Uzdrawianie dźwiękiem - Shirlie Roden - ebook
Wydawca: ILLUMINATIO Łukasz Kierus Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 257 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uzdrawianie dźwiękiem - Shirlie Roden

Siła ludzkiego głosu, który ma moc uspokajania, uzdrawiania i inspirowania, jest znana wszystkim kulturom na całym świecie. Od tysięcy lat instynktownie matki nucą kołysanki dzieciom, aby je uspokoić, mnisi trwają w medytacyjnych mantrach, a ludzie łączą się ze sobą w rytmie pieśni, które śpiewają podczas pracy.

Wszyscy ludzie mają w sobie potencjał, aby być uzdrowicielami. Wszyscy mogą podnieść swoje wibracje za pomocą dźwięku. Wiedza na ten temat jest zapisana w ludzkiej strukturze DNA.

W książce Shirlie wskazuje, jak na nowo odkryć moc głosu, która może uzdrowić Twoje życie i życie ludzi dookoła Ciebie. Dzięki prostym narzędziom dowiesz się, jak rozwinąć siłę własnego głosu i ją właściwie wykorzystywać, a dzięki ćwiczeniom krok po kroku nauczysz się pozbywania emocjonalnych blokad.

Opinie o ebooku Uzdrawianie dźwiękiem - Shirlie Roden

Fragment ebooka Uzdrawianie dźwiękiem - Shirlie Roden








PODZIĘKOWANIA

Bardzo dziękuję: Soozi Holbeche za przebudzenie mojej wewnętrznej wiedzy, Johnowi Christianowi za jego inspirację i nauki, Angelice Roquas Hammer za jej channelingowe przekazy od Aniołów Dźwięku; Profesorowi Janezowi Preželjowi z Centrum Klinicznego w Lublanie za jego porady dotyczące endokrynologii i kwestii medycznych; Timowi Sikyea ze szczepu Psie Żebro za jego rdzenno amerykańską mądrość oraz Grahamowi Wilsonowi z New Life Promotions, Steve’owi Heliczerowi z QED i Markowi Rimmintonowi z Bright Ideas za ich nieustanne wspierane tego, aby książka ta przekazywała wiedzę.


SŁOWO WSTĘPNE

Kiedy zostałam poproszona o napisanie wprowadzenia do tej książki, zgodziłam się natychmiast, ponieważ zarówno Shirlie, jak i ja wciąż wprowadzamy w czyn kolejne plany. To dla mnie zaszczyt znać Shirlie i prowadzić wspólnie z nią warsztaty, co zaczęłyśmy robić w 1998 roku, po siedmiu latach przyjaźni. Shirley jest yin dla mojego yang, tak jak ja jestem yang dla jej yin. W zeszłym roku podczas naszego wykładu na Festiwalu Umysłu, Ciała i Ducha w Londynie byłam świadkiem jej uzdrawiania dźwiękiem. Kiedy zaczynała, zastanawiałam się, czy nie uciec, i zadawałam sobie pytanie: „Co ja tu w ogóle robię?”. Wydawało mi się to szalenie hipisowskie i moja rockandrollowa dusza chciała głośno protestować. Jednakże wystarczyło sześćdziesiąt sekund, by głos Shirlie mnie porwał i bym zupełnie się mu poddała. Jeśli to prawda, że każdy z nas ma przeznaczoną sobie ścieżkę, Shirlie z pewnością odnalazła swoją. Jest niezwykle utalentowaną uzdrowicielką, a co ważniejsze – autentyczną.

Do wszystkich, którzy zawędrują na te strony: czytajcie, cieszcie się i ufajcie umiejętnościom Shirlie, ona nie wyprowadzi was na manowce… Kołyszcie się razem z nią…

Jestem z Tobą sercem, duszą i Duchem.

Twoja przyjaciółka i partnerka

Suzi Quatro


WSTĘP

Książka ta powstała na wyraźne życzenie uczestników moich warsztatów oraz wielu moich przyjaciół i sympatyków ze Słowenii. Jest ona jednocześnie podsumowaniem wydarzeń, które rozbudziły moją intuicję i całkowicie zmieniły tok mojego życia.

Wychowałam się w Walii, kraju pieśni i eisteddfod[1], naprzeciwko mnie mieszkała słynna śpiewaczka operowa, a ja już w młodym wieku śpiewałam i grałam na fortepianie. Każdego roku moim jedynym marzeniem było zwyciężyć w solowym Konkursie Wokalnym Dziewcząt odbywającym się podczas Eisteddfod Szkół Średnich i kilka razy udało mi się je zrealizować. Moi dwaj starsi bracia odkryli rock and rolla i założyli zespoły rockowe, a tego pamiętnego dnia, gdy Robin nauczył mnie grać dwunastotaktowego bluesa, Beethoven wyleciał przez okno, a w jego miejsce tanecznym krokiem wkroczył Chuck Berry.

Gdy miałam piętnaście lat, ojciec kupił mi gitarę akustyczną, a podczas wakacji uciekłam do Londynu z zamiarem stania się gwiazdą. Niczym klon Joan Baez śpiewałam w kawiarni Les Cousins and Bunjies obok wschodzących wówczas gwiazd piosenki lat sześćdziesiątych, takich jak Al Stewart, Bert Jansch czy nieznany wtedy Paul Simon (który był na tyle miły, że kilkakrotnie pożyczał mi swoją piękną gitarę). Udało mi się nawet dostać do kultowego program telewizyjnego Ready Steady Go, w którym uczestniczyłam w konkursie piosenek Marianne Faithfull.

Po powrocie do Walii gra na fortepianie ustąpiła miejsca lekcjom śpiewu. Nauczyłam się oddechu przeponowego, który podwoił siłę i nośność mojego głosu. Dostałam dorywczą pracę jako wokalistka w grupie tanecznej występującej w jednym z nocnych klubów. Sid, nasz basista, pochodził z dolin i był cudownym starszym człowiekiem. Często mi mówił: „Jest w twoim głosie coś, co sprawia, że facetowi chce się płakać”. Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Wiedziałam tylko, że muszę śpiewać, ale byłam wtedy na muzycznym rozdrożu. „Nie możesz uczyć się muzyki klasycznej i wyśpiewywać tych okropnych popowych kawałków – protestowała moja nauczycielka śpiewu. – Tylko zniszczysz sobie głos”. Podjęłam decyzję. Jeszcze w roku 1971, po ukończeniu uniwersytetu, wraz z kilkoma znajomymi z roku podpisaliśmy kontrakt z EMI Records. Nasza kapela nosiła bardzo trafną nazwę: Children (Dzieci). Potem nastąpiło dziesięć lat pracy nad muzyką rockową. Moje ciało zostało wówczas zaatakowane pulsującymi dźwiękami gitar basowych, dwustuwatowych gitar wysokotonowych i hukiem perkusji, nie wspominając nawet o ogromnych ilościach alkoholu i zdarzających się od czasu do czasu eksperymentalnych wypadach do krainy nielegalnych substancji. W roku 1977, podczas trasy koncertowej po Ameryce z Rayem Daviesem i The Kinks, przeżyłam niesamowite doświadczenie, które zmieniło jednocześnie mnie i gitarzystę Dave’a Daviesa. Teraz, z perspektywy czasu, rozumiem, że było to „duchowe przebudzenie”. Poczułam, jak ze środka mojego serca wypływa snop czystego, białego światła i łączy mnie w miłości i pokoju z każdym żyjącym stworzeniem, z którym się kontaktuję. Intuicyjnie w pełni zrozumiałam, że istnieje boski plan, którego wszyscy jesteśmy częścią. Czułam się tak głęboko przemieniona w istotę duchową, że zaczęłam postrzegać swoje ciało jako „ubranie”, a zakładanie odzieży, pomijając już makijaż sceniczny, wydawało się po prostu śmieszne.

Przez blisko dwa tygodnie Dave Davies i ja wibrowaliśmy na tak wysokich poziomach energetycznych, że mogłam intuicyjnie komunikować się ze światem roślin. Każdego wieczoru na estradzie nawiązywaliśmy z Dave’em połączenie: on po lewej, a ja po prawej stronie sceny. Energia zdawała się wypływać z tyłu mojej głowy, wędrować ponad sceną w postaci ogromnego łuku światła i wchodzić do jego potylicy. Odczuwałam to jako sieć energetyczną, z której pobieraliśmy światło i wysyłaliśmy Rayowi podczas jego występu. W naszych stanach zmienionej świadomości Dave i ja instynktownie wiedzieliśmy, jak ważne jest stworzenie dobrych wibracji w zespole i przekazywanie ich publiczności. W związku z tym przez resztę trasy koncertowej „działaliśmy potajemnie” każdego wieczora w taki sposób, aby dotychczasowe sprzeczki i złe przeczucia zamieniać w wibracje harmonii i spokoju. I kiedy co wieczór powtarzaliśmy naszą „sekretną robotę”, cała grupa, często pogrążona w kłótniach i urazach, zdawała się emanować harmonią i spokojem. Doznanie to zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, co sprowadziło mnie z powrotem na ziemię, a konkretnie do Los Angeles. Świat rzeczywisty przybrał dziwnie nudny, jakby monochromatyczny wygląd. Czy to naprawdę się wydarzyło? Może to był tylko sen?

Recenzja jednego z naszych koncertów w gazecie wydawała się potwierdzać moje wcześniejsze wrażenia. Opisywała ona niezwykle małą widownię Kinksów, której Ray Davies za nic nie mógł rozruszać. Tej akurat nocy Dave i ja uzgodniliśmy, że stworzymy nasz psychiczny „most” w trakcie wykonywania jednej z piosenek z repertuaru. Ku mojemu zdumieniu w recenzji przeczytałam:

„Punktem zwrotnym całego wieczoru stało się kilka pierwszych taktów utworu Lola. Ray Davies przejął kontrolę i ryknął: »Śpiewajcie!«. To trzeba było zobaczyć! Oto cała widownia jak jeden mąż poderwała się na równe nogi. Nawet sama kapela, rozbudzona iskrzącym prowadzeniem gitary przez brata Dave’a, zdawała się kipieć energią. Z powietrza uleciało całe napięcie, a Ray Davies zaczął emanować spokojem i zadowoleniem, co dziwnie kontrastowało z ryczącym echem i teatralnym pokazem świateł zza sceny”.

Co to w takim razie było? Dlaczego ta dziwna energia nagle się we mnie pojawiła? Jak mogę jej doświadczyć ponownie? Minęło następnych dziesięć lat, zanim znalazłam odpowiedź na te pytania. W owym czasie bardzo intensywnie pracowałam z Jonem Millerem, moim ówczesnym partnerem i wydawcą. W trakcie grania z niesamowitym, klasycznie rockowym Gordon Giltrap Band nauczyłam się używać wysokich oktaw mojego głosu jak instrumentu. Dodam, że nie tyle z własnej chęci, ile raczej dlatego, że Gordon nie chciał, by piosenki miały słowa, a Jon nalegał, aby jego dziewczyna należała do kapeli! Wtedy zaczęłam zdawać sobie sprawę z obecności energii w wibracjach dźwiękowych i z tego, że w wysokich, czystych tonach jest coś niezwykłego, a zarazem potężnego. Po pewnym czasie Giltrap Band się rozpadł, a ja rozpoczęłam karierę solową jako wokalistka i autorka piosenek. Dave Davies zadzwonił do mnie rok po tym, jak odeszłam z The Kinks, w rocznicę naszego duchowego przebudzenia z pytaniem: „Robisz coś, żeby znowu tego doświadczyć?”. „Niby co?” – zapytałam. „Medytacja” – odparł krótko.

W czasach studiów, podczas pierwszej wizyty Maharishiego w Wielkiej Brytanii, przeszłam inicjację w medytację transcendentalną. Nauki tego mistrza duchowego dopiero zaczynały się wtedy u nas pojawiać. Teraz, po kilku latach, zdecydowałam się do nich powrócić. Poczułam się z pewnością bardziej wyciszona, a podczas medytacji przychodziło mi do głowy więcej twórczych pomysłów. Panowała era punk rocka i nie było pracy dla piosenkarzy z melodyjnym głosem jak mój. Jon zasugerował mi, abym zajęła się czymś innym i napisała musical oparty na historii Joanny d’Arc. Tak powstała Jeanne. Wówczas pojawił się producent teatralny Bill Kenwright, wtedy jeszcze nie impresario, ale za to energiczny optymista. Był pod takim wrażeniem, że powiedział reżyserowi filmowemu Johnowi Boormanowi: „Słyszałem coś, co jest lepsze nawet od Evity”.

Jeanne okazała się punktem zwrotnym w moim życiu. Wszystko, co robiłam do momentu, gdy zawitała na deski teatru Sadler’s Wells, miało na celu moje własne zaspokojenie, emocjonalne, intelektualne czy finansowe. Chciałam sukcesu i chciałam go dla siebie. W przypadku Jeanne napisałam, najlepiej jak potrafiłam, historię młodej nastolatki, która zainspirowana mocą swojej wizji nie tylko poprowadziła armię francuską przeciwko Anglikom, ale również, nie straciwszy wiary w prawo do wyrażania własnej prawdy, stawiła czoła w sądzie całej sile i wiedzy, jaką wytoczył przeciwko niej Kościół. Była to niedoskonała sztuka początkującej dramatopisarki, ale wiem po dziś dzień, że niektóre jej części powstały pod wpływem natchnienia. Krytycy zmieszali przedstawienie z błotem i kolejne pokazy zostały odwołane. Ciężko jest poradzić sobie z porażką, a porażka na oczach publiczności jest szczególnie bolesna. Mój długoletni związek z Jonem Millerem również się psuł. Nagle okazało się, że nie ma pracy, pieniędzy ani przyszłości. Grałam w niekończące się gry w cierpliwość i zabawiałam się myślami o samobójstwie. Zastanawiałam się nad tym, jak je popełnić na tyle porządnie, żeby nie zmartwić rodziny i przyjaciół. Życie jednak przygotowało dla mnie inne rozwiązania. Postać świętego Michała w moim musicalu grał Amerykanin, Chris Van Cleave. Po zdjęciu Jeanne z afisza, on i jego żona byli dla mnie szczególnie mili i zaprosili mnie do uczestnictwa w cotygodniowej grupie wsparcia. Należeli do Wspólnoty Wewnętrznego Światła. Powiedzieli, że nie jest to ani zgromadzenie religijne, ani sekta, ale że została założona przez Paula Solomona, nauczyciela uważającego, że życie jest Szkołą Tajemnic, w której to my tworzymy wszystko, co nam się przydarza, jako okazję do rozwoju i nauki.

Pomysł, że sama specjalnie zaplanowałam ogromne fiasko Jeanne i zakończenie związku z Jonem jako część procesu samodoskonalenia, wydał mi się idiotyczny. Miałam jednak potrzebę wygadania się, więc dołączyłam do grupy i wkroczyłam na nową ścieżkę, która zaczęła się przede mną otwierać w magiczny sposób. Gdy po raz pierwszy słuchałam wykładów z taśmy, prasowałam coś w kuchni i nagle się rozpłakałam. Paul Salomon opowiadał o tym samym miejscu, uczuciu i świetle, z którymi dawno temu wraz z Dave’em Daviesem udało nam się nawiązać połączenie. W przypływie emocji zdałam sobie sprawę, że inni ludzie również tego doświadczyli. Paul nazywał tę moc Źródłem i mówił, że wszyscy mamy do niej dostęp w każdym momencie.

Kontynuowałam naukę, słuchając taśm Paula oraz korzystając ze wsparcia kilku nauczycieli, którzy się u niego szkolili, w szczególności Johna Christiana i Soozie Holbeche. Otrzymałam dwie najważniejsze lekcje w całym moim życiu: należy brać odpowiedzialność za swoje emocje i uczucia, a jednocześnie pamiętać, że zawsze możemy wybrać sposób, w jaki chcemy wykorzystać własną energię – pozytywnie czy negatywnie. Recenzje Jeanne tak bardzo podcięły mi skrzydła, że przez rok nie usiadłam do fortepianu. W końcu jednak odnalazłam wiarę w siebie i wróciłam do pisania muzyki, ale wtedy zaczęłam już tworzyć coś zupełnie innego. Powstały piosenki o inspiracji, nadziei i świadomości.

W tamtych latach Paul kilkakrotnie przyjeżdżał do Anglii z wykładami i za którymś razem zatrzymał się ze swoimi towarzyszami w moim domu. Pozwolił mi uczestniczyć w jego sesjach channelingu, podczas których, aby znaleźć odpowiedzi na pytania ludzi, sięgał do Kronik Akaszy. Obserwowanie tego, co amerykański wizjonerski pisarz Carlos Castaneda nazywa „odmiennymi stanami świadomości”, było jednocześnie przerażające i fascynujące. Co jakiś czas wraz z Johnem Christianem towarzyszyliśmy Paulowi, „rozgrzewając” piosenkami publiczność przed jego wykładami. Pewnego wieczoru śpiewałam przed prezentacją Paula w jednym z wiejskich ośrodków kultury. Po występie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział, że gdy śpiewałam, widział wokół mnie poświatę z białego światła i coś zaczęło się z nim dziać na poziomie emocjonalnym.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się w Londynie. Tony Benham był garncarzem i tego dnia poszliśmy do sklepu z dmuchanym szkłem. W rogu na podłodze stał przepiękny purpurowo-niebieski szklany przedmiot. Miał kształt planety i powierzchnię nakrapianą złotymi plamkami oraz mały otwór na górze. Zakochaliśmy się w nim od razu, nazwaliśmy go Anielskim Kamieniem i rozpoczęliśmy grę, która trwa do dzisiaj. Chodziło o to, abym zatrzymała Anielski Kamień na kilka miesięcy, aż do dnia, gdy przydarzy mi się coś wspaniałego, a potem, wraz z tą energią, przekazała go Tony’emu. Potem on miał przechowywać kamień u siebie, by na takiej samej zasadzie oddać go później mnie.

Poświęcałam wtedy mnóstwo czasu na medytację na najwyższym piętrze mojego domu. Spał tam Paul Solomon i czułam przy sobie jego energię miłości. Na parterze zorganizowałam przyjęcie na cześć siedemdziesięcioletniej japońskiej kapłanki buddyjskiej o imieniu Tamosan, podczas którego ona w magiczny sposób wykonywała swoje pieśni. Grupa wsparcia, do której dołączyłam razem z Van Cleavesem, w dalszym ciągu się spotykała. Stworzyliśmy rytuał „okalającego dźwięku” dla członków szczególnie mocno potrzebujących czułej i pełnej miłości opieki. Ustawialiśmy wówczas taką osobę w środku, a sami obejmowaliśmy się ramionami wokół niej i intonowaliśmy czyste, ciągłe dźwięki. Nawet gdy śpiewaliśmy tylko w szóstkę, uczucie było niesamowite, niczym pieszczenie głosem aniołów. Zaczynałam sobie zdawać sprawę z mocy dźwięku.

Podczas wykładu Soozi Holbeche zafascynowała mnie jej wypowiedź na temat związku dźwięków i kolorów z centrami energetycznymi. Soozi zaproponowała, abyśmy stworzyli własną mantrę ze swoich imion, dostrajając się do koloru poszczególnych liter i przyporządkowując każdej z nich dźwięk. Rozpoczęłam pracę nad swoją samogłoskową mantrą, nuciłam ją codziennie, a pewnego ranka wzięłam Anielski Kamień, położyłam go na głowie, a następnie zaczęłam przesuwać go po innych częściach ciała. Potem zaintonowałam dźwięk i skierowałam go do otworu na górze. Poczułam się, jakby wstępowało we mnie życie. W ten sposób rozpoczął się mój własny proces pracy z dźwiękiem.

Któregoś dnia odłożyłam Anielski Kamień i zaśpiewałam tylko kilka czystych nut, koncentrując energię na różnych częściach ciała, zmieniając jednocześnie układ ust tak, aby utworzyły „jaskinię”, w której dźwięki mogły się odbijać echem. Wtedy, całkowicie przypadkowo, dokonałam zdumiewającego odkrycia. Mężczyzna, z którym się wówczas spotykałam i którego nawet lubiłam, znów nie zadzwonił i zrobiło mi się smutno. Wiedziałam, że mu na mnie zależało, ale z jakiegoś powodu nie pozwalał swoim emocjom się ujawnić. Gdy tego ranka przeprowadzałam „medytację dźwiękową”, mimowolnie skupiłam uwagę na nim i całej tej sytuacji, a dźwięk wydawał się jeszcze ją wzmacniać. Śpiewałam dalej, a moje uczucia stawały się coraz silniejsze. Gdy głos osiągnął pewien ton, w umyśle pojawiło się słowo „samotna”, a w moim wnętrzu poczułam studnię łez. Nagle te silne emocje jakby eksplodowały i niczym skacząc przez burtę statku, wylądowałam w czasach dzieciństwa. Zobaczyłam siebie jako małą dziewczynkę stojącą naprzeciwko mojego ojca. „Dlaczego nigdy nie okazujesz mi swojej troski?” – zapytałam po cichu.

Wtedy nastąpiło całkowite uwolnienie wszystkich emocji, uczucia wprost ze mnie wypłynęły. Serce bolało, a ja szlochając, zobaczyłam wyraźnie cały szereg mężczyzn, których do siebie przyciągnęłam, a którzy nie potrafili bądź nie chcieli okazywać swoich uczuć. Zrozumiałam, że wybierałam ich wszystkich, wierząc, że mogę sprawić, aby mnie pokochali, ale tak naprawdę cały czas starałam się uleczyć relacje z moim ojcem, próbując skłonić go do okazania mi jego miłości przez tych mężczyzn.

To oszałamiające objawienie było jednak dopiero początkiem. W dalszym ciągu poddając się procesowi dźwiękowych medytacji, odrywałam warstwę po warstwie. Zdałam sobie sprawę nie tylko z tego, że jestem emocjonalną cebulą, ale też z faktu, że problematyczni ludzie i sytuacje w moim teraźniejszym życiu były jedynie lustrzanymi odbiciami kłopotów, które pojawiły się w dzieciństwie i gdybym potrafiła je uwolnić i uzdrowić, to te zdarzenia nigdy więcej nie miałyby na mnie takiego wpływu. Zaczęłam postrzegać komórki swojego ciała jako piękne płatki śniegu o wyraźnych, idealnych wzorach. Zapewne takie były, kiedy się urodziliśmy, ale późniejsze życiowe wydarzenia zniekształciły i zniszczyły te delikatne wzory, obracając całe struktury w ruinę. Nosimy emocjonalną traumę w każdej komórce ciała, a dźwięk może nas od niej uwolnić!

Pracowałam później w ten sposób nad samą sobą przez jakiś czas, a następnie podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z Lizanne Davies, członkinią naszej grupy wsparcia, która miała w mieszkaniu okrągły pokój przeznaczony na sesje terapeutyczne. Lizanne zaproponowała, abyśmy stworzyły zespół i wspólnie eksperymentowały z dźwiękiem. Tak zaczął się cały proces. Przewinęła się przez niego pewna liczba naszych przyjaciół odgrywających role królików doświadczalnych, a wśród nich mój były producent płytowy, John Burgess, obecnie dyrektor handlowy Studia Nagraniowego AIR. John szukał akurat nowej siedziby dla swojej firmy. Pamiętam, że gdy pracowaliśmy tego dnia z dźwiękiem, wpatrywał się przez okno w kościół stojący za murem ogrodu. Kilka miesięcy później na nowe lokum wybrano tę właśnie świątynię. Została przepięknie odnowiona i teraz mieści się w niej kompleks Studia AIR o majątku szacowanym na wiele milionów funtów.

Intrygowało mnie uzdrawianie dźwiękiem oraz naturalny przepływ wiedzy, którego doświadczałam. Skąd to się wzięło? Czy to zawsze było we mnie uśpione? Paul Solomon przeszkolił wielu uczniów w sztuce channelingu. Angelica Roquas Hammer zaoferowała przeprowadzenie takiej sesji dla mnie. Informacje, które uzyskała, wskazywały, że już wcześniej pracowałam z dźwiękiem – w Egipcie! Jako kapłanka w Świątyni Uzdrawiania prowadziłam chór, który za pomocą czystych tonów leczył nie tylko pojedyncze osoby, lecz także całą planetę. Od zawsze byłam osobą twardo stąpającą po ziemi i nie wierzyłam w poprzednie życia. Z drugiej strony jednak cieszyło mnie uzyskanie potwierdzenia tego, że uzdrawianie naturalnym głosem stanowi starożytną tradycją. Używałam tej metody na sobie, ale pomimo dobrych efektów w dalszym ciągu byłam do niej za mało przekonana, aby zastosować ją na kimś innym. Wstydziłam się i bałam, że ludzie uznają dźwięki, które z siebie wydobywam, za dziwaczne.

W 1992 roku ja i mój przyjaciel John Christian zostaliśmy zaproszeni do Dorset, aby śpiewać podczas wykładów Paula Solomona. Paul prowadził wcześniej zajęcia w nowo powstałej Słowenii i odwzajemnił gościnność Słoweńców, zapraszając kilku do Anglii. W parę dni narodziła się wielka przyjaźń pomiędzy mną i Johnem a Darinką Gomišček i Janą Korošec z Novej Goricy. Najbardziej spodobał im się właśnie nasz śpiew i poprosiły nas, żebyśmy przyjechali jeszcze tego samego roku do Słowenii. Nikt nie mógłby być bardziej zaskoczony niż ja, gdy zaproszenie to przyjęło postać biletu na samolot. Zatrzymałam się więc u Jany i jej męża Stojana gdzieś blisko granicy z Włochami.

Takie zaproszenia pojawiały się przez kilka następnych lat, a ja nabierałam coraz więcej wiary w swoje śpiewanie i pisanie muzyki, występując głównie dla pacjentów w szpitalach, ośrodkach dla ludzi upośledzonych umysłowo bądź fizycznie oraz w szkołach. Zdecydowałam się skoncentrować na tworzeniu dla teatrów i wykonywaniu swoich piosenek, gdy tylko znajdzie się publiczność, która będzie chciała mnie wysłuchać. W Słowenii gdziekolwiek się pojawiałam, czułam się otulona piękną energią serc jej mieszkańców i okolicy. Jana, kobieta o jasnozłotych włosach, przeświecającej skórze i nieznikającym uśmiechu, stała się dla mnie kimś w rodzaju siostry. Bardzo pragnęła dziecka i ku swojej radości zaszła w ciążę. Jednak zaraz po tym jak w 1994 roku urodził się jej syn Matej, zmarła. Nasza mała słoweńska rodzina czuła się zdruzgotana. Wyjątkowy i piękny duch Jany był nie do zastąpienia, ale jej bliska przyjaciółka podjęła się dalszej organizacji koncertów, a my przenieśliśmy bazę z Novej Goricy do Lublany.

Vesta Vannel była czarującą i śliczną kobietą po czterdziestce. Jak to określiła, poczuła inspirację, gdy na pierwszym koncercie dźwięk mojego śpiewu przeszył jej serce niczym laser. Doznała nagłej i wyraźnej wizji, na podstawie której zrozumiała, że mój głos ma właściwości leczące i dzięki swoim wysokim, czystym tonom potrafi otwierać ludzkie serca. Znad jej małego stołu kuchennego, który jednocześnie służył za biurko, szafkę na dokumenty i deskę do prasowania, Vesta planowała „najazdy” na każdy zakątek ojczyzny, radośnie zaznaczając miasta, które już „zdobyłyśmy” udanymi koncertami, i uważnie wizualizując przyszłe podboje naszej „muzycznej armii”. Jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości odnośnie do prawdziwego celu własnego życia na tej planecie, to Vesta rozwiewała je raz na zawsze swoją absolutną wiarą w moje piosenki, mój głos i moją zdolność uzdrawiania. Pewnego dnia powiedziała mi, że naszło ją bardzo wyraźne wspomnienie dotyczące jej życia w Egipcie i tego, jak wówczas obiecała mi wspierać moją pracę, gdy spotkamy się następnym razem. Znów przeszłe życia…!

Sposób, w jaki pracowałam z dźwiękiem nad sobą, zaintrygował Vestę tak bardzo, że przekonała mnie do poprowadzenia terapii dźwiękowej dla jej przyjaciół. Zainteresowanie rosło i rosło, aż przyszedł dzień, w którym, z zaschniętym gardłem i na miękkich kolanach, stanęłam przed trzydziestoosobową publicznością. Tak oto przeprowadziłam swoje pierwsze warsztaty uzdrawiania dźwiękiem! Sukcesy moich piosenek w Słowenii dorównywały powodzeniu w uzdrawianiu dźwiękiem, co zachęciło mnie do zorganizowania warsztatów również w Londynie. Od ich uczestników otrzymałam tyle zapytań i próśb o książkę, że zrozumiałam, iż muszę ją napisać.

Techniki, którymi zamierzam się z Tobą podzielić, powstały na bazie mojej intuicji i doświadczenia. Wiedzę tę otrzymałam za darmo, a teraz przekazuję ją Tobie w miłości i nadziei, że można jej pozytywnie użyć, aby pomóc innym. Korzystaj z niej z radością oraz spokojem w sercu, a odkryjesz niesamowitą tajemnicę dźwięku. Bez względu na to, jaki masz głos – dobry, zły czy przeciętny – jeśli posłużysz się nim do uzdrawiania innych, on w zamian za to oczyści i wypełni energią również Ciebie. Przedstawiłam moje metody w prosty (i mam nadzieję zrozumiały) sposób, stosując jedynie podstawowe odniesienia do skal muzycznych i zapisu nutowego, dlatego że uzdrawianie dźwiękiem jest czymś, z czego może korzystać i czego może doświadczać każdy człowiek, bez względu na to, czy przeszedł muzyczne przeszkolenie i czy posiada specjalistyczną wiedzę w tym zakresie. Jeśli zatem w dalszym ciągu wydaje Ci się, że dla uzyskania efektów musisz być Kiri Te Kanawą czy Pavarottim, weź głęboki oddech. Wypuść powietrze, wydając z siebie głoskę A i czytaj dalej!

Shirlie Roden
Londyn, 1998


ROZDZIAŁ 1

WSZYSCY JESTEŚMY
UZDROWICIELAMI

Czy przyszło Ci kiedyś do głowy, jak wspaniale byłoby mieć doskonałe narzędzie do uzdrawiania, zawsze pod ręką, dostępne w dzień i w nocy gdziekolwiek się znajdujesz? Narzędzie, którym mógłbyś posłużyć się otwarcie lub w tajemnicy, użyć go na samym sobie, swoich przyjaciołach i rodzinie, dzieciach, nieznajomych, osobach starszych i niepełnosprawnych, chorych i uzależnionych, a nawet wobec zwierząt i Ziemi? Jakbyś zareagował, gdybym powiedziała Ci, że już masz takie narzędzie, że jest Twoje na zawsze, gotowe do użytku zgodnie z Twoją wolą? A czy kiedykolwiek wyobrażałeś sobie siebie w tej bardzo stresującej sytuacji, kiedy to Ty jesteś osobą dającą pozytywne wsparcie, uciszającą wzburzone wody, oczyszczającą negatywne energie i wprowadzającą harmonię? A jeśli powiem Ci, że to wszystko jest nie tylko możliwe, ale również całkiem łatwe do osiągnięcia?

Już słyszę Twoje okrzyki niedowierzania: „Co? Ja? Uzdrowicielem? Ja jestem tylko zwykłym człowiekiem, nikim szczególnym”. Wyjawię Ci sekret. Wszyscy jesteśmy zwykłymi ludźmi i wszyscy jesteśmy uzdrowicielami. A najdoskonalszym, najprostszym i jak dla mnie najbardziej efektywnym narzędziem służącym do uzdrawiania jest coś, co masz przy sobie przez cały czas, przez całe życie. To po prostu Twój głos.

PO CO UŻYWAĆ GŁOSU?

Po co jednak używać głosu, jeśli być może nie czujesz się zbyt pewny jego brzmienia albo jesteś wirtuozem jakiegoś instrumentu lub znasz inne techniki? Zastanów się przez chwilę. Istnieje tak wiele form muzykoterapii, jak wiele jest gatunków w muzyce. Możesz ukończyć kurs słuchania i doświadczania ciałem muzyki klasycznej. Możesz uprawiać biotaniec i uwalniać emocje przy każdym rytmie i stylu czy używać nastrojowej muzyki do wzbudzania głębokich odczuć. Możesz wykonywać taniec transowy i intonować rytualne pieśni rdzennych Indian i szamanów, powtarzać mantry i gardłowe śpiewy mongolskie razem z guru, do wtóru bębnów, cymbałów, dzwonków czy gongów lub relaksować się przy dźwiękach fletu albo harfy, śpiewać przy akompaniamencie miedzianych mis dźwiękowych bądź oczyszczać poprzednie życia wibracjami kryształowych waz.

Jednakże jedyną rzeczą, która należy tylko i wyłącznie do Ciebie, jest Twój głos. To on wibruje z częstotliwością energii Twojego serca. To on rezonuje ze wszystkim, czym jesteś w danym momencie, a używanie go nic Cię nie kosztuje. Swój głos masz zawsze do dyspozycji, a w tych rzadkich przypadkach, kiedy go zabraknie lub gdy nie chcesz, by Cię słyszano, możesz korzystać z jego wibracji w ciszy, wewnątrz siebie, i nadal przyniesie to zauważalne rezultaty.

JAK MÓJ GŁOS MOŻE POMÓC MNIE I INNYM?

Jeśli się nad tym zastanowić, najprostsza forma uzdrawiania dźwiękiem ma miejsce, gdy matka usypia śpiewem swoje dziecko. Dlaczego to działa? Ponieważ mamie zależy. Ma otwarte serce i jest złączona z dzieckiem miłością. To wszystko, co musisz zrobić, aby uzdrawiać dźwiękiem: odłóż na bok własną osobowość i użyj swojej energii, by służyć innym.

Natychmiastową korzyścią, jaką przynosi terapia dźwiękiem, jest relaks. Czy w to wierzysz, czy nie, możesz nauczyć się wykorzystywać czyste tony swojego głosu w taki sposób, by pomagać innym, kiedy tylko zechcesz. Będziesz w stanie uspokoić i wyciszyć odbiorców, tak aby mogli odprężyć się i odpłynąć do magicznych światów. Upraszczając, wszystko, co musisz zrobić, to zadbać o bezpieczne, ciepłe otoczenie i użyć swojego głosu do złagodzenia bólu, stresu, traum i napięcia. Możesz skoncentrować się na stawach, kościach, otwartych ranach, problemach skórnych – wszystkich miejscach, które Twoim zdaniem wymagają leczenia – albo za pomocą wydawanych z siebie dźwięków uwolnić od bolesnych wspomnień i emocji uwięzionych w strukturach komórkowych ciała i mózgu.

STUDIUM PRZYPADKU: Kobieta cierpiąca na syndrom
chronicznego zmęczenia (ME)

Sandra była wrażliwą rozwódką po pięćdziesiątce, u której siedem lat wcześniej zdiagnozowano syndrom chronicznego zmęczenia. Kiedy się spotkałyśmy, doświadczała ciągłego bólu w całym ciele do tego stopnia, że nawet noszenie ubrań sprawiało jej cierpienie. Rozmowy telefoniczne, intensywne myślenie, przygotowywanie posiłków były dla niej bardzo męczące, czuła się też zbyt wyczerpana, aby czytać czy pisać. Pewnego dnia przez przypadek zobaczyła mnie w programie telewizyjnym, w którym prezentowałam uzdrawianie głosem. Dźwięki, których użyłam, wniknęły w jej ciało i wędrowały wzdłuż wyciągniętych nóg „grając na każdym nerwie”. Powiedziała, że było to jak „wijące się larwy” w jej wnętrzu i miała wrażenie, jakby dosłownie „wracała do życia”. Poczuła się silniejsza i później przez pewien czas mogła dużo swobodniej oddychać i chodzić.

Pracowałam z Sandrą przez dwanaście miesięcy, używając dźwięku do oczyszczania jej centrów energetycznych i wspierając zmianę schematów myślowych. Przeżyła bardzo trudne małżeństwo i doświadczyła dyskryminacji rasowej w pracy. Wynikający z tego ból mentalny i emocjonalny sprawił, że chciała się poddać i odciąć od życia, tak więc podjęła świadomą decyzję, żeby się „wycofać”. Wytłumaczyłam jej, że w momencie, gdy powzięła takie postanowienie na poziomie umysłowym, stało się tylko kwestią czasu, aby na zewnętrznym, fizycznym poziomie podążyła w tym samym kierunku.

Moja terapia biegła dwutorowo – chciałam wyeliminować blokady i podnieść jej poczucie własnej wartości. W ciągu tych miesięcy pracowałam, używając dźwięków do usuwania programowania w wielu obszarach. Oczy: nieustanny krytycyzm wobec samej siebie za każdym razem, gdy spojrzała w lustro. Usta: nieświadome, niepochlebne słowa, które kierowała pod własnym adresem. Uszy: pełne dezaprobaty rzeczy słyszane od innych ludzi. Gardło: wyrazy wypowiadane, aby się wycofać z powodu braku wiary w siebie oraz jej niewyrażone uczucia w kluczowych sytuacjach. Wargi: potrzeba odkrycia własnej siły, aby czuć się pewnie i dobrze o sobie mówić. Jej czakra podstawy była zupełnie wyczerpana, a druga czakra przepełniona strachem o przyszłość. Na poziomie brzucha znajdowała się blokada przypominająca masywny kamień – powstały ze wszystkich negatywnych uczuć, których doświadczyła w czasie małżeństwa i które stłumiła – a splot słoneczny wypełniały niewypłakane łzy i skierowane do niej kłamstwa innych ludzi.

Od samego początku Sandra silnie reagowała na używane przeze mnie dźwięki, mówiąc, że czuła, jakby jej kości wskakiwały z powrotem na swoje miejsce. Podczas sesji jej dłonie i ramiona wyciągały się mimowolnie, czasami prawie poruszając się w harmonii ze mną. Po czterech sesjach ustąpił ciągły ból w ramionach i w nogach. Prawą stronę ciała Sandra odczuwała jako zupełnie zdrową, a stan lewej się poprawiał. Zmieniało się również jej mieszkanie. Wcześniej było ciemne i bez życia, wypełnione zdjęciami rodziny dającymi jej poczucie przynależności, którego potrzebowała, ponieważ nigdy nie widywała się z bliskimi. Poprosiłam, aby usunęła te fotografie i zaczęła sama dawać sobie miłość i wsparcie. Zajęłyśmy się również przecięciem jej toksycznych relacji z rodziną, prosząc krewnych, aby obdarzali ją szacunkiem i zaczęli lepiej traktować. Wizualizowałyśmy też otaczający ją krąg pozytywnej energii, który przyciąga dobrych ludzi.

Pracowałam nad jej stopami, używając dźwięku podobnego do lasera, aby połączyć meridiany energetyczne. Kierując się intuicją, podążałam za wzorcami prowadzącymi bezpośrednio do serca i mózgu. Kiedy zauważyłam, że jej ciało jest już wystarczająco silne, wysyłałam dźwięk przez jej stopy i centralny układ nerwowy do hipokampu (oś HPA). Sandra relacjonowała potem, że miała wrażenie, jakby jej mózg i głowa wypełnione były dźwiękiem, który rozchodził się następnie po całym ciele.

Wiedziałam, że jej wyzdrowienie po części zależy od tego, czy rozwinie w sobie autentyczną pewność siebie, więc pożyczyłam jej do słuchania kasety Paula Solomona Poczucie własnej wartości – niezbędnik przetrwania. Sandra zaczynała sobie uświadamiać, że to, w jaki sposób myśli, jest jej własnym wyborem. Nauczyła się też zauważać, kiedy wraca do dawnych negatywnych wzorców. Przez pięć miesięcy, oprócz kroków do przodu, Sandra doświadczała również nawrotów. Zdarzały się one głównie zaraz po sesjach z dźwiękiem, ale postrzegałam je jako „uzdrawiające kryzysy”. Sandra mówiła, że pozytywne następstwa naszych spotkań trwały coraz dłużej, chociaż była też zniecierpliwiona swoim powolnym zdrowieniem i, jak twierdziła, miała już dosyć zamknięcia w czterech ścianach.

Osiem miesięcy po rozpoczęciu leczenia dźwiękiem dla Sandry nastąpił moment przełomowy: znów usiadła za kierownicą samochodu i powróciła do życia towarzyskiego. Teraz, gdy minęło dwanaście miesięcy od naszego pierwszego spotkania, Sandra przyznaje, że ma zarówno dobre dni, kiedy czuje, że mogłaby przenosić góry, jak i gorsze, w które musi pozwolić sobie na odpoczynek. Jednakże podczas gdy przedtem bolał ją każdy milimetr ciała (to jej własne słowa), obecnie doświadcza jedynie niewielkiego „ćmienia”. Może chodzić bez pomocy i ma wystarczająco dużo siły, aby wykonać szereg codziennych czynności, zanim się zmęczy. Wcześniej zdarzały jej się trudności z koncentracją, rozumieniem, a nawet mówieniem. Teraz czuje się jak normalnie funkcjonująca osoba i jest naprawdę zafascynowana tym, że jej umysł potrafi myśleć w inny sposób. Przyznaje, że jej stan znacznie się poprawił i poza wdzięcznością za fizyczne uzdrowienie docenia też ogromną rolę wsparcia, przewodnictwa i porad, jakie otrzymała.

DŹWIĘK JEST DROGĄ W PRZYSZŁOŚĆ

Nauka udowodniła, że czyste brzmienie ludzkiego głosu ma działanie uzdrawiające. Wiele osób zaczyna sobie uświadamiać, że to właśnie praca z dźwiękiem stanowi najbardziej przyszłościową metodę leczenia w nowym tysiącleciu. W Instytucie Maxa Plancka w Niemczech dr David Schweitzer przeprowadził badania, podczas których poddawał analizie próbki krwi pacjentów przed i po intonowaniu przez nich dźwięku OM (to jest: wydobywaniu głosu z brzucha, rozpoczynając od niskich tonów i stopniowo podnosząc wysokość dźwięku przez trzy oktawy aż do tonów wysokich). Krew była później czystsza, jaśniejsza i – o dziwo – wszystkie tworzące szarą masę zanieczyszczenia zostały usunięte z wnętrza komórek krwi poza ściany komórkowe. Aby to się stało, wystarczyła niecała minuta wydawania dźwięku, bez mikstur czy tabletek, bez ingerencji chirurgicznej, bez skutków ubocznych.

ŚWIAT DŹWIĘKÓW

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.