Uwierzcie w Anioła - Grzegorz Fels - ebook
Wydawca: Dom Wydawniczy Rafael Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uwierzcie w Anioła - Grzegorz Fels

Wierzycie w anioły? Wielu z Was, drodzy Czytelnicy, odpowie na to pytanie twierdząco. Jak się jednak dłużej nad tym zastanowić, niejednego ogarną wątpliwości. Jeśli więc zaczynasz mieć takie czy inne obiekcje co do zasadności swej wiary w istnienie aniołów i szczerze szukasz odpowiedzi na dręczące Cię pytania, wiedz, że nie jesteś sam i ta książka jest właśnie dla Ciebie! Już sam fakt, że czytasz te słowa, zdaje się to potwierdzać. Chyba nie podjąłbym się napisania niniejszej pozycji, gdyby nie to, że kiedyś sam doświadczyłem REALNEJ pomocy mojego Anioła Stróża, który uratował mi życie. Powiem więcej, moja historia nie jest odosobniona. Dotarłem do innych świadków, którzy doświadczyli w swoim życiu anielskiej pomocy. I proszę, nie mówcie mi, że aniołowie nie istnieją, bo i tak Wam nie uwierzę...

Opinie o ebooku Uwierzcie w Anioła - Grzegorz Fels

Fragment ebooka Uwierzcie w Anioła - Grzegorz Fels











WPROWADZENIE

Wierzycie w anioły? „Chyba tak, właściwie to tak, oczywiście!”. Wielu z Was, drodzy Czytelnicy, odpowie na to pytanie twierdząco. „Przecież czytamy o nich w Biblii – zdajecie się przekonywać samych siebie, szukając pośpiesznie argumentów – widzimy je na obrazach, śpiewamy o nich pieśni (i to nie tylko te kościelne). Jest ich pełno w tak zwanej kulturze masowej: książkach, filmach, współczesnej sztuce. Któż z nas nie ma w domu jakiejś sympatycznej figurki aniołka czy choćby obrazka z jego wizerunkiem?”.

No tak, niby wszystko się zgadza, jednak z uporem maniaka pozwolę sobie zadać ponownie pytanie, licząc na szczerą, jednoznaczną odpowiedź: czy Ty, czytający te słowa, naprawdę, szczerze, autentycznie wierzysz w istnienie aniołów? Wierzysz, że realnie istnieją, opiekują się Tobą i bardziej lub mniej subtelnie pomagają Ci w życiu?

Zauważyłeś, że im dłużej się nad tym zastanawiasz, to zaczynają Cię ogarniać coraz większe wątpliwości? „Czy aniołowie naprawdę istnieją? A może to jakieś pozostałości wiary z okresu dzieciństwa? Mamy XXI wiek, czas komputeryzacji, niesamowitego rozwoju medycyny, nauki i techniki, a z drugiej strony jakieś nierealne, baśniowe wręcz istoty… Czy to się wzajemnie nie wyklucza? Przecież to głupio przyznać się znajomym, że wierzy się jeszcze w jakieś tajemnicze byty niebieskie. Już lepiej przyznać się do wiary w UFO czy yeti, przynajmniej będzie się oryginalnym”.

Jeżeli masz takie czy inne obiekcje co do zasadności swej wiary w istnienie aniołów i szczerze szukasz odpowiedzi na dręczące Cię pytania, to wiedz, że nie jesteś sam i ta książka jest właśnie dla Ciebie! Już sam fakt, że jeszcze czytasz słowa tego wprowadzenia, zdają się to potwierdzać.

Teraz pokrótce się przedstawię. Jestem katolickim świeckim teologiem, publicystą i katechetą. Uważam siebie za realistę mocno stąpającego po ziemi. Raczej daleko mi do mistyka. Jeśli czytałeś, drogi Czytelniku, którąś z moich wcześniejszych książek, to zauważyłeś, że interesują mnie przede wszystkim fakty. Na nich bowiem opieram wszystko to, co piszę.

Czuję, że teraz uśmiechasz się pod nosem nad tym, co właśnie napisałem, a z drugiej strony, jak tu się nie uśmiechnąć? Zdajesz się myśleć: „Aniołowie i fakty! Ani tego zobaczyć, ani zmierzyć czy zważyć… Facet jest chyba lekko nawiedzony…”. Czy jestem „lekko nawiedzony”, sam ocenisz, czytając książkę.

Przyznam, iż sam od czasu do czasu lubię obejrzeć filmy (głównie amerykańskie), których bohaterami są aniołowie. Często mają one lekką fabułę i fajnie się na nie patrzy (szczególnie po ciężkim dniu). Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, by traktować ich treść na serio. Ot, taka fantastyka z aniołami w roli głównej.

Świadomie pomijam w niniejszej książce naiwne, serwowane przez New Age wyobrażenia aniołów. Szukając zatem prawdy o aniołach, proponuję sięgnięcie do źródeł, którymi dla mnie są przede wszystkim: Biblia, nauczanie Kościoła, jak też świadectwa świętych i błogosławionych, którzy w jakiś sposób doświadczyli w swym życiu anielskiej obecności.

Może teraz myślisz: „No, to zacznie się teraz nudnawa katecheza o aniołach. Cóż ten Kościół o nich wie? Dlaczego mam mu wierzyć? To już lepiej poczytam sobie jakieś ezoteryczne czasopismo lub skorzystam z mocy «anielskich kart», to będzie ciekawsze…”.

I tu się zdziwisz. Zauważ, że już św. Paweł niemal dwa tysiące lat temu napisał znamienne słowa: „Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom (2 Tm 4,3-4)”.

Jak myślisz, nadeszła już ta zapowiadana przez św. Pawła chwila? Jeżeli Cię uszy nie świerzbią i nie chcesz się odwracać od słuchania prawdy, a tym samym pragniesz poznać zdrową naukę o aniołach, zapraszam do lektury! Co ciekawe, ten sam św. Paweł ostrzega wiernych przed… nadmiernym wielbieniem aniołów! (por. Kol 2,18).

Dobrze, że Apostoł Narodów nie żyje w czasach nam współczesnych, bo by się złapał za głowę, wchodząc do księgarń i widząc całe regały „anielskich książek”. Nie muszę tłumaczyć, że 99 procent z nich to literatura z nurtu New Age. Widząc to, z pewnością krzyknąłby oburzony: „Pogaństwo!”, po czym szybko opuściłby taką księgarnię. Myślę, że po takim dniu ogarnęłaby go czarna rozpacz. Dwa tysiące lat głoszenia Ewangelii i co?

Początkowo chciałem również zawrzeć w tej książce dwa rozdziały o zagrożeniach duchowych związanych z nieznanymi przez Kościół anielskimi objawieniami czy naukami różnych sekt. W końcu zajmuję się tym już ponad 20 lat! Będąc autorem kilku tematycznych książek i redaktorem naczelnym ogólnopolskiego kwartalnika „Sekty i Fakty” (1998-2009), niejednokrotnie przybliżałem czytelnikom tę problematykę. Zresztą nadal ją poruszam w dwumiesięczniku „Któż jak Bóg”, gdzie od stycznia 2012 roku prowadzę dział zatytułowany Fałszywe oblicza aniołów.

Dlaczego wzmiankuję, że chciałem zawrzeć te rozdziały, a ostatecznie ich w książce nie zawarłem? No cóż, okazały się na tyle opasłe, że trzeba by je było mocno skracać ze szkodą dla zawartych w nich treści. Poradzono mi zatem, że będzie lepiej, jak wydam je w osobnej publikacji. Mam zatem pomysł na nową książkę…

Może to zabrzmi dziwnie, ale chyba nie podjąłbym się napisania tej książki, gdyby nie to, że kiedyś sam doświadczyłem realnej pomocy mojego Anioła Stróża, który uratował mi życie (szerzej o tym piszę w pierwszym rozdziale). Zdaję sobie sprawę, że brzmi to tak niesamowicie i nierealnie, jak z jakiegoś słodkiego filmu New Age. Tak jednak było! Wierzcie mi, nie ryzykowałbym podważania swego autorytetu, pisząc jakieś wyssane z palca bzdury. Powiem więcej, moja historia nie jest odosobniona. Sam dotarłem do innych świadków, którzy doświadczyli w swym życiu anielskiej pomocy, co umocniło mnie tylko w przekonaniu, że ze mną jest wszystko OK.

I proszę, nie mówcie mi, że aniołowie nie istnieją, bo i tak Wam nie uwierzę! Wiem, co mówię…

Grzegorz Fels


ZWYKLI LUDZIE,
KTÓRYM POMOGLI
ANIOŁOWIE.
PRAWDZIWE HISTORIE


Anioł ratuje tonących

Był początek sierpnia 1994 roku. Wraz z żoną i małymi wówczas dziećmi kończyliśmy dwutygodniowy pobyt w nadmorskim Władysławowie. Piękna miejscowość, morze, mili ludzie, u których gościliśmy… Żal było wracać na Śląsk.

Dzień przed powrotem do Rudy Śląskiej udaliśmy się po raz ostatni na plażę. Było ciepło, a morze przecinały ogromne (jak na polskie warunki) fale. Normalnie Hawaje! Żona ulokowała się na kocu, chcąc po raz ostatni w tym roku skorzystać z nadbałtyckich promieni słonecznych i wdychania przyjemnego słonawego zapachu morskiej bryzy. Dzieci zabrały się od razu za budowanie zamku z piasku, zaś ja – w ramach osobistego pożegnania z morzem – postanowiłem się po prostu wykąpać.

Mimo iż na plaży było ciepło, woda w Bałtyku wyjątkowo zimna. „No cóż, na Hawajach tego nie mają. Przynajmniej po takiej zimnej kąpieli człowiek trochę schudnie” – przemknęło mi przez głowę. Niska temperatura wody skutecznie odstraszyła innych amatorów zdrowej morskiej kąpieli, ale nie mnie! Wysoka fala i perspektywa wyjazdu sprawiły, że zacisnąłem zęby, postanawiając się zamienić w… Morsa. „Skoro ci odporni ludzie kąpią się nawet zimą, to dlaczego ja nie mogę tego zrobić latem? Zimą chyba jest jeszcze gorzej” – pomyślałem.

Po kilku dłużących się niemiłosiernie minutach organizm przyzwyczaił się w końcu do niskiej temperatury wody i mogłem bez przeszkód poddać przyjemnemu niesieniu przez fale. Czułem się jak samotny surfer bez deski. Nie jestem jakimś rewelacyjnym pływakiem, wręcz słabym, więc starałem się nie wychodzić za daleko w głąb morza – ot, żeby woda sięgała do piersi, miało być bezpiecznie. Rzucałem się z całą energią na grzbiety fal, poddając się ich łagodnemu niesieniu w stronę plaży. Potem znów wracałem na głębsze miejsce, trochę popływałem wzdłuż brzegu i znowu skok… Myślę, że wielu z Was wie, jakie to niesamowicie przyjemne uczucie.

Trwało to wszystko może 40-50 minut, kiedy powoli zacząłem odczuwać zimno i lekkie zmęczenie. Czas było kończyć zabawę. Morskie fale dały mi się już wystarczająco we znaki. Do głowy by mi nie przyszło, że to nie koniec, a zaledwie początek mojej morskiej przygody, jaka mnie już za moment miała czekać!

„No cóż, jeśli już mam wychodzić z wody, to z pomocą fali. Skaczę na nią ostatni raz!”. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Nie zauważyłem jednak, że zmienił się morski prąd i fala zamiast nieść mnie, jak dotąd, do brzegu, wyniosła mnie w przeciwnym kierunku! Nie czułem już gruntu pod nogami. Nie było jeszcze tragedii. Wystarczyło przecież dopłynąć w kierunku pobliskiej plaży. Tak też postanowiłem uczynić. Szybko się jednak przekonałem, iż jestem już na tyle zmęczony i zziębnięty, że nie potrafię pokonać przeszkody, jaką stanowiły dla mnie załamujące się wysokie fale. „Co teraz?” – pomyślałem.

Położyłem się na wodzie, by dać odpocząć rękom i spróbować za chwilę ponownie. To był jednak błąd. Kiedy tak spokojnie leżałem, patrząc w niebo, prąd niepostrzeżenie znosił mnie coraz dalej i dalej w głąb morza. Gdy w końcu spostrzegłem, co się dzieje, byłem już tak mocno oddalony od brzegu, że nie rozróżniałem twarzy odpoczywających tam ludzi!

Cóż mogłem teraz uczynić? Wołać głośno o pomoc? Od razu tę myśl odrzuciłem, uznając że nie warto, bo i tak mojego wołania z tej odległości i przy takich falach nikt nie usłyszy.

„No to może intensywnie, wręcz rozpaczliwie machać w kierunku brzegu?” – myślałem.

Po chwili zastanowienia to rozwiązanie również wydało mi się pozbawione sensu. Jeśli bowiem ktokolwiek to zobaczy, co i tak uważałem za wątpliwe, to pomyśli, że pozdrawiam jakiegoś znajomego na plaży. Ratowników przecież tam nie ma (plaża była niestrzeżona).

W tym samym czasie kilka razy zanurzyłem się pod wodę, czując w ustach jej słonawy smak. Z największym już wysiłkiem utrzymywałem się na powierzchni, pokonując zmęczenie i coraz bardziej nasilający się ból w rękach.

Czy była jeszcze jakaś realna szansa na ratunek? Myśląc po ludzku, nie!

Jako realista przyjąłem tę myśl ze spokojem. Leżąc na powierzchni wody, na wznak, czułem, że nieuchronnie zbliża się mój koniec. O dziwo, nawet szybko się z tą myślą pogodziłem (no bo cóż innego mogłem jeszcze wtedy zrobić?). Nie czułem lęku przed śmiercią, lecz co najwyżej złość na siebie połączoną z żalem, że to już koniec. Miałem wtedy dopiero 31 lat – kto w tym wieku chce umierać! Ale co zrobić, jeśli trzeba?

Pomyślałem o żonie. Jak ona sobie teraz biedna sama poradzi z naszymi małymi dziećmi? Co zrobi, kiedy nie doczeka się mojego powrotu? Co za pech, przed samym powrotem do domu tak się urządzić!

Patrząc ze spokojem w niebo, pomyślałem: „Ciekawe, jak tam jest po drugiej stronie życia? Cóż, niedługo sam się o tym przekonam; może już za jakieś 2-3 minuty? Ręce już mam takie słabe, że dłużej nie wytrzymam, zresztą już i tak nie ma sensu walczyć z tym, co nieuchronne. Po co jeszcze dodatkowo się męczyć?”.

Jako osoba wierząca, a byłem wówczas początkującym katechetą, zrobiłem sobie rachunek sumienia i wyraziłem żal za grzechy. Musiałem się przecież przygotować na spotkanie z Panem, miałem na to chwilę czasu! „No, teraz już chyba jestem gotowy – pomyślałem. – Nikt nie wie, że tonę, więc nie ma co oczekiwać ratunku. Jak jeszcze raz prąd wciągnie mnie pod wodę, to się nie obronię. Niech już szybko będzie to, co i tak ma być!”.

Kiedy w zasadzie już tylko czekałem, aż ostatecznie wciągnie mnie morska toń, przez głowę przemknęły mi słowa, które do dziś pamiętam bardzo wyraźnie: „Panie Boże, jeśli mnie do czegoś potrzebujesz, to mnie uratujesz!”. Samego mnie one zaskoczyły, ale jednocześnie wyrwały z wszechogarniającej stagnacji i wlały w serce jakąś nieokreśloną bliżej, wydawałoby się bezpodstawną nadzieję – nadzieję, iż coś się może zdarzyć, że to jeszcze nie koniec!

„Dobra – powiedziałem sam do siebie bez większego przekonania – zbiorę jeszcze jakoś resztki sił i spróbuję, ostatni już raz, popłynąć w kierunku brzegu”.

W momencie, kiedy zacząłem płynąć, niespodziewanie zauważyłem, że ktoś do mnie podpływa. „Jeszcze jeden amator zimnej kąpieli” – pomyślałem z przekąsem. Do głowy mi nawet nie przyszło, aby go prosić o ratunek. Gorzej! Kiedy ów samotny pływak zrównał się ze mną, zapytał: „Pomóc panu?”. Powinienem natychmiast przytaknąć: „Tak, oczywiście! Proszę mi pomóc, bo nie mam już sił…”. Każdy normalny człowiek by tak przecież zrobił na moim miejscu, ale nie ja. „Nie, dzięki, dam radę – odpowiedziałem grzecznie, uśmiechając się w wymuszony sposób, i chciałem płynąć dalej. Młodzieniec uśmiechnął się tylko na moje słowa i odrzekł spokojnym, a jednocześnie dość stanowczym tonem: „Ja panu pomogę. Proszę się mnie złapać, a wspólnymi siłami dopłyniemy do brzegu”. Na szczęście dla siebie nie protestowałem. Grzecznie objąłem mego wybawcę ramieniem i ze zwiększoną mocą ruszyliśmy razem w kierunku plaży.

Do teraz nie wiem, jak to się stało, ale jakoś dziwnie szybko pokonaliśmy dzielącą nas od brzegu dosyć znaczną odległość. Wtedy się jednak nad tym nie zastanawiałem.

Miałem wrażenie, że minęła krótka chwila, kiedy mój ratownik zapytał: „Czuje pan już dno pod stopami? Proszę sprawdzić”.

Czułem! O Matko! Byłem uratowany! Jak niesamowite było to uczucie! Jak przyjemnie było czuć piasek pod nogami!

„To niech pan wstrzyma oddech, bo za chwilę przykryje nas fala” – dodał i tak też się stało.

Kiedy fala przeszła nad naszymi głowami i znów zaczerpnąłem powietrza, zdałem sobie sprawę, że do brzegu jest już bardzo blisko, a tam z kolei widoczne było jakieś wyraźne zamieszanie. „Jakaś akcja ratunkowa czy co?” – pomyślałem, patrząc na to, co się tam dzieje.

Widoczny na brzegu ratownik założył na siebie w pośpiechu pas z przymocowaną do niego liną, po czym wbiegł do morza. Drugi w tym czasie asekurował go z brzegu, popuszczając stopniowo linę. Ludzie powstawali ze swoich grajdołków i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądali się całej akcji.

„Czyżbym to ja miał być powodem całego tego zamieszania? – przemknęło mi szybko przez głowę. – Kurcze, on jednak idzie po mnie. Ale obciach! A ci wszyscy ludzie się na mnie gapią…” – nieco zawstydzony całą sytuacją, spuściłem oczy.

Pomoc ratowników z plaży okazała się jednak zbyteczna. O własnych siłach wychodziłem już bowiem z wody. Żona natychmiast podbiegła, pytając, jak się czuję i czy wszystko ze mną dobrze. Przytaknąłem z lekkim uśmiechem (podobno miałem wówczas nieciekawą minę). Ktoś z plażowiczów podał mi kubek kawy z termosu. Wypiłem kilka łyków. Była gorąca. Do dziś pamiętam jej słodki smak – sam nigdy nie słodzę kawy…

Po krótkiej chwili odpoczynku doszedłem do siebie i szybko wstałem, żeby podziękować mojemu wybawcy. Zawdzięczałem mu życie! Zacząłem się rozglądać, lecz nigdzie go nie było! Pytałem o niego żonę, przyjaciół, nikt nie mógł go znaleźć. Zniknął jak przysłowiowa kamfora!

Co ciekawe, również moja żona (jeszcze wcześniej ode mnie) chciała mu podziękować za to, że mnie uratował, lecz nie mogła go już znaleźć. Przecież przynajmniej przez chwilę powinien był się gdzieś w pobliżu znajdować, choćby tylko po to, żeby się zdążyć wytrzeć w ręcznik i ubrać. Dziwne.

Kto to mógł być? Może jakiś ratownik z kolonii? Sęk jednak w tym, że żadnej kolonii na plaży w tym czasie nie było! Samotny, przypadkowy amator morskiej kąpieli? Pytania te zostawiłem wówczas bez odpowiedzi.

Zapytacie może, skąd wzięli się ci dwaj ratownicy na niestrzeżonej plaży, którzy podjęli spóźnioną nieco akcję ratunkową? Wszystko – no, prawie wszystko – wyjaśniła mi z czasem żona.

Otóż, kiedy ja jeszcze spokojnie kąpałem się w morzu, ciesząc się wysoką falą, na plaży pojawili się nasi przyjaciele: Basia i Czesław, którzy wraz z małymi córkami również odpoczywali we Władysławowie. Znaliśmy się już wcześniej, gdyż mieszkali nad nami w jednym z bloków w Rudzie Śląskiej. Ot, zaprzyjaźnieni sąsiedzi.

Kiedy fala zniosła mnie dalej od brzegu, żona zaczęła się niepokoić. Czuła, że dzieje się coś niedobrego, gdyż nigdy wcześniej na taką odległość nie wypływałem. Swoim niepokojem podzieliła się z przyjaciółmi, którzy ulokowali się obok naszego koca. Czesiek, patrząc w moim kierunku, starał się ją uspokoić: „Przecież on tylko pływa – rzucił nieporuszony jakoś specjalnie moim widokiem. – Spokojnie, Bożena, nic się z nim złego nie dzieje!”.

Mojej żony jednak te słowa nie uspokoiły. Wiedziała bowiem, że jestem ostrożny i nigdy tak daleko od brzegu się nie oddalam. Widząc jakiegoś plażowicza z żółtą dmuchaną łódeczką, podeszła do niego i nalegała, by wypłynął mi na ratunek. Ten zaś – chyba bardziej dla świętego spokoju – wszedł do morza, zaciskając z zimna zęby, i starał się tym czymś do mnie dopłynąć. Nawet podobno kilka razy ponawiał próbę przedarcia się przez załamanie fal, lecz za każdym razem znosiło jego dmuchaną łódeczkę w stronę brzegu. Ostatecznie skapitulował.

W tym czasie moja żona zdołała jakoś przekonać Cześka, żeby pobiegł po pomoc do najbliższego miejsca, gdzie mogliby się znajdować ratownicy. Sama zaś została z dziećmi. Z niepokojem obserwowała, jak w oddali walczę z żywiołem, czasami znikając z pola widzenia, by za chwilę znów się pojawić. Czując narastającą bezradność, zaczęła się modlić, żebym wytrzymał, aż nadciągnie pomoc.

Wówczas zauważyła młodego mężczyznę, który niespiesznie wchodził na plażę. Spokojnie podszedł do brzegu, zdjął koszulkę i spodnie, po czym od razu wszedł do morza, nie próbując się nawet przyzwyczaić do zimnej wody. Szybko popłynął prosto w moim kierunku. Co było dalej, już wiecie.

Tak, tak, to był on, mój ratownik. Ci dwaj zaś przybiegli dopiero po interwencji Cześka, który biegł do nich po pomoc, ile miał sił w nogach.

Pamiętam, że kiedy wróciliśmy tego dnia z plaży, żona położyła dzieci na krótką drzemkę. Sama też musiała jakoś to wszystko w spokoju odreagować. Ja zaś usiadłem przy oknie i wpatrywałem się beznamiętnie w… chodzącą po szybie muchę. Może innym razem nie zwróciłbym na nią większej uwagi lub szybkim ruchem packi skróciłbym jej owadzie życie, lecz nie tym razem… Wlepiłem w nią zamyślony wzrok i przez głowę przemknęła mi myśl: „Ona żyje… Ona żyje i ja żyję!”.

Możecie się śmiać lub mi nie wierzyć, ale nigdy więcej w swym życiu nie czułem takiej sympatii do owadów jak wtedy… Chyba ciężko to pojąć. Można przecież zrozumieć jeszcze sympatię do psa, kota, chomika czy żółwia, ale do zwykłej muchy?!

Kiedy odpocząłem, poszedłem na dworzec PKP, aby kupić bilety powrotne na następny dzień. Wstąpiłem też do kościoła, aby podziękować za podarowane życie. Po drodze odwiedziłem znajomego księdza, któremu przy herbatce opowiedziałem całą historię. Wysłuchał mnie z uwagą, stwierdzając że miałem wyjątkowe szczęście, bowiem lokalne media podały, iż dzisiejszego dnia w wodach Bałtyku utonęło kilka osób. I pomyśleć, jak niewiele brakowało, żebym był jednym z nich!

Wracając, zajrzałem jeszcze do przykościelnego sklepiku i kupiłem sobie metalowy znaczek przedstawiający gołąbka i tęczę[2]. Chciałem mieć jakąś namacalną pamiątkę tego niezwykłego dnia mego drugiego narodzenia. Mam zresztą ten znaczek do dzisiaj. Długo nosiłem go przypiętego do klapy marynarki.

Wiem, że mam u Pana Boga dług wdzięczności. Jako katecheta i zarazem katolicki publicysta staram się go swym życiem spłacać, głosząc i popularyzując Dobrą Nowinę. Od wielu lat uczę w szkole średniej. Moi uczniowie znają już tę opisaną wyżej anielską historię. Kiedy mam temat o aniołach, zawsze o niej mówię. Okazuje się wówczas, że bardzo często ktoś się później zgłasza i zaświadcza o anielskiej pomocy w swoim życiu lub kogoś z rodziny. Takie świadectwa umacniają naszą wiarę.

Może osoby powątpiewające w anielską pomoc zapytają teraz, co kazało mi myśleć, że to był akurat anioł, a nie powiedzmy ratownik z kolonii, który akurat przyszedł sobie w wolnym czasie na plażę (jak sam zresztą początkowo założyłem). Otóż wierzę, że Bóg ingeruje w nasze życie bardzo subtelnie, wręcz niezauważalnie. Tak też wygląda pomoc aniołów, o czym sami przekonacie się na podstawie dalszych świadectw. Przecież ten anioł mógł przylecieć do mnie prosto z nieba, trzymając jakieś złociste koło ratunkowe, mógłby mi je zrzucić i pociągnąć mnie do brzegu… A jeszcze jakby ktoś tę niesamowitą akcję ratunkową filmował, to byłby dopiero telewizyjny hit (choć zapewne i tak niektórzy telewidzowie uznaliby to za jakiś tani chwyt).

Tymczasem nic z tego. Podpłynął jakiś młody facet i mnie wyciągnął. Niby zwykła, banalna historia. Kto z obecnych na plaży zobaczył w tym pomoc anioła? Założę się, że nikt! No właśnie.

Zastanawia tylko, skąd ten człowiek wiedział, że ze mną jest już źle, że tonę, kiedy tego z brzegu nie było widać? Dlaczego się nie spieszył? (Pozostali ratownicy bardzo szybko się uwijali). Może wyglądało to jak w trzymającym w napięciu amerykańskim filmie akcji, ale był przy mnie dosłownie w ostatnim momencie, kiedy poprosiłem Boga o ratunek. Dlaczego nie dał się zmylić moim zapewnieniom, że dam radę, i mimo to mi pomógł? Przypadkowa osoba by raczej odpłynęła… I gdzie zniknął, kiedy dosłownie po kilku minutach po wyjściu z wody chciałem mu podziękować? Nikt w tym małym zamieszaniu nie widział, żeby się oddalał.

Kiedy szukałem w różnych źródłach jakiejś podobnej historii, natknąłem się w internecie, na jednej z chrześcijańskich stron na niezwykłe świadectwo pewnego młodego człowieka, którego również uratował anioł z wód Bałtyku. Ów chłopak napisał, że pochodzi z wierzącej, chrześcijańskiej rodziny, lecz sam nieco pobłądził w swym życiu, do czego przyczynili się jego koledzy. Co prawda chodził jeszcze do zboru, ale jego myśli krążyły wokół muzyki, sportu, towarzystwa i innych spraw tego świata. Nie potrafił się poddać modlitwie. Jego matka nie mogła się z tym pogodzić, starając się do niego bezskutecznie dotrzeć, lecz on sam – jak twierdzi – był wówczas zamknięty na jej słowa.

Podczas wakacji pojechał on wraz z całą rodziną nad morze (mieli tam domek). Chodził tam na dyskoteki, z których wracał późno, co spotykało się ze sprzeciwem matki. Ona cały czas modliła się i płakała, martwiąc się o niego. Ta postawa rodziła w nim jednak młodzieńczy bunt.

Kiedyś matka poprosiła go, by poszedł z młodszym rodzeństwem na plażę. Nie był tym zachwycony, ale się zgodził. Tego dnia była wysoka fala i obowiązywał zakaz kąpieli, ale nie zdawali sobie z tego wówczas sprawy, gdyż ich plaża była niestrzeżona. Skuszony pięknym widokiem dużych fal postanowił, że popływa sobie i poskacze po falach.

Nieświadomie wypłynął dosyć daleko w morze i kiedy to w końcu spostrzegł, postanowił wracać. Nie było to jednak takie łatwe, gdyż po nocnym sztormie powstały mocne prądy wsteczne, które wciągały go w głąb morza. Kiedy fala po raz kolejny ciągnęła go w dół, zrozumiał, że nadchodzi jego koniec. Przestraszył się wówczas, co go może za chwilę czekać. Potępienie? Był bowiem skłócony z matką i nie pojednał się z Bogiem.

Ostatkiem sił wybił się jeszcze na powierzchnię i głośno zawołał do Boga, prosząc o ratunek. W tym samym momencie poczuł, że ktoś go nagle łapie, ratując od śmierci w głębinach. On sam, co prawda, nikogo nie widział, lecz czuł wewnętrzny pokój i miał świadomość, że już nie tonie! Ktoś niewidoczny powoli pchał go w stronę brzegu, omijając fale. On sam swobodnie poddał się tej sile. W pewnym momencie usłyszał jakby wewnętrzny głos pytający go, czy już stoi. Tak! Był uratowany.

Po chwili zobaczył, że biegną do niego ratownicy, a on sam, o dziwo, znalazł się w zupełnie innym miejscu niż to, z którego wchodził do morza. Ratowników wezwał zaniepokojony młodszy brat i ktoś ze znajomych, biegnąc po nich na strzeżoną plażę. Ci od razu rzucili się w morze, lecz – jak później sami mówili – nie mieli większej nadziei na uratowanie kogoś żywego, bo widzieli tylko ogromne fale.

Od razu po wyciągnięciu z kipieli położyli go na plaży i udzielili pierwszej pomocy (był wyziębiony, napił się sporo morskiej wody). Ratownicy, czekając na wezwany ambulans, pytali zebranych: „Kto go uratował?”. Co ciekawe, jedna pani miała widzieć ratującą chłopaka młodą osobę. Ktoś inny z kolei zarzekał się, że był to ktoś starszy, z brodą. Każdy widział coś innego. Sam chłopak nie widział nikogo, czując tylko jakąś niewidzialną siłę. Do dziś jest przekonany, że to Bóg posłał wtedy swego anioła, aby ten uratował go przed pewną śmiercią.

Natychmiast przybiegła też wylękniona tym wszystkim i zarazem szczęśliwa matka. Znajomi opowiadali mu później, że kiedy on walczył samotnie z falami, przerażona i bezsilna mama z całych sił modliła się za niego. Teraz też jest przekonana, że to Bóg go uratował.

Ta historia zmieniła naszego bohatera. Zaczął na nowo gorliwie wierzyć, ponownie zbliżając się do swojej wspólnoty.


Bóg przez swych aniołów
chroni przed śmiercią
i kalectwem na drodze

Śledząc strony internetowe, a konkretnie portal społecznościowy Facebook, natknąłem się pod linkiem moich znajomych na wzmiankę o niezwykłym ratunku podczas groźnego wypadku samochodowego. Pani Ewa Rowińska, która zamieściła tam tych kilka słów, była i nadal jest przekonana, że pomógł jej wtedy anioł. Na moją prośbę zgodziła się opisać to zdarzenie nieco szerzej. Sama zamieściła ten opis później na swoim blogu internetowym. Oto jej niesamowita, a jednocześnie prawdziwa historia niespodziewanej interwencji, która uratowała życie i zdrowie całej rodziny[3]:

Niedawno minęły dwa lata od naszego wypadku samochodowego. Zima to czas, kiedy dużo myślę o tamtym wydarzeniu.

Byliśmy w drodze z Warszawy do Kielc. Na pokładzie nasza czteromiesięczna córa Marta i mój mąż Tomek obok niej. Mąż zabawiał niezbyt lubiącą podróże Martusię – ja byłam „za kółkiem”. Długo planowaliśmy wyjazd do przyjaciół. Mieliśmy pierwotnie jechać na sylwestra, nie wyszło. Wreszcie zdecydowaliśmy się ruszyć 2 stycznia, bo był piątek i chcieliśmy wspólnie przeżyć wieczorem Szabat.

Od kilku dni była dobra pogoda, ale właśnie, gdy postanowiliśmy jechać, zaczął padać śnieg. Nie zraziliśmy się. Jadąc, jak zwykle modliliśmy się, także o bezpieczne dotarcie na miejsce, powierzaliśmy się Opatrzności Bożej przez Maryję i naszych Aniołów. Podróż mijała nam dobrze mimo złej pogody. Gdy byliśmy już blisko Kielc, nagle jakiś samochód jadący z naprzeciwka zaczął wyprzedzać kolumnę samochodów, jadąc prosto na nas. Pomyślałam: „Co za wariat spieszy się w taką pogodę?”.

Postanowiłam jednak, że mu ustąpię i zjadę na bok (droga była jednopasmowa, ale miała też takie małe pasy po bokach). Niestety w tym miejscu było trochę śniegu, co spowodowało, że wpadliśmy w poślizg i dwa razy dachowaliśmy. Pomyślałam tylko: „To tak umrę?”.

Natychmiast dodałam: „Jezu, ratuj nas!”, po czym napełnił mnie pokój, dziwne odczucie, że nic nam się nie stanie.

Wszystko trwało ułamki sekund! Gdy opadliśmy na ziemię, doszło do mnie, że pękły szyby. Wiedziałam, że wypadek jest poważny. Momentalnie poczułam przeszywający chłód i usłyszałam płacz Martusi oraz głos Tomka: „O Boże, Tusia ma w buzi szkło!”.

Wypięłam się z pasów i nie patrząc, czy jestem cała, rzuciłam się do córeczki, przekonana, że szkło wbiło jej się w twarz. Okazało się jednak, że tylko mały kawałek upadł Tusi na usta – delikatnie go zdjęłam.

Zaczęli się schodzić ludzie z samochodów, które zaraz przystanęły. Ktoś od razu zaproponował, że weźmie Małą do samochodu, żeby nie zmarzła. Kierowca samochodu, który nas nieomal nie zabił… uciekł.

Zadzwoniłam do Roberta, do którego jechaliśmy. Przyjechał po nas i zabrał do Kielc. W międzyczasie przyjechało pogotowie zobaczyć naszą Tusię oraz policja. W końcu dotarliśmy na Szabat. Był niezwykły! Pełen ciszy, zadumania, głębokiej modlitwy. Marlena, żona Roberta, powiedziała, że to niesamowite, że z takiego wypadku wyszliśmy bez najdrobniejszego zadrapania, że byliśmy niesieni przez Boga. Tak, tak właśnie się czułam! Odczułam wówczas, że byliśmy niesamowicie chronieni, otoczeni, schowani wręcz w Jego dłoniach. Bogu dzięki za uratowanie naszego życia!

Doświadczyłam też, że diabeł walczył z naszym Aniołem. Zły doprowadził do wypadku, samochód nadawał się do kasacji, ale nasz Anioł nie pozwolił, by nam choćby włos z głowy spadł! Nasza modlitwa została wysłuchana – bezpiecznie dotarliśmy do celu, choć nie bez przygód. Zachowaliśmy niezwykły spokój ducha, nie opanowała nas ani rozpacz, ani panika. Chcę zawołać za Psalmistą: „Choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną!”.

Ewa Rowińska

Widziałem kiedyś taką zabawną naklejkę dla kierowców, na której można było przeczytać: „Jedź tak, żeby twój Anioł Stróż mógł za tobą zdążyć”. O niego jednak nie musimy się wcale martwić, bo zdąży z pewnością. Powinno tam być raczej napisane: „Jedź tak, żeby twój Anioł Stróż nie musiał ratować cię z opresji!”. Choć czasem zaistniała sytuacja bywa przez nas niezawiniona i pomoc anioła jest wówczas niezbędna.

A Ty, drogi Czytelniku, pamiętasz o swym Aniele Stróżu, siadając za kierownicą? Raczej nie? Rzadko? Widzisz zatem, że warto o Nim pamiętać, odmawiając przed wyruszeniem w drogę choć krótką modlitwę.


Dwa aniołki

Jeśli mam być szczery, to w zasadzie dopiero zbierając materiały do tej książki zacząłem się zastanawiać nad dziwnymi zdarzeniami, „przypadkami” z własnego życia. Nie potrafię w stu procentach powiedzieć, że dotyczą one anielskiej pomocy, choć z drugiej strony nie mogę też tego wykluczyć. Niektóre odcisnęły się mocno w pamięci i mimo, iż dotyczą mego dzieciństwa, nie potrafię o nich zapomnieć, choć szczegóły tych zdarzeń uległy już pewnemu zatarciu. Tak też było z historią, którą poniżej opisuję. Poprosiłem więc mych rodziców o odświeżenie pamięci i pomoc w podaniu faktów. Oto efekt naszej wspólnej pracy.

Było sobotnie letnie popołudnie 1970 roku. Miałem wtedy 7 lat. Wraz z rodzicami oraz młodszym bratem wybieraliśmy się na weekendową wycieczkę do Cieplic organizowaną przez zakład pracy mego ojca[4]. Zapewne młodsi czytelnicy dziwią się teraz, dlaczego weekendowy wyjazd miał miejsce dopiero w sobotę, a nie w piątek po pracy. Może trudno to sobie dziś wyobrazić, ale soboty wówczas były normalnym dniem roboczym…

Ja już takich szczegółów nie pamiętałem, ale rodzice powiedzieli mi, że autobus marki Jelcz (popularnie zwany „ogórkiem”), którym mieliśmy wtenczas jechać, był podstawiany przez Biuro Podróży „Turysta”.

Ruszyliśmy. Już w okolicach Opola jakaś awaria autobusu unieruchomiła nas na kilka ładnych godzin. Tata pamięta, że strzeliła wówczas uszczelka z głowicy silnika (ja, z racji młodego wieku, nie byłem wówczas świadomy tego faktu). Kierowca nie wzywał pomocy (jak dziś by to miało miejsce), lecz sam zabrał się za naprawę. Ile mu czasu zeszło, tyle zeszło, nikt nie miał do niego pretensji – sytuacja losowa, w końcu nie jego wina… Naprawił, ruszyliśmy dalej!

W autobusie panowała wesoła, wycieczkowa atmosfera. Ktoś z tyłu pojazdu dla animuszu częstował sąsiadów mocniejszym alkoholem. Śpiewano, żartowano. Tylko jedna starsza kobieta nie przyłączała się do tej wesołej kompanii (dla mnie wówczas wszystkie panie po 40-stce były „starsze”, więc dziś, sam będąc „starszym panem”, nie pamiętam już, w jakim ona mogła być wieku). Po cichu modliła się i odmawiała różaniec, co nie uszło uwagi nieco już podchmielonej i rozbawionej grupki mężczyzn. (Jak się później okazało, kobieta miała też przy sobie buteleczkę z wodą święconą – ot tak, na wszelki wypadek). Podpici już nieco panowie trochę sobie pożartowali na jej temat, a że ona nie reagowała na ich słowne zaczepki, ostatecznie przestali się nią interesować. Tak mijała nam podróż.

Powoli zaczął zapadać zmrok, a my zbliżaliśmy się do Kowar, kiedy na krętej drodze biegnącej nad przełęczą nasz autokar niespodziewanie zjechał na pobocze i mocno pochylony zatrzymał na samym krawężniku! Pod nami rozciągało się piękne i zarazem groźne urwisko. Nietrudno się domyślić, co nam groziło, gdyby autobus w porę nie wyhamował… Wyraźnie Ktoś nad nami czuwał.

Dlaczego autobus się przechylił? No cóż – coś mu się urwało! Mimo że byłem jeszcze dzieckiem, doskonale pamiętam, jak siedząc przy oknie, z zaciekawieniem obserwowałem wolno toczące się po ulicy koło, które po kilku przebytych metrach bezwładnie wpadło do rowu.

W autokarze zapadła cisza. Nikomu nie było do śmiechu. Wszyscy zdawali sobie sprawę z grozy całej sytuacji. Ktoś powiedział, że od pewnej śmierci uratowała nas tylko modlitwa i woda święcona wyśmiewanej wcześniej pasażerki oraz jadące w autobusie „dwa aniołki”, jak pieszczotliwie określono wówczas mnie i brata – najmłodszych wycieczkowiczów.

Mimo że kierowca był dobrym mechanikiem, tej awarii nie był już w stanie naprawić na poczekaniu. Wezwano nowy autokar, którym kontynuowaliśmy podróż.

Pamiętam, że do końca drogi nikt już nie żartował z modlącej się pasażerki, a moja mama od tej pory zawsze zabiera ze sobą w podróż malutki pojemniczek z wodą święconą i oczywiście nie zapomina o modlitwie.

Czuwała nad nami opatrzność Boża czy też Anioł Stróż pomógł jakoś kierowcy w opanowaniu pojazdu? Tego już się nie dowiemy. Ważne, że wszystko dobrze się skończyło.


Sarna

Po jednej z lekcji na temat aniołów w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 2 im. Gustawa Morcinka w Rudzie Śląskiej, gdzie katechizuję, jeden z uczniów dał interesujące świadectwo anielskiej pomocy, jakiej doświadczył on sam i jego rodzina podczas podróży samochodem. Poprosiłem, by je spisał na potrzeby niniejszej książki, za co mu w tym miejscu serdecznie dziękuję. Oto jego historia:

Pewnego majowego dnia wraz z rodziną udałem się samochodem do Niemiec na komunię mieszkającej tam kuzynki. Jechaliśmy nocą, aby rano dotrzeć do celu. Około godziny piątej nad ranem, tradycyjnie, jak zawsze podczas długiej jazdy, rozpoczęliśmy wspólną modlitwę. Trwała ona około pół godziny.

Na terenie państwa niemieckiego jechaliśmy autostradą ze średnią prędkością 130 km na godzinę.

Gdy zajmowaliśmy akurat środkowy pas jezdni, nagle usłyszałem huk. Okazało się, że… uderzyliśmy w sarnę! Samochód jadący obok nas prawym pasem gwałtownie zahamował, po czym obrócił się wokół swej osi i wpadł do rowu – my zaś spokojnie wyhamowaliśmy. Po obejrzeniu naszego pojazdu okazało się, że poza stłuczonym reflektorem nie mamy innych szkód będących oznaką tego uderzenia. Co jednak najważniejsze, nikomu z nas nic się nie stało – byliśmy cali i zdrowi.

Zauważyłem, że jadący obok nas samochód (ten, który ostatecznie wpadł do rowu) był dosyć mocno poturbowany, ale nikt nie zginął.

Do dnia dzisiejszego zastanawiam się nad przebiegiem tamtego zdarzenia. Przecież gdyby tata, który wówczas kierował autem, choć lekko skręcił kierownicą, mogłoby się to – przy takiej prędkości – skończyć dla nas tragicznie. Przecież po lewym pasie także jechał samochód, który akurat w tym momencie nas wyprzedzał!

Uważam, że pomogła nam wtedy ufna modlitwa. Po prostu „Ktoś” nad nami czuwał i uratował z opresji.

Karol Czyszczon
Ruda Śląska, 25 lutego 2011


Anioł odciąga spod kół
pędzących samochodów

Chyba największa liczba świadectw anielskich pomocy, jakie udało mi się uzyskać, dotyczy pieszych. Ja wybrałem dla Was tylko kilka z nich, ale za to pewnych. Po prostu wielu z tych ludzi znam osobiście i mogę za nich ręczyć.

Zacznę może od przytoczenia świadectwa mojej córki Emilii. Pamiętam, że przed laty przejęta opowiadała po powrocie ze szkoły, co ją tego dnia spotkało. Poprosiłem ją, by napisała o tym choć kilka zdań. Okazuje się, że mimo iż upłynęło już trochę czasu – ona sama jest teraz osobą dorosłą, studentką teologii na Uniwersytecie Śląskim – pamięta doskonale to zadziwiające zdarzenie z dzieciństwa.

W 2002 roku chodziłam do szóstej klasy Szkoły Podstawowej nr 1 w Rudzie Śląskiej (dzielnica Nowy Bytom). Jako że rok wcześniej przeprowadziliśmy się z rodzicami do większego mieszkania (w innej dzielnicy naszego miasta), najczęściej dojeżdżałam tych kilka przystanków dzielących mnie od mojej szkoły autobusem.

Któregoś dnia, kiedy jak zwykle szłam na autobus, żeby dojechać do szkoły, przytrafiło mi się po drodze coś niezwykłego, coś, co mocno zapisało się w mojej pamięci.

Tego właśnie pamiętnego dnia miałam mieć w szkole sprawdzian z matematyki, więc wolno idąc, powtarzałam sobie po drodze zadany materiał. Byłam tak zaczytana, że nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiłam pierwszy krok na ulicę.

W tym samym momencie, niemal w ułamku sekundy wydarzyły się dwie rzeczy. Otóż niespodziewanie usłyszałam piskliwy odgłos ostrego hamowania. Kiedy zaskoczona tym dźwiękiem odwróciłam głowę, zobaczyłam ciężarówkę pędzącą prosto na mnie. Momentalnie zamarłam w miejscu. Przerażona nie zdążyłam się nawet ruszyć. I w tym samym momencie, ktoś chwycił mnie za ramię, mocno ciągnąc do tyłu, wprost na chodnik.

Ciężarówka przejechała, a ja jeszcze przez moment stałam w szoku. Odwróciłam się za siebie, żeby zobaczyć, kto mi pomógł, ale nikogo za mną nie było! W ogóle nie było wtedy na chodniku żadnych ludzi. W pobliżu nie znajdowała się też żadna brama czy boczna uliczka, w stronę której ktoś mógłby się szybko oddalić po udzieleniu mi tej niespodziewanej pomocy.

Widząc to, od razu przyszło mi do głowy, że był to mój Anioł Stróż. Poczułam nawet niezwykłą wewnętrzną pewność, że to był właśnie On.

Emilia Fels

Również znajoma pielęgniarka pracująca w jednym ze szpitali Rudy Śląskiej przechowuje w swej pamięci pewne niezwykłe zdarzenie sprzed lat. Jest przekonana, iż Bóg wysłał swego anioła, by ten uratował życie jej dziecku. Co ciekawe, nawet go wówczas widziała. Na moją prośbę spisała dla Was to niezwykłe wspomnienie, które głęboko zapadło jej w pamięć. Oto ono:

Cała historia zdarzyła się ładnych kilkanaście lat temu, pewnego letniego niedzielnego wieczoru. Mąż miał mnie wówczas odwieźć do pracy, bo miałam nocny dyżur w szpitalu. Mój 5-letni wówczas syn Marcin chciał pobawić się na podwórku ze swoim ulubionym kolegą Krystianem. Poprosiłam 8-letniego Krystiana, żeby zadzwonił na domofon, kiedy Marcin będzie chciał pójść do domu, gdzie miała czekać już na niego babcia. Wsiadając do samochodu, odwróciłam jeszcze głowę i zobaczyłam teściów idących w naszą stronę oraz mojego synka wbiegającego na ulicę i wołającego do mnie: „Mamo, Mamo!”. Jednocześnie ujrzałam pędzący z przeciwnego kierunku biały samochód. Pamiętam, że w tym krytycznym momencie siedziałam jak sparaliżowana – nie potrafiłam wykrztusić z siebie nawet słowa. Zdążyłam jedynie pomyśleć: „Synku, co robisz?! Jezu, zmiłuj się…”.

Wtem zobaczyłam starszego mężczyznę, który dosłownie pojawił się tam nie wiadomo skąd i jednym zdecydowanym ruchem odciągnął mojego Marcina na chodnik. Nie zapamiętałam jego twarzy. Wiem tylko, że był to starszy człowiek około 60-tki o nieco dłuższych, siwych i lekko kręconych włosach. Ubrany był w jasną koszulę i spodnie, zaś na stopach miał założone sandały.

Szybko wyskoczyliśmy z mężem z samochodu i podbiegliśmy do naszego synka. Chciałam podziękować mężczyźnie, który uratował mu życie, ale… już go nie było! Ucałowaliśmy tylko syna i szczęśliwi odprowadziliśmy do domu.

Historia z tajemniczym mężczyzną nie dawała mi jednak w nocy spokoju. Zastanawiałam się: Skąd się wziął przy Marcinie? Dlaczego nie zauważyliśmy momentu, kiedy się oddalił? Może stało się tak dlatego, iż byłam tylko skupiona na swoim dziecku?

Następnego dnia zapytałam Marcina, czy podziękował temu panu, który go uratował. Syn, nieco zdziwiony moim pytaniem, odpowiedział: „Mamo, tam nie było żadnego pana – odsunąłem się sam”. Rozmawiałam o tym dziwnym zdarzeniu również z moim mężem, lecz on także nikogo takiego nie widział.

Grażyna Siwek
Ruda Śląska, 18 lutego 2012

Dzięki uprzejmości sióstr ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów przytaczam poniżej świadectwo młodej dziewczyny, które przesłała ona do wydawanego przez siostry miesięcznika pod tytułem „Anioł”. Myślę, że tego subtelnego doświadczenia anielskiej pomocy długo jeszcze nie zapomni:

Chcę się podzielić moim doświadczeniem opieki Anioła Stróża.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.