Uzdrowiciel - Mariusz Garlicki - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 241 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uzdrowiciel - Mariusz Garlicki

Jest w życiu kilka takich momentów, kiedy spotyka się ludzi niezwykłych, niedających się zmierzyć żadną miarą. Ludzi, którzy całkowicie zmieniają nasz świat.

 

Mariusz różni sie nieco od rozkrzyczanej i rozbieganej klasy. Jest spokojny, zamyślony, nie śpieszy sie, jeśli ewidentnie nie ma takiej potrzeby. W szkolnej szatni otrzymuje adres kogoś, kto może wyleczyć jego wadę wzroku, którą uważa za niezwykle uciążliwą. Wiedząc, że człowiek ten nie jest lekarzem, a jedyną znaną medycynie metodą leczenia jest operacja, ma zamiar odkładać wizytę w nieskończoność. Jednak podczas pełnej przeróżnych rozważań drodze do domu, w wyniku nie do końca świadomych decyzji trafia pod wskazany adres. W ruderze, gdzie wydawałoby sie nikt nie może mieszkać, spotyka człowieka o imieniu Christian...

Opinie o ebooku Uzdrowiciel - Mariusz Garlicki

Fragment ebooka Uzdrowiciel - Mariusz Garlicki






Strona redakcyjna


WSTĘP

Bardzo chciałbym, żeby ludzie przeczytali tę książkę i długo zastanawiałem się, jak ich do tego zachęcić. Czy pomoże ładna okładka? Ciekawy tytuł? Dobry papier albo duże, wygodne przy czytaniu litery? Może nietypowy, interesujący kształt książki? Coś, co rzuca się w oczy. Może intensywna kampania reklamowa. Wreszcie stwierdziłem, że to wszystko nie ma sensu, jeśli ktoś powinien tę książkę przeczytać, jeśli czuje taką wewnętrzną potrzebę, to znajdzie ją i przeczyta. Choćby miał ją znaleźć starą i zniszczoną w małym antykwariacie, kosztującą mniej niż puszka piwa. Jeśli czytasz ten wstęp, to znaczy, że znalazłeś/aś moją książkę. Jestem cholernie ciekaw, ile osób weźmie ją do ręki, spojrzy na okładkę i odłoży, nie czytając nawet wstępu. Jeszcze bardziej jestem ciekaw, ile osób odłoży tę książkę po przeczytaniu tego wstępu. Co będą sobie myśleć, odkładając ją? Co Ty myślisz po przeczytaniu tych kilku zdań? Zaciekawiły Cię czy znudziły? I kim jesteś? Uczysz się czy może uczysz innych? Uważasz się za dobrego człowieka? Jesteś szczęśliwa/y czy raczej nie? A co najważniejsze, jaka jest Twoja historia? Co przeżyłeś/aś w życiu i co Ty mogłbyś/abyś mi opowiedzieć? Dotrwasz do końca mojej opowieści? Uprzedzam, że arcydziełem nie jest, mam tylko nadzieję, że będzie się czytać lekko i dotrwasz do końca. Jeśli dotrwasz do końca, czy ta historia zmieni cokolwiek, choćby w najmniejszym stopniu? Gdyby chociaż trochę zmieniła Twoje spojrzenie na pewne sprawy albo zainteresowała rzeczami, które wcześniej Cię nie interesowały, byłbym szczęśliwy. Mam nadzieję, że tak będzie, nie chciałbym, żebyś po przeczytaniu uznał/a, że czas poświęcony na czytanie był stracony. Jeśli ktoś dotrwa do końca i uzna ten czas za stracony, to z tego miejsca przepraszam. Starałem się pisać tak, by książka nie była długa, więc i straconego czasu nie powinno być dużo. Zaznaczam, że nie jestem żadnym pisarzem i styl pisania nie będzie powalający. Czemu więc pisałem? Bo musiałem, kazał mi to zrobić ktoś, komu nie mogłem odmówić. Byłem kogoś dłużnikiem i musiałem spłacić swój dług. Kogo dłużnikiem? Dowiecie się, jak zaczniecie czytać. To Wy czytajcie, a ja idę poszukać kogoś, kto zechce wydać tę książkę. Powiedziano mi, że jeśli bardzo będę tego chciał, to uda mi się ją napisać i wydać. Nie sądziłem, że uda się napisać, a się udało. Może więc uda się także wydać.


ROZDZIAŁ I

Ostatnia lekcja, piątek. Czyli zerkanie co pięć minut na zegarek i stwierdzanie za każdym razem, że grube złote wskazówki stoją w miejscu, a chuda odmierzająca sekundy wlecze się niemiłosiernie wolno.

– Następny!

Moja kolej, wstaję i ruszam powoli w kierunku tablicy. Wszyscy zawsze chodzimy do tablicy powoli, takie zasady. Nie ma powodu, żeby się spieszyć, a dodatkowo przeciągając jak najdłużej, można uratować kogoś od marszu skazańca. Im każdy bardziej się ociąga, tym mniej osób pójdzie do tablicy.

– Szybciej, szybciej!

Czyli przesadziłem z ociąganiem się, przyśpieszam więc kroku, choć zostały już tylko dwa. Chwytam malutki ogryzek białej kredy, tak jak chwyta się solony orzeszek, by go zjeść i zaczynam pisać po tablicy ruchem tak apatycznym, że ktoś postronny mógłby pomyśleć, że zaraz zemdleję.

– Weź nową, a nie piszesz takim ogryzkiem!

Napisałem już „1”, ale posłusznie odkładam kawałeczek i powoli podchodzę do stolika, gdzie stoi pudełko kredy. Jest duże, „50 szt.” ? napisano w lewym dolnym rogu. U góry opakowanie jest czerwone, mniej więcej na środku następuje przejście w kolor ciemnoniebieski. Na tym tle znajduje się duży, biały napis „kreda”, w prawym dolnym rogu napisano „biała”. Nad tym napisem narysowano małą dziewczynkę, zupełnie nieproporcjonalną, głowa większa od tułowia.

– Ruchy, ruchy – poganiała nauczycielka.

Kończę oglądanie pudełka i pośpiesznie wyjmuję z niego kredę. Podchodzę do tablicy i zaczynam pisać „2”, rozlega się nieprzyjemny pisk, wywołany tarciem kredy o tablicę.

– Przełam!

Łamię posłusznie kredę na pół i zaczynam pisać końcówką, która jeszcze niedawno była środkiem kredy. Mam łatwy przykład i mogę go bez problemu rozwiązać, nie rozwiązuję go jednak samodzielnie, nie ma takiej potrzeby. Pani profesor i tak zacznie dyktować wszystko, co należy pisać, wystarczy myśleć zbyt długo, jej zdaniem, na jakimś etapie rozwiązywania. Obecnie większość uczniów wyczekuje od samego początku na dyktowanie, to najwygodniejsze wyjście. Czekam więc na rozpoczęcie dyktowania, wdychając ohydny, znany od przeszło dziesięciu lat zapach mokrej gąbki do tablicy. Rozpoczyna się dyktowanie, powoli kreślę na tablicy białe koślawe cyfry. Robiąc to, nie zastanawiam się nad treścią ani trochę, zapisuję usłyszane dźwięki, a nie uczę się rozwiązywania matematycznych problemów. Po „rozwiązaniu” przykładu następuje oczywiście komentarz, którego słucha się z pozorną uwagą, a w rzeczywistości nie przywiązuje się do niego żadnej wagi i zapomina, nim wróci się na swoje miejsce. Po powrocie do ławki zaczynam bezmyślne przepisywanie przykładów z tablicy, aż do jednego z najmilszych dźwięków, jakie znam: dzwonka kończącego lekcję. Ostatnią lekcję w piątek i to na dodatek matematykę, która ulubionym przedmiotem humanistów nie jest. Wszyscy bardzo się spieszą, jednym płynnym ruchem wrzucają wszystkie książki do plecaków, ruchem wyuczonym dzięki wieloletniej praktyce. Ja jestem wyjątkiem, nie spieszę się, nie widzę takiej potrzeby. W szatni i tak będzie tłok, pięć minut w jedną lub drugą stronę nie zrobi różnicy. Idę korytarzem powoli, myśląc o Carrie. Nie, nie mojej dziewczynie, tylko o książce Stephena Kinga o takim tytule.

– Idziesz do kina?

Wyrwał mnie z zadumy Bartek.

– Do kina? – pytam, jakbym nie dosłyszał, co do mnie powiedział, ale to tylko efekt wyrwania z rozmyślań. – Film w 3D?

– Oczywiście, że w 3D.

– To nie idę, te okulary do oglądania w 3D strasznie mnie wkurzają. Muszę je zakładać na swoje korekcyjne okulary.

– No tak. – Wydał się bardzo zmartwiony. – Trudno, to do poniedziałku.

Odchodzi powoli wraz z grupką ubranych już kolegów i koleżanek. Zaczynam bardzo żałować, że nie idę z nimi, ale to zakładanie jednych okularów na drugie jest okropne. Nie ogląda się filmu, tylko myśli o tym, że okulary wbijają się w głowę. Wszystko przez te cholerne okulary! Zrobiłbym cokolwiek, żeby pozbyć się tego cholerstwa, ale wada jest naprawdę duża i ciągle się zwiększa, więc soczewki odpadają. Trudno, trzeba jakoś żyć z tymi okularami.

Patrzę na odchodzących kolegów i koleżanki, czekając, aż skończy się kolejka do szatni. Nie lubię tłoku i przepychania się, dlatego czekam na sam koniec. Odwracam się po raz ostatni w kierunku odchodzących znajomych i widzę, że Bartek wrócił i idzie w moim kierunku. Podchodzi do mnie z miną, jaką miał, gdy zapraszał dziewczynę na studniówkę.

– Słuchaj, naprawdę chciałbyś mieć normalny wzrok? – pyta takim tonem, jakby proponował mi kupno narkotyków.

– Co to za pytanie? Pewnie, że bym chciał! – odpowiadam szybko i zdecydowanie, zastanawiając się jednocześnie, czemu pytał takim dziwnym tonem.

– Hmmm... – Spuścił głowę i zmarszczył brwi. Wyglądało to, jakby rozważał jakiś wielki moralny dylemat.

– Nie humkaj, tylko powiedz, o co chodzi – podniosłem głos. Irytował mnie ton, w jakim mówił i to, jak się zachowywał. No i oczywiście pytanie: „Naprawdę chciałbyś mieć normalny wzrok?”, co to za pytanie?

– Kolejka się skończyła – oznajmił. – Idź, jak będziesz się ubierał, to wszystko wyjaśnię.

Idę, pośpiesznie biorę kurtkę i buty. Czarną skórzaną kurtkę kładę obok, a sam siadam na ławce i zakładam buty.

– No mów – ponagliłem.

– No więc... – zrobił długą pauzę – znam pewnego człowieka i...

– No wyduś to z siebie, człowieku! – podniosłem głos zirytowany.

– I myślę, że on może ci pomóc – powiedział szybko, jednym tchem.

– To jakiś lekarz? – spytałem zaciekawiony, przerywając sznurowanie buta.

– Nie, to nie jest lekarz, to znaczy nie do końca, nie wiem, jak to wyjaśnić, daj kartkę, napiszę ci adres.

Wzruszyłem ramionami, po czym otworzyłem plecak i wyjąłem zeszyt, leżący na wierzchu. Zeszyt od matematyki, która to była ostatnią lekcją. Podaję mu gruby, czerwony brulion z tkwiącym w środku, na stronie, na której pisałem, gdy zadzwonił dzwonek, niebieskim długopisem. Bartek bierze go ode mnie i szybko pisze coś na ostatniej stronie, trzymając zeszyt na kolanie.

– Proszę – mówi, oddając mi zeszyt z utkwionym w środku długopisem, który zapewne i tak podczas drogi do domu wypadnie ze środka zeszytu i spadnie na dno plecaka.

– Dzięki, jeśli ten gość mi pomoże, jestem twoim dłużnikiem – mówię to, choć nie ma najmniejszych nadziei, żeby ktokolwiek mi pomógł. Mój okulista powiedział wyraźnie, nie ma żadnego sposobu, by wyleczyć moją wadę. Można jedynie czekać, aż wada się ustabilizuje, przestanie pogłębiać i wtedy można spróbować ryzykownej operacji, na którą i tak bym się nie zgodził.

– Spoko, nie ma sprawy – przerywa moje rozmyślania Bartek – tylko nie mów mu, że to ja cię przysłałem.

– A to dlaczego? – zdziwiłem się.

– Po prostu nie mów, proszę cię. A tak w ogóle to nie ma pewności, że on będzie chciał z tobą gadać... – dodał z jakimś dziwnym lękiem i zamyślił się.

– Pokręcone to wszystko jakieś, nie podoba mi się ani trochę, ale skoro prosisz, to dobra. Powiem, że obiecałem nie mówić, kto mnie przysłał, jeśli ten tajemniczy gość się spyta, skąd mam jego adres.

– Super, dzięki – powiedział z wyraźną ulgą Bartek. – To ja lecę, cześć – dodał i poszedł szybko, jakby bał się, że zmienię zdanie.

– Cześć, do poniedziałku – odparłem.

Zostałem sam ze swoimi myślami i zapisanym adresem jakiegoś nieznanego mi człowieka. Wrzuciłem zeszyt do plecaka i ruszyłem w drogę, którą przebywałem już setki razy. Ze szkoły na autobus. Stary, kanciasty jelcz oczywiście się spóźnił. Ten autobus nigdy mi się nie podobał, ja lubię ładne okrągłe elementy, krzywizny miłe dla oka, a ten autobus to prostopadłościan na kółkach. Nie było w nim nic ładnego, do tego prawie zawsze był zatłoczony do granic możliwości i to już na pierwszym przystanku. Po kilku kolejnych przystankach będzie wyglądał tak, że strach, czy nagle nie puści w szwach i ludzie nie powypadają na ulicę, kiedy boczne ściany odkleją się od dachu oraz przodu i tyłu autobusu, czyli podstaw prostopadłościanu na kółkach. O miejscu siedzącym nie ma co marzyć. Można je, co prawda, teoretycznie zdobyć, jeśli posiada się bilet miesięczny i nie trzeba się przedzierać do kasownika. Ja mam właśnie taki bilet miesięczny, ale nawet nie próbuję zajmować miejsca siedzącego. Nie ma to sensu, posiedzi się na nim może z pięć minut, po czym stanie stara baba z reklamówkami i zacznie sapać do ucha. Stara bardziej z zachowania niż metryki, w rzeczywistości niewiele starsza od mojej mamy, która obraziłaby się, gdyby ktoś ustępował jej miejsca, bo przecież jest jeszcze młoda, ma przeszło czterdzieści, a wygląda na co najwyżej trzydzieści parę lat. Ale niestety są i typy bab mające pięćdziesiąt parę, wyglądające na sześćdziesiąt parę, a zachowujące się, jakby miały siedemdziesiąt parę. Oczywiście, jeśli trzeba zdobyć miejsce siedzące na litość, gdy same próbują je zdobyć, są szybkie niczym dwudziestolatki. To jest właśnie ten typ bab, który powiększa kolejki do lekarzy. „Och panie doktorze, jak mnie to boli, a tamto rwie!” Powiększają tak sztucznie kolejki, żeby się lekarzowi pożalić, a inni chorzy muszą czekać po kilka miesięcy. Często czekają właśnie ich równolatki, które naprawdę potrzebują pomocy lekarza. Bo oczywiście nie każda starsza pani to ten właśnie typ. Te opisane to osobniki niedowartościowane, które chcą, żeby chociaż lekarz zwrócił na nie uwagę. Zapewne mają męża, którego ulubiony żart to: „dlaczego kobiety udają orgazm”. Nie raz można usłyszeć, że kobiety te nie pracują i przyjechały po zakupy. Oczywiście muszą wracać z owymi zakupami akurat wtedy, kiedy uczniowie wracają ze szkoły oraz pierwsi pracownicy z pracy. Muszą wracać akurat wtedy i jeszcze powiększać tłok.

Autobus spóźnia się wyjątkowo długo, dlatego postanawiam wyjąć zeszyt i sprawdzić, co to za adres dał mi Bartek. Z nudów, nie z ciekawości. Nie zdecydowałem jeszcze, czy w ogóle pójdę do tego gościa, o którym Bartek mówił w taki dziwny sposób. Jakby jednocześnie był pewien, że ten człowiek mi pomoże i bał się go. Nie w taki sposób, w jaki człowiek boi się iść nocą uliczką, gdzie często zdarzają się pobicia, ale bał się, a to mnie niepokoiło.

Wyjąłem zeszyt i już miałem zobaczyć adres, gdy nadjechał autobus. Zwinąłem szybko zeszyt w rulon i wepchnąłem go do kieszeni. Zająłem miejsce stojące przy oknie, tak żeby o okno opierać się plecami. To dobre miejsce, żadna baba nie sapie, a ścisk jest mniejszy i można obserwować główne, środkowe wejście. Wkładam słuchawki na uszy i trzymając rękę w kieszeni, włączam muzykę. Robię to na pamięć, palce znają przyciski, a głowa ścieżkę dostępu. Włączenie, menu, muzyka, trzy razy w dół – Queen, pięć razy w dół i mamy News Of The World, wybieram i album leci od pierwszego utworu We Will Rock You. Dzięki temu można jakoś wytrzymać w tym tłoku, odciąć się. Nie ma brzydkiego, pełnego przeróżnych niemiłych zapachów, zatłoczonego autobusu. Jestem tylko ja i Queen. Mija przystanek za przystankiem i piosenka za piosenką. Ludzi nie jest, na szczęście, dziś tak dużo jak zwykle, mogę sobie pozwolić na wyjęcie zeszytu. W sumie nie wiem, czemu go wyjmuję. Może nagle adres mnie zaciekawił, może robię to, bo jest na tyle miejsca, że mogę to zrobić. Jakbym chciał zademonstrować wszystkim: „Ludzie, zobaczcie, ile miejsca! Mogę swobodnie ruszać rękami, a nawet przeglądać zeszyt, to wspaniałe!”. A może jest to takie wewnętrzne coś, co karze człowiekowi robić różne rzeczy, które niekoniecznie wydają się logiczne. W każdym razie wyjmuję zeszyt i czytam. Zadziwiający zbieg okoliczności, chyba mam dziś szczęście. Autobus nie jest tak przeładowany jak zwykle, a gość, o którym mówił Bartek, mieszka kilka domów w bok od drogi, którą codziennie jeżdżę, za kilka przystanków minę jego dom, może nawet będzie widoczny z okna. Zadowolony chowam zeszyt do kieszeni, na to, żeby schować go do plecaka, mimo wszystko, jest za mało miejsca. Opieram się plecami o szybę i śpiewam w myślach tekst Sheer Heart Attack.

Decyduję, że nie wstąpię dziś do tego gościa. Jest piątek i chcę jak najszybciej wrócić do domu, niby z jednej strony gość ma mi pomóc, ale z drugiej... Kurczę, przecież to niemożliwe! Na to może pomóc tylko operacja, po co mam tracić czas i to w piątek? Niby Bartek to poważny człowiek i nie dałby mi adresu, gdyby nie sądził, że ten ktoś mi pomoże. Chociaż... Nie wie o mojej wadzie tyle co ja, więc skąd ma wiedzieć, kto może mi pomóc, a kto nie? Kiedyś rozmawiałem z nim o mojej wadzie wzroku, ale to było dawno i raczej tego nie pamiętał. A może pamięta, a ten adres to adres jakiegoś lekarza od eksperymentalnej terapii? Może nawet to jakieś nielegalne eksperymenty, dlatego Bartek tak się bał i nie chciał, żebym mówił, kto mnie przysłał. Tyle że to ani trochę do Bartka nie pasowało. No i co ja miałbym powiedzieć, jak dotrę na miejsce? „Cześć, nie mogę powiedzieć, skąd to wiem, ale podobno może mi pan pomóc z moją wadą wzroku”. To niedorzeczne! Ja bym po usłyszeniu takiego tekstu nie wpuścił siebie do środka. Nie, zdecydowanie pójście tam to nie jest dobry pomysł. Nie dziś, nie w piątek, popsuję sobie cały weekend. Może pójdę w poniedziałek.

Z zamyślenia wyrywa mnie gwałtowne hamowanie. Patrzę przed siebie na środkowe główne drzwi autobusu i mam ochotę krzyknąć: „O nie!”. Dzieci, takie z podstawówki 1-3, cała gromada. Nie mam nic przeciwko dzieciom, nawet je lubię. Zwykle nie są jeszcze zepsute przez ten świat, nie bluźnią, zachowują się, jak należy. Ale nie znoszę tłoku w autobusie, a nie ma chyba nic gorszego niż takie dziecko stojące do ciebie plecami, z plecakiem na wysokości krocza. A taki ładny dzień się zapowiadał.

Chwytam plecak i nim drzwi się otworzą, już jestem przy nich, jak tylko się otwierają, wyskakuję na pobocze drogi. Widzę przed sobą dziewczynkę z różowym plecakiem, mającym z tyłu duże, złote zapięcie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że to duże, metalowe, pomalowane na złoty kolor zapięcie wbijałoby mi się w krocze kilka przystanków, gdybym teraz nie wysiadł. Cieszę się więc, że wysiadłem. Siadam na drewnianej ławce, która znajduje się w blaszanej budce, która może chronić przed deszczem tylko wtedy, gdy pada on idealnie pionowo. A przecież wiadomo, że deszcz zwykle zacina, ale co poradzić, czasem projektantem zostaje ktoś bez pomyślunku i powstają takie cuda. Ławka też jest oczywiście niewygodna. O ile dwie oheblowane z góry deski to już ławka. Zaczyna mnie ciekawić, czy niewidoczny spód jest oheblowany czy też nie. Wzdrygam się jednak przed sprawdzeniem ręką, tam na pewno jest poprzyklejana masa gum do życia.

Autobus odjeżdża, a ja zostaję sam. Dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego wysiadłem z autobusu. Niechęć do plecaka na wysokości krocza? Wtedy jeszcze nie widziałem tego okropnego zapięcia, zobaczyłem je, gdy wysiadłem. Złość, że dzień miał być dobry, a tu taka niespodzianka. A może to ten dziwny wewnętrzny rozkaz kazał mi wysiąść, tylko potrzebował impulsu, który mnie do tego zdeterminuje, impulsu w postaci gromadki dzieci.

To już i tak nie ma znaczenia. Autobus odjechał, będę się nudził, aż przyjedzie następny, a ja tak nie cierpię się nudzić! Siedzenie gdzieś bezczynnie to najgorsze, co może być. Wolę już się przejść. Tylko gdzie? Tyle że jest oczywiste gdzie, to jest przystanek, na którym trzeba wysiąść, żeby dojść do tego gościa, którego mam adres. Widać, że los bardzo chce, abym tam poszedł właśnie dzisiaj. Tak czy siak będzie trzeba kiedyś iść, pewnie odwlekałbym to w nieskończoność, bo ten dziwny przestrach Bartka mi się udzielił, ale skoro się nudzę, to chyba lepiej iść i mieć to z głowy.

Wstaję powoli, podnoszę z ziemi plecak i zarzucam na lewe ramię. Idę kawałek poboczem, po czym skręcam w wąską żwirową drogę. Pierwszy mijany dom jest ładny, nowy, z żywymi kolorami, kremowa biel ścian i ciemnoczerwony dach. Niestety, wszystko szpeci ogrodzenie z metalowej siatki.

Kolejny dom jest niewysoki, zapewne tylko jedno piętro i mieszkalny strych. Jest za to bardzo rozłożysty i ładny. Żółte ściany, brązowy dach, duże okna umieszczone funkcjonalnie, a jednocześnie bardzo harmonijnie. Ogrodzenie nie szpeci tego widoku. Ceglane, grube słupy z tej ładnej ciemnej cegły, łączone ciemną zaprawą. Pomiędzy słupami znajduje się ogrodzenie z powyginanych w przeróżne piękne wzory metalowych prętów. Na środku były przyspawane wymyślne wzory kwiatów i fikuśne zawijasy, pionowe pręty były zakończone u góry złotymi grotami.

O kolejnym wiem tylko tyle, że był szary z czerwonym dachem. Nie przyglądałem mu się, bo za metalową siatką był pies. Nie lubię obcych psów, a zwłaszcza tych, które szczekają zawzięcie, podbiegając do siatki, jakby przechodzący obok człowiek był złodziejem, którego trzeba zagryźć. Psy, które znam i wiem, że mnie znienacka nie ugryzą, lubię, chociaż i tak wolę koty. Kot nigdy nie wytarza się w gównie, kot jest czysty, wręcz pachnący. A pies? Nawet jak się go wymyje, to zaraz idzie się popaprać z powrotem. Pies może ugryźć, po wielu latach może mu coś odbić i ugryzie starego pana, kotu nie odbije, a nawet jeśli, to co najwyżej podrapie. Do tego psa trzeba ciągle wyprowadzać, a kot? Sam pójdzie, jak chce jeść albo się załatwić. Wystarczy raz na jakiś czas wywalić piasek i wsypać nowy.

Czwarty dom prezentował się najmniej okazale.

Białe niegdyś ściany były obecnie brudne i szare. Drzwi były koloru ścian, upstrzone pionowymi pęknięciami. Farba zaczęła się łuszczyć i widać było gołe drewno spod spodu. Dachu jako takiego nie było, był sufit. Budynek przypominał kontener albo prostopadłościan bez kół. Okna były małe, brudne, szyby przyklejone do drewnianej ramy kitem. Rama pomalowana tą samą farbą co drzwi, również łuszczącą się. Kto mógł mieszkać w takim domu? O ile w ogóle ktoś mieszkał, taka rudera stała najprawdopodobniej pusta. Może Bartek pomylił adres i to nie ten dom, ale któryś z wcześniejszych. Postanowiłem podejść i zapukać. Pewnie nikogo nie będzie, taki dom musi stać pusty. A jeśli ktoś mi otworzy? Zamyśliłem się. Standardowo: „Dzień dobry, mam na imię Mariusz”, a potem jakoś pójdzie. Staję przed drzwiami, biorę głęboki wdech i pukam. Nim moja ręka dotknie drzwi, słyszę dźwięk naciskanej klamki, drzwi otwierają się i muszę zrobić krok w tył, żeby nimi nie oberwać.

– Dzień dobry – mówi brodaty mężczyzna, który pojawił się w drzwiach.

– Dzień dobry, mam na imię Mariusz – wypalam z automatu bez zastanowienia – i... – zawieszam się. Nie mogę powiedzieć, skąd wiem, że mieszka tu ktoś, kto zajmuje się leczeniem wzroku. Obiecałem Bartkowi i musiałem dotrzymać słowa. Nie mogłem też zastąpić jego imienia słowem „ktoś”, bo zaraz padłoby pytanie: „kto?”.

– I przysłał cię tu Bartek – dokończył za mnie nieznajomy.

– No... tak... – wydukałem zmieszany. Tyle kombinowałem, jak tu nie powiedzieć, kto mnie przysłał, a ten człowiek wszystko wie? Może Bartek do niego zadzwonił? Tyle że to było niedorzeczne, po co miałby dzwonić, skoro tak mu zależało, żebym nie mówił, kto mnie przysłał.

– Wejdź proszę.

Wchodzę posłusznie. Dopiero teraz przyglądam się gospodarzowi, wcześniej byłem zbyt oszołomiony, by zwracać uwagę na wygląd. Jest mojego wzrostu, czyli dość wysoki, ja mam metr osiemdziesiąt siedem. Na nogach ma czarne tenisówki z białymi sznurowadłami. Spodnie to wytarte, niebieskie jeansy. W spodniach ma czarny skórzany pasek, wyglądający na porządny. W spodnie ma wpuszczoną jednolicie białą bluzę z długimi rękawami. Może z przodu są jakieś wzory, ale idąc za rozmówcą, nie widzę ich. Na kark i górną część pleców, aż do łopatek opadają gęste kruczoczarne włosy. Może zabrzmi to dziwnie, ale są po prostu piękne. Nie widziałem nigdy tak pięknych włosów, nawet u żadnej dziewczyny. Grube, gęste, kolor bardzo intensywny, do tego nie proste, ale jakby pofalowane.

– Siadaj. – Odwraca się do mnie i wskazuje kanapę pokrytą zieloną narzutą. Mogę teraz dostrzec, że i z przodu włosy opadają na ramiona. Twarz ma przyjazną, łagodną, nie uśmiecha się, jest poważny, ale z twarzy jakby promieniuje uśmiech, radość i... dobroć. Ma okazałą, gęstą tak jak włosy, pięciocentymetrową czarną brodę, pokrywającą wszystko poniżej linii ust. Wąsy w stosunku do brody są małe i rzadkie. Ten układ brody wraz z włosami zasłaniającymi uszy sprawia, że twarz wydaje się mała. Bluza również z przodu jest jednolicie biała. W ładnym kolorze, niczym wyprana w proszku z reklamy.

– Mówiłem Bartkowi, żeby nikomu o mnie nie mówił, źle zrobił, że ci powiedział.

Kiedy do mnie przemówił, spojrzałem na niego, prosto w duże brązowe oczy. Patrzyły w moim kierunku, ale nie na mnie, tylko we mnie, jakby obserwowały nie mnie, ale coś w środku, na przykład moje bijące serce. Poczułem się dziwnie, nieswojo.

– Więc Bartek zadzwonił do...

– Jestem Christian – powiedział, podając mi rękę.

– Mariusz – przedstawiłem się ponownie i uścisnąłem jego rękę.

– Wiem, co cię tu sprowadza, ale nie pomogę ci.

Nic nie odpowiedziałem, zamurowało mnie. W sumie nie liczyłem, że ktoś mi pomoże, ale... Po wejściu do tej rudery, gdzieś tam w środku coś mi powiedziało: „Tu ci pomogą”. A może to wszystko przez to, że ten Christian tak przyjaźnie wyglądał?

– Pomożesz sobie sam, jeśli zechcesz.

Przerwał moje rozmyślania.

– Oczywiście, że chcę! – dopowiedziałem.

– Od razu mówię, że to długi i żmudny proces, potrwa około miesiąca – powiedział spokojnie.

– OK, to jakieś ćwiczenia? – spytałem podekscytowany i zaciekawiony.

– Nie, to nie do końca ćwiczenia, połóż lewą rękę na głowie.

Wykonałem to polecenie bez zastanowienia, niemal odruchowo. Lewą rękę położyłem na czubku głowy.

– Na dół – zakomenderował.

„Na dół, w tył czy do przodu?” – pomyślałem.

– W tył – odparł, jakby słyszał moje myśli.

Zacząłem opuszczać powoli dłoń w dół, cztery palce miałem złączone, kciuk lekko od nich odstawał. Przesuwałem dłoń w dół, aż kciuk natrafił na wyrostek, znajdujący się u dołu, na środku głowy.

– Starczy, doskonale, dokładnie w tym miejscu. Palce złączone, kciuk nieco odstaje. Teraz drugą rękę ułóż dokładnie tak samo jak poprzednią.

Zrobiłem to tak, jak polecił, nie zastanawiając się nad sensem czy celem tego zadania.

– Doskonale, trzymaj tak ręce na zmianę co pół godziny każdą, dokładnie w tym miejscu. Trzymaj tyle, ile możesz, na ile pozwala ci czas. Trzymając, musisz mieć zamknięte oczy, nie można krzyżować rąk ani nóg. Nie wolno pić alkoholu, a najlepiej powstrzymać się również od kawy i herbaty. Nie wolno też stykać się z żadnymi elementami metalowymi ani z istotami żywymi. Nie należy też przyjmować żadnych leków. Pierwsze efekty powinny pojawić się już po dwóch, trzech dniach, jeśli będziesz stosował tę metodę po kilka godzin dziennie. Wystarczy tylko leżeć i trzymać dłoń na głowie tak, jak powiedziałem. A teraz idź już, jeżeli się nie pośpieszysz, ucieknie ci autobus.

– Dziękuję bardzo. – Wstałem i uścisnąłem rękę Christiana. Zrobiło mi się gorąco, dopiero teraz zauważyłem, że nie zdjąłem kurtki, kiedy wchodziłem. Byłem jak zaczarowany, aż do teraz nie myślałem o niczym poza tym gościem i jego poleceniami. Dopiero gdy wyszedłem i zamknął za mną drzwi, uświadomiłem sobie dziwność tej sytuacji, to bycie jak zaczarowany. „Unieś rękę, połóż na głowie” – robiłem to jakbym był tresowanym pieskiem! Jak to niby ma pomóc na moją wadę wzroku? To jakiś żart! No i kim, do cholery, jest ten Christian?!


ROZDZIAŁ II

Na autobus zdążyłem w ostatniej chwili. Już nadjeżdżał i gdybym przyszedł dziesięć sekund później, przejechałby, nie zatrzymując się. Tym razem był duży, przegubowy, a ludzi było mniej niż poprzednio, można było bez problemu znaleźć miejsce siedzące. Ciekawe, kto zajmował się logistyką w komunikacji miejskiej? Tam, gdzie ludzi dużo, dają średni autobus, a tam, gdzie ludzi mało, dają duży, paranoja. Ale co poradzić, oglądając codziennie wiadomości, można dojść do wniosku, że Józef Piłsudski spełnił swoją groźbę i poprosił Boga, by nie przysyłał Polsce wielkich ludzi.

Zająłem miejsce przy oknie, nie zakładałem słuchawek, nie włączałem żadnej muzyki. Rozsiadam się wygodnie w fotelu, miejsce obok jest wolne, więc układam rękę tak, jak polecił Christian i zamykam oczy. Lubię tak leżeć z zamkniętymi oczami, nie jest to co prawda sen, ale wypoczynek. Zastanawiam się, czemu położyłem rękę pod głowę. Chcę ją nawet opuścić, tylko w sumie po co ją opuszczać?

„No jak to po co, bo to bezsensowne, trzymanie ręki na głowie nie może nikomu pomóc, gość zrobił sobie z ciebie żart” – mówi głos rozsądku. Ale z drugiej strony, co ryzykuję? Jestem zmęczony, chcę zamknąć oczy i odpoczywać. Może i trzymanie ręki na głowie mi nie pomoże, ale przecież i nie zaszkodzi. Poza tym, czy mogę mieć pewność, że coś nie pomoże, jeśli tego nie sprawdzę? Nie opuszczam więc ręki. Zdejmuję okulary, gdyż mają metalowe oprawki, a metalu nie wolno mieć w pobliżu. Siedzę wygodnie, z zamkniętymi oczami i myślę o niczym. No dobra, nie do końca o niczym, nie da się myśleć o niczym. Zawsze pojawia się jakaś myśl. Tyle że ja chcę odpocząć i nie chcę myśleć o niczym skomplikowanym. Używam starego, wypróbowanego sposobu; zastanawiam się, gdzie jestem na drodze, w którym miejscu. Można to wywnioskować na podstawie tego, jak zachowuje się autobus. Jaka jest droga, jak wyboista, jak szybko jedzie autobus, jakie zakręty pokonuje. Jeżdżę już przeszło dwa lata i znam tę drogę na pamięć. Wydawałoby się, że zakręt to zakręt, ale tak naprawdę każdy zakręt jest inny, do każdego autobus podjeżdża z inną prędkością i inaczej go pokonuje. Oczywiście każdy kierowca jeździ nieco inaczej, ale droga jest ta sama i jestem w stanie z dużą dokładnością określić, gdzie aktualnie się znajduje na podstawie charakterystycznych punktów. Lubię tę zabawę, jest przyjemna i relaksująca, można myśleć o czymś nieskomplikowanym i odpocząć.

Hamowanie i ostry zakręt, to oznacza, że za trzydzieści sekund trzeba wstać i udać się do drzwi, by wysiąść. Na dworze jest chłodno, słońce jest już nisko, idę do domu byle szybciej. Najkrótsza droga to ta koło kupy drzew, takiej ni w pięć, ni w dziewięć, która znajduje się tu zupełnie niepotrzebnie. Zadrzewiony kwadrat mniej więcej o boku dwadzieścia metrów na dwadzieścia, a w koło domy i sklep. Strasznie nie lubię tego „lasku”. Droga koło niego nie jest asfaltowa i nieraz w nocy potknąłem się o korzeń drzewa, który wystaje z drogi. Dalej na szczęście jest droga asfaltowa, prawie pod sam dom, jedynie ostatnie trzydzieści metrów to goła ziemia albo błoto, zależnie od pory roku.

Po wejściu do domu rzucam plecak w kąt. Najpierw obiad, dopiero po obiedzie czas na lekcje. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce... Po obiedzie trzeba przecież odpocząć. Komputer włączyłem zaraz po rzuceniu plecaka, więc teraz wystarczy tylko wejść w audiobooki, potem folder Stephen King, następnie Carrie. Kładę się na łóżko, zdejmuję okulary i odkładam je na podłogę. Lewą rękę trzymałem w autobusie, to teraz czas na prawą. Pół godziny mija tak szybko, że odczułem to jak pięć minut. Kolejna ścieżka audiobooka i zmiana ręki. Powtarzam te czynności, aż z dołu dobiega wołanie na kolację. Jem szybko kanapki, sam nie wiem z czym, nie ma to znaczenia. Myślę jedynie o Carrie, kolacja jest tylko przeszkodą w poznaniu dalszych jej losów.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.