Tylko ciebie chcę - Federico Moccia - ebook
Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 758 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 21 godz. 4 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tylko ciebie chcę - Federico Moccia

- kontynuacja przeboju wydawniczego Trzy metry nad niebem
- pełna realizmu, śmiała powieść o miłości, seksie, dojrzewaniu, przyjaźni, namiętności i marzeniach
- do grona znajomych postaci - Stepa, Babi, Palliny -  dołączają nowi, równie barwni, zakręceni i nieprzewidywalni bohaterowie

Po dwóch latach spędzonych w Nowym Jorku Step wraca do Rzymu. Wiele się tu zmieniło. Chłopak zaczyna pracę w telewizji, poznaje nowych ludzi, wśród nich żywiołową Gin. Przeszłość nie daje mu spokoju, ale teraźniejszość nie zostawia zbyt wiele czasu na jej rozpamiętywanie. Czy warto dążyć do wskrzeszenia dawnej miłości?

Opinie o ebooku Tylko ciebie chcę - Federico Moccia

Cytaty z ebooka Tylko ciebie chcę - Federico Moccia

o miłości to można mówić wtedy, kiedy brak ci tchu, kiedy jest bezrozumna, kiedy odczuwasz brak, kiedy jest pięknie, chociaż nic się nie rymuje, kiedy jest szał… Kiedy już, na samą myśl o tym, że mógłbyś ją ujrzeć u boku innego, przesadziłbyś cały ocean, rozszarpując po drodze wszystko, co popadnie.
Miłość nie polega na kalkulowaniu, jakby się było w spożywczym. Miłość jest wtedy, kiedy robi się coś szalonego, tak jak ten napis na moście. Ja i ty… Trzy metry nad niebem. Właśnie, to jest miłość”. Tak mu powiedziała, kumasz? Piękne,

Fragment ebooka Tylko ciebie chcę - Federico Moccia

Federico Moccia

Tylko ciebie chcę

Tytuł oryginału: Ho voglia di te

Projekt okładki:

Redakcja: Anna Kowalska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce:

© by Lise Gagné, iStockphoto

© by Jannes Glas, © by www.sxc.hu

© 2006 Feltrinelli Editore, Italy

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2008, 2012

© for the Polish translation by Anna Niewęgłowska

ISBN 978-83-7758-340-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2012

Wydanie I

Gin,
twój uśmiech opowiedział mi historię

Babci Elisie i cioci Marii, które
smacznie i z miłością gotowały.
I właśnie tamtego dnia
przyszły mnie odwiedzić

1

„Chcę umrzeć”. Z myślą wsiadłem do samolotu niemal dwa lata temu. Chciałem ze sobą skończyć. Właśnie, jakiś banalny wypadek byłby w sam raz. Żeby nikogo nie obarczać winą, żebym nie musiał się wstydzić, żeby nikt się nie dopytywał dlaczego… Pamiętam, że rzucało samolotem przez całą drogę. Była burza i wszyscy zamarli, spięci i przerażeni. Ja nie. Tylko mnie jednemu chciało się śmiać. Kiedy jest ci źle, kiedy widzisz wszystko w czarnych barwach, kiedy nie masz przed sobą przyszłości, kiedy nie masz nic do stracenia, kiedy… każda chwila jest dla ciebie ciężarem. Ogromnym. Nie do udźwignięcia. I nic, tylko ciągle się gryziesz. I chciałbyś za wszelką cenę się od tego uwolnić. W jakikolwiek sposób. A choćby i w najprostszy, ten najpodlejszy, tak by uniknąć tego zmartwienia, ciągłego pamiętania dziś i nazajutrz tego samego: nie ma jej. Już jej nie ma. A skoro tak, to chciałbyś po prostu, żeby i ciebie już nie było. Chciałbyś zniknąć. Cyk. Bez zbędnych problemów, bez zawracania głowy. Tak, by nikt nie musiał dopytywać się z troską: „Ojej, słyszałeś? Tak, dokładnie ten… Nie wiesz, co się stało…”. Właśnie, zamiast tego koleś opowie, jak skończyłeś, Bóg jeden raczy wiedzieć z iloma i jak bardzo wymyślnymi szczegółami, wyjedzie z czymś absurdalnym, jakby cię znał od niepamiętnych czasów, jakby tylko on jeden miał naprawdę pojęcie o tym, co cię gnębiło. Jakie to dziwne… Tym bardziej że być może nawet ty sam nie zdążyłeś się w tym wszystkim na dobre połapać. I nic już nie będziesz mógł poradzić na to jedno wielkie „podaj dalej”. Zawracanie dupy. Pamięć o tobie padnie ofiarą pierwszego lepszego złamasa, a ty nic nie będziesz mógł na to poradzić. Właśnie, jaka szkoda, że tamtego dnia nie spotkałem jednego z tych dziwacznych magików. Zarzuca taki pelerynę na gołębia, którego sam dopiero co wyczarował i, trach, już po ptaku. Nie ma go, i już. A ty po skończonym przedstawieniu wychodzisz cały zadowolony. Być może tancerki, które widziałeś, były trochę za bardzo przy kości, może siedziałeś akurat na jednym z przestarzałych foteli, ciut przytwardym, w pomieszczeniu zaaranżowanym, w najlepszym wypadku, w piwnicy. Owszem, czuć było pleśń i wilgoć. I tylko jedno jest pewne. Nigdy więcej nie będziesz zachodzić w głowę, co się stało z gołębiem. Ale nas to nie dotyczy. My nie możemy tak po prostu zniknąć. Sporo czasu upłynęło. Dwa lata. A teraz popijam sobie piwo. I kiedy przypomina mi się, jak bardzo zazdrościłem temu gołębiowi, to się uśmiecham, a zarazem robi mi się trochę wstyd.

Może jeszcze jedno?

Steward uśmiecha się do mnie i nie odstępuje swojego wózka z napojami.

Nie, dziękuję.

Wyglądam za okno. Chmury, zabarwione na różowo, ustępują nam z drogi. Miękkie, lekkie, nieskończone. Gdzieś w dali zachodzi słońce. Wprost nie mogę w to uwierzyć. Wracam. A27. To jest właśnie moje miejsce w samolocie. Rząd po prawej, tuż za skrzydłami, środkowe przejście. Bardzo ładna stewardesa znowu się do mnie uśmiecha, przechodząc blisko mojego miejsca. Zbyt blisko. Wygląda, jakby przysłała Nirvana: If she comes down now, oh, she looks so goodŁadnie pachnie, ma na sobie nienaganny mundurek, do tego lekko przezroczystą bluzkę, na tyle by dało się docenić koronkowy stanik pod spodem. Krąży to tu, to tam, bezkolizyjnie, beztrosko, uśmiechnięta. If she comes down now…

Przepiękne imię: Eva.

Dziękuję.

Jest pani trochę jak pierwsza Ewa, wodzi mnie pani na pokuszenie…

Przez chwilę nic nie mówi i tylko badawczo mi się przygląda. Uspokajam ją.

Ale to dozwolona pokusa. Czy mogę dostać jeszcze jedno piwo?

Ale to już trzecie…

Pewnie, że trzecie, skoro pani tak tu krąży… Piję, żeby o pani zapomnieć.

Uśmiecha się. Wygląda na szczerze rozbawioną.

Czy zawsze pani liczy, ile piją pasażerowie, czy to ja tak szczególnie zapadłem pani w pamięć?

Proszę samemu ocenić. Niech pan tylko uwzględni, że jako jedyny zamawiał pan piwo.

Uśmiecha się znowu. Po czym odchodzi, seksownie kręcąc biodrami. Wychylam się nieznacznie. Świetne nogi, nieprzezroczyste rajstopy, obciskające, bez połysku, ciemne, do tego buty identyczne jak te, które noszą pozostałe stewardesy. Włosy blond z delikatnym balayagem zebrane do tyłu, w kucyk, przesadnie wymyślny. Przystaje. Widzę, jak rozmawia z mężczyzną, który siedzi po tej samej stronie co ja, tyle że bardziej z przodu. Słucha, w czym może pomóc. Przytakuje skinieniem głowy, w milczeniu. Po czym mówi coś uśmiechnięta i go uspokaja. Po raz ostatni, zanim się oddali, odwraca się w moją stronę. Patrzy na mnie. Zielone oczy. Delikatnie podkreślone. Na górnej powiece odcień hebanowy, w oczach przebłysk zainteresowania. Rozkładam ręce. Tym razem to ja się do niej uśmiecham. Mężczyzna mówi jej coś jeszcze. Odpowiada mu kompetentnie, po czym odchodzi.

Bardzo ładna ta stewardesa.

Siedząca obok mnie kobieta wtrąca się, przerywając, ni stąd, ni zowąd, mój tok myślenia. Czujna i uśmiechnięta, bystre spojrzenie zza grubych szkieł. Około pięćdziesiątki, nieźle się trzyma, w odróżnieniu od swoich zbyt dużych kolczyków i od przesadnie niebieskiego, ciężkiego turkusu na powiekach.

Tak, gnocca, superlaska.

Co takiego?

Gnocca. Właśnie tak mówimy w Rzymie na stewardesy takie jak ta. Tak naprawdę, to jesteśmy o wiele bardziej dosadni, ale to chyba nie czas i miejsce.

Gnocca. Potrząsa głową. W życiu nie słyszałam.

Gnocca, a jakże… Czasami piękna gnocca. To takie figlarne określenie zapożyczone od klusków. Zna pani gnocchi, prawda?

Ech, jakżeby inaczej. O tych to się nasłuchałam, a i zajadałam się nimi nie raz.

Śmieje się rozbawiona.

Właśnie, i co? Smakowały pani?

I to jeszcze jak.

Widzi pani, jakie to proste. Kiedy jakiejś dziewczynie mówi się, że jest gnocca, to znaczy właśnie, że jest taka „smakowita” jak danie, którym się pani zajadała.

Tak, ale śmiać mi się chce, kiedy zaczynam myśleć o niej jak o klusku. Jest w tym coś… no, jak to się mówi… o, wiem: nieporadnego!

No nie! Musi pani myśleć o gnocchi okraszonych ciepłym sosem, o smakowitym pomidorze, o rozpływających się w ustach kopytkach, które niemal przyklejają się do podniebienia, tak że trzeba je potem odrywać językiem.

Dobrze, z grubsza rozumiem. Pan uwielbia gnocchi?

całkiem, całkiem.

Często je pan te kopytka?

W Rzymie nawet i bardzo często. W Nowym Jorku ani razu nie zjadłem nic włoskiego, bo ja wiem, tak dla zasady.

Dziwne. A mówią, że jest tam mnóstwo wyśmienitych włoskich restauracji. Oho, proszę, właśnie wraca ta… gnocca.

Kobieta zaśmiewa się rozbawiona i wskazuje stewardesę, która zbliża się, uśmiechnięta, ze szklanką piwa. Obrazek prawie jak z reklamy, taka jest piękna.

Niech jej pani powie, że prawdziwa z niej gnocca, zobaczy pani, że się ucieszy.

Nie, nabiera mnie pan.

Ależ skąd, zapewniam panią, że to komplement.

To co, mam jej to powiedzieć?

Jasne, że tak.

Stewardesa podchodzi, podaje mi małą tackę, na której jest szklanka, pod szklanką papierowa podstawka.

Proszę, piwo dla pana. Więcej nie będę mogła panu podać, bo schodzimy do lądowania.

I tak więcej bym już nie zamawiał. Zaczynam panią zapominać. Choć wcale nie jest to łatwe.

Ach tak… Cóż, dziękuję.

Pociągam łyk piwa.

Jest znakomite, dziękuję, idealne, zmrożone w sam raz. A już zaserwowane przez panią, wygląda zupełnie jak to piwo z reklamy.

Niechże mi pan zdradzi tylko jedną tajemnicę, co zapomni pan w pierwszej kolejności?

Może to, w co była pani ubrana…

Nie podobają się panu nasze mundurki?

Ależ wręcz przeciwnie. Tyle że będę sobie panią jakoś inaczej wyobrażał…

Patrzy na mnie lekko zaskoczona, ale nie zostawiam jej czasu na odpowiedź.

Na długo się pani zatrzyma w Rzymie?

Na kilka dni… Wrzesień w Rzymie jest wprost bajeczny. Chcę się wybrać do miasta, na zakupy. Może uda mi się znaleźć coś, co sprawi, że nie sposób będzie o mnie zapomnieć.

O, nie mam najmniejszych wątpliwości. Z pewnością znajdzie pani coś w sam raz dla siebie. Bo pani to… jakby to powiedzieć… no, jak to się mówi?

Odwracam się w stronę kobiety siedzącej tuż obok mnie.

Może pani mi pomoże.

Kobieta robi wrażenie cokolwiek onieśmielonej, ale po chwili zbiera się na odwagę: Pani to… po prostu gnocca!

Stewardesa w pierwszej chwili patrzy na nią zdezorientowana, potem spogląda na mnie. Unosi brew i ni stąd, ni zowąd wybucha śmiechem. Bogu dzięki. Udało się. Śmieję się razem z nią.

O tak, znakomicie się pani spisała, dokładnie to samo bym powiedział!

Stewardesa o imieniu Eva odchodzi, potrząsając głową.

Proszę zapiąć pasy.

Jej wysoko ściągnięty kucyk faluje i wygląda idealnie, jak zresztą i wszystko pozostałe. Jest doskonała jak skrzydła motyla. Jak motyl, który się prosi, by go schwytać. Leciał w Stanach taki kawałek, na którego punkcie miałem totalnego świra, to angielski numer sprzed kilku lat… I’m gonna keep catching that butterfly… Verve. Staram się przypomnieć go sobie w całości. Ale mi się nie udaje. Czyjś głos mnie rozprasza. Kobieta obok wyraźnie się z czymś mocuje. I bynajmniej nie robi tego bezszelestnie.

O rety, nigdy nie mogę znaleźć pasa w tych wszystkich samolotach.

Pomagam jej, kobieta dosłownie się na nim rozsiadła.

Jest tutaj, proszę pani, pod spodem.

Dziękuję, choć zupełnie nie pojmuję, czemu właściwie ma to służyć. Przecież i tak nie zdoła nas utrzymać.

A, co to, to z pewnością nie.

Otóż to, właśnie… Dlatego mówię, jeśli dojdzie do kolizji, to przecież zupełnie nie to samo, co taki samochód.

Nie, z samochodem to nie ma rzeczywiście nic wspólnego… Denerwuje się pani?

Jakbym szła na ścięcie. Patrzy na mnie i niemal zaczyna żałować, że użyła tego sformułowania.

Proszę pani, jeśli tak chce przeznaczenie, to nie ma rady.

Co to ma znaczyć?

To, co powiedziałem.

Tak, ale co takiego pan powiedział?

Świetnie pani zrozumiała.

Tak, ale łudziłam się, że nie rozumiem. Panicznie boję się samolotów.

Nie było widać nic a nic. Widzę, jak bardzo jest zaniepokojona, uśmiecha się do mnie, kompletnie zaschło jej w ustach. Popijam swoje piwo i postanawiam się rozerwać.

Proszę tylko pomyśleć, że do większości katastrof lotniczych dochodzi podczas startu albo…

Albo?…

Przy lądowaniu. Czyli już niedługo.

Ale co też pan opowiada?

Prawdę, szanowna pani, należy zawsze mówić prawdę.

Pociągam duży łyk piwa, a tymczasem kątem oka widzę, że wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowana.

Proszę pana, niechże mi pan coś opowie.

Ale proszę pani, co takiego chciałaby pani usłyszeć?

Proszę odwrócić moją uwagę, niech mi pan nie da myśleć o tym, co by się mogło…

Ściska moją rękę z całej siły.

To boli.

Ach, przepraszam. Rozluźnia uścisk, ale nie przestaje się mnie trzymać.

Zaczynam jej opowiadać to i owo. Kawałki z mojego życia, trochę bez ładu i składu, to, co mi akurat przychodzi do głowy.

Skoro tak, może chce się pani dowiedzieć, dlaczego wyjechałem? Kobieta przytakuje. Nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa. Proszę wziąć pod uwagę, że to długa historia… Tym razem, z większym zapałem, skinieniem głowy daje mi do zrozumienia, że tak, cała zamienia się w słuch, wszystko, byle tylko nie myśleć o najgorszym. Mam wrażenie, jakbym rozmawiał z dobrym znajomym, z moim przyjacielem… Nazywał się Pollo, właśnie. Dziwne imię, nieprawdaż? Kobieta nie bardzo wie, czy ma przytaknąć, czy zaprzeczyć, jest gotowa na wszystko, bylebym tylko opowiadał dalej. Właśnie, to przyjaciel, którego straciłem ponad dwa lata temu. Nie rozstawał się ze swoją dziewczyną. Pallina to niesamowita panna, o figlarnym, bystrym spojrzeniu, świetna, wygadana, ma cięty język… Słucha w milczeniu, spogląda zaintrygowana, przejęta moimi słowami. Jakie to dziwne… Czasami czujesz się lepiej z człowiekiem, którego nie znasz, łatwiej przychodzi ci opowiadanie o sobie. Otwierasz się na poważnie. Może dlatego, że nie przywiązujesz wagi do tego, co sobie pomyśli. Ja z kolei byłem wtedy z Babi, najlepszą przyjaciółką Palliny. Babi. Opowiadam jej wszystko… Jak poznałem, jak zacząłem się śmiać, jak się zakochałem, jak bardzo mi jej brakowało… Piękno miłości dostrzegasz w pełni dopiero wtedy, kiedy tracisz. Być może człowiek czuje się tak, kiedy idzie na terapię. Zawsze się nad tym zastanawiałem. Ale czy z tymi gośćmi, tam, naprawdę można być tak do końca szczerym? Muszę zapytać kogoś, kto ma to za sobą. Rozmyślam, nie przestając opowiadać. Co pewien czas, na moment, przerywam. Kobieta, rozbawiona i zaintrygowana, często coś wtrąca, jest już znacznie spokojniejsza, nawet wypuściła moją rękę z uścisku. Zapomniała o katastrofie lotniczej. Teraz, jak sądzi, zaprząta moja własna.

A z Babi słyszał się pan jeszcze?

Nie. Raz na jakiś czas słyszałem się z bratem. Kilka razy z ojcem. Ale niezbyt często, telefony z Nowego Jorku kosztują fortunę.

Czuł się pan samotny?

Udzielam jej wymijającej odpowiedzi. Nie jestem w stanie tego powiedzieć. Czułem się mniej samotny niż w Rzymie. Potem nieuchronnie wspominam o mamie. Ponosi mnie, a świadomość, że sprzeniewierzam się zasadom kobiety obok, wręcz mnie bawi. Moja matka zdradziła mojego ojca. To ja nakryłem z tym, który mieszkał naprzeciwko nas. Prawie w to nie wierzy. Ta wiadomość postawiła na nogi. Samolot? Nawet nie pamięta, że nim leci. Zarzuca mnie pytaniami… Ledwo za nią nadążam. Jak to jest, że ludzie tak uwielbiają się babrać w cudzym życiu? Pikantne opowieści, zakazane szczególiki, niechlubne uczynki czy też rozkoszne grzeszki. Może dlatego, że w ten sposób, jedynie słuchając, sami się nie ubrudzą. Odnoszę wrażenie, że kobieta z jednej strony napawa się moją opowieścią, z drugiej zaś cierpi z jej powodu. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, ale nic mnie to nie obchodzi. Opowiadam jej o wszystkim bez ogródek. O brutalności, z jaką potraktowałem kochanka mamy, o moim milczeniu w domu, o tym, że nie pisnąłem choćby słowa ani własnemu ojcu, ani nawet bratu. I o procesie też. Moja matka siedziała tam, naprzeciwko mnie. W milczeniu, nie miała odwagi przyznać się do tego, co zrobiła. Nie zdobyła się na to, by wyjawić swoją zdradę i usprawiedliwić w ten sposób moją brutalność. I w tym wszystkim ja, beztroski, niemal śmiałem się w twarz sędziemu, który obwiniał mnie za czyn, w moim przekonaniu całkiem naturalny: za zmasakrowanie chuja, który pogwałcił łono kobiety, to samo, które wydało mnie na świat. Moja sąsiadka patrzy na mnie z otwartymi ustami. Szanowna pani, owszem, można to samo powiedzieć na tysiąc różnych sposobów… Ale to zupełnie co innego, niż zgrywanie się, jak to zrobił Benigni, wskakując na Raffaellę Carrà. Tutaj natomiast w grę wchodziła moja matka. Kobieta zdaje sobie z tego sprawę. Nagle znów poważnieje. Cisza. Wobec tego staram się jakoś rozładować sytuację.

Jakby to powiedział Pollo, mnie Moda na sukces mogłaby co najwyżej zrobić laskę!

Zamiast się oburzać, zanosi się śmiechem, mam w niej już swojego sprzymierzeńca. A potem? pyta ciekawa, co jest w następnym odcinku. A ja nie przestaję opowiadać jakby nigdy nic, bez abonamentu. Moja opowieść nic nie kosztuje. Wyjaśniam jej, skąd się wzięła Ameryka, chęć, by wyjechać, pod pretekstem kursu dla grafików tam, w Stanach… A ponieważ nie tak trudno jest natknąć się na siebie nawet w wielkim mieście… wobec tego lepiej już w ogóle się gdzieś wynieść. Nowe realia, sami nowi ludzie, a przede wszystkim żadnych wspomnień. Rok wypełniony niepozbawionymi wysiłku pogawędkami po angielsku, które, dzięki pomocy przypadkowo spotkanych Włochów, stawały się znośniejsze. Wszystko bardzo zabawne, świat pełen barw, muzyki, dźwięków, pojazdów, imprez, nowin. Cały ten wielki rozgardiasz podszyty ciszą. Nic z tego, co ludzie ci opowiadali, nie miało z nią absolutnie nic wspólnego, nie mogło jej przywołać ani tchnąć w nią życia. Babi. Dni na nic, by dać odpocząć sercu, żołądkowi, głowie. Babi. Totalna bezsilność, by cofnąć czas, by choć na chwilę znaleźć się pod jej domem, by spotkać na ulicy. Babi. W Nowym Jorku nie ma obaw… W Nowym Jorku nie ma miejsca dla Battistiego. Kiedy sobie ciebie przypomnę, wystarczy pomyśleć, że cię nie ma, że cierpię nadaremnie, bo wiem, ja to wiem, że już nie wrócisz. Fałszywe dźwięki, by starać się omijać wszystkie te miejsca, które zna i w których się pojawia właśnie ona, Babi. Kobieta się uśmiecha.

Też znam piosenkę. Nuci coś nieudolnie.

Tak, to ta sama. Staram się położyć kres temu koszmarnemu popisowi rodem z Corridy.

Ale wybawił mnie samolot. Kra-aach. Suchy, metaliczny dźwięk. Mocne szarpnięcie i mały wstrząs pojazdu.

O mój Boże, co to? Kobieta chwyta moją prawą rękę, niezajętą.

To wózek, niech się pani nie martwi.

Jakże mam się nie martwić! Niby przez to ten cały hałas? Zupełnie jakby się urwał…

Stewardesy i inni członkowie załogi siadają nieopodal, w wolnych fotelach, zajmują także kilka dziwnych miejsc z boku, koło wyjścia. Rozglądam się za Evą, znajduję ją, ale ona nie patrzy teraz w moją stronę. Kobieta stara się nie myśleć o tu i teraz. Z powodzeniem. Puszcza moją rękę w zamian za ostatnie pytanie.

Dlaczego się rozstaliście?

Bo Babi związała się z innym.

Ale jak to? Pana dziewczyna? I to po tym wszystkim, co mi pan opowiedział?

Tym razem to ona wydaje się bawić moim kosztem. Samolot i samo lądowanie zeszły na dalszy plan. I do ostatniej chwili zarzuca mnie pytaniami, wręcz, niczym w amoku, zaczęła się do mnie zwracać per ty. Wali prosto z mostu. Od czasu, kiedy zostawiłeś, czy kochałeś się z inną kobietą? I dalej nie odpuszcza, zupełnie jak stukasy z kreskówki o Fistaszkach, z Linusem i czerwonym baronem. Wróciłbyś do niej? Atmosfera się zagęszcza, teraz bardziej przypomina krwawe komiksy Pazienzy z jego nieodłącznymi strzelaninami. Co z przebaczeniem, czy jest możliwe? Czy rozmawiałeś z kimś o tym? Albo to wina piwa, albo też ona i te jej pytania przyprawiają mnie o zawrót głowy. Albo to wina bólu, jaki zadała mi ta miłość, o której wciąż pamiętam. Nic już kompletnie nie rozumiem. Słyszę warkot silnika samolotu i turbiny, która w fazie lądowania zmienia kierunek obrotu. O właśnie, mam pomysł, mogę się uratować przed tym przesłuchaniem…

Niech pani spojrzy na światła przy pasie startowym. Nie damy rady mówię jej roześmiany, znów jestem panem sytuacji.

Chryste Panie, to prawda, widzę je… Przerażona patrzy przez okno, na samolot i na skrzydła, które niemal dotykają ziemi i trzęsą się rozklekotane. Jak stara pantera jednym zdecydowanym ruchem dopada w locie mojej prawej ręki. Znowu patrzy przez okno. Jeszcze w ostatniej chwili opada gwałtownie na fotel, ląduje głową na oparciu, wyciąga nogi przed siebie, prawie jakby chciała wyhamować własnymi stopami. Wrzyna mi się paznokciami w rękę. Kilkakrotnie lekko nami zarzuca, gdy samolot dotyka ziemi. I zaraz turbiny w silnikach zmieniają kierunek obrotu, ta olbrzymia masa stali trzęsie się jak szalona, razem ze wszystkimi fotelami, włącznie z kobietą obok. Ale ona nie daje za wygraną. Zaciska oczy i cała drży, wyżywając się na mojej ręce.

Kapitan informuje, że wylądowaliśmy na Roma Fiumicino. Temperatura powietrza na zewnątrz…

Z głębi samolotu docierają niewyraźne oklaski, ale prawie zaraz cichną. To już wyszło z mody.

No tak, daliśmy radę.

Kobieta wzdycha: Bogu dzięki!

A nuż jeszcze się kiedyś spotkamy.

Oj tak, ogromnie miło mi się z tobą rozmawiało. Ale czy wszystko, co mi opowiedziałeś, to prawda?

Tak samo jak prawdą jest to, że mi pani ściskała rękę. Pokazuję jej moją prawicę ze śladami jej paznokci.

Ojej, tak mi przykro.

Nic nie szkodzi.

Niechże pan pokaże.

Ależ nie, poważnie, wszystko w porządku.

Rozdzwaniają się komórki. Uśmiechy i błogość po udanym lądowaniu. Prawie wszyscy otwierają luki bagażowe nad swoimi miejscami i wyciągają na zewnątrz naręcza prezentów prosto z Ameryki, tak na oko same zbędne rzeczy; gotowi od razu stanąć w kolejce, byle niezwłocznie dostać się do wyjścia. Po godzinach spędzonych w bezruchu, kiedy w samolocie jest się zmuszonym do podsumowania minionych lat, do chwili obecnej, wraca się do pośpiesznego niemyślenia, do fałszywych trosk, do pogoni za najnowszym celem.

Do widzenia. Dziękujemy. Miłego wieczoru. Ładne stewardesy żegnają nas przy wyjściu z samolotu. Eva, jak na profesjonalistkę przystało, z uśmiechem przyklejonym do twarzy żegna wszystkich, jest bez zarzutu.

Dziękuję za piwo.

Taką mamy pracę. Uśmiecha się do mnie bardziej naturalnie, chyba.

Jeśli będziesz miała jakieś problemy… Zostawiam jej wizytówkę.

Patrzy na nią zaskoczona, jest na niej mój numer w Rzymie.

To był mój egzamin na kursie grafiki.

Dobrze ci poszło?

Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Zestawienie białego z niebieskim uznali za genialne.

Ładne.

Wkłada do kieszeni. Nie ryzykowałem wyznania, że kibicuję Lazio. Zaraz potem schodzę na dół.

Letni wiatr. Wrzesień. Zachód słońca, jest prawie wpół do dziewiątej. Wszystko zgodnie z planem. Po tym, jak się leciało przez osiem godzin, fajnie jest znów sobie chodzić. Wsiadamy do autobusu. Przyglądam się towarzyszom podróży. Kilku Chińczyków, jeden krzepki Amerykanin, jakiś młody chłopak, który wciąż słucha czegoś na samsungu YP-T7X 512 MB, takim, jaki widziałem też w Nowym Jorku. Dwie przyjaciółki, które wracają z wakacji, wcale się do siebie nie odzywają, być może zdążyły się już do woli nacieszyć wzajemnym towarzystwem w czasie długiego, wspólnego pobytu. Para zakochanych. Śmieją się, co i raz mówią coś bardziej lub mniej sensownego, przekomarzają się ze sobą. Zazdroszczę im, albo lepiej, z przyjemnością na nich patrzę. Moja współpasażerka, korpulentna pani, która tak się składa, wie wszystko o moim życiu, podchodzi do mnie. Spogląda na mnie uśmiechnięta, jakby chciała powiedzieć: Daliśmy radę, co? Przytakuję. Prawie żałuję, że tyle jej opowiedziałem. Ale zaraz się uspokajam. Nigdy jej więcej nie zobaczę. Kontrola paszportowa. Kilka wilczurów na smyczy przechadza się nerwowo tam i z powrotem, w poszukiwaniu kokainy albo trawy. Niezadowolone wyposzczone psy patrzą na nas swymi poczciwymi oczami, wykończone ciągłym trenowaniem. Policjant niedbale zagląda mi do paszportu. Potem jednak zmienia zdanie, umyka mu jedna strona, odwraca powtórnie i przygląda jej się z większą uwagą. Serce zaczyna mi szybciej bić. Nic. Nie wzbudzam jego zainteresowania. Zwraca mi dokument, składam go i wkładam do plecaka. Odbieram mój bagaż. Wracam wolny, znów jestem w Rzymie. Przez dwa lata byłem w Nowym Jorku, ale czuję się, jakbym wyjechał raptem wczoraj. Szybkim krokiem zmierzam w stronę wyjścia. Mijam się z ludźmi, którzy ciągną za sobą walizki, jakiś koleś pędzi zdyszany do samolotu, który być może odleci bez niego. Za barierkami krewni czekają na kogoś, kto jeszcze się nie pokazał. Piękne dziewczyny, wciąż opalone, wypatrują ukochanych albo i nie. Przechadzają się z założonymi rękami albo stoją w miejscu, ze wzrokiem niespokojnym, bądź niewzruszonym, tak czy inaczej, wyczekują. Taksówka, może potrzebna taksówka. Jakiś pseudotaksówkarz biegnie mi naprzeciw, udając uczciwego: Tanio panu policzę. Nic nie odpowiadam. Orientuje się, że na mnie nie zarobi i daje sobie spokój. Rozglądam się wokół. Piękna elegancka kobieta w białej sukience, z delikatną złotą biżuterią na szyi, nie odrywa ode mnie swojego spokojnego wzroku. Jest naprawdę piękna. Uśmiecham się do niej. Ona w odpowiedzi wysyła mi prawie niedostrzegalny sygnał, który jednak mówi sam za siebie. Zdrada, chciałabym, ale nie mogę, jej pragnienie wolności. Potem odwraca z rezygnacją wzrok. Nie przestaję się rozglądać. Nic. Głupiec ze mnie. Pewnie, że tak. Czego się spodziewałem? Kogo wypatruję? Czy po to właśnie wróciłeś? W takim razie nic nie rozumiesz, wciąż nic a nic nie zrozumiałeś. Chce mi się śmiać na samą myśl o tym, jaki to ze mnie palant.

Powinien już przyjechać…

Schowana za kolumną, po cichu, ale serce wali jak szalone, szeptem mówi sama do siebie. Może po to, by zagłuszyć to serce, które tak naprawdę wali jeszcze szybciej. Wreszcie zbiera się na odwagę. Bierze głęboki oddech i powoli się wychyla. To on. Wiedziałam, wiedziałam! Ani drgnie, choć rozpiera dzika radość.

„Nie mogę w to uwierzyć… Step. Wiedziałam, wiedziałam, byłam pewna, że dzisiaj wróci. Nie mogę w to uwierzyć. Matko jedyna, od razu widać, że sporo schudł. Ale się uśmiecha. Tak, wygląda na to, że dobrze się czuje. Czy jest szczęśliwy? A nuż było mu tam dobrze. za bardzo. Ale jak to, czyżbym już doszczętnie skretyniała? Robię się zazdrosna? Niby jakie ja mam do tego prawo? Żadnego… A skoro tak? O rany, co ze mną. Poważnie, kiepsko, i to bardzo. Znaczy, jestem taka szczęśliwa. I to jeszcze jak. On wrócił. Nie mogę w to uwierzyć. O Boże, patrzy w moją stronę!”.

Znowu błyskawicznie chowa się za kolumną. Wzdycha. Zamyka oczy, zaciska je z całej siły. Tkwi tak bez ruchu, oparta głową o biały, zimny marmur, z rękami wyciągniętymi wzdłuż kolumny. Cisza. Oddycha głęboko. I raz. Wdech… I dwa. Wydech… Otwiera oczy. Właśnie w tej chwili mija jakiś turysta i spogląda na nią zaskoczony. Nieznacznie się uśmiecha, chcąc dać mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. Ale przecież nie jest. Nie ma co do tego wątpliwości.

„Cholera, widział mnie, czuję to. O Boże, Step mnie widział, ja to wiem”.

Ponownie się wychyla. Nic. Step przeszedł jakby nigdy nic.

„No pewnie, co za kretynka. A poza tym, nawet gdyby, to co?”.

Oto jestem. Wróciłem. Rzym. A dokładniej: Fiumicino. Zmierzam w stronę wyjścia. Przechodzę przez przeszklone drzwi i wychodzę na ulicę. Wprost na taksówki. Ale właśnie w tej chwili doznaję dziwnego uczucia. Wydaje mi się, że ktoś mnie obserwuje. Odwracam się gwałtownie. Nie ma nic gorszego niż człowiek, który się czegoś spodziewa… I którego nic nie spotyka.

2

Zachód słońca miejscami zabarwia na pomarańczowo chmury rozsiane tu i tam. Blady księżyc już pojawił się na niebie, skrywa się teraz za najwyższymi gałęziami bujnej korony drzewa. Dziwnie odległy hałas lekko nerwowego ruchu ulicznego. Zza okna dobiegają pojedyncze dźwięki powolnej i przyjemnej dla ucha muzyki, to dźwięki fortepianu, słychać postęp, widać czas zrobił swoje. Ten sam chłopak, tylko starszy, przygotowuje się do nowych egzaminów, na specjalizację. Nieco niżej białe, idealnie proste linie kortu tenisowego jaśnieją w bladej poświacie księżyca, a dno pustego basenu, osowiałe, jak co roku, nie może doczekać się lata. Także i w tym sezonie nadgorliwy dozorca przedwcześnie opróżnił basen. Na pierwszym piętrze budynku, wśród ładnie utrzymanej roślinności, za krawędzią uniesionej drewnianej okiennicy, widać dziewczynę, która zanosi się śmiechem.

Daniela, czy skończyłaś wreszcie gadać przez telefon? Macie przecież komórkę, wasz ojciec doładowuje wam właściwie codziennie! Dlaczego ciągle wisicie na domowym telefonie?

Ale bo to nie wiesz, mamo, że tutaj nie ma zasięgu? Odbiera tylko w salonie, ale wy tam ciągle siedzicie i wszystko słyszycie!

Tak się akurat składa, że też tutaj mieszkamy.

Dobra, mamo. Gadam z Giuli. Powiem jej jeszcze tylko jedną rzecz i się rozłączam.

Ale przecież dopiero co widziałyście się przez pół dnia w szkole. Niby co takiego mogło się przez ten czas wydarzyć! Co? Co znowu masz jej do opowiedzenia!

Daniela zakrywa ręką słuchawkę.

Zrozum, że nawet jeśli miałaby to być najgłupsza rzecz na świecie, to i tak decyzję, czy koniecznie mam opowiedzieć o tym wszystkim naokoło, czy też nie, wolałabym podjąć sama, okay?

Daniela odwraca się plecami do Raffaelli przeświadczona, że gest ten oznacza, w jakiejś mierze ma rację. Matka wzrusza ramionami i odchodzi. Kątem oka Daniela sprawdza, czy została sama.

Giuli, słyszałaś? Muszę kończyć.

To w końcu jak się umawiamy?

Widzimy się na miejscu.

Nie… nie to miałam na myśli!

Słuchaj, ja już się zdecydowałam. Daniela rozgląda się niespokojnie dookoła. To nie jest najlepszy moment, żeby rozmawiać o tym przez telefon, zważywszy, że wszyscy kręcą się po domu!

Ale, Dani, to sprawa największej wagi! Nie możesz podejmować decyzji ot tak… jakby to był jakiś abstrakcyjny problem!

Słuchaj, czy nie możemy o tym pogadać już na imprezie?

Okay, jak chcesz. W takim razie widzimy się na miejscu za trzy kwadranse. Dasz radę?

Nie, spotkajmy się za co najmniej godzinę z kwadransem!

Okay, cześć.

Dani się rozłącza. Ta Giuli czasami potrafi być doprawdy nieznośna. Co z nią, nie dociera do niej, że człowiekowi przydałoby się te pół godziny więcej. Muszę być doskonała, prześliczna. Rzadko w życiu zdarza się przecież przygotowywać na wieczór taki jak ten. Wręcz przeciwnie, śmieje się w duchu, nigdy się nie zdarza. Zazwyczaj „to” ma miejsce wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Idzie do swojego pokoju, po raz pierwszy niezdecydowana, co ma założyć pod spód. Czuje się jakoś inaczej, jest dziwnie niepewna siebie. Ale zaraz się uspokaja. To normalne, że się tak czuje, nie można być pewnym tego, jak wypadnie ten pierwszy raz, kiedy się będzie z kimś kochać. Oddycha głęboko. To prawda. Jedyna rzecz, jakiej jestem pewna, to ta, że zrobię to dziś wieczorem, właśnie z nim. Dokładnie w tym momencie Raffaella wpada na nią w korytarzu.

Daniela, czy można wiedzieć, co takiego chodzi ci po głowie?

Nic, mamo… same bzdury.

Skoro to rzeczywiście same bzdury, to pomyśl raczej o ważniejszych rzeczach!

W pierwszej chwili Daniela chciałby jej wszystko opowiedzieć. Wyznać jej swoje ważne postanowienie, a co więcej, nieodwołalne. Ale zaraz się rozmyśla. Dociera do niej, że sprawa skończyłaby się fiaskiem.

Pewnie, mamo, masz rację.

Dyskusja z nią i tak nie ma najmniejszego sensu. Uśmiechają się do siebie.

Raffaella spogląda na zegar w salonie.

Ojej, jak grochem o ścianę. Prosiłam twojego ojca, żeby wrócił wcześniej, bo mamy się spotkać z Pentestimi, u nich w domu, trzeba dojechać do samej Olgiaty. Marzenie ściętej głowy, żeby choć raz to on zrobił coś dla mnie…

3

Stefano! Wprost przede mną, na samym środku ulicy stoi mój brat. Uśmiecham się. Cześć, Pa´. Rozpiera mnie radość, że go widzę. Jestem prawie wzruszony, nie daję tego po sobie poznać.

No i jak tam? Nawet nie masz pojęcia, ile o tobie myślałem.

Mocno mnie obejmuje. Przyciska do siebie. Tak się cieszę. Na chwilę staje mi przed oczami ostatnie Boże Narodzenie, które spędziliśmy razem. Zanim wyjechałem. I ten makaron, który przygotował, a potem myślał, że mi nie smakuje…

No więc… Nieźle się bawiłeś tam, w Stanach, co?

Bierze ode mnie jedną torbę. Oczywiście lżejszą.

Tak, dobrze mi było tam, w Stanach. Właściwie dlaczego tam?

Bo ja wiem, tak się mówi.

Mój brat, co to niby wie, jak się mówi. Nie ma co, czasy się zmieniły, i to jeszcze jak. Patrzy na mnie szczęśliwy i się uśmiecha. Ma pogodny wyraz twarzy. Rzeczywiście mnie kocha. Ale nic a nic nie jest do mnie podobny. Przypomina mi Johnny’ego Stecchino.

Ejże, czego się tak śmiejesz?

E, nic. Baczniej mu się przyglądam. Cały odpicowany, nowa koszula, nieskazitelna, lekkie spodnie w odcieniu ciemnego brązu z mankietem na dole, marynarka w kratkę, a do tego…

Ej, Paolo, gdzie posiałeś krawat?

E tam, latem go nie noszę. A co, źle wyglądam?

Nawet nie czeka na odpowiedź.

No już, jesteśmy. Tylko spójrz, co sobie sprawiłem… Wykonuje szeroki gest ręką, tak by zaprezentować mi go w całej, jak sądzi, okazałości. Audi A4, najnowszy model. Podoba ci się?

Jakże można zaprzeczyć, w obliczu takiego entuzjazmu?

Piękny, nie ma co.

Naciska pstryczek, który trzyma w dłoni. Po dwóch sygnałach bip i mignięciu obydwu kierunkowskazów alarm cichnie. Paolo otwiera bagażnik. Chodź, załaduj tutaj.

Wrzucam do tyłu dwie torby, choć już bez tej małej, bo mój brat skrupulatnie załadował sam. Ej, delikatnie.

Sam nieświadomie podsuwa mi pewien pomysł. A nie dałbyś mi poprowadzić?

Patrzy na mnie. Zmienia mu się wyraz twarzy. To cios w samo serce. Ale miłość do brata bierze w nim górę.

Jasne, trzymaj. Uśmiecha się z niejakim wysiłkiem i rzuca mi kluczyki razem z pilotem. Wariat. W żadnym razie nie należy darzyć uczuciem brata takiego jak ja. Zwłaszcza, jeśli prosi cię o kluczyki do takiego audi A4. Jest nowiuteńkie. Siadam za kierownicą. Pachnie nowością, bez najmniejszej skazy, odrobinę przyciasny. Przekręcam kluczyk w stacyjce, podświetlam deskę rozdzielczą i odpalam silnik.

Fajnie się prowadzi.

Pamiętaj, że silnik dopiero się dociera… Patrzy na mnie niespokojnie i zapina pas.

A ja, czy to dlatego, że dopiero co wróciłem do Rzymu, czy też dlatego, że chce mi się krzyczeć albo, bo ja wiem, może dlatego, że w jakiś sposób chciałbym się uwolnić od tych dwóch lat wypełnionych ciszą, od złości przeżywanej gdzieś daleko, ruszam gwałtownie, dodając gazu. Rozlega się pisk opon, samochód zarzuca na boki, audi A4 podrywa się z miejsca, silnik wyje, opony wrzynają się w rozgrzany asfalt. Paolo chwyta oburącz za klamkę w drzwiach.

No tak, wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie. Jak to jest, że z tobą zawsze się tak kończy?

Co ty wygadujesz! Przecież dopiero co wsiadłem do auta!

Chciałem powiedzieć, że z tobą to nigdy nic nie wiadomo!

Okay… Przyspieszam, biorę zakręt i dla zabawy manewruję kierownicą tak, że niemal ocieram się o bandę.

Tak lepiej?

Paolo poprawia się na siedzeniu, obciągając sobie marynarkę.

Trudno, z tobą nie ma ani chwili spokoju.

No weź… przecież doskonale wiesz, że to tylko tak dla żartu. Tylko się nie zamartwiaj, zmieniłem się.

Jeszcze? Na ile się zmieniłeś?

Tego nie wiem, wróciłem do Rzymu, żeby się przekonać.

Siedzimy w milczeniu.

Można tu zajarać?

Wolałbym nie.

Wkładam sobie papierosa do ust i wciskam zapalniczkę.

Co ty wyprawiasz, palisz i tak?

To twoje „wolałbym” cię załatwiło.

Widzisz… Zmieniłeś się. Na gorsze.

Z uśmiechem patrzę na niego. Kocham go. Być może rzeczywiście się zmienił, jakby dojrzał, zmężniał. Zaciągam się marlboro medium, po czym proponuję mu macha.

Nie, dzięki.

W ramach odpowiedzi opuszcza lekko szybę. Po chwili pogodnieje. Wiesz co? Jestem z taką jedną.

Mój brat jest ode mnie siedem lat starszy. To niesamowite, czasami zachowuje się jak sztubak, zbiera mu się na opowiadanie mi różnych rzeczy, że miło słuchać. Postanawiam dać mu satysfakcję.

A jaka ona jest, ładna?

Ładna? Jest piękna! Wysoka, jasna blondynka, musisz poznać. Nazywa się Fabiola, zajmuje się projektowaniem wnętrz, lubi bywać tylko w określonych miejscach, ma świetny gust…

Ee… Jasne, jasne, oczywiście…

Okay, okay. Podśmiewasz się, gorzej, podśmiechujki sobie robisz, niezłe, co? Fabiola ciągle to powtarza!

Trochę dwuznaczne, nie sądzisz? Powinna uważać, kiedy mówi coś takiego. W każdym razie dla mnie to już jasne, dlaczego wam tak razem dobrze.

Zresztą, tak czy owak, jesteśmy bardzo zgodni.

Bardzo zgodni. Ale co to ma właściwie znaczyć? Zgodność jest wtedy, kiedy wiersz jest do rymu. Albo, co brzmi gorzej, kiedy w umowie wszystko się zgadza. A o miłości to można mówić wtedy, kiedy brak ci tchu, kiedy jest bezrozumna, kiedy odczuwasz brak, kiedy jest pięknie, chociaż nic się nie rymuje, kiedy jest szał… Kiedy już, na samą myśl o tym, że mógłbyś ujrzeć u boku innego, przesadziłbyś cały ocean, rozszarpując po drodze wszystko, co popadnie.

No, skoro jesteście zgodni, to bardzo ważne. Poza tym… Staram się jak najzręczniej spuentować. Piękne imię: Fabiola.

Ale banał. Lecz nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Właściwie mi to wisi, ale gdybym mu powiedział, że panna ma imię do dupy, to znając go, nie byłby najszczęśliwszy. Paolo jest zawsze spragniony opinii wszystkich wokół. To największa bzdura, jaką można sobie zafundować. Bo niby kim ci wszyscy? Nawet nasi starzy nie byli dla nas wszystkim.

Jakby czytał mi w myślach. Tata też jest z taką jedną, wiesz?

Niby skąd mam wiedzieć, skoro nikt mi nic nie mówi.

Monica, piękna kobieta. Pięćdziesięciolatka, ale świetnie się trzyma. Zrewolucjonizowała mu dom. Wywaliła część staroci, wszystko jest jak nowe.

Tata też?

Paolo zanosi się dzikim śmiechem. A to ci się udało.

Mój brat i jego nieodłączny entuzjazm przygłupa. Wcześniej też taki był? Kiedy wracasz z podróży, wszystko wydaje ci się jakieś inne.

Mieszkają razem, musisz poznać.

Musisz. Co znaczy musisz? Raz a dobrze naciskam klakson, by przepłoszyć gościa, który nie chce usunąć się z drogi. Już, zjeżdżaj! Migam światłami, nic z tego. Dodaję gazu, przyspieszam. Samochód, żeby wyprzedzić, wyrywa na prawy pas.

Paolo nogami zapiera się do przodu i przytrzymuje podpórki, która znajduje się między nami. Zjeżdżam na lewy pas i uspokajam brata.

Wszystko w porządku. W Stanach nigdy nie mogłem tego zrobić, kontrolują cię co do milimetra.

Wobec tego wróciłeś specjalnie po to, żeby się wyżyć i porozbijać moim samochodem, czy tak?

Mama jak się miewa?

Dobrze.

Co znaczy dobrze?

Co w takim razie znaczy: jak się miewa?

Ale ty kombinujesz. Czy jest spokojna? Ma kogoś? Dzwonicie do siebie? Spotykają się, rozmawiają z ojcem?

Pytała o mnie? tego ostatniego pytania jakoś nie jestem w stanie mu zadać.

Często o ciebie pytała. W końcu tylko na nie udziela mi odpowiedzi. Chciała wiedzieć, czy rozmawiałem z tobą, kiedy siedziałeś w Nowym Jorku, jak ci szło na kursie itede, itepe.

A ty co?

A ja mówiłem jej to wszystko, co wiedziałem, niewiele. Że kurs jest w porządku, że o dziwo, z nikim się jeszcze nie pobiłeś, no i poza tym trochę pozmyślałem.

W stylu?

Że od dwóch miesięcy spotykasz się z dziewczyną, ale z Włoszką. Gdybym powiedział, że z Amerykanką, od razu stałoby się jasne, że to kit, przecież byście się nie dogadali.

Cha, cha, cha. Daj znać, kiedy mam się śmiać. Czy to aby nie osławione podśmiechujki?

Powiedziałem jej jeszcze, że dobrze się bawisz, że wieczorami co raz wychodzisz się rozerwać, żadnych dragów, za to kupa przyjaciół. Słowem, że nie masz zamiaru wracać i że w sumie to dobrze ci tam. Jak mi poszło?

Jako tako.

Znaczy?

Byłem związany z dwiema Amerykankami i rozumieliśmy się w lot.

Nie zdąża się roześmiać, przyspieszam i zjeżdżam, zmieniając pas na prawy.

Zostawiam za sobą obwodnicę, na zakręcie dodaję gazu, opony wydają ostry pisk, jakieś stare auto trąbi na mnie z tyłu, ja skręcam dalej, jakby nigdy nic i wjeżdżam na rozjazd. Paolo poprawia się na siedzeniu. Obciąga marynarkę. Potem wtrąca swoje trzy grosze.

Nie włączyłeś kierunkowskazu.

Właśnie. Przez chwilę jadę w milczeniu. Paolo wygląda przez okno, ale raz po raz spogląda też na mnie, starając się przyciągnąć moją uwagę.

Co jest?

Jak się skończyła sprawa z procesem?

Zostałem ułaskawiony.

To znaczy? Patrzy na mnie zaciekawiony. Odwracam się i przez jakiś czas wytrzymuję jego spojrzenie. Siedzi w milczeniu. Przygląda mi się spokojny. Pogodny. Nie sądzę, żeby kłamał. A może jest wytrawnym aktorem. Dobry brat z Paola, ale wśród jego potencjalnych zalet trudno byłoby mi wskazać akurat kunszt aktorski. Znów patrzę na drogę.

Nic, zostałem ułaskawiony, koniec, kropka.

To znaczy, rozwiń trochę.

I kto to pyta? Znasz te wszystkie amnestie, które ogłaszają w sprawie płacenia podatków albo przy samowoli budowlanej właśnie wtedy, kiedy zbliżają się wybory? No, to jest właśnie jeden z takich przypadków, wykroczenia takie jak moje zostają wymazane z kartoteki, a zamiast tego pozostaje pamięć o wspaniałomyślnym prezydencie.

Uśmiecha się.

Wiesz, przez cały ten czas zadaję sobie pytanie, dlaczego właściwie sprałeś tego gościa, który mieszkał naprzeciwko nas.

I dałeś radę przeżyć, zadręczając się tak bez wytchnienia?

Tak, miałem jeszcze parę innych rzeczy na głowie.

W Stanach, stary, ani jednego dnia byś nie przeżył. Tam nie masz czasu na takie rozmyślania.

Ale ponieważ nie ruszałem się z Rzymu, to między cappuccino a aperitifem znalazłem czas na to, by sobie o tym porozmyślać. I udało mi się także dojść do pewnego wniosku.

Niesamowite! I co?

Mianowicie, że nasz sąsiad w jakiś sposób narzucał się mamie, prawił jej siermiężne komplementy i trochę się zagalopował. Ty, nie wiem w jaki sposób, dowiedziałeś się o tym i trzask prask, przyłożyłeś mu tak, że wylądował w szpitalu…

Nie odzywam się ani słowem. Paolo nie spuszcza ze mnie wzroku. Wolałbym, by nasze oczy się nie spotkały.

Jest jednak coś, czego nie rozumiem, nie potrafię tego rozgryźć… Sorry, przecież mama była na procesie i nic nie powiedziała, nawet nie wspomniała o tym, co się stało, o tym, co jej mógł powiedzieć ten gość, słowem, dlaczego zareagowałeś właśnie w ten sposób. Gdyby tylko zabrała głos, a nuż sędzia okazałby się wyrozumiały.

Paolo. Co takiego naprawdę wie Paolo. Przyglądam mu się przez moment, po chwili znów patrzę na drogę. Białe pasy na jezdni, jeden za drugim, audi A4 w żaden sposób nie mąci ich regularnej linii. Jeden za drugim, niekiedy lekko nadgryzione. Szum jazdy. Tutum, tutum, audi quattro miękko unosi się i opada na każdej najmniejszej wypukłości. Każdorazowo można się zorientować, w którym miejscu stykają się ze sobą krawędzie betonowych płyt, ale to wcale nie przeszkadza. Czy powinno się mówić prawdę? Dać komuś poznać od innej strony znajomą już osobę? Paolo kocha mamę taką, jaka jest. Kocha za to, jaka jest według niego. Lub za to, jaką on chce widzieć.

Paolo, ale właściwie dlaczego mnie o to pytasz?

Tak sobie, żeby wiedzieć…

Coś ci się tutaj nie zgadza, nieprawdaż?

No właśnie.

A dla takiego speca od finansów jak ty to prawdziwy koszmar.

O tym, że nasz sąsiad nazywał się Giovanni Ambrosini, dowiedziałem się dopiero na rozprawie. Chociaż nie, nazwisko poznałem wcześniej. Kiedy zadzwoniłem do niego do mieszkania, nazwisko widniało na tabliczce. Otworzył mi drzwi w bokserkach. Jak tylko mnie zobaczył, od razu je zatrzasnął. Ja zajrzałem do niego jedynie po to, by zamienić z nim kilka słów. By poprosić go grzecznie o ściszenie muzyki. I nagle cios w samo serce. Przez szparę w drzwiach, jakby oprawioną w drewnianą framugę, ujrzałem jej twarz. To spojrzenie na zawsze połączyło nas i rozdzieliło zarazem. Nigdy tego nie zapomnę. Naga, jakiej jej nigdy przedtem nie widziałem, piękna, jaką zawsze kochałem… Moja mama. W pościeli obcego faceta. Nie pamiętam nic, poza tym papierosem, który trzymała w ustach. I to jej spojrzenie. Jakby miała ochotę na coś jeszcze po tym facecie, papierosie i wreszcie… na mnie. Patrz, synku… taka jest rzeczywistość, takie jest życie. Wciąż czuję rozpalone do czerwoności serce. Do tego jeszcze ten Giovanni Ambrosini. Wyciągnąłem go za włosy z domu. Rzuciłem na ziemię. Jeden kopniak w kark wystarczył, by roztrzaskać mu obydwie kości policzkowe. Schował się za poręcz schodów, a ja nie przestawałem zadawać mu ciosy obcasem w prawe ucho, w twarz, między żebra, deptać palców dłoni, póki nie zamieniły się w jedną miazgę. Te same dłonie, które jej dotykały. I… Dosyć. Dosyć. Dosyć, proszę. Dłużej nie wytrzymam. Takie wspomnienia, które nigdy cię nie opuszczają. Nigdy. Patrzę na Paola. Oddycham głęboko. Tylko spokój. Jeszcze głębiej. Spokój i kłamstwa.

Przykro mi, Paolo, ale czasami bywa tak, że nie wszystko się zgadza. Tamten koleś mnie wkurwiał, to wszystko. Mama nie ma tu nic do rzeczy, no co ty.

Wygląda na zadowolonego. Odpowiada mu taka wersja zdarzeń. Spogląda przez szybę.

Aha, nie powiedziałem ci jednej rzeczy.

Patrzę na niego zaniepokojony.

Co takiego?

Przeprowadziłem się. Nie wyniosłem się wprawdzie z Farnesiny, ale kupiłem mieszkanie na poddaszu.

Nareszcie jakaś normalna wiadomość. Ładne?

Genialne. Musisz je zobaczyć. Dziś wieczór i tak śpisz u mnie, nie? Numer telefonu mam ten sam. Udało mi się go przenieść dzięki przyjacielowi z Telecomu.

Uśmiecha się zadowolony z tej swojej namiastki władzy. Cholera, w ogóle o tym nie pomyślałem! Dobrze chociaż, że zachował numer telefonu. Właśnie ten numer umieściłem na mojej wizytówce. Tej samej, którą dałem stewardesie. Evie, superlasce. Uśmiecham się sam do siebie. Mijam Corso Francia, Vigna Stelluti, jadę dalej w stronę piazza Giochi Delfici. Przejeżdżam przed via Colajanni przecznicą, która prowadzi do piazza Jacini. Nieoczekiwanie jakiś skuter zatrzymuje się przy znaku stop. Dziewczyna. O Boże. Ona. Włosy blond o odcieniu popielatym, długie, na głowie kask. Do tego czapeczka z daszkiem. Ma niebieskiego i-poda i błękitną kurteczkę, dokładnie pod kolor oczu. Tak, wygląda zupełnie jak ona… Zwalniam. Kiwa głową w rytm muzyki i się uśmiecha. Staję. Ona rusza. Puszczam przed sobą. Skręca z wdziękiem przed naszym samochodem. Z ruchu warg poznaję, że mi dziękuje… Serce przestaje mi walić jak szalone. Nie, to nie ona. Ale ogarnia mnie wspomnienie. To tak jakbyś był w wodzie, w morzu, z samego rana, kiedy jest zimno. Ktoś cię woła. Oglądasz się i z nim witasz… Ale właśnie gdy się odwracasz, by iść dalej przed siebie, nagle napotykasz falę. Tak samo teraz, wbrew własnej woli, znów trafiam w to samo miejsce, jak rozbitek, wyrzucony na brzeg jednego z tych dni, sprzed bez mała dwóch lat. Jest noc. Jej starzy poza domem. Dzwoniła do mnie. Powiedziała, żebym przyszedł. Wchodzę po schodach na górę. Drzwi otwarte. Przymknęła je. Powoli otwieram je na oścież.

Babi… Jesteś tu? Babi…

Nic nie słyszę. Zamykam drzwi. Idę korytarzem. Na palcach, w stronę sypialni. Cicha muzyka dobiega z pokoju jej rodziców. Dziwne, powiedziała, że pojechali do Circeo. Zza przymkniętych drzwi sączy się wątłe światło. Podchodzę bliżej. Otwieram drzwi. Ona pojawia się nagle koło okna. Babi. Ma na sobie rzeczy matki, cienką, jedwabną beżową bluzkę, rozpiętą i przezroczystą. Spod spodu wystaje kremowy stanik. Do tego długa kaszmirowa spódnica we wzory. Włosy zebrane do góry, upięte w niedbały kok. Wydaje się starsza, chce tak wyglądać. Uśmiecha się. W ręku ma kieliszek szampana. Właśnie nalewa także i dla mnie. Wkłada butelkę do stojącego na komodzie kubełka pełnego lodu. Wokół palą się świece i unosi się woń dzikich róż, która stopniowo odurza nas coraz bardziej. Opiera jedną stopę na krześle. Spódnica rozszerza się, odsłaniając rozcięcie, opada na bok, ukazując najpierw kozak, potem nogę. Ma na sobie pończochy, kabaretki, w cielistym kolorze. Babi czeka na mnie z dwoma kieliszkami szampana w ręku, a jej oczy nagle zmieniają swój wyraz. Zupełnie jakby nieoczekiwanie stała się dorosła.

Weź mnie, jakbym była nią… Nią, która cię nie chce, nią, która każdego dnia wykańcza mnie, chcąc nas rozdzielić… Podaje mi kieliszek. Wypijam szampana jednym haustem. Jest zimny, jest dobry, jest doskonały. Po chwili całuję namiętnie i mocno, bo tak też jej pragnę. Nasze języki mają smak szampana, senne, zagubione, pijane, znieczulone… Nagle się budzą. Przejeżdżam jej dłonią po włosach i wpadam w sidła ciasnych splotów kunsztownej fryzury. Trzymam jej głowę w swoich dłoniach, należy tylko do mnie, całkowicie i nieodwołalnie… tymczasem jej pocałunek staje się coraz bardziej nienasycony. Jest absolutną panią moich ust, sprawia wrażenie, jakby chciała wedrzeć mi się do środka, pożreć mnie, przeniknąć do samego serca. Co ty robisz? Stój. Przecież ono i tak jest już twoje. Po chwili Babi przerywa i patrzy na mnie. Naprawdę wygląda jak swoja matka. I przeraża mnie intensywność, którą wyczuwam i której nigdy dotąd nie widziałem. Bierze mnie za rękę, unosi sukienkę z boku i wsuwa tam moją dłoń. Przesuwa nią w górę, jeszcze wyżej… wzdłuż nogi, prowadzi mnie coraz wyżej. Odrzuca głowę do tyłu. Ma zamknięte oczy. Uśmiecha się. Leciuteńko. Wzdycha, głęboko i wyraźnie. Moja dłoń dociera jeszcze wyżej. Niespiesznie przykłada sobie do majtek. O tak. Delikatnie je przesuwa i palcami zanurzam się w nią, rozpływam w jej rozkoszy. Babi wzdycha teraz głośniej. Rozpina mi spodnie i szybko je ze mnie ściąga, znów nienasycona, jak nigdy wcześniej. I delikatnie go odnajduje. Zastyga. Patrzy mi w oczy. Uśmiecha się. Oblizuje mi wargi. Kąsa mnie. Jest głodna. Ma na mnie ochotę. Opiera się, popycha mnie, przywiera swoim czołem do mojego, uśmiecha się, wzdycha, przesuwa dłoń w górę i w dół i zatraca się, wygłodniała, w moim spojrzeniu, a ja w jej… Po czym pozbywa się majtek, delikatnie całuje mnie po raz ostatni i ręką pieszczotliwie muska mnie pod brodą. Wchodzi na łóżko, jest na czworakach, podnosi spódnicę i odkrywa się z tyłu. Zarzuca sobie na plecy i odwraca się w moją stronę.

Step, proszę cię, weź mnie z całej siły, tak jakbym była moją matką, zadaj mi ból… Proszę cię, przysięgam, chcę tego.

Sam nie mogę w to uwierzyć. Ale to robię. Ulegam jej, a ona zaczyna krzyczeć, tak jak jeszcze nigdy dotąd, prawie mdleję z rozkoszy, z pożądania, z niewiarygodności tej sytuacji, z miłości do tego, co wydawało mi się niemożliwe. We wspomnieniu wciąż dyszę z rozkoszy i prawie brak mi tchu…

Ej, Step!

Tak?

Nagle znów jestem tu i teraz. To Paolo.

Co się dzieje? Zatrzymałeś się na środku ulicy.

Co?

Doprawdy, zadziwiasz mnie. Ni stąd, ni zowąd zrobiłeś się uprzejmy? Nigdy nie widziałem, żebyś się tak zachowywał: przepuszczasz jakąś dziewczynę, mimo że ona wcale nie ma tutaj pierwszeństwa! Niesamowite. Albo Stany rzeczywiście wyszły ci na dobre, albo zmieniłeś się nie do poznania. Albo…

Albo?

Albo wziąłeś dziewczynę za kogoś innego.

Odwraca się w moją stronę i na mnie patrzy.

Ej… Nie zapominaj, że jesteśmy braćmi.

Dokładnie i właśnie to mnie martwi… Takie tam podśmiechujki, gdybyś przypadkiem nie zajarzył.

Paolo się śmieje. Ja z powrotem prowadzę, starając się odzyskać nad sobą panowanie. Udaje mi się. Następnie oddycham głęboko. Jeszcze głębiej. Zostaje tylko bolesna świadomość, że ta wysoka fala będzie mi towarzyszyła już zawsze.

4

Z4 to genialne auto. Oddałbym wszystko, byle je tylko mieć. Claudio Gervasi jest przy Porta Pinciana, stanął tuż przed witryną dealera BMW. Przygląda mu się zupełnie jak małe dziecko, pożądliwym wzrokiem, przejęty, niezadowolony, bo jest poza jego zasięgiem. Gdyby tylko Raffaella dowiedziała się, czego tak bardzo pragnie, dopiero by pożałował. A gdyby na dodatek dowiedziała się o całej reszcie, już byłoby po nim. Woli o tym nie myśleć. Nigdy się nie dowie. Ale skoro już tu jestem, to w takim razie zajrzę sobie do środka. Nie ma nic złego w samej chęci posiadania czegoś. Czy to także podpada pod kategorię grzechów przeciwko społeczeństwu? Claudio usiłuje przekonać samego siebie. Przecież nie to, żebym się do czegoś zobowiązywał… chcę się tylko dowiedzieć, ile by mi zaproponowali, gdybym w ramach transakcji dał im w rozliczeniu własne auto na wymianę z dopłatą. A nuż dobrze mi tu policzą za mojego mercedesa 200. Jasne, że przebieg ma potężny. Ale za to jak jest utrzymany… Krąży wokół samochodu. Nie licząc tej niewielkiej rysy z winy Babi i Danieli, a zwłaszcza sposobu, w jaki parkują ich wspólny skuter. Cóż, posłuchajmy, co takiego mają mi tu do zaproponowania… Wchodzi do salonu. Od razu podchodzi do niego młody sprzedawca, wygląda bez zarzutu, ma na sobie krawat z windsorskim węzłem, niebieski, tak jak i cały garnitur, począwszy od marynarki na miarę, a skończywszy na idealnie skrojonych spodniach, zwężanych, z mankietem, które miękko załamują mu się na ciemnych mokasynach, prostych, ale doskonale wypolerowanych. Dokładnie tak samo jak i cały samochód. Z bliska wygląda jeszcze piękniej. Delikatny błękit, wnętrze nieco ciemniejsze, wykończone w kolorze lekkiego beżu, z czarnym akcentem, wszędzie tam, gdzie pojawia się skóra, od kierownicy po dźwignię zmiany biegów. Pokusa, której nie sposób się oprzeć.

Dobry wieczór, w czym mogę panu pomóc?

Otóż chciałbym się dowiedzieć, w jakiej cenie jest to bmw. Z4, nieprawdaż?

Zgadza się, proszę pana. Więc pełen pakiet, klucze do ręki, z ABS-em włącznie i stalowymi felgami oczywiście… sprawdźmy… Proszę pana, ma pan szczęście, właśnie mamy promocję. Jak dla pana, czterdzieści dwa tysiące euro. Euro mniej, euro więcej, ma się rozumieć.

Z pewnością więcej. Grunt, że mam szczęście i że akurat trafiłem na promocję. Na to sprzedawca, który dostrzega, że Claudio jest lekko rozczarowany, uśmiecha się do niego.

Proszę zauważyć, że to samochód samego Jamesa Bonda.

Claudio nie wierzy własnym oczom.

Dokładnie ten sam?

Ależ skąd, nie dosłownie! Sprzedawca wpatruje się w niego, starając się zrozumieć, czy aby specjalnie go nie nabiera. Tym bardziej, że sądzę, w filmie wykorzystali model Z3, bmw z poprzedniej serii, a tak gwoli ścisłości, to niechybnie zostało ono doszczętnie zdemolowane albo i wystawione na jakąś aukcję! Ale to auto jest jeszcze bardziej dopracowane i też pojawiło się w filmie, Ocean’s Twelve, a może Eleven? Sam dokładnie nie pamiętam. Tak czy inaczej, jeździli nim: George Clooney, Matt Damon, Andy Garcia, Brad Pitt, a teraz… pan!

Claudio uśmiecha się niewyraźnie.

Być może…

Sprzedawca orientuje się, że ma przed sobą faceta wiecznie niezdecydowanego. Nie zna prawdy. Bo ma przed sobą okrutny cień, potworny hologram, rzut laserem, to nikt inny tylko Claudio zaprzątnięty myślą o własnej żonie. Chłopak decyduje się rozruszać potencjalnego klienta, dostarczając mu dodatkowych informacji. Krąży wokół samochodu, podając osiągi: prędkość, ile pali, rozmaite możliwe parametry oraz oczywiście wszelkie ewentualne oferty leasingu.

A propos… słysząc ostatnią propozycję, Claudio nabiera odrobiny otuchy w wypadku zakupu przyjmujecie w rozliczeniu stary samochód, prawda?

Ależ oczywiście, jakżeby inaczej! Chociaż akurat teraz rynek samochodów używanych ma się tak sobie, proszę pana.

Claudio nie miał co do tego wątpliwości.

Czy może pan rzucić na niego okiem? Stoi na zewnątrz.

Jasne. Chodźmy go zobaczyć.

Claudio wychodzi z salonu w towarzystwie sprzedawcy.

Jesteśmy, oto on.

Cały dumny pokazuje swojego mercedesa 200, grafitowosrebrny metalik. Chłopak w okamgnieniu staje się czujny, poważny, dokładny. Przypatruje mu się, co pewien czas go dotyka, sprawdza ślady prawdopodobnych napraw, chytrze ukryte. Claudio próbuje go przekonać.

Zawsze oddawałem go do przeglądu, dopiero co wymieniłem też opony…

Sprzedawca krąży wokół samochodu i ogląda drugi bok, ten zniszczony przez skuter. Wówczas Carlo stara się odwrócić jego uwagę.

Akurat w zeszłym tygodniu był na kompleksowym przeglądzie.

Ale sprzedawcy takiemu jak ten nic nie umknie.

Tak… tyle że tutaj ładnie ktoś pana urządził, co!

Ano tak, moje córki. Tysiąc razy im mówiłem, żeby parkowały skuter pod samą ścianą, na próżno!

Sprzedawca wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: „A cóż ja mogę na to poradzić?”.

No właśnie, tak czy inaczej, się to naprawi. Poza tym trzeba zrobić przegląd silnika, nieprawdaż? Auto trafi do głównego mechanika. No tak, jeśli wykluczymy ewentualne problemy, to jego wartość szacowałbym na około… cztery tysiące, cztery i pół tysiąca euro.

Aha…. Claudiowi brak słów. Liczył na co najmniej dwa razy tyle. Wyprodukowany w dziewięćdziesiątym dziewiątym.

Prawdę powiedziawszy, myślałem, że w dwutysięcznym, tak czy owak, cena, jaką panu podałem, wymaga jeszcze potwierdzenia, dobrze?

Czy dobrze? Ależ jasne, że tak! Dobrze bez cienia wątpliwości! Ja za to powinienem wam dać trzydzieści siedem tysięcy pięćset euro, euro mniej, euro więcej. Ale Claudio postanawia o tym nie myśleć.

Tak, dobrze… jasne…

W takim razie do zobaczenia. W razie czego jesteśmy do dyspozycji.

Młody sprzedawca wymienia z nim mocny uścisk dłoni, pewien, że w mniejszym lub większym stopniu udało mu się go przekonać. Zaraz potem wręcza mu wizytówkę z wszystkimi namiarami i logo BMW. Claudio patrzy, jak się oddala. Kiedy sprzedawca jest już w salonie i nie może go zobaczyć, Claudio drze wizytówkę i wyrzuca do kosza nieopodal. Brakuje jeszcze tylko, żeby Raffaelli wpadło to w ręce. Wsiada do swojego mercedesa. Opiera ręce na kierownicy. Kochana, wiesz przecież, że i tak nigdy bym cię nie zdradził! Po czym sięga po komórkę, rozgląda się naokoło i pisze SMS-a. Wysyła go i po upływie sekundy, naturalnie, kasuje. Wreszcie, w ostatnim odruchu bezgranicznej wolności, zapala sobie marlboro.

5

To tutaj Step, pod dwieście trzydzieści siedem. Poczekaj, otworzę bramę. Zaparkuj w tym miejscu. Numer sześć, to mój. Paolo jest wyraźnie dumny. Bierzemy bagaże. Można wjechać windą z samego garażu. Jest dumny także i z tego. Wjeżdżamy na piąte piętro. Otwiera drzwi, jakby to był sejf. Alarm, dwa zamki, drzwi pancerne. Powyżej widnieje jego nazwisko. Paolo Mancini, wydrukowane na wizytówce umieszczonej w złotej ramce. Coś okropnego, ale mu tego nie mówię.

Widziałeś? Na tabliczce umieściłem jedną z moich wizytówek. Jest i numer telefonu. Niezły pomysł, co? Z czego się śmiejesz? Nie podoba ci się, tak?

Jak to nie. Dlaczego uważasz, że miałbym cię ciągle okłamywać? Naprawdę mi się podoba, słowo. Paolo uśmiecha się wyraźnie rozluźniony i wpuszcza mnie do środka.

Okay, chodź, tylko popatrz, proszę…

Samo mieszkanie jest niczego sobie, nowy parkiet, jasne kolory, białe ściany.

Trochę za mało tu mebli, ale pomyśl tylko, zarządziłem totalny remont. Popatrz, mam zdalnie sterowane gniazdka, dzięki temu możesz sobie regulować oświetlenie według własnego widzimisię, kumasz?

Wypróbowuje pierwsze z brzegu, ustawia je tak, że świeci raz mocno, to znów słabo.

Niezłe, co?

Zajebiste. Stoję w drzwiach, objuczony torbami. Paolo uśmiecha się, szczęśliwy, że sam na to wpadł.

Pokażę ci, gdzie się możesz zainstalować.

Otwiera drzwi w głębi korytarza. Tara!

Paolo staje w wejściu, uśmiechnięty od ucha do ucha.

Ech… Niechybnie czeka mnie jakaś niespodzianka. Wchodzę.

Zebrałem do kupy twoje manatki i przeniosłem je tutaj. Jakieś swetry, koszulki, bluzy. I popatrz na to… Pokazuje mi obraz wiszący na ścianie. Zostało jedno płótno Andrea Pazienzy. Tego nie spaliłeś.

Niechcący przypomina mi o tamtym Bożym Narodzeniu sprzed dwóch i pół roku. Chyba to do niego dociera i trochę tego żałuje.

Dobra, ja idę do swojego pokoju. Czuj się jak u siebie.

Kładę torbę na łóżku, rozpinam suwak i zaczynam wyładowywać rzeczy. Swetry, kurtki, track jacket Abercrombie. Sprane dżinsy marki Junya. Bluzę w piaskowym kolorze Vinatge 55. Starannie złożone koszule Brooks Brothers. Wkładam je do białej szafy. Ma pełno szuflad. Drugą torbę też otwieram i zapełniam je wszystkie. Na samym dnie bagażu leży zawinięta paczka. Biorę i idę do niego. Paolo jest u siebie w pokoju, leży wyciągnięty na łóżku, stopy wystają mu poza krawędź.

Trzymaj. Rzucam mu pakunek na brzuch. Zachowuje się, jakbym mu dał kuksańca, zwija się skulony, przytrzymując pakunek, który ląduje obok niego.

Dzięki, a to dlaczego? Zawsze doszukuje się wyjaśnienia.

To w Ameryce ostatni krzyk mody.

Rozpakowuje i rozkłada prezent przed sobą. Jest nieco zdezorientowany.

To kurtka marki Fire. Tam noszą ci, którym się udało. Teraz, po tym, jak mu to powiedziałem, jakoś bardziej mu się podoba.

Zmierzę! Zakłada na marynarkę i przegląda się w lustrze. Staram się nie śmiać.

Kurwa, zajebiście! U niego taka reakcja jest co najmniej nietypowa. Najwyraźniej rzeczywiście mu się podoba.

Idealnie utrafiłeś z rozmiarem!

Dbaj o nią. Jest warta tyle, co skrawek twojego domu.

Poważnie tyle kosztuje?

Ejże, co by nie mówić, twój pokój jest jakiś ładniejszy, większy.

Tak, Step, wiem, ale…

Paolo… ja żartuję.

Paolo oddycha z ulga.

Nie, poważnie, naprawdę odwaliłeś kawał dobrej roboty.

Nie masz nawet pojęcia, ile mnie to kosztowało.

Właśnie, jak na księgowego przystało. Wracam do siebie do pokoju. Zaczynam się rozbierać. Chętnie wezmę prysznic. Paolo wchodzi do mnie, wciąż ma na sobie kurtkę z metką, która mu dynda tuż przy szyi, w rękach trzyma pakunek. Ja też mam dla ciebie niespodziankę. Robi zamach, jakby mi go chciał rzucić, ale się rozmyśla i podaje mi go niespiesznie. Nie wolno tym rzucać. To delikatna rzecz.

Otwieram go zaintrygowany. To na twoje urodziny. Udaje mu się mnie speszyć. Znaczy, tak naprawdę na urodziny, które obchodziłeś w Ameryce. Jedyne, co mogliśmy wtedy zrobić, to do ciebie zadzwonić.

Tak, odsłuchałem na sekretarce. Nie przerywam rozpakowywania prezentu. Staram się nie myśleć o tamtym dniu. Ale mi się to nie udaje. 21 lipca… Cały dzień poza domem specjalnie po to, żeby nie przesiadywać bezcelowo przy telefonie. Potem powrót do domu i widok migającej lampki na sekretarce. Jedna wiadomość, dwie, trzy, cztery. Cztery wiadomości, cztery zarejestrowane telefony. Cztery możliwości. Cztery szanse. Dawaj, pierwszą: Halo, cześć Stefano, to ja, tata… Wszystkiego najlepszego! Myślałeś pewnie, że zapomniałem, co?

Mój ojciec. Zawsze wszystko, co robi, musi okrasić żartem. Wciskam klawisz i przewijam do przodu. Sto lat! Sto lat niech żyje nam… Mój brat. Mój brat we własnej osobie, wyśpiewuje mi życzenia do słuchawki. Co za młotek! Zostały jeszcze dwie. Kolejna wiadomość, przedostatnia. Cześć, Stefano… Nie. To moja matka. Odsłuchuję w milczeniu. Mówi swobodnie, powoli, w jej głosie słychać miłość, może nawet lekkie zmęczenie. Słysząc ją, zaciskam oczy. I pięści też. I powstrzymuję napływające łzy. I mi się to udaje. Dziś moje urodziny, mamo. Chcę się cieszyć, chcę się śmiać, chcę się dobrze czuć, mamo… Tak, też mi ciebie brakuje. Jest tyle rzeczy, których mi brakuje… Ale dziś chcę o tym nie myśleć. Proszę cię. Raz jeszcze wszystkiego najlepszego, Stefano, i pamiętaj, dzwoń, kiedy tylko możesz. Całuję. I tak oto zostaje mi już ostatnia wiadomość. Zielona lampka miga bezgłośnie. Patrzę na nią w milczeniu. Powoli, raz po raz włącza się i wyłącza. To zielone światełko mogłoby się okazać moim najpiękniejszym prezentem w życiu. Jej głos. Myśl, że jej także mogłoby mnie brakować. Że można by w okamgnieniu wrócić do tego, co już było, zacząć wszystko od nowa… Wciąż marzę o tym okamgnieniu. Po chwili wciskam klawisz. Cześć, bohaterze! I co tam u ciebie? Ojej, cóż za absurdalna przyjemność, móc usłyszeć twój głos, mimo że tylko na sekretarce. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mi ciebie brakuje… Do szaleństwa. Bez ciebie Rzym jest całkiem pusty. Chyba mnie poznajesz, co? To ja, Palllina. Jasne, głos teraz zrobił mi się bardziej kobiecy. No więc, mam ci kupę rzeczy do opowiedzenia. Od czego by tu zacząć? Pomyślmy… Tak czy siak, nie muszę się spieszyć, moich starych nie ma, dzwonię z domu i mam zamiar wydać, ile się da, zważywszy, że nieźle mnie wkurzyli. Będą mieli za swoje, co tam… Rozśmiesza mnie, słucham jej z przyjemnością, z uśmiechem na twarzy. Ale nie mogę się okłamywać, nie siebie samego. Nie na ten telefon czekałem. Bo bez jej głosu urodziny w ogóle się nie liczą. Mam wrażenie, jakbym się wcale nie urodził. A tymczasem teraz, po upływie ponad dwóch lat, znów tutaj jestem.

No i co ty na to, podoba ci się?

Kończę rozpakowywanie i patrzę na pudełko.

Ej, zauważ, że to najnowszy model: Nokia, mózg staje.

Komórka?

Zajebista, co? Zawsze ma zasięg. Sam tylko pomyśl, mam go dzięki jednemu kumplowi, bo w sklepach jeszcze takiego nie kupisz. To model N70, ma wszystko, a do tego jest taki mały. Mieści się w kieszeni kurtki. Chowa go, żeby mi pokazać, że mówi najszczerszą prawdę.

To ci dopiero, masz tych przyjaciół nie od parady, co?

I voilà, widzisz? Tak się go otwiera, a na dodatek możesz wyłączyć dzwonek i zostawić samą wibrę. Trzymaj. Nawet nie zwrócił uwagi, że robię sobie jaja. Czeka tylko na moją reakcję.

Dzięki. Jedynie tyle udaje mi się powiedzieć. Komórka, oto czego mi było trzeba.

Masz już nawet numer: trzysta trzydzieści pięć osiemdziesiąt osiemdziesiąt osiemdziesiąt, łatwy, nie? To wszystko zasługa tego mojego kumpla, który pracuje dla Telecomu.

Jest z siebie jeszcze bardziej zadowolony. Mój brat razem z tymi swoimi przyjaciółmi. Teraz mam już własny numer. Jestem zarejestrowany. Rozpoznawalny. Osiągalny. Może.

Genialnie, za to teraz muszę bezwzględnie wziąć prysznic.

Rzucam telefon na łóżko.

Paolo wychodzi, kręcąc głową: Jeszcze zobaczysz, długo ta komórka nie pociągnie, jak będziesz nią tak rzucał.

Mój brat. Szkoda gadać. Co za nudziarz! A przecież obydwaj pochodzimy z tego samego nasienia, mojego ojca, a w każdym razie mam taką nadzieję. Włączam radio, które stoi na szafce i ustawiam na odpowiednią częstotliwość. Rozbieram się i jednocześnie zaczynam śmiać się sam do siebie. Moja matka, która wydała na świat Paola jako owoc związku z innym facetem. To byłby maks. Przynajmniej coś by to wyjaśniło. Ale to akurat wykluczam. Wtedy były inne czasy. Czasy miłości. Podoba mi się kawałek, który leci. Zaczynam coś tam sobie nucić.

Stoję pod domem Paola. Widziałam zapalone światła. Wiem, że to nowe mieszkanie jego brata. O właśnie, widzę go. Step przechodzi koło okna. To musi być jego pokój. Ej, akurat się rozbiera. I coś sobie nuci. Zakładam bezprzewodową słuchawkę. Włączam sobie radio w komórce. Zmieniam stację, mi się wydaje, że trafiam na to, co Step nuci pod nosem. Patrzę, jaka to stacja. Ram Power 102,70. Tym żyjesz, to pamiętasz. Kto wie, co woli Step… Patrzę, która godzina. Jest późno, muszę wracać do domu. Rodzice już tam pewnie na mnie czekają.

Paolo, czy masz jakiś ręcznik?

Przecież sam ci położyłem w łazience. Tylko zobacz, wszystko poukładane kolorami, ten błękitny jaśniejszy masz do twarzy, ten ciemniejszy koło bidetu do higieny intymnej i wreszcie niebieski płaszcz kąpielowy wisi za drzwiami.

Nie ma co, przy nim nawet chorobliwy pedant, taki jak filmowy Furio, jest nieznośnym bałaganiarzem.

Ej, Step, pokaż się no!

Staję w drzwiach.

Ja cię kręcę, dobrze wyglądasz. Schudłeś?

Tak. W Stanach mają inny zestaw ćwiczeń na siłowni. Bardzo dużo boksują. W czasie pierwszych treningów zrozumiałem, jak bardzo jesteśmy tutaj w Rzymie powolni.

Masz superrzeźbę.

A ty od kiedy opanowałeś takie fachowe słownictwo?

Celowo zwracam się do niego z siermiężnym rzymskim akcentem.

Zapisałem się na siłownię.

Własnym uszom nie wierzę. Najwyższy czas! Ale jak to, właśnie ty, który ciągle się mnie czepiałeś. Nic, tylko po co tak przesiadujesz na tej siłowni, co cię obchodzą mięśnie i cała reszta… A sam w końcu co robisz?

Fabiola mnie przekonała.

Aha, proszę. Widzisz, ta Fabiola już mi się podoba.

Powiedziała, że za dużo czasu spędzam w pozycji siedzącej i że mężczyzna musi się w końcu zdecydować, jakie chce mieć ciało w wieku trzydziestu trzech lat.

W wieku trzydziestu trzech lat?

Właśnie tak powiedziała.

W takim razie miałeś jeszcze wówczas dwa lata laby.

Wolałem nie spełniać wszystkich warunków tej zasady.

Fajna ta Fabiola. Idę do łazienki. A gdzie się zapisałeś?

Do Roman Sport Center. Cisza. Znów staję w drzwiach.

Czy o tym także zadecydowała Fabiola?

Nie. I śmieje się cały dumny, przeświadczony, że wybór należał do niego. Ja… no tak, prawda jest taka, że ona już się tam wcześniej zapisała.

Aha, to tak… Wracam do łazienki i zamykam za sobą drzwi. Nie mogę w to uwierzyć. Nie ma nic gorszego, niż chodzić na siłownię z własną dziewczyną. Siedzisz tam i myślisz o niej nawet wtedy, kiedy podnosisz ciężary, wciąż sprawdzasz, kto do niej podchodzi, co takiego do niej mówią, czy aby jakiś fajfus się nie zgrywa i nie wciska jej kitu, podsuwając niezawodne ćwiczenia… i co ona na to, i jak odpowie. Koszmar. Co raz to widzę takie parki. Buziaczek pod koniec każdej serii ćwiczeń. A na sam koniec treningu obowiązkowe pytanie: To co robimy dziś wieczór?

Bo każda para musi przecież zawczasu mieć własny program. Jakżeby inaczej, w przeciwnym razie, co to za para. Tak… Za to jeśli jesteś „odparowany” to Roman Sport Center jest w sam raz. Mięsień odruchowo zaczyna pracować dwa razy intensywniej, sam się bierze do roboty, byle tylko coś wyrwać. Sprzęt i sztangi nieomal udają, że pracują, niemi świadkowie, Bóg jeden raczy wiedzieć, ilu wyrachowanych zauroczeń. A tak, bo po zakończeniu każdej serii ćwiczeń trzeba się na siebie popatrzeć, jedno taksuje wzrokiem drugie, uśmiech i dawaj gadka szmatka. Kim jesteś, gdzie byłeś wczoraj, jaki lokal dzisiaj otwarto, jakie masz plany na wieczór, co takiego porabiasz jutro i ile masz kasy. Słowem, czy warto cię przelecieć.

Odkręcam wodę i wchodzę pod prysznic. Zimna. Opieram się plecami o ścianę i napieram na nią z całej siły, bezskutecznie starając się zburzyć. Nabrzmiewają mi barki i czuję, jak woda, która po mnie spływa, robi się cieplejsza. Po chwili odchylam głowę do tyłu, mam otwarte usta. Woda ni stąd, ni zowąd zmienia swój bieg. Nieduża, porywista rzeczka, która znajduje sobie zatoczki i kryjówki pomiędzy moimi oczami, między nosem a ustami, między zębami a językiem. Oddychając, wypluwam z buzi. Mój brat. Mój brat, który chodzi do Roman Sport Center. Mój brat i jego nowe audi A4. Mój brat i jego kobieta. Mój brat, który trenuje razem z nią, raz po raz wybucha śmiechem, a w przerwie postanawia, co będą robić wieczorem. Teraz już jest wszystko jasne. On to tata, bez cienia wątpliwości. Im starszy, tym wyraźniejszą staje się kserokopią. Ja za to tkwię sobie w kącie, wyblakły. Chciałbym się dowiedzieć, kto mi podpieprzył mój tusz. Wychodzę spod prysznica. Zakładam na siebie płaszcz kąpielowy i wycieram włosy błękitnym ręcznikiem, dokładnie tak, jak mi przykazał. Przejeżdżam energicznie po krótkich włosach, które dopiero co zgoliłem, tak że schną w okamgnieniu. Ręcznik zostawiam sobie na głowie i idę do pokoju. Paolo mnie widzi.

To niesamowite, jak bardzo jesteś podobny do mamy. Zadzwoń do niej, będzie przeszczęśliwa.

Dobra, później. Dziś nie chce mi się nikogo uszczęśliwiać.

6

Z głębi korytarza dobiega odgłos kluczy przekręcanych w zamku drzwi wejściowych. Raffaella się odwraca.

Och… jest i Claudio!

Drzwi otwierają się powoli. Ale zamiast niego, w całej krasie, odmieniona wkracza Babi.

Raffaella wybiega jej naprzeciw.

Coś ty zrobiła!

O co ci chodzi?

No jak to, nie dość, że się spóźniłaś, to jeszcze obcięłaś sobie włosy!

O Boże, mamo, przeraziłaś mnie nie na żarty! Spodziewałam się najgorszego! Tak, obcięłam je dzisiaj rano. Ładnie? Arturo, który mnie strzygł, powiedział, że tak jest mi bardziej do twarzy.

Tak… ale właściwie prawie wszystko dobierałyśmy pod kątem twoich długich włosów!

Mamo, ale raptem przecież tylko je wycieniowałam. Babi uśmiecha się do niej. Wiedziałam, że tak powiesz. Spójrz… Otwiera małą torebkę Furli i wyciąga z niej trzy zdjęcia zrobione polaroidem. Masz, specjalnie wpierw zrobiłam je sobie na próbę. I co ty na to? Czy nie wyglądam lepiej?

Raffaella je ogląda. Po chwili uśmiecha się wyraźnie zadowolona i szczerze usatysfakcjonowana zarówno własną córką, jak i jej nową fryzurą oraz wszystkim, co zostało uwiecznione na zdjęciu. Ale nie chce tak łatwo jej odpuścić. Nie, w żadnym razie nie chce być wykluczana, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji, a już zwłaszcza wtedy, kiedy w grę wchodzą sprawy takiej wagi.

Tak, dobrze wyglądasz. Ale wariant, który wybrałyśmy, wydawał mi się lepszy… właśnie ten z długimi włosami.

Daj spokój, nie bądź taka nieprzejednana! Mamo, sama zobaczysz, mamy czas, zdążą mi jeszcze odrosnąć. Ale do rzeczy, wróciłam wcześniej, bo dziś wieczór mamy jeść kolację u Mangiliego, prawda?

Nie, przełożyłam to na przyszły tydzień.

Ale, mamo, wybacz, skoro tak, mogłaś mnie uprzedzić! Specjalnie wcześniej wróciłam, bo miałyśmy się do niego wybrać! Wystarczyłby jeden telefon, nie? Zawsze mam przy sobie komórkę! Byle głupstwo i już do mnie dzwonisz, a jak rzeczywiście coś się dzieje, to wcale się nie odzywasz!

Nigdy nie dzwonię do ciebie z byle głupstwem.

Tak, wiem, ale strasznie mi zależało na tym, by załatwić sprawę.

Naburmuszona Babi chwyta się pod boki. Kiedy jest wytrącona z równowagi, zachowuje się zupełnie jak małe dziecko. Brakuje tylko, by zaczęła tupać nogami.

Babi, nie zachowuj się tak, do Mangiliego wybierzemy się w przyszłym tygodniu…

Dobra, ale od razu! Chcę się upewnić co do tego Mangiliego, jeszcze go nigdy dotychczas nie wypróbowywaliśmy. Nikt go nie zna.

Ale przygotowuje przecież kolacje dla samego Watykanu.

Tak, wiem, ale tamci i tak nigdy nigdzie nie chodzą, nie wyrobieni, jeśli chodzi o jedzenie! Jakie oni mają w ogóle pojęcie, czy to, co im serwują tam w klasztorze, jest smaczne, czy też nie?

Babi, nie zachowuj się tak. Zobaczysz, wszystko pójdzie znakomicie.

Raffaella próbuje uspokoić.

To tylko zwykła kolacja…

Tak, ale to moja kolacja i jest dla mnie ważna! I każdy życzy sobie, by nie stała się ona ostatnią, ale żeby, jak w tym wypadku, była jedyną w swoim rodzaju!

Mówiąc to, Babi idzie do siebie, zamyka się w pokoju, trzaska drzwiami. Raffaella wzrusza ramionami. To normalne, że w takiej sytuacji ludzie robią się nerwowi. Dokładnie w tym samym momencie otwierają się drzwi wejściowe i wkracza Claudio.

Kochanie, już jestem!

Dobre i to. Ale gdzieś ty się podziewał przez cały ten czas?

Claudio całuje pospiesznie w usta.

Przepraszam, musiałem zrobić przegląd spraw w biurze. Przecież nie może jej powiedzieć, że zamiast tego dokonał przeglądu wszelkich możliwych dodatków, osiągów i parametrów dotyczących spalania w bmw Z4. Nie tylko. Na dodatek na własne życzenie przedstawiono mu wprost niedorzecznie śmieszną wycenę jego mercedesa.

Zmień sobie koszulę i załóż inny krawat. Szybko. Wszystko ci już przygotowałam, leży na łóżku.

Ale przepraszam, czy aby nie mieliśmy pójść do mojego przyjaciela Mangiliego, przetestować catering? Czy rzeczywiście jest sens, bym się przebierał?

Claudio, gdzie ty masz głowę? Specjalnie dzisiaj rano dzwoniłam do ciebie do biura. Kompletnie zapomniałam, że dziś wieczór mamy iść do Pentestich. Mangiliego przełożyłam na przyszły tydzień! No raz-dwa, zajmij się sobą, już i tak jesteśmy spóźnieni.

Aha, słusznie.

Claudio idzie do pokoju i stara się nadrobić stracony czas. Szybko się rozbiera, zdejmuje z siebie marynarkę. Dokładnie w tej samej chwili komórka wydaje natarczywy dźwięk. Claudio wyjmuje z kieszeni marynarki. To odpowiedź na jego SMS-a. Czyta, uśmiecha się, w porę udaje mu się skasować, zanim pojawia się Raffaella.

Pospiesz się, co tak tracisz czas na komórkę. Kto to był?

Tak, przepraszam, to Filippo Accado przesłał mi SMS-a.

Filippo? A od kiedy to pisujecie do siebie SMS-y?

Oj, żeby było szybciej.

Claudio zdejmuje koszulę i wkłada czystą, rozpina tylko guziki przy kołnierzyku byle nie tracić czasu, ale też aby zasłonić twarz.

Nic takiego, pisze, że w poniedziałek nie ma brydża, nie wiem, co się stało.

To nawet lepiej. Tym samym w poniedziałek możemy zorganizować próbę cateringu u Mangiliego. No już, pospiesz się, czekam na ciebie w salonie.

Claudio kończy wkładać koszulę, wyczerpany pada na łóżko. Tak niewiele brakowało, jak jeszcze nigdy dotąd. Masz ci, i tak oto przepadł mu brydż. Cóż, to była pierwsza rzecz, jaka przyszła mu do głowy, z czegoś w końcu trzeba zrezygnować. Wiąże sobie krawat, odwija kołnierzyk koszuli i robi węzeł. A jeśli u Pentestich pojawią się też Accadowie? Kurwa, o tym akurat nie pomyślałem. A jeśli Filippo, który jest strasznym ćwokiem, nie załapie od razu? Wydaje mu się, jakby już go słyszał: „Ależ, Claudio, co ty opowiadasz? Ja naprawdę nie wysyłałem ci żadnego SMS-a”. I tym samym uświadamia sobie, że wolałby nie iść na imprezę. Zaciska wokół szyi elegancki niebieski krawat, który wybrała mu Raffaella. Po czym przegląda się w lustrze. I przez chwilę ten krawat jawi mu się jako potworny sznur wisielca.

7

Paolo siedzi w pokoju i ogląda telewizję, jednocześnie gada przez telefon, wyciągnął się na łóżku, nogi mu wystają, a kciuk podryguje na pilocie w poszukiwaniu czegoś, co okazałoby się bardziej interesujące od rozmówcy, który jest tam gdzieś po drugiej stronie.

– Cześć, ja wychodzę.

– Dokąd idziesz?

Patrzę na niego, tym razem się nie uśmiecham:

– Przejechać się.

Żałuje, że w ogóle mnie zapytał i natychmiast stara się to naprawić.

– Duplikat kluczy znajdziesz w kuchni, w szafce, po lewej stronie, tuż przed drzwiami, w ceramicznej doniczce. – Precyzyjny jak zwykle. Po czym wyjaśnia osobie, z którą wisi na telefonie, co takiego właśnie robi, dla kogo i dlaczego. Jestem bratem, który wrócił z Ameryki. I zaraz krzyczy do mnie ze swojego miejsca. – Znalazłeś? – Wkładam klucze do kieszeni i znów przechodzę obok niego. – Znalazłem. – Uśmiecha się. Już ma podjąć przerwaną rozmowę, ale zamiast tego niespodziewanie zasłania słuchawkę lewą ręką i z napięciem w głosie pyta: – Ale… Chcesz, żebym pożyczył ci samochód? – Mówi to z wyraźną troską, żałuje swojej propozycji, wydaje się zrozpaczony, iż mógłbym na nią przystać. Specjalnie chwilę zwlekam z odpowiedzią. Rozkoszuję się tym. Z drugiej strony przecież to nie ja go o to prosiłem.

– Nie, daj spokój.

– Aha, okay, okay. – Oddycha z ulgą. Od razu się rozluźnia. Po czym stara się w jakiś sposób ułatwić mi życie. – Widziałeś, Step? Sprowadziłem ci tutaj twój motocykl, stoi na dole w garażu.

– Tak, widziałem, dzięki. – Ale moje życie jest nieco bardziej skomplikowane. Wsiadam do windy i zjeżdżam do garażu. Pod szarą plandeką, w głębi parkingu widzę wystające koło. Poznaję go. Lekko nadwerężony, ale wciąż na chodzie, trochę kurzu i cała masa przejechanych kilometrów. Jednym gestem niczym torreador zrywam z niego plandekę. Oto i on. Honda Custom VF 750, niebieski metalik. Gładzę zbiornik paliwa. Palcami rysuję znak w miękkim kurzu, który drzemie na niebieskiej karoserii. Po chwili podnoszę kanapę, podłączam kable akumulatora, z powrotem ją opuszczam. Dosiadam go. Wyciągam kluczyki z kieszeni kurtki i wkładam je do stacyjki. Tuż obok silnika. Breloczek dynda rezolutnie, obraca się i odbija, raz po raz uderzając o zimny silnik. Powyżej słabe światło podświetla na zielono i czerwono zegar zapłonu. Akumulator się wyładował. Próbuję tak sobie dla picu, ale nie ma szans, żeby udało mi się odpalić. Prawą ręką wciskam czerwony przycisk. Próżne nadzieje teraz stają się faktem. Nic już się nie da zrobić. Muszę pchać. Wychodzę z garażu, prowadząc motocykl, przechylam go i opieram sobie na boku z prawej strony, największy ciężar spoczywa mi na nogach. Mięśnie mi się napinają. Krok za krokiem, powolutku, coraz szybciej. Odgłos kroków raz po raz przeplata się z chrzęstem drobnych kamyków, raz, dwa, trzy, coraz szybciej. Zostawiam za sobą podwórko i wyprowadzam go na ulicę. Teraz jeszcze szybciej. Kilka kolejnych kroków. Już wrzuciłem dwójkę. Lewą ręką wciskam sprzęgło. Właśnie teraz jest odpowiedni moment. Puszczam sprzęgło. Motocykl gwałtownie hamuje. Ale ja nie przestaję pchać, a on warkotać. Pociągam za sprzęgło i ponownie je puszczam. Krztusi się. Teraz, jeszcze raz, z całej siły. Jestem zlany potem. Wystarczy pchnąć po raz ostatni, czuję to. I rzeczywiście nagle odpala. Wyrywa do przodu. Pociągam za sprzęgło i prawą ręką dodaję gazu. Silnik się ożywia i ryczy pośród nocy, pod oknami, na ciemnej ulicy. Więcej gazu. Z rury wydechowej wydostają się stare spaliny, olbrzymie kłęby, które krztuszą się przeszłością, latami bezczynności. Więcej gazu. Rozsiadam się wygodnie i włączam światła. Po chwili puszczam sprzęgło i ruszam przed siebie w noc, niesiony wiatrem. Cały spocony, pędzę przed siebie via Farnesina i momentalnie robię się suchy. Przejeżdżam pod wiaduktem. Wjeżdżam w zakręt, biorę go, niemal kładąc się na jezdni, nie zwalniam. Spuszczam trochę z gazu po to tylko, żeby dodać go w połowie zakrętu i ponownie przyspieszyć. Zarzuca motorem. Dodaję więcej gazu, na co maszyna, niczym posłuszne psisko, razem ze mną pruje przed siebie w stronę Ponte Milvio, za kościołem stoi Pallotta, te tysiące pizz, które tam zjadłem, na lewo Gianfornaio i kwiaciarnia nieopodal. Kurwa mać, ileż kwiatów stamtąd wysłałem, właściciel dawał największe zniżki ze wszystkich. Zatrzęsienie kwiatów, za każdym razem innych, za każdym razem dla jednej i tej samej. Wcale o tym nie myślę, nie chcę o tym myśleć. Pistola, sprzedawca arbuzów, stoi na zewnątrz i wypróbowuje komórkę. Naciskam dwa razy na klakson, patrzy na mnie. Witam się z nim, ale mnie nie poznaje. Później go odwiedzę, by mu o sobie przypomnieć. Mam to gdzieś, dodaję gazu i przepadam w ciemnościach. Ja pierdolę… Jakiż ten Rzym piękny. Brakowało mi ciebie. Dodaję więcej gazu i jadę przed siebie Lungotevere. Wymijam zygzakiem samochody. Z prawej, z lewej… Wreszcie rozpędzony zjeżdżam na pobocze. Ocieram się o sosny rosnące wzdłuż Foro Italico. Jakieś kurewki już się rozlokowały przy swoich jeszcze nierozpalonych ogniskach. Wałki tłuszczu, które formują im się na nogach, są podtrzymywane jedynie przez przyciasne podkolanówki. Jedna z nich zgrywa nie w ciemię bitą albo rzeczywiście jest niegłupia i czyta gazetę. Rozdziawia usta i śmieje się ordynarnie z jakiejś bzdury, którą dopiero co przeczytała. Może chodzi o coś smutnego, tyle że do niej to nie dotarło. Inna z kolei rozsiadła się na małym rozkładanym leżaku, ma przy sobie krzyżówki i z długopisem w ręku rozwala jedną po drugiej. Pisze co popadnie albo rzeczywiście zna hasła. Dodaję więcej gazu i jednocześnie redukuję biegi. Piątka, czwórka, trójka, ostry zakręt po prawej. Kawałek dalej hamuję przed cineporto – kinem pod gołym niebem. Wystawiam podnóżek i zsiadam z motoru. Dziewczyny zbite w grupki zaśmiewają się rozbawione i palą papierosy, poza zasięgiem wzroku rodziców, wciąż żyjących złudzeniami. Jedna blondynka z krótkimi włosami i przesadnym makijażem przygląda mi się i szturcha łokciem przyjaciółkę. Brunetkę, z orzechowymi oczami, fryzurą na pieczarkę, która siedzi z nogą na nogę na hondzie SH 50 w kolorze szarobrunatnym. Ta z kolei patrzy na mnie porażona, zastyga z otwartymi ustami. Przeciągam sobie dłonią po krótkich włosach z tyłu głowy. Jestem opalony, szczupły, uśmiecham się, dopisuje mi dobre samopoczucie. Jestem wyluzowany. Mam ochotę na zimne piwo i na oglądanie filmu. Mam ochotę na coś jeszcze, szczerze powiedziawszy, ale wiem, że nic z tego.

– Step, nie wierzę własnym oczom!

Brunetka zsiada z hondy SH 50 i biegnie mi na spotkanie, wydzierając się jak szalona. Patrzę na nią, usiłując dojść, co to za jedna. Ale już po chwili doznaję olśnienia: to Pallina. Wierzyć się nie chce… Pallina. Pallina, kobieta mojego przyjaciela, mojego najlepszego przyjaciela. Pollo, towarzysza pierwszych ekscesów alkoholowych, pierwszych spotkań z dziewczynami, tysięcy bzdetów, żartów i poszturchiwań, walk, kiedy to tarzaliśmy się na ziemi, w deszczu, w błocie, w środku nocy, podczas mrozu, w upał, gdy wakacje od życia trwały w najlepsze. I te wspólnie wypalone papierosy, te setki litrów wypitego piwa, właśnie, Pollo i tysiące wyścigów na motorze, z ostatnim włącznie…

– Pallina. – Rzuca mi się na szyję i obejmuje mnie z całej siły. I właśnie ten jej mocny uścisk przypomina mi go, mojego przyjaciela, którego już nie ma. Usiłuję o tym nie myśleć. Przytulam ją mocno, jeszcze mocniej i oddycham z twarzą w jej włosach, staram się opanować, wrócić do teraźniejszości, do życia. – Pallina. – Odchyla się i nieruchomieje, wpatrując się we mnie przejętym wzrokiem. Chce mi się śmiać.

– Ja pierdolę, zrobiła się z ciebie megalaska!

– Oho, wreszcie zajarzyłeś!

Śmieje się rozbawiona, śmieje się i płacze, jak zwykle, szalona jak to ona, piękna, co widać jak na dłoni.

Pociąga nosem i wyciera go sobie ręką.

– I kto by cię tam poznał!

Obraca się przede mną uśmiechnięta, z wyrazem miłości w oczach. Paraduje mi tuż pod nosem, jakby była na wybiegu.

– No i jak wyglądam? Schudłam, co, a jak ci się podobają moje krótkie włosy? Co ty na to? Znasz tę fryzurę?

– Nie, wcale.

– O kurwa! Weź przestań, to ostatni krzyk mody! Jak to i to właśnie ty, byłeś przecież w Stanach i nie wiesz! – Śmieje się jak szalona. – Jestem modna! Ściągnęłam ją z „Cosmopolitana” i z „Vogue’a”. Kojarzysz Angelinę Jolie i Cameron Diaz, właśnie, pomieszałam jedną z drugą i je przebiłam!

Trudny moment mamy już za sobą. Szturcha mnie.

– Strasznie mi ciebie brakowało, Step. – I znowu mnie obejmuje.

– Mnie ciebie też.

– Ejże, ale ty też obłędnie wyglądasz. Pokaż się. Schudłeś. A czy one wciąż tam są?

Dotyka mojej koszulki i przejeżdża mi ręką po mięśniach brzucha.

– A gdzieżby indziej miały być… I to lepsze niż kiedyś!

Łaskocze mnie.

– Ajaj, zostaw.

Śmieje się.

– O rany, szczęka opada na twój widok. Chodź, to cię przedstawię. To moja przyjaciółka Giada.

– Cześć.

– To Giorgio, a to Simona. – Spoglądamy na siebie i pozdrawiamy się skinieniem. Tę jedną chwilę za długo przypatruję się twarzy Giady, która się rumieni i tym samym jej policzki już i tak przesadnie umalowane, wyglądają jakby raz jeszcze przejechała sobie po nich różem. Pallina to dostrzega.

– No to pięknie. Dopiero co przyjechałeś, a już siejesz spustoszenie.

Giada się obraca, tak że włosy spadają jej na twarz. Chowa się, uśmiecha, zielonymi oczami spoziera zza jasnej gęstwiny zmierzwionych włosów. Zupełnie jak Bambi. Pallina kręci głową.

– No tak… Nie ma co… Już po niej. A skoro tak, to nic tu po nas, spadamy. Wejdźmy do środka na piwo. Ej, w razie czego potem się do nas przyłączycie, co? Musimy powspominać stare dzieje.

Nie starcza mi czasu, by się pożegnać, bo Pallina już mnie za sobą ciągnie. – O rety, mam ci do opowiedzenia masę rzeczy. Ej, gdybyś chociaż napisał kilka słów, przedzwonił, wysłał kartkę. A czy chociaż pamiętasz mój numer telefonu?

Bez zająknienia mówię go jej z pamięci. Zaraz potem mnie ponosi: – Wykręcałem go, ilekroć chciałem pogadać z Pollo. – Kurwa mać, żałuję, że to powiedziałem. Na szczęście stoimy przy samym wejściu. Pallina ratuje mnie z opresji. Albo nie usłyszała, albo tylko udaje. Wita się z cherlawym bramkarzem: – Cześć, Andrea. To co, wpuścisz nas?

– Jasne, Pallina, przyprowadziłaś ze sobą tylko jednego kumpla?

– Tak, a wiesz kto to?

Andrea nie odpowiada.

– No co ty, to Step, pamiętasz, opowiadałam ci…

– No pewnie. – Uśmiecha się: – Ja pierdolę, a czy to wszystko, co o tobie słyszałem, to prawda?

– Powiedzmy, że zaledwie jakieś sześćdziesiąt procent ma w sobie krztynę prawdy.

Pallina kręci głową, ciągnie mnie za rękę i wchodzi do środka.

– Jest skromny. – Pallina klepie go po plecach. – Dzięki, Andrea.

Idę za nią rozbawiony.

– Nie ma co, czasy się zmieniły…

– A to dlaczego?

– To takich teraz stawiają na bramce?

Pallina patrzy na Andreę, który wodzi za nami niepewnym wzrokiem. Może nie jest tak do końca przekonany, że właśnie ja to Step, o którym tyle się nasłuchał.

– Ale uwierz mi, Step, to akurat bardzo przykładny koleś.

– Właśnie, przykładny. Co to ma właściwie znaczyć? Za dawnych dobrych czasów, zanim postawili cię na bramce, to dawali ci nieźle popalić, żeby sprawdzić, czy dasz sobie radę, czy też nie. Wiesz, że raz w Green Time’ie powiedzieli mi, żebym zaniósł pieniądze do pomieszczenia w głębi lokalu… Wszedłem tam, rzuciło się na mnie trzech naraz. – Zaczynam opowiadać. Pollo też tam był. Tym razem jednak udaje mi się go w to nie mieszać, nie burzyć jego spokoju, pozostawić go na swoim miejscu, gdziekolwiek by ono było. Mam tylko nadzieję, że mnie teraz słucha, i że bawi go to wspomnienie.

– Słowem, że niby ja miałbym im zostawić kasę, takiego wała. Błyskawicznie zdjąłem z siebie pasek i trach! Wszystkim trzem jak nie sieknę po twarzy. Jednego trafiłem sprzączką w kość policzkową. Z pozostałymi dwoma uwinąłem się raz-dwa. Zainkasowali po kilka ciosów w maskę. Od tamtego dnia przez cztery bite miesiące stałem na bramce w Green Time’ie. Stówa za wieczór. Żyć nie umierać, a do tego każda laska była twoja.

– Pollo miał ślad na twarzy, pod lewą kością policzkową. Powiedział mi, że oberwał paskiem.

Nic jej nie umknie. – Może ojciec mu przylał.

Patrzy na mnie i się śmieje. – Kłamczuch z ciebie. Wcale się nie zmieniłeś.

Siadamy przy plastikowym stoliku na białych krzesłach i zastygamy w milczeniu. Odwracam się, żeby popatrzeć, co jest grane. Za nami znajduje się coś w rodzaju gigantycznego pontonu po byle jakich przeróbkach, który pełni funkcję basenu. Mieszane towarzystwo popiskuje i pluska się zanurzone w środku. Jedna z osób siedzi na brzegu, zaczyna wydzierać się jak szalona, obejmuje podkurczone nogi i rzuca się w sam środek niczym torpeda. Woda bryzga wszędzie wokół. Jakaś gruba kobieta w niebieskim kostiumie zasłania sobie włosy. – Najświętsza… – Zaklina, wyciągając ręce w stronę chłopaka, który zanosi się śmiechem w gronie swoich przyjaciół. Kobieta mamrocze coś jeszcze i wraca do przerwanego spaceru w tym basenie wypełnionym ciepłą i spienioną wodą. Wyleniały i otyły mąż śmieje się, patrząc na nią z przeciwległego brzegu. Kręci głową i pali papierosa. Z pewnością właśnie się odlewa. Po chwili zaczyna się krztusić. Papieros wpada mu do wody i gaśnie, na co on lekko odpycha go od siebie ręką, w głąb basenu, gdzie akurat pływa dziecko, próbując swoich sił w cokolwiek nieporadnym stylu wolnym.

– To powiedz, jak się masz?

– Świetnie, a ty?

– Dobrze. Dobrze. – Milczymy przez chwilę, zawstydzeni tym, co już przeminęło. Na szczęście z wszędzie rozmieszczonych głośników rozlegają się dźwięki piosenki: The lion sleeps tonight. Kto wie, które z nas jest teraz lwem. A przede wszystkim, czy ten lew aby zapadł w sen. Kelner podchodzi, żeby odebrać zamówienie.

– Poczekaj, niech zgadnę. Corona z kawałkiem cytryny.

Uśmiecham się: – Nie, teraz Bud.

– No co ty, ja też strasznie je lubię. Dwa razy Bud, dzięki.

Kto wie, czy mówi poważnie.

– Wiesz, często o tobie myślałam, kiedy tam siedziałeś… W Nowym Jorku, tak?

– Tak. – Bawi mnie, wcale się nie zmieniła, wyrzuca z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego, czasami jedynie po to, by sobie pogadać. Tak często o mnie myślała, że aż sama nie była pewna, gdzie się właściwie podziewałem. Kurwa mać, Step, to przecież Pallina. Daj jej spokój. To kobieta twojego przyjaciela Pollo. Nie zabieraj się za ocenianie także i jej, przestań w kółko roztrząsać każde jej słowo. No już, odpuść sobie. Mój mózg zbiera zasłużone razy. – Tak, w Nowym Jorku. Zajebiście się tam bawiłem.

– Wyobrażam sobie. Dobrze zrobiłeś, że wyjechałeś. Tutaj wszystko było takie ciężkie. – A oto i nasze piwo. Unosimy je. Już wiemy, za co wzniesiemy toast.

– Za niego… – Mówię to ściszonym głosem. A ona mi przytakuje. W jej oczach czai się miłość, wspomnienia, przeszłość. Ale jesteśmy tu i teraz. Butelki gwałtownie uderzają jedna o drugą. Po chwili wlewam w siebie schłodzoną zawartość, prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Tak bym chciał nic tylko pić i pić, ale w połowie przerywam i biorę oddech. Stawiam butelkę buda na stole. – Dobre. – Sięgam do kieszeni kurtki. Ale Pallina jest ode mnie szybsza. Wyciąga paczkę marlboro light z jasnozielonej koszuli z wojskowymi rękawkami i kieszeniami na suwak. Wyjmuje sobie jednego i podaje mi paczkę. Częstuję się i uświadamiam sobie, że brakuje papierosa odwróconego filtrem do dołu. Tego od życzenia. Koniec z marzeniami? Ogarnia mnie smutek. Zamykam paczkę i jej zwracam. Wkładam sobie papierosa do ust. Od razu wystawia w moją stronę rękę z zapalniczką, mało tego, wręcz nalega, by mi go podpalić. Ma zimne dłonie, ale jest uśmiechnięta. – Czy wiesz, że od tamtej pory nie byłam z żadnym mężczyzną. – Biorę macha, zaciągam się mocno, zawiesisty dym wypełnia mi całe płuca.

– Mężczyzną? Chłopakiem! – Próbuję zbagatelizować całą sprawę.

– Dobra, słowem, na jedno wychodzi. – Może to przez piwo, papierosy, natłok zdarzeń, cały ten syf wokół nas. Śmiejemy się. I wszystko staje się takie jak dawniej, nieskomplikowane. Opowiadamy sobie o wszystkim, co popadnie, wspomnienia, nowiny dotyczące nas samych oraz innych. Bzdety. Te same, co zwykle bzdety. Ale jest nam dobrze. Przekazuje mi rzymskie aktualności. – Ej, no weź, tamta, pamiętasz ją, nie? Nie wiesz nawet, jak teraz wygląda!

– Bosko?

– To babsko. – Śmiech.

– Za to Frullina znowu zapuszkowali.

– Nie, przysięgnij!

– Tak, wdał się w bójkę z Papero, bo ten związał się z jego kobietą, więc tamten na niego doniósł.

– Wierzyć się nie chce, że też ludzie za grosz sumienia już nie mają.

– Tak było, przysięgam.

Zanosimy się śmiechem.

– Bracia Bostoni otworzyli pizzerię.

– Gdzie?

– We Flaminio.

– I jak?

– Fajnie, możesz tam spotkać wszystkich po trochu, ale też kupę nowych ludzi. Naprawdę w dechę, a poza tym nie jest drogo. Za to Giovanni Smanella wciąż jeszcze nie zrobił matury.

– Nie, w życiu w to nie uwierzę, co mu się rzuciło na mózg?

– Bo ja wiem, weź sobie tylko pomyśl, że zeszłej zimy chciał mnie poderwać.

– No co ty… Co za kawał fiuta!

Odżywają stare, dobre czasy. Pallina przygląda mi się zmartwiona.

– Ależ nie, to było miłe. Zaprzyjaźniliśmy się, dotrzymywał mi towarzystwa. Często opowiadał mi o Pollo.

– I co z tego! – Milknę.

– Kurwa, Step… – Pallina pociąga długi łyk piwa. – Nic a nic się nie zmieniłeś!

Jestem cały spięty, ale zaraz sobie odpuszczam. A co tam, zwisa mi to. Nic takiego złego się nie stało. W gruncie rzeczy życie toczy się dalej.

– Zmieniłem – mówię z uśmiechem.

– Ech, całe szczęście, wobec tego wolno poruszać także i inne tematy? – Uśmiecha się i przybiera ten swój niezapomniany, chytry wyraz twarzy. – Ała… – Najwyraźniej moja mina mówi sama za siebie. – I masz ci, drażliwa kwestia. Oho, sam się o to prosiłeś. – Pociąga ostatni łyk piwa, ale już po chwili wygląda jak rasowa kobieta. – A więc… rozmawiałeś z nią jakoś? Od kiedy nie masz z nią kontaktu? Czy próbowałeś do niej stamtąd dzwonić?

Zupełnie jak automat, jakby się nie mogła zatrzymać.

– Ej, wyluzuj, kurwa. To chyba nie przesłuchanie, a ty nie jesteś jednym z gliniarzy, którzy mnie przyskrzynili! – Staram się nie okazywać, że ta cała rozmowa cokolwiek mnie kosztuje. Ale nie wiem, czy mi się to uda. – Nie, wcale się z nią nie kontaktowałem.

– Wcale?

– Wcale.

– Przysięgnij!

– Przysięgam.

– I tak ci nie wierzę.

– Cholera jasna. Myślisz, że ci kłamię? Wobec tego, kontaktowałem się z nią.

– Nie, no dobra, wierzę ci. Za to ja ją spotkałam.

Po czym robi pauzę. Długą. Zbyt długą. Wcale się nie odzywa. Robi to specjalnie. Patrzy na mnie i się uśmiecha. Chce, żebym to ja coś powiedział. Wciąż czeka, przegina. Ale dlaczego? Do dupy. Świnia. Nie wytrzymuję.

– No weź, Pallina, śmiało. Wyrzuć to z siebie. Opowiadaj.

– Wyglądała bardzo ładnie jak zwykle, ale…

– Ale?

– Była jakaś inna. Sama nie wiem, jak ci to powiedzieć. O właśnie, zmieniła się.

– A tam, co do tego, to nie miałem najmniejszych wątpliwości, wszyscy się zmieniliśmy.

– Tak, wiem… Ale ona… Zmieniła się w taki sposób… Bo ja wiem, o właśnie, w całkiem inny sposób.

– Powtarzasz się! Ale co ma znaczyć ten „całkiem inny sposób”?

– Słuchaj, sama nie wiem. Jest jakaś inna, i już. Mówię ci, jak jest, inaczej nie potrafię. Albo wiesz, o co mi chodzi, albo, żeby to pojąć, musisz ją zobaczyć na własne oczy.

– Wielkie dzięki.

I zaraz, sam nie bardzo wiem jak, ale zadaję jej pytanie. Przychodzi mi to naturalnie. Pomyślałem o tym, ale nie chciałem wypowiadać tego na głos. A jednak i tak mi się wymsknęło, i oto proszę, mówię to wbrew własnej woli, jakbym nie ja sam je zadawał.

– Ale… czy była sama?

– Tak. A wiesz, dokąd się wybierała? Na zakupy.