Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 197 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Kwiecień 1986 rok. Informacje o katastrofie w Czarnobylu i skażeniu promieniotwórczym docierają do Polski, ale o faktycznym stanie zagrożenia wiedzą tylko nieliczni. Prawdziwe informacje są skutecznie blokowane przez władze, które prowadzą politykę dezinformacyjną sugerującą niewielką skalę skażenia. W tym czasie, w nieznanych okolicznościach z mieszkania na dziewiątym piętrze wyskakuje znany i ceniony naukowiec. Wszystko wskazuje na samobójstwo, ale pewne fakty dowodzą, że było to zabójstwo na zlecenie. Okoliczności śmierci i zacierania śladów pracy naukowca nie udaje się wyjaśnić. Prywatne śledztwo podejmuje dziennikarz telewizyjny, który wie, że rozwikłanie tej zagadki jest praktycznie niemożliwe...

Opinie o ebooku Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Fragment ebooka Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Spis treści

  • Motto
  • Prolog
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 32

Co­py­ri­ght © by Woj­ciech Wik­to­row­ski, War­sza­wa 2011

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Kto jest ten zwy­cię­ża,
kto gi­nie ten nie miał racji.

Prolog

Nie­zna­jo­my no­sił bia­ły far­tuch, bia­łe spodnie i spe­cjal­ne obu­wie ochron­ne. Choć z da­le­ka wy­glą­dał jak inni, Sa­sza R. od razu wie­dział, że coś jest nie tak. Po­dejrz­li­wie pa­trzył, jak nie­zna­jo­my prze­cha­dza się po hali re­ak­to­ra, spraw­dza apa­ra­tu­rę kon­tro­l­ną i po­chy­la się nad stro­na­mi wy­dru­ków z kom­pu­te­ra. Wie­dział, że wy­star­czy tyl­ko po­dejść bli­żej, aby nie­zna­jo­my się od­wró­cił. Uka­zy­wa­ła się wte­dy groź­na za­gnie­wa­na twarz i pa­ła­ją­ce nie­na­wi­ścią oczy. Ta twarz była po pro­stu strasz­na: na czo­le i skro­niach wid­nia­ły głę­bo­kie rany, a krew za­krze­pła na po­licz­kach two­rzy­ła czar­ną, gru­bą sko­ru­pę. Do tego do­cho­dzi­ła roz­łu­pa­na gło­wa, stra­szą­ca głę­bo­ką dziu­rą, z któ­rej wy­pły­wa­ła bia­ła kle­ista substancja.

Gdy Sa­sza po raz pierw­szy zo­ba­czył ten prze­ra­ża­ją­cy wi­dok, nie wy­trzy­mał. Od­sko­czył jak opa­rzo­ny, od­wró­cił się i za­czął ucie­kać. Biegł dłu­gi­mi, nie­koń­czą­cy­mi się ko­ry­ta­rza­mi, któ­re ota­cza­ły hale re­ak­to­ra, i choć nogi cią­ży­ły mu jak ołów, a płu­ca ści­śnię­te w skur­czu prze­ra­że­nia nie po­zwa­la­ły za­czerp­nąć ani odro­bi­ny po­wie­trza, nie za­trzy­mał­by się za nic w świecie.

Tak było za pierw­szym ra­zem. Po­tem, gdy kosz­mar­ny sen za­czął się po­wta­rzać, Sa­sza ze­brał się na od­wa­gę i po­sta­no­wił do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o ta­jem­ni­czej zja­wie. Całą siłą woli sta­rał się więc po­wstrzy­mać chęć uciecz­ki i prze­dłu­żyć spo­tka­nie ze strasz­li­wym przy­by­szem, aby zło­wić choć strzęp zda­nia, za­no­to­wać w pa­mię­ci ja­kiś szcze­gół, co­kol­wiek, co po­mo­gło­by wy­ja­śnić za­gad­kę prze­ra­ża­ją­cych odwiedzin.

Tej nocy pra­wie się uda­ło. Nie zro­zu­miał wpraw­dzie tego, co męż­czy­zna po­słu­gu­ją­cy się ja­kimś dziw­nym ję­zy­kiem usi­ło­wał mu po­wie­dzieć, bez tru­du roz­po­znał jed­nak przed­miot le­żą­cy na jego dło­ni. Była to mała, okrą­gła kap­suł­ka. Ty­sią­ce po­dob­nych pa­sty­lek wy­peł­nia­ły prę­ty pa­li­wo­we re­ak­to­ra. Dla­cze­go miał­by się nimi za­in­te­re­so­wać? Dla­cze­go były tak waż­ne? Dla­cze­go spo­tka­nie z nie­zna­jo­mym i cały sen za­koń­czy­ły się sce­ną ogrom­ne­go pożaru?

Obu­dził się zla­ny po­tem. Koń­czę się, po­my­ślał z re­zy­gna­cją. Wo­lał na­wet nie przy­pusz­czać, co po­wie­dział­by le­karz re­sor­to­wy, gdy­by zwie­rzył mu się ze swo­ich kosz­ma­rów. Do­brą pra­cę, ży­cie w no­wym, świet­nie za­opa­trzo­nym mie­ście pew­nie mógł­by spi­sać na straty.

Za­nim na­de­szła pora wy­jaz­du, zjadł coś, zro­bił za­ku­py, po­sprzą­tał miesz­ka­nie. Noc­ne prze­ży­cia nie mi­nę­ły jed­nak bez śla­du: nie cie­szył go ani po­czą­tek wio­sny, ani per­spek­ty­wa zbli­ża­ją­ce­go się week­en­du, któ­ry za przy­kła­dem do­świad­czo­nych pra­cow­ni­ków prze­dłu­żył so­bie do dru­gie­go maja. Był apa­tycz­ny i zniechęcony.

Au­to­bus od­je­chał o 14.45. Po dro­dze, jak zwy­kle, za­trzy­my­wał się jesz­cze dwa razy, wresz­cie do­wiózł ich do elek­trow­ni po­ło­żo­nej kil­ka ki­lo­me­trów od mia­sta. Sa­sza, jak co dzień, ro­ze­brał się w szat­ni, ru­szył pod prysz­nic, a na­stęp­nie w sa­mych slip­kach prze­szedł do „brud­nej” stre­fy. Tam cze­kał na nie­go bia­ły far­tuch, cze­pek i spe­cjal­ne obuwie.

Gdy o czwar­tej po­ja­wił się na swo­im sta­no­wi­sku w ste­row­ni, do­wie­dział się, że moc re­ak­to­ra zo­sta­ła ob­ni­żo­na o po­ło­wę i że wszyst­ko jest już go­to­we do prze­pro­wa­dze­nia eks­pe­ry­men­tu. Za­klął pod no­sem. Prze­klę­ty eks­pe­ry­ment. Dał­by wie­le, żeby już mieć go z głowy.

Tym­cza­sem pró­ba nie była szcze­gól­nie trud­na. Aby usta­lić pa­ra­me­try róż­nych urzą­dzeń w wa­run­kach awa­rii, po­sta­no­wio­no awa­rię taką, oczy­wi­ście kon­tro­lo­wa­ną, za­aran­żo­wać. Ry­zy­ko praw­dzi­we­go wy­pad­ku, któ­re po­ja­wia­ło się przy tej oka­zji, uzna­no za mi­ni­mal­ne. Sa­sza R. był jed­nak in­ne­go zdania.

Naj­bar­dziej mar­twił się za­blo­ko­wa­niem awa­ryj­ne­go sys­te­mu chło­dze­nia re­ak­to­ra. Wy­da­wa­ło się to nie­moż­li­we, ale kie­row­nic­two na­praw­dę zgo­dzi­ło się na za­plom­bo­wa­nie i wy­łą­cze­nie naj­waż­niej­sze­go sys­te­mu bez­pie­czeń­stwa. Po­zwo­lo­no od­ciąć od prą­du za­su­wy na ru­ro­cią­gach i za­mknąć je na kłód­kę. W od­po­wie­dzi na jego ra­port dy­rek­cja tłu­ma­czy­ła, że na­głe po­da­nie wody do roz­grza­ne­go re­ak­to­ra gro­zi po­waż­nym uda­rem cieplnym.

Trud­no mu było tak­że spo­koj­nie słu­chać o pla­nach za­blo­ko­wa­nia awa­ryj­nych ge­ne­ra­to­rów spa­li­no­wych i trans­for­ma­to­ra re­zer­wo­we­go. Wy­ja­śnie­nia, wy­ma­ga tego „czy­stość” eks­pe­ry­men­tu, nie tra­fia­ły mu do prze­ko­na­nia. Pro­jek­tan­ci nie umie­ści­li prze­cież tych urzą­dzeń dla dekoracji.

Z każ­dą chwi­lą po­by­tu w ste­row­ni czuł co­raz więk­szy nie­po­kój. Oka­za­ło się, że na do­brą spra­wę po­zo­stał im tyl­ko je­den śro­dek bez­pie­czeń­stwa przy­cisk za­bez­pie­cze­nia awa­ryj­ne­go. Po jego na­ci­śnię­ciu w głąb re­ak­to­ra mia­ło opaść dwie­ście je­de­na­ście prę­tów wy­peł­nio­nych bo­rem sub­stan­cją sil­nie po­chła­nia­ją­cą neu­tro­ny. Re­ak­cja łań­cu­cho­wa w re­ak­to­rze po­win­na ulec na­tych­mia­sto­we­mu zahamowaniu.

Po­pa­trzył z uwa­gą na czer­wo­ny gu­zik umiesz­czo­ny po­środ­ku pul­pi­tu ste­row­ni­cze­go. Ich je­dy­na gwa­ran­cja. Stu­pro­cen­to­we za­bez­pie­cze­nie. Ale czy na pewno?

Po­czuł zim­ne kro­ple potu spły­wa­ją­ce po ple­cach. Jak na zwol­nio­nym fil­mie prze­su­nę­ły się przed nim ma­ka­brycz­ne sce­ny, o któ­rych wcze­śniej ani on, ani ża­den z pra­cow­ni­ków elek­trow­ni nie od­wa­żył­by się po­my­śleć. Re­ak­tor tra­ci sta­bil­ność, aby za­po­biec wy­pad­ko­wi, ktoś na­ci­ska przy­cisk awa­ryj­ny. Koń­ców­ki prę­tów po­wo­li za­głę­bia­ją się w ka­na­łach re­ak­to­ra. Koń­ców­ki te wie­dział o tym do­sko­na­le wy­peł­niał gra­fit. Po­tem był me­tro­wy pu­sty od­ci­nek, a do­pie­ro póź­niej cześć pochłaniająca.

Do stre­fy ak­tyw­nej re­ak­to­ra naj­pierw wcho­dzi więc sub­stan­cja po­wo­du­ją­ca sko­ko­wy wzrost jego mocy. W ka­na­łach za­czy­na ki­pieć no­śnik cie­pła. Bły­ska­wicz­nie ro­sną ci­śnie­nie i tem­pe­ra­tu­ra pary. Je­śli z ja­kie­goś po­wo­du opa­da­nie prę­tów po­trwa zbyt dłu­go albo zo­sta­nie za­trzy­ma­ne po­wtó­rzy się hi­sto­ria z Three Mile Is­land. Wsku­tek re­ak­cji roz­grza­nej pary z sub­stan­cja­mi wcho­dzą­cy­mi w skład osłon ele­men­tów pa­li­wo­wych za­cznie się wy­dzie­lać mie­sza­ni­na pio­ru­nu­ją­ca. Wte­dy wy­star­czy jed­na iskra.

O dwu­dzie­stej trze­ciej za­dzwo­nił te­le­fon. Okręg Ener­ge­tycz­ny wy­ra­ził zgo­dę na odłą­cze­nie tur­bo­ge­ne­ra­to­ra od sie­ci. Dzie­sięć mi­nut póź­niej za­czę­li zno­wu ob­ni­żać moc re­ak­to­ra. Eks­pe­ry­ment się rozpoczynał.

Sa­sza R. nie wziął w nim jed­nak udzia­łu. Do­kład­nie o pół­no­cy, w pią­tek, skoń­czy­ła się jego zmia­na. Prze­brał się i wró­cił au­to­bu­sem do domu. Do sa­me­go rana spał zdro­wo i moc­no. Noc­ny gość nie od­wie­dził go już nigdy.

1

To było jed­no z tych bez­tro­skich, we­so­łych przy­jęć, ja­kich dzi­siaj już nie ma. Na sto­łach kró­lo­wa­ła żyt­nia oraz pół­mi­ski ka­na­pek z szyn­ką, żół­tym se­rem i ja­ki­miś wa­rzy­wa­mi. Pa­nie piły buł­gar­skie czer­wo­ne wino lub fran­cu­ską bran­dy z Pe­we­xu. Na re­ga­le hu­czał ad­ap­ter, od­twa­rza­jąc sta­rą, zdar­tą pły­tę z prze­bo­ja­mi Pau­la Anki. W ma­łym żo­li­bor­skim miesz­ka­niu było tłocz­no i ha­ła­śli­wie. Przy­ję­cie się rozkręcało.

Zo­ba­czy­łem go, sto­ją­ce­go w drzwiach z wiel­ką bu­tel­ką w ręku. Gó­ro­wał pra­wie o gło­wę nad tań­czą­cy­mi i ła­two moż­na było do­strzec lek­kie za­nie­po­ko­je­nie, gdy roz­glą­dał się po po­ko­ju, spraw­dza­jąc, czy nikt nie opu­ścił swo­jej ko­lej­ki i nie stra­szy nie­do­pi­tym kie­lisz­kiem. Ale nie wszyst­ko było w porządku.

Wy­pro­sto­wał się i za­czął coś mó­wić do żony, któ­ra ucze­pi­ła się rę­ka­wa jego ma­ry­nar­ki. Ści­śle rzecz bio­rąc, rzu­cił w jej kie­run­ku ja­kąś uwa­gę i te­raz już tyl­ko słu­chał, jak pa­ple coś, prze­krzy­ku­jąc mu­zy­kę. Stał tak, uśmie­cha­jąc się wiel­ki, nie­po­ru­szo­ny, niepokonany.

Traf chciał, że wła­śnie w tej chwi­li Paul Anka za­koń­czył swo­je po­pi­sy, mu­zy­ka uci­chła, tań­czą­cy znie­ru­cho­mie­li, jak­by za­sta­na­wia­jąc się, czy da­lej ro­bić swo­je, czy za­jąć się czymś po­ży­tecz­niej­szym. Trwa­ło to tyl­ko krót­ką chwi­lę, za­raz ktoś zmie­nił pły­tę, ad­ap­ter za­trzesz­czał i z gło­śni­ków ru­szy­ła mu­zycz­na ma­szy­ne­ria Ben­ny Goodmana.

To było jak fan­fa­ra na jego cześć. Or­kie­stra gra­ła, a on stał oto­czo­ny roz­ba­wio­ny­mi ludź­mi, któ­rzy roz­po­czy­na­li ko­lej­ny ta­niec. Po­tęż­ny, czter­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, któ­ry do tej pory ze wszyst­kim so­bie ra­dził. Dok­tor, fi­zyk, ato­mi­sta. I do tego z pę­ka­tą flasz­ką w ręku.

Ga­pi­łem się na ja­kąś tań­czą­cą parę, gdy po­czu­łem stuk­nię­cie w ra­mię. Stał tuż za mną i z dumą po­ka­zy­wał bu­tel­kę dwu­na­sto­let­niej szkockiej.

Ro­ze­śmia­łem się i się­gną­łem od razu po czy­stą szklaneczkę.

Zrzut?

Po­krę­cił prze­czą­co głową.

Klient.

gwizdnąłem.

Wy­da­wa­ło mi się, że oni uży­wa­ją ra­czej stolicznej.

Skrzy­wił się. Chciał coś od­po­wie­dzieć, ale naj­wy­raź­niej uznał, że waż­niej­sze bę­dzie na­le­wa­nie dro­go­cen­ne­go trun­ku. Pod­nie­śli­śmy szklan­ki w górę.

Zdro­wie! klien­ci i klien­ci po­wie­dział, gdy już skosz­to­wa­li­śmy trun­ku. Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody.

Ro­zej­rzał się po po­ko­ju wy­peł­nio­nym tań­czą­cy­mi ludź­mi. Ben­ny Go­od­man, za­pach nie­złe­go ty­to­niu, ba­te­ria bu­te­lek z do­brym al­ko­ho­lem, no i co naj­waż­niej­sze: sta­rzy, wy­pró­bo­wa­ni zna­jo­mi jego te­ry­to­rium było od­po­wied­nio wy­ko­rzy­sta­ne. Go­ście i go­ście. Tu byli ci właściwi.

Wi­dzi­my się jutro?

Ski­nął gło­wą, od­sta­wił szklan­kę i znik­nął gdzieś w tłu­mie. Roz­mo­wa do­bie­gła końca.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się nad tym, co po­wie­dział. Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody? Od­po­wiedź po­ja­wi­ła się na­tych­miast w po­sta­ci zwa­li­ste­go fa­ce­ta w kra­cia­stej twe­edo­wej ma­ry­nar­ce. Zwa­bi­ła go bu­tel­ka whi­sky, któ­rą Dok­tor nie­opatrz­nie zo­sta­wił na stole.

Po­zwo­li pan mruk­nął pod no­sem i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, gru­by­mi pa­lu­cha­mi za­brał się do na­kręt­ki. Na­lał so­bie co naj­mniej pół szkla­necz­ki. Po­nie­waż ga­pi­łem się na to bez en­tu­zja­zmu, mru­gnął do mnie porozumiewawczo.

Do­bry ga­tu­nek po­wie­dział. Za­wsze przy­wo­żę spo­ry zapas.

No i wszyst­ko było ja­sne. Do­brze, że nie za­me­li­no­wa­łem gdzieś tej butelki.

Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody rzu­ci­łem, żeby za­cząć od cze­goś rozmowę.

To mu się spodo­ba­ło. Na­la­ną twarz ozdo­bił szcze­ry uśmiech pod­pa­trzo­ny u za­gra­nicz­nych sze­fów. Ski­nął głową.

Mó­wią, że czer­wo­ni już na li­nach. Jesz­cze tro­chę i bę­dzie­my ich mieli.

Zro­bi­łem głu­pią minę. No bo jak za­re­ago­wać na taką bezpośredniość.

A Dok­tor? za­in­te­re­so­wa­łem się.

Dok­tor? ro­ze­śmiał się grom­ko. Prze­wie­trzy­li­śmy tro­chę jego mu­zeum. Na pew­no nie bę­dzie mu­siał się wstydzić.

Było tak źle?

Jesz­cze go­rzej ko­lej­ne po­ro­zu­mie­waw­cze mru­gnię­cie. Za­trzy­ma­li się trzy­dzie­ści lat temu. Woj­ny ją­dro­we, prób­ne wy­bu­chy w at­mos­fe­rze. A to już nie te czasy.

Wy­pił spo­ry łyk. Po­dą­ży­łem w jego ślady.

W każ­dym ra­zie wy­po­sa­że­nia Dok­tor nie musi się wsty­dzić. Było cho­ler­nie cięż­ko, ale zdą­ży­li­śmy. Sam pan wkrót­ce się przekona.

Wkrót­ce… czy­li ju­tro. Chce­my po­ka­zać na ma­łym ekra­nie pra­cow­nie pol­skich uczonych.

Ju­tro? Po­pa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Poważnie?

Wzru­szy­łem ramionami.

Dzień jak każ­dy inny.

Wy­glą­da­ło, jak­by ta uwa­ga po­psu­ła mu na­strój. Na­gle spo­waż­niał i za­my­ślił się nad czymś głę­bo­ko. Się­gnął po bu­tel­kę. Za­nim jed­nak na­lał mi choć kro­plę, zmie­nił zdanie.

Niech pan już wię­cej nie pije po­wie­dział bar­dzo serio.

Po­tem nie­spo­dzie­wa­nie od­krę­cił się na pię­cie i od­szedł. Dziw­ny typ!

Oczy­wi­ście, nie mia­łem za­mia­ru przej­mo­wać się idio­tycz­ną radą. Na­la­łem so­bie do peł­na i w spo­ko­ju chło­ną­łem na­strój przy­ję­cia. Ro­bi­ło się co­raz gło­śniej, gwar roz­mów co­raz sku­tecz­niej za­głu­szał mu­zy­kę, wresz­cie ktoś się zli­to­wał i wy­łą­czył ad­ap­ter. Wszy­scy ga­da­li, śmia­li się i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie wy­glą­dam głu­pio, sto­jąc jak ko­łek przy sto­le z zakąskami.

Po­moc na­de­szła w samą porę. Mia­ła oko­ło trzy­dziest­ki, skrom­ną let­nią su­kien­kę i fan­ta­stycz­ną fry­zu­rę w ko­lo­rze blond. Spra­wia­ła wra­że­nie zagubionej.

Zwa­bi­łem na szkla­necz­kę whisky.

Wi­dzę, że ma pan spe­cjal­ne ukła­dy po­wie­dzia­ła, pró­bu­jąc zło­ci­ste­go płynu.

Wzru­szy­łem ramionami.

To nasz go­spo­darz. Nowa apa­ra­tu­ra, nowe znajomości.

Sły­sza­łam. Wresz­cie idzie w górę.

Skrzy­wi­łem się.

Ale stam­tąd jest po­dob­no tyl­ko jed­na dro­ga. Tak mówią.

Nie dała się przekonać.

Kra­ka­nie! Co ma ro­bić? Spę­dzić resz­tę ży­cia w tej swo­jej piwnicy?

W piwnicy?

Od­sta­wi­ła szklan­kę i ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju. Ktoś po­ma­chał do niej ręką. Od­mach­nę­ła. Wy­glą­da­ło na to, że na­sza roz­mo­wa do­bie­ga końca.

Ju­tro pan zo­ba­czy rzu­ci­ła. I niech pan tyle nie pije.

Za­nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć coś sen­sow­ne­go, znik­nę­ła w tłu­mie go­ści. Zo­sta­łem sam z peł­ną szklan­ką w ręku. Może rze­czy­wi­ście po­wi­nie­nem zro­bić prze­rwę i za­jąć się po­szu­ki­wa­niem ja­kie­goś sym­pa­tycz­ne­go dam­skie­go to­wa­rzy­stwa? Ale nie uda­ło się.

Naj­pierw całe pole wi­dze­nia wy­peł­ni­ła bu­tel­ka żyt­niej, po­tem do­strze­głem brą­zo­wą MHD-owską ma­ry­nar­kę i kłu­ją­cą w oczy biel po­pe­li­no­wej ko­szu­li ze sta­ro­mod­nym koł­nie­rzy­kiem, a na koń­cu sze­ro­ko uśmiech­nię­tą twarz. Dwo­je bla­do­nie­bie­skich oczu zmie­rzy­ło mnie po­dejrz­li­wie. Ale nie, naj­wy­raź­niej wszyst­ko było w po­rząd­ku, oczy za­mru­ga­ły i wró­ci­ły do pry­wat­ko­wej normy.

Pijesz?

Wska­za­łem gło­wą na w po­ło­wie peł­ną szklankę.

Whi­sky? Nie używam!

Mój nowy roz­mów­ca po­sta­wił swój kie­li­szek na sto­le i na­peł­nił go z wpra­wą sztuk­mi­strza. Nie spo­sób było przy tym nie za­uwa­żyć pa­skud­nie cią­gną­cych się pod pa­cha­mi rę­ka­wów i fa­tal­ne­go wy­glą­du ca­łe­go gar­ni­tu­ru. Ale nie zwra­cał na to uwa­gi. Może dla­te­go, że przy­ję­cia nie były spe­cjal­no­ścią pana Mar­ka, asy­sten­ta Dok­to­ra. Pan Ma­rek spe­cja­li­zo­wał się w do­zy­me­trii. Taki miał fach. Ja i Dok­tor wie­dzie­li­śmy co nie­co rów­nież o in­nych jego zajęciach.

Zdro­wie. Stuk­nął kie­lisz­kiem o moją szklankę.

Po­dob­no wy­bie­rasz się do nas?

Ski­ną­łem głową.

Dok­to­ro­wi przy­da się te­raz tro­chę re­kla­my. Ale nie przesadzaj.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i po­cią­gną­łem ze szklan­ki dłu­gi, osta­tecz­ny łyk. Pro­pa­gan­da to był mój re­sort. Pan Ma­rek miał swo­je po­mia­ry. Dla­cze­go, psia­krew, pchał się na mój teren?

Pew­nie nie zdo­ła­łem ukryć swo­ich my­śli, bo ką­tem oka za­uwa­ży­łem, że przy­pa­tru­je mi się podejrzliwie.

Mam dla cie­bie coś spe­cjal­ne­go po­wie­dział i się­gnął do kie­sze­ni marynarki.

Nie­wiel­ka pier­siów­ka z bru­nat­ne­go szkła ra­czej nie wzbu­dza­ła za­ufa­nia. Zwłasz­cza że nie do­strze­głem choć­by śla­dów etykiety.

Tym ra­zem nie mo­żesz od­mó­wić. Do mo­jej szklan­ki lał się już wstręt­ny bru­nat­ny płyn. Mu­sisz to wypić.

Na­praw­dę dzię­ku­ję sta­ra­łem się być jak naj­bar­dziej sta­now­czy. Naprawdę!

Tra­fi­łem jed­nak na twar­dą sztukę.

Mu­sisz wy­pić usły­sza­łem sta­now­cze po­le­ce­nie. To po­waż­na sprawa.

Pod mój nos tra­fi­ła szklan­ka z pły­nem, któ­ry wy­dzie­lał in­ten­syw­ny za­pach wło­skie­go orzecha.

Nie! tym ra­zem pra­wie krzyknąłem.

Z dez­apro­ba­tą po­krę­cił gło­wą i pod­niósł w górę kie­li­szek z wódką.

Zdro­wie! My­ślę, że bę­dzie ci te­raz bar­dzo potrzebne.

2

Po­nie­dzia­łek 28 kwiet­nia 1986 roku był po­god­nym wio­sen­nym dniem. Wal­cząc z gi­gan­tycz­nym ka­cem po­zo­sta­ło­ścią nie­dziel­ne­go przy­ję­cia usi­ło­wa­łem wy­do­stać się z cen­trum mia­sta, aby do­trzeć do miej­sca pra­cy Dok­to­ra. Była to nie­zbyt zna­na re­sor­to­wa pla­ców­ka na­uko­wo-ba­daw­cza. Re­dak­cja uzna­ła, że war­to wy­dać tro­chę gro­sza, aby po­ka­zać naj­no­wo­cze­śniej­szą w kra­ju apa­ra­tu­rę do ba­da­nia ska­żeń po­wie­trza. I wła­śnie ja mia­łem się tym zająć.

La­bo­ra­to­rium mie­ści­ło się w ni­skim, nie­po­zor­nym bu­dyn­ku kil­ka­set me­trów od ru­chli­we­go trak­tu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go. Do­tar­łem do nie­go mniej wię­cej po go­dzi­nie tu­łacz­ki kil­ko­ma tram­wa­ja­mi i pod­miej­skim au­to­bu­sem. Gdy po­ko­na­łem wresz­cie gli­nia­stą ścież­kę i zna­la­złem się pod szkla­ny­mi drzwia­mi, za któ­ry­mi wi­dać było szat­nię i przy­gar­bio­ne­go por­tie­ra-re­cep­cjo­ni­stę, czu­łem wy­raź­nie, że ser­ce wali mi jak mło­tem, a po twa­rzy spły­wa­ją kro­ple zim­ne­go potu. Cho­ler­na go­rza­ła po­my­śla­łem kie­dyś mnie wykończy.

Na do­miar złe­go oka­za­ło się, że Dok­tor i pan Ma­rek pra­cu­ją w „bun­krze” pod­ziem­nym po­miesz­cze­niu znaj­du­ją­cym się kil­ka­dzie­siąt me­trów od bu­dyn­ku. Por­tier sa­pał i chrzą­kał, wresz­cie jed­nak dał się ubła­gać i zgo­dził się za­pro­wa­dzić mnie do tego sanktuarium.

Po chwi­li sta­nę­li­śmy przed nie­po­zor­nym ba­ra­kiem, por­tier wy­stu­kał ja­kiś kod na zam­ku cy­fro­wym i gdy otwo­rzy­ły się drzwi obi­te sta­lo­wą bla­chą, ze­szli­śmy w dół wą­skim, ciem­nym korytarzem.

Pa­nie dok­to­rze! zawołał.

Ci­sza. Po chwi­li skrzyp­nę­ły ja­kieś drzwi, usły­sze­li­śmy kro­ki i przed nami sta­nę­ła po­tęż­na po­stać w roz­pię­tym bia­łym far­tu­chu. Dok­tor miał sza­rą zmę­czo­ną twarz, a jego wzrok mó­wił, że naj­chęt­niej po­słał­by nas do wszyst­kich dia­błów. Ale nie był to tyl­ko kac.

Po­mil­cze­li­śmy so­bie przez chwi­lę, w koń­cu usły­sza­łem coś, co do­pro­wa­dzi­ło mnie do sta­nu wrzenia.

Nie­moż­li­we po­wie­dział, jak­by­śmy wi­dzie­li się po raz pierw­szy w ży­ciu. Dzi­siaj ab­so­lut­nie nie­moż­li­we. Ju­tro tak­że nie.

Ale heca! Sto razy ostrze­ga­no mnie, aby nie wcią­gać zna­jo­mych do współ­pra­cy. Ale nie przy­je­cha­łem tu­taj na poprawiny.

Chwi­lecz­kę wark­ną­łem. To było uzgod­nio­ne spo­tka­nie. Umó­wio­ne na dzi­siaj. Wła­śnie na dzisiaj!

Za­sta­no­wił się. Po­pa­trzył na mnie bar­dzo nie­chęt­nie, po­tem opu­ścił gło­wę, od­wró­cił się i od­szedł. Ru­szy­łem za nim. Za ple­ca­mi usły­sza­łem jesz­cze sa­pa­nie por­tie­ra i trza­śnię­cie drzwi. Uda­ło się po­my­śla­łem z sa­tys­fak­cją. Ta cho­ler­na po­dróż nie pój­dzie na marne!

Apa­ra­tu­ra spra­wia­ła ko­rzyst­ne wra­że­nie. Po­kaź­na me­ta­lo­wa sza­fa sto­ją­ca w ciem­nym, po­zba­wio­nym okien po­miesz­cze­niu wy­po­sa­żo­na była w ogrom­ne, gru­be na kil­ka cen­ty­me­trów drzwi. Gdy Dok­tor z wy­sił­kiem je roz­su­nął, czer­wo­nym bla­skiem bły­snę­ła mie­dzia­na bla­cha. W środ­ku wi­dać było sta­tyw z ja­kimś ka­blem, obok ja­rzy­ły się ko­lo­ro­we ekra­ny mo­ni­to­rów. Przy kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra sie­dział fa­cet w bia­łym far­tu­chu. Dwóch in­nych na­ukow­ców wi­sia­ło mu nad gło­wą. W ką­cie do­strze­głem pana Mar­ka z pli­kiem wy­dru­ków. Ni­cze­go wię­cej do szczę­ścia nie było mi potrzeba.

W po­rząd­ku zde­cy­do­wa­łem. Bę­dzie­my oczy­wi­ście chcie­li po­ka­zać prze­bieg po­mia­rów. Po­mo­gą nam panowie?

Od­wró­ci­li się i po­pa­trzy­li na mnie w kom­plet­nym osłu­pie­niu. Ga­pi­li się tak przez dłuż­szą chwi­lę, wresz­cie ode­zwał się Doktor.

Ja­sne mruk­nął. Cze­go się nie robi dla mediów.

Pew­nie mi się zda­wa­ło, ale to ostat­nie sło­wo wy­po­wie­dzia­ne zo­sta­ło z pew­ną iro­nią. To­wa­rzy­szył mu zna­czą­cy uśmie­szek. Po chwi­li do­strze­głem go tak­że na twa­rzach trzech po­zo­sta­łych na­ukow­ców. Na­gle za­dzwo­nił bo­wiem te­le­fon, przy­no­sząc co wy­wnio­sko­wa­łem z krót­kiej, ner­wo­wej roz­mo­wy po­le­ce­nie na­tych­mia­sto­we­go prze­pro­wa­dze­nia po­mia­rów. Za cenę ogrom­ne­go wy­sił­ku utrzy­ma­łem obo­jęt­ny wy­raz twa­rzy. Te­le­wi­zja to po­tę­ga. Ktoś miał wątpliwości?

Pan Ma­rek na pew­no ich nie miał. Zło­żył swo­je szpar­ga­ły i pod­szedł, aby na­ra­dzić się z czwar­tą wła­dzą. Pod jego ocza­mi wi­dzia­łem sine śla­dy wczo­raj­sze­go przy­ję­cia, ale głos miał wy­raź­ny i stanowczy.

Gdzie ekipa?

Jaka zno­wu eki­pa? warknąłem.

Ro­zej­rzał się po bo­kach, spraw­dza­jąc, czy nikt go nie usłyszy.

Eki­pa, ba­ra­nie wy­sy­czał. Ka­me­ra, świa­tło, dźwięk. Tyl­ko mi nie mów, że przy­je­cha­łeś sam.

Wes­tchną­łem ciężko.

Jest coś ta­kie­go jak do­ku­men­ta­cja. Przed zdję­cia­mi wszyst­ko się spraw­dza. Nie sły­sza­łeś o tym, baranie?

Od­po­wiedź nie nada­wa­ła się do po­wtó­rze­nia. Z re­zy­gna­cją po­krę­cił gło­wą, od­wró­cił się i wy­biegł z pra­cow­ni w ślad za Dok­to­rem. Spo­tka­li­śmy się na nie­wiel­kim pla­cy­ku, gdzie znaj­do­wa­ła się na­ziem­na część apa­ra­tu­ry po­mia­ro­wej. Przy­po­mi­na­ła nie­co sta­lo­we sza­fy umiesz­cza­ne przez elek­try­ków na uli­cach i na bu­do­wach. W środ­ku za­miast kor­ków i prze­łącz­ni­ków znaj­do­wa­ła się pom­pa tło­czą­ca trzy­sta me­trów sze­ścien­nych po­wie­trza na go­dzi­nę i su­per­do­kład­ne fil­try Petrianowa.

Dok­tor ni­czym mistrz ce­re­mo­nii do­stoj­nie wy­cią­gnął klu­cze, z na­masz­cze­niem otwo­rzył sta­lo­we drzwi i ostroż­nie za­czął wyj­mo­wać ramę z kwa­dra­to­wym, sza­rym od pyłu ka­wał­kiem tka­ni­ny. Gdy chcia­łem przyj­rzeć się do­kład­niej, po­wstrzy­mał mnie sta­now­czym ru­chem ręki.

Uwa­ga! mruknął.

Skrzy­wi­łem się.

Rze­czy­wi­ście, le­piej nie oglą­dać bru­dów, któ­ry­mi od­dy­cha­my w stolicy.

Wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i de­li­kat­nie wło­żył ramę z fil­trem do pla­sti­ko­we­go wor­ka. Póź­niej mo­głem się przy­glą­dać fa­scy­nu­ją­cym ope­ra­cjom su­sze­nia i pra­so­wa­nia sza­rej tka­ni­ny. Wszyst­kie te ba­nal­ne czyn­no­ści wy­ko­ny­wa­no z ta­kim na­bo­żeń­stwem, jak­by za­le­ża­ły od nich losy świa­ta. Maniacy!

Wresz­cie do­brnę­li­śmy do fi­na­łu. Mały cy­lin­der ze spra­so­wa­nym ka­wał­kiem fil­tra zo­stał umiesz­czo­ny na sta­ty­wie, drzwi ko­mo­ry za­su­nię­to, a Dok­tor, wy­mie­niw­szy z ko­le­ga­mi ja­kieś uwa­gi w na­uko­wym na­rze­czu, za­siadł przy kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra. Schro­ni­łem się w naj­ciem­niej­szym ką­cie „bun­kra”, sta­ra­jąc się choć na chwi­lę za­po­mnieć o pę­ka­ją­cej z bólu gło­wie i wy­schnię­tym gar­dle. To naj­wy­raź­niej nie był mój szczę­śli­wy dzień: za­miast ku­ro­wać się w za­ci­szu ła­zien­ki, mu­sia­łem ob­ser­wo­wać ja­kieś idio­tycz­ne na­uko­we czary-mary.

Skoń­czy­ły się zresz­tą jak więk­szość do­świad­czeń, w któ­rych bra­łem udział. Na­gle coś trza­sło, pra­sło, usły­sza­łem ner­wo­we okrzy­ki i mo­ni­to­ry kom­pu­te­rów za­snu­ła sza­ra mgła. Z po­mia­rów wy­szły nici. Po pro­stu jak się póź­niej do­wie­dzia­łem pre­cy­zyj­na apa­ra­tu­ra nie zdo­ła­ła zmie­rzyć ska­żeń po­wie­trza, któ­re po­bi­ły wszel­kie re­kor­dy. Czu­ły spek­tro­metr za­tkał się na amen.

Naj­bar­dziej zło­ścił się wy­so­ki chu­dy męż­czy­zna ty­tu­ło­wa­ny profesorem.

No i ma pan swo­ją cu­dow­ną apa­ra­tu­rę! wy­krzyk­nął. Nic nie dzia­ła. Ty­sią­ce do­la­rów wy­rzu­co­nych w błoto!

To co pan tu jesz­cze robi? Niech pan wra­ca do sie­bie i swo­ich da­nych od­pa­ro­wał Dok­tor. Sam pan wie, ile warte.

Bez­myśl­nie przy­słu­chi­wa­łem się na­uko­wej dys­pu­cie, któ­ra z mi­nu­ty na mi­nu­tę sta­wa­ła się go­ręt­sza. „Duży prze­pływ po­wie­trza”, „za wy­so­kie ska­że­nia”, „zbyt czu­ła apa­ra­tu­ra”, „brak ekra­no­wa­nia” spie­ra­li się co­raz gło­śniej, zu­peł­nie jak­by chcie­li do­pro­wa­dzić do eks­plo­zji moją bied­ną czasz­kę. Wresz­cie oka­za­ło się, że bę­dzie­my mu­sie­li cze­kać jesz­cze dwie go­dzi­ny na ko­lej­ny po­miar. Cholera!

Ja­koś prze­trwa­łem. Były to jed­nak naj­dłuż­sze dwie go­dzi­ny w moim ży­ciu. Gdy wresz­cie przy­nie­sio­no prób­kę i ekra­ny roz­ja­rzy­ły się zie­lo­nym bla­skiem, chcia­ło mi się śpie­wać z ra­do­ści. Po chwi­li spo­sęp­nia­łem. Dok­tor przy­po­mniał so­bie o mnie, wy­wo­łał z kąta i ci­chym spo­koj­nym gło­sem, jak­by­śmy znaj­do­wa­li się w sali se­mi­na­ryj­nej, za­czął ob­ja­śniać szcze­gó­ły wi­docz­ne na ekra­nach monitorów.

Ba­da­my ska­że­nia pro­mie­nio­twór­cze z prób­ki po­wie­trza at­mos­fe­rycz­ne­go po­bra­ne­go po­mię­dzy je­de­na­stą dzie­sięć a trzy­na­stą pięt­na­ście. Co tu­taj mamy? Przede wszyst­kim: jod sto trzy­dzie­ści je­den. Wska­zał wy­so­ki zie­lo­ny słu­pek. Ja­kieś osiem­dzie­siąt razy wię­cej niż do­pusz­cza nor­ma. To waż­ne: ten izo­top jodu wy­wo­łu­je bo­wiem no­wo­two­ry tar­czy­cy. Poza tym mamy spo­ro cezu sto trzy­dzie­ści sie­dem, spraw­cy no­wo­two­rów wą­tro­by, śle­dzio­ny i ukła­du mię­śnio­we­go, oraz ru­te­nu sto trzy, wy­wo­łu­ją­ce­go no­wo­two­ry płuc. Daję gło­wę, że znaj­dzie­my jesz­cze stront dzie­więć­dzie­siąt. Ale bę­dzie­my mu­sie­li tro­chę po­cze­kać na wy­ni­ki radiochemii.

Za­tka­ło mnie. Chcia­łem coś po­wie­dzieć, o coś za­py­tać, ale wy­szedł z tego tyl­ko nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny beł­kot. Ko­rzy­sta­jąc z na­głej prze­rwy, wtrą­cił się sto­ją­cy obok pro­fe­sor Z.

Pro­szę się uspo­ko­ić, pa­nie re­dak­to­rze. Ko­le­ga oczy­wi­ście prze­sa­dza. Jak wy­ni­ka z na­szych po­mia­rów, nor­my ska­żeń w War­sza­wie istot­nie nie­co przekroczone.

Po­nad dwu­stu­krot­nie mruk­nął Doktor.

Nie­praw­da. Znacz­nie mniej. Daw­ki pro­mie­nio­wa­nia jed­nak w su­mie mi­ni­mal­ne. Znacz­nie mniej­sze niż te, któ­re my, ato­mi­ści, przyj­mu­je­my na co dzień.

Mamy pra­wie dwu­stu­krot­ne prze­kro­cze­nie upie­rał się Dok­tor. Ta apa­ra­tu­ra nie kłamie.

Bzdu­ra, nas obo­wią­zu­ją inne me­to­dy po­mia­ru. Pa­nie re­dak­to­rze rzekł pro­fe­sor Z. po­jed­naw­czo nie­wąt­pli­wie coś się sta­ło. Prób­ny wy­buch, awa­ria sa­te­li­ty, jesz­cze nie wie­my. Wie­my na pew­no, że nie ma po­wo­du do paniki.

Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Na­gle zwy­czaj­na, pry­mi­tyw­na pra­cow­nia umiesz­czo­na w piw­ni­cy ja­kie­goś ba­ra­ku za­mie­ni­ła się w sce­ne­rię hor­ro­ru z mię­dzy­na­ro­do­wą ob­sa­dą. A ja w ułam­ku se­kun­dy zo­rien­to­wa­łem się, że sto­ję przed ży­cio­wą szansą.

Nie ma po­wo­dów do pa­ni­ki, no ja­sne pan Ma­rek po­sta­no­wił wtrą­cić swo­je trzy gro­sze ale sko­ro już tu je­steś, po­wi­nie­neś coś zo­ba­czyć. Nie mamy prze­cież nic do ukrycia.

Otrzą­sną­łem się jak pies. Rany bo­skie, mia­łem w ręku te­mat ży­cia! Prze­klę­te nogi nie chcia­ły jed­nak do­stro­ić się do na­głej zmia­ny sy­tu­acji. Za­chwia­łem się, ja­kimś cu­dem wró­ci­łem do pio­nu, a po­tem, z wy­sił­kiem zgi­na­jąc dwa bez­wład­ne klo­ce, nie­zdar­nie ukło­ni­łem się grup­ce uczo­nych i jak po­psu­ty au­to­mat po­czła­pa­łem za asystentem.

Tra­fi­li­śmy naj­pierw do ja­kiejś pra­cow­ni. Pan Ma­rek zdjął z re­ga­łu apa­rat przy­po­mi­na­ją­cy że­laz­ko. Wy­szli­śmy przed pra­cow­nię. Pan Ma­rek po­chy­lił się i za­czął prze­su­wać ra­dio­metr nad chod­ni­kiem. Wy­glą­da­ło to tro­chę głu­pio: tech­ni­ka dwu­dzie­ste­go wie­ku, ja­kaś po­waż­na awa­ria, a tu pol­ski ato­mi­sta ze swo­im skrom­nym wy­po­sa­że­niem. Taki ob­ra­zek mu­siał ro­bić wra­że­nie. No i rze­czy­wi­ście, nie mi­nę­ło kil­ka mi­nut, gdy usły­sza­łem nad gło­wą trzask otwie­ra­nych okien i gło­śne rozmowy.

Asy­stent nie zwra­cał jed­nak na nie uwa­gi. Le­d­wo do­szedł bo­wiem do kra­węż­ni­ka, a już wska­zów­ka ra­dio­me­tru sko­czy­ła do przo­du i w jed­nej chwi­li zna­la­zła się poza ska­lą. Jed­no­cze­śnie mia­ro­wy ter­kot apa­ra­tu za­mie­nił się w gło­śne trzesz­cze­nie. Asy­stent za­trzy­mał się, opu­ścił ra­dio­metr nie­co ni­żej i kciu­kiem prze­łą­czył za­kres. Wska­zów­ka lek­ko drgnę­ła, ale nic nie wska­zy­wa­ło na to, że za­mie­rza wró­cić na ska­lę. Do­pie­ro ko­lej­ne prze­łą­cze­nie za­kre­sów spro­wa­dzi­ło na śro­dek podziałki.

Z tru­dem prze­łkną­łem śli­nę. Po­czu­łem, że robi mi się go­rą­co. To było nie­sa­mo­wi­te. Śro­dek wiel­kie­go mia­sta, sto­li­cy eu­ro­pej­skie­go kra­ju. Uli­ca do­stęp­na dla każ­de­go. I na­raz coś takiego!

3

3

Roz­wią­za­nie za­gad­ki po­zna­łem wie­czo­rem.

„W elek­trow­ni ato­mo­wej w Czar­no­by­lu na­stą­pi­ła awa­ria – po­in­for­mo­wał Dzien­nik Te­le­wi­zyj­ny. – Uszko­dzo­ny zo­stał je­den z re­ak­to­rów”. I tyle. Pew­nie wię­cej moż­na by­ło­by usły­szeć w Wol­nej Eu­ro­pie, ale praw­dę mó­wiąc, nie chcia­ło mi się ło­wić strzę­pów in­for­ma­cji w ra­dio­wym cha­osie i prze­dzie­rać się przez pra­cu­ją­cą na peł­nych ob­ro­tach za­głu­szacz­kę.

Prze­sze­dłem już bo­wiem roz­mo­wę w re­dak­cji. Peł­ny szla­ban. O ka­me­rze nie mia­łem na­wet co ma­rzyć. Sen­sa­cyj­ne wy­ni­ki do­ku­men­ta­cji mo­głem przed­sta­wić co naj­wy­żej żo­nie. Gdy­bym nie miał żony, tym bar­dziej po­wi­nie­nem trzy­mać gębę na kłód­kę.

O tym, co na­praw­dę jest gra­ne, do­wie­dzia­łem się z „Ży­cia War­sza­wy”. We wto­rek rano moż­na było so­bie po­czy­tać o wy­kop­kach, o zbli­ża­ją­cym się Pierw­szym Maju, o róż­nych kon­fe­ren­cjach, ale nie o Czar­no­by­lu.

Resz­tę en­tu­zja­zmu stra­ci­łem w po­łu­dnie, po ar­ty­ku­le w „Expres­sie”. Po raz pierw­szy do­wie­dzia­łem się wte­dy o oso­bli­wym ra­dio­ak­tyw­nym ob­ło­ku, ab­so­lut­nie nie­szko­dli­wym dla zdro­wia, któ­ry na du­żej wy­so­ko­ści prze­wę­dro­wał po­przed­nie­go dnia nad pół­noc­no-wschod­ni­mi re­gio­na­mi Pol­ski. Wszy­scy wpraw­dzie pu­ka­li się w czo­ło, mó­wiąc, że coś ta­kie­go jak ra­dio­ak­tyw­ny ob­łok nie ist­nie­je, ar­ty­kuł umiesz­czo­no jed­nak na pierw­szej stro­nie, co su­ge­ro­wa­ło, że ra­czej trud­no bę­dzie z nim po­le­mi­zo­wać. Gdy jesz­cze do­wie­dzia­łem się, że awa­ria bę­dzie głów­nym te­ma­tem wie­czor­nej kon­fe­ren­cji Urba­na i Ko­mi­sja Rzą­do­wa po­ło­ży­ła łapę na wszyst­kich pu­bli­ka­cjach do­ty­czą­cych awa­rii w Czar­no­by­lu, znie­chę­ci­łem się do resz­ty. To już nie był mój za­sięg.

Mo­głem więc z czy­stym su­mie­niem za­jąć się wspo­mi­na­niem ostat­nie­go week­en­du, któ­ry – jak pra­wie wszy­scy – spę­dza­łem w ple­ne­rze, i te­raz wy­pa­da­ło mi tyl­ko śle­dzić po­dej­rza­ne zmia­ny na skó­rze i wsłu­chi­wać się w każ­de kaszl­nię­cie, spo­wo­do­wa­ne – oczy­wi­ście – śmier­cio­no­śnym pro­mie­nio­wa­niem. Chcąc nie chcąc, do­kształ­ca­łem się tak­że w fi­zy­ce, chło­nąc z pra­sy i te­le­wi­zji wia­do­mo­ści o rent­ge­nach, kiu­rach i be­ke­re­lach.