Twardzielka - Mariusz Zielke - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 55 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Twardzielka - Mariusz Zielke

Pierwszy kryminał o polskim show-businessie. Mocna historia o zepsuciu i zbrodni w świecie pełnym kłamstw.

Sześć dziewczyn: pięć trupów, jedna zaginiona. Ktoś brutalnie morduje piękne modelki. Ściągnięta ze szpitala psychiatrycznego agentka o specyficznej urodzie i poszarpanym życiorysie musi wyjaśnić tajemnicę, mierząc się także z własną, pełną sekretów przeszłością. W świecie okrutnych zbrodni, perwersyjnego seksu, luksusowej prostytucji, dziwacznych wynaturzeń zepsutego show-businessu rozegra się gra o najwyższą stawkę.

 

"Twardzielka" to bezkompromisowy thriller, którego akcja ukazuje prawdziwe oblicze cynicznego świata wielkich pieniędzy, gwiazd, mediów i salonów. Mocna lektura, pełna napięcia i dramatycznych wydarzeń.

Opinie o ebooku Twardzielka - Mariusz Zielke

Fragment ebooka Twardzielka - Mariusz Zielke

cover
cover

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jadwiga Piller, Maria Śleszyńska

Wszystkie postacie i wydarzenia opisane w książce fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe.

Zdjęcie na okładce:

© Tim Robinson/Arcangel Images

© for the text by Mariusz Zielke

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-693-8

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Jak to możliwe, dziwna dziewczyno,

że jesteś tak wieloma kobietami

dla tylu ludzi?

Sylvia Plath, Dzienniki 1950–1962

Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno.

I przekonałem się, że jest gorzkie.

Arthur Rimbaud, Sezon w piekle. Iluminacje

Prolog

wrzesień,

ubiegły rok

Za Wolinem skręcili w prawo na Warnowo. Michał nie zareagował na nieśmiałe protesty przyjaciół i zwolnił, podziwiając malowniczą okolicę. Wąska dróżka bieg­ła pomiędzy żegnającymi już lato drzewami, ogromnymi połaciami brudnozielonych pól i pastwisk ogrodzonych popękanymi belkami, z rzadka tylko pilnowanymi przez stare, czerwone mury domostw. Mimo końcówki września wciąż było ciepło i słonecznie. Otworzył szeroko okno, wdychając świeże powietrze, specyficzny zapach gospodarstw i zagród wymieszany z wyczuwalnym z daleka dymem z palenisk, który szybko ustąpił mocnej woni sosen, buków i dębów wspaniałej kniei, ciągnącej się kilometrami do nadmorskich piaszczystych plaż niemal pustych w tym miejscu i o tej porze roku.

Ależ powietrze. To nie Warszawa, chłopcy.

Nad morzem wóda wchodzi mi jak mleko. Na co jesteśmy przygotowani, prawda, panowie? Paweł podsunął mu pod nos butelkę single malta, zapakowaną w papierową torbę. Michał pomyślał, że picie z gwinta trzydziestoletniego bimbru po pięćset dolców za butelkę trzeba uznać za profanację, nawet jeśli ma się go całą skrzynkę w bagażniku i pewność darmowego uzupełnienia zapasu w razie konieczności.

Prowadzę. Odsunął ramię z butelką i zawołał do tyłu: Budź się, młody!

Artur, który w proteście przeciw zmianie trasy udawał, że śpi, westchnął głośno i zażartował:

Już niedziela?

Przyjaciele roześmiali się gromko. Rozumieli się bez słów. Każdy głupi żart, kaprys, problem. Byli najlepszymi przyjaciółmi, znali się niemal jak kochankowie. Trzy wspólne lata w Szkole Głównej Hand­lowej, rok na wymianie na Uniwersytecie w Sussex oraz wizyty na uczelniach w Chinach i Brazylii wzmocniły więzi przyjaźni i stanowiły solidny fundament na przyszłość.

Dlaczego nie jedziemy przez Międzyzdroje? zaprotestował Artur.

Chcesz spotkać mojego starego? odparł Michał.

Artur spojrzał w okno. Ojciec Michała nie przepadał za nim i chłopak chyba zdawał sobie z tego sprawę, choć udawał, że się tym nie przejmuje.

Aaa, zapomniałem. Pokiwał głową. Szkoda. Tamtejsze dziewczyny…

Powinieneś raczej spieszyć się do Grodna.

Znów ten porozumiewawczy śmiech. Tak, powinniśmy spieszyć się do dziewczyn z Grodna. Tam nie będzie żadnych niedopowiedzeń, niepotrzebnych fochów, min i wybiegów. Jasna, prosta sytuacja. Słono zapłacili za ogień, który ich czekał. Ale warto było.

Ciekawe, co tym razem przygotowała nam Sonia? Paweł pociągnął porządny łyk z butli. też bym chętnie przeleciał.

A kogo ty byś nie przeleciał zadrwił Artur i klepnął przyjaciela w kark. Pamiętasz paskudę z akademika?

To nie byłem ja…

No tak, zapomniałem, że po drugiej butelce przechodzisz w trzeci wymiar…

Michał pokręcił głową z zadumą. Ktoś, kto wymyślił mu życie, naprawdę powinien dostać medal. Miał najwspanialszych przyjaciół na świecie, najpiękniejszą dziewczynę pod słońcem, świetnego staruszka z otwartym na wszystkie zachcianki portfelem, kasę i wielką przyszłość. Stała przed nim otworem, rozwierała ramiona, czekała na niego. Tyle dróg do wyboru. Tyle możliwości.

Świetne życie.

Jak to powiedziała ta wróżka w Chinach? „Czeka cię życie pełne wrażeń, tylko takie się liczy”.

Wrażenia.

A tych dzisiejszego wieczoru nie zabraknie. Już Sonia się o to postara. Jeszcze nigdy się na niej nie zawiedli. Dziewczyny zawsze spełniały wszystkie zachcianki, były piękne, niezwykłe, cudowne. I wcale nie przypominały kurewek. Normalne laski, tyle że z załadowanym do mózgów odpowiednim oprogramowaniem. Żadnych narzekań, wykonywanie poleceń bez mrug­nięcia okiem, wieczny uśmiech na pięknych buziach i sterczące cycki. Nie zmuszały się, były chętne i radośnie uczynne. Inicjatywa własna mile widziana, podobnie jak nieudawane orgazmy. Miejcie z tego trochę przyjemności. Wasi klienci tego warci. bogaci, zadbani, czyści, nawet jeśli starsi, to na szczycie drabiny społecznej. A z takimi jak Michał i jego przyjaciele… Sama przyjemność.

Michał popatrzył po przyjaciołach. Smukłe, umięśnione, opalone ciała. Sympatyczne twarze nigdy niepoddane ekstremalnym próbom, które zostawiają rysy w oczach i charakterze. Silni, wspaniali, władczy. Przyszli panowie świata.

Z takimi to naprawdę sama przyjemność.

Nawet dla takich cudownych kobiet jak one.

Gwiazdy. Były prawdziwymi gwiazdami.

Może dziś będę miał przyszłą królową sceny? westchnął teatralnie Artur.

Dzieciaki ci nie uwierzą, jak opowiesz, kogo w młodości posuwałeś.

Nie zamierzam mieć dzieci.

Dzieci to tylko problemy, prawda, Hades?

Hades, ksywka Michała od dnia, gdy zdobył tytuł króla nocy klubu Hades. Mimo że kojarzyła mu się tylko z dobrymi rzeczami, nie lubił jej. Może dlatego, że w przeciwieństwie do przyjaciół był zadeklarowanym optymistą. Nawet gdy się waliło i paliło, on dostrzegał blask słońca, światełko w mroku.

„Nie poddawaj się, nie jesteś słabeuszem, zawsze walcz do końca” tak mawiał jego ojciec.

Hades. Naprawdę kiepska ksywka dla niego.

Wtedy, tamtego wieczoru w Hadesie, poznał Łucję. Łucję o pięknym imieniu i jeszcze wspanialszym ciele, włosach jak marzenie, rozkoszy wymalowanej na twarzy. Kobietę, z którą każdy normalny facet… chciałby mieć dzieci.

Tak, on zupełnie poważnie o tym myślał.

Myślał o dzieciach z Łucją.

Co tam, Hades? Masz odpowiednie zabezpieczenie? Artur pomachał mu paczką prezerwatyw przed nosem. Wszystkie kolory tęczy i na deser wielka czerń. Big Daddy, jak pseudonim tego słynnego boksera. Chciałbyś mieć taką pałę, co nie…?

Nie słuchał ich. Wyłączył się. Mógłby teraz przymknąć oczy i byłby tylko on, wiatr, morsko-leśny zapach wczesnej jesieni, powoli wpadające w żółć i czerwień kolory liści… I Łucja. Jej wspaniała, roześmiana buzia. Ta jedyna. Ciekawe, jak zareagują przyjaciele, gdy im o tym powie? Gdy wyjawi, że w końcu się zdecydował. Że to właśnie ona, ta jedyna.

Dzieci. Tak, chcę mieć z nią dzieci.

Już widział te miny. Rozdziawione w zdumieniu gęby. Podręcznikowy przykład osłupienia.

Ale pomiędzy nami nic się nie zmieni, nie bójcie się, wszystko zostanie po staremu. Piwo co czwartek, niedzielny basen, weekendowy brydż do rana przy dobrej butelce. Ojciec będzie dostarczał single malty jak dziś. Dużo ich dostaje, nie zbiednieje od utraconej skrzyneczki. Tak, tak. I rowery, narty, bungie, tenis. Wszystko zostanie po staremu.

A dziewczyny?

To też się nie zmieni? Nie będziesz już szukał dla nas Soni i jej anielic? Diablic raczej. Nie będzie ci żal? Rzeczywiście potrafisz to urwać? Łucja zastąpi ci je wszystkie? Naprawdę jest taka dobra? Opowiedz nam.

Nie uniknie takich pytań.

Zacisnął mocno szczękę.

Będzie bronić jej honoru. Łatwe dziewczyny to inny temat. Ja też nie chcę rozmawiać o waszych dziewczynach. Bo ich nie mamy. W takim razie nie będę chciał. Nie będę wypytywał. Wy też musicie uszanować. Bo ona jest inna, wyjątkowa. Zapamiętajcie to słowo: wyjątkowa.

A widzisz, coś jednak się zmieni.

Pierwsza zmiana, potem druga.

Trzecia.

Czwarta.

Potem już poleci. Będzie z górki.

Zapomnisz o piątkowym piwku, na narty pojedziesz z nią, a nie z nami, wybierzesz plaże na Bora Bora zamiast nurkowania z orkami w norweskich fiordach. Powoli zaczniesz odpuszczać. Zamienisz wyzwania na ciepłą kołderkę. Wejdziesz pod kapciuch, zapomnisz. Zapomnisz o nas.

Bzdura. Łucja lubi orki, polubi was, wy polubicie ją.

To twarda baba, nie mimoza.

Ale… macie rację.

Nic nie będzie takie jak kiedyś.

Coś się tak zamyślił? Nie możesz się doczekać?

Wyjechali na chwilę z lasu, a potem ciągnęli mozolnie na trójce wąską dróżką przez ciemne, gęste ostępy parku narodowego do samego Grodna. Duży luksusowy jeep bez trudu pokonał ostatnią część trasy z resztkami asfaltu i wielkimi dziurami w nawierzchni. Michał zaparkował przed bramą wjazdową, na której widniał napis:

Woliński Park Narodowy
Grodno
Kompleks edukacyjny

Dyżurka jak zawsze była pusta. Nikt nie musiał pilnować tego zadupia. Otworzył bramę i wrócił do samochodu. Obaj przyjaciele wystawiali już łby przez szyby.

Boże, ależ tu cudnie. Niesamowite szepnął Artur.

Twój stary ma naprawdę niezłe chody dodał Paweł.

Mojemu staremu nic do tego fuknął Michał. Nie lubił, gdy jego własne sukcesy próbowano powiązać ze znajomościami ojca. To on wynalazł willę i sam załat­wił wszystkie formalności związane z dzierżawą. Nawet pierwszą ratę i wadium wpłacił ze swojego konta. Ojciec w niczym mu nie pomógł.

Nie wściekaj się, tylko żartuję.

Znajdź sobie inny obiekt do kpin.

Chyba wiem jaki, zobaczcie.

Na parkingu przed głównym budynkiem byłej rządowej willi stał samochód Soni.

Ciekawe, czy udało jej się spełnić wszystkie nasze oczekiwania.

A kiedyś się nie udało?

Zaparkowali obok, chwycili worki z rzeczami oraz prowiantem i ruszyli do najbliższego budynku. Drzwi były otwarte. Pusta recepcja sprawiała niesamowite wrażenie.

Czuję się jak w Czarnobylu szepnął Paweł. Wymarłe miasto w wersji mini. Stara pieprzona komuna, relikt przeszłości, przeżarty przez czas.

Usłyszeli chichot dziewczyn na górze i spojrzeli po sobie.

Nie mogę się doczekać. Artur oblizał wargi.

Spokojnie, najpierw się przygotujemy.

Ech, te wasze niespodzianki.

Weszli do przeznaczonej dla nich części budynku, rozpakowali rzeczy, wykąpali się i włożyli garnitury.

Jak nie ty ocenił Michała Paweł. Hades w gajerku.

Prosiłem cię, żebyś mnie tak nie nazywał.

Dobrze, już dobrze. Paweł wyjrzał przez okno w samą porę, by zobaczyć odjeżdżający samochód Soni. Zgodnie z umową miała pojawić się dopiero jutro rano, by odebrać dziewczyny.

Pierwszy szedł Artur, chwiejąc się wesoło na boki z butelką wina w ręku, za nim Paweł, na końcu Michał. Zwykle to on prowadził. Dziś jednak wolał poczekać. To ostatni raz. Więcej już nie będzie. Zostanie tylko Łucja.

Stanęli przed drzwiami i Paweł wyjął paczkę z koką.

Kto chce na zachętę?

Michał zwykle odmawiał, ale tym razem wciągnął trochę białego proszku, czując nagły przypływ mocy. Ostatni raz. Ostatni raz.

Słońce rozbłysło i eksplodowało.

Znów był bogiem.

Ostatni raz.

Niech zatem będzie wyjątkowy.

Daj jeszcze jedną działkę. Moc.

Pociągnął i poczuł gwałtowny przypływ adrenaliny. nim wstrząsnęło. Wspaniale. Jak młody bóg. Sprawię, że trafisz na Olimp, królowo, kimkolwiek jesteś. Nie miałaś lepszego kochanka. Czeka cię pół godziny jazdy bez trzymanki na moim byku o demonicznym kształcie. Prawdziwa czysta rozkosz. Zobaczysz. Przekonasz się.

Drzwi wolno się otwierały.

Artur wszedł, wesoło pogwizdując i kołysząc się na boki kanciastymi, szybkimi ruchami. Chodził tak, jak się kochał i bił szybko, ostro, gwałtownie. Był znacznie bardziej ekspresyjny niż Paweł, ale Michał czasem nakrywał go na chwilach refleksji, i wydawał się wówczas zupełnie innym człowiekiem.

„No tak, robi z siebie głupka na pokaz” myślał Michał.

Z kolei Paweł ciągle wydawał się taki sam. Cichy, wyważony, spokojny. Tylko kiedy ktoś go naprawdę zdenerwował, wpadał w furię. Wtedy lepiej być daleko.

Artur postawił butelkę z winem na stole i zagwizdał, tym razem głośno i ostentacyjnie, chcąc okazać, jak bardzo podoba mu się wybór Soni. Zgodnie z zamówieniem dziewczyny były trzy. Brunetka, ruda i blondynka. Artur chciał z początku Murzynkę, ale w ostatniej chwili wycofał się i zmienił wytyczne. Paweł jak zawsze poprosił o rudą.

Ale żeby była inna niż ostatnio. Nie to, żeby mu tamta nie pasowała…

„Po prostu nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” powiedział, siląc się na dowcip, choć wyraźnie nie o to chodziło.

Może mu nie wyszło albo wstydził się czegoś innego?

„A ty?” zapytała wówczas Michała Sonia.

Przymknął oczy i wyrecytował: „Metr siedemdziesiąt pięć, średni biust, proste blond włosy za ramiona, zielone oczy. Ma być piękna. Włosy mogą być sztuczne. Ale oczy… mają być… prawdziwe. I cycki. Muszą sterczeć, wyzywać, prowokować. Ma mieć ładne cycki”.

I oto stała przed nim. Dokładnie taka, jak opisał. Metr siedemdziesiąt pięć, zielone oczy, włosy blond i proste. Bez peruki. Pod wieczorową suknią o perłowym kolorze sterczące cycki. Świeża letnia opalenizna gratis, bez zamówienia. Twarz jakby trochę rozmazana, jak na starym zdjęciu.

Ideał. Ideał piękna.

Zacisnął mocno zęby, by nie dać po sobie poznać wstrząsu, jakiego doznał.

za bliska ideału.

Koka już działała. Po fali mocy i euforycznego uniesienia wzrok, jeszcze przed chwilą wyjątkowo wyostrzony, zaczął płatać mu figle. Kontury się rozmazały. Dziewczyna przed nim urosła o parę centymetrów, stała się wielką bezkształtną masą, a potem wszystko wróciło do normy.

Uff. Mocny towar.

Artur i Paweł dość szybko zabrali się do roboty, a oni tylko na siebie patrzyli. Zakłopotani, zdziwieni, zszokowani tym, że mogli na siebie trafić, tak dobrze dobrani, jakby byli dwiema połówkami tego samego jabłka.

Nic nie powiesz? Uśmiechnęła się.

Wzruszył ramionami.

Co miał mówić? Nie chciał tu przyjeżdżać. Zrobił to tylko dla przyjaciół. Nie chciał korzystać. W takim razie dlaczego przyjechał? Dlaczego opisał Soni swoje wymagania, a gdy spełniła je co do joty, stracił na wszystko ochotę?

Artur zniknął w pokoju obok ze swoją dziewczyną, a Paweł z rudą przysiedli się do nich.

Co takie smuty? Poradzimy coś na to? Paweł podał wszystkim kolejną działkę kokainy.

Obie dziewczyny wciągnęły bez protestów.

Jesteście modelkami? A może śpiewacie? Chórki? Macie już na koncie jakąś płytę? Nie, ciebie to chyba widziałem w serialu. Grasz też na scenie?

Ruda pokręciła karcąco palcem. Nie, nie, nie. Nie bawimy się w takie pytania. Porządne z nas kurwy. Nie rozmawiamy o naszym prawdziwym życiu i nie wypytujemy o wasze.

Mam ochotę na whisky. Michał wstał i wyszedł.

Czarna jęczała już pod Arturem. Łomotał jak zawsze ostro, bez przystanku. Mocne, porządne rżnięcie. Tak robi prawdziwy mężczyzna, tłumaczył kiedyś Michałowi, one właśnie tego potrzebują, dużej, twardej pały, maszyny z dobrze naoliwionymi mechanizmami, siłą i wigorem. Na głaskanie i ciepłe słówka przychodzi czas później. Chcesz, nauczę cię. Nie, dzięki, sam potrafię. Też tak potrafię.

Zamknął drzwi, wszedł do swojego pokoju i wygrzebał z bałaganu torbę z łyskaczem. Nagle do drzwi zapukała ona. Przyszła za nim. To dobrze czy źle? Może i dobrze? A może źle.

Idę się przejść.

Mogę pójść z tobą?

Wzruszył ramionami.

Szli przez las w kierunku plaży. Ośrodek miał własną, długą linię wybrzeża, na którym o tej porze roku nikogo nie było.

Może zrobimy to na plaży?

Jak ci na imię?

A jak chcesz?

Łucja wypalił. Skoro jesteś kopią Łucji, czemu nie miałabyś mieć tak samo na imię. Może być?

Jak sobie życzysz.

Wyszli na plażę i Michał usiadł, oparłszy się o łachę piachu. Łucja usiadła obok. Pił w milczeniu. Ona także się nie odzywała. Wyglądali jak para starych, znudzonych sobą kochanków.

Upijesz się?

Zamierzam.

Wtedy… może ci się nie udać.

Nie zależy mi.

Z koką to niebezpieczne. Niebezpiecznie łączyć alkohol i narkotyki.

Lubię niebezpieczeństwo. Ty nie?

To zależy, z kim je dzielę.

A ze mną?

Z tobą byłoby… wspaniale. Próbowała zetrzeć mu drobinki piasku z policzka, które nagle rzucił im w twarze powiew wiatru, ale odsunął gwałtownie głowę i odtrącił jej dłoń. Nie, ze mną nie będzie.

Dlaczego? Nie podobam ci się?

Milczał. Dopiero po paru sekundach powiedział:

Jesteś piękna.

No więc dlaczego mnie nie chcesz?

Spojrzał na nią. Ta piękna, wspaniała, niezwykła buzia. Niemal taka sama jak buzia Łucji w jego wyobraźni.

Zakochałem się powiedział.

I to jest powód do picia?

Zakochani nie różnią się wiele od alkoholików. Cały czas na rauszu.

Naprawdę kochasz?

Pokiwał głową. Naprawdę.

Nie musimy tego robić. Możemy po prostu posiedzieć.

Znowu skinął głową, a potem gwałtownie wstał i się zatoczył. Miała rację. Alkohol z koką nie zadziałały za dobrze; był mocno zrobiony.

Poczekaj, pomogę ci.

Wstała, lecz on odskoczył, jakby zobaczył potwora. Potknął się, przewrócił, poderwał się i cofał drobnymi kroczkami, z rosnącym przerażeniem w spojrzeniu. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, błyszczącymi jak gwiazdy. Nie, choć może tak się wydawało, on nie patrzył na nią. Patrzył… za nią. Bo ciemność nagle wybrzuszyła się, zawirowała i wypluła falującą istotę, której nie był w stanie opisać. Potwora, przerażającego demona o bladej twarzy i drgających jak rój os oczodołach. Szedł powolnym krokiem w ich stronę, a ona go nie widziała, nie rozumiała tego rosnącego w Michale przerażenia. Nie dostrzegała niebezpieczeństwa.

Blisko, coraz bliżej.

Czerń o bladym obliczu już była tuż za nią i… dopiero wtedy Łucja się odwróciła i odskoczyła przerażona.

Ale nie zdążyła krzyknąć.

Postać chwyciła w ramiona i zacisnęła czarny szal na jej szyi, ustach, a potem pożarła, pochłonęła w całości, pokryła mrocznym cieniem, gęstniejącym mrokiem.

Zniknęli. Nie było już nic.

Tylko ciemność.

Nie czekał dłużej.

Coś kazało mu biec. Uciec od tej fałszywej projekcji i kłamliwej wizji Łucji. Nie pozwolić jej się oszukać, skusić, wystraszyć. Biegł coraz szybciej, nie słysząc nawoływań i próśb. Poczekaj, nie uciekaj, nie zostawiaj mnie tu samej.

To nie był głos Łucji.

Głos potwora.

Prześmiewczo piskliwy, złowrogi chichot demonicznego karła.

Uciekł. Dobiegł do domu, pokonał schody, przeskakując po trzy stopnie naraz, i zatrzasnął za sobą drzwi sypialni. Położył się i zamknął oczy, drżąc w alkoholowo­-kokainowej delirce.

Łucji tu nie było. To był tylko sen.

Tylko zły sen.

Część pierwsza Wyzwanie

dziesięć miesięcy później,

lipiec, teraz

1

Sala była pogrążona w mroku. Dziewczyna otwierała i zamykała oczy, próbując przebić wzrokiem nieustępliwe ciemności. Zadrżała, gdy z czarnej mazi i szarawych chropowatości wyłowiła zarys pierwszej twarzy. Bladej, świecącej, jakby pokrytej jakąś lepką substancją. Sekundę później zobaczyła kolejną i jeszcze jedną. Wszystkie były jasne i miały identyczne rysy. Maski. Nagle zrozumiała, że to tylko maski.

Maski zabójców.

Gdzieś w oddali rozbłysła pierwsza świeca, na chwilę oślepiając. Przymknęła oczy, a kiedy je otworzyła, mrok nie był już jedynym władcą pomieszczenia. Otaczały ją. Demony, cały legion demonów. Dziesiątki, setki okutanych w satynowe peleryny postaci. Maski z czarnymi otworami, w których kryły się oczy i usta. Niewidzialne, ukrywające przed światem podniecenie i rozkosz.

Była pewna, że te oczy błyszczą pożądliwie, usta ociekają śliną i łaknieniem, łykają gorączkowo powietrze, którego coraz więcej żąda rozpędzone serce.

Jej serce także biło jak szalone.

Podobno pierwszy raz zawsze tak jest.

Serce bije mocno z niepewności. Nie wie, co je czeka.

„Śmierć zawsze wywołuje przyspieszone bicie serca wyjaśniła jej kobieta, którą nazywali Matką. Przynajmniej za pierwszym razem”. Potem umiera się dużo łatwiej. Wszystko staje się prostsze.

Dziś miała umrzeć po raz pierwszy.

Postacie otoczyły kamienne łoże ciasnym kręgiem. Znów poczuła zimno i niewygodę. Nieoczekiwanie zawstydziła jej nagość.

Oczy zebranych, mimo że ukryte w cieniu masek, wwiercały się w każdy zakamarek jej intymności. Oblizywały obleśnie jej duże piersi, wklęsły brzuch i mocne środkowoeuropejskie biodra. Wnikały w zagłębienia i cienie obnażonego bezwstydnie łona. Paliły skórę i wnętrzności, jeszcze mocniej poganiając serce.

Nigdy tak się nie czuła. Nawet w klubie, podczas prywatnych sesji w pokoju na górze, gdzie zgadzała się na wszystko, gdzie podtykała swoją kobiecość pod nos bogatych chętnych, gdzie nie miała prawa do żadnej intymności i władzy nad ciałem.

Nawet wówczas.

Była silną kobietą. Jak każda Słowianka. Nie podda się. Nie da im się wystraszyć. Nie okaże lęku. Nie jest tchórzem.

Spojrzała hardo i zacisnęła usta, by nie krzyknąć.

Przez salę przeszedł szmer podziwu.

Dawno nie mieli na stole kogoś tak odważnego i tak pięknego.

Nawet mężczyźni przywiązani do ofiarnego stołu okazywali strach.

Zamknęła oczy, by nie zepsuć wszystkiego w ostatniej chwili, i wtedy usłyszała kolejny głośny szmer.

Nadchodził.

Nadchodziło nieuniknione.

Usłyszała jakieś zaklęcia w nieznanym języku, z trudem rozpoznając głos Matki.

Aba uhali marma tham…

Tłum odpowiedział głośniejszym pomrukiem.

Aba uhali marma tham…

Matka mówiła coraz głośniej, by ostatnie słowo niemal wykrzyczeć.

…marma tham…– odpowiedział tłum grzmiąco.

Matka nabrała powietrza i zakrzyknęła:

Aba uhali marma tham…!

Tłum odpowiedział krzykiem i wtedy nie wytrzymała. Musiała spojrzeć, musiała go zobaczyć, choć Matka przestrzegała. Najlepiej zamknąć oczy, nie patrzeć, czekać na niego, czekać na przyjemność, na rozkosz, na śmierć. Śmierć najlepiej powitać w intymności zamkniętych oczu. Taka jest najprzyjemniejsza.

Taka da ci najwięcej rozkoszy.

Stał już przed nią. Potężny, z obnażonym torsem i nabrzmiałą męskością. Szeroki tors i muskularne ramiona pokrywały gęste kręcone czarne włosy. Mocarne barki i kark błyszczały naoliwione, krótką szyję zamiast głowy wieńczył łeb byka. Rogaty i paskudny, sprawiał wrażenie prawdziwej głowy zwierzęcia. Był jednak mniejszy. To musiała być dobrze zrobiona maska. Chyba że postać przed nią nie była człowiekiem.

Aba uhali marma tham…

Człowiek byk zaryczał i wszedł na nią. Poczuła dziwny zapach. Mieszankę mężczyzny, olejków i kadzideł. Zacisnęła powieki, nie chcąc widzieć nic więcej. Łatwiej znosić okropności, gdy się ich nie widzi. Nie da im satysfakcji, nie będzie błagać o litość, płakać i krzyczeć.

Nie myślała o swojej seksualności i upokarzającym akcie. Bała się trochę bólu, który musiał nastąpić, ale postanowiła, że wytrwa, pokaże im swoją siłę i moc.

Czekała z zamkniętymi oczami, w nią wniknie, posiądzie i upokorzy, gdy nagle wszystko ucichło, zamarło. Wciąż czuła jego zapach, słyszała oddech, wiedziała, że jest nad nią, a cała zamaskowana publika nie znikła, nie okazała się iluzją. Nic się nie zmieniło, a jednak niezwykła cisza sprawiła, że gdzieś w głębi duszy pojawiła się nadzieja. Nic więcej jej nie zrobią. Koniec upokorzenia. Nie dojdzie do żadnego aktu. Śmierć okaże się żartem.

Czekała, myśląc o tym, jak to się stało, że znalazła się w tym miejscu.

„Myśl o czymś przyjemnym doradziła jej Matka. Gdy będzie ci to robił, myśl o czymś przyjemnym. Będzie łatwiej”.

Nie miała przyjemnych wspomnień.

Nawet gdy myślała o Marice, jej dusza się nie radowała.

Mariko, gdzie jesteś? Dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego o mnie zapomniałaś?

Dziewczyna zacisnęła mocno zęby i otworzyła oczy.

Potwór nie zniknął.

Wciąż był nad nią i napawał się jej rosnącym w oczach przerażeniem.

A potem, mimo wszystkich obietnic i zarzekań, dziewczyna krzyknęła.

Głośno, ile tylko miała sił.

Gdzieś w jej głowie Matka uśmiechnęła się ciepło i powiedziała to, co przed godziną: „Jeśli będziesz musiała, nie krępuj się. Krzycz. Krzycz głośno”.

I tak nikt cię nie usłyszy.

2

Ciało znalazł biegacz. Jak co rano przed pracą robił przebieżkę po parku, a potem trochę wygłupiał się nad rzeką. Na pytanie mundurowych, co dokładnie robił, miauknął jak kot, wyrzucił jedną rękę nad głowę, drugą do przodu z zaciśniętą pięścią i powiedział: „Udawałem Bruce’a Lee”. Był bez wątpienia lekko szurnięty i poza podejrzeniem.

Po spisaniu jego danych i zeznań policjanci odesłali go do domu. Potem obejrzeli dziewczynę, upewniając się, że na pewno nie żyje, zabezpieczyli teren wokół miejsca zbrodni i czekali na śledczych oraz techników. Ci pojawili się dopiero po półgodzinie. Dużo klęli, schodząc w dół po skarpie, do rzeki. Jeden z nich ciągle poprawiał opadające spodnie i mówił przez zęby, że wszystkiemu winny jest niski poziom wody. Brudne, stalowe odmęty powoli, jednostajnie toczyły się w nieuregulowanym korycie, niosąc śmieci, gałęzie, stare deski, wirując koło mielizn, powalonych konarów i piaszczystych łach. Gdy posterunkowy zapytał, w czym lepszy jest wyższy poziom, tamten odparł niegrzecznie:

Przykryłby twoją głupotę.

Obejrzeli pospiesznie ciało, podrapali się po głowach, a potem poszli na kawę i pączki. Byli fanami amerykańskich filmów, które chłonęli wcześniej na wspólnych seansach wideo, a ostatnio na HBO.

Ktoś kompetentny przyjechał dopiero o ósmej, kiedy było już naprawdę ciepło i co niektórzy zaczęli się martwić, czy ciało nie zacznie jeszcze gorzej cuchnąć.

Posterunkowy osłaniał oczy dłonią przed słońcem, patrząc w górę.

Wysoki, bardzo chudy i trochę nieforemnie zbudowany mężczyzna miał na sobie starą marynarkę i spodnie z cienkiego materiału. Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać detektyw. Przepity, wypalony, zniszczony, przegrany.

Ciężkie powieki niemal przykrywały oczy nieokreślonego koloru, bruzdy i gęsta siatka zmarszczek zachodziły na siebie, postarzając twarz. Wyblakła i zszarzała cera, zniechęcająca postura i jakiś przerażający smutek w oczach sprawiały, że od lat nie obejrzała się za nim żadna kobieta.

Nazywał się Rodzki i nie wierzył w sprawiedliwość. Złapał już tylu drani, a oni ciągle wracali i ponownie wpadali w jego ręce. Jedyne, co go naprawdę wkurzało, to przemoc wobec kobiet. Miał córkę i w każdej ofierze w pewnym momencie dostrzegał, jak gdyby jego pokręcony, wypalony umysł prowokował go, by wreszcie dał sobie spokój, przystawił pistolet do głowy i skończył z tym raz na zawsze.

Obejrzał miejsce zbrodni nieco dokładniej niż pozostali, pogadał z technikami, zapytał o spóźnionego lekarza sądowego, a potem dołączył do tych, co poszli na ka­wę i pączki. Zamówił jednak tylko colę light i poprosił o popielniczkę.

Tu nie wolno palić. Ustawa…

Daj popielniczkę i nie pierdol.

Barman był wystarczająco zmęczony po nocy, by się kłócić. Gliny przyszły, gdy sprzątał i zamierzał zamykać. Skoro chcieli jarać, to przecież nie dadzą mu mandatu. Niech jarają.

Co tam u twojej starej, Rodzki? zapytał niegrzecznie ten od opadających spodni.

Rodzki udał, że nie słyszy. Usiadł przy stoliku obok, ignorując zapraszające gesty.

Po co tracić energię na słowa, które nawet nie mogą zaboleć, gdyż ich zwyczajnie nie pojmą. Nie tykaj gówna, bo będzie gorzej śmierdzieć.

Poszli i zostawili go samego.

Rodzki odszukał komórkę i zadzwonił do córki.

Co jest, tato, znowu znalazłeś jakąś dziewczynę?

Dziewczynę?

Trupa sprecyzowała. Jak znajdujesz trupa młodej dziewczyny, dzwonisz do mnie.

Ach tak. Nie, nie znalazłem trupa.

Nie uwierzyła. Za dobrze go znała.

Będzie o tym w telewizji?

W telewizji pewnie nie. Może w gazetach.

Gazet już nikt nie czyta. Puść farbę w necie.

Farbę?

No, daj cynk cwelom z portali sieczkarskich.

Jakich?

Ech, tato…

Wyjął notes i wpisał:

„wtorek 2 lipca pierdolony upał chyba ze trzydzieści pięć stopni ósma rano a nie da się wytrzymać. Trup dziewczyna młoda ładna. Nie pojadę dziś do szpitala”.

Nie stosował przecinków, rzadko stawiał kropki.

Kaszlnął, zapalił papierosa i dopił colę light.

Przy skarpie parkowały już dwa nowe samochody. Nad ciałem nachylała się gromadka nowych staruchów. Gliny krążyły, zbierając dowody, fotografując, mierząc ślady butów i odległość psich kup. Kurewska robota.

Rodzki chciał się już zmyć, gdy usłyszał głośne nawoływania.

Halo, panie nadkomisarzu! Tutaj, proszę do nas.

Kutasiński? Ty tutaj? Od kiedy to ruszasz dupę do jakiejś dziwki? Przecież ciebie interesuje tylko ładowanie się bez wazeliny w tyłek komendanta głównego i doglądanie przetargów, przy których może coś skapnąć i dla ciebie. No i telewizja. Lubisz chodzić do telewizora i mądrzyć się, jakimi to profesjonalistami jesteśmy. Tak, w mądrzeniu jesteś superprofesjonalistą. Tak jak w obstawianiu wyjazdów służbowych i szkoleń w Ameryce. Praca nie dla ciebie. Co tu robisz, kutasie?

Inspektorze Kulasiński. Rodzki podszedł i grzecznie się ukłonił.

Przestań z tym inspektorem, Tadzik. Co myślisz?

Rodzki wzruszył ramionami.

Poczekajmy, co tam powie doktor po sekcji. Nie ma co się spieszyć.

Wiesz, o co mi chodzi. To znowu on?

Rodzki chciał odpowiedzieć od razu, ale poszedł za radą doświadczenia. Odczekaj chwilę, policz do dziesięciu i oceń, co ci się bardziej opłaca.

Nie wiem mruknął.

Ostatnim razem zrobiłeś awanturę, że powinniśmy potraktować to poważnie i dać przeciek do mediów. Może zrobiliśmy błąd…

Może. Pójdę już…

Inspektor nie odpowiedział, więc Rodzki odszedł, powłócząc nogami. Dopiero gdy wsiadał do starej, wysłużonej kii z siedmioletnią gwarancją i serwisem w policyjnych zakładach, za które ktoś już poszedł siedzieć z powodu niegospodarności czy korupcji, inspektor go zawołał.

Rodzki. U nas nie ma seryjnych. Zapamiętaj to sobie. Oni nie istnieją.

Tia…

Trzy godziny później Kulasiński wezwał go do swojego gabinetu. Nie był sam. W pokoju przy szafce z medalami i pucharami stał drugi mężczyzna młody, wysoki i postawny. Miał starannie przystrzyżone jasne włosy uczesane na bok, pucołowatą twarz i mały nos. Oczy o szmaragdowym odcieniu patrzyły odważnie i czujnie.

Nadkomisarz Rodzki, porucznik Lisicki przedstawił ich inspektor. Porucznik Lisicki będzie koordynował nasze śledztwo z pracami prowadzonymi przez ABW.

Nasze śledztwo?

W sprawie seryjnego zabójcy kobiet dokończył jak gdyby nigdy nic Kulasiński. Wiem, co zamierzasz powiedzieć, Tadzik, ale dobrze ci radzę, nie mów tego. Tak jak mówiłem to wielokrotnie w mediach: seryjni zdarzają się niezwykle rzadko, praktycznie się nie zdarzają. To zupełnie odosobnione, rzadkie przypadki.

Rzadkie to jest gówno po zjedzeniu zbyt wielu cze­reśni miał ochotę odpowiedzieć Rodzki, patrząc na nieco nadpsute owoce leżące w pucharze na stole, ale zrezygnował.

Lepiej milcz, milczenie bardziej go zaboli.

No tak, tyle że trzeba jeszcze umieć trzymać język za zębami.

Trzeba umieć…

Przeszło ci już? zapytał inspektora.

Co takiego?

Rodzki uśmiechnął się znacząco do Lisickiego.

Rozwolnienie. Cały komisariat się martwi, że szef ma rozwolnienie. Nawet Kaśka. A może ona najbardziej…

Kulasiński zbladł, a potem poczerwieniał. Ciekawe, czy z powodu rozwolnienia, czy Kaśki. A może jednego i drugiego. Czyżby buc naprawdę nie słyszał tych żartów o nim i o Kaśce? Trzeba było nie dać się nakryć w kiblu na harcach, to by nie było kawałów o sraczce i lodzikach, a także dziwnych ulotek z karykaturą przedstawiającą opasłego, gburowatego szefa w rozpiętym mundurze i przyklejoną doń kobiecą postacią na kolanach, która mówiła:

OMÓWMY JESZCZE KWESTIĘ NAGRÓD I PREMII.

Lisicki popatrzył bez zainteresowania w twarz jednego i drugiego, po czym wyszedł bez słowa.

Powinien się nazywać „Kutasiński” powiedział, gdy już znaleźli się sami w korytarzu.

Rodzki uśmiechnął się szeroko. Już cię lubię, młody. Naprawdę wiesz, jak zdobyć serce takiego starego drania jak ja.

Wystarczyło jednak pięć minut w pokoju Rodzkiego, by zmienił zdanie.

Lisicki był jeszcze większym kutasem.

Może największym, jakiego Rodzki miał okazję poznać w swoim długim życiu.

3

Niebieski odcień i przesuwające się przez ekran pasy trochę przeszkadzały. Jednak jak na kamerę przemysłową obraz był dość wyraźny. Przez parę pierwszych sekund nic się nie działo i Rodzki spojrzał ze zniecierp­liwieniem na zegarek. Nie przyszli tu podziwiać szpitalne widoczki. Lekarz uspokajająco uniósł dłoń i pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: „Spokojnie, zaraz się zacznie”.

I miał rację.

Przez ekran przetoczyły się trzy postaci. Dwie miały białe kitle, trzecia była prawie nagą kobietą. Mężczyźni w kitlach wyraźnie nie trzymali pionu, sprawiając wrażenie wstawionych i rozochoconych. Kobieta także wyglądała na rozbawioną. Zniknęli, by po trzech sekundach wrócić na ekran w przedziwnej konstelacji. Jeden miał już zdjęte do kolan spodnie. Kobieta chyba go całowała. Drugi przyciskał się do jej pleców. I wtedy nagle scena miłosna zamieniła się w pełen okrucieństwa balet. Kobieta uderzyła łokciem tego z tyłu, jednocześ­nie częstując kolanem drugiego z mężczyzn. Złamał się jak scyzoryk i upadł na kolana. Kobieta ruszyła za tym trafionym łokciem, znikając z pola widzenia kamery.

Rodzki znów zerknął na zegarek. Facet trafiony w jądra dobre piętnaście sekund skręcał się przed ich oczami. Wtedy wróciła do niego. Chwyciła go lewą ręką za włosy i zaczęła obijać twarz krótkimi, pozornie lekkimi ciosami prostymi. Gdy leżał już całkowicie pokonany i zniechęcony, użyła jeszcze kolana. A potem nogi.

Lekarz wyłączył wideo.

Nazywał się Krapp. Rodzki zastanawiał się, czy to jakieś niemieckie, a może żydowskie nazwisko, ale nie zapytał o to.

Temu drugiemu złamała nos i rękę. Chłopak ma zaburzenia widzenia. Biła tak, żeby zostawić jak najwięcej śladów. Potem powiedziała, że chciała zrobić im krzywdę. Dużą krzywdę, żeby zapamiętali.

I twierdzi pan, że nie miała powodu? zapytał Lisicki.

Lubi zadawać ból, to jej odpowiedź.

Ale jednak coś musieli jej zrobić?

Nie. Pokręcił głową. To wzorowi pracownicy.

Rodzki westchnął.

Jak pan wytłumaczy, że wzorowi pracownicy, jak widzieliśmy, dopuścili się kontaktów cielesnych z pacjentką?

Sprowokowała ich.

Wszyscy pańscy wzorowi pracownicy ulegają takim prowokacjom?

Lekarz przełknął ślinę. Lisicki uśmiechnął się wesoło, jak przystało na sadystę. Lubił patrzeć na cierpienie innych.

Marika jest wyjątkowo przebiegła.

I to jest wytłumaczenie?

Nie przyznał. Niemniej jednak proszę zrozumieć moje obiekcje. Ta pacjentka powinna zostać pod ścisłym nadzorem i w zamknięciu. W przeciwnym razie…

Tak?

Nie ręczę za… jej zachowania.

Lekarz oddał mu kartkę papieru z kilkoma pieczątkami.

Mam nadzieję, że panowie to przemyślicie.

Lisicki oblizał usta i uprzedził Rodzkiego, odbierając kartkę od lekarza. Spojrzał na nią, jakby upewniał się, że jest to ten sam dokument, który już znał.

Jeśli się nie mylę, jest tu wyraźnie napisane, co pan ma zrobić?

Tak, ale dyrektor i minister zapewne nie wiedzieli o omawianych wypadkach. Nie mogę uwolnić tak niebezpiecznej osoby.

My przejmujemy.

Jednakże…

Lisicki wstał i podszedł do lekarza na tyle blisko, że ich nosy niemal się stykały. Byli podobnego wzrostu.

Albo pan się tu podpisze, albo to ja podpiszę się za pana.

Mierzyli się wzrokiem, w końcu lekarz odpuścił.

Jak pan chce. Nie ręczę…

Lisicki wyrwał mu podpisaną karteczkę i ruszył do wyjścia. W innych okolicznościach Rodzki by mu pogratulował, a tak tylko dołączył do agenta, starając się dotrzymać mu kroku. Lisicki szedł na pewniaka, jakby dob­rze znał rozkład pokoi w szpitalu.

Izolatki były w drugim segmencie, za pokojem pielęg­niarek, a tuż obok kanciapy sanitariuszy. Marika leżała w pierwszej. Lisicki pokazał dokument sanitariuszowi i nakazał mu otwarcie drzwi. Patrzyli przez chwilę na leżącą na łóżku kobietę.

Dlaczego jest przywiązana? zapytał Lisicki.

Hm, robiła sobie krzywdę rzucił pielęgniarz. Wie pan, drapała do krwi i tak dalej.

…i tak dalej? To gdzie rany?

Nie dopuściliśmy, by się poraniła. Na twarzy pielęgniarza wykwitł drwiący grymas.

Rodzki myślał, że Lisicki poczęstuje chłopaka z główki, ale tylko spojrzał na niego karcąco.

Uwolnij ją, a potem wyjdź.

Pielęgniarz wzruszył ramionami, po czym uwolnił najpierw nogi dziewczyny, a potem ręce, starając się pozostać poza ich zasięgiem. Na koniec odskoczył, uniemożliwiając ewentualny atak, i ruszył do wyjścia. Rodzki w ostatniej chwili, niby od niechcenia, pod­stawił mu nogę. Chłopak potknął się i ledwie zdążył osłonić głowę ramieniem, uderzając w ścianę przy drzwiach.

Co jest, kurwa…

Chciałeś coś powiedzieć, chłopcze? Rodzki błys­kawicznie stanął naprzeciwko z opuszczonymi rękami i czekał z najbardziej potulną miną, na jaką był w stanie się zdobyć. No proszę, błagam, uderz mnie. Nie jestem groźny. Tylko tak ci się wydaje. Z pewnością mnie pokonasz. Spróbuj mnie uderzyć, błagam.

Ale szczeniak nie był taki głupi. Oczy Rodzkiego nie kłamały. Mógł udawać całym ciałem, ale jedno spojrzenie wystarczyło, by wystraszyć najtwardszych motocyklistów z baru dla harleyowców, a co dopiero takiego gogusia.

Pielęgniarz wyszedł bez słowa, trzaskając drzwiami.

Marika usiadła na łóżku i potarła przeguby dłoni.

Co to za przedstawienie? Jesteście z cyrku?

Rodzki roześmiał się.

Jesteśmy glinami powiedział cicho. A właściwie ja jestem gliną, a ten obok nazywa siebie agentem. Jest z ABW.

ABW?

Lisicki skinął głową. Podstawił krzesełko i usiadł. Rodzki oparł się o ścianę, pogmerał w poszukiwaniu papierosów, namacał paczkę, lecz nie wyjął jej z kieszeni. „Wytrzymam do wyjścia” pomyślał.

I pewnie uważasz się za najlepszego z najlepszych?

Lisicki wzruszył ramionami.

W pewnych sprawach…

Krętactwach, oszustwach czy wrabianiu niewinnych? Wy to nazywacie…

…bezpieczeństwo narodowe uzupełnił Rodzki z wyraźnym rozbawieniem. Podobała mu się coraz bardziej ta dziwaczna dziewczyna o niebywale chudych ramionach i nogach, chłopięcych biodrach i kipiącej w całym ciele energii. Miał przeczucie, że mu się spodoba, i nie pomylił się.

Nadal sprzedajecie naszych obywateli Amerykanom? A może teraz też Ruskim?

Lisicki nie dał wyprowadzić się z równowagi. Zachował całkowicie niewzruszony wyraz twarzy.

Masz na myśli Agencję Wywiadu, to inna… instytucja.

Dobrze wiesz, o czym mówię. Mam na myśli ciebie i twoich kolesi.

Skończyłaś?

Mogłabym tak długo.

Proszę bardzo, mamy czas.

Marika nabrała mocno powietrza, rozciągając wszystkie mięśnie. Naprężała je dodatkowo po kolei, badając niczym okręt wojenny zdolność bojową poszczególnych sektorów. Ramiona były w kiepskim stanie, ale za to wolne. Nogi lepiej, nie powinny jej zawieść. Mogłaby teraz doskoczyć do tego siedzącego i założyć mu trój­kąta na szyję. Nie, na to by nie pozwolił. No dobrze, to mogłabym zamarkować duszenie i sprzedać mu krótkiego kick-offa w pierś. Nie, lepiej w szczękę. Tak, żeby już nie wstał. Ten drugi pewnie by nawet się ucieszył, nie wyglądali na przyjaciół. Choć może tylko grali przed nią dobrego i złego glinę.

Nawet nie próbuj, bo pożałujesz syknął Lisicki.

Miał rację, po tych kilku dniach w izolatce była zbyt osłabiona. Mogła tylko narobić sobie kłopotu. Co prawda nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. W tej sytuacji atak byłby jednak zwykłą głupotą. A Marika nie była głupia.

Dobra, mądralo. Mów, czego chcecie, bo chyba nie chodzi o tamtych dwóch typków?

Jednego o mało nie zabiłaś, ma skomplikowane uszkodzenie mózgu powiedział chłodno Rodzki.

Gówno mnie obchodzi. Zasłużył.

Co ci zrobili?

Marika spojrzała zaczepnie.

Oni wiedzą, wystarczy. Sprawa zamknięta.

Nie do końca. Możesz znów stanąć przed sądem.

Mam to w dupie.

To już cztery lata oznajmił Lisicki. Nie tęsknisz za wolnością?

Rodzki uznał, że jeśli ma się udać, powinien się włączyć, bo Lisicki nie obrał dobrej strategii. Komisarz wyjął paczkę gitanesów, włożył jednego do ust i przypalił zapałką. Zaciągnął się mocno, tak jak lubił. Pierwszy dymek zawsze jest najlepszy. Nawet w przypadku takiego świństwa jak gitanesy.

Skutecznie odwrócił uwagę Mariki od Lisickiego.

Zapalisz? zapytał.

Nie czekając na odpowiedź, podszedł do Mariki i podał jej paczkę z papierosami. Może był głupi, a może tylko odważny, ale nie zachował żadnych środków ostrożności. Mogła go teraz obezwładnić, zabrać broń i zastrzelić ich obu. Naprawdę uważasz, że nie jestem do tego zdolna? Naprawdę myślisz, że dam się kupić za jednego papierosa?

Palisz gitanesy? zapytała, biorąc fajkę.

Przypalił jej, zanim odpowiedział.

Nie. Ale wiem, że ty je lubisz.

Także zaciągnęła się mocno. Tak dawno nie paliła czegoś równie dobrego. A potem rzuciła papierosa na ziemię i przydeptała.

Najpierw powiedzcie, o co chodzi.

Jesteśmy twoją ostatnią szansą… zaczął Lisicki.

Rodzki uśmiechnął się i przerwał mu bezceremonialnie:

Potrzebujemy cię, Mariko. Bardzo cię potrzebujemy.

4

Mówił głównie Rodzki. Lisicki odzywał się tylko wówczas, jeśli uznał, że policjant zapomniał o jakimś bardziej istotnym szczególe. Marika słuchała, paląc jednego gitanesa za drugim. Po trzecim zebrało jej się na wymioty. Miała wielką ochotę zrobić im niespodziankę. Pusty żołądek jednak nie dał się sprowokować. Szkoda, twój gajerek nieźle by wyglądał tak naznaczony, poruczniku Lisicki.

Może coś zjesz? zaproponował Rodzki.

Marika pokręciła głową.

Zrzygałabym się.

Musisz używać… takiego języka? obruszył się Lisicki.

A ty co? Ze szkółki niedzielnej?

Nie traćmy czasu na głupoty zaproponował Rodzki.

Marika westchnęła.

Dobra, powiedzcie mi teraz, czy dobrze was zrozumiałam. Prowadzicie śledztwo w sprawie serii zabójstw młodych kobiet i chcecie, żebym wzięła w nim udział?

Tak potwierdzili obaj zgodnie. Chcemy cię włączyć do zespołu, a dokładniej, żebyś przeniknęła do środowiska ofiar i pomogła nam złapać mordercę.

Mam być wabikiem?

Bardziej researcherem dodał szybko Rodzki. Ma­my duże trudności z pozyskaniem informacji.

Dlaczego?

Rodzki stłumił ziewnięcie i spojrzał w ziemię. Marika zobaczyła przed sobą strasznie starego, zmęczonego człowieka. Czyżby chciał okłamać i dlatego unika jej wzroku?

Niewiele wiemy o show-biznesie, a już szczególnie o agencjach modelek, fotografach czy biznesmenach działających w tej branży. Oni nie lubią glin, traktują nas jak wrogów. To zamknięty świat, który pilnie strzeże swoich tajemnic. Namiętności, wielkie pieniądze, antypatie mają pozostać za zamkniętymi drzwiami pałaców z kłamstw. Morderstwo nie jest w żaden sposób powodem, żeby te drzwi dla nas otworzono.

Nawet seria morderstw?

Odbijamy się od ściany, Mariko. Nikt nie chce składać zeznań, każdy myśli, że to jakaś ściema, a my szukamy brudów w ich szafach, haków i schowanych pod poduszkami brylantów, które ukryli przed urzędem skarbowym.

Może mają dużo na sumieniu.

Pewnie tak i trudno się dziwić, że nie chcą rozmawiać o swoich preferencjach seksualnych, fanaberiach, kaprysach i zabawach dla dorosłych. Pewien artysta gej zapytany o to, czy sypia też z kobietami, złożył przez swojego prawnika skargę i zażądał przeprosin za molestowanie i naruszenie godności. Rodzki westchnął.

Nie miał powodu?

Komisarz skrzywił się.

Nie zrobiłem mu nic złego, chciałem tylko poznać prawdę. Od tego… incydentu mamy jednak same problemy. Wszyscy wzywani na przesłuchania migają się albo wysyłają do nas papugi. Takie drogie papugi w błyszczących lakierkach, garniturach szytych na zamówienie i z notesami popisanymi markowymi piórami, wystawiające rachunki od stu dolarów za godzinę. Znają się na swojej robocie, czyli utrudnianiu glinom życia. Wiesz, co się stało, gdy chcieliśmy przesłuchać pewnego znanego aktora, który spotkał się dzień przed morderstwem z jedną z ofiar?

No?

Przyszedł do nas w towarzystwie ochroniarzy z uprawnieniami, którzy chcieli sprawdzić, czy nie jesteśmy uzbrojeni.

ABW też jest taka cienka? zaśmiała się Marika.

Lisicki był niewzruszony. Siedział bez ruchu, czekając, Rodzki wykona swoje zadanie lub się podda. Ciekawe, jakich ty byś użył argumentów, pomyślała Marika. Jednak nie chciała tego sprawdzać. Rodzkiego zdążyła polubić. Drugi, śliski drań, był jej wrogiem. Czuła to.

Te dziewczyny zaczął Rodzki, ale nie dokończył, jakby czekał na pozwolenie Lisickiego na ujawnienie kolejnej partii informacji.

Powiedz poprosiła.

Lisicki skinął głową i Rodzki podjął:

Z tego, co udało nam się ustalić, miały wielu partnerów seksualnych, często ich zmieniały, prowadziły się… dość lekko.

Po co te ładne słówka? Były dziwkami dorzucił Lisicki, patrząc wyzywająco Marice w oczy.

Rodzki starał się być delikatny. Czy to przez jej wcześ­niejsze doświadczenia? Ile o nich wiedział? A może zwyczajnie urabiał Marikę, starał się zagrać przyjaciela, żeby potem boleśnie zdradzić?

Cóż, ja wolę ubierać prawdę w inne słowa…

Brały za to pieniądze warknął Lisicki. Jak już się powiedziało „a”, to trzeba było dojść do „c”. Były kurwami, prostytutkami, nazywajcie to sobie, jak chcecie, ale taka jest prawda.

Marika nie pozwoliła ponieść się emocjom.

Rozwiązłość to nie prostytucja zaoponowała spokojnie.

Porucznik może powiedział o kilka słów za dużo rzekł pojednawczo Rodzki. Nie mamy pewności, że ofiary pobierały pieniądze za usługi seksualne.

Mamy zaprzeczył Lisicki. Nadal grał tego złego. Jedna miała na koncie prawie trzysta tysięcy, a zarobki z sesji czy wybiegów deklarowała na poziomie poniżej dziesięciu procent tej kwoty. Inne były mądrzejsze i czasem brały jakieś lewe umowy albo rozkładały pieniądze na inne konta czy inwestycje. Ale to były pieniądze za seks. Jesteśmy tego pewni. Jak widzisz, nie jesteś­my tacy ciency.

Czyżby…

W każdym razie przyznał Rodzki to właśnie może być główny problem dla badania tej sprawy. Prostytucja to temat tabu, a już szczególnie jej luksusowa odmiana. Gdyby jedna z drugą miały po prostu kochanków, a nawet uczestniczyły w orgiach, sektach seksualnych, bawiły się jakimiś fetyszami, ludzie nie mieliby takich oporów, by o tym mówić. A płacenie za seks? Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nikt się nie chce do tego przyznać, wszyscy drżą przed fałszywymi posądzeniami i wyciekiem informacji do tabloidów. To byłaby dopiero gratka dla mediów.

Dlatego działamy ostrożnie i w najwyższej tajemnicy dorzucił Lisicki. Dlatego… nie ma nawet oficjalnego śledztwa, a ty będziesz działać pod przykryciem.

Jeszcze się nie zgodziłam.

Potrzebujemy cię, Mariko powtórzył swoją śpiewkę Rodzki.

Marika przez dłuższą chwilę analizowała informacje. Wiedziała już, że się zgodzi, oni też to wiedzieli. Reszta pozostaje kwestią negocjacji szczegółów. Tylko tyle albo tyle. Zastanawiała się, do jakiego stopnia skłonni do ustępstw, żeby pozyskać. I czy istotnie jest taka niezastąpiona, czy też po prostu była najbliżej.

A to wskazała na posiniaczone od więzów przeguby wam nie przeszkadza?

Nic a nic.

Sięgnęła po leżące na stoliku szpitalnym zdjęcia, które Rodzki rozłożył w trakcie rozmowy. Wszystkie przedstawiały młodziutkie i piękne kobiety. Fotografie były jak z żurnalu mody. W istocie mogłyby być. Fotki na drugim końcu stołu wyglądały już zupełnie inaczej. Te same kobiety w brudzie, krwi, z obitymi, wręcz zmasakrowanymi buziami i ciałami w rozkładzie.

I za to chcecie mi zaoferować uwolnienie od wszystkich poprzednich win i możliwość powrotu do społeczeństwa, a nawet do policji?

Do policji… nie do końca sprostował Rodzki. Nasza oferta obejmuje wolność i zatrudnienie cię w charakterze konsultanta. Tylko do czasu złapania mordercy. Potem możesz robić, co chcesz.

Czyli do policji nie mam powrotu?

Niestety.

To może ABW się skusi? rzuciła w kierunku Lisickiego.

Może.

Ale tego nie oferujecie?

Nie.

No dobra, mądrale, więc w końcu powiedzcie mi, o co tu naprawdę chodzi?

Spojrzeli po sobie.

Co jeszcze macie w worku z tajemnicami? No już, czekam.

Tak jak mówiłem Rodzki wyszedł przed Lisickiego potrzebujemy cię, Mariko. Nie znamy tego środowiska, wszelkie próby jego spenetrowania i zrozumienia zakończyły się porażką. Odbijamy się od ściany, bo nikt nam nie ufa, nie chce z nami szczerze rozmawiać. Mówiąc wprost: nic nie wiemy, poruszamy się po omacku, nie mamy nawet znikomego punktu zaczepienia i w żaden sposób nie możemy przebić się przez mur niechęci.

I mnie ma się to udać?

Bez agentki pod przykryciem sobie nie poradzimy, a ty jesteś do tego zadania idealna. Przenikniesz do środowiska show-biznesu i odegrasz podwójną rolę: wabika i researchera. Dzięki tobie złapiemy mordercę.

Lisicki uśmiechnął się pod nosem i dodał:

I rozpoznamy środowisko dziwek i alfonsów.

Marika nie skomentowała jego słów i głupkowatej miny.

Dlaczego ja? zapytała.

Spójrz na siebie i sama odpowiedz.

Wzięła lustro i zerknęła w swoje odbicie. Patrzył na nią wyniszczony wrak kobiety. Zapadnięta blada twarz, nierówno przycięte czarne włosy sterczące w nieładzie na wszystkie strony, wysokie czoło i głęboko osadzone, ogromne oczy. Czarne i błyszczące jak niezwykłe szlachetne kamienie. Tylko one wciąż były piękne. Tylko one świadczyły o tym, że się nie pomylili.

Kobieta z takimi oczami może wszystko.

Patrzę i widzę kogoś po takich przejściach, że żaden rozsądny agent nie weźmie tego na poważnie. Poszukajcie kogoś w szkołach policyjnych.

Nawet gdybyśmy znaleźli równie atrakcyjną kandydatkę, to nie miałaby twojego doświadczenia i umiejętności. Nie masz konkurencji i dobrze o tym wiemy.

Nie podlizuj się.

To prawda. Rodzki wyciągnął z kieszeni inną fotografię. Przedstawiała Marikę sprzed czterech lat. Niesamowicie zgrabna, trochę zadziorna, drapieżna i harda dziewczyna patrzyła kusząco z diablikami w oczach. Miała na sobie kimono, a obok stał najlepszy ekspert od sambo, jakiego znała. Niestety i on trafił na lepszego od siebie. Zginął rok później od kuli. „Nigdy nie wygrasz z kulą, pamiętaj” powtarzał, a sam padł jej ofiarą, bo myślał, że się uda. W tej branży jeden błąd jest zwykle ostatnim.

To ty, pamiętasz? podpowiedział komisarz. Tak wyglądałaś i tak znowu możesz wyglądać.

Pokręciła głową przecząco.

Nikt się na to nie nabierze.

Spróbuj, zobaczysz. Poza tym…

Tak?

Rodzki spojrzał na Lisickiego. Ten skinął głową, zezwalając na ujawnienie ich ostatniego argumentu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego się do ciebie zwróciliśmy.

Jaki?

Rodzki odetchnął głęboko, a potem przypalił kolejnego gitanesa. Lisicki zakaszlał z protestem.

Mamy pięć trupów modelek, ale sądzimy, że jest jeszcze jedna ofiara.

No i?

Ta dziewczyna Rodzki wyszukał zdjęcie trupa, a potem dopasował do niego twarz sympatycznej szatynki zginęła jako przedostatnia. Miała na imię Katia i pochodziła z Wilna. Piękna, prawda?

Do rzeczy.

Katia z Wilna zginęła miesiąc temu. Ciało znaleziono w stanie rozkładu po tygodniu. Śledztwo wykazało, że Katia mieszkała razem z modelką z Polski.

Kap, kap, kap. Słowo do słowa. Cedzenie prawdy…

…lub kłamstw.

Mów dalej powiedziała z westchnieniem.

Ta modelka… też zniknęła.

No i?

Sądzimy, że jest kolejną ofiarą. Tyle że nie znaleziono jeszcze ciała.

Wciąż nie wiem, co chcesz powiedzieć głos Ma­riki był coraz cichszy. Tak naprawdę wiedziała. I modliła się już, żeby tym razem nie miała racji. Bardzo chciała się pomylić.

Być może ta dziewczyna żyje i jest przetrzymywana przez zabójcę. Może być kluczem do rozwikłania tej sprawy. Kto wie, może udało jej się uciec, ale ze strachu się ukrywa? Jeśli tak… myślimy, że możesz dla nas znaleźć, a przez to… znaleźć zabójcę.

Dlaczego właśnie ja? zapytała resztką sił.

Bo znasz zaginioną dziewczynę.

Marika zamarła. Wiedziała, co chcą jej powiedzieć. Nie pomyliła się. Do diabła, dlaczego się nie pomyliła? Dlaczego świat zawsze musi mieć dla niej takie niespodzianki?

Coś w jej głowie pękło, zaszumiało, obiło się o ścianki umysłu, zawirowało szaleńczo i krzyknęło rozdzierająco.

Nie, błagam, nie mówcie tego. Tylko nie to.

Rodzki wstał i sprężył się. Lisicki udawał, że nic go to nie obchodzi.

Tak, Mariko, dobrze przeczuwasz. Ta zaginiona dziewczyna to Olga.

Marika wrzasnęła, a potem rzuciła się na niego, starając się trafić w oczy lub krtań. Była za słaba, by się udało. Jej ciało wpadło na komisarza bez impetu i zwiotczało w jego ramionach. Straciła przytomność, zanim zdążył przytulić mocno i delikatnie zarazem, niczym ojciec witający po latach zagubioną, wyrodną córkę.

To nic, dziecino. To dopiero początek. Musisz być twarda.

Czeka cię jeszcze wiele prób.

Ta była jedną z łatwiejszych.

4

Mówił głównie Rodzki. Lisicki odzywał się tylko wówczas, jeśli uznał, że policjant zapomniał o jakimś bardziej istotnym szczególe. Marika słuchała, paląc jednego gitanesa za drugim. Po trzecim zebrało jej się na wymioty. Miała wielką ochotę zrobić im niespodziankę. Pusty żołądek jednak nie dał się sprowokować. Szkoda, twój gajerek nieźle by wyglądał tak naznaczony, poruczniku Li­sicki.

– Może coś zjesz? – zaproponował Rodzki.

Marika pokręciła głową.

– Zrzygałabym się.

– Musisz używać… takiego języka? – obruszył się Lisicki.

– A ty co? Ze szkółki niedzielnej?

– Nie traćmy czasu na głupoty – zaproponował Rodzki.

Marika westchnęła.

– Dobra, powiedzcie mi teraz, czy dobrze was zrozumiałam. Prowadzicie śledztwo w sprawie serii zabójstw młodych kobiet i chcecie, żebym wzięła w nim udział?

– Tak – potwierdzili obaj zgodnie. – Chcemy cię włączyć do zespołu, a dokładniej, żebyś przeniknęła do środowiska ofiar i pomogła nam złapać mordercę.

– Mam być wabikiem?

– Bardziej researcherem – dodał szybko Rodzki. – Ma­my duże trudności z pozyskaniem informacji.

– Dlaczego?

Rodzki stłumił ziewnięcie i spojrzał w ziemię. Marika zobaczyła przed sobą strasznie starego, zmęczonego człowieka. Czyżby chciał ją okłamać i dlatego unika jej wzroku?

– Niewiele wiemy o show-biznesie, a już szczególnie o agencjach modelek, fotografach czy biznesmenach działających w tej branży. Oni nie lubią glin, traktują nas jak wrogów. To zamknięty świat, który pilnie strzeże swoich tajemnic. Namiętności, wielkie pieniądze, antypatie mają pozostać za zamkniętymi drzwiami pałaców z kłamstw. Morderstwo nie jest w żaden sposób powodem, żeby te drzwi dla nas otworzono.

– Nawet seria morderstw?

– Odbijamy się od ściany, Mariko. Nikt nie chce składać zeznań, każdy myśli, że to jakaś ściema, a my szukamy brudów w ich szafach, haków i schowanych pod poduszkami brylantów, które ukryli przed urzędem skarbowym.

– Może mają dużo na sumieniu.

– Pewnie tak i trudno się dziwić, że nie chcą rozmawiać o swoich preferencjach seksualnych, fanaberiach, kaprysach i zabawach dla dorosłych. Pewien artysta gej zapytany o to, czy sypia też z kobietami, złożył przez swojego prawnika skargę i zażądał przeprosin za molestowanie i naruszenie godności. – Rodzki westchnął.

– Nie miał powodu?

Komisarz skrzywił się.

– Nie zrobiłem mu nic złego, chciałem tylko poznać prawdę. Od tego… incydentu mamy jednak same problemy. Wszyscy wzywani na przesłuchania migają się albo wysyłają do nas papugi. Takie drogie papugi w błyszczących lakierkach, garniturach szytych na zamówienie i z notesami popisanymi markowymi piórami, wystawiające rachunki od stu dolarów za godzinę. Znają się na swojej robocie, czyli utrudnianiu glinom życia. Wiesz, co się stało, gdy chcieliśmy przesłuchać pewnego znanego aktora, który spotkał się dzień przed morderstwem z jedną z ofiar?

– No?

– Przyszedł do nas w towarzystwie ochroniarzy z uprawnieniami, którzy chcieli sprawdzić, czy nie jesteśmy uzbrojeni.

– ABW też jest taka cienka? – zaśmiała się Marika.

Lisicki był niewzruszony. Siedział bez ruchu, czekając, aż Rodzki wykona swoje zadanie lub się podda. Ciekawe, jakich ty byś użył argumentów, pomyślała Marika. Jednak nie chciała tego sprawdzać. Rodzkiego zdążyła polubić. Drugi, śliski drań, był jej wrogiem. Czuła to.

– Te dziewczyny – zaczął Rodzki, ale nie dokończył, jakby czekał na pozwolenie Lisickiego na ujawnienie kolejnej partii informacji.

– Powiedz – poprosiła.

Lisicki skinął głową i Rodzki podjął:

– Z tego, co udało nam się ustalić, miały wielu partnerów seksualnych, często ich zmieniały, prowadziły się… dość lekko.

– Po co te ładne słówka? Były dziwkami – dorzucił Lisicki, patrząc wyzywająco Marice w oczy.

Rodzki starał się być delikatny. Czy to przez jej wcześ­niejsze doświadczenia? Ile o nich wiedział? A może zwyczajnie urabiał Marikę, starał się zagrać przyjaciela, żeby potem boleśnie zdradzić?

– Cóż, ja wolę ubierać prawdę w inne słowa…

– Brały za to pieniądze – warknął Lisicki. Jak już się powiedziało „a”, to trzeba było dojść do „c”. – Były kurwami, prostytutkami, nazywajcie to sobie, jak chcecie, ale taka jest prawda.

Marika nie pozwoliła ponieść się emocjom.

– Rozwiązłość to nie prostytucja – zaoponowała spokojnie.

– Porucznik może powiedział o kilka słów za dużo – rzekł pojednawczo Rodzki. – Nie mamy pewności, że ofiary pobierały pieniądze za usługi seksualne.

– Mamy – zaprzeczył Lisicki. Nadal grał tego złego. – Jedna miała na koncie prawie trzysta tysięcy, a zarobki z sesji czy wybiegów deklarowała na poziomie poniżej dziesięciu procent tej kwoty. Inne były mądrzejsze i czasem brały jakieś lewe umowy albo rozkładały pieniądze na inne konta czy inwestycje. Ale to były pieniądze za seks. Jesteśmy tego pewni. Jak widzisz, nie jesteś­my tacy ciency.

Czyżby…

– W każdym razie – przyznał Rodzki – to właśnie może być główny problem dla badania tej sprawy. Prostytucja to temat tabu, a już szczególnie jej luksusowa odmiana. Gdyby jedna z drugą miały po prostu kochanków, a nawet uczestniczyły w orgiach, sektach seksualnych, bawiły się jakimiś fetyszami, ludzie nie mieliby takich oporów, by o tym mówić. A płacenie za seks? Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nikt się nie chce do tego przyznać, wszyscy drżą przed fałszywymi posądzeniami i wyciekiem informacji do tabloidów. To byłaby dopiero gratka dla mediów.

– Dlatego działamy ostrożnie i w najwyższej tajemnicy – dorzucił Lisicki. – Dlatego… nie ma nawet oficjalnego śledztwa, a ty będziesz działać pod przykryciem.

– Jeszcze się nie zgodziłam.

– Potrzebujemy cię, Mariko – powtórzył swoją śpiewkę Rodzki.

Marika przez dłuższą chwilę analizowała informacje. Wiedziała już, że się zgodzi, oni też to wiedzieli. Reszta pozostaje kwestią negocjacji szczegółów. Tylko tyle albo aż tyle. Zastanawiała się, do jakiego stopnia są skłonni do ustępstw, żeby ją pozyskać. I czy istotnie jest taka niezastąpiona, czy też po prostu była najbliżej.

– A to – wskazała na posiniaczone od więzów przeguby – wam nie przeszkadza?

– Nic a nic.

Sięgnęła po leżące na stoliku szpitalnym zdjęcia, które Rodzki rozłożył w trakcie rozmowy. Wszystkie przedstawiały młodziutkie i piękne kobiety. Fotografie były jak z żurnalu mody. W istocie mogłyby być. Fotki na drugim końcu stołu wyglądały już zupełnie inaczej. Te same kobiety w brudzie, krwi, z obitymi, wręcz zmasakrowanymi buziami i ciałami w rozkładzie.

– I za to chcecie mi zaoferować uwolnienie od wszystkich poprzednich win i możliwość powrotu do społeczeństwa, a nawet do policji?

– Do policji… nie do końca – sprostował Rodzki. – Nasza oferta obejmuje wolność i zatrudnienie cię w charakterze konsultanta. Tylko do czasu złapania mordercy. Potem możesz robić, co chcesz.

– Czyli do policji nie mam powrotu?

– Niestety.

– To może ABW się skusi? – rzuciła w kierunku Lisickiego.

– Może.

– Ale tego nie oferujecie?

– Nie.

– No dobra, mądrale, więc w końcu powiedzcie mi, o co tu naprawdę chodzi?

Spojrzeli po sobie.

– Co jeszcze macie w worku z tajemnicami? No już, czekam.

– Tak jak mówiłem – Rodzki wyszedł przed Lisickiego – potrzebujemy cię, Mariko. Nie znamy tego środowiska, wszelkie próby jego spenetrowania i zrozumienia zakończyły się porażką. Odbijamy się od ściany, bo nikt nam nie ufa, nie chce z nami szczerze rozmawiać. Mówiąc wprost: nic nie wiemy, poruszamy się po omacku, nie mamy nawet znikomego punktu zaczepienia i w żaden sposób nie możemy przebić się przez mur niechęci.

– I mnie ma się to udać?

– Bez agentki pod przykryciem sobie nie poradzimy, a ty jesteś do tego zadania idealna. Przenikniesz do środowiska show-biznesu i odegrasz podwójną rolę: wabika i researchera. Dzięki tobie złapiemy mordercę.

Lisicki uśmiechnął się pod nosem i dodał:

– I rozpoznamy środowisko dziwek i alfonsów.

Marika nie skomentowała jego słów i głupkowatej miny.

– Dlaczego ja? – zapytała.

– Spójrz na siebie i sama odpowiedz.

Wzięła lustro i zerknęła w swoje odbicie. Patrzył na nią wyniszczony wrak kobiety. Zapadnięta blada twarz, nierówno przycięte czarne włosy sterczące w nieładzie na wszystkie strony, wysokie czoło i głęboko osadzone, ogromne oczy. Czarne i błyszczące jak niezwykłe szlachetne kamienie. Tylko one wciąż były piękne. Tylko one świadczyły o tym, że się nie pomylili.

Kobieta z takimi oczami może wszystko.

– Patrzę i widzę kogoś po takich przejściach, że żaden rozsądny agent nie weźmie tego na poważnie. Poszukajcie kogoś w szkołach policyjnych.

– Nawet gdybyśmy znaleźli równie atrakcyjną kandydatkę, to nie miałaby twojego doświadczenia i umiejętności. Nie masz konkurencji i dobrze o tym wiemy.

– Nie podlizuj się.

– To prawda. – Rodzki wyciągnął z kieszeni inną fotografię. Przedstawiała Marikę sprzed czterech lat. Niesamowicie zgrabna, trochę zadziorna, drapieżna i harda dziewczyna patrzyła kusząco z diablikami w oczach. Miała na sobie kimono, a obok stał najlepszy ekspert od sambo, jakiego znała. Niestety i on trafił na lepszego od siebie. Zginął rok później od kuli. „Nigdy nie wygrasz z kulą, pamiętaj” – powtarzał, a sam padł jej ofiarą, bo myślał, że się uda. W tej branży jeden błąd jest zwykle ostatnim.

– To ty, pamiętasz? – podpowiedział komisarz. – Tak wyglądałaś i tak znowu możesz wyglądać.

Pokręciła głową przecząco.

– Nikt się na to nie nabierze.

– Spróbuj, zobaczysz. Poza tym…

– Tak?

Rodzki spojrzał na Lisickiego. Ten skinął głową, zezwalając na ujawnienie ich ostatniego argumentu.

– Jest jeszcze jeden powód, dla którego się do ciebie zwróciliśmy.

– Jaki?

Rodzki odetchnął głęboko, a potem przypalił kolejnego gitanesa. Lisicki zakaszlał z protestem.

– Mamy pięć trupów modelek, ale sądzimy, że jest jeszcze jedna ofiara.

– No i?

– Ta dziewczyna – Rodzki wyszukał zdjęcie trupa, a potem dopasował do niego twarz sympatycznej szatynki – zginęła jako przedostatnia. Miała na imię Katia i pochodziła z Wilna. Piękna, prawda?

– Do rzeczy.

– Katia z Wilna zginęła miesiąc temu. Ciało znaleziono w stanie rozkładu po tygodniu. Śledztwo wykazało, że Katia mieszkała razem z modelką z Polski.

Kap, kap, kap. Słowo do słowa. Cedzenie prawdy…

…lub kłamstw.

– Mów dalej – powiedziała z westchnieniem.

– Ta modelka… też zniknęła.

– No i?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

5

Pięć dziewczyn, pięć trupów. I Olga. Zaginiona, nieodnaleziona. Prawdopodobnie jednak martwa.

Marika mocno zacisnęła powieki.

To nie może być prawda.

Nie ona.

Nie po tym, co się wydarzyło.

Jeśli chcesz, możesz palić rzucił do tyłu Rodzki.

Jechali drogą krajową, która przypominała niemal autostradę. Prowadził Lisicki, Rodzki siedział obok. Ona z tyłu. Bez kajdanek, kaftana bezpieczeństwa, żadnych zabezpieczeń. Wolna. Po czterech latach oglądała świat zza nieokratowanej szyby pędzącego auta. Mogła rzucić się na nich i pozabijać.

Byli tacy nieostrożni.

Przymknęła oczy i ponownie wyobraziła sobie Olgę. Starszą o te cztery lata, piękną i dojrzałą. Kobietę, a nie dziewczynkę, którą znała. Ona i pięć trupów. Olga jako szósty nieodnaleziony. Chyba że się pomylili.

Ona nie mogła umrzeć.

Marika otworzyła teczkę z aktami i przeczytała uważnie całą dokumentację.

Pierwsza ofiara nazywała się Łucja Krychowiak. Znaleziona martwa w lesie w Wolińskim Parku Narodowym, w niewielkim, zapomnianym ośrodku wczasowym. Jej chłopak, niejaki Michał Zwara, niewiele potrafił wnieść do sprawy. Upił się i pokłócił z dziewczyną, zostawiając samą na plaży. Wrócił do domu, a rano wraz z przyjaciółmi zaczęli jej szukać. Ciało znaleziono dopiero późnym popołudniem. Dziewczyna miała zmasakrowaną twarz, jakby ktoś chciał zemścić się za urodę, jaką obdarzył los.

Marika przyjrzała się zdjęciu wspaniałej blondynki o szmaragdowych oczach. Była niezwykle, zjawiskowo piękna. Mogłaby daleko zajść na wybiegu i na okładkach wysokonakładowych pism kobiecych. Zapierająca dech, niezwykła, zjawiskowa. Pasująca zarówno do subtelnych reklam kosmetyków, jak i ostrych kampanii dla prawdziwych facetów.

A jednak musiała umrzeć.

Nie wykorzystała danej od losu szansy, bo ktoś namówił na szybszą drogę do wielkiej kasy.

Śledztwo ciągnęło się przez kolejne miesiące bez żadnych efektów, zostało wygrzebane przez kogoś z komendy stołecznej i włączone do sprawy zabójstwa, które miało miejsce ponad pół roku później, w kwietniu, w Warszawie. Ofiara Kaja Bartol została znaleziona w Lasku Bielańskim, także z całkowicie zmasakrowaną twarzą. Zgodnie z informacjami z wywiadu środowiskowego Kaja uczestniczyła w jakimś zlocie sekty biznesowej, co początkowo uznano za ważny ślad, jednak ustalono, że z całą pewnością opuściła imprezę cała i zdrowa w towarzystwie japońskiego dyplomaty. Spędziła z nim dwie godziny w jego służbowym domu, co dyplomata przyznał, nad ranem wyszła i ślad po niej zaginął.

do odnalezienia ciała…

Spotkanie sekty biznesowej… Marika przypomniała sobie sny, w których widziała Olgę na scenie jakiegoś sekciarskiego przedstawienia. Olga i człowiek byk uprawiający seks. Czyżby to był proroczy sen? Ale skoro policja twierdziła, że sekta nie miała związku z zabójstwem, to dlaczego miałby być proroczy?

Kaja i Łucja. Dlaczego połączono te sprawy?

Obie kobiety były modelkami, obie zostały dotkliwie pobite, obie brutalnie zgwałcone.

Dużo punktów wspólnych.

Kolejna dziewczyna zginęła na początku maja w swoim domu w Milanówku. Pracowała w agencji reklamowej, jednak próbowała sił także na wybiegu. Jej nazwisko i zdjęcia widniały w katalogu agencji PromoArt. Anna Starak nie wyróżniała się niczym szczególnym poza wzrostem. Myszowata, chuda, zwyczajna. Rude, ogniste włosy. Prawie metr dziewięćdziesiąt bez obcasów. Dziewczyna dla koszykarza.

Podobnie jak w dwóch poprzednich przypadkach i tym razem morderca używał jedynie pięści jako narzędzia zbrodni i zakatował dziewczynę na śmierć.

Marika z trudem przejrzała zdjęcia opuchniętej do granic możliwości twarzy.

Jakim trzeba być potworem, by zrobić coś takiego?

Przerzuciła kartkę, by spojrzeć w oczy przepięknej szatynce. Maria Maidana. Mulatka o oliwkowej cerze i wspaniałym, mocnym ciele. Córka Kubańczyka i Pol­ki. Kolejna dziewczyna o niezwykłej urodzie. bała się przewrócić kartkę i zobaczyć zdjęcia policyjne. Tym razem morderca jednak był odrobinę mniej okrutny. Twarz, w przeciwieństwie do poprzednich przypadków, można było nawet rozpoznać. Być może dlatego, że zabójcę spłoszyli grzybiarze, którzy przed szóstą rano znaleźli ofiarę w pobliżu Grodziska. Żyła jeszcze, gdy przewieziono do szpitala. Dwie godziny, żadnych zeznań. Pielęgniarki twierdziły, że majaczyła, wypowiadając niezrozumiałe słowa.

Żadnych śladów, poszlak i innych świadków.

Nikt nic nie widział, nikt nie słyszał.

Cicho sza. Zasłona milczenia.

Jak to mówił Rodzki: „Nic dziwnego. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach”. „A damy o prostytucji” dodała Marika. W tym sztucznym świecie pozornych przyjaciół, fałszywych uśmiechów, oszukańczego blichtru i wszechobecnej buty niepopartej żadnymi umiejętnościami to norma.

Łzy często zamieniają się w perły, a grymasy w uśmiechy.

Wystarczy odpowiednia suma na koncie.

Mile widziana płatność złotą kartą.

W świecie pozorów gotówki nie wkłada się za kuse majteczki.

Każdemu wolno udawać.

Czy przez to zachowują resztkę godności?

Kaja, Anna, Maria.

Wszystkie trzy były modelkami, więc nic dziwnego, że ich sprawy połączono z zabójstwem Łucji. Wszystkie dotkliwie pobito i zgwałcono. Wszystkie sprzedawały się za pieniądze.

Cholera, czy to takie pewne?

Czy wystarczy jeden anonimowy sygnał, że dziewczyny źle się prowadziły i na tym zarabiały, by uznać to za śledczą hipotezę? Pod nazwiskiem nikt tego nie potwierdził.

Ale to nie wszystko.

Marika otworzyła kolejny dokument, tym razem pełen cyferek, wykresów i zielono-czerwonych słupków. Analiza przepływów pieniężnych za pomocą jakiegoś komputerowego programu, którego nazwę widziała pierwszy raz w życiu, nie pozostawiała wątpliwości. Zabitym dziewczynom nie brakowało pieniędzy, kwoty na ich kontach lub większe wydatki pojawiały się zwykle po weekendzie, przepływy nijak się miały do dokumentów wystawianych oficjalnie przez agencje, a wartość rzeczy i środków znacznie przekraczała zadeklarowane podatkowo kwoty. Wniosek był jasny. Zarabiały na czarno. Dużo zarabiały. Więcej niż w fabrykach i na polach truskawkowych, lepiej niż na wybiegu i podczas przepoconych sesji fotograficznych, więcej nawet niż za występy w programach telewizyjnych.

Były paniami do towarzystwa.

Luksusowymi prostytutkami.

Escort girls.

Dziewczynami na telefon.

Super call girls.

Do diabła, jakkolwiek to nazwiemy, wiadomo, o co chodzi.

Ten zawód zawsze kwitowano znaczącym uśmiechem lub pąsowymi policzkami.

Od wieków. Od kiedy ludzkość wynalazła pieniądz, a pewnie i wcześniej też.

A Olga? Czy ona też uprawiała prostytucję?

W analizie nie było mowy o jej finansach czy przepływach na koncie. Więc może nie była jedną z nich. Może się mylili.

Dlaczego zatem zniknęła?

Czy jej twarz jest dziś równie zmasakrowana, tak koszmarnie zbrukana i splugawiona? Leży gdzieś głęboko pod ziemią albo w niedostępnych chaszczach? A może przywiązana do ciężkiego odważnika zniknęła w brzuchach podwodnych stworzeń.

Marika odłożyła analizę i spojrzała na niezbyt ostre zdjęcie zmaltretowanego oblicza kolejnej ofiary.

Co za potwór szepnęła. Twarz Katii Husin, Lit­winki z Wilna, przypominała skrzyżowanie plakatu z filmu Słoń z obrazem Muncha. Rozmazana, opuchnięta. Trudno było rozpoznać w niej piękną dziewczynę, którą była na kolejnym zdjęciu.

Podłączyły cię do prądu? zapytał Lisicki.

Rodzki odwrócił się i patrzył jej w oczy. Jego twarz wydała jej się wręcz miła mimo zniszczeń, jakie pozostawił na niej czas i pewnie masa mocnych przeżyć. Tak, on był po jej stronie. Można mu zaufać.

Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie przyszliście wcześniej?

Nie było śledztwa wyjaśnił Rodzki.

Jak to?

Mówiliśmy ci już, że sprawa jest dość drażliwa z powodu profesji, którą się zajmowały. Pewnie dlatego nie powiązano tych… wątków. Szefostwo uznało, że się ze sobą nie łączą.

Przecież… związek jest oczywisty.

Wzruszył ramionami.

Mimo to każda prowadzona była oddzielne przez innych śledczych, a ich wnioski o połączenie postępowań zbywano milczeniem.

Plotki o seryjnych zabójcach źle działają na sondaże polityczne dodał drwiąco Lisicki. A zwykle okazują się nieprawdziwe. Ileż to już mieliśmy takich podejrzeń, a wyjaśnienie okazywało się zadziwiająco proste.

Akurat.

Rodzki spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. Był za stary na robotę. Miał dość świecenia oczami za nie swoje winy.

To były niewygodne śledztwa, z gatunku tych, które przydziela się młodym policjantom i niedoświadczonym prokuratorom, a ofiar nikt specjalnie nie szuka. Podobno w sprawie jednej z tych dziewczyn dzwoniła prezydentowa czy córka premiera. Ktoś prosił o… szczególną delikatność, bo dotykaliśmy osób ze świecznika, wpływowych, czystych, poza podejrzeniem.

Lisicki ożywił się gwałtownie.

Nie było żadnych telefonów prezydentowej. To bzdura.

Morderstwa też nie było? Kilku morderstw? zapytała Marika.

Rodzki uniósł dłoń pojednawczo.

Musisz zrozumieć takie dmuchanie na zimne. Portale internetowe kipią od plotek w takich sprawach, szukają na siłę sensacji, prowokują błędy policji i potem się z nich nabijają. Ich nie obchodzi prawda, oni szukają tylko afer. Łatwo przy tym kogoś skrzywdzić, pomówić, niesłusznie oskarżyć. A potem nie przyznawać się do winy, powielać bzdury latami, nie prostując niczego, bo przecież tak można, nikt im nie zabrania. Bo można kogoś obrzucić błotem, które się zawsze chętnie przyklei i nawet gdy odpadnie, to część brudu zostanie. Tu mamy wszystkie składniki bardzo delikatnej potrawy: pieniądze, seks, i to seks płatny, władzę, piękno i… morderstwo.

Lepiej zatem schować do szafki z brudami?

Nie, zjeść po cichu. Należy po prostu ostrożnie postępować z informacjami. Tu doszło do takiego przypadku. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby w eter poszedł news o seryjnym grasującym w wyższych sferach show­-biznesu? Na dodatek zabijającym luksusowe prostytutki udające aktorki i modelki? Dobry temat na skandal roku, nieprawdaż?

Może nawet na kilka skandali…

Właśnie.

Marika przerzuciła wszystkie zdjęcia. Wróciła do najbardziej interesującej teczki. Olga Barańska, data urodzenia, imiona rodziców, trzy krótkie zdania o ich śmierci, dwa zdania o Marice i załączone ksero artykułów o niej i o tym, co zrobiła. Zgłoszenie o zaginięciu przyjęte w czerwcu. Zgłaszająca: Sylwia Mlecz, przyjaciółka, która potem zeznając, powiedziała, że była kochanką Olgi. Pomieszkiwały razem od kilku miesięcy. Pewnego dnia Olga nie wróciła na noc, potem nie odbierała telefonów i e-maili.

Zniknęła.

Mówiliście, że Olga mieszkała z jedną z zamordowanych, Katią Husin. Tu jest napisane inaczej.

Spojrzeli po sobie.

To skomplikowane powiedział w końcu Rodzki. Jeśli dobrze zrozumieliśmy, Olga normalnie mieszkała z Katią, ale dość często nocowała u Sylwii, by w końcu się do niej przenieść. W momencie śmierci Katii wiedzieliśmy jedynie od sąsiadów, że mieszkała z nią jakaś dziewczyna, ale od dawna jej tam nie widywano. Dopiero potem to skojarzyliśmy. Sylwia zgłosiła zaginięcie przyjaciółki, która okazała się współlokatorką Katii.

Nie potraktowaliście poważnie zniknięcia Olgi szepnęła Marika.

A ty byś potraktowała? odparł z nieskrywanym sarkazmem Lisicki. Lesba mówi, że druga lesba nie wraca na noc.

Na trzy noce poprawiła go Marika.

Pełnoletnia lesba. Takich się nie szuka. To nie jest temat dla glin.

Połączyliśmy to zaginięcie wtrącił Rodzki gdyż Olga pracowała w tej samej agencji, co trzy inne dziewczyny, i znała pozostałe ofiary. Jest niestety duże prawdopodobieństwo, że też nie żyje.

Przesłuchano Sylwię? Marika nie znalazła nawet zdania na ten temat.

Lesba jak lesba mruknął Lisicki.

Rodzki westchnął.

Nic nie wiedziała. Nie znała pozostałych ofiar. Dwa przesłuchania, żadnych informacji.

Chcę z nią pogadać.

Pewnie. Masz tam adres. Możesz się umówić choćby jutro.

Lisicki spojrzał na niego, jakby chciał zaprotestować.

Jak już zbadasz nasze… wyższe sfery powiedział tylko.

Te dziewczyny… to chyba jeszcze nie wyższe sfery.

Miały wpływowych znajomych. Lisicki zwolnił przed ciężarówką i rozpoczął manewr gwałtownego wyprzedzania, nie zważając na trąbienie z tyłu. I obracały się w bardzo wpływowych kręgach.

Dlatego tu jesteś? zgadła Marika.

Można tak powiedzieć. Roześmiał się.

Marika zamierzała już powiedzieć coś niemiłego, ale zrezygnowała. Nie polubimy się z panem Lisicikim, co nie znaczy, że należy go od razu prowokować. Lepiej przygotować grunt i dopiero potem zaatakować z całą siłą. Ciężka jazda utopi się w błocie, zanim dotrze do dobrze okopanego przeciwnika. Znacznie rozsądniej zaatakować z rozpędu na twardej nawierzchni.

Marika nie była rozsądna. Nie mogła więc się oprzeć, by nie zadać tego jednego, istotnego pytania:

A jakie ty masz zadanie? Znaleźć zabójcę czy uchronić go przed znalezieniem?

Lisicki obejrzał się i puścił do niej oko.

To zależy, partnerko.

Rodzki przymknął oczy i postanowił udawać, że utnie sobie drzemkę. Sprawa, która w ciągu dwóch miesięcy napsuła mu krwi, nabrała nieoczekiwanego przyspieszenia dzięki dwóm nowym kartom o nazwach „Lisicki” i „Marika”. Kto wie, co z tego wyniknie. Kto okaże się dżokerem, a kto blotką.

Cóż, lepsze to niż ciągłe udawanie, że nie mają do czynienia z wampirem. Pozyskanie Mariki dobrze rokowało. Dziewczyna miała głowę na karku i była… wyjątkowa. Takie atutowe karty często przesądzają o wygranej. Przeczucia rzadko go zwodziły. Będzie dobrze, musi być. Złapiemy drania.

Marika go złapie.

A potem?

Spojrzał na Lisickiego.

Potem przyjdzie czas na dokonanie wyboru.

Ciągle go męczyło jeszcze jedno pytanie, którego nie chciał zadać nawet w myślach.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

6

Wyśpij się, zaczynasz jutro powiedział Rodzki, wręczając jej kluczyki.

Mansarda na Miodowej była specyficznym ciągiem wąskich pokoi i korytarzy, przedzielonych skosami i schodami, z masą drewnianych wstawek, skrzypiącą, uginającą się podłogą, starymi zapadniętymi łóżkami i nierównymi ścianami, na których powieszono najbrzydsze obrazy, jakie kiedykolwiek widziała.

Poprzedni właściciel był artystą dodał, widząc, jak pociera jeden z obrazów palcem. Jakby chciała się upewnić, że rzeczywistością, a nie omamem umysłu.

Strzelił sobie w łeb o tam, w drugim pokoju dodał z sadystycznym uśmiechem Lisicki. Jego mózg eksplodował jak nagazowany, zabrudził cały pokój, pół dnia technicy musieli go zbierać ze ścian i tych przeklętych obrazów. Co niektórzy twierdzą, że zabił się, bo tu straszyło. Duchy. Wierzysz w duchy, Mariko?

Rodzki zacisnął mocno szczęki. Po co to mówisz, kutasie? Ona i tak ma dość.

Nieprawda powiedział. Zabił się z miłości. Był nieszczęśliwie zakochany.

Widać po obrazach. Marika obejrzała je dość dokładnie w czasie, gdy tamci otwierali lodówkę, uruchamiali telewizor i robili inne bzdury.

Tak? zaciekawił się Lisicki.

Pociągnięcia pełne pasji, barwy niezbyt dokładnie zmieszane i intensywne, nieco rwany rytm, ale taki być musi, jak się chce prawdziwie opowiedzieć o miłości. Wcale nie złe. Może nawet dobre. Bardzo dobre.

Rodzki nalał sobie szklankę wody i rozsiadł się w kuchni.

Porozmawiajmy o sprawie zaproponował.

Marika usiadła naprzeciwko.

A jest jeszcze o czym rozmawiać? Wszystko wiadomo.

Wszystko to znaczy nic. Nie mamy nawet cienia podejrzenia, kim może być zabójca.

Wiemy, że to facet uściśliła Marika.

Dlaczego?

Gwałty.

Rodzki zamyślił się.

No tak przyznał. Poza tym okrucieństwo, wręcz bestialstwo, z jakim działał napastnik, wyklucza kobietę.

Jednak się zawahałeś. Dlaczego?

Rodzki nie odpowiedział od razu. Marika zauważyła, że to go zdecydowanie odróżniało od Lisickiego, który był raczej impulsywny, bezrefleksyjny i skory do zachowań psychopatycznych. Rodzki w swojej ślamazarności wydał jej się mądrzejszy i znacznie ciekawszy niż młody pistolet z ABW. Dobrze weszli w swoje role. Rodzki był dobrym gliną, Lisicki złym. I tak też było w życiu. Chyba że się myliła.

W części przypadków nie znaleziono materiału biologicznego, żadnej spermy, śliny, śladów naskórka za paznokciami czy w ranach, nic.

W części?

Tak. Niektóre dziewczyny przed śmiercią uprawiały seks ze swoimi klientami wyjaśnił. Ten materiał musieliśmy oddzielić, choć oczywiście klienci mogą być podejrzani.

Jak ten Japończyk?

Na przykład.

Coś jeszcze?

Patolog stwierdził, że rany głowy nie zostały z pewnością zadane gołą pięścią, i obstawia coś w rodzaju twardej rękawicy bokserskiej. Wymyślił rękawicę, bo jest fanem boksu. Wziął mnie do gabinetu i pokazał rękawicę, którą kupił na jakimś pchlim targu, bardzo twardą i jedynie w niewielkim stopniu amortyzującą uderzenia. Zrobili też eksperyment i okazało się, że podobne rany powstają w wyniku uderzenia stosunkowo miękkim młotem gumowym. Takim, którym trenują na przykład bokserzy. Na pewno widziałaś to na policyjnej siłowni.

Tak. Skinęła głową, przypominając sobie, jak kilka lat temu próbowała ćwiczyć, uderzając młotem w dużą oponę. Nie lubiła tego, wolała zadania bez obciążenia czy dodatkowych narzędzi. Ciało najlepiej ćwiczy się, gdy to ono jest jedynym obciążeniem.

Ktoś relatywnie słaby mógłby do ich zadania użyć takiego młotka. Mogłaby to być również kobieta.

Ale kobieta nie zgwałciłaby kobiety.

Oczy Rodzkiego zabłysły niczym perły.

Kobieta mogłaby użyć wibratora lub sztucznego penisa albo jakiegoś zwyczajnego przedmiotu o zbliżonym kształcie z założoną nań prezerwatywą. Bierzemy to pod uwagę.

Na poważnie?

Raczej nie. Ale nauczyliśmy się w tej robocie, żeby nie wykluczać hipotez, których nie eliminują dowody.

A więc kobiety też podejrzane?

Lisicki, który przez dłuższy czas wpatrywał się w coś za oknem, ożywił się.

Przestań zwodzić, partnerze. Żadna kobieta nie zadałaby takich ran innej kobiecie. To facet.

Mówiłem tylko o hipotezach.

No tak, hipotetycznie to dziś nieraz trudno rozpoznać, kto jest kobietą, a kto nie.

Jasne zakończyła Marika. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie Olgę ze zmasakrowaną twarzą. Piękna i oszpecona, taka jak inne. Sądzicie, że to ma znaczenie?

Co takiego? zawołali obaj i dopiero wtedy Marika się zorientowała, że nie zadała właściwie pytania.

To że były piękne wyjaśniła. Były piękne, a ktoś je zmasakrował. Może zazdrościł im urody, może sam jest oszpecony?

Rodzki odetchnął głęboko.

To jedna z hipotez przyznał. Ale równie dobrze może to być zasłona dymna albo odwrotność tej sytuacji.

Jak to?

Morderca może być na przykład postrzegany jako bardzo atrakcyjny zewnętrznie, a zepsuty w środku. Tak samo może postrzegać te kobiety i na przykład chce wydobyć na zewnątrz ich wewnętrzną brzydotę. To opinia psychologa.

Aha.

Równie prawdopodobna jak każda inna.

Więc tak naprawdę nic nie wiecie? Nic nie macie?

Nic przyznał Rodzki i dodał szybko: Tylko ciebie.

Marika spojrzała w podłogę. Przed oczami zobaczyła mroczki, jakby za długo wpatrywała się w telewizor czy jakiś emiter światła.

To jaki jest plan?

Postaramy się o angaż dla ciebie w jednej z agencji. Słyszałaś o PromoArcie?

Wzruszyła ramionami.

Nie.

To nowa firma Iwo Kocjana. Wiesz, kto to?

Obiło mi się o uszy…

Dawniej stylista gwiazd, fotograf i straszny kobieciarz, który nagle zrozumiał, że jednak pociągają go głównie faceci. Podobno każdy mężczyzna jest potencjalnym gejem, ale wychowanie nie pozwala mu na przyznanie się do tego. Jednak jeśli w snach dobierasz się do facetów, to masz przechlapane. Spojrzał na Lisic­kiego. Dobierasz się… partnerze?

Porucznik nic nie odpowiedział.

Kocjan musiał mieć bardzo intensywne sny. Gustuje w prawdziwych facetach. Takich z dużymi… no wiesz… mięśniami, wielkim ego, wspaniałą, oliwkową cerą. Męscy, mocni, silni goście mają u niego duże szanse. Mam wrażenie, że lubi bywać ofiarą przemocy.

I ja mam go… uwieść?

Wobec kobiet jest raczej oschły, przy tym jednak uczciwy. Modelki go szanują, oceniają pozytywnie i mówią o nim w samych superlatywach. Mam wrażenie, że szczerze.

Dlaczego akurat on was… nas interesuje?

W PromoArcie były kiedyś zatrudnione trzy z tych zabitych dziewczyn. Łucja, Katia i Anna Starak, a także… zaginiona Olga.

Marika nie okazała żadnych emocji.

Kiedyś? zapytała chłodno.

Kocjan twierdzi, że rozwiązał z nimi umowę na długo przed tym, zanim zaginęły czy padły ofiarą zabójcy.

Podał powody?

Nie. Odmówił składania zeznań. Nie lubi policji, z którą jak dotąd miał tylko kłopoty, i w żaden sposób nie dał się przekonać do zmiany zdania. Również przez takich orłów jak ten tam. Nadkomisarz wskazał na Lisickiego, który zareagował błyskawicznie.

Pierdol się, Rodzki.

Tak czy inaczej Rodzki podjął wątek Kocjana po demonstracji siły podkuliliśmy ogony. Mimo to było za późno, niczego już nie uzyskaliśmy. Kocjan zatrudnił jednego z najlepszych prawników i porozumiewamy się od tego czasu za jego pośrednictwem. Ile razy już mówiłem, że naprawdę cię potrzebujemy?

Ale masz jakieś podejrzenia, dlaczego się pozbył tych dziewczyn? To nie jest normalna sytuacja? Często przecież pracują dla różnych agentów?

Owszem, mam podejrzenia. Kocjan prawdopodobnie dowiedział się o ich drugim zawodzie i nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Bardzo dba o publicity. Tak to się nazywa?

Mniej więcej.

Pod warunkiem oczywiście, że nie kłamie i nie zrobił takiej specjalnej ustawki. Wiesz, biznes czysty zostaje w PromoArcie, biznes brudny idzie gdzie indziej.

Co dalej stało się z dziewczynami?

Złożyły swoje portfolio w kilku agencjach. Bez praw na wyłączność. Najwięcej zleceń dostawały ze StarBook. Jednak pieniądze, które zarabiały w tej agencji, w żaden sposób nie odpowiadają ich rzeczywistym dochodom w tym czasie. Na zleceniach z prostytucji kosiły znacznie więcej.

Czyli zaczynam od Kocjana? upewniła się.

Spróbujesz go wybadać i pójść drogą tych dziewczyn. Jeśli się uda, będziemy mieli postęp.

To może potrwać.

Trudno. Niektórych morderców ścigano przez trzydzieści lat.

Wielu nie znaleziono nigdy odparła cicho. Nie mam całego życia na ściganie ducha…

Nawet jeśli zabił Olgę?

Nie odpowiedziała.

Rodzki westchnął.

Cóż. My też będziemy robić swoje.

Lisicki klasnął w dłonie.

To jak, my lecimy, prawda, Rodzki?! Będziemy w kontakcie, Mariko. Powodzenia.

Nie wiedziała, czy drwi, czy mówi poważnie. Skinęła więc tylko głową.

Rodzki podał jej biały kartonik z adresem.

Pojedź tam jutro, gdy wstaniesz. Julia poprowadzi cię dalej.

Julia?

Musimy jakoś wprowadzić cię do branży. Julia będzie do tego najlepsza.

Julia powtórzyła.

Julia Szamocka. Znasz?

Marika ukryła zmieszanie. Nie, nie znała jej. Dużo jednak słyszała i dlatego miała obawy. Szamocka dość często występowała na jedynkach gazet i raczej rzadko prezentowano w pozytywnym świetle. Mimo że w gruncie rzeczy robiła więcej dobrego niż złego. Kontrowersje lepiej się sprzedają. Pytanie tylko, czy to mediom na nich zależało, czy Szamockiej.

Marika postanowiła ukryć swoje wątpliwości.

Szamocka prowadzi fundację Mysz podjął Rodzki. Współpracujemy z nią w specjalnym programie publiczno-prywatnym, oddając tam pod opiekę młode dziewczyny, które zbłądziły. Narkomanki, złodziejki… prostytutki.

I ona im pomaga?

Rodzki skinął głową.

Stara się znaleźć dziewczynom dobrą pracę, wyprowadzić je na prostą. Ma dużo ofert z branży kosmetycznej i reklamowej, od fryzjerów, marketingowców i różnych innych typów. To praca, w której pachnie wielkim światem, dzięki czemu pociąga dziewczyny, ożywia je, motywuje. Sprawia, że bardziej im się chce wrócić do społeczeństwa niż w warsztatach tkackich.

Taka hipoterapia zadrwił Lisicki. Tylko same klacze bez ogierów.

Rodzki zignorował uwagę.

Mamy świetne wyniki. Dziewięćdziesiąt pięć procent dziewczyn od Julii nie wraca na drogę przestępstwa. Oczywiście nie wszystkim udaje się zabłysnąć, większość dostaje po prostu dobrą pracę gdzieś w usługach dla wyższych sfer.

Chcecie, żebym została fryzjerką?

Julia ściśle współpracuje też z agencjami modelek. Najładniejsze dziewczyny dostają swoją wielką szansę, a agencje starają się je promować u znanych projektantów. Wszyscy chcemy pomóc tym dziewczynom.

Marika zamyśliła się. To było co najmniej dyskusyjne w kontekście tego, co robiły ofiary. Czyżby…

Czy te zamordowane dziewczyny przechodziły przez fundację Julii?

Nie zaprzeczył nieco zbyt szybko Rodzki. To nie tak. Żadna z nich nie przeszła tej drogi. Chodzi nam tylko o uwiarygodnienie twojej osoby.

Kłamiesz powiedziała spokojnie Marika. Przynajmniej w jednym przypadku Rodzki skłamał.

Wiedział, o czym mówi Marika, ale nie dał się zbić z tropu.

Nie zaprzeczył. Nie kłamię. Olga rzeczywiście była uczestniczką programu, lecz ty pytałaś o zamordowane dziewczyny. Ciała Olgi nie znaleziono. Uznajemy za zaginioną. Mariko, ja nie próbuję z tobą w żaden sposób pogrywać.

A on? Wskazała na Lisickiego, który prychnął niegrzecznie i spojrzał na zegarek, dając Rodzkiemu znać, że na nich czas.

Musisz nam uwierzyć, Julia Szamocka nie brała udziału w tym procederze powiedział z naciskiem Rodzki. Nie prowadziła żadnego przesiewu, nie stręczyła dziewczyn, nie namawiała do prostytucji. Dobrze to sprawdziliśmy, zanim poprosiliśmy o wprowadzenie cię do PromoArtu.

Marika zrezygnowała z dalszych słownych gierek.

Dobra, niech będzie. Ile wie o mnie Szamocka?

Nic wtrącił nieoczekiwanie Lisicki, jakby chciał dać znać Rodzkiemu, żeby trzymał się tej linii.

Komisarz machnął na niego ręką i oznajmił:

Powiedzieliśmy jej w zasadzie… prawdę. To znaczy jej część. Jesteś dziewczyną po przejściach, którą niesłusznie zamknięto na cztery lata w psychiatryku i której staramy się pomóc. Nie powiedzieliśmy jej tylko, że kiedyś byłaś policjantką.

Obiecującą policjantką dodał Lisicki która wolała zejść na złą drogę.

Jak zareagowała? spytała Marika.

Obejrzała twoje zdjęcia i… znów to porozumiewawcze spojrzenie z Lisickim …początkowo była wręcz zachwycona. Powiedziała, że może zrobić z ciebie gwiazdę.

Marika uśmiechnęła się. Ja i gwiazda. Niedoczekanie.

I co wy na to?

Rodzki ledwie dostrzegalnie oblizał wargi.

Jak się domyślasz, niespecjalnie nam to pasowało. Nie chcemy, żebyś tak rzucała się w oczy. Musisz być oczywiście na tyle atrakcyjna, by znaleźć się jak najbliżej Kocjana, a potem zainteresować ludzi od dziewczyn za pieniądze, jednak zbytnie wybijanie się z tłumu może nam i tobie zaszkodzić, sprowokować zainteresowanie mediów, grozi zwyczajnie zdemaskowaniem. Powiedzieliśmy więc Szamockiej o twoich problemach… hm, emocjonalnych, wciąż nieposkromionej agresji i doszliśmy wspólnie do wniosku, że lepiej nie wyzywać losu i nie próbować cię zbytnio promować. To ma być terapia, nie kariera. Nie chcemy żadnej telewizji, okładek i słynnych fotografów.

Rodzki zamilkł na sekundę, spojrzał w okno, chrząknął i zakończył, podkreślając:

Lepiej, żebyś szła po cichu i trochę w cieniu. Julia początkowo oponowała. W końcu uznała, że w twoim wieku i tak by nic z tego nie wyszło. Jesteś za stara.

Jasne.

I za krnąbrna. O tym Julia nie wie. Pewnie dowie się wkrótce.

Pewnie.

Tak czy inaczej, Szamocka nie ma pojęcia o twojej misji. Wie, że jesteś bardzo niegrzeczna, bardzo niesubordynowana, bardzo niebezpieczna i zła. Nie zawiedź nas. Dobra, spadamy.

Rodzki nie czekał na jej reakcję. Poprawił marynarkę i wyszedł z mieszkania. Lisicki uśmiechnął się pod nosem. Mierzył wzrokiem Marikę. Tak, niewątpliwie kiedyś nadejdzie moment, że zostaniemy sam na sam. Ale nie dzisiaj.

Baw się dobrze, mała.

Spierdalaj.

Lubię takie niegrzeczne kocice.

Marika uśmiechnęła się tylko drwiąco. Jeszcze nie czas. Jeszcze nie.

Została sama.

Jedynie ona, odzyskana nieoczekiwanie wolność, mansarda w okolicach Starego Miasta i cała masa niepewności.

Sprawdziła, czy drzwi dobrze zamknięte, i założyła łańcuch na klamkę. Stare dobre zabezpieczenie. Potem uważnie obejrzała mieszkanie. Nie znalazła żadnych kamer czy podsłuchów. Albo były bardzo dobrze ukryte, albo rzeczywiście jej odpuścili. Czy to możliwe? Nie. Rodzki, draniu, gdzie schowałeś pluskwy? A może to Lisicki za nie odpowiadał. Może teraz produkują takie, które ukrywa się bezpośrednio w ścianach, nie dając żadnych szans ich odkrycia.

Potem położyła się na łóżku i leżała tak do zmierzchu, wpatrując się w sufit.

Była wolna. Sama w pachnącym normalnie mieszkaniu. Dotykała rzeczy, które nie miały faktury szpitalnych ścian, barierek, łóżek i posadzek. Normalnie. I pachniały normalnie. To było takie niesamowite. Cztery lata katorgi i nagły ratunek. Nawet jeśli okaże się pułapką. Była szczęśliwa. Dawno nie była tak szczęśliwa.

Lecz szybko posmutniała.

Olga. Gdzie jesteś, dziewczynko? Dlaczego znów mnie potrzebujesz? Czy nie mogłaś znaleźć normalnej pracy, zwyczajnego chłopca do kochania, urodzić dzieci, żyć tak po prostu? Musiało cię ciągnąć do świata pustych słów i sztucznego blasku? Dlaczego, do cholery, to zrobiłaś? I co się z tobą stało?

Znajdę ją.

Rodzki miał rację, wybierając do tego zadania. Zrobi wszystko, by znaleźć Olgę i tego cholernego mordercę. Jeśli Olga nie żyje, tym bardziej. Znajdzie go i wymierzy sprawiedliwość. Bez względu na to, co będzie jej grozić. Nie oglądając się na Rodzkiego i Lisickiego.

Tego ostatniego zostawi na deser.

Mamy do pogadania, draniu.

Wzięła prysznic, a potem wyszła na miasto.

Było koło dwudziestej pierwszej. Za późno, by jechać do byłej współlokatorki Olgi. Jutro, jutro do niej zajrzy. Spacerowała godzinę, a potem poszła do baru. Gdy wróciła do domu, wybiła północ.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

7

Julia Szamocka czekała na nią w siedzibie fundacji Mysz. Na drzwiach i przy domofonie widniał napis:

Fundacja Mysz. Julia Szamocka. Jeśli potrzebujesz pomocy, dzwoń. Jeśli jesteś akwizytorem, dziennikarzem, maklerem albo bankierem, zapraszamy, gdy zbankrutujesz. No chyba że chcesz nam oddać jeden procent :)

Fundacja Mysz. Szamocka nie zdradziła mediom, dlaczego tak dziwacznie nazwała fundację. Podejrzewano, że to przez jej upodobanie do alkoholu. „Szamocka nieustająco widzi białe myszki” żartował jeden z prześmiewców w felietonach drukowanych w znanym tygodniku.

Była bardzo wysoka i mimo prawie pięćdziesięciu lat wciąż piękna.

Jesteś starsza, niż myślałam. Ile masz lat?

Dwadzieścia pięć odparła Marika, dopowiadając w duchu: przecież dobrze wiesz. Sprawdzasz mnie, badasz? A może po prostu musisz odbębnić pozorowaną rozmowę, w której będziesz udawać moją przyjaciółkę?

Patrzyły na siebie badawczo. Julia miała czekoladowe oczy i opaloną twarz, w której wszystko wydawało się dość naturalne. Nos, policzki, brwi, usta wszystko stworzone przez naturę, a nie technologów i specjalistów od operacji plastycznych i wizerunku najbardziej w danej chwili odpowiadającego masowym potrzebom. Była szczera i emitowała emocje jak projektor, dzięki czemu Marika od razu się zorientowała, że Julia nie jest przekonana do pomysłu Rodzkiego.

Nie nadaję się? zapytała.

Ciepły uśmiech Julii nie był odpowiedzią.

Tego nie powiedziałam. Nadajesz.

Ale myślisz, że sobie nie poradzę?

Nie wyglądasz najlepiej, jesteś przemęczona i zaniedbana. Naprawimy to bez trudu. Mam wątpliwości… hm, innej natury.

Jestem za stara?

Niektórzy mówią, że dwadzieścia pięć lat w tym zawodzie to czas na emeryturę.

Niektórzy…

Ja się z nimi nie zgadzam mruknęła Julia. Branża coraz częściej sięga po dojrzałe kobiety tak w modelingu, jak reklamie. Słyszałaś, kto ma reklamować bieliznę Calvina Kleina? To już nie jest czas nastolatek, przynajmniej nie wszędzie. Niemniej jednak…

Powiedz wreszcie. Marika próbowała przyciągnąć uciekający wzrok Julii.

Chodzi o twój typ urody… hm, bardzo specyficzny, odważny i taki młodzieńczo buntowniczy. Jest wspaniały i mogłabyś zrobić wielką karierę, gdybyś była trochę młodsza.

Nie chcę robić kariery.

No właśnie w tym problem. Przekazano mi, że mam z ciebie zrobić zwyczajną, atrakcyjną laskę, przeciętną, jak tylko się da, żeby twój… temperament nie eksplodował. No i jak teraz patrzę, to chyba… się nie da.

Dlaczego?

Nie zrobię z ciebie grzecznej dziewczynki, nie ułożę. Masz diabła pod skórą, dziewczyno. Wyłazi bez względu na to, jakie przebranie przybierzesz. Rzeczywiście nie potrafisz nad tym panować?

Nad czym?

Nad… emocjami. Julia chyba chciała powiedzieć coś innego. Jesteś taką emocjonalną bombą, jak mówił Rodzki?

Marika przygryzła wargę z prawej strony i cmoknęła przez zęby.

Nie miałaś tu takich jak ja?

Julia uśmiechnęła się.

Miałam różne, ale takiej jak ty nigdy. Podzieliłabym je na dwie grupy. Jedne były wyciszone, niby delikatne, starające się trzymać na uboczu. Drugie wyzywające i głośne. Wszystkie w gruncie rzeczy takie same. Mocno dostały po dupie i nie wierzyły nikomu. Strach lub nadmierna, efekciarska egzaltacja były ich grą, sposobem odreagowania tego, co je spotkało. I jedne, i drugie w głowach tworzyły swoje światy, do których nikt nie miał dostępu.

Jestem inna?

One w gruncie rzeczy chciały do tego swojego świata kogoś zaprosić. Prosiły o pomoc, krzyczały wręcz o nią. Chciały być zrozumiane, chciały się zaprzyjaźnić, zakochać, być inne. A ty…

Powiedz.

Ty nikogo nie zapraszasz, stawiasz znak ostrzegawczy, a zanim ktoś zdąży przeczytać, co na nim napisano, już dostaje w dziób.

No nie…

Nawet teraz szykujesz się do ataku, mierzysz z broni i czekasz na najlepszą okazję do strzału.

Nie zastrzelę cię. Marika zaczęła lubić Julię. Jej analiza była trafna.

Tylko dlatego, że mnie potrzebujesz. Potem…

Potem też cię nie zastrzelę. Zawsze pamiętam, jeśli ktoś zrobił coś dla mnie.

Dobre i złe rzeczy powiedziała z uśmiechem Julia. Pamiętasz wszystko, prawda?

Właśnie. Marika również posłała jej uśmiech.

Julia klasnęła w dłonie.

Cóż, spróbujmy zatem coś popchnąć do przodu. Zacznijmy… może od fryzury.

Fryzjer mieścił się trzy przecznice dalej, poszły więc na piechotę. Za Julią oglądał się każdy mężczyzna i co druga kobieta. Marika skuliła się, zgarbiła i rzucała ostrzegawcze spojrzenia. Lepiej nie podchodź i się nie patrz, dobry człowieku, bo mogę od niechcenia wyłupić ci gały.

Jeśli chcesz pracować dla Kocjana, to chyba nie jest dobra strategia.

A jaka jest właściwa?

Cycki do przodu, tyłek do tyłu. Kroki pewne i sprężyste, głowa do góry, czoło odkryte. Musisz nabrać pewności siebie. Pokazać władzę. Bo to ty masz. Cała jesteś władzą, siłą, mądrością. Wszystkie najważniejsze cechy kobiety. Symbole władzy i piękna…

Gdy będzie trzeba, nabiorę.

Fryzjer uśmiechnął się na ich widok i zaczął rozpływać się w zachwytach nad Julią, jej figurą, postawą, fryzurą, ubiorem, czółenkami i oczkiem w rajstopach.

To celowe? Och, jakież wspaniałe oczko.

Marika nie miała nic do gejów, ale trochę przesadzał z autopromocją.

Hola, gościu, tu same kobiety.

Łypnął na nią okiem z uśmiechem szerszym niż wiecznie zamknięty tunel na Wisłostradzie.

Cóż my tu mamy, ślicznotko. Wspaniała, doskonała, piękna. Tylko te włosy. No ale już my coś poradzimy. Siadaj, złotko.

Marika usiadła i rzuciła w lustro długo trenowane w szpitalu spojrzenie, które miało oznaczać: „Lepiej tego nie spieprz, stary, bo ukręcę ci jaja i zjem na surowo”.

Ech, chyba mnie nie lubisz, złotko.

Lubię swoje włosy.

Ja też je polubię.

Takie jakie są, bez zmian.

Ale przecież chcesz, żeby były piękne.

Julia skinęła mu głową, a Marika zamknęła oczy. Lepiej, żeby tego nie widziała. I lepiej, żeby trzymali ostre narzędzia z dala od niej.

Skończył po prawie dwóch godzinach. Zdążyła wymyślić opowiadanie fantastyczne, na którego końcu pojawił się gość o rysach i posturze Lisickiego. Główny bohater mordował go finalnie w szczególnie spektakularny sposób, obcinając mu wszystkie członki i na końcu głowę. Rodzki przeżył. Dla Julii nie wyznaczyła jeszcze roli.

Nie było tam też miejsca dla Olgi.

Do diabła, gdzie jesteś, dziewczynko?

Już zawołał fryzjer. Możesz spojrzeć. Spójrz, czyż nie pięknie wyszło?

O dziwo spodobało jej się. Wygładzone, ułożone włosy sprawiły, że jej twarz straciła sporo ostrości i wyzywających rysów, ale jednocześnie zachowała oryginalny charakter.

Dwa w jednym. Teraz jesteś muzą każdego pięknego Greka, a wystarczy, że użyjesz lakieru, o tak, i wraca twój stary styl, z którym podbijesz serca wszystkich klubów dla gejów w południowym Londynie. Rozpylił trochę lakieru, potargał jej włosy i znów była sobą. I co? Jak brzmi wyrok?

Jesteś geniuszem. Marika uśmiechnęła się szczerze i spojrzała ciepło na Julię. Dziękuję.

Myślałaś, że naprawdę będę próbowała zrobić z ciebie grzeczną licealistkę? Chodź, wypożyczymy coś na wieczór. Mamy pokaz.

Pokaz?

Nie mówiłam ci? Impreza u Paprockiego i Brzozowskiego. Należą do najlepszych. Bardzo dobrzy, by cię pokazać na początek. Na pokazie będą wszyscy ważni. Cała śmietanka.

Nie za wcześnie?

Boisz się?

Marika nie odpowiedziała. Patrzyła przez szybę na rosnący ruch na ulicach. Dochodziła trzecia po południu. Dla części urzędników powoli kończył się dzień pracy. Normalni ludzie wracali do domów, rodzinnego ciepła, dzieci i pachnących przyprawami kuchni. Normalni ludzie nie gwałcili małych dziewczynek, nie przychodzili do nich w nocy po pijaku i nie tłumaczyli złożoności świata dorosłych, chuchając płonącym od wódy oddechem. Normalnym ludziom nie odrąbywano głów siekierami. Nie znała zbyt wielu normalnych ludzi.

Dobrze, ale mam coś jeszcze do załatwienia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

8

Tłum urzędników wysypał się z biura Ministerstwa Finansów punkt szesnasta. Rzeka ludzi ruszyła do zaparkowanych na dziedzińcu samochodów, na przystanki autobusowe i do metra. Marika wyłowiła Sylwię bez trudu. Wyraźnie odstawała od pozostałych dziewczyn w garsonkach, białych koszulach i spódnicach przykrywających kolana.

Czarne włosy, twarz o dość ostrych, wyzywających rysach, surowa uroda bez makijażu, pudru, długich rzęs i odpicowanych brwi.

Mała, chuda i drobna wydawała się… niemal miniaturową kopią Mariki.

Kopia Mariki, tylko niższa o głowę.

Czego innego mogła się spodziewać po Oldze? Wyraźnie odróżniały je jednak kolczyki w brwiach Sylwii, sposób chodzenia i ubiór. Dziewczyna miała na sobie obcisłe czarne dżinsy, skórzaną dopasowaną kurtkę i przerzuconą na skos przez ramię szmacianą torbę licealistki. Szła ze wzrokiem wbitym w ziemię i pochyloną głową, jakby starając się nie rzucać nikomu w oczy. Skulona, niewidzialna.

Marika wyzywała cały świat, Sylwia błagała, by dał jej spokój.

Ale to były tylko pozory. Gra. Oszustwo.

Gdy tylko Marika stanęła przed nią, Sylwia naprężyła mięśnie i przygotowała się do ataku. Marika spostrzegła, jak tamta zaciska dłoń na czymś, co trzymała w kieszeni. Gaz albo inna broń.

Nie zrobię ci krzywdy powiedziała.

Tak? A może ja ci zrobię? syknęła Sylwia. Czego chcesz?

Szukam Olgi.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się zaciekawienie i szybko znikło. Marika dostrzegła w jej oczach coś jeszcze. Jakby nadzieję. Chyba musiała lubić.

Jestem jej przyjaciółką z dawnych lat dodała szybko Marika. Wiem, że zaginęła i… wiem coś jeszcze. Chcę odnaleźć.

Sylwia wyczuła, że Marika jest po dobrej stronie. Puś­ciła to coś w kieszeni i wyjęła rękę.

Jestem Sylwia.

Marika.

Nie masz nic przeciwko komunikacji miejskiej?

Nie.

Pół godziny później wchodziły przez podwórko koło teatru do niewielkiej kamieniczki. Przy wejściu obok jakieś dzieciaki w białych koszulach i wygniecionych marynarkach paliły papierosy.

Obok jest wyższa uczelnia wyjaśniła Sylwia.

Tutaj? zdziwiła się Marika.

Sylwia wydęła wargi.

To dobry biznes. Dziś wyższą uczelnię można założyć nawet w piwnicy. Zatrudniasz paru ledwie czających bazę belfrów, wynajmujesz kawałek kamienicy i już masz superszkołę dla głąbów, którzy uważają, że papierek wszystko załatwi. Ta tu ma już dużo sukcesów. Rektor na przykład został oskarżony o molestowanie studentek, ale się nie przejmuje, bo ma znajomości w rządzie i wśród polityków. Jeżdżą razem na wakacje.

Nie było windy. Weszły na drugie piętro i Sylwia wyłowiła z pęku kluczy ten właściwy. Szczęk zamka poniósł się echem po klatce.

W mieszkaniu było bardzo dużo kwiatów i unosił się wspaniały zapach.

Olga lubiła kwiaty wyjaśniła Sylwia. Napijesz się kawy?

Marika skinęła głową. Mieszkanie było maleńkie, miało zaledwie dwa niewielkie pokoje. Umieszczone w każdej wolnej przestrzeni donice z kaktusami, paprociami i storczykami dodatkowo przytłaczały je i czyniły optycznie mniejszym. Po ścianie wiło się jakieś zielone pnącze, wpadając za starą kanapę oraz stojące obok biurko z komputerem. Na biurku były dwa monitory, jeden większy, drugi mniejszy. Oba podłączono do komputera z otwartą obudową. Marika pierwszy raz widziała „bebechy” komputera. Myślała, że wyglądają inaczej.

Lubisz komputery? zapytała.

Pracuję w tej działce Sylwia odkrzyknęła z kuchni. Jestem administratorem i serwisantem.

W ministerstwie? Musisz być dobra!

Żartujesz? W ministerstwie same spady i leszcze. Dziewczyna uśmiechnęła się, wchodząc z kawą.

Ale ty jesteś dobra, prawda?

Sylwia kiwnęła głową.

Trochę się na tym znam powiedziała tajemniczo, uruchamiając komputer. Próbowałam odszukać Olgę dzięki kontaktom w sieci, ale nic to nie dało. Jej zdjęcie trafiło na miliony kompów w całym kraju, szukamy jej przez społecznościówki i wszystkie możliwe miejsca oraz organizacje. Na próżno.

Niczego nie znaleźliście? zapytała Marika, zyskując na czasie.

Nic. Pustka. Oczywiście było sporo fałszywek, ale szkoda opowiadać. Sprawdziłam wszystkie.

Marika wciąż zastanawiała się, jak to rozegrać. Jaka strategia będzie najlepsza, żeby czegoś nie spieprzyć. Ze względu na łączący je związek, sprawa była delikatna. Mimo że rozmawiały sympatycznie, wyczuwała postawioną przez Sylwię niewidzialną barierę.

Podeszła do półki z książkami i przeczytała w myślach parę tytułów. Podręczniki do matematyki i książki historyczne. Żadnej powieści.

Nie lubisz beletrystyki?

Beletrystyka jest nudna.

Marika pokiwała głową ze zrozumieniem. No dobra, trzeba zaczynać.

Gliny uważają, że Olga nie żyje.

Wiem, nie jestem głupia.

Myślą, że mogła paść ofiarą seryjnego zabójcy.

Sylwia pokręciła przecząco głową.

Nie, wątpię.

Zginęło kilka innych dziewczyn dodała Marika.

Sylwia otworzyła i zamknęła usta. Chciała coś powiedzieć, lecz zrezygnowała.

Masz jakieś podejrzenia? zapytała Marika.

Nie skłamała Sylwia. Marika była pewna, że kłamie.

Możesz mi zaufać poprosiła.

Nic nie wiem.

Ktoś kręcił się koło niej, poznała kogoś? Może czegoś się bała?

Nie.

A jej rzeczy? Mogę je zobaczyć?

Sylwia wyraźnie się spięła.

Mamy… nasze rzeczy wspólne. Pomieszane.

A książki? Lubiła beletrystykę. Gdzie jej książki?

Spakowane.

Gdzie?

Nie pamiętam.

Olga pisała; masz jej notes czy też spakowałaś?

Sylwia wstała i popatrzyła na nią chłodno.

Myślę, że powiedziałam ci już wszystko. Nic nie wiem. Zostaw mnie.

Marika zapisała jej numer telefonu, który dostała od Rodzkiego.

Zadzwoń do mnie, jeśli będziesz chciała pogadać.

Dobrze. Sylwia wzięła kartkę.

Marika spojrzała błagalnie. Zaufaj mi, dziewczyno, jestem po twojej stronie. Jestem przyjaciółką Olgi. Jeśli ty też, to powinnaś zadzwonić. Obu nam powinno zależeć na jej odnalezieniu. Nawet jeśli znajdziemy tylko ciało.

Zadzwoń, proszę.

Sylwia ledwie dostrzegalnie skinęła głową.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

9

Morderca szukał kolejnej ofiary.

Stanął przed lustrem, poprawił marynarkę, muszkę na białej koszuli i przygładził fryzurę. W rzeczywistości wyławiał w odbiciu wchodzące po czerwonym dywanie kobiety. Twarz i ramię. Na to zwracał uwagę. Jego ofiara musiała mieć to coś w obliczu i czerwoną nitkę na przegubie dłoni. Jeszcze żadna z wchodzących kobiet nie spełniła obu warunków.

Wyszedł do toalety, poczekał, będzie sam, zamknął się w kabinie i kilka razy głośno odetchnął.

Nie możesz tak ryzykować.

Nie wolno ci dać im pretekstu, nie pozwól na zwrócenie na ciebie uwagi.

Jesteś jak powietrze.

Nikt cię nie widzi. Wszyscy udają, że cię nie ma.

I dobrze.

Tak musi zostać.

Nie ma strachu, nie ma zła.

Jesteś tylko częścią ciemności.

Tylko ona się liczy.

Ona i zadanie.

Tak, śmierć jest zadaniem.

To nic osobistego.

Wykonujesz tylko rozkazy.

Nie jesteś chory.

Choroba nie ma tu nic do rzeczy.

Gdy nadchodzi śmierć, ona się chowa w ciemności, umyka.

Wtedy czujesz się tak wspaniale.

Jak bóg.

Możesz wszystko.

Jesteś wszystkim.

Kosmosem pełnym spokoju.

Kosmos to spokój.

Zawsze po tym otwiera się brama Drogi Mlecznej.

Trafiasz do pustki i lewitujesz w niej.

Jest wspaniale.

Dlatego warto. Warto, by było wspaniale.

Wyszedł i zakręcił się przy stolikach zastawionych wysokimi kieliszkami z białym i czerwonym winem. Kelner ukłonił się grzecznie i zaprosił gestem, by się poczęstował. Wziął kieliszek i udając, że pije, znów patrzył na wchodzących.

Kobiety w niewielkich grupach, pary, samotne osoby. Ci ostatni w mniejszości. Głównie dziennikarze i krytycy. Paru mniej znanych stylistów. Gwiazdy w otoczeniu fanów, agentów, przyjaciół i zwykłych pijawek. Schował się za plecy kelnera, unikając wzroku znakomitego tancerza, zasłużenie mianowanego na telewizyjnego celebrytę.

Wciąż nie czuł się w tym środowisku zbyt dobrze, mimo że przyjaciel wprowadził go i zapoznał z zasa­dami, przedstawił go niektórym aktorom i sportowcom. Coraz częściej poznawał teraz znanych ludzi, a czasem udawało mu się zamienić z kimś parę zdań.

Musiał wtedy bardzo się pilnować, żeby nie pokazać, kim jest naprawdę.

Wyciszyć i udawać kogoś mało znaczącego.

Uśpić zabójczą, dominującą część natury.

Być nikim.

Jak wielu tutaj.

Tyle że oni udawali coś zupełnie innego. Sam fakt, że ich tu wpuszczono, wystarczał, by się cieszyć. Nie potrzebowali prawdziwych sukcesów, nie dążyli do nich, bo one… nie miały znaczenia. Liczyło się tylko bycie dla bycia. Tylko pozory.

Uff, jakże on ich nienawidził.

Wszystkich.

Nawet tych, którzy zasługiwali na poklask.

Nie mniej utalentowany stylista stanął na ściance, pozując fotografom do zdjęć, a potem przeszedł na bok, żeby udzielić wywiadu reporterce podrzędnego brukowca. Pijawka.

Kolejna wredna, nic nieumiejąca i nieznacząca pijawka.

Znów błysnął flesz.

Znana piosenkarka uśmiechnęła się szeroko do stłoczonych naprzeciwko dziennikarzy. Plotkarskie media twierdziły, że przy próbie samobójstwa omal nie straciła głosu i przez wiele miesięcy była skazana na playback, ale on w to nie wierzył.

Wszystkie te sensacyjne newsy zwykle okazywały się kłamstwem.

Przy wejściu zakotłowało się i na salę wszedł znany aktor filmów akcji w towarzystwie nie mniej znanej, pięknej żony. Mimo że to film go wywindował, on wolał teatr. Wypili kiedyś razem kieliszek przy barze w Piekiełku podczas festiwalu filmowego i wówczas okazało się, że facet jest naprawdę sympatycznym, fajnym gościem. Zupełnie nie dał mu odczuć, że jest zerem.

Kto wie, może przez to ocalił życie.

Jego żona, piękna mimo wieku. Wspaniała. Dziś mocno naburmuszona.

Nic dziwnego; po tym, co mogła przeczytać wczoraj w gazetach, dziw, że w ogóle się tu pojawiła. Wiele z tych dziwek na jej miejscu od razu by się zemściło.

Ciekawe usłyszał głos obok. Czyżby nie czytała gazet? Niesamowite, przyjaciel jej męża opowiada, jak to nakrył go w łóżku ze swoją żoną i w ten sposób zakończyła się ich przyjaźń, a ona wygląda, jakby jej to nie ruszało. Dziwne…

Morderca obejrzał się powoli. Głos należał do niezbyt znanego dziennikarza radiowego. Był już nieźle wcięty i zapewne nie zamierzał na tym poprzestać. Morderca poznał go przez przyjaciela, który opowiedział mu, że ów dziennikarz kiedyś w Madrycie na dużej biznesowej konferencji tak zapił, że musieli go odstawiać specjalnym samolotem. Ale nic mu nie zrobili, bo to przecież nasza norma. Polscy politycy robili krajowi podobną reklamę, waląc ostro w gaz w samolotach i dukając w nikomu nieznanych językach podczas odpraw paszportowych. Trzeci świat.

Za aktorem cichcem przemknął znany satyryk, przesympatyczny gość, z którym mógłby się zaprzyjaźnić. W końcu gustowali w podobnych tematach. Tamten nawet napisał kiedyś oficjalnie, że kupuje sobie miłość u prostytutek i zażywa narkotyki.

Morderca spiął się. Chętnie zapodałby sobie działkę.

Od kiedy wszedł w to środowisko, coraz częściej jej potrzebował.

Biała pani była przyjazna, kojąca, równie dobra jak dziwki.

Znów przy wejściu zrobił się szum.

Tym razem znów aktor, choć może raczej komik. Klaun. „Niby sympatyczny, ale w sumie drań” tak mawiał przyjaciel mordercy. Swego czasu gdy miał problem, to mieszkał u jednej znanej modelki chyba przez miesiąc, a gdy owa modelka potrzebowała pomocy przy organizacji imprez charytatywnych, odesłał do swojego menedżera.

Taki jest ten świat.

Liczy się tylko kasa. Jest kontrakt, uśmiechy. Nie ma pieniążków, nie ma przyjaźni.

Znana, stara piosenkarka, która pojawiła się za nim, wzbudziła chyba największe zainteresowanie mediów i fotoreporterów. Zasłużenie. Nie dość, że wspaniała kobieta, to jeszcze miała w młodości pod górkę. Może dzięki temu odniosła taki sukces. Coś, co nie przychodzi łatwo, znacznie lepiej smakuje.

Flesz.

Tym razem fotoreporter wyłapał małego, chudego, łysiejącego i nieogolonego mężczyznę. Kultowy piosenkarz, średni aktor, teraz uważany za postrzelonego z powodu zaangażowania w politykę.

Kolejny kurwiarz powiedział zapijaczony dziennikarz. Myśli, że wszystkich zmyli, że rzeczywiście taki święty i zależy mu na kraju i dzieciach, a żonę zdradza na potęgę.

Morderca nie odpowiedział. Lubił piosenkarza i szanował jego ostatnią aktywność. Naprawdę mu zależało. A że chodził na boki z dziwkami… Kto nie chodzi.

Podobno ta aktorka z filmu pobiła się kiedyś o niego z pewną modelką. Wszystkie to kurwy.

Morderca odszedł na drugi koniec sali, żeby nie wysłuchiwać dłużej pijusa, i ukrył się trochę w cieniu. Obok stanęła młoda dziewczyna, którą wypromowano podczas Euro. Uśmiechnęła się tak zachęcająco, że pomyślał przez chwilę, żeby zmienić zasadę i zrezygnować z wymogu czerwonej nitki.

Nie, to byłoby wbrew regułom.

Spojrzał na wejście, w którym stanęła prezenterka telewizyjna w towarzystwie piosenkarza i restauratora. Tabloidy spekulowały, który z nich posuwa, czasem sugerując, że obydwaj. A ona przyjmowała owe spekulacje z wrodzonym wdziękiem.

O tak, ona by się nadawała na następny punkt programu…

Nie miała czerwonej nitki, nie mogła więc stać się jego ofiarą.

Upił wina i odprowadził wzrokiem aktora, który ostatnio więcej pił, niż grał, wciąż za to utrzymując się na szczycie zainteresowania mediów.

W końcu pojawiła się pierwsza dziewczyna z czerwoną nitką na nadgarstku. Przeszła koło ścianki, ale wobec braku zainteresowania fotoreporterów szybko znikła w głównym pomieszczeniu, gdzie miał odbyć się pokaz. Hol i sala balowa powoli się zapełniały i morderca zaczął odczuwać dyskomfort. Nie lubił tego momentu, gdy wszyscy byli jeszcze dość niepewni, podenerwowani, tkwiąc w oczekiwaniu na oficjalną część, podczas której jeszcze powinni być trzeźwi. Potem rzucą się na stoły z żarciem i alkoholem, nie dbając o pozory.

Poszedł za nią, ale szybko zrezygnował.

Nie spodobała mu się. Była zbyt wulgarna, wyzywająca, nieciekawa. Za prosta.

Odszedł w kierunku wejścia.

Dziewczyna, zupełnie nieświadoma, że właśnie ocaliła życie, wzięła do ust oliwkę i bawiła się nią językiem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

10

Pokaz trwał prawie dwie godziny. Modelki efektownie prezentowały stroje z najnowszej kolekcji, a Marika starała się nie ziewać i udawać zainteresowanie. Siedząca obok Julia z trudem zachowywała powagę.

Udawanie nie wychodzi ci najlepiej. Postaraj się bardziej szepnęła w przerwie.

tak to widać?

Uśmiechnęła się zamiast powiedzieć: jak cholera.

Skoro moda cię nie interesuje, czemu chcesz to robić? zapytała.

Może po drugiej stronie Marika wskazała na wybieg jest inaczej.

Jeszcze gorzej. Trzeba się spieszyć, sprężać, walczyć z różnymi niedogodnościami. To ciężka, wymagająca wielu wyrzeczeń praca.

Aha.

Więc po co chcesz to robić?

„Żeby złapać pieprzonego zabójcę” odparła w myślach, spoglądając ostro na Szamocką. Julia nie pozwoliła się zdominować. Odpowiedziała równie ostrym spojrzeniem.

Mów, do cholery! Czego tu chcesz?

Dla pieniędzy powiedziała głośno Marika.

Myślisz, że to takie łatwe?

Wzruszyła ramionami.

Nie wiem. Potrzebuję pieniędzy.

Znajdź uczciwą pracę.

Ta nie jest uczciwa?

Jest, ale pieniądze zarabiają najlepsi. Ci, którzy rzeczywiście się poświęcą, zaangażują. To praca dla pasjonatów, a nie wyrobników.

To dlaczego promujesz dziewczyny w tej akcji?

Dlatego że one mają. Nawet jeśli brakuje im pewności siebie, umiejętności i urody, mają pasję. Ty masz wszystko, co trzeba, za to chyba nami… pogardzasz. Nie lubisz mody, to co tu robisz?

Przepraszam. Marika wystraszyła się, że przesadziła, i rzeczywiście przybrała zupełnie inną pozę. Chyba w roli kameleona nie była taka zła, bo Julia troszkę spuściła z wojowniczego tonu.

To za mało.

A więc mi nie pomożesz?

Julia chyba znów zamierzała powiedzieć coś ostrego, ale zrezygnowała. Może przypomniały jej się opowieści Rodzkiego o Marice, o jej kłopotach i drodze pełnej pułapek, którą przeszła. Może zadziałały jakieś własne doświadczenia, artykuły z gazet, książki, filmy. Może coś wzruszającego albo zwyczajnie prawdziwego.

A może po prostu jeszcze nie wiedziała, co zrobić.

Nagle Marika poczuła dziwną potrzebę, żeby jej to powiedzieć. Jakby chciała zwymiotować na ten przeklęty pokaz próżności, na te wszystkie światełka, gwiazdy, wspaniałości prężące się wkoło.

Przychodził zawsze koło drugiej. Pierwszy raz mnie obudził. Potem już nie spałam, bo wiedziałam, że przyjdzie. Cuchnął wódką, nigdy nie przyszedł na trzeźwo. Wcześniej śmiał się i żartował. Potem usypiał mamę i w końcu przychodził. Otwierał drzwi tak cicho, jak tylko umiał, zamykał, odkrywał kołdrę…

Przestań, to nie jest dobre miejsce…

Na co? Na zwierzenia?

Na takie opowieści. Julia rozejrzała się niespokojnie. Nikt nie zwracał na nie uwagi. Muzyka była głośna. Ludzie oglądali pokaz. Nikt nie wsłuchiwał się w ich rozmowę.

Boisz się, że ktoś usłyszy? Ja nie. Ja się nie boję. Nie wstydzę się powiedzieć, że dymał mnie własny ojciec. Moja matka się wstydziła, więc udawała, że nie słyszy. A ja się nie wstydzę.

Przestań.

No to nie mów mi, że nie mam pasji. Moja pasja została na czwartym piętrze bloku osiedlowego koło kopalni węgla.

Marika nagle poczuła się strasznie słaba, a Julia objęła ramieniem.

Już dobrze. Pomogę ci.

„Jestem chorą dziwką pomyślała Marika. Wszystko muszę zepsuć. Pieprzona, głupia dziwka, która nie umie wykonać prostego zadania, bo zbiera jej się na wspominki”.

Pomogę ci powtórzyła Julia.

Na koniec pokazu Paprocki i Brzozowski wyszli na scenę i otoczeni modelkami tonęli w oklaskach i błys­kach fleszy. Julia wstała i głośno klaskała. Marika również.

Lubisz ich?

Bardzo szepnęła Julia.

Przepraszam.

Już dobrze.

Na bankiecie stanęły nieco z boku. Nikt do nich nie podchodził. Marika rozglądała się, rozmyślając, jak może wyglądać morderca i czy jest tu gdzieś w pobliżu. Policja nie miała żadnej, nawet najmniejszej wskazówki, nie mówiąc już o rysopisach czy nawet niewyraźnych zdjęciach z monitoringu. Rodzki przekazał jej wprawdzie profil zrobiony przez policyjnego psychologa, jednak zaznaczył, że jego wnioski mogą być całkowicie błędne, więc nie powinna się sugerować.

Przypomniała sobie teraz wyliczone w punktach cechy i szukała mężczyzny w wieku od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu lat, silnego i wysportowanego, raczej bogatego, jeżdżącego dobrym samochodem, schludnie ubranego, starannie uczesanego, z włosami raczej krótkimi i ciemnymi lub też średnio długimi i blond, jeśli zaś długimi, to związanymi w kucyk, a może łysego, ale wówczas z wypielęgnowaną na łysinie skórą.

Do diabła, to mógł być każdy z nich.

Bełkot profilera brzmiał jak życzenia z ogłoszenia matrymonialnego urzędniczki miejskiej w okolicach sześćdziesiątki.

Julia wzięła ze stolika dwie szklanki soku.

Wolę wino powiedziała Marika i zatrzymała kelnera, płynnym ruchem ściągając mu z tacy dwa kieliszki.

Jak chcesz.

Ty nie pijesz? Podała Julii jeden z kieliszków.

Julia spojrzała zaskoczona, odsuwając dłoń towarzyszki.

Nic nie wiesz? zapytała, a wobec zdziwionego wzroku Mariki odpowiedziała sobie sama: No tak, przecież byłaś w szpitalu. Nie, nie piję. Jestem niepijącą alkoholiczką.

Aha.

Zrobiłam w życiu parę głupot i dostałam nauczkę. Pewnie jak ty?

Marika spojrzała ostro. Nie, nie zrobiłam żadnej głupoty. Należało się im. Wszystko, co zrobiłam, im się należało. Oberwali tylko ci, którzy zasłużyli. A jak było w twoim przypadku? Czy na pewno tylko winni ponieś­li konsekwencje?

Skończmy te podjazdy. Zobacz, jest Kocjan. Wskazała na przystojnego mężczyznę ze starannie przystrzyżonym zarostem, w towarzystwie dwóch atrakcyjnych kobiet. Jak się od nich uwolni, pójdę cię przedstawić.

Kim one są?

Te kobiety? Jedna to reporterka z brukowca, druga jest byłą żoną znanego prezentera telewizyjnego. Jej mąż stoi o tam, zaledwie kilka metrów dalej, z obecną żoną. Oficjalnie się unikają, ale na takich imprezach się nie da. Zabawne, że ta reporterka od Kocjana przyjaźni się z byłą żoną, więc wymyśla teksty szkalujące obecną, a my wszyscy to czytamy albo i nie. Zresztą bzdury wymyślane w mediach to norma wpisana w ten zawód, powinnaś się od razu przyzwyczaić. Nie oczekuj tutaj rzetelności czy sprawiedliwości. Liczy się tylko to, kto obsmaruje cię szybciej i bardziej sensacyjnie, wyciągając do tego najgorsze możliwe wnioski.

Jak to?

Celebryci jak terroryści. Bez mediów nie istnieją. Media to wykorzystują i wymyślają różne głupoty. Działa to na wszystkie strony.

Nie mogą pisać po prostu prawdy?

A kogo interesuje prawda? Jest za mało ciekawa, rzadko kiedy ma smak skandalu i odpowiedni koloryt. Żeby news był ciekawy, trzeba go ubarwić, podlać ostrym sosem, wyrwać coś z kontekstu, podkręcić. Wtedy zainteresuje ludzi, przyciągnie innych dziennikarzy, będą mogli w kółko to maglować. Bez względu na to, czy za prezentowaną informacją kryją się ludzki dramat i cierpienie. One nieistotne. Krew w newsach ma barwę drukarskiej farby. Pachnie tylko atramentem, nie powoduje omdleń i wymiotów, a jedynie pusty śmiech i radość tłumu. Przyciąga, prowokuje, ciekawi.

A co na to gwiazdy?

Mogą iść do sądu, ale jeśli nawet wygrają, to wskórają niewiele poza odszkodowaniem, które potem ciężko wyegzekwować. Dlatego lepiej przyjąć reguły gry i udawać przyjaźń, nawet jeśli w środku gotujesz się od nienawiści. O, zobacz, te dwie kobiety tam. Jedna jest reporterką, która notorycznie kłamie w gazecie. Druga często bywa ofiarą tych kłamstw. A teraz obie udają przyjaciółki. Kto wie, może nawet nie udają.

Nie rozumiem. Marika rozglądała się po tych wszystkich świecących szerokimi uśmiechami ludziach. Czyżby tu było więcej dziennikarzy niż… gwiazd?

Dziennikarze to też gwiazdy. Oni je głównie kreują. Posiedzisz w tym dłużej, to zrozumiesz. Słyszałaś o ustawkach?

Kibiców? zdziwiła się Marika.

Nie Julia roześmiała się szczerze. Gwiazdy udają, że oburzają się na zainteresowanie mediów, a tymczasem same prokurują różne zdarzenia i informują o tym media. W praktyce wygląda to tak, że gwiazda wychodzi na spacer z dzieckiem albo umawia się na randce czy w sklepie, a dobrze poinformowany dzwoni lub wysyła esemesa do dziennikarzy i paparazzich, informując o tym. Potem gwiazda zamieszcza linki na blogu, oburzając się, że nie ma za grosz intymności i prywatności. Jak oni mnie znaleźli? Dlaczego nie dają mi spokoju? A tak naprawdę cieszą się z tego.

Ale po co jest im to potrzebne? Marika nie mogła zrozumieć.

Niektórzy bez mediów nie istnieją, inni mogą podnieść swoją wartość, przypomnieć o sobie, a czasem wymusić angaż. Bywa tak, że aktorka, która nie ma szans na jakąś rolę, puszcza takiego newsa do gazet, które się rozpisują: „Ta i ta zagra wielką noblistkę w głośnej adaptacji”. Potem reżyser czy producent prostuje, że nigdy nie było takich planów, a aktorka się żali: „Przez media nie dostałam roli”. Albo rzuca rękawicę rywalce: „Myślałam, że jest moją przyjaciółką, a zabrała mi rolę”. Taki to światek.

Okropne.

Okropne przyznała Julia. Tym bardziej że daje duże pole do manipulacji, z którą ciężko w takim świecie walczyć. Pamiętam, jak jedną z celebrytek oskarżono, że wysyłała esemesy o pogrzebie swojego ojca, żeby sfotografowano. Nie robiła tego, ale jak miała udowodnić, że mówi prawdę? Innej wmówiono, że nie zapłaciła za operację plastyczną, a gdy pokazała dowód, reporterzy zaczęli się rozpisywać o szczegółach umieszczonych na rachunku. Zresztą… kto wie, może jednak to one były winne. Granice pomiędzy prawdą a fałszem w tym świecie dawno się zatarły. Dobrze się zastanów, czy chcesz wejść do tej rzeki.

„Chyba nie mam wyjścia” Marika niespecjalnie się przejęła opowieściami Julii. Skoro to taki syf, tym bardziej będzie mogła narozrabiać. Nie musi się przejmować, że kogoś urazi. Z drugiej strony, czy ma prawo do przedmiotowego potraktowania tych ludzi?

Tu nie ma dobrych i złych podjęła Julia. Wszyscy siebie warci. W branży krąży taka historyjka. Pewna znana celebrytka wygrała w sądzie z mężczyzną, który twierdził w gazetach, że uwiódł i potem porzucił. Gwiazda wytoczyła gazecie i temu mężczyźnie proces, który wygrała, bo facet nie był w stanie niczego udowodnić, a w końcu odwołał swoje wcześniejsze tezy. Powiedział, że musiał pomylić kobiety. Wyrok nie pozostawiał wątpliwości. Gazeta i gość mieli zapłacić odszkodowanie, a gwieździe należa­ły się przeprosiny. Dostała je. Kiedy natomiast wysłała do swoich oponentów komornika, żeby odzyskał pieniądze, gazeta napisała nowego newsa. Zgadnij, jaki był tytuł?

„Słynnej gwieździe brakuje kasy, dlatego nasyła na nas komornika”? strzeliła Marika.

Julia prychnęła.

Też dobry, ale nie, oni napisali: „Gwiazda mści się na byłym kochanku i chce go puścić z torbami”.

Przecież przegrali już jeden proces za takie opowieści.

Co z tego? Tak można w kółko.

Niesamowite.

Julia uśmiechnęła się pod nosem. Skinęła komuś głową, a potem nachyliła się do Mariki i szepnęła:

A wiesz, co było najlepsze w tej historii? Ta gwiazda uknuła to wszystko z tym kochasiem. Wymyślili sobie taką akcję, żeby podgrzać wokół siebie atmosferę, a przy okazji zarobić. Mówiłam ci: tu nie ma dobrych i złych. Wszyscy są… jak kryształki rozbitego szkła, które kiedyś było czymś wartościowym. Strasznie nam tego szkoda i z żalem to sprzątamy, a potem wyrzucamy do śmieci. Chodź, Kocjan jest już wolny.

Rzeczywiście, kobiety właśnie zostawiły przystojnego mężczyznę, który rozglądał się teraz w poszukiwaniu nowego towarzystwa. Gdy zobaczył Julię, Marika miała wrażenie, że chce uciec, ale ostatecznie uśmiechnął się szeroko i ucałował Szamocką w oba policzki.

Pięknie wyglądasz, Julio.

Dziękuję. Chciałabym, żebyś kogoś poznał. To Marika.

Nowa podopieczna? Choć Kocjan nie miał chyba niczego złego na myśli, Marika się zaperzyła. Nawet mało spostrzegawczy psychologicznie dyletant by to zauważył. Och, przepraszam, że to tak zabrzmiało.

Nie jestem pieskiem do pokazywania mruknęła Marika.

Tak, a kim?

Marika napięła mięśnie. Julia objęła na wszelki wypadek.

Marika dość już przeszła powiedziała. Szuka pracy. Nie wziąłbyś jej do siebie?

Kocjan wpatrywał się w nią badawczo, po czym odparł, kiwając wolno głową:

Czemu nie. Właściwie czemu nie…

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

11

Mało co się nie porzygała.

W ciągu dwóch godzin wypaliła pół paczki fajek, wypiła cztery drinki i piwo. Już po trzech miała dosyć. Potem tańczyła i znów zachciało jej się pić. Wypiła to cholerne piwo prawie duszkiem. Barman patrzył na nią jak na szmatę. Ale polewał bez protestu. Wróciła na parkiet i robiła to coś, co miało być tańcem, ale w żaden sposób go nie przypominało.

Na pewno nie zrobisz mi krzywdy? zapytał jakiś chłopak, na którego wpadła i do którego niemal natychmiast się przytuliła.

Tylko żeby odpocząć. Dwa oddechy i sobie pójdę.

Ale jej ciało nie chciało nigdzie iść.

Chłopak objął i przytrzymał najpierw trochę niechętnie, a potem jak stary, dobry kochanek. Kołysali się zupełnie nie do rytmu, podczas gdy cała sala podskakiwała szaleńczo przy ostrym kawałku Grizzly Bear.

Czuję się jak niedźwiedź. Przepraszam.

Chodź, postawię ci drinka.

I tak wypiła swojego ostatniego, po którym musiała wyjść na papierosa, żeby jeszcze cokolwiek czaić. Ale jak zapaliła, to znów było jej niedobrze.

Cholera. To będzie ciężki wieczór i ciężki poranek.

Pierdolony pierwszy tydzień wolności.

Na pewno wszystko dobrze?

Przyjrzała mu się. Jak na przypadek, to całkiem nieźle trafiła, choć wyglądał nieco zbyt młodo. Dwadzieścia pięć lat, może rok więcej albo mniej. Studenciak. Koszula w kratę, pod nią T-shirt, dżinsy i trampki. Ale za to ładnie pachniał. Ładnie i odważnie. Kenzo albo Lancôme.

Zapach dla odważnego faceta.

„Pierdolę was wszystkich!” krzyczał. Albo wam się podoba, albo spierdalać.

Ładnie pachniesz.

Dzięki.

Dziewczyna?

Co?

Perfumy kupuje ci dziewczyna?

Zmieszał się.

Nie jesteśmy już razem.

Spokojnie roześmiała się. Nie szukam faceta do chodzenia…

Okay. Także się uśmiechnął.

…tylko do pieprzenia. Na jedną noc. Jesteś dobry na jedną noc?

Oniemiał. Wahał się przez chwilę, a potem tylko pokiwał głową. Bez słowa ruszyli w kierunku wyjścia. Na dworze było chłodniej i zrobiło się jej lepiej.

Chłopak nie kłamał. Był naprawdę dobry. Przynajmniej na jedną noc.

Nie pomyliła się też co do drugiej kwestii.

Rano głowa bolała jak skurwysyn. Nie znajdowała na to, jak się czuła, lepszego określenia.

Trzeba było wypić wodę!

Myślała, że to Romeo, ale Romeo spał jak niemowlak. Rodzki podał jej butelkę i powtórzył radę:

Następnym razem wypij całą butelkę przed snem.

Zsikałabym się.

Za to głowa by nie bolała. Spojrzał na chłopaka. Ale ty wolałaś robić coś innego niż pić wodę. Pamiętasz cokolwiek? Użyłaś prezerwatywy?

Zapytaj swojej córki.

Zawsze pytam. Uśmiechnął się.

Gówno cię to obchodzi.

Wzruszył ramionami.

Ubierz się. Mamy do pogadania.

Romeo otworzył oczy, gdy wkładała już bluzkę. Uśmiechnął się promiennie, wystawił w jej kierunku swój imponujący poranny wzwód i wtedy zobaczył zakazaną gębę Rodzkiego. Krzyknął.

Spokojnie, mały, schowaj świtańca. Rodzki zarzucił nań koszulę.

Kim jesteś?

To mój mąż powiedziała spokojnie Marika. Ale nie martw się. Zanim cię zamorduje, pozwoli nam wypić kawę, prawda, kochanie?

Rodzki podjął grę.

Pewnie. Ale tylko jedną. Potem jesteś trupem.