­nia się, wzgar­dli­wie nie­ja­ko urą­gał mo­je­mu spo­so­bo­wi mó­wie­nia, tak samo jak sztucz­na nie­co, wy­mu­szo­na wy­twor­ność jej stro­ju zda­wa­ła się z szy­der­stwem pod­kre­ślać wiej­ską pro­sto­tę mo­je­go ubra­nia.

Trud­no, nie ma na to rady – po­my­śla­łam. – A zresz­tą i śro­do­wi­sko, i oko­licz­no­ści są nowe. Ja­koś to bę­dzie.

Za­cho­wa­niem zu­peł­ne­go spo­ko­ju i god­no­ści oso­bi­stej wo­bec tej aro­ganc­kiej dziew­czy­ny, a po­tem wo­bec wy­glą­da­ją­ce­go jak ksiądz, ubra­ne­go na czar­no z bia­łym halsz­tu­kiem kel­ne­ra, wy­mo­głam ry­chło na oboj­gu bar­dziej uprzej­my spo­sób trak­to­wa­nia mnie. Przy­pusz­czam, iż z po­cząt­ku wzię­li mnie obo­je za słu­żą­cą, wnet jed­nak zmie­ni­li zda­nie, nie­zde­cy­do­wa­ni, czy mają od­zy­wać się do mnie w spo­sób wy­nio­śle pro­tek­cjo­nal­ny, czy słu­żal­czo uprzej­my.

Trzy­ma­łam się do­syć god­nie, do­pó­ki, po­krze­pio­na nie­co je­dze­niem i ogrza­na przy ogniu, nie za­mknę­łam się bez­piecz­nie w swo­im po­ko­ju. Kie­dy jed­nak usia­dłam na kra­wę­dzi łóż­ka, oparł­szy gło­wę na po­dusz­ce, do­zna­łam uczu­cia strasz­li­we­go przy­gnę­bie­nia. Od razu sta­nę­ła mi przed ocza­mi cała upior­ność mo­jej sy­tu­acji. Uświa­do­mi­łam so­bie jej nie­nor­mal­ność, roz­pacz­li­we osa­mot­nie­nie, bez­na­dziej­ność nie­le­d­wie. Co ro­bię tu sama w tym wiel­kim Lon­dy­nie? Co mam przed­się­wziąć na­stęp­ne­go dnia? Co cze­ka mnie w dal­szym moim ży­ciu? Ja­kich mam przy­ja­ciół na świe­cie? Skąd przy­by­wam? Do­kąd dążę? Co mam wresz­cie czy­nić?

Łza­mi, któ­re try­snę­ły mi z oczu, zro­si­łam po­dusz­kę, ra­mio­na i wło­sy. Po tym wy­bu­chu na­stą­pił po­nu­ry mo­ment naj­bar­dziej gorz­kich my­śli, mimo wszyst­ko jed­nak nie ża­ło­wa­łam pod­ję­tych kro­ków ani też nie pra­gnę­łam cof­nąć się w pół dro­gi. Po­nad wszyst­ki­mi in­ny­mi uczu­cia­mi gó­ro­wa­ło sil­ne, jak­kol­wiek męt­ne prze­świad­cze­nie, że le­piej jest iść na­przód, ani­że­li co­fać się, i że mogę iść na­przód, że ja­kaś dro­ga – bo­daj naj­trud­niej­sza – otwo­rzy się przede mną. Pod wpły­wem tej my­śli uspo­ko­iłam się na tyle, że zdol­na by­łam od­mó­wić wie­czor­ne pa­cie­rze i przy­go­to­wać się do snu. Zga­si­łam wła­śnie świe­cę i po­ło­ży­łam się, kie­dy na­gle wśród noc­nej ci­szy za­wi­bro­wał głę­bo­ki, ni­ski, po­tęż­ny dźwięk. Zra­zu nie wie­dzia­łam, co mo­gło­by to być, gdy jed­nak dźwięk ten po­wtó­rzył się dwa­na­ście razy, zro­zu­mia­łam jego zna­cze­nie i, po prze­brzmie­niu dłu­gim, drżą­cym echem ostat­nie­go ude­rze­nia dzwo­nu, po­wie­dzia­łam so­bie: Leżę w cie­niu ka­te­dry Świę­te­go Paw­ła.


ROZDZIAŁ VILondyn

Naza­jutrz przy­padł pierw­szy dzień mar­ca i kie­dy po prze­bu­dze­niu wsta­łam i roz­su­nę­łam za­sło­ny okien­ne, uj­rza­łam prze­dzie­ra­ją­ce się po­przez mgłę pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Po­nad moją gło­wą, po­nad da­cha­mi do­mów, uj­rza­łam się­ga­ją­cy ob­ło­ków nie­le­d­wie, po­tęż­ny, ko­pu­la­sty ma­syw, ciem­no­nie­bie­ski i nie­wy­raź­ny – ka­te­drę. W tym mo­men­cie do­zna­łam wstrzą­su i rów­no­cze­śnie olśni­ło mnie na­głe po­czu­cie, jak­bym ja, któ­ra nig­dy do­tych­czas nie ży­łam na­praw­dę, mia­ła wresz­cie za­kosz­to­wać ży­cia. Tego rana moja du­sza roz­ra­sta­ła się i pęcz­nia­ła tak szyb­ko jak ba­nia, któ­ra wy­ro­sła nad Jo­na­szem.

Do­brze uczy­ni­łam, przy­by­wa­jąc tu­taj – po­wie­dzia­łam so­bie, ubie­ra­jąc się po­spiesz­nie. – Po­do­ba mi się na­strój tego wiel­kie­go Lon­dy­nu, któ­ry czu­ję do­ko­ła sie­bie. Kto, prócz zwy­kłych tchó­rzów je­dy­nie, po­prze­stał­by na spę­dze­niu ca­łe­go ży­cia w nędz­nej cha­cie, wy­rze­ka­jąc się na za­wsze roz­wi­nię­cia swo­ich zdol­no­ści, po­zo­sta­wio­nych na łup prze­że­ra­ją­cej je rdzy mro­ku?

Ubraw­szy się, ze­szłam na dół, nie­wy­czer­pa­na i zdro­żo­na, jak po­przed­nie­go wie­czo­ru, ale świe­ża, schlud­na i wy­po­czę­ta. Kie­dy kel­ner przy­niósł mi śnia­da­nie, zdo­ła­łam zwró­cić się do nie­go sta­now­czo, ale po­god­nie; dzie­się­cio­mi­nu­to­wa roz­mo­wa, jaką od­by­li­śmy, po­zwo­li­ła nam po­znać się na­wza­jem w spo­sób wy­star­cza­ją­cy.

Kel­ner był star­szym, si­wym męż­czy­zną, któ­ry, jak się oka­za­ło, po­zo­sta­wał na obec­nej służ­bie od dwu­dzie­stu lat. Stwier­dziw­szy to, pew­na by­łam, że przy­po­mni so­bie obu mo­ich stry­jów: Ka­ro­la i Wil­mon­ta, któ­rzy przed pięt­na­stu laty by­wa­li tu­taj czę­sty­mi go­ść­mi. Wy­mie­ni­łam ich imio­na i na­zwi­sko, któ­re przy­po­mniał so­bie w isto­cie od razu, po­wta­rza­jąc je z sza­cun­kiem. Z chwi­lą ujaw­nie­nia w ten spo­sób mo­ich sto­sun­ków ro­dzin­nych zy­ska­łam dla sie­bie w oczach kel­ne­ra na­leż­ny, zu­peł­nie wy­raź­ny re­spekt. Uwa­żał, że je­stem po­dob­na do stry­ja Ka­ro­la. My­ślę na­wet, że mó­wił praw­dę, pani Bar­rett bo­wiem tak­że zwy­kła utrzy­my­wać to samo. Uprzej­ma usłuż­ność za­stą­pi­ła te­raz nie­daw­ny, wy­raź­nie lek­ce­wa­żą­cy spo­sób jego za­cho­wa­nia wo­bec mnie, nie mia­łam też już od­tąd wąt­pli­wo­ści, że otrzy­mam grzecz­ną od­po­wiedź na każ­de roz­sąd­ne py­ta­nie.

Uli­ca, na któ­rą wy­cho­dzi­ło okno mo­je­go po­ko­iku, była wą­ska, bar­dzo ci­cha i nie­zbyt brud­na. Nie­licz­ni prze­chod­nie przy­po­mi­na­li swo­im wy­glą­dem tych, ja­kich wi­du­je się w mia­stach pro­win­cjo­nal­nych; nie było tu nic po­tęż­ne­go ani olśnie­wa­ją­ce­go – czu­łam, że mogę od­wa­żyć się wyjść sama.

Po śnia­da­niu wy­szłam istot­nie. Ogar­nął mnie ra­do­sny i pod­nio­sły na­strój: sa­mo­dziel­na prze­chadz­ka po uli­cach Lon­dy­nu wy­da­ła mi się nie byle przy­go­dą. Nie­ba­wem zna­la­złam się w alei no­szą­cej na­zwę Pa­ter­no­ster Row. We­szłam tu do księ­gar­ni pro­wa­dzo­nej przez nie­ja­kie­go Jo­ne­sa i na­by­łam ksią­żecz­kę – mar­no­traw­stwo, na któ­re nie mo­głam wła­ści­wie so­bie po­zwo­lić, przy­szło mi wsze­la­ko na myśl, że będę mo­gła ją ofia­ro­wać czy po­słać pani Bar­rett. Pan Jo­nes, za­su­szo­ny sta­ry ku­piec, stał za ladą; wy­dał mi się jed­ną z naj­wspa­nial­szych, a ja sama jed­ną z naj­szczę­śliw­szych istot na świe­cie.

Zdu­mie­wa­ją­ca była ży­wot­ność, jaka ki­pia­ła we mnie tego ran­ka. Zna­la­zł­szy się przed ka­te­drą Świę­te­go Paw­ła, we­szłam do środ­ka i wdra­pa­łam się aż pod szczyt jej ko­pu­ły, skąd roz­ta­czał się przede mną Lon­dyn ze wszyst­ki­mi jego ko­ścio­ła­mi, z rze­ką i jej mo­sta­mi; uj­rza­łam od­wiecz­ny West­min­ster i zie­lo­ne ogro­dy – Tem­ple Gar­dens – oświe­tlo­ne słoń­cem, któ­re ra­do­śnie ja­śnia­ło na gład­kim błę­kit­nym nie­bie wcze­snej wio­sny, za­snu­tym tu i ów­dzie nie­zbyt gę­stym ob­łocz­kiem mgły.

Zszedł­szy po­now­nie na dół, ru­szy­łam w dal­szą wę­drów­kę bez celu, za­chwy­co­na, roz­ra­do­wa­na po­czu­ciem swo­bo­dy, ja­kiej za­zna­łam w peł­ni. Po dłuż­szym wę­dro­wa­niu do­tar­łam – sama nie wiem, w jaki spo­sób – do ser­ca mia­sta tęt­nią­ce­go ży­ciem. Uj­rza­łam na­resz­cie i po­czu­łam praw­dzi­wy Lon­dyn. Zna­la­złam się na na­brze­żu Ta­mi­zy – na Stran­dzie – prze­szłam przez Corn­hill, wsiąk­nąw­szy tu­taj w ruch i gwar ulicz­ny, od­wa­ża­jąc się na­wet na nie­bez­pie­czeń­stwo prze­cho­dze­nia na prze­łaj przez jezd­nię. Świa­do­mość, że zdo­by­łam się na od­wa­gę uczy­nie­nia tego, w do­dat­ku bez ni­czy­jej po­mo­cy ani opie­ki, dała mi nie­współ­mier­ne może do wy­czy­nu, ale praw­dzi­we uczu­cie za­do­wo­le­nia. Po owym dniu oglą­da­łam West End, par­ki, pięk­ne pla­ce, nie­po­rów­na­nie bar­dziej wszak­że po­do­ba mi się ser­ce mia­sta: City. Wy­da­je mi się ono o wie­le bar­dziej tchną­ce po­wa­gą: jego ruch, pa­nu­ją­cy tu zgiełk, wszyst­kie te skłó­co­ne dźwię­ki i od­gło­sy są tak peł­ne rze­czy­wi­ste­go, do­nio­słe­go zna­cze­nia. City pra­cu­je na utrzy­ma­nie wła­sne i ca­łej sto­li­cy, West End ko­rzy­sta je­dy­nie z uciech ży­cia, West End do­star­cza roz­ry­wek tyl­ko, City na­to­miast pod­nie­ca i po­ru­sza do głę­bi.

Zmę­czo­na i głod­na (od lat już nie do­świad­czy­łam rów­nie zdro­we­go gło­du) po­wró­ci­łam oko­ło dru­giej po po­łu­dniu do ci­che­go, ciem­ne­go, sta­ro­świec­kie­go za­jaz­du. Obiad, jaki mi po­da­no, skła­dał się z dwóch po­traw – ze spo­re­go pla­stra pie­cze­ni i z ja­rzyn. Obie wy­da­ły mi się wy­bor­ne; o ileż smacz­niej­sze od ma­leń­kich por­cy­jek wy­szu­ka­nych po­sił­ków, któ­re przy­sy­ła­ła sta­ra ku­char­ka pan­ny March­mont dla dro­giej mo­jej zmar­łej chle­bo­daw­czy­ni i dla mnie. Roz­kosz­nie zmę­czo­na urzą­dzi­łam so­bie po­sła­nie z trzech krze­seł (w po­ko­ju nie było ka­nap­ki) i wnet usnę­łam, a po prze­bu­dze­niu roz­my­śla­łam przez dwie go­dzi­ny.

Mój stan du­cha wraz ze wszyst­ki­mi to­wa­rzy­szą­cy­mi mu oko­licz­no­ścia­mi sprzy­jał jak naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­niu się na nową, śmia­łą może i ry­zy­kow­ną – bo­daj roz­pacz­li­wą na­wet – li­nię po­stę­po­wa­nia. Nie mia­łam nic do stra­ce­nia. Nie­wy­po­wie­dzia­na po­gar­da dla mo­jej do­tych­cza­so­wej eg­zy­sten­cji nie do­pusz­cza­ła moż­li­wo­ści cof­nię­cia się i po­wro­tu do niej. O ile nie po­wie­dzie mi się plan, jaki za­mie­rza­łam urze­czy­wist­nić, któż poza mną ucier­pi na tym? Gdy­bym umar­ła – z dala od domu, chcia­łam po­wie­dzieć, nie mia­łam jed­nak domu – z dala od An­glii, kto pła­kał­by po mnie?

Moż­li­we, że cze­ka­ją mnie cier­pie­nia, przy­wy­kłam jed­nak do cier­pień. Na­wet śmierć – przy­szło mi na myśl – nie jest dla mnie tak strasz­na, jak dla więk­szo­ści lu­dzi, któ­rych los bar­dziej oszczę­dzał niż mnie. Do­tych­czas my­śla­łam o śmier­ci ze spo­ko­jem i bez lęku. Uzbro­jo­na w ten spo­sób prze­ciw­ko wszel­kim prze­ciw­no­ściom i nie­po­myśl­nym wy­ni­kom, ob­my­śli­łam mój pro­jekt.

Te­goż jesz­cze wie­czo­ru zdo­by­łam od mo­je­go przy­ja­cie­la – sta­re­go kel­ne­ra – po­trzeb­ne in­for­ma­cje do­ty­czą­ce ter­mi­nu od­pły­nię­cia stat­ku do upa­trzo­ne­go por­tu na kon­ty­nen­cie – Boue-Ma­ri­ne. Uwa­ża­łam, że nie mogę tra­cić cza­su: tej nocy jesz­cze mu­szę za­jąć ka­bi­nę. Mo­głam, oczy­wi­ście, za­cze­kać z tym do rana, nie chcia­łam jed­nak na­ra­zić się na spóź­nie­nie.

– Ra­dzę pani za­jąć ka­bi­nę od razu – ostrzegł mnie kel­ner. Uzna­jąc słusz­ność tej rady, po­spie­szy­łam uiścić ra­chu­nek, wy­na­gro­dziw­szy przy tym usłu­gi oka­za­ne mi przez mo­je­go przy­ja­cie­la w spo­sób, któ­ry, jak ob­li­czam te­raz, był kró­lew­ski nie­le­d­wie, a któ­ry w jego oczach wy­dał się na pew­no nie­do­rzecz­ny. Wsu­wa­jąc do kie­sze­ni wrę­czo­ne mu prze­ze mnie mo­ne­ty, uśmiech­nął się z lek­ka, jak gdy­by chcąc dać wy­raz swo­jej opi­nii o zna­jo­mo­ści ży­cia, jaką wy­ka­za­ła hoj­na ofia­ro­daw­czy­ni, po czym wy­szedł, aby spro­wa­dzić mi we­hi­kuł. Nie po­prze­stał jed­nak na tym i po­le­cił mnie woź­ni­cy, na­ka­zaw­szy mu, aby do­je­chał ze mną do sa­mej przy­sta­ni, nie po­zo­sta­wia­jąc mnie na łup prze­woź­ni­ków. Woź­ni­ca obie­cał wy­ko­nać uczci­wie dane mu po­le­ce­nie, oczy­wi­ście jed­nak nie do­trzy­mał sło­wa, trak­tu­jąc mnie jak ofia­rę cią­gnio­ną na rzeź, ka­żąc mi wy­siąść po­środ­ku gro­ma­dy prze­woź­ni­ków i zda­jąc mnie na ich ła­skę i nie­ła­skę.

Na­ra­zi­ło mnie to na fa­tal­ne przej­ście. Noc była ciem­na, woź­ni­ca od­je­chał czym prę­dzej, z chwi­lą gdy wrę­czy­łam mu za­pła­tę za prze­jazd, i od razu roz­po­czę­ła się za­żar­ta wal­ka prze­woź­ni­ków o moją oso­bę i o mój ba­gaż. Jesz­cze te­raz brzmią mi w uszach prze­kleń­stwa rzu­ca­ne przez nich pod­czas tej wal­ki: po­dzia­ła­ły one na mój fi­lo­zo­ficz­ny spo­kój bar­dziej wstrzą­sa­ją­co niż ciem­na noc, osa­mot­nie­nie i nie­zwy­kłość sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­la­złam. Po­chwy­co­no mój ba­gaż; przy­glą­da­łam się temu z bez­rad­ną bier­no­ścią, kie­dy jed­nak inny z prze­woź­ni­ków chciał w taki sam spo­sób po­chwy­cić mnie samą, ob­ru­szy­łam się, ode­pchnę­łam go i wsia­dłam od razu do jed­nej z ło­dzi, na­ka­zaw­szy wład­czym to­nem, aby umiesz­czo­no w niej mój ku­fer, co zo­sta­ło na­tych­miast wy­ko­na­ne, jako że wła­ści­ciel ło­dzi stał się z tą chwi­lą moim so­jusz­ni­kiem. Od­pły­nę­łam.

Rze­ka była czar­na ni­czym atra­ment; tu i ów­dzie tyl­ko śli­zga­ły się po niej świa­tła rzu­ca­ne z okien gma­chów nad­brzeż­nych; na jej po­wierzch­ni ko­ły­sa­ło się mnó­stwo stat­ków. Za­ło­ga ło­dzi pod­wo­zi­ła mnie ko­lej­no do sze­re­gu okrę­tów, któ­rych na­zwy, wy­pi­sa­ne wiel­ki­mi bia­ły­mi li­te­ra­mi na ciem­nym tle, mo­głam od­czy­tać przy świe­tle la­tar­ni. „Oce­an”, „Fe­niks”, „Ksią­żę Mał­żo­nek”, „Del­fin” – nie, nie, to nie ten! Mój sta­tek na­zy­wał się „Iskra” i stał, jak się zda­wa­ło, na ko­twi­cy znacz­nie da­lej.

Pły­nę­li­śmy po płyt­kiej fali. Na­su­nę­ło mi się po­rów­na­nie ze Styk­sem i z Cha­ro­nem, prze­wo­żą­cym sa­mot­ną du­szę do Kra­iny Cie­ni. W tej dziw­nej sy­tu­acji, wo­bec wi­chru dmą­ce­go mi pro­sto w twarz i bry­zgów desz­czu strą­ca­nych przez cięż­kie chmu­ry po­nad moją gło­wą, ma­jąc za to­wa­rzy­szy dwóch bru­tal­nych prze­woź­ni­ków, drę­czą­cych moje uszy dzi­ki­mi prze­kleń­stwa­mi, za­py­ty­wa­łam samą sie­bie, czy je­stem bar­dziej wy­stra­szo­na, czy przy­gnę­bio­na. Nie by­łam jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści ani wy­stra­szo­na, ani przy­gnę­bio­na. Wie­lo­krot­nie w moim ży­ciu do­zna­wa­łam obu tych uczuć w znacz­nie wyż­szym stop­niu, w wa­run­kach o wie­le ko­rzyst­niej­szych.

Jak to moż­li­we? – za­da­wa­łam so­bie py­ta­nie. – Wy­da­je mi się, że je­stem ra­czej pod­nie­co­na i czuj­na, za­miast być wy­stra­szo­ną i zgnę­bio­ną?

Nie umia­łam so­bie tego wy­ja­śnić.

Wresz­cie za­ry­so­wał się w od­da­li ka­dłub „Iskry”, bie­le­ją­cy wy­raź­nie na tle czar­nej nocy.

– Je­ste­śmy! – oznaj­mił prze­woź­nik, za­żą­daw­szy rów­no­cze­śnie za­pła­ce­nia mu sze­ściu szy­lin­gów.

– Żąda pan za wie­le – rze­kłam, w od­po­wie­dzi jed­nak na mój pro­test ode­pchnął ener­gicz­nie łódź od stat­ku, oświad­cza­jąc, że nie wy­sa­dzi mnie na po­kład, do­pó­ki nie otrzy­ma żą­da­nej za­pła­ty. Na po­kła­dzie, opar­ty o ba­lu­stra­dę, stał mło­dy męż­czy­zna – jak do­wie­dzia­łam się póź­niej, je­den ze ste­war­dów okrę­to­wych. W prze­wi­dy­wa­niu wal­ki, jaka za­po­wia­da­ła się po­mię­dzy mną a prze­woź­ni­kiem, wy­szcze­rzył już zęby w zło­śli­wym uśmie­chu, aby więc roz­cza­ro­wać go, za­pła­ci­łam. Trzy­krot­nie w cią­gu tego po­po­łu­dnia da­wa­łam ko­ro­ny tam, gdzie na­le­ża­ło da­wać szy­lin­gi, po­cie­szy­ła mnie jed­nak myśl, że za tę cenę zdo­by­wam tak nie­zbęd­ne w mo­ich wa­run­kach do­świad­cze­nie.

– Oszu­kał pa­nią! – za­trium­fo­wał ste­ward, kie­dy do­sta­łam się wresz­cie na po­kład.

– Wiem o tym – od­po­wie­dzia­łam obo­jęt­nie i ze­szłam na dół. Za­sta­łam tam kor­pu­lent­ną, przy­stoj­ną, do­brze pre­zen­tu­ją­cą się nie­wia­stę, któ­rą za­py­ta­łam o moją ka­ju­tę. Spoj­rza­ła na mnie ostro, mruk­nąw­szy coś o nie­zwy­kło­ści przy­by­wa­nia pa­sa­że­rów na sta­tek o tej go­dzi­nie, skłon­na, jak się zda­wa­ło, do po­trak­to­wa­nia mnie nie­zbyt uprzej­mie. Dziw­ną mia­ła twarz – taką przy­stoj­ną, a za­ra­zem taką zu­chwa­łą i sa­mo­lub­ną!

– Trud­no. Te­raz, kie­dy je­stem już na po­kła­dzie, po­zo­sta­nę tu oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łam. – Po­pro­szę pa­nią o ła­ska­we wska­za­nie mi mo­jej ka­bi­ny.

Za­sto­so­wa­ła się, acz z wy­raź­ną nie­chę­cią, do mo­jej proś­by. Zdję­łam ka­pe­lusz, usta­wi­łam moje rze­czy i po­ło­ży­łam się. Mia­łam już za sobą wie­le trud­no­ści, przy któ­rych po­ko­na­niu od­nio­słam do pew­ne­go stop­nia zwy­cię­stwo. Moja bez­dom­ność i brak bez­piecz­nej ostoi w ży­ciu mo­gły znów na krót­ki czas prze­stać mnie drę­czyć. Do­pó­ki „Iskra” nie za­rzu­ci ko­twi­cy na przy­sta­ni, nie będę zmu­szo­na zdo­by­wać się na ża­den dal­szy krok. Po­tem jed­nak… O, nie by­łam w sta­nie my­śleć, co na­stą­pi po­tem. Wy­czer­pa­na, oszo­ło­mio­na, le­ża­łam w pół­śnie czy w pół­odrę­twie­niu.

Ste­war­de­sa ga­da­ła przez całą noc; nie ze mną, ale z mło­dym ste­war­dem, któ­ry, jak się oka­za­ło, był jej sy­nem, łu­dzą­co do niej po­dob­nym. Wcho­dził do ka­bi­ny i wy­cho­dził nie­ustan­nie: dys­pu­to­wa­li, kłó­ci­li się i znów go­dzi­li, po­wta­rza­jąc to nie­zli­czo­ne razy w cią­gu nocy. Po­wie­dzia­ła mu, że pi­sze list do domu – do swe­go ojca – i od­czy­ty­wa­ła gło­śno sy­no­wi ustę­py tego li­stu, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi na mnie, jak gdy­bym była mar­twą kło­dą; przy­pusz­cza­ła praw­do­po­dob­nie, że śpię. Nie­któ­re z tych od­czy­ty­wa­nych gło­śno ustę­pów za­wie­ra­ły ta­jem­ni­ce ro­dzin­ne, do­ty­czą­ce zwłasz­cza nie­ja­kiej Char­lot­te, młod­szej sio­stry, któ­ra, są­dząc z li­stu, była w przeded­niu za­war­cia ro­man­tycz­ne­go, nie­roz­waż­ne­go związ­ku. Star­sza nie­wia­sta pro­te­sto­wa­ła z gło­śnym obu­rze­niem prze­ciw­ko ohyd­ne­mu po­stęp­ko­wi młod­szej. Syn wy­śmie­wał szy­der­czo ton ko­re­spon­den­cji mat­ki, ona zaś wście­kle bro­ni­ła za­ję­te­go przez sie­bie sta­no­wi­ska. Two­rzy­li nie­zwy­kłą parę. Mat­ka mo­gła mieć co naj­wy­żej trzy­dzie­ści dzie­więć lub czter­dzie­ści lat i mu­sia­ła być kwit­ną­cą, uro­dzi­wą dzie­wo­ją, ma­jąc lat dwa­dzie­ścia. Krzy­kli­wa, próż­na, de­spo­tycz­na i am­bit­na, zda­wa­ła się nie­spo­ży­ta za­rów­no cie­le­śnie, jak du­cho­wo. Przy­pusz­czam, że od naj­młod­szych lat przy­wy­kła żyć i ob­ra­cać się w miej­scach pu­blicz­nych; za mło­du była praw­do­po­dob­nie kel­ner­ką w ba­rze.

Nad ra­nem pod­ję­ła w roz­mo­wie inny te­mat: Wat­so­nów – spo­dzie­wa­nej ro­dzi­ny pa­sa­że­rów, któ­rych zna­ła już, jak się zda­wa­ło, i wiel­ce ce­ni­ła ze wzglę­du na wy­so­kie na­piw­ki, ja­kie jej za­wsze po­zo­sta­wia­li. Wy­ra­zi­ła się, że może li­czyć na wca­le po­kaź­ną sum­kę, ile­kroć ro­dzi­na ta od­by­wa po­dróż ich stat­kiem.

O świ­cie za­pa­no­wał na po­kła­dzie wiel­ki ruch, gdyż wraz ze wscho­dem słoń­ca za­czę­li przy­by­wać pa­sa­że­ro­wie. Po­wi­ta­nie Wat­so­nów przez ste­war­de­sę było nie­zmier­nie ha­ła­śli­we i wy­lew­ne: cała za­ło­ga krę­ci­ła się i uwi­ja­ła tyl­ko do­ko­ła nich. To­wa­rzy­stwo Wat­so­nów skła­da­ło się z czte­rech osób: z dwóch męż­czyzn i z dwóch ko­biet. Oprócz nich była jesz­cze tyl­ko jed­na mło­da pa­sa­żer­ka, któ­rą od­pro­wa­dzał na po­kład wy­twor­ny, ale nie­co cho­ro­wi­cie wy­glą­da­ją­cy pan. Obie te gru­py róż­ni­ły się za­sad­ni­czo, sta­no­wiąc wy­raź­ny kon­trast. Wat­so­no­wie byli nie­wąt­pli­wie ludź­mi bo­ga­ty­mi; zdra­dza­ła to pew­ność sie­bie i świa­do­mość po­tę­gi po­sia­da­ne­go ma­jąt­ku, ce­chu­ją­ca ich spo­sób by­cia. Ko­bie­ty ich – obie wy­glą­da­ją­ce mło­do, przy czym jed­na była skoń­czo­ną pięk­no­ścią – ubra­ne były szy­kow­nie i bo­ga­to, może tyl­ko zbyt ja­skra­wo i nie­od­po­wied­nio do oko­licz­no­ści. Ich ka­pe­lu­sze przy­bra­ne suto kwia­ta­mi, ak­sa­mit­ne na­rzut­ki i je­dwab­ne suk­nie nada­wa­ły­by się ra­czej do prze­chadz­ki po ale­jach par­ko­wych ani­że­li do krą­że­nia w nich po mo­krych de­skach po­kła­du okrę­to­we­go. Męż­czyź­ni byli oty­li, przy­sa­dzi­ści, brzyd­cy i po­spo­li­ci.

Star­szy, brzyd­szy, bar­dziej oty­ły i krę­py, był, jak nie­ba­wem zo­rien­to­wa­łam się, mę­żem, a ra­czej na­rze­czo­nym chy­ba, pięk­nej dziew­czy­ny, zbyt mło­dziut­kiej, aby mo­gła już być mę­żat­ką. Zdu­mie­nie moje z tego po­wo­du było nie­zmier­ne, zwłasz­cza kie­dy stwier­dzi­łam, że za­miast czuć się bez­gra­nicz­nie nie­szczę­śli­wa z ra­cji tak nie­od­po­wied­nie­go związ­ku, zda­wa­ła się być nie­omal upo­jo­na we­so­ło­ścią.

Jej śmiech – przy­szło mi zra­zu na myśl – musi być za­pa­mię­ta­niem tyl­ko, po­dyk­to­wa­nym roz­pa­czą.

W tej sa­mej chwi­li wszak­że, kie­dy olśni­ła mnie ta myśl – sta­łam wów­czas opar­ta o ba­lu­stra­dę okrę­tu, mil­czą­ca i sa­mot­na – pod­bie­gła do mnie ta ślicz­na dziew­czy­na, mimo że zu­peł­nie mi obca, z krze­seł­kiem skła­da­nym w ręku i uśmiech­nię­ta bez­tro­sko w spo­sób iście za­gad­ko­wy dla mnie, od­sła­nia­jąc dwa rzę­dy nie­ska­zi­tel­nych ząb­ków, za­ofia­ro­wa­ła mi sko­rzy­sta­nie ze sto­łecz­ka. Od­mó­wi­łam, oczy­wi­ście, z naj­więk­szą grzecz­no­ścią, na jaką po­tra­fi­łam się zdo­być, a ona od­da­li­ła się ta­necz­nym kro­kiem, we­so­ła i lek­ka jak ptak. Przy­pusz­cza­łam, że musi być do­bra z na­tu­ry; co jed­nak mo­gło ją skło­nić do po­ślu­bie­nia tego osob­ni­ka, po­dob­niej­sze­go ra­czej do becz­ki tłusz­czu ani­że­li do męż­czy­zny?

Owa pa­sa­żer­ka, któ­rą przy­wiózł na sta­tek wy­twor­nie wy­glą­da­ją­cy pan, była jesz­cze zu­peł­nie mło­da, ja­sno­wło­sa i przy­stoj­na. Jej skrom­na gład­ka suk­nia, ni­czym nie­przy­bra­ny słom­ko­wy ka­pe­lusz i duży, zręcz­nie za­rzu­co­ny na ra­mio­na szal, przy­po­mi­na­ły w pro­sto­cie swo­jej strój kwa­kier­ski nie­omal, było jej w nim jed­nak bar­dzo do twa­rzy.

Za­uwa­ży­łam, że za­nim to­wa­rzy­szą­cy jej męż­czy­zna opu­ścił ją, ro­zej­rzał się ba­daw­czo po wszyst­kich po­zo­sta­łych po­dróż­nych, jak gdy­by chciał prze­ko­nać się, w ja­kim to­wa­rzy­stwie ją po­zo­sta­wia. Z nie­ukry­wa­nym nie­sma­kiem od­wró­cił wzrok od obu pań w ja­snych kwie­ci­stych stro­jach, po czym spoj­rzał na mnie. Rów­no­cze­śnie po­wie­dział coś swo­jej cór­ce, sio­strze­ni­cy czy kim­kol­wiek ona była w sto­sun­ku do nie­go, ona zaś wy­raź­nie zer­k­nę­ła w moją stro­nę i z lek­ka roz­chy­li­ła ład­ne małe usta. Nie wiem, czy moja oso­ba, czy też nie­wy­szu­ka­ny, uszy­ty w domu mój ża­łob­ny strój wy­wo­ła­ły ten gry­mas po­gar­dy: przy­pusz­czam, że i jed­no, i dru­gie. Roz­legł się dźwięk gon­gu, oj­ciec jej (do­wie­dzia­łam się po­tem, że był to jej oj­ciec) uści­skał ją i zszedł na ląd. Sta­tek roz­wi­nął ża­gle i od­pły­nął.

Cu­dzo­ziem­cy są zda­nia, że je­dy­nie an­giel­skie mło­de dziew­czę­ta moż­na pu­ścić bez opie­ki w po­dróż. Tych sa­mych cu­dzo­ziem­ców nie­zmier­nie dzi­wi jed­nak lek­ko­myśl­na uf­ność an­giel­skich ro­dzi­ców i opie­ku­nów. Co się ty­czy sa­mych mło­dych miss, są one za swą od­wa­gę i sa­mo­dziel­ność uwa­ża­ne przez nie­któ­rych za na­zbyt mę­skie i „nie­przy­zwo­ite”; inni znów wi­dzą w nich bier­ne ofia­ry sys­te­mu wy­cho­waw­cze­go i re­li­gij­ne­go, uzna­ją­ce­go wszel­ką su­rve­il­lan­ce – nad­zo­ro­wa­nie – za zbęd­ne. Nie wiem, a ra­czej nie wie­dzia­łam wów­czas, czy owa mło­da dama na­le­ża­ła do rzę­du tych, któ­re mogą być po­zo­sta­wio­ne bez­piecz­nie bez opie­ki, ry­chło wszak­że mia­ło oka­zać się, że do­sto­jeń­stwo sa­mot­no­ści nie przy­pa­dło jej szcze­gól­nie do gu­stu. Za­czę­ła spa­ce­ro­wać tam i z po­wro­tem po po­kła­dzie, spo­glą­da­jąc z lek­ką po­gar­dą na sze­lesz­czą­ce je­dwa­bie i ak­sa­mi­ty, a tak­że na nad­ska­ku­ją­ce im nie­zdar­ne, niedź­wie­dzio­wa­te po­sta­cie opa­słych męż­czyzn, wresz­cie zbli­ży­ła się do mnie, py­ta­jąc:

– Jest pani ama­tor­ką mor­skich po­dró­ży?

Wy­ja­śni­łam jej, że moje ama­tor­stwo jest wy­sta­wio­ne do­pie­ro na pró­bę pierw­sze­go do­świad­cze­nia, do­tych­czas bo­wiem nie mia­łam pod tym wzglę­dem żad­ne­go.

– O, ja­kie to cie­ka­we! – za­wo­ła­ła. – Za­zdrosz­czę pani no­wo­ści wra­że­nia: pierw­sze prze­ży­cia tego ro­dza­ju są za­wsze bar­dzo miłe. Co się mnie ty­czy, mam ich już tyle za sobą, że zdo­ła­łam za­po­mnieć zu­peł­nie o pierw­szym. Je­stem cał­ko­wi­cie znu­dzo­na mor­ski­mi po­dró­ża­mi i wie­lu in­ny­mi po­dob­ny­mi do­zna­nia­mi.

Nie mo­głam po­wstrzy­mać mi­mo­wol­ne­go uśmie­chu.

– Dla­cze­go śmie­je się pani ze mnie? – za­py­ta­ła ze szcze­ro­ścią, któ­ra bar­dziej po­do­ba­ła mi się niż jej po­przed­nie sło­wa.

– Dla­te­go, że jest pani zbyt mło­da, aby być znu­dzo­na czym­kol­wiek – od­par­łam.

– Mam sie­dem­na­ście lat – oznaj­mi­ła to­nem z lek­ka ura­żo­nym.

– Wy­glą­da pani co naj­wy­żej na szes­na­ście. Chęt­nie po­dró­żu­je pani sama?

– O, jest mi to naj­zu­peł­niej obo­jęt­ne! Prze­pły­nę­łam już ka­nał ja­kieś dzie­sięć razy bez ni­czy­jej asy­sty i opie­ki; sta­ram się jed­nak być moż­li­wie naj­kró­cej sama; uda­je mi się zwy­kle za­wie­rać miłe zna­jo­mo­ści.

– Wąt­pię, czy uda się pani za­wrzeć je tym ra­zem – za­uwa­ży­łam, zer­k­nąw­szy na gru­pę Wat­so­nów gło­śno śmie­ją­cych się te­raz i czy­nią­cych nie­sły­cha­ny za­męt i ha­łas na po­kła­dzie.

– Oczy­wi­ście z ni­kim spo­śród tych wstręt­nych męż­czyzn i ko­biet – rze­kła. – Tego ro­dza­ju lu­dzie po­win­ni wła­ści­wie być pa­sa­że­ra­mi naj­niż­szej kla­sy. Je­dzie pani na pen­sję?

– Nie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com