Twarz pokerzysty - Józef Hen - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Twarz pokerzysty - Józef Hen

Niezwykła powieść z sensacyjną fabułą, w którą wpisany został dramat sumienia.

Akcja rozgrywa się w dwóch zmieniających się planach czasowych: w październiku 1945 roku i pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy to bohater opowiada swoją niezwykłą historię powojenną. W scenerii niewielkiej nadmorskiej miejscowości (domyślamy się w niej Sopotu) stara się on znaleźć odpowiedź na pytanie o sens kilku lat walki z okupantem. Prosto z więzienia, gdzie trafił za działalność partyzancką, zostaje wysłany do kurortu pełnego kasyn, blichtru i szemranych interesów, by pomóc w złapaniu gestapowskiego kapusia, który ukrył się pod powierzchownością jednej z najważniejszych postaci nowej rzeczywistości.

Czas wielkiego chaosu charakteryzuje się wielością kodeksów moralnych, a ziemie pionierskie – gwałtownością konfliktów.

Prowadzone śledztwo może przyczynić się do upadku człowieka, któremu bohater w czasach okupacji ślepo ufał.

Opinie o ebooku Twarz pokerzysty - Józef Hen

Fragment ebooka Twarz pokerzysty - Józef Hen








Co­py­ri­ght © 2013, Jó­zef Hen

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw

ISBN: 978-83-7779-168-4

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Skład i ła­ma­nie: Ja­cek An­to­niuk

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17

Au­tor przy­po­mi­na, że „Twarz po­ke­rzy­sty” jest po­wie­ścią, dzie­łem fik­cji i wszyst­kie wy­da­rze­nia, po­sta­cie, miej­sco­wo­ści i lo­ka­le zo­sta­ły wy­my­ślo­ne i na­zwa­ne przez au­to­ra. Wszel­ka ewen­tu­al­na zbież­ność z rze­czy­wi­sty­mi wy­da­rze­nia­mi, po­sta­cia­mi etc jest czy­stym przy­pad­kiem.


1

Obu­dzi­ło go świa­tło. „Po­czu­łem na po­wie­kach cię­żar — opo­wia­dał. — Dziw­ne, praw­da? To na­głe świa­tło to nie była żad­na zwiew­ność, prze­past­ność, ja­sność lek­ka jak mu­ślin, jak by pan mógł po­my­śleć, zwa­li­ło mi się na twarz coś gnio­tą­ce­go, coś, co nie po­zwa­la­ło ro­ze­wrzeć po­wiek.”

— Wstać — po­wie­dzia­no spo­za bia­łej mgły. — Zbie­raj­cie się.

— A kurt­ka? — za­py­tał.

— Ze wszyst­kim.

Po­my­ślał, że mu­sia­ło się stać coś do­bre­go: ktoś się o nie­go upo­mniał, wsta­wił, albo też sami do­szli do wnio­sku, że jest nie­win­ny. „Co pan chce? — mruk­nął czło­wiek, któ­ry to opo­wia­dał. — By­łem wte­dy bar­dzo, bar­dzo mło­dy i głu­pi jak but.” Przez chwi­lę przy­glą­dał się swo­jej na­giej sto­pie, grze­bią­cej w roz­grza­nym pia­sku. Mia­łem przed sobą jego sfla­cza­ły brzuch, za­ro­śnię­te zło­ta­wym bu­szem pier­si, twarz za­okrą­glo­ną i ru­mia­ną, ja­sne wło­sy, moc­no już prze­rze­dzo­ne i si­wie­ją­ce na skro­niach, i na próż­no pró­bo­wa­łem od­two­rzyć so­bie z tego wszyst­kie­go rysy jego lat mło­dzień­czych. Pod­bie­gła do nas dziew­czy­na, opa­lo­na, uśmiech­nię­ta i moc­no zbu­do­wa­na, ścią­gnę­ła z gło­wy gu­mo­wy cze­pek, roz­rzu­ci­ła dłu­gie, ja­sne wło­sy; jej mat­ka, roz­wa­lo­na obok nas na na­dmu­chi­wa­nym ma­te­ra­cu, po­ru­szy­ła się le­ni­wie i wska­za­ła dziew­czy­nie ręcz­nik; cór­ka nie wy­cie­ra­ła się, do­ty­ka­ła tyl­ko ręcz­ni­kiem pły­ną­cych po cie­le stru­żek wody, męż­czyź­ni przy­pa­try­wa­li się jej sło­necz­ne­mu cia­łu wzro­kiem peł­nym uzna­nia, bez­na­dziej­nie złak­nie­ni, wszy­scy męż­czyź­ni do­ko­ła i ja też. „Moja cór­ka” — po­wie­dział. Po­da­ła mi rękę, tro­chę jak­by onie­śmie­lo­na, tak mi się przy­najm­niej wy­da­wa­ło. Szu­ka­łem w jej twa­rzy po­do­bień­stwa do ojca — chy­ba na próż­no. Do­my­ślił się tego i wy­ja­śnił: „Wte­dy by­łem do niej po­dob­niej­szy: mia­łem ostre rysy, twarz su­chą, ko­ści­stą. Nie, nie dla­te­go, że­bym nie do­ja­dał. Na­tu­ral­nie, wię­zie­nie to nie pen­sjo­nat. Ale cho­dzi­ło o coś in­ne­go. Spa­la­łem się. By­łem za­wzię­ty. Mło­dość — uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem. — Dziś, wi­dzi pan, je­stem urzęd­ni­kiem w ogrom­nym biu­row­cu, z któ­re­go po pra­cy wy­sy­pu­je się po­nad ty­siąc osób, ty­siąc mró­wek. Wśród nich ja, Po­lak z tecz­ką, je­den z wie­lu.” Więc on to tak tłu­ma­czy, to swo­je sfla­cze­nie — do­my­śli­łem się. „Pra­cu­ję, ale je­stem bez­czyn­ny. Wła­ści­wie za nic nie od­po­wia­dam — zwie­rzał się. — Nie wiem, czy pan to ro­zu­mie.” Ro­zu­mia­łem. To był gość, któ­ry lu­bił brać na swo­je bar­ki od­po­wie­dzial­ność, gość, któ­ry szu­kał guza. Przy­pa­try­wa­łem się jego cór­ce i my­śla­łem: „Ci głup­cy, któ­rzy po­wta­rza­ją jak pa­pu­gi, że mło­dzież przy­cho­dzi do go­to­we­go.” Za­gad­ka przy­szłe­go losu tej dziew­czy­ny nie­po­ko­iła mnie. „Czy ona zna tę hi­sto­rię?” — spy­ta­łem. „Dość po­wierz­chow­nie — od­po­wie­dział. — Ale cza­sem wy­py­tu­je mnie o szcze­gó­ły.”

„Więc świa­tło” — przy­po­mnia­łem.

„Świa­tło” — po­wtó­rzył.

Wy­pro­wa­dzo­no go z mro­ku celi na ko­ry­tarz. Tu­taj ten z la­tar­ką za­trzy­mał się.

— Dy­mitr — po­wie­dział. — Masz, chło­pie, szczę­ście. Ma­jor Zyg­munt chce z tobą po­ga­dać.

— Go­dzi­na? — za­py­tał otu­la­jąc się kurt­ką. — Któ­ra go­dzi­na?

— Po pią­tej.

— Nie śpi mu się czy co?

— Ty, Dy­mitr, uwa­żaj, le­piej nie stru­gać wa­ria­ta. Ra­dzę.

— Będę pa­mię­tał — mruk­nął.

„Dy­mitr? — spy­ta­łem. — Dla­cze­go Dy­mitr?” „Przy­pa­dek — wy­ja­śnił. — Prze­czy­ta­łem jed­no ta­kie opo­wia­da­nie. Spodo­ba­ło mi się imię. Twar­de i dziw­ne. Bo więk­szość na­szych pseu­do­ni­mów była przej­rzy­sta. Ujaw­nia­ła tę­sk­no­ty tych, któ­rzy je no­si­li. Bra­ło się z Sien­kie­wi­cza albo też ja­kąś alu­zję do nas sa­mych, czę­sto nie­uświa­do­mio­ną: skrót imie­nia, prze­zwi­sko bog­dan­ki, za­po­mnia­ny herb. Dy­mitr był taki da­le­ki ode mnie rze­czy­wi­ste­go, że sta­wał się ab­so­lut­nie nie­roz­szy­fro­wal­ny. Na­pro­wa­dzał na myl­ny trop.”

„Ten z la­tar­ką to był zna­jo­my?” — spy­ta­łem. „Nie, straż­nik. Wte­dy, w czter­dzie­stym pią­tym, było jesz­cze tak, że wszy­scy w gma­chu wszyst­ko wie­dzie­li, cho­dzi­ło o skó­rę każ­de­go, kto był po tej czy tam­tej stro­nie. Straż­nik sta­wał się uczest­ni­kiem śledz­twa, też wie­dział, za co i o co. Tyl­ko ja je­den nie wie­dzia­łem” — za­koń­czył ki­wa­jąc smut­no gło­wą.

-— Cze­go on ode mnie chce? — zwró­cił się do czło­wie­ka z la­tar­ką.

Straż­nik chwi­lę się wa­hał. Po­tem spy­tał:

— A co, masz stra­cha?

— Nie — za­prze­czył Dy­mitr.

Straż­nik opu­ścił la­tar­kę w dół, bia­ły sto­żek świa­tła spły­nął na ka­mien­ną po­sadz­kę ko­ry­ta­rza. Po chwi­li Dy­mitr po­czuł na czo­le obrzę­kłe, twar­de pal­ce. Spra­co­wa­ne łap­sko, zdą­żył po­my­śleć i usły­szał:

— Nie po­cisz się.

— Dla­cze­go mam się po­cić?

— Ci, któ­rych nad ra­nem wy­pro­wa­dza­ją, pocą się jak w łaź­ni.

— Ja pod ścia­nę nie idę.

— Nie­zły z cie­bie ban­dzior — mruk­nął straż­nik.

— Nie je­stem ban­dzior. Nic ni­ko­mu nie zro­bi­łem. I nie mam się cze­go bać. Do­pó­kiś nie za­ga­dał, żeby wsta­wać, to się tro­chę ba­łem. Spa­łem, coś mi się głu­pie­go śni­ło, za­świe­ci­łeś i za­czę­ło mi się zda­wać, że je­stem na Szu­cha. Jak za­ga­da­łeś, to so­bie przy­po­mnia­łem, że już po de­fi­la­dzie, i zro­bi­ło mi się lżej.

— My­ślisz, że je­steś u cio­ci?

— Pra­wie.

Straż­nik prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

— Ja bym tam taki pew­ny nie był — po­wie­dział.

— Ale mnie nie ma za co — upie­rał się Dy­mitr.

— To się zo­ba­czy — mruk­nął straż­nik. — Zo­ba­czy się — po­wtó­rzył gło­śniej. — Na­przód marsz.

Za za­ło­mem ko­ry­ta­rza straż­nik zga­sił la­tar­kę. Zro­bi­ło się sza­ro, wą­skie, ja­śniej­sze pa­sma mi­go­ta­ły wzo­rzy­ście w po­przek ko­ry­ta­rza na po­sadz­ce i ścia­nach.

— Ostat­nia two­ja szan­sa, Dy­mitr — po­wie­dział ma­jor.

„Po­ło­żył przede mną ar­kusz pa­pie­ru i pió­ro — po­wie­dział uśmie­cha­jąc się do wspo­mnie­nia. — Pisz, mówi, pisz taki owa­ki, wszyst­ko na­pisz, co wiesz. Nic no­we­go nie wiem, po­wie­dzia­łem, w celi nic się nie dzie­je. Ma­jor nie na­le­gał. Bo wi­dzi pan, on ode mnie wca­le już nie chciał ze­zna­nia, ten ma­jor. On już zro­zu­miał, że ta­kie­mu głup­ta­so­wi jak ja na­le­ży wie­rzyć na sło­wo. Nie mia­łem nic wspól­ne­go z ja­kimś tam na­pa­dem, o któ­ry mu cho­dzi­ło, i on, ten ma­jor, już się chy­ba tego do­my­ślił. Miał do mnie cał­kiem inny in­te­res, a ten ar­kusz pa­pie­ru po­ło­żył przede mną jak­by dla cią­gło­ści spra­wy, siłą in­er­cji. Cze­ka­łem i za­sta­na­wia­łem się, co to może być. Ma­jor ku­le­jąc krą­żył po po­ko­ju, dłu­gi i chu­dy jak nad­ła­ma­na tyka. W ką­cie drze­mał mi­li­cjant. Albo uda­wał tyl­ko, że drze­mie, bo kie­dy ob­ró­ci­łem się na krze­śle, żeby nie stra­cić z oczu kuś­ty­ka­ją­ce­go ma­jo­ra, mi­li­cjant pod­niósł po­wie­kę i ści­snął le­żą­cy na ko­la­nach pi­sto­let ma­szy­no­wy.”

— Nic no­we­go nie wiem — oświad­czył Dy­mitr.

— A jed­nak... — ode­zwał się ma­jor. Za­czął na­gle z in­nej becz­ki: — Wie­cie, kto to był Zło­wro­gi?

Dy­mitr ski­nął gło­wą.

— Sły­sza­łem o nim.

— Wi­dzie­li­ście go kie­dyś?

— Nie, nig­dy. Ma­rzy­łem o tym tyl­ko.

„Zło­wro­gi — tak na­zy­wa­li­śmy ta­jem­ni­cze­go fa­ce­ta, któ­ry gdzieś od czter­dzie­ste­go trze­cie­go roku pra­co­wał dla ge­sta­po — tłu­ma­czył męż­czy­zna na pia­sku. — Miał swo­je me­to­dy, jego ro­bo­tę po­zna­wa­ło się, jak gdy­by no­si­ła mar­kę fa­brycz­ną. Okre­śla­li­śmy: aha, ro­bo­ta Zło­wro­gie­go — bez pu­dła. Dla­te­go­śmy go tak na­zwa­li, bo spo­wo­do­wał masę wpa­dek, aresz­tów, wy­koń­czeń. Pro­wo­ka­cje, pu­łap­ki, i to głów­nie w lo­ka­lach — to była jego spe­cjal­ność. Dużo o nas wie­dział, to fakt. Mu­siał być gdzieś bli­sko. Ale nig­dy nie uda­ło się go zi­den­ty­fi­ko­wać.” Cór­ka usia­dła obok, słu­cha­ła ob­jąw­szy piesz­czo­tli­wie wła­sne ko­la­na. Ojcu jej obec­ność do­da­wa­ła wi­go­ru, ale mnie, słu­cha­cza jego opo­wie­ści, roz­pra­sza­ła. Strze­li­stość tych nóg, Boże wiel­ki! „Za­sta­wi­li­śmy z ko­lei my pu­łap­kę na nie­go — opo­wia­dał były Dy­mitr zwra­ca­jąc się do cór­ki. — Nie­ste­ty, zwie­trzył ją i zmie­nił te­ren, za­czął dzia­łać na ich po­dwór­ku.” Cór­ka nie zro­zu­mia­ła. Wy­ja­śnił: „Tych, któ­rzy po de­fi­la­dzie wsa­dzi­li mnie do pu­dła.”

— Uprze­dzi­li­śmy was — przy­po­mniał ma­jo­ro­wi. —: Dzię­ki na­sze­mu kontr­wy­wia­do­wi unik­nę­li­ście wpa­dek.

— Wiem — burk­nął ma­jor. — Nie ma­cie się czym chwa­lić. Zło­wro­gi żyje i dzia­ła w Ba­gni­skach.

— Już wie­cie, kto to jest? — spy­tał Dy­mitr.

— Do­my­śla­my się. — Ma­jor zwró­cił się do mi­li­cjan­ta: — Aresz­to­wa­ne­mu przy­dał­by się łyk her­ba­ty.

Mi­li­cjant po­wlókł się do drzwi i uchy­liw­szy je po­wie­dział do ko­goś, kto mu­siał być tuż obok:

— Her­ba­ta dla więź­nia.

„Nie opu­ścił ani na chwi­lę kan­ce­la­rii — wspo­mniał były Dy­mitr. — Siadł z po­wro­tem na krze­śle, pe­pe­sza na ko­la­nach, po­wie­ki wpół­przy­mknię­te.”

Do­stał więc her­ba­tę w roz­pa­rzo­nym alu­mi­nio­wym kub­ku i do tego pa­pie­ro­sa. Sam ma­jor po­dał mu ognia.

— Do­my­śla­my się — po­wtó­rzył ma­jor. — Wczo­raj do­sta­li­śmy z Ba­gnisk te­le­fon od na­sze­go czło­wie­ka, że jest na tro­pie Zło­wro­gie­go, o pół­no­cy na­stęp­na wia­do­mość.

— Po­gra­tu­lo­wać — mruk­nął Dy­mitr.

— O pół­no­cy te­le­fo­nu nie było. Cze­ka­li­śmy go­dzi­nę, po­tem skon­tak­to­wa­li­śmy się z ho­te­lem. Od­po­wie­dzia­no nam, że wy­da­rzy­ła się tra­ge­dia i ten czło­wiek nie żyje.

— Któ­ry czło­wiek?

— Ten, ten. Ten nasz. Je­dy­ny, któ­ry wie­dział coś o Zło­wro­gim. Za­bi­to go w Ba­gni­skach w domu gry. Przy kar­tach. Gra­li w po­ke­ra.

— Przy­pa­dek?

— Ma­jor Skor­pion z Ba­gnisk wie­rzy, że to przy­pa­dek. Bo za­bił go po­dob­no nasz pra­cow­nik w czy­jejś tam obro­nie. Jed­nym sło­wem — nie­po­ro­zu­mie­nie, pech. Ale ja nie wie­rzę. Ta­kich przy­pad­ków nie ma.

„Wte­dy sko­ja­rzy­łem so­bie to, co się sta­ło o pół­no­cy w Ba­gni­skach, z tym, cze­go ocze­ku­ją ode mnie” — po­wie­dział były Dy­mitr. Na po­licz­ki cór­ki wy­pły­nął ru­mie­niec: „Od cie­bie?” „Tak, sko­ja­rzy­łem z tym na­głym obu­dze­niem.”

— To dla­te­go je­stem wam po­trzeb­ny?

— Dla­te­go — przy­znał ma­jor. — Czy wie­cie, kto pro­wa­dzi ten dom gry w Ba­gni­skach?

— Nie.

— Szko­da. Dziw­nie ja­koś mało wie­cie. Pro­wa­dzi go wasz do­wód­ca.

— Któ­ry? — spy­tał Dy­mitr z bi­ją­cym ser­cem, bo już się do­my­ślał.

— Za­wi­sza.

— Nie­moż­li­we — szep­nął.

„Za­wi­sza to był... — pró­bo­wał mi wy­ja­śnić. — To był ktoś, na kim moż­na było po­le­gać. Jak w tym przy­sło­wiu.”

— Nie­moż­li­we, że co? — spy­tał ma­jor Zyg­munt. — Że pro­wa­dzi dom gry, czy że jest Zło­wro­gim?

— Jed­no i dru­gie — oświad­czył Dy­mitr z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią.

— Pro­wa­dzi dom gry. Dom pe­łen szu­le­rów i pro­sty­tu­tek.

Dy­mitr chwi­lę mil­czał. Po­tem ode­zwał się:

— No, dom gry. Szu­ler­nia. Bla­dzie. I co z tego?

— To, że Za­wi­sza i Zło­wro­gi to je­den czło­wiek.

— Po­mył­ka — okre­ślił krót­ko Dy­mitr.

Zyg­munt uśmiech­nął się.

— Nie mo­żesz w to uwie­rzyć?

— Bo to nie­praw­da.

— Skąd wiesz, że nie­praw­da? Skąd, bał­wa­nie?

„Tak mnie prze­zwał — opo­wia­dał ki­wa­jąc gło­wą z uda­nym smut­kiem. — Mu­sia­łem go roz­wście­czyć, twarz mu po­czer­wie­nia­ła ze zło­ści. Utrud­nia­łem mu śledz­two, zbi­ja­łem naj­oczy­wist­sze fak­ty, iry­to­wa­łem na­iw­no­ścią. Cóż mo­głem po­ra­dzić? Prze­bie­ga­łem pa­mię­cią całą swo­ją współ­pra­cę z Za­wi­szą, żeby zna­leźć cho­ciaż cień, cień po­dej­rze­nia. Nie, nie­moż­li­we. Za­wi­sza — nig­dy! Nie umia­łem ma­jo­ro­wi tego wy­tłu­ma­czyć. Ale wie­dzia­łem jed­no: Za­wi­sza był praw­dzi­wym bo­jow­ni­kiem. Mój Za­wi­sza. Mój bo­ha­ter.”

— Wiem, że to nie­praw­da — po­wtó­rzył Dy­mitr.

— A gdy­by­śmy ci przed­sta­wi­li do­wo­dy?

Mi­li­cjant otwo­rzył jed­no oko. Dy­mitr łyk­nął her­ba­ty. Zro­bił to osten­ta­cyj­nie. Nie, żeby wzmóc na­pię­cie tych dwóch w kan­ce­la­rii, ale żeby wy­ra­zić swo­je lek­ce­wa­że­nie dla ich do­wo­dów.

— Mu­siał­bym sam je zdo­być — po­wie­dział. — Ja sam. Do­pie­ro wte­dy.

Ma­jor siadł za biur­kiem. Uspo­ko­ił się, przy­brał ton rze­czo­wy.

— Dy­mitr, po­roz­ma­wiaj­my po­waż­nie. Dla­cze­go uwa­żasz, że Za­wi­sza nie mógł być Zło­wro­gim? Czy masz coś kon­kret­ne­go?

— Na­wet bar­dzo — od­po­wie­dział Dy­mitr. — Zna­łem go do­brze.

— I to wszyst­ko?

— Po­wiedz­my, że je­stem fi­zjo­no­mi­stą — mó­wił Dy­mitr. Ma­jor mógł to uznać za kpi­ny, ale nie zro­bił tego, słu­chał wy­nu­rzeń więź­nia z po­wa­gą. — Za­wi­sza miał uczci­wą twarz.

Ma­jor otwo­rzył szu­fla­dę i wy­jął z niej fo­to­gra­fię wiel­ko­ści pocz­tów­ki. Rzu­cił ją Dy­mi­tro­wi.

— Obej­rzyj to so­bie — roz­ka­zał.

Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła twarz zna­jo­me­go męż­czy­zny. Przez chwi­lę my­ślał na­wet, że to Za­wi­sza — po­sta­rza­ły i przez to tak zmie­nio­ny. Nie, to był ktoś inny, ktoś bo­le­śnie zna­ny, ale ską­di­nąd, z zu­peł­nie in­nej sy­tu­acji. Mu­siał mieć wte­dy dłuż­sze wło­sy.

— Czy to uczci­wa twarz? — spy­tał gniew­nie ma­jor.

Męż­czy­zna na zdję­ciu miał re­gu­lar­ne rysy, kształt­ny pod­bró­dek z do­łecz­kiem po­środ­ku, sym­pa­tycz­ny uśmiech zbi­te­go psia­ka, a nade wszyst­ko do­bre oczy, na­iw­ne i nie­skoń­cze­nie ja­sne.

— Tak — po­wie­dział Dy­mitr — to jest uczci­wa twarz.

— Wiesz, kto to jest?

„Nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć — opo­wia­dał. Dziw­ne, ale tę wła­śnie opo­wieść o kon­fron­ta­cji ze zdję­ciem prze­ży­wał te­raz, po la­tach, naj­moc­niej. — Wie­dzia­łem tyl­ko, że twarz jest zna­jo­ma. Wie­dzia­łem, że zbli­ża się cios. Ma­jor nie oszczę­dzał mnie. To jest Fi­scher, po­wie­dział. Skur­czy­łem się w so­bie, zu­peł­nie jak­bym do­stał pię­ścią. Fi­scher, szef dys­tryk­tu war­szaw­skie­go, kat get­ta i sto­li­cy! Wi­dy­wa­łem go na zdję­ciach, za­wsze w ol­brzy­miej hi­tle­row­skiej cza­pie, spod któ­rej spo­glą­da­ły fa­na­tycz­ne, siwe oczy. Te same, pro­szę pana.”

— No i co? — usły­szał drwią­cy głos Zyg­mun­ta. — Też ma uczci­wą twarz.

Wię­zień chwi­lę mil­czał. Bał się, że nie wy­do­bę­dzie gło­su, w gar­dle chy­ba za­schło.

— Za­wi­sza — ode­zwał się wresz­cie. — Z Za­wi­szą to co in­ne­go. Za­wi­szę zna­łem.

Po­tem na­sta­ła ci­sza. Dy­mitr do­pi­jał her­ba­tę z alu­mi­nio­we­go kub­ka, któ­ry na­resz­cie ostygł, sły­chać było gło­śne ły­ka­nie. Obaj byli w roz­ter­ce. Obaj prze­gra­li. Dy­mitr — bo jego na­iw­na pró­ba obro­ny Za­wi­szy za­wio­dła. Ma­jor — bo nie zdo­łał mimo wszyst­ko za­chwiać pew­no­ści Dy­mi­tra, że Za­wi­sza jest nie­ska­zi­tel­ny. Nie zdo­łał nad­wą­tlić jego wia­ry. „Bo je­śli Za­wi­sza był zdraj­cą, to i ja też. Wszyst­ko, co­śmy kie­dyś ra­zem ro­bi­li, tra­ci­ło sens. Po po­raż­ce po­cie­sza­ło nas to jed­no: że na­sza wal­ka była czy­sta, że szło o spra­wę świę­tą i że nasz udział był na mia­rę bo­ha­ter­ską, an­tycz­ną. Do tej wal­ki pro­wa­dził mnie Za­wi­sza. Nie mo­głem uwie­rzyć, żeby miał ja­kieś inne, ubocz­ne cele, nie mó­wiąc już o zdra­dziec­kich. Wie­rzy­łem w nie­go jak w sa­me­go sie­bie, bar­dziej niż w sa­me­go sie­bie, i nie prze­sa­dzę, je­śli po­wiem, że by­łem go­tów od­dać za nie­go ostat­nie tchnie­nie. Czy trze­ba zresz­tą aż tyle? Czy nie wy­star­czy stwier­dze­nie, że był jed­nym z nas? Nie tyl­ko do­wód­cą, ale i przy­ja­cie­lem. Za­stę­po­wał mi ojca, któ­ry dał się szyb­ko za­bić we wrze­śniu trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go. Cze­kaj pan, jak­że z tym oj­cem? Je­śli przyj­dą do pana i po­wie­dzą, że oj­ciec to i tam­to, ze­świ­nił się na przy­kład — to pan co? Uwie­rzy? Pierw­szym obo­wiąz­kiem jest nie wie­rzyć, za­prze­czyć, sprze­ci­wić się. — Uśmiech­nął się: — Obo­wiąz­kiem oj­ców jest pa­mię­tać, że dzie­ci pa­trzą im na ręce, że nie po­win­ny się za oj­ców ru­mie­nić. Ale może ten cały układ zo­bo­wią­zań sta­je się nie­ak­tu­al­ny? Może są to prze­żyt­ki daw­nych cza­sów, ru­dy­men­ty przed­po­li­tech­nicz­nej ery? Kie­dy mło­de po­ko­le­nie bę­dzie do­ra­stać w pro­bów­kach, a wy­cho­wy­wać się w in­ter­na­tach, wszyst­kie szcząt­ko­we uczu­cia i po­wią­za­nia oka­żą się wy­tla­łe i zwię­dłe. Do mu­zeum z tym, tak, pro­szę pana!”

— To zna­czy, że co? — ode­zwał się wię­zień roz­draż­nio­ny. — To zna­czy, że on cały czas uda­wał?

— Praw­do­po­dob­nie — po­twier­dził ma­jor.

— Uda­wał — na­ra­ża­jąc się na śmierć? Uda­wał — kie­dy pod­czas ak­cji po­ło­wa krwi z nie­go wy­cie­kła? Uda­wał w po­wsta­niu — strze­la­jąc do ostat­nie­go na­bo­ju?

— Tak. Mu­siał. Wcho­dził w rolę jak wiel­ki ak­tor.

— Nie — za­prze­czył Dy­mitr. — On nie miał za grosz ak­tor­skiej żył­ki. Był za­wsze szcze­ry i pro­sty jak... jak czło­wiek z ludu. Albo jak wiel­ki pan. I w ogó­le to się tak nie od­by­wa. Toby było zbyt wy­myśl­ne. Jak w ki­nie. W ży­ciu wszyst­ko jest pro­ściej. Żad­nych ciem­no­ści w po­łu­dnie! Ja wiem. To tak, jak­by pan po­wie­dział, że Ko­ściusz­ko uda­wał. Czy ja wiem kto. Ta­kie hi­sto­rie wy­my­śla­ją cięż­cy na po­my­ślun­ku pro­pa­gan­dzi­ści. Ale po­tem wy­cho­dzi na jaw praw­da, wszyst­ko się roz­sy­pu­je.

Ma­jor po­chy­lił gło­wę. Wy­da­wa­ło się, że śpi. „Może my­ślał o ja­kichś swo­ich spra­wach — mó­wił nie bez pew­nej zło­śli­wo­ści były Dy­mitr. — Za­bi­łem mu ćwie­ka. Mia­łem wte­dy dwa­dzie­ścia pięć lat, ale dużo do­brej lek­tu­ry za sobą, czy­ta­li­śmy pod­czas oku­pa­cji wszy­scy, czy­ta­li­śmy rze­czy po­waż­ne, roz­dzie­ra­ją­ce, dra­ma­tycz­ne. Czu­łem, że za­su­ną­łem tej tyce nie­li­cho.”

— Zbyt wy­myśl­ne, po­wia­da­cie? — spy­tał pod­no­sząc wzrok. Mu­siał się już prze­móc albo roz­gryźć pro­blem, bo spo­glą­dał iro­nicz­nie. — Wi­dzia­ło się bar­dziej wy­myśl­ne za­wi­ja­sy w ży­cio­ry­sach lu­dzi czy­nu. Praw­dzi­we esy-flo­re­sy.

— Nie, zna­ki za­py­ta­nia — po­pra­wił Dy­mitr.

Ma­jor wstał. Po­ło­żył Dy­mi­tro­wi dłoń na ra­mie­niu.

— Umiesz bro­nić swo­ich — po­wie­dział. — To umiesz. — Chrząk­nął. Sta­wa­ło się oczy­wi­ste, że ma coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, coś ta­kie­go, przed czym sam się wzdra­ga. Jak­by mu za­bra­kło śmia­ło­ści. — Dy­mitr...

— Tak jest.

— Spró­bu­ję ci za­ufać.

„Stał za mną, kie­dy to mó­wił — opo­wia­dał ły­sie­ją­cy pan. — Ob­ró­ci­łem się na krze­śle, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Zro­bi­łem to tak gwał­tow­nie, że mi­li­cjant po­de­rwał się z krze­sła.”

— Nie ro­zu­miem — szep­nął Dy­mitr.

Ma­jor uni­kał jego spoj­rze­nia. Pod­szedł do kasy pan­cer­nej i po chwi­li me­dy­ta­cji za­py­tał:

— Gdy­by­ście sami zdo­by­li do­wo­dy, że Za­wi­sza jest Zło­wro­gim, to wte­dy co?

Przez chwi­lę więź­nio­wi bra­kło tchu. Po­trzą­snął gło­wą:

— Nie chcę o tym my­śleć.

— Trze­ba my­śleć. — Ma­jor stał już przy nim. — Co wte­dy? — na­le­gał.

— Pan wie — szep­nął Dy­mitr.

— Po­trze­bu­je­my go ży­we­go — uzu­peł­nił ma­jor.

Dy­mitr mil­czał. Ma­jor za­pro­po­no­wał na­gle:

— Chodź­my na spa­cer.

„Tego się nie spo­dzie­wa­łem, ro­zu­mie pan chy­ba sam — opo­wia­dał były Dy­mitr. — Ma­jor zwró­cił się do mi­li­cjan­ta: wy na wil­ly­sie, my pie­cho­tą. Za­we­zwał se­kre­tar­kę, mil­czą­cą czter­dzie­sto­lat­kę w mun­du­rze sier­żan­ta, pa­mię­tam, że mia­ła przed­wcze­śnie zwię­dłą twarz, gład­kie wło­sy, su­ro­wość w oczach, może na­wet złość. Ka­zał jej spo­rzą­dzić ja­kąś umo­wę. Umo­wę albo kon­trakt — nie przy­po­mi­nam so­bie, jak to na­zwał. Pa­mię­tam tyl­ko, że zdzi­wi­ło mnie han­dlo­we wy­ra­że­nie tu­taj, w tym gma­chu, nie mia­łem zresz­tą po­ję­cia, że ma ono coś wspól­ne­go ze mną.”

Wy­szli na uli­cę. Był świt, sza­ry i po­sęp­ny. „To były te ko­lo­ry.’’ — Męż­czy­zna na pia­sku wska­zał na ho­ry­zont nad gra­na­to­wie­ją­cym mo­rzem: nad­cią­ga­ły chmu­ry — ciem­ne, cięż­kie, że­la­zi­ste. Pia­sek wo­kół nas zsza­rzał, a nam zro­bi­ło się zim­no. Dziew­czy­na otu­li­ła się płasz­czem ką­pie­lo­wym. „Opo­wia­daj” — po­pro­si­ła.

Szli w mil­cze­niu. Za nimi wol­no su­nął jeep. Mógł­bym na­wiać, po­my­ślał Dy­mitr, skok w bok i po wszyst­kim. Spo­sob­no­ści było do­syć: od cza­su do cza­su prze­cho­dzi­li obok za­uł­ków, w któ­re na­wet jeep z tru­dem by się wci­snął. „Po­my­śla­łem so­bie, że le­piej go wy­słu­chać — wspo­mi­nał były Dy­mitr. — Wiać bę­dzie za­wsze czas.” Ma­jor za­pro­wa­dził go do par­ku. Usie­dli na ław­ce, wy­cią­gnę­li przed sie­bie nogi. Nad gło­wą po­szum i su­chy trzask li­ści, spo­ra­dycz­ne wy­strza­ły pę­ka­ją­cych kasz­ta­nów. Chwi­la­mi za­wie­wał wiatr i wte­dy zry­wa­ła się z drzew ko­lo­ro­wa za­mieć, pę­dzi­ła przed sie­bie żół­to-czer­wo­nym opa­dem, „jak pa­pier­ki na ta­kiej pa­ra­dzie trium­fal­nej na Bro­dwayu — usi­ło­wał mi wy­tłu­ma­czyć — nie wiem, czy pan to kie­dyś wi­dział.”

— Pro­wa­dzi dom gry — po­wie­dział ma­jor. — Twój bo­ha­ter.

— Przy­kre — zgo­dził się Dy­mitr. — Przy­kre i tyle. Może zna­lazł się w przy­mu­so­wej sy­tu­acji.

— Nie jest to za­ję­cie uszla­chet­nia­ją­ce.

— Ale czy dys­kwa­li­fi­ku­je go ono cał­ko­wi­cie? Może pro­wa­dzi ten dom uczci­wie? Osta­tecz­nie, to co in­ne­go niż sy­pa­nie ko­le­gów. Ksią­żę Mo­na­co też żyje z ha­zar­du, jed­nak przyj­mu­ją go w naj­lep­szych do­mach i ni­sko mu się kła­nia­ją.

— Pa­mię­taj­cie, Dy­mitr: do­pó­ki nie znaj­dą się inne do­wo­dy, Za­wi­sza po­zo­sta­je dla nas Zło­wro­gim.

— Ro­zu­miem.

— Po­je­dziesz tam? — spy­tał ma­jor.

To było to, cze­go się spo­dzie­wał. Ma po­je­chać do Ba­gnisk i do­star­czyć im Zło­wro­gie­go — Za­wi­szę czy ko­go­kol­wiek in­ne­go. „Nie od­po­wie­dzia­łem — wspo­mi­nał męż­czy­zna na pia­sku — ale on i tak wie­dział, że się zga­dzam. — Wes­tchnął: — Bo to było je­dy­ne wyj­ście: na­kryć Zło­wro­gie­go. Albo przy­znać, że je­śli na­wet dzia­łał mię­dzy nami wróg, to i tak nas to nie ob­cho­dzi. Taka obo­jęt­ność sta­wia­ła­by nas wszyst­kich w dwu­znacz­nym świe­tle.”

Ma­jor wy­jął z kie­sze­ni buł­kę. Od­wi­nął ją z pa­pie­ru i prze­ła­mał.

— Fi­fty-fi­fty — po­wie­dział po­da­jąc po­łów­kę więź­nio­wi.

— A je­śli dam dyla? — spy­tał Dy­mitr oglą­da­jąc za­war­tość buł­ki.

— Nie zro­bisz tego.

— Niby dla­cze­go?

— Bo nie chcesz, żeby ra­cja była na­sza.

— Ano tak, coś w tym jest. Wy­ko­rzy­sta­li­by­ście to w pra­sie.

— Praw­do­po­dob­nie — przy­znał z uśmie­chem ma­jor.

— Wy­ma­rzo­ny ma­te­riał! — po­wie­dział Dy­mitr. — Cudo! To niech już zo­sta­nie, że nie mogę uciec.

Spro­sto­wał w du­chu: Mo­żesz, mo­żesz, miej to gdzieś. By­le­byś był na wol­no­ści. Przy­szło mu na myśl, że przy oka­zji uda­ło­by się ko­goś jesz­cze wy­cią­gnąć. Kogo? Prze­brał w my­śli twa­rze. Cie­pło się zro­bi­ło na ich wspo­mnie­nie. „Spró­bu­ję” — zde­cy­do­wał.

— Po­trze­ba mi dwóch lu­dzi — po­wie­dział.

— Do­sta­niesz.

— Z na­szych! Daj­cie mi Po­to­ka i Ol­szew­skie­go.

Ma­jor uśmiech­nął się.

— Ob­sta­wa? Za dużo wy­ma­gasz. — Po­wie­dział z wes­tchnie­niem: — I tak ry­zy­ku­ję wła­sny­mi pię­ta­mi, ro­zu­miesz? Dla­te­go, że ci ufam. Li­czę na cie­bie. Ale je­śli za­wie­dziesz, ja do­sta­nę po krzy­żu. — Chwi­lę mil­czał. — Jed­ne­go ci dam.

Do­bre i to — po­my­ślał Dy­mitr i zde­cy­do­wał:

— To niech bę­dzie Po­tok.

— Po­tok — po­wtó­rzył ma­jor z na­my­słem. — Do­brześ wy­brał. Pry­mi­tyw­ny, ale wier­ny.

Po­pi­su­je się ro­ze­zna­niem — po­my­ślał wię­zień — też ma swo­je gier­ki. Kie­dy wy­szli z par­ku, do­strzegł na rogu uli­cy bud­kę z pi­wem.

— Moż­na? — zwró­cił się do ma­jo­ra.

Obok mru­czał jeep. Ma­jor po­szpe­rał w kie­sze­ni i wy­cią­gnął z niej zmię­ty bank­not:

— Masz, na­pij się.

Szedł ku bud­ce czu­jąc na ple­cach wzrok ma­jo­ra. Po­mruk je­epa słabł. Wię­zień uśmie­chał się do sie­bie: skok za bud­kę i tyle go zo­ba­czą. Po­pro­sił o duże ja­sne. Zo­ba­czył, że obok ku­fla leży mały, prze­mo­czo­ny pa­pie­rek, de­mo­kra­tycz­ny pie­niądz, resz­ta dla Zyg­mun­ta. Zmiął bank­not w pię­ści, zdmuch­nął z piwa pia­nę. Z ku­flem przy war­dze, po­wo­li, krok po kro­ku, okrą­żał bud­kę. Kie­dy zna­lazł się po dru­giej stro­nie, ode­tchnął głę­bo­ko. Był sam. Przed nim znaj­do­wał się rzed­ną­cy ży­wo­płot, ła­twy do prze­sko­cze­nia, a da­lej park. Po­mruk je­epa ustał, moż­li­we, że kie­row­ca wy­łą­czył sil­nik. Ci­cho i sa­mot­nie. Jak je­sie­nią w par­ku zdro­jo­wym, w in­nych cza­sach, w in­nych oko­licz­no­ściach. Oparł się ple­ca­mi o ścia­nę kio­sku i po­wo­li są­czył gorz­kie piwo. „To trwa­ło pół mi­nu­ty, może mi­nu­tę — opo­wia­dał — ale za­rę­czam panu, że rzad­ko czło­wie­ko­wi zda­rza­ją się w ży­ciu ta­kie do­bre chwi­le. Wszyst­ko, co mnie drę­czy­ło, zni­kło, by­łem nie­wi­dzial­ny. I mo­głem się nie od­zy­wać. Chwi­la złud­nej wol­no­ści.” Ma­jor wo­łał: „Dy­mitr, Dy­mitr.” Wo­łał nie­zbyt gło­śno, po­dej­rze­wał w głę­bi du­szy, że wię­zień już zbiegł. Dy­mitr sły­szał cięż­kie kro­ki — ma­jor i mi­li­cjant zbli­ża­li się roz­ma­wia­jąc pół­gło­sem. Kie­dy Dy­mitr uka­zał się, z pu­stym ku­flem w ręku, tam­ci za­trzy­ma­li się nie­zde­cy­do­wa­ni.

— Aha. Wy­pi­li­ście — ode­zwał się ma­jor. — Sma­ko­wa­ło?

— Nie naj­gor­sze. — Dy­mitr po­sta­wił ku­fel na la­dzie. — A to jest resz­ta dla pana — po­dał ma­jo­ro­wi wil­got­ny, cie­pły pa­pie­rek.

Pod­je­chał jeep.

— Do domu — roz­ka­zał ma­jor kie­row­cy.

Pod­czas jaz­dy Dy­mitr wy­stą­pił za­czep­nie:

— My­ślał pan, że ucie­kłem?

— Moja rzecz, co my­śla­łem — burk­nął ma­jor.

— Chcia­łem was mieć tro­chę z oczu — ata­ko­wał Dy­mitr.

— By­le­ście za­cho­wa­li w ser­cu.

— Je­śli pan się boi, że mogę uciec...

— To co?

— To może się pan wy­co­fać. Ja po­sie­dzę.

— Lu­bisz być za cier­pięt­ni­ka, tak? Nie, ja się nie boję. Po­trzeb­ny mi jest Zło­wro­gi, a to­bie po­trzeb­ne jest do­bre imię two­jej gru­py. Taka jest trans­ak­cja, Dy­mitr. Każ­dy coś wy­gry­wa. I każ­dy coś ry­zy­ku­je.

— Pan wię­cej — po­wie­dział Dy­mitr.

„Po­wie­dzia­łem to tak so­bie, dla efek­tu — przy­znał męż­czy­zna na pia­sku. — I tro­chę przez zło­śli­wość. Ale za­raz przy­szło mi na myśl, że może mia­łem ra­cję. Że więk­sze ry­zy­ko po­no­sił — on. Ry­zy­ko­wał, że będą go po­dej­rze­wać, że wszedł z nami w kon­szach­ty. Albo co naj­mniej, że dzia­ła na wła­sną rękę. Jed­no i dru­gie nie­zbyt za­baw­ne.”

W kan­ce­la­rii cze­ka­ła na nich ko­bie­ta w mun­du­rze sier­żan­ta z przy­go­to­wa­ną umo­wą. Pod­su­nę­ła Dy­mi­tro­wi ar­kusz pa­pie­ru i po­da­ła mu pió­ro.

— Tak to się za­ła­twia? — spy­tał spo­glą­da­jąc zdu­mio­ny na ty­tuł. „Umo­wa”, jed­nak na­zy­wa­ło się to umo­wą, i ni­żej „na pra­cę zle­co­ną”. — Tro­chę hu­mo­ry­stycz­ne — za­uwa­żył.

— Nie bądź­cie taki śmie­szek — po­wie­dzia­ła ko­bie­ta opry­skli­wie. Wy­ką­pać, po­słać do fry­zje­ra i wy­dać za mąż — po­my­ślał mi­mo­cho­dem. Chciał pod­pi­sać nie czy­ta­jąc, ale ona za­in­ter­we­nio­wa­ła: — Naj­pierw za­po­znać się z tre­ścią.

— Wszyst­ko mi jed­no.

— Prze­czy­tać! — do­ma­ga­ła się.

Prze­biegł wzro­kiem kart­kę. Nudy. Se­kret „pra­cy zle­co­nej” po­zo­sta­wał w umo­wie nie roz­szy­fro­wa­ny: „ni­żej pod­pi­sa­ny zo­bo­wią­zu­je się wy­ko­nać zle­ce­nie prze­ka­za­ne mu ust­nie przez ma­jo­ra Zyg­mun­ta. Zle­ce­nio­bior­ca otrzy­mu­je w cha­rak­te­rze za­licz­ki po­ło­wę ho­no­ra­rium w wy­so­ko­ści...” Kwo­ta wy­da­ła się Dy­mi­tro­wi wy­so­ka. Kie­dy po pod­pi­sa­niu pod­niósł wzrok, zo­ba­czył, że ma­jor wyj­mu­je z kasy pan­cer­nej dwie pacz­ki bank­no­tów. Rzu­cił je na biur­ko.

— Ta pacz­ka dla was.

— Po­ło­wa ho­no­ra­rium?

— Tak.

— A ta dru­ga?

— Na spe­cjal­ne wy­dat­ki. — Do­dał zna­czą­co: — Roz­li­czać się nie ma obo­wiąz­ku.

— A je­śli nie wy­dam?

— Zro­bi­cie, jak bę­dzie­cie uwa­żać za sto­sow­ne. — Zwró­cił się do ko­bie­ty: — Do­ku­men­ty po­dró­ży są? — Ski­nę­ła gło­wą. — Dla obu? — Znów ski­nę­ła gło­wą. — Wpisz­cie tam Po­to­ka, tego z czter­nast­ki.

„Wsu­ną­łem pie­nią­dze do we­wnętrz­nych kie­sze­ni kurt­ki — opo­wia­dał. — Le­d­wie się mie­ści­ły. Te pie­nią­dze prze­ko­na­ły mnie, że ro­bo­ta jest waż­na. Zro­zu­mia­łem, że nie cho­dzi już tyl­ko o wy­mie­rze­nie kary Zło­wro­gie­mu. Łaj­dak mu­siał dużo wie­dzieć. O czym? To pro­ste, o prze­stęp­cach wo­jen­nych. Dziw­ne tyl­ko, że wciąż dzia­łał tu, że nie uciekł na dru­gą stro­nę kur­ty­ny. Wi­docz­nie uwa­żał, że jest moc­no za­kon­spi­ro­wa­ny. Za­wi­sza? — po­my­śla­łem przez chwi­lę i przy­znam się, że zro­bi­ło mi się go­rą­co.”

— A je­śli nie uda się wy­ko­nać za­da­nia? — za­py­tał Dy­mitr za­pi­na­jąc kurt­kę.

— Za­le­ży, z ja­kie­go po­wo­du. — Ma­jor za­mknął kasę. Wrzu­cił klu­cze do szu­fla­dy biur­ka. — Nie wy­da­je mi się, że­by­ście mie­li przed sobą wie­le wa­rian­tów za­koń­cze­nia. Albo suk­ces, albo...

— Albo co?

— Po­grzeb od­bę­dzie się w każ­dym ra­zie na nasz koszt.

Dy­mitr wska­zał na kon­trakt.

— Czy tu jest o tym mowa?

— Tu nie. Ale ma­cie moje sło­wo. Oczy­wi­ście, in­for­ma­cja po­uf­na.

— Po­win­no być w umo­wie — po­wie­dział Dy­mitr. — Czar­no na bia­łym. Zle­ce­nio­daw­ca zo­bo­wią­zu­je się wy­pra­wić zle­ce­nio­bior­cy pięk­ny po­grzeb. Kom­pa­nia ho­no­ro­wa, sal­wa, mów­ka. I Cho­pin, ko­niecz­nie. Dużo kwia­tów. Wszyst­ko za­gwa­ran­to­wa­ne na pi­śmie. Nie, pa­nie ma­jo­rze, nie in­te­re­su­je mnie, co się sta­nie z moim ścier­wem, ani tro­chę. Wo­lał­bym, żeby dru­ga po­ło­wa ho­no­ra­rium zo­sta­ła wrę­czo­na mo­jej mat­ce. Przy­da jej się na pew­no. Za tyle lat tru­dów na­le­ży jej się ja­kieś od­szko­do­wa­nie.

Ma­jor przy­glą­dał mu się bacz­nie.

— Do­brze, Dy­mitr, będę pa­mię­tał.

— Chy­ba, że i pan stąd wy­le­ci — za­uwa­żył cierp­ko wię­zień.

— Chy­ba, że wy­le­cę.

Mi­li­cjant za­mel­do­wał:

— Po­tok cze­ka.

— Da­waj go.

„Sta­ry ło­buz Po­tok! Roz­czu­li­łem się na wi­dok jego mon­gol­skiej gęby — wspo­mi­nał były Dy­mitr. — Nie było w na­szej gru­pie rów­ne­go mu sa­pe­ra. Miał jed­ną wadę: wy­my­ślał so­bie pre­ten­sjo­nal­ne pseu­do­ni­my: Wid­mo, As, Tan­cerz, Ba­ron — wszyst­kie z ele­ganc­kie­go świa­ta, ta­jem­ni­cze i wy­po­le­ro­wa­ne. Ale my­śmy go na­zy­wa­li po pro­stu Dżyn­gis-cha­nem z po­wo­du tych mon­gol­skich ko­ści po­licz­ko­wych. Uro­dził się i wy­cho­wał na Woli, jako chło­pak po­szedł do fa­bry­ki bro­ni, znał się na dy­na­mi­cie, try­to­lu, mi­nach. Kie­dym go zo­ba­czył, chcia­łem go ob­jąć, ale za­mro­ził mnie spoj­rze­niem. Ro­ze­gra­ła się cała ko­me­dia.”

Ma­jor zwra­ca­jąc się do Po­to­ka wska­zał na mnie:

— Zna­cie tego mło­dzień­ca, Tan­cerz?

Po­tok zbli­żył się do Dy­mi­tra i udał, że sta­ra się so­bie przy­po­mnieć.

— Nie, chy­ba nie — po­wie­dział wresz­cie.

— Ejże, na­praw­dę go nie zna­cie?

— Pierw­szy raz go wi­dzę.

— Przyj­rzyj­cie mu się do­brze.

— Przy­glą­dam się, przy­glą­dam — po­wie­dział Po­tok i zdą­żył na­wet mru­gnąć nie­po­strze­że­nie do Dy­mi­tra. Dy­mitr z tru­dem po­wstrzy­my­wał śmiech.

— To wasz do­wód­ca, Tan­cerz! — po­wie­dział Zyg­munt uro­czy­ście.

— On? Mój do­wód­ca? — zdzi­wił się Wid­mo-Po­tok. — Ten smar­kacz? Nie dał­bym za nie­go trzech gro­szy.

— No, no, nie ubli­żaj­cie mu. To Dy­mitr.

— Dy­mitr! — wy­krzyk­nął zdu­mio­ny Po­tok. I od razu przy­brał minę wzgar­dli­wą. — Stu fa­ce­tów w Pol­sce uda­je w tej chwi­li Dy­mi­tra. A Na­po­le­on to on nie jest?

„Po­sta­no­wi­łem prze­rwać to na­igry­wa­nie się z mo­je­go żoł­nie­rza — po­wie­dział były Dy­mitr. — Zwró­ci­łem się do nie­go: Syl­wek, prze­stań się za­pie­rać, oni wszyst­ko wie­dzą. Trze­ba było zo­ba­czyć jego minę. Tarł ogrom­ną łapą za­ro­śnię­ty pod­bró­dek. I na­raz wy­buch­nął: Zgię­li cię! Roz­ło­ży­łeś się!”

Dy­mitr wstał i pod­szedł do nie­go.

— Nie, Syl­wek, nikt mnie nie zgiął. Tu się kroi coś in­ne­go. Idzie­my na wol­ność.

— Ty i ja?

— Ja i ty.

— Aha, to już coś.

— Wy­pusz­cza­ją nas, bo obie­ca­łem chwy­cić Zło­wro­gie­go. Sły­sza­łeś o Zło­wro­gim?

— Kto by nie sły­szał.

— A wi­dzia­łeś go kie­dy?

— Gdy­bym go wi­dział, nie miał­byś dziś po co wy­cho­dzić z mam­ra.

Ma­jor za­py­tał:

— Po­tok, chce­cie iść pod ko­men­dę Dy­mi­tra?

— Tu nie ma „chcę” czy „nie chcę”. Dy­mitr — to mój do­wód­ca.

— Bę­dzie­cie zno­wu pod jego ko­men­dą.

— Kla­wo jest.

— Co my­śli­cie o wa­szym za­da­niu?

— Jego gło­wa. Ja zro­bię, co każą.

— Zgo­da. — Ma­jor wy­jął z szu­fla­dy biur­ka pie­nią­dze. — Wa­sza pen­sja. Na mie­siąc. Po­kwi­tuj­cie.

„Po­tok rzu­cił w  moją stro­nę nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie — opo­wia­dał męż­czy­zna nad mo­rzem. — Da­łem mu znak, żeby się nie bał. Chwi­lę gryzł war­gi. Te pie­nią­dze, któ­re otrzy­my­wał w kan­ce­la­rii wię­zien­nej, wy­raź­nie go nie­po­ko­iły. Pie­nią­dze nie mają w na­szym kra­ju do­brej opi­nii.”

— Kan­tu nie ma? — za­py­tał Po­tok ochry­płym gło­sem.

— Żad­ne­go — po­wie­dział Dy­mitr. — Albo zła­pie­my Zło­wro­gie­go, albo on nas. A wte­dy mamy po­grzeb na koszt pań­stwa. Ma­jor obie­cał.

Po­tok wy­krzy­wił usta w uśmie­chu. Ar­gu­ment tra­fił mu do prze­ko­na­nia. Zro­zu­miał, że wy­pusz­cza­ją ich, bo mogą wy­ko­nać pew­ną ro­bo­tę.

— Jaką broń chce­cie? — zwró­cił się do nie­go ma­jor.

Chło­pak się wa­hał.

— Roz­py­lacz. Może ste­na...

Ma­jor wy­jął z sza­fy pe­pe­szę.

— Ste­nów nie mam. To też nie­złe, a ła­twiej o na­bo­je.

Dżyn­gis-chan przy­glą­dał się nie­pew­nie pe­pe­szy. Przed chwi­lą wię­zień — te­raz miał wyjść na wol­ność, na do­da­tek uzbro­jo­ny i za­opa­trzo­ny we wszel­kie moż­li­we do­ku­men­ty. Dy­mitr prze­chwy­cił jego py­ta­ją­ce spoj­rze­nie. Wy­star­czy­ło kiw­nąć gło­wą i sta­ty­sty­ka strat pol­skich po­więk­szy­ła­by się o dwa tru­py. Ale Dy­mitr nie miał za­mia­ru da­wać żad­nych zna­ków.

— Za­pa­so­wy ma­ga­zy­nek — po­wie­dział ma­jor po­da­jąc Po­to­ko­wi cięż­ki bę­be­nek. Zwró­cił się do Dy­mi­tra: — Dla was mam pi­sto­let „TT”.

— Dzię­ku­ję.

— Co zno­wu?

— Dzię­ku­ję, nie po­trze­bu­ję bro­ni — wy­ja­śnił spo­koj­nie Dy­mitr.

Ma­jor nie ro­zu­miał.

— Chce­cie tam je­chać bez bro­ni?

— Po­tok ma pe­pe­szę. A ja nie po­trze­bu­ję. Ja skoń­czy­łem ze strze­la­niem ósme­go maja, kie­dy Ke­itel pod­pi­sał ka­pi­tu­la­cję w Ber­li­nie.

— Pod­ję­li­ście się pew­ne­go za­da­nia! — przy­po­mniał ma­jor zi­ry­to­wa­ny.

— Wy­ko­nam je.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com