Trzy Certyfikaty - Michał Mrozek - ebook
Wydawca: COŚ PIĘKNEGO Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzy Certyfikaty - Michał Mrozek

Trzy Certyfikaty to pierwsza w Polsce powieść studencka. Pastisz, przaśność i akademicka bezczelność przeplata się z realnymi problemami młodych ludzi, którym studia przedłużają dzieciństwo w nieskończoność. Książka opisuje życie pewnej grupy przyjaciół, której każdy członek inaczej patrzy na miłość, pieniądze czy seks. Główny bohater zadaje sobie mnóstwo pytań o cel swojego życia. Pod warunkiem, że nie myśli wtedy o dziewczynach czy kolejnej, zbliżającej się imprezie.

Momentami wulgarna narracja przenosi czytelnika w studencki świat, któremu nieobcy jest specyficzny humor i zupełne niezrozumienie pojęcia odpowiedzialności. Studiujący, czytając tę książkę, utożsamią się z niektórymi postaciami. Absolwenci wrócą do akademickich wspomnień. Pracujący zapoznają się z tym środowiskiem. A młodzież solidniej przygotuje się do matury.

  • Zaskakuje brutalnym realizmem - Marzena Ciećkiewicz, students.pl
  • Genialne zakończenie - Mateusz Jędraś, Radio Index Zielona Góra
  • Głos szerszej grupy, a może całego pokolenia? - Mateusz Górski, Polskie Radio Pomorza i Kujaw

Opinie o ebooku Trzy Certyfikaty - Michał Mrozek

Fragment ebooka Trzy Certyfikaty - Michał Mrozek









Książkę dedykuję tym wszystkim, którzy, na wieść o jej wydaniu, zapytali o ich partycypację w ewentualnych zyskach


Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek podczas brania prysznica namydlić się tak bardzo, że piana zakryła całe wasze ciało?

Czy zdarzyło się wam, że w tym momencie gwałtownie spadło ciśnienie wody, a wy tą cienką strużką oblewaliście się przez trzy godziny, żeby zmyć mydliny?

To realnie wkurwia.

Tak jak mnie świadomość, że mam 23 lata i brak planu na siebie. Wszyscy naokoło mówią o mojej nieprzeciętności, zdolności, ładności... „Ty sobie w życiu poradzisz.”

A ja stoję w miejscu.


I

Ludzie oglądają za dużo filmów. Potem myślą, że uciekną z więzienia kanałem wentylacyjnym, że ze sznurowadła zbudują bombę, która zniszczy świat, że można być szczęśliwym żyjąc na kredyt, że łowca talentów zauważy ich taneczny geniusz w dyskotece i że wygrają fortunę wysyłając smsa o treści „szczescie”. Ściągają z internetu bzdurne filmy typu „Zwariowany akademik” albo „Ekipa na wakacjach” i sądzą, że w życiu nie ma takiego pojęcia jak „konsekwencja”.

Każdy facet chce mieć diabelskie powodzenie u kobiet. Nie pracować, a mieć porsche. Grać w golfa i uprawiać seks po każdej randce, a jednocześnie mieć ukochaną kobietę, która jest najważniejsza. I dla której można zrobić wszystko. I o której się myśli, i której brak każdego wieczoru, niezależnie czy przed, czy po stosunku z nieznajomą poznaną na wystawie dzieł sztuki. W filmowym świecie wszyscy są młodzi, piękni, bogaci, nieskażeni problemami rachunków, pracy, przerywającego internetu, bólu zęba i odpowiedzialności.

Zabawa i seks, i seks i zabawa. Życiowe marzenie każdego widza. Ludzie oglądają za dużo filmów. Potem wyobrażają sobie swoją przyszłość w luksusowym wozie, życie w bogatej dzielnicy, pracę w przeszklonym biurze z widokiem na miasto i żonę z Kalendarza Pirelli (tudzież męża z… z nie wiem tam skąd). Zajebiste rozczarowanie czeka niektórych za te kilkanaście lat.

Bo życie nie zaczyna się jak w serialu od pierwszego odcinka, gdzie jesteś już pełnowymiarową, bogatą i fantastyczną postacią. Twoje prawdziwe życie zaczyna się gdzieś w okolicach odcinka dwudziestego. Przez pierwsze dziewiętnaście uczysz się w ogóle być istotą społeczną. Musisz poznać, co to praca, stres, rozczarowanie. Czytać książki. Myśleć logicznie. Nauczyć się odmawiać. I namawiać. Nauczyć się szczerości. Nieszczerości. No i kilku przekleństw. I wtedy dopiero możesz bawić się w twój własny, prywatny serial. Być uciekinierem z więzienia, uszczypliwym lekarzem, zdesperowaną panią domu, zagubionym, medykiem sądowym, ordynatorem. Bycie w bractwie Alfa na amerykańskim college’u wybij sobie z głowy. Znęcanie się nad młodszym, picie wody z ogórków, dotykanie młodych biustów, balangi w prywatnych mieszkaniach i nagie cheerleaderki nie istnieją. Naprawdę.

Bo życie jest jak kasyno. Przez dziewiętnaście odcinków zbierasz żetony. Żeton to może być pieniądz, ale też doświadczenie, wiedza, spryt, umiejętności, pasja… Im więcej żetonów, tym większa twoja szansa w ostatecznej rozgrywce. W końcu przychodzi moment, dwudziesty odcinek życia, w którym siadasz do stołu. I kładziesz dwa żetony. Albo osiem. Możesz wygrać cztery, sto, możesz przegrać wszystkie osiem. I dołożyć jeszcze pięć. I wygrać dziesięć, i przegrać siedem.

A kiedy stwierdzisz, że to już czas i ten moment, możesz wejść za wszystko. Vabank. Zobaczyć dwa asy z rozdania, stwierdzić prawie pewną wygraną i krzyknąć „ALL IN”! I posunąć w kierunku krupiera cały swój „dobytek”. I możesz wygrać milion żetonów i wieść luksusowe życie w willach, które pokazują na kanałach muzycznych. Pamiętaj jednak, że gość z naprzeciwka może mieć dwa króle. A trzeci dojdzie mu później we flopie sprawiając, że twoje dwa asy staną się bezwartościowe jak stacja benzynowa bez możliwości zakupu piwa. Wtedy on zgarnie wszystko, a tobie pozostanie życie z przyjacielem z telewizji, co dzwoni do drzwi i gotówkę na telefon rozdaje. Nudne, szare, smutne. I tak bywa. Nikt nie chce przegrać życia, ale w życiu jest jak w kasynie. Tylko jeden na stu wygrywa dużą sumę.

Bywa i tak, że nie zbierasz żetonów. Że przyjeżdżają kochani rodzice i mówią ci: „Masz sto żetonów na start”. I jak przegrasz sto, to dadzą ci jeszcze dwieście. I trzysta. Chciałbym tak w sumie. Ale nie jest mi dane.

W moim życiu jestem na razie obserwatorem stołu. Patrzę na zagrywki innych, ich sposób i poziom gry. Szacuję swoje szanse. Trzymam w ręce kulkę i wkrótce chciałbym ją rzucić do kręcącej się ruletki życia.

Ale na razie obserwuję.


II

Siedząc na niebieskiej, mogącej pochwalić się zapewne niebanalnymi historiami wersalce, Migel przedstawiał nam swoją wizję niezmąconej niewinności podrywania siostry naszego kolegi. Tak po prawdzie to bardziej znajomego w sumie niż kolegi, bo koleżeństwo wymaga wspólnego wypicia chociaż jednej symbolicznej wódki, a w przypadku kryzysowym chociaż jednej butelki piwa. W naszych stosunkach z Sebastianem nie doszło jednak do takiej poufałości, dlatego też Migel dość odważnie wypowiadał się o fizycznych walorach jego nowej „tap madl”.

— No ja sobie tego nie wyobrażam za bardzo. Rób, co chcesz, ale jak można obracać siostrę kolegi? — pytałem w próżnię, kręcąc w dłoni butelkę z piwem i zdzierając kawałek po kawałeczku papierową nazwę i logo marki.

— Ale ja się o tym dowiedziałem dopiero przedwczoraj, a już jesteśmy po drugim spotkaniu. Poza tym. No proste pytanie. Czy ty wiesz, jak wygląda w ogóle moja siostra?

— No nie — przyznałem.

— A widzisz! A znamy się już sześć lat. Kto wie, kiedy bym się dowiedział, że na przykład twoja siostra to twoja siostra, gdybym na nią zupełnie przypadkowo wpadł przy klubowej toalecie w jakiś zagubiony już listopadowy wieczór?

— Pierdolicie panowie. Bez sensu i bez ładu i bez celu. A czekają na nas istotne problemy, które trzeba rozwiązać — przerwał Rudy, który zastanawiał się, jak powiązać pełny tryb treningowy z absolutnym brakiem sprzętu, no i oczywiście brakiem funduszy na ów sprzęt niezbędnych.

Od jakiegoś czasu rzutki stały się dla nas bowiem sportem narodowym. Do tego stopnia, że byliśmy w stanie oglądać kurewsko nudne dla przeciętnego zjadacza chleba mistrzostwa świata czy inne równie nieistotne dla przetrwania ludzkości zawody. Ostatniej nocy, spędzając osiem godzin przy półprofesjonalnym, automatycznie liczącym pudle do gry, stwierdziliśmy, że wygrana nie przynosi już takich emocji jak na samym początku.

Generalnie nasz poziom wzrósł do tego stopnia, że dwudziestki, czyli najwyżej punktowane pola, padały co najmniej w co drugim rzucie. Jeden z naszych współlokatorów zaproponował więc wypad do tematycznego pubu w celu rozpoznania ewentualnego poziomu przeciwników z nieco wyższej półki. Szeroko zakrojona eskapada, składająca się z całej naszej paczki, wyruszyła tam tuż po zmierzchu.

Ani Migel, ani Rudy, ani Markez, ani tym bardziej ja, nie spodziewaliśmy się, że pojedynek na szczycie, między barmanem, a prawdopodobnie stałym bywalcem lokalu, rozegrał się w piętnastu rundach, gdzie my, na dotarcie w domu do finiszu potrzebowaliśmy tak osiem, do dziesięciu kolejek. Poza tym obaj panowie wyglądali wybitnie niepoważnie, żeby nie stwierdzić, że komicznie. Grubas przywdziany był w wyciągnięty pomarańczowy sweter, a barman miał na sobie czerwone polo i niebieskie ogrodniczki, a jego olbrzymie wąsy sprawiały, że był, najprościej rzecz ujmując, wyjętym właśnie z kanałowej beczki Mario Brosem. Stanęliśmy więc i spoglądaliśmy na tę niesamowitą osobowość, nie wiedząc za bardzo, co aktualnie mamy zrobić ze swoim życiem i czując na sobie spojrzenia wszystkich, nie tryskających specjalnie młodością i wigorem gości.

— Może ze mną byś się pan zmierzył? — Migel był szybszy niż reakcja któregokolwiek z nas. — Daję na stół pięćdziesiąt złotych w ramach podwyższenia emocji, których jak widzę brakuje w waszym stadzie wzajemnej adoracji.

Zwycięzca ostatniej batalii był tak ostro zszokowany buńczucznością nowej twarzy i propozycją potyczki, że wytrzeszczył oczy i nic nie mówiąc, a jedynie wymieniając spojrzenia z obecnymi w lokalu, wskazał na sprzęt. Pewnie wyszedł z założenia, że to może jakiś mistrz Polski na emeryturze albo niebezpieczny świr… Takie niepozorne świry są właśnie najgorsze i budzą respekt, a mój współlokator wyglądał w swojej hawajskiej koszuli na świra, nawet nie niepozornego.

— No dajesz cwaniaczku.

Migel wziął lotki ze stołu, przy nieprzyjemnym pomruku wszystkich zgromadzonych przy automacie, najwyraźniej dobrych znajomych grubego faceta.

— Tylko jedna mała uwaga, siódemka czasem nie działa.

— Dobrze, że działa dwudziestka — wywalił z siebie Migel wprowadzając nas, was, on, ona, ono, oni, ich, wszystkich w ostre osłupienie.

Gdzieś tak około czternastej kolejki poszliśmy z Rudym i Markezem niby to do toalety, niby to po piwo, ale generalnie to dyskretnie opuściliśmy lokal, wychodząc z założenia, że jak ktoś ma dostać wpierdol, to jesteśmy idealnymi kandydatami, a jednego to chyba nie ruszą? Stwierdziliśmy jednak, że to może jakieś takie mało rycerskie, więc korzystając, że jesteśmy na dworze, Markez pozwolił sobie na spalenie uspokajającego papierosa i na finisz rozgrywki mieliśmy w planach wrócić i dodawać Migelowi otuchy.

On po prostu nie wziął pod uwagę, że pubowy dart jest trochę wyższy, linia jest trochę dalej, a lotki nie są plastikowo-metalowe tak jak nasze, tylko metalowo-metalowe. Wszystkie więc jego rzuty wędrowały tam, gdzie owszem u nas jest dwudziestka, ale w pubie było to jedno pole pod dwudziestką, czyli cyfra trzy… Mocniejsze rzuty albo faktycznie trafiały w dwudziestkę, albo wędrowały minimalnie ponad tarczą. Generalnie – jeden wielki chaos, a nie domowa, uporządkowana i wyliczona gra.

Do lokalu wrócić niestety nie zdążyliśmy. Apel wybiegającego Migela był dość nieskomplikowany:

— Spierdalamy! — to jedyne słowo jakie wypowiedział. W zasadzie to wykrzyknął bardziej chyba. Jasny statement w sumie.

Kiedy minąwszy główne latarnie starówki znaleźliśmy się już w bezpiecznej odległości i stwierdziliśmy, że pościg to nawet za nami nie ruszył, zaczęliśmy analizować sytuację. Złowrogie, choć klimatycznie otaczające nas kamienice, były idealnym miejscem na podsumowanie wydarzeń. Wniosek nasuwał się jeden. Migel chyba nie wygrał. Wniosek numer dwa. Nie miał zamiaru płacić zakładu. Z jednej strony dobrze więc, że wszyscy wcześniej wyszliśmy, z drugiej jednak, nasza kariera w sportowym świecie chyba właśnie w tym momencie uległa samozapłonowi.

Pewność w tej materii uzyskaliśmy nazajutrz, gdy dowiedzieliśmy się od internetowego wujka, że jedyną możliwością wzięcia udziału w zawodach rejonowych jest wygranie Grand Prix danego miasta, które u nas odbywa się… no nieważne gdzie. W każdym razie gdzieś, gdzie niespieszno nam było wracać po wczorajszej wpadce.

Tak czy siak Rudy siedział na tej swojej wersalce, która niejedną kopulację przeżyła, i myślał, jak ma zostać gwiazdą bilardu, nie będąc ani gwiazdą, ani nie mając bilardu.

— Panowie — Markez próbował rozgonić czarne chmury. — Ustalmy jedno. Sport, którego zostaniemy mistrzami, i na którym będziemy zarabiać, musi być sportem niewymagającym wielkich nakładów finansowych. To raz. Dwa – najlepiej, gdyby można go było uprawiać przy piwie.

— Tudzież wódce.

— Tudzież przy piwie i przy wódce. Taki sport interdyscyplinarny.

— A trzy: żeby imponować takim sportem. Taki piłkarz na przykład to imponuje z zasady. Koszykarz – wysoki, wysportowany, niezły fryz. O szachistach raczej się nie mówi, więc odpada. Skok o tyczce także nie należy do sportów ociekających zajebistością.

— Wy myślcie i wymyślcie. Ja zmykam do siebie — nieprzespana noc dawała mi się we znaki, a każda kolejna późniejsza godzina w akademiku oznaczała zbliżającą się imprezę, z której nie sposób uciec. — Migel idziesz?

— Posiedzę jeszcze. Wieczorem bilard? Przyjdź do „Meduzy”.

Ulubiony – bo zlokalizowany idealnie równo pomiędzy lokalami mieszkaniowymi wszystkich nas – pub, niewiele różnił się od naszego mieszkania. Właściwie główną i jedyną inną cechą był ów stół bilardowy umiejscowiony na samym środku pomieszczenia. Naokoło niego postawiono pełno kanap, z założeniem, że każda koniecznie musiała pochodzić z innego miejsca w mieście. A chodziły i plotki, że ze śmietnika je przynosili. Prawdę powiedziawszy niespecjalnie nas to gorszyło, mając na uwadze, że trzy czwarte mebli na stancji również pochodziło z… jakby to ująć delikatnie, drugiej ręki. Tak czy siak, oświetlone różnymi żarówkami, podziurawione od gaszenia papierosów i poplamione piwem poduchy nadawały klimat „Meduzie”, która była naszym trzecim domem – zaraz po mieszkaniu i Rudzianym akademiku. To tam omawiało się nowo poznane dziewczyny, plany na weekend i nowości wydawnicze branży internetowej. Tam też pierwszy raz w życiu brałem udział w bójce, piłem osiemnastoletni alkohol, zgubiłem telefon i strąciłem kijem piwo, oblewając jednego z naszych najbardziej znienawidzonych doktorantów. Przypadkowo oczywiście. Generalnie miejsce legenda. Miejsce, o którym mówiło się w kulturalnych kręgach określając je mianem „dobrego jak skurwysyn”.

Wracając z akademika, wrzuciłem sobie na myślicielski ruszt ostatnie zdania chłopaków. Imponować z zasady… Ciekawe stwierdzenie. Robisz coś dla siebie czy dla kogoś? Chcesz być szczęśliwy, czy żeby inni postrzegali cię jako szczęśliwego? Chodzisz z piękną dziewczyną, bo jest inteligentna, czy chcesz, żeby inni ci zazdrościli?

Tak mają chyba wielkie gwiazdy. Gdy twoja dziewczyna tydzień temu świeciła dupą na rozkładówce, twoje akcje wzrastają stukrotnie. Śmieszne. I przez takie myślenie, nigdy się nie dowiesz, czy ta stojąca teraz pod kebabem przesympatyczna i uśmiechnięta dziewczyna dałaby ci radość, której ci w życiu brakuje. Ty czekasz na wyimaginowaną piękność z medialnego świata i nie będziesz jej podrywał. Dlaczego? Bo się nikomu nie podoba, albo inaczej: podoba się tylko tobie. Lubisz dziewczyny niskie, w dwóch warkoczykach, ubierające się w bluzy z kapturem. Ale to dziewczyny wysokie, w długich blond włosach i w sukience przed kolanka sprawiają, że twoi znajomi rozbijają namioty. I to jedyny powód, dla którego jesteś gotów poświęcić ewentualne szczęście.

Zawsze „gruba dupa” będzie dla innych „zgrabnym tyłeczkiem” i na odwrót. To nic, że to ty chodziłbyś z nią do kina. To nic, że to ty całowałbyś jej małe stópki. To nic, że to ty siedziałbyś i patrzył się na nią całymi dniami. Tak: ty właśnie, nie twoi kumple. Czemu nigdy nikt nie pomyśli o świecie, w którym istnieje tylko on sam. W takich sprawach trzeba być egoistą. Gdyby ludzie byli niemi, byłbyś ze swoją niską warkoczatą sportsmenką najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ale oni nauczyli się mówić, a ty przez to nie potrafisz uwolnić swojego umysłu od opiniotwórczego świata. Więc przestań myśleć i po prostu zaproś ją do kina.

Wielu nie ma odwagi po prostu spróbować. Przegrana boli dwa dni, wygrana może uszczęśliwić na dwa lata.

Łatwo mówić nie?


III

Choć grudzień zazwyczaj nie kojarzy się jeszcze z sesją, to istnieją jednostki, które przygotowują się do niej już od października. Każdego kolejnego stycznia obiecuję sobie, że też taki będę. Od przyszłego roku. Na spokojnie. Od przyszłego roku. Solidnie. Od przyszłego roku. Sumiennie. Ale od przyszłego roku.

Kasia należała jednak do osób, które przyszły rok uskuteczniały już w tym roku. Trudno się jej w zasadzie dziwić. Mało kto z naszego otoczenia był na tyle ambitny, by jednocześnie ciągnąć dwa dzienne kierunki. Takie wyzwanie znacząco wykraczało poza nasz horyzont, a szczerze powiedziawszy nawet poza naszą wyobraźnię. Ale Kasia przy całej swojej naukowości znajdowała jeszcze czas na imprezy, skrajnie nieeleganckie libacje i, co najważniejsze, lubiła chamskie żarty o kupie i dupie. Głównie dlatego dużo czasu spędzaliśmy w swoim towarzystwie.

Podobno kiedyś obiecałem jej, że wezmę udział w zaliczeniowym projekcie socjologicznym dotyczącym życia seksualnego studentów. Choć było mi się wstyd przyznać, nie pamiętałem naturalnie swojej buńczucznej propozycji. I gdy tłumacząc się brakiem czasu próbowałem w jakikolwiek sposób uniknąć ankietowania i prac społecznych, Kasia zrobiła tak pokazowo smutną minę, że… Poczułem się jak ojciec, który zabiera dzieci na spacer. I mówi im: „Dzisiaj kupię wam cukierków”. I dzieci się cieszą, jak to dzieci. I podchodzi ów ojciec do stoiska z cukierkami i nakłada. Takich i takich, i tych czekoladowych i tych lukrowanych. Z każdą garścią słodyczy dzieci są coraz bardziej szczęśliwe. Potem daje te cukierki do zważenia, a sprzedawca mówi: „Osiemdziesiąt cztery złote”. I konsternacja. Ile? Tyle? Ale obiecał dzieciom. Dzieci mówią: „Nie tato, nie tato, nie musisz aż tyle.” Ale widział jak się cieszyły. Więc kupuje. Choć nie stać go na takie szaleństwo. I miała być radość, a tu ojcu przykro, dzieciom przykro. Kwas. Cały dzień spierdolony.

Ruszył mnie ten obraz wygenerowany przez mózgowe receptory i finalnie zabrałem się do roboty. Przygotowaliśmy pytania, zasięgnęliśmy porad ekspertów branży i przeprowadziliśmy dwa tysiące akademickich ankiet. Najwięcej przyjemności sprawiło roznoszenie papierzysk po akademikach. Jak nietrudno się domyślić, wódką i solą witali nas kolejni ankietowani, tłumacząc swoją chwilową niedyspozycję werbalną zbliżającym się okresem przedświątecznym. Ale na pytania odpowiadali chętnie. Przynajmniej tak do dziewiątego piętra. Wyżej sami zaczęliśmy tracić percepcję psychofizyczną.

Najbardziej interesującym elementem naszego projektu było jednak późniejsze przepisywanie odpowiedzi do oficjalnych formularzy.

— Ściemniają. Nie wierzę w takie rzeczy — dość chłodno zakomunikowała Kasia otwierając kolejny arkusz i zamykając trzymanego na kolanach laptopa.

— A o czym konkretnie mówisz? Ja właśnie studiuję najciekawsze odpowiedzi dotyczące łączenia seksu z alkoholem. Od razu można wyczuć, że trafiliśmy na czas akademickich „wigilii”.

— A tu ktoś napisał, że kocha się średnio cztery razy w tygodniu. Też sobie wyliczył. Ciekawe jak, skoro mieszka w akademiku.

— A w czym to przeszkadza? Nie słyszałaś nigdy opowieści Rudego? Jak musiał udawać, że śpi, bo jego współlokator przyprowadził jakąś brunetkę i bez krępacji kopulował z nią w trzyosobowym pokoju?

— Nie żartuj. Posuwał laskę w pokoju, który ma cztery metry kwadratowe, w którym mieszka jeszcze dwóch facetów, i którzy w dodatku jeszcze tam są? — oczy Kasi prezentowały uczucia, które można by sklasyfikować pomiędzy pojęciami niedowierzania oraz zgorszenia.

— Sama wybrałaś sobie taki temat — zauważył Migel, który przed chwilą wkroczył do pokoju, zlokalizował zapalniczkę i już miał opuszczać pomieszczenie, gdy zobaczył ostatnie puste sztuki ankiet leżące na podłodze. — A też sobie wypełnię — zaanonsował.

— Dobra, weź przestań. Nie potrzebujemy chyba twoich relacji z wprowadzania w życie książki pod tytułem „Trzysta pozycji z wykorzystaniem aluminiowej lampy i parasola”. Jest wystarczająco pikantnie — powiedziała Kasia wyrywając Migelowi papier z rąk.

— Wasza strata. Chciałem się tylko podzielić swoimi przeżyciami z poprzednich juwenaliów.

— No ja nie jestem zainteresowany — mruknąłem w jego kierunku.

— Spierdalaj Migel. Nie pasjonują nas twoje gejowskie przygody. Mamy dużo pracy — Kasia była nieugięta i dość wymowna.

— A, pamiętam chyba! — krzyknąłem oświecony. — Akademik. Juwenalia. Moja kolej. Więc polewam wódkę. I pytam się jego nowej, efektownej dziewczyny, którą widzę pierwszy raz na oczy, co studiuje. A ona mi na to, że nie studiuje. No to się pytam, gdzie pracuje. A ona mi na to, że nie pracuje. No to patrzę na nią i nie wiem co mówić. W końcu sama przerywa niezręczną ciszę twierdząc, że musi już iść, bo ma w poniedziałek sprawdzian ze środowiska. I że w zasadzie nie powinienem jej polewać, bo w świetle prawa alkohol jest dla niej zakazany.

— Tak! Szesnastka! — z dumą w głosie oznajmił Migel.

— Nie! Nie! Jesteś… Kurwa… No nie mam słów. Żenada — stęknęła Kasia ukrywając twarz w dłoniach. — Weź już wyjdź stąd proszę.

— Ale jaka niecierpliwa w łóżku była! Aj! Wierciła się jak taka… — Migel nie zdążył dokończyć zdania, gdyż degrengolada umysłowa naszej przyszłej pani socjolog osiągnęła stopień, w którym rzuciła w mojego kumpla plikiem sprawdzonych już ankiet. Migel zaśmiał się i chciał jeszcze dolać oliwy do ognia, ale finalnie powstrzymał się, opuścił pokój i zamknął drzwi.

— Naprawdę nie mam na to siły — zwierzyła mi się chwilę potem i udając łzy, śmiała się przez moment z głupoty naszego przyjaciela. — Jeszcze tylko czekam na moment, w którym powie nam, że kolekcjonuje zużyte prezerwatywy.

Migel potrafił podrywać dziewczyny i zaciągać je do łóżka. Na każdej randce napierdalał miłymi przymiotnikami jak Wit Stwosz dłutem w drewnie. Nie miał oporów. Nie miał wstydu. Był przystojny. Szarmancki. Niepoprawny zarazem. I bezpośredni. Nie miał stuprocentowej skuteczności. Ale i tak nie narzekał na swędzące jądra.

Ciekawe jak na swoje przygody będzie zapatrywał się za trzy, cztery wiosny. Gdy ja miałem dwanaście lat, byłem przekonany, że będąc pełnoletnim, za wszystkie pieniądze zarobione w pracy kupię sobie oranżadę, trzy kilogramy krakersów i będę grał całe dnie w gry komputerowe i nikt mi nie powie, że muszę iść spać albo robić lekcje. Jako dwudziestolatek myślałem sobie, że pozowanie do zdjęć, gdy pijesz z butelki wódkę to szczyt wspaniałości i życiowej wolności. Myślałem, że wiem o kobietach już wszystko i że jedynie mogę być mądrzejszy wiedzą, ale już nie sposób być bardziej inteligentnym, wygadanym, elokwentnym. Że poziom maksimum został już osiągnięty. A nie został, o czym przekonałem się będąc dwudziestodwulatkiem i łapiąc się za głowę przeglądając stare fotografie. I teraz z doświadczenia wiem, że za rok będę mądrzejszy, dojrzalszy i będę patrzył być może na imprezy, związki czy pieniądze zupełnie innymi kategoriami, które teraz są dla mnie tak odległe jak Biała Podlaska.

Ciekawe, czy poziom maksimum w ogóle istnieje. Ale każdy rocznik jest potrzebny, by do owego poziomu dążyć. Wiedzieć, gdzie czyha wróg i na co i kogo uważać w kolejnych odcinkach życia.


IV

Sylwester nigdy nie wpływał na mnie dobrze. Takie picie dla samej idei picia, nawet gdy pić ci się nie chce, potęguje atmosferę, w której zaczynasz całą tę zabawę. A jako iż od samego rana chodziłem z myślą, że mało co ma sens, z takim też nastrojem wpadłem w Nowy Rok. I niby ten pierwszy dzień po owym piciu jest wolny, ale kolejnego wpadasz już w wir paskudności pracy, szkoły, uczelni… W moim przypadku ten ostatni wir jest wirem właściwym. Mówili, że nic się na studiach nie robi, mówili, że po korytarzach przelatują piękne panny, mówili, że studenckie imprezy to najpiękniejsze chwile życia, a studenckie mieszkanie to przygoda. A tymczasem studia to liceum, panny kochają rozciągnięte swetry, a w mieszkaniu oprócz alkoholu musisz mieć też pastę do zębów, pastę do butów, cukier waniliowy, sól, szampon, papier toaletowy… i z dwustu złotych odłożonych „na przyjemności” zostaje ci pięćdziesiąt groszy, za które musisz się przez miesiąc najeść.

I choć mój uniwersytet jest topowy, to tak naprawdę ani sobie nie używam życia, ani tak naprawdę za dużo to też nie wiem. I po co ludzie tworzyli taki wizerunek tego całego studiowania? Zwaliła się cała horda nastolatków urwanych spod opieki rodziców, której głównym celem jest wygranie w akademickich mistrzostwach picia wina, a oprócz tego, celem zgoła pobocznym, jest upić się bez okazji, a kolejnym celem jest jak najszybciej wstać i zacząć pić. Daleko szukać potwierdzenia tezy nie muszę. A najczęściej wyświetlanymi stronami w akademiku są witryny pornograficzne. I ta duma! Jakże oni są z tego dumni! Jakże ich to bawi! Pogratulować.

Wszystkim im przydałoby się małe postanowienie noworoczne – przestanę studiować. Poszliby do pracy i przepijali własne pieniądze, a nie pieniądze ich rodziców. Czasowo wyszłoby na to samo. Może by docenili, że ich rodzicielka użera się z bandą gimnazjalistów ucząc ich biologii i sprawdzając w nocy kartkówki, a oni za ten trud kupują kratę piwa. Gdy ich rodzice na sąsiedzkim wieczorku pękają z dumy, jaki to dobry uniwersytet opłacają swoim pociechom, ich pociechy trzymają nad klozetem za głowę inne pociechy, których rodzice (…). Kółko się zamyka.

Tymczasem moje postanowienie jest proste: nie mieć postanowień. Tak naprawdę, gdybym potrafił się zmienić w jakiejś kwestii lub coś naprawić, mógłbym to zrobić ot bez okazji. Zacząć moje drugie życie w listopadowy wieczór i już. A ja i tak będę szczery w stosunku do innych, co nie wiedzieć czemu, ludzie nazywają chamstwem. Czy prawda może być chamstwem? Jeżeli twoje spodnie wyglądają jakby je używano przy kopaniu dołów pod komunistyczne molochy, to dlaczego mam ci mówić, że ślicznie wyglądasz?! A twe koleżanki słodzą, uśmiechają się i sprawiają, że nigdy nie dowiesz się, jak śmieją się z ciebie wszystkie chłopaki na kampusie. Ja tym ludziom pomagam! A oni wyzywają mnie od chamów. Na uczelni są więc tylko dwie grupy osób. Ci, którzy są moimi przyjaciółmi oraz ci, którzy mnie nienawidzą. Należałoby w tym miejscu dodać, że grupa druga jest grupą dominującą.

Absolutnie dobiły mnie jednak tradycyjne, noworoczne Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich, które zawsze odwracały uwagę od problemu kaca przy rodzinnym stole z rosołem. Chyba mi na złość musiał je wygrać trzynastoletni zawodnik. Trzynaście lat! I został wicemistrzem Polski! I skoczył dalej od tych wszystkich cwaniaków, co poczęli się w chałupce dozorcy skoczni i mają za sobą czterdziestoletni staż. Chodzi jeszcze do podstawówki albo do pierwszej gimnazjum, jeszcze nosi dzienniczek z ocenami i kalesony zimą, jeszcze dzieli szatnię z dziewczynami na wychowaniu fizycznym, a już coś osiągnął, już dzieci internetu poświęcają mu komentarze, już jest „wschodzącą gwiazdą”. On już wie, co ma robić w życiu, zrobił pierwsze ku temu kroki. JUŻ! Nawet jeśli coś nie wyjdzie, jeśli przegra, to nie będzie mógł zarzucić sobie, że nie spróbował.

A ja? A wszyscy moi kumple? Stoimy w miejscu i tylko snujemy przy piwie plany, co zrobić, żeby być sławnym i bogatym. Żeby nie być Kowalskim z bloku, który wraca z nudnej roboty i ogląda telewizję. A rano wstaje i idzie do nudnej roboty. A w weekend nie idzie do roboty, ale ogląda telewizję. W czasie urlopu jedzie do Międzyzdrojów i je gofry ze śmietaną i ananasem. I z frudżeliną oczywiście, choć osobiście boję się zawsze zamówić. Nie dlatego, że frudżelina wygląda nieapetycznie, ale dlatego, że nie wiem jak to wymówić. Tak jak jest napisane? Czy tak jakoby z francuska? Tak: fr(francuskie r)ugg(h)ellyn(a)?

Dla mnie kluczem jest słowo wicemistrz. W czym ja jestem wicemistrzem? Nie muszę być wicemistrzem Polski, ale samym wicemistrzem! W snuciu planów ewentualnie jestem wicemistrzem.

Planowałem zrobić kabaret, nagrać piosenkę, zostać królem wideoklipów, sprzedawać cegły zamiast kamer na aukcjach, produkować koszulki, handlować zniczami… Tylko kiedy, się pytam? Kiedy wreszcie zacznę coś robić? Próbować? Nie wyjdzie w tym, w tym, w tym… Może chociaż w tamtym się uda. Tylko trzeba się zebrać, zacząć, zacząć, zacząć.

Przyczyną tej rozkminy: cisza. Przyczyną ciszy: kac. Przyczyną kaca: picie. Przyczyną picia: rozkmina. A sylwester źródłem.


V

Tylko nie śnieg! Autobusy wolniej jeżdżą, ślizgam się jak debil w moich płaskich butach i jest nienaturalnie biało jak w banku spermy. A później z tego „białego puchu” zrobi się wielka błotna sraka i moje (paradoksalnie!) białe buty będę musiał szorować dzień w dzień. Nie noszę bowiem w ogóle z zasady zimowych butów. Nawet takowych nie posiadam. Zimowe buty zazwyczaj nie pasują do reszty ubioru. A buty są ważne.

Pomyślałem, że po sylwestrowej depresji humor może mi poprawić tylko wizyta u Markeza. Dlaczego Markez został Markezem? Za podwórkowych czasów, kiedy nie było komputerów i grało się w piłkę, każdy z nas miał swojego futbolowego idola. Gwiazdami największego formatu tamtych czasów był Luis Figo, Ronaldo, Davor Suker, Gabriel Batistuta! A mały Łukaszek szalał za Marquezem. Marquez, Marquez, Marquez. Nie wiadomo dlaczego. Podejrzewam, że to przez musli. Dla mnie jako małolata musli było zbieraniną wszystkiego, co było zbyt słabe jakościowo, żeby trafić do osobnych paczek. I mówiłem Łukaszowi wtedy: „Nie jedz tych śmieci!”. A on wpierdalał na potęgę. I odbijało mu przez to czasami. „Marquez” był tego najlepszym przykładem.

Jakoś dobrze wpływa na mnie jego totalnie bezproblemowe podejście do życia i opowiastki nie z tej ziemi. Że spóźnił się 26 godzin na spotkanie o pracę, że uciekał po lodzie przed strażnikami miejskimi i że nie poznał swojej dziewczyny, bo był bez okularów.

Śniadanie, piwo, szybka runda w rzutki… I standardowa myśl. Przecież wykłady są nieobowiązkowe. Jeszcze tyle okazji by pojawić się na nich do zakończenia semestru… Dobra. Nie idę. Więc robimy obiad. Na ćwiczenia pójdę. Piwo, obiad, piwo. I spóźniłem się na zajęcia. Trzy minuty. Dosłownie trzy minuty. Z ręką na sercu. Trzy minuty! Do profesora Miłoruna nie należy się jednak spóźniać. Jak pomyślę o jego moralnej nauce, karnym odpytywaniu z treści poprzednich wykładów i zaszczytnym miejscu w pierwszej ławce… Czyste samobójstwo wejść tam spóźnionym. Niewiele osób ma w sobie tyle odwagi i bezczelności zarazem. Naturalnym więc biegiem rzeczy było pogodzenie się z trzecią nieobecnością i półtoragodzinne czekanie na kolejne zajęcia, gdzie… nikt nie przeczytał obowiązkowych tekstów, pocieszając się, że chórem powiemy: „No pani doktor, jest po świętach przecież!”.

Pani doktor miała to jednak w dupie.

Posypały się więc nieobecności, służące jako zamiennik nieprzygotowania i finalnie spędzając cały dzień na uczelni lub choć w jej obrębie, wyszło na to, że dzisiaj w wykładowych kartach obecności nie figuruję. Zajebiście.

Naprawdę często doszukiwałem się różnic między liceum, a moimi studiami. W końcu zaprzestałem owych poszukiwań. Kolokwia to tak naprawdę sprawdziany, wejściówki to kartkówki, a egzamin to matura. Fakt, można mieć dwie nieobecności. To jednak dość niewiele jak na pół roku uczęszczania na zajęcia i akcje dzisiejszego typu. A spróbuj zachorować! Kiedyś akademicki lekarz na moją gorączkę i łamanie w kościach powiedział, że taka choroba, to nie choroba i że zwolnienia nie będzie. Chodzą plotki, że pokój numer dwieście w domu studenckim numer osiem potrafi za kilka banknotów tworzyć całkiem zgrabnie wyglądające zwolnienia, jednak ja nie należę do osób wykorzystujących takie formy pomocy.

Albo inaczej. Wtedy nie należałem. Z czasem wszystko się zmieniło. Uznałem, że skoro uniwersytet ma mnie za zero absolutne, to nie czuję się moralnie zobligowany do bycia uczciwym studentem. We wszystkich amerykańskich filmach o studentach to właśnie uniwersytet jest dla studentów. U nas to studenci są dla uniwersytetu. Jesteś jednym z 45 tysięcy ziarenek, które w każdej chwili można szpadlem wykopać, gdyż na zapleczu leży już kolejny wór ziarna, który chętnie zajmie twoje miejsce w glebie.

Czy to naprawdę tak trudno przyjąć jednego studenta, który potrzebuje tylko jednej parafki, w nieregulaminowym czasie? Kiedy profesor i tak pije herbatę i nic nie robi? Dla niego trudno, więc odsyła cię na dyżur, który ma za cztery dni, w czasie, kiedy ty akurat masz zajęcia. Czy to tak naprawdę trudno przyjść na umówioną miesiąc wcześniej godzinę egzaminu? Dla wykładowcy trudno, więc spóźnia się 45 minut, a potem się spieszy i połowa osób musi przyjść w innym terminie. Czy to naprawdę trudno przeprowadzić spotkanie albo rozmowę i wywiesić komunikat o obowiązkowych zapisach na zajęcia? Widocznie trudno, znacznie trudniej, niż przyjmować potem czterystu studentów, którzy nieświadomie wyjechali sobie na wakacje i nie zdążyli się zarejestrować.

Wykładowcy spóźniają się na godzinny dyżur 45 minut, nie zwracając uwagi na tych, którzy czekali od rana, a i tak nie załapali się w kolejkę. Robią egzaminy w czasie posesyjnym, bo „nie mają czasu”. A potem się dowiadujesz, że profesor wyjechał na narty. Nie przychodzą na umówione spotkanie „bo zapomnieli”. Zarządzają zajęcia w ostatni dzień przed świętami i tuż po świętach, tak że z dojazdem i powrotem spędzisz w domu kilkanaście godzin. Wpierdolisz śledzia, przełamiesz się opłatkiem, zabierzesz ukradkiem cały szampon z domowej łazienki i czas wracać do akademika.

I nie obchodzi ich, że masz zajęcia w terminie dyżuru, że ktoś ci zachorował, że byłeś na pogrzebie, że mieszkasz tysiąc kilometrów stąd, że czekasz od rana, że jesteś na liście, że masz obecności, że masz zwolnienie, że cię okradli, że złamałeś nogę, że pranie nie wyschło przed wyjściem. „To nie mój problem” – słyszysz to na każdym kroku. Nie czuję się więc w żaden sposób zobligowany by być uczciwym wobec nich, skoro oni w wielu przypadkach, nawet w oczywistych kwestiach, potrafią cię wykpić i jeszcze w ramach odwetu skierować na poprawkę.

Teoretycznie najlepiej jest więc przyjąć taktykę cichego wyjebywacza. Co się czai, przyczai, pochodzi, odezwie raz czy dwa, schludnie wygląda, prosto siedzi, nie robi problemów, o nic nie pyta, czekając aż zapytają inni. Być człowiekiem olewaczem? Zbyt ryzykowne. Zaraz ci jakiś profesor zwróci uwagę, że krzywo siedzisz, jesteś bezczelny, arogancki, ubrany jak na piknik. Odzywać się i zgrywać aktywnego członka wolontariatu? Jest zabawa, ale to idzie z kolei w parze z uczeniem się. Od takiego więcej się wymaga, taki powinien wiedzieć wszystko, do takiego każdy podchodzi i pyta się, kiedy jest termin egzaminu. Także też odpada.

Jestem zdecydowanie cichym wyjebywaczem. Niczym nie wyróżniającym się spośród trzystu tysięcy studentów człowiekiem. Tu ściągnę, tam skseruję, tu się podłączę, tam usłyszę… Jakoś mi idzie dość bezproblemowo. Gdy zagadnień na egzamin jest sto sześćdziesiąt, ja uczę się tylko dziesięciu pierwszych. Losuję numer dwa i dziewięć, podczas gdy inni wkuwając prawie wszystko, wpadają na sto pięćdziesiąt sześć, do którego oczywiście nie zdążyli dotrzeć. Nic nie uczę się na kolokwium, które okazuje się być testem i w ostatnich dwudziestu sekundach do profesora ktoś dzwoni. On się odwraca, szuka telefonu, wyłącza go i patrzy się gwałtownie na moją kartkę. A tam już dwadzieścia poprawnych odpowiedzi. Przychodzę na jakiś przypadkowy wykład (pierwszy raz), a tam siedzi tylko siedem osób i doktor stwierdza, że z tej okazji wszyscy mają już zaliczenie. Przez przypadek siadam obok zdającego wcześniej kolegi i spisuję pytania. Wchodzę z najmądrzejszą koleżanką na egzamin i gdy ona mówi, kiwam głową z aprobatą. Potrafię – w zależności od upodobań profesorów – być komunistą, chrześcijaninem, ateistą, antysemitą, rasistą, przeciwnikiem dyskryminacji, zagorzałym fanem futbolu, obrońcą praw kobiet albo sprzedać bajkę jak mi się ciężko żyje. I żółwiem Ninja mogę być, jeśli zajdzie potrzeba. Raz nawet dostałem wypełniony test, który oddałem po dwudziestu sekundach z wyraźnym zgorszeniem na twarzy. Tyle czasu jednak wystarczyło, by poznać odpowiedzi i je później powielić. Generalnie: życie mnie kocha.

Przynajmniej na uczelni. Na co dzień jest z tym różnie. „Z dniem 2 stycznia ulega zmianie rozkład jazdy i zostaje zmniejszona częstotliwość kursowania autobusu linii numer 71”. Taka kartka przywitała mnie na przystanku, z którego dzień w dzień w kierunku naszego domostwa odjeżdżała zardzewiała i przegubowa karoca marki Jelcz.

Jaka jest pierwsza, pięcioliterowa myśl każdego Polaka w takim momencie? Nikt mi nie powie, że wypowiedziałby inne słowo. Nie uwierzę. To naturalna i bezwarunkowa reakcja. Finalnie to już wolę jednak siedzieć na przystanku pół godziny dłużej, niż podchodzić trzy razy do egzaminu.

Nagle z letargu i komunikacyjnego wkurwienia obudził mnie głos osobnika urodzonego znacznie wcześniej niż ja, mruczącego pod nosem do nie wiadomo kogo. Ale wymownie patrzył się w moim kierunku. Nie wiem dlaczego.

— Ci młodzi bezczelnie wyglądają. W letnich butach. Taki mróz. A w półbucikach tylko. Bezczelni. Aroganccy.

O co mu chodzi? Nie wiem. Dlaczego na mnie patrzy? Nie wiem. Co mają buty do arogancji? Nie wiem. I niby jestem bezczelny tak? Bo siedzę? Bo marznę? Za dobrze wyglądam pewnie. Na najedzonego. A to nie przystoi studentowi.

W końcu ten sam dziadek podchodzi do mnie i pyta, jakby tej chwili przed chwilą nigdy nie było:

— Panie, pan mi powie… co to znaczą te literki? Bo jest tutaj 19:45 fcA, a ja tych małych z dołu nie doczytam panie, okularów nie zabrałem…

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.