Trzej muszkieterowie, tom I-III - Aleksander Dumas - ebook
Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzej muszkieterowie, tom I-III - Aleksander Dumas

Opowieść o królewskich muszkieterach, której akcja toczy się w XVII-wiecznej Francji, na dworze króla Ludwika XIII. Atos, Portos i Aramis oraz ich młody przyjaciel d`Artagnan próbują pokrzyżować plany podstępnego kardynała Richelieu. Na ich drodze staje także uwodzicielska Milady de Winter. Misja powierzona muszkieterom przez królową Annę Austriaczkę wymaga wielu poświęceń i sprytu. Czterem przyjaciołom często zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak chroni ich przyjęta dewiza życiowa: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Jedna z najlepszych powieści z gatunku płaszcza i szpady. Autor opisał dalsze losy głównych bohaterów w Trzech muszkieterach. 20 lat później.

Opinie o ebooku Trzej muszkieterowie, tom I-III - Aleksander Dumas

Fragment ebooka Trzej muszkieterowie, tom I-III - Aleksander Dumas







Tytuł oryginału

Les trois mousquetaires

Przekład

Klemens Łukaszewicz

Redaktor serii

Iwona Misiak

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl


Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu

===Cm1m5neM3x744QXBbs7MIA==




Tom 1

===Cm1m5neM3x744QXBbs7MIA==


I | Trzy podarunki pana d’Artagnana ojca

W pierwszy poniedziałek kwietnia 1625 roku miasteczko Meung wydawało się tak wzburzone, jak gdyby hugenoci (nazwa protestantów francuskich, głównie kalwinów, funkcjonująca w XVI i XVII w.) chcieli zrobić z niego drugą La Rochelle(miasto we Francji nad Zatoką Biskajską. Od II połowy XVI w. ośrodek i najważniejsza twierdza hugenotów. W 1627 r. mieszkańcy zbuntowali się przeciwko polityce kardynała Richelieu, sprzymierzając się dodatkowo z Anglią. Spotkało się to z odpowiedzią wojsk królewskich, które w 1628 r. po 15 miesiącach oblężenia przyjęły kapitulację miasta.).Wielu mieszkańców, na widok uciekających kobiet, słysząc krzyk dzieci na progach domów, z pośpiechem przywdziewało zbroje, a wsparłszy nieco niepewną postawę muszkietem lub halabardą, biegło do zajazdu „Pod Wolnym Młynarzem”, gdzie gromadził się coraz większy tłum pełen ścisku, gwaru i ciekawości.

W tych czasach często zdarzały się takie sytuacje. Rzadko kiedy upłynęło kilka spokojnych dni, gdy nie słyszano o podobnych wypadkach w tym czy owym mieście. Panowie walczyli między sobą, król toczył wojnę z kardynałem, Hiszpan prowadził wojnę z królem. Wreszcie, oprócz tych wojen, cichych lub znanych wszystkim, tajemnych lub jawnych, porządek na świecie burzyli złodzieje, żebracy, hugenoci i najemnicy różnego autoramentu. Mieszczanie musieli się zbroić przeciwko złodziejom, służącym i najemnikom, często przeciw panom i hugenotom, czasem sprzeciwiali się królowi, ale nigdy nie walczyli przeciw kardynałowi i Hiszpanom. Dlatego w kwietniowy poniedziałek mieszkańcy Meung, nie widząc żółtej lub czerwonej chorągwi i barw księcia Richelie(książę Armand Jean du Plessis (1585–1642), polityk francuski, kardynał. Zaufany
króla Ludwika XIII, praktycznie rządził Francją, szczególnie od momentu powołania na pierwszego ministra (1624), miał wpływ na wzmocnienie międzynarodowej pozycji Francji.)
,
a słysząc hałas, szybko i tłumnie udawali się w stronę zajazdu „Pod Wolnym Młynarzem”. Tam bowiem każdy przybyły mógł zobaczyć i poznać powód tego zbiegowiska.

Młody człowiek… nakreślmy jego portret jednym pociągnięciem pióra: wyobraźcie sobie Don Kichota1 w wieku osiemnastu lat, Don Kichota rozbrojonego, bez pancerza, w wełnianym kaftanie, którego niegdyś intensywnie niebieski kolor zmienił się w jakiś niedający się określić odcień czerwonego wina i błękitu. Twarz młodzieńca była długa i smagła, miał wystające policzki i nadzwyczajnie rozszerzone mięśnie szczęk – oznaka chytrości. Wszystko to sugerowało Gaskończyka, nawet gdyby nie miał nakrycia głowy, a nasz młodzieniec miał beret ozdobiony jakimś piórkiem. Oczy otwarte i bystre, nos haczykowaty, ale zręcznie wyrzeźbiony. Nieznajomy zdawał się za duży na młodzieńca, za mały na dojrzałego mężczyznę. Ktoś niedoświadczony mógłby pomyśleć, że był jakimś podróżującym synem wiejskiego dzierżawcy, gdyby nie długa szpada zawieszona na skórzanym pasie, uderzająca go po łydkach, gdy szedł, i dotykająca zjeżonej sierści konia, gdy na nim siedział.

Bo nasz młodzieniec miał wyjątkowo zwracającego powszechną uwagę wierzchowca. Był to kucyk bearneński, dwunasto – lub trzynastoletni, żółtawej maści, z ogonem bez włosów i z naroślami na nogach. Koń ten, mimo iż idąc, zawsze trzymał głowę niżej kolan, co jednocześnie zwalniało jeźdźca z używania rzemienia, robił dziennie przynajmniej osiemnaście mil. Niestety, wszystkie zalety tego konia ustępowały miejsca osobliwej maści i dziwacznemu chodowi, tak że ci, którzy znali się na koniach, zobaczywszy przed kwadransem wjeżdżającego przez bramę Beaugency do miasta rumaka, przenieśli swe nie najlepsze wrażenia na jeźdźca.

Odczucia były tym przykrzejsze dla młodego d’Artagnana (tak się bowiem nazywał Don Kichot dosiadający tego nowego Rosynanta), że będąc dobrym jeźdźcem, czuł całą śmieszność, jaką okrywał go podobny rumak. Dlatego westchnął głęboko, kiedy d’Artagnan ojciec dawał mu ten prezent; wiedział bowiem, że taki koń wart był co najwyżej dwadzieścia liwrów. Natomiast słowa towarzyszące temu prezentowi były nieocenione:

– Mój synu – rzekł gaskoński szlachcic czystym akcentem bearneńskim, którego nigdy nie mógł pozbyć się Henryk IV. – Mój synu, ten koń urodził się w domu twojego ojca przed trzynastoma laty i do tego czasu ciągle w nim przebywał, co powinno przywiązać cię do niego. Nie sprzedawaj go nigdy, pozwól mu zakończyć życie ze starości, spokojnie i godnie. Jeżeli wyruszysz na nim na wojnę, oszczędzaj go i chroń, jakbyś chronił starego sługę. Jeżeli będziesz miał zaszczyt być u dworu – ciągnął dalej d’Artagnan ojciec – zaszczyt, którego jesteś godny ze względu na starożytność twojego szlachectwa, chroń godnie imię szlachcica, które twoi przodkowie nosili przez pięćset lat z chwałą dla ciebie i dla twoich. Przez „twoich” rozumiem naszych krewnych i przyjaciół. Słuchaj wyłącznie kardynała i króla. Dzisiaj szlachcic toruje sobie drogę jedynie odwagą i męstwem. Ktokolwiek zadrży, choćby tylko przez chwilę, może właśnie stracił szczęście, jakie daje mu los. Jesteś młody, powinieneś być odważny z dwóch przyczyn: po pierwsze jesteś Gaskończykiem, po drugie jesteś moim synem. Nie lękaj się okazji i szukaj nadzwyczajnych przygód. Nauczyłem cię posługiwać się bronią, potrafisz stać mocno i masz stalową pięść – potykaj się więc o byle co, pojedynkuj się, tym bardziej że pojedynki są zabronione i że tym sposobem podwójnie okazuje się odwagę i męstwo. Mój synu, mogę dać ci tylko piętnaście talarów, tego rumaka i rady, których w tej chwili wysłuchałeś. Twoja matka poda ci receptę na pewien balsam, podarowany jej przez Cygankę. Balsam ma cudowną moc leczenia wszystkich ran, które nie dotknęły serca. Korzystaj, ile możesz, ze wszystkiego i żyj długo i szczęśliwie. Jeszcze tylko jedną rzecz mam ci do powiedzenia. Pragnę przedstawić ci przykład, nie własny, ponieważ ja nigdy nie byłem na dworze, a walczyłem jako ochotnik tylko w wojnach religijnych. Przykład pana de Tréville, kiedyś mojego sąsiada, który jako dziecko miał zaszczyt bawić się z naszym królem Ludwikiem XIII2, którego niech Bóg ma w swej opiece! Kilkakrotnie zabawy ich zmieniały się w bitwy, a w tych potyczkach nie zawsze zwycięzcą był król. Otrzymywane ciosy napełniły króla wielkim szacunkiem i przyjaźnią dla pana de Tréville. Kiedy pan de Tréville udał się w swą pierwszą podróż do Paryża pojedynkował się pięć razy, a od śmierci króla nieboszczyka aż do pełnoletności młodego siedem razy – nie licząc wojen i oblężeń. Do dnia dzisiejszego pojedynkował się być może już ze sto razy. Teraz, pomimo edyktów, rozkazów i wyroków, jest kapitanem muszkieterów, groźnym niczym wódz legionów rzymskich, poważanym przez króla i szanowanym nawet przez kardynała, niebojącego się byle kogo. Dodam do tego, że pan de Tréville ma dziesięć tysięcy talarów rocznego dochodu, jest więc bardzo wielkim panem. Zaczął tak jak ty. Idź do niego z tym listem, naśladuj go, a może staniesz się takim jak on.

To mówiąc, ojciec d’Artagnana przepasał syna swoją szpadą, serdecznie pocałował w oba policzki i pobłogosławił.

Wychodząc z ojcowskiej komnaty, młodzieniec spotkał matkę, czekającą na niego ze sławnym przepisem na balsam, z którego, jak to się później okaże, bardzo często korzystał, stosując się do rad ojca. Z matką żegnali się dłużej i tkliwiej, nie dlatego bynajmniej, że pan d’Artagnan nie kochał swojego syna i jedynego potomka, ale będąc mężczyzną, uważał, że pozwolić się ogarnąć wzruszeniu jest niegodnym dzielnego męża. Tymczasem pani d’Artagnan była kobietą i przede wszystkim – matką. Płakała tak długo i rozpaczliwie, że d’Artagnan syn, mimo iż usiłował pozostać niewzruszonym, jak na przyszłego muszkietera przystało, rozpłakał się równie mocno nie kryjąc łez.

Jeszcze tego samego dnia nasz młodzieniec udał się w drogę, obdarzony trzema ojcowskimi podarunkami, na które składały się, jak już mówiliśmy: piętnaście talarów, kucyk i list do pana de Tréville. Wszystkie rady, jak się można domyślać, chłopak otrzymał jako dodatek.

Tak zaopatrzony na drogę d’Artagnan, zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru, był dokładną kopią bohatera Cervantesa, z którym słusznie go porównaliśmy, kiedy obowiązek historyka nakazał nam namalować jego portret. Jak Don Kichot brał wiatraki za olbrzymy, a owce za wojsko, tak d’Artagnan każdy uśmiech uważał za zniewagę, a spojrzenie za wyzwanie. Z tego powodu od Tarbes do Meung ciągle miał zaciśniętą pięść i średnio dziesięć razy na dzień chwytał za rękojeść szpady. Na szczęście ani pięść młodzieńca nie oparła się na żadnej szczęce, ani szpada nie musiała być wydobyta z pochwy. Oczywiście widok nieszczęsnego kucyka wywoływał śmiech na twarzach przechodniów, ale błyszcząca broń nakazywała szacunek, tym bardziej że nad żelazem owym błyszczał bardziej dziki niż wyniosły wzrok. Przechodzący powstrzymywali wesołość, a jeżeli przeważała ona nad rozsądkiem, starali się przynajmniej uśmiechać, niczym starożytne maski, jedną stroną twarzy. Tak więc d’Artagnan dotarł do miasta Meung, nie zmieniając swojej dumnej postawy.

Kiedy nasz podróżny sam zsiadał z konia przed zajazdem „Pod Wolnym Młynarzem”, nie doczekawszy się pomocy w podtrzymaniu strzemienia ni od gospodarza, ni też stajennego, dostrzegł w otwartym na dole oknie rozmawiającego z pilnie słuchającymi go dwiema osobami pięknego szlachcica o wyniosłej minie. D’Artagnan naturalnie doszedł do wniosku, że to on był przedmiotem rozmowy. Pomylił się tylko w połowie, tematem bowiem był jego osobliwy koń. Wydawało się, że szlachcic tak wybornie tłumaczy swoim rozmówcom zalety kucyka, że słuchający, wykazując wielki szacunek dla opowiadającego, co chwilę wybuchali śmiechem. Wiadomo, że nawet niewinny uśmiech drażnił naszego bohatera, łatwo zatem wyobrazić sobie, jakie wrażenie sprawiła na nim tak jawna wesołość.

Jednak d’Artagnan chciał najpierw dokładnie przyjrzeć się szydercy. Wlepił dumnie wzrok w nieznajomego i przekonał się, że był to człowiek w wieku lat czterdziestu lub czterdziestu pięciu, o czarnych i przenikliwych oczach, bladej cerze, silnie wystającym nosie i czarnych, starannie przystrzyżonych wąsach. Mężczyzna ubrany był w fioletowy kaftan i spodnie zdobione kokardami w tym samym kolorze i wypustkami, przez które widać było koszulę. Cały ubiór, chociaż nowy, wydawał się mocno wymięty, jak odzież długo przechowywana w podróży. Wszystkie te spostrzeżenia d’Artagnan poczynił z szybkością wprawnego tropiciela, wiedziony przeczuciem, które szeptało mu, że ten nieznajomy wywrze wielki wpływ na jego przyszłe życie.

Kiedy d’Artagnan wbił wzrok w szlachcica w fioletowym ubraniu, mężczyzna czynił właśnie najbardziej uczone i najgłębsze spostrzeżenia nad kucykiem bearneńskim. Jego dwaj słuchacze parskali śmiechem, nawet on sam, widocznie wbrew swojemu zwyczajowi, pozwolił sobie na nikły uśmiech. Tym razem nie ulegało wątpliwości, że d’Artagnan był rzeczywiście obrażany. Zdając sobie z tego sprawę, nasunął swój beret na oczy i naśladując dworzan królewskich, jakich udało mu się zobaczyć w czasie podróży po Gaskonii, posunął się naprzód, opierając jedną rękę na szpadzie, a drugą ujmując się pod bok. Na nieszczęście, w miarę jak się zbliżał, narastający gniew zaślepił go do tego stopnia, że dumna i w odpowiednim tonie przygotowana przemowa zmieniła się w potok prostackich obelg, któremu towarzyszyły wściekłe gesty.

– Hej! Mości panie! – zawołał. – Mości panie, ty, co się kryjesz za belką, tak, ty, powiedz mi, z czego się śmiejesz, a może będziemy się śmiali obaj!

Szlachcic powoli przeniósł spojrzenie z konia na jeźdźca, jak gdyby potrzebował czasu do zrozumienia, że to do niego skierowane były te niezwykłe słowa. Kiedy w końcu był już tego pewien, lekko marszcząc brwi i po dość długim milczeniu, z wyrazem ironii i całkowitego lekceważenia, odpowiedział:

Nie mówię do pana, mości panie.

– Ale ja mówię, ja – krzyknął ze złością młody człowiek, niesłychanie rozdrażniony tą mieszaniną zuchwalstwa i dobrych obyczajów, przyzwoitości i pogardy.

Nieznajomy mierzył go przez chwilę swoim na pół drwiącym spojrzeniem. Oddalił się od okna, wyszedł z izby i stanął przed koniem, dwa kroki od d’Artagnana. Jego spokojna postawa i szyderczy wyraz twarzy podwoiły jeszcze wesołość stojących przy oknie towarzyszy rozmowy. D’Artagnan, widząc go zbliżającego się ku sobie, wydobył część szpady z pochwy.

– Ta szkapa jest, czy raczej była w młodości, koloru zgniłej pomarańczy – mówił nieznajomy, prowadząc dalej zaczęty wywód i odwracając się ku swoim słuchaczom w oknie, nie zwracając wcale uwagi na gniew d’Artagnana, ustawiającego się między nim a słuchającymi. – Jest to barwa bardzo często spotykana w świecie roślin, ale jak dotąd niezauważona u koni.

– Tylko ten żartuje z konia, kto nie odważyłby się kpić z jego z pana! – zawołał z całą wściekłością ten, który miał być następcą pana de Tréville.

– Mości panie, jeśli zdołałeś to zauważyć – rzekł nieznajomy – nie za często się śmieję, ale chcę mieć prawo śmiać się, kiedy mam na to ochotę.

– A ja – zawołał d’Artagnan – nie życzę sobie, by śmiano się, gdy mi się to nie podoba!

Doprawdy? – rzekł znów nieznajomy, jeszcze spokojniej niż wcześniej. – Ach! Tak, ma pan zupełną rację.

I odwróciwszy się, chciał wejść do zajazdu, w bramie którego stał osiodłany koń. Ale d’Artagnan nie był z tych, którzy puszczają wolno kpiących z niego ludzi! Wyciągając szpadę, biegł za nim, krzycząc:

– Odwróć się, odwróć, panie żartownisiu, żebym cię nie popukał po grzbiecie!

– Mnie uderzyć, mnie! – rzekł tamten, odwracając się i patrząc na młodzieńca jednocześnie ze zdziwieniem i pogardą. – Mój kochany, jesteś albo głupi, albo szalony!

Po czym dodał pod nosem, jakby mówił sam do siebie:

Co za szkoda, co za odkrycie dla Jego Królewskiej Mości, który wszędzie szuka walecznych muszkieterów do swojego oddziału!

Ledwo skończył mówić te słowa, gdy d’Artagnan wymierzył szlachcicowi tak silne pchnięcie, że gdyby ten nie uskoczył w tył, może żart ten byłby jego ostatnim. Wówczas dopiero nieznajomy przekonał się, że przekroczone zostały granice żartu, wyciągnął szpadę i stanął do pojedynku. Ale w tej chwili jego dwaj słuchacze w towarzystwie gospodarza oberży wpadli na d’Artagnana z kijami, łopatą i kleszczami. To spowodowało tak nagłą zmianę w natarciu, że gdy d’Artagnan stanął, bronił się i odpierał grad ciosów, nieznajomy schował broń do pochwy i z walczącego, którym miał być przed chwilą, stał się widzem walki, mrucząc po cichu:

– Diabli nadali tych Gaskończyków! Wsadźcie go na tego pomarańczowego konia i niech sobie jedzie dalej.

– Nie wcześniej, dopóki cię trupem nie położę, tchórzu! – krzyczał d’Artagnan, broniąc się, jak mógł, i nie ustępując ani na krok przed swoimi trzema przeciwnikami, którzy nie żałowali mu ciosów.

– Znowu gaskonada – mruknął szlachcic. – Na honor, ci Gaskończycy są niepoprawni. Panowie, potańczcie z jego szpadą, skoro tego chce koniecznie. Kiedy się zmęczy, sam powie, że ma dosyć.

Ale nieznajomy nie wiedział, z jak upartym człowiekiem miał do czynienia. D’Artagnan należał do ludzi, którzy nigdy nie proszą o łaskę.

Walka trwała jeszcze jakiś czas, aż wreszcie d’Artagnan upuścił szpadę, złamaną na pół kijem. Następne uderzenie w czoło przewróciło go na ziemię – padł prawie bez zmysłów, obficie brocząc krwią.

W tej właśnie chwili ludzie zbiegli się ze wszystkich stron na miejsce widowiska. Właściciel oberży, obawiając się rozgłosu, wniósł przy pomocy pachołków rannego do kuchni, gdzie zajęto się nim pobieżnie.

Szlachcic o dumnym obliczu zajął swoje miejsce przy oknie, spoglądając z niezadowoleniem na tłum, który gromadząc się dokoła, wydawał się mu nieprzychylny.

– I co! Jak się ma ten zapaleniec? – zawołał, odwracając się do gospodarza, który właśnie otwierał z hałasem drzwi, chcąc dowiedzieć się o jego zdrowie.

Czy Ekscelencja dobrze się czuje? – zapytał gospodarz.

– Ja czuję się wybornie, mój kochany gospodarzu, pytam cię natomiast o zdrowie naszego młodego człowieka.

Lepiej – rzekł gospodarz. – Leży bezwładnie.

Doprawdy? – zawołał szlachcic.

Ale zanim stracił zmysły, zebrał wszystkie siły, wyzywając Ekscelencję.

– Ależ to istny diabeł w ludzkiej skórze! – zawołał nieznajomy.

– O nie, Wasza Ekscelencjo, to nie diabeł – odpowiedział gospodarz z grymasem pogardy. – Kiedy podczas omdlenia przeszukaliśmy go dokładnie, miał w bagażu tylko jedną koszulę, a w sakiewce jedenaście talarów. Mimo to, mdlejąc, mówił, że gdyby podobny wypadek spotkał go w Paryżu, Wasza Ekscelencja pożałowałaby tego natychmiast, gdy tymczasem miejsce dzisiejszego starcia spowoduje, że pożałuje Pan później.

– A więc – rzekł obojętnie nieznajomy – to musi być jakiś przebrany książę.

– Uważam, Ekscelencjo, że powinien Pan być baczny i ostrożny.

– Czy w swoim gniewie nie wymienił jakiegoś nazwiska?

– Owszem, uderzył się po kieszeni i powiedział: „zobaczymy, co pan de Tréville pomyśli o zniewadze wyrządzonej jego protegowanemu!”.

– Pan de Tréville? – rzekł, zamyślając się, nieznajomy. – Uderzał się w kieszeń, wymawiając nazwisko pana de Tréville?… Mój gospodarzu, jestem pewien, że gdy ten młokos leżał zemdlony, dowiedziałeś się, co on ma w kieszeni. Co tam znalazłeś?

List zaadresowany do kapitana muszkieterów, pana de Tréville.

– Naprawdę?

– W rzeczy samej, Ekscelencjo.

Gospodarz, niezbyt grzesząc rozumem, nie zauważył wrażenia, jakie zrobiły na Ekscelencji jego słowa i jak nieznajomy zmienił się na twarzy. Odsunął się od okna, o które dotąd opierał się na łokciu, i zmarszczył brwi jak człowiek czymś bardzo zaniepokojony.

Do diabła! – mruknął cicho. – Czyżby to Tréville przysłał mi tego Gaskończyka? Jest bardzo młody. Ale pchnięcie jest zawsze pchnięciem, bez względu na to, kto je zadaje. Mniej się mamy na baczności przed dzieckiem niż dorosłym człowiekiem. Czasem mała przeszkoda na drodze może udaremnić ważną misję.

Nieznajomy myślał cicho przez kilka minut.

– I co, gospodarzu? – rzekł po chwili – czy uwolnisz mnie od tego szaleńca? Nie miałbym sumienia zabijać go, a jednak – dodał z zimną groźbą w głosie – jednak mi zawadza. Gdzie on leży?

– Na pierwszym piętrze, w pokoju mojej żony, gdzie jest opatrywany.

– Czy odzież i rzeczy podróżne ma przy sobie? Nie zdjął kaftana?

– Przeciwnie, wszystkie jego manatki są na dole w kuchni. Ale ponieważ ten młody szaleniec sprawia przykrość Waszej Ekscelencji…

– Zgadza się. Wywołał obok twojego domu zbiegowisko, gorsząc uczciwych ludzi. Toteż idź do siebie, przygotuj dla mnie rachunek i zawiadom mojego służącego.

Jak to, Ekscelencja opuszcza nas już?

– Wiesz przecież o tym, ponieważ kazałem ci osiodłać mojego konia. Czy nie spełniono mojego rozkazu?

Wykonano i, jak Wasza Dostojność zapewne widział, koń stoi przed bramą, gotowy do drogi.

– A więc zrób to, co ci powiedziałem.

Hm – mruknął do siebie gospodarz. – Czyżby się tak obawiał tego malca?

Ale rozkazujące spojrzenie nieznajomego przerwało jego domysły. Ukłonił się nisko i wyszedł.

– Trzeba się postarać, aby Milady nie widziała tego panicza – mówił dalej nieznajomy. – Pewnie długo tu nie pobędzie, zwłaszcza że i tak się spóźnia. Lepiej będzie, kiedy wsiądę na konia i wyjadę naprzeciw niej… Żebym tylko wiedział, co zawiera ten list do pana de Tréville…

Tymczasem gospodarz, będąc pewnym, że to obecność młodego Gaskończyka wygania nieznajomego z oberży, poszedł do pokoju żony, gdzie zastał przytomnego już d’Artagnana. Wytłumaczył mu, że straż miejska mogłaby obejść się z nim surowo za kłótnię z wielkim panem, którym nieznajomy niewątpliwie był, i nakłonił młodzieńca, by wstał i mimo cierpienia udał się w dalszą drogę. D’Artagnan, trzęsąc się bez kaftana, z obwiązaną głową, wstał i popychany przez gospodarza zaczął schodzić na dół. Kiedy wszedł do kuchni, pierwszą osobą, którą zobaczył, był jego napastnik, najspokojniej w świecie prowadzący rozmowę, stojąc na stopniu karety zaprzężonej w dwa wielkie normandzkie konie.

Osoba, z którą rozmawiał i która wychylała się właśnie przez okno karety, była dwudziesto – lub dwudziestodwuletnią kobietą. Mówiliśmy już o tym, że d’Artagnan szybko i dokładnie analizował wyraz twarzy ludzi, zauważył więc na pierwszy rzut oka, jak kobieta była młoda i piękna. Uroda jej tym bardziej go zainteresowała, gdyż w południowych krainach, w których do tej pory przebywał, nie spotkał się jak dotąd z takim zjawiskiem. Była to kobieta o delikatnej, bladej cerze i jasnych włosach skręcających się w długie, opadające na ramiona loki. Oczy miała bladoniebieskie, a różane usta i alabastrowa ręka dodatkowo dodawały jej wdzięku. Żywo rozmawiała z nieznajomym.

– Więc Eminencja rozkazuje mi… – mówiła dama.

– Wrócić natychmiast do Anglii i uprzedzić go niezwłocznie, gdyby książę opuszczał Londyn.

– A inne instrukcje? – zapytała piękna podróżna.

– Zamknięte są w tej szkatułce, którą otworzy pani dopiero po tamtej stronie kanału La Manche.

– Bardzo dobrze. A pan co zamierzasz robić?

Ja wracam do Paryża.

Nie dając młodzieniaszkowi nauczki? – zapytała dama.

Nieznajomy już miał odpowiedzieć, ale w chwili gdy otworzył usta, d’Artagnan, który usłyszał wszystko dokładnie, stanął w progu i zawołał:

Ten młodzieniec da nauczkę innym! Mam nadzieję, że tym razem ten, któremu się ona należy, nie wymknie mi się jak wcześniej!

Nie wymknie się? – powtórzył nieznajomy, marszcząc brwi.

– Nie, sądzę, że nie okażesz się, panie, tchórzem w obecności kobiety.

– Zastanów się – zawołała Milady, widząc szlachcica chwytającego za szpadę. – Pomyśl, że najmniejsze opóźnienie może wszystko zepsuć!

– Ma pani rację – odrzekł szlachcic. – Niech więc pani jedzie w swoją stronę, a ja jadę w swoją.

I pożegnawszy damę skinieniem głowy, wskoczył na konia, podczas gdy woźnica zaciął silnie parę normandów. Dwoje rozmawiających ruszyło galopem, każde w przeciwną stronę.

– A pański rachunek? – krzyknął głośno gospodarz, którego przywiązanie do podróżnego zmieniło się w głęboką pogardę, widząc, że oddala się, nie zapłaciwszy należności.

– Zapłać, trutniu! – krzyknął podróżny do swego służącego, który rzucił pod nogi gospodarza dwie albo trzy sztuki srebra i puścił się cwałem za swoim panem.

Ty nikczemny tchórzu! Marny szlachcicu! – wrzeszczał d’Artagnan, pędząc za służącym.

Ale ranny był jeszcze zbyt osłabiony, aby wytrzymać podobny bieg i wstrząsy. Ledwo ubiegł dziesięć kroków, zadzwoniło mu w uszach, zaćmiło go, oczy zaszły mgłą i upadł na środku ulicy, wołając jeszcze:

– Podły tchórz! Podlec!

– Rzeczywiście, musi być wielkim tchórzem – mówił cicho gospodarz, zbliżając się do d’Artagnana i pragnąc tym pochlebstwem pojednać się z biednym chłopcem, jak czapla z bajki ze swoim ślimakiem.

– Tak, podły – szeptał d’Artagnan – ale ona jest piękna!

Co za „ona”? – zapytał gospodarz.

Milady – szepnął d’Artagnan.

I zemdlał powtórnie.

– Mniejsza o to – rzekł gospodarz. – Wprawdzie straciłem tamtych dwoje, ale zostaje mi przynajmniej ten, którego zatrzymam przez kilka dni. Zawsze to jedenaście talarów zarobku!

Wiadomo, że właśnie tyle miał d’Artagnan w swoim woreczku.

Gospodarz liczył na to, że choroba potrwa jedenaście dni, więc licząc po talarze dziennie, młodzieniec zostawi u niego cały swój majątek. Sęk w tym, że rachunek był zrobiony bez właściciela. Nazajutrz o piątej rano d’Artagnan wstał, sam zszedł do kuchni, zażądał pewnych składników, których wyliczanie mijałoby się z naszym celem, wina, oliwy i rozmarynu. Trzymając w ręku receptę swojej matki, przyrządził sobie balsam, którym natarł liczne rany, i sam, nie chcąc pomocy żadnego lekarza, zmienił bandaże. Dzięki skuteczności cygańskiego balsamu, a może też dlatego, że nie było żadnego doktora, tego samego wieczora d’Artagnan czuł się już dużo lepiej, a nazajutrz był zupełnie zdrów.

Ale kiedy przyszło do opłacenia tego rozmarynu, oliwy i wina, jedynego wydatku pana, który z oszczędności stosował ścisłą dietę, gdy tymczasem jego żółty koń zjadł trzy razy tyle, ile mógł zjeść, sądząc z jego wzrostu, więc kiedy przyszło do zapłaty, d’Artagnan znalazł w kieszeni tylko aksamitny woreczek z jedenastoma talarami. List do pana de Tréville zniknął bez śladu.

Na początku młodzieniec zaczął cierpliwie szukać listu, szukał w kieszeni i w sakwie podróżnej, otwierając i zamykając woreczek. Kiedy się ostatecznie przekonał, że listu nie ma, wpadł po raz trzeci w taką wściekłość, że omal nie trzeba było ponownie używać wina i oliwy. Gospodarz, widząc tego zapaleńca unoszącego się gniewem na nowo i grożącego, że potłucze wszystko w całym domu, jeżeli listu nie znajdą, już chwycił za oszczep, jego żona za kij od miotły, a chłopcy za te same kije, które służyły im przedwczoraj.

– Mój list polecający! – zawołał d’Artagnan. – Mój list polecający, na litość boską, albo ponadziewam was na szpadę jak kurczęta!

Na nieszczęście młodzieniec nie mógł spełnić tej groźby, bowiem zupełnie zapomniał, że jego szpada roztrzaskała się w pierwszej potyczce, o czym już wspominaliśmy. Wskutek tego, gdy d’Artagnan rzeczywiście porwał za broń, aby ją wyjąć z pochwy, ujrzał w ręku tylko kawałek szpady, mający może osiem lub dziewięć cali, który oberżysta troskliwie schował do pochwy. Drugą połowę klingi zamieniono zręcznie na rożen do kuchni.

Jednak ten wypadek nie powstrzymałby naszego ognistego młodzieńca, gdyby oberżysta nie zauważył, że żądanie podróżnego było najzupełniej słuszne.

Ale rzeczywiście – rzekł, zniżając swój oszczep – gdzie jest ten list?

– Otóż to, gdzie jest ten list? – krzyknął d’Artagnan. – Uprzedzam was, że to był list do pana de Tréville i musi się znaleźć, a jeżeli się nie znajdzie, to on sam sobie poradzi, aby go odnaleźć.

Na tę groźbę oberżysta pobladł. Po królu i kardynale nazwisko pana de Tréville było najczęściej powtarzane przez żołnierzy, a nawet i mieszczan. Był wprawdzie jeszcze ojciec Józef, ale jego nazwisko wymawiano tylko w największej skrytości, bowiem zausznik kardynała, zwany szarą eminencją, napawał wszystkich strachem.

Szybko odrzucił swój oszczep, kazał żonie zrobić to samo z kijem od miotły i chłopcom z ich patykami, a potem pierwszy dał przykład, zajmując się szukaniem straconego listu.

Czy ten list zawierał coś bardzo cennego? – zapytał oberżysta po chwili daremnego poszukiwania.

– Do pioruna, ma się rozumieć! – krzyknął Gaskończyk, opierający na liście do pana de Tréville całą swoją przyszłość na dworze. – W nim był mój cały majątek!

Przekazy pieniężne dla Hiszpanii? – zapytał niespokojny gospodarz.

– Przekazy do wypłaty z prywatnego skarbu Jego Królewskiej Mości – odpowiedział d’Artagnan, który mając nadzieję, że z tym poleceniem zostałby przyjęty do służby królewskiej, sądził, że nie skłamie bardzo, dając nieco wymijającą odpowiedź.

Ach, do diabła! – zawołał rozpaczliwie gospodarz.

– Ale mniejsza z tym – odparł d’Artagnan z pewnością właściwą Gaskończykom. – Mniejsza z pieniędzmi, list był wszystkim. Wolałbym stracić tysiąc pistoli niż ten list!

Mógł śmiało pozwolić sobie na „dwadzieścia tysięcy”, ale powstrzymała go od tego pewna młodzieńcza wstydliwość.

Nagle światło błysnęło w umyśle gospodarza, który zaklął na czym świat stoi, nie mogąc niczemu zaradzić.

Ten list nie zginął – zawołał.

Jak to!… – wykrzyknął d’Artagnan.

Po prostu. Skradziono go.

– Skradziono?… Kto?…

– Ten szlachcic. Był w kuchni, w której leżał pański kaftan. Był tam sam i daję głowę, że to on go ukradł.

– Tak sądzicie – odpowiedział d’Artagnan, przekonany nieco, gdyż tylko on sam znał wartość tego listu i nie widział w nim nic takiego, co mogłoby podniecić czyjąś ciekawość. Niewątpliwie żaden ze służących ani z obecnych podróżnych nic nie zyskałby z posiadania tego papieru.

– Mówicie więc – podjął d’Artagnan – że podejrzewacie tego zuchwałego szlachcica?

– Mówię, że jestem tego pewien – odezwał się gospodarz. – Kiedy mu doniosłem, że wy, łaskawy panie, jesteście protegowanym pana de Tréville, że macie nawet list do tego znakomitego pana, mocno się zaniepokoił. Pytał mnie, gdzie jest ten list, i natychmiast udał się do kuchni, wiedząc, że tam leży kaftan.

– A więc to on mnie okradł – odpowiedział d’Artagnan. – Oskarżę go przed panem de Tréville, a on poskarży się królowi.

Potem majestatycznym ruchem wyjął z woreczka dwa talary i dał je gospodarzowi, który z kapeluszem w ręce odprowadził go aż do bramy. Gaskończyk wsiadł na swojego żółtego konia i bez żadnego wypadku dojechał do rogatek w Paryżu, do bramy Saint-Antoine, gdzie sprzedał swego wierzchowca za trzy talary. Była to transakcja bardzo korzystna, gdyż d’Artagnan nie oszczędzał konia w drodze z oberży do Paryża. Dlatego handlarz, któremu d’Artagnan odstąpił konia za dziewięć liwrów, powiedział, że tylko oryginalna maść kucyka spowodowała aż tak wysoką zapłatę.

D’Artagnan przybył więc do Paryża ze swoim małym tłumoczkiem pod pachą i tak długo chodził po mieście, aż znalazł dla siebie mieszkanie odpowiadające jego skromnym funduszom. Była to mansarda, małe mieszkanko składające się z jednego pokoiku na poddaszu, przy ulicy des Fossoyeurs niedaleko Luksemburga3.

D’Artagnan dał właścicielowi zadatek, natychmiast wprowadził się do mieszkania i resztę dnia spędził na przyszywaniu do kaftana i spodni ozdób, które jego matka w tajemnicy odpruła od prawie nowego ubrania pana d’Artagnan ojca. Potem udał się na nadbrzeże de la Ferraille, polecił dorobić nową klingę do swojej szpady, a wracając obok Luwru, zapytał pierwszego napotkanego muszkietera o pałac pana de Tréville. Znajdował się on przy ulicy Vieux – Colombier, bardzo blisko mieszkania d’Artagnana. Okoliczność taka wydała mu się wyjątkowo pomyślną wróżbą.

W końcu młodzieniec, bardzo zadowolony ze swego zachowania się w Meung, nie mając sobie nic do zarzucenia z przeszłości, ufny w teraźniejszość i pełen nadziei na przyszłość, spokojnie położył się spać i zasnął snem sprawiedliwym.

Sen D’Artagnana trwał do godziny dziewiątej rano. Po przebudzeniu wstał i natychmiast udał się do sławnego pana de Tréville, który według ojcowskiego zdania był trzecią osobą w królestwie.

===Cm1m5neM3x744QXBbs7MIA==

II | Przedpokój pana de Tréville

Pan de Troisville, jak nazywała się jeszcze jego rodzina w Gaskonii, czyli pan de Tréville, jak się sam nazwał w Paryżu, w rzeczy samej zaczynał tak jak nasz d’Artagnan, to jest nie mając ani jednego sou przy duszy, ale z wielkimi zapasami odwagi, dowcipu i uporu, jakie zamiast majątku dostaje od ubogich rodziców prawie każdy szlachetka gaskoński. Jego nieustraszona odwaga, jego niesłychane szczęście w czasach, kiedy ciosy padały jak grad, wyniosły go bardzo szybko na sam szczyt wysokiej drabiny zwanej łaską u dworu.

Był przyjacielem króla, który czcił bardzo, jak to wszystkim wiadomo, pamięć swojego ojca Henryka IV. Ojciec pana de Tréville tak wiernie służył królowi w wojnach przeciwko Lidze, że przy braku gotówki, rzeczy, której nigdy nie zbywało Bearneńczykowi, płacącemu stale swoje długi tym jedynie, czego nigdy pożyczać nie trzeba, to znaczy humorem, przy braku więc gotówki, po odzyskaniu Paryża obdarował ojca pana de Tréville herbem przedstawiającym złotego lwa na czerwonym polu z dewizą fidelis et fortis(wierny i waleczny). O ile było to wiele dla honoru, o tyle bardzo mało dla kieszeni. Dlatego też kiedy sławny towarzysz wielkiego Henryka umarł, zostawił w spadku synowi tylko swój miecz i herb z dewizą. Jednak dar ten i nazwisko bez skazy wyrobiły szybko panu de Tréville dostęp do młodego monarchy. Zawsze dobrze używał swojego miecza i nigdy nie sprzeniewierzał się herbowej dewizie, szybko więc Ludwik XIII, jeden z najlepszych mistrzów szpady swojego państwa, zaczął mawiać, że gdyby miał przyjaciela, który musiałby się pojedynkować, poradziłby mu wziąć za sekundanta najpierw siebie, a potem de Tréville’a, a może nawet de Tréville’a przed nim.

Dlatego też Ludwik XIII był rzeczywiście przywiązany do pana de Tréville. Było to przywiązanie królewskie, wprawdzie nieco samolubne (a takie najczęściej bywa przywiązanie władcy), ale mimo wszystko przywiązanie. W tych nieszczęśliwych czasach bowiem szczególnie starano się otaczać ludźmi pokroju pana de Tréville. Wielu mogło nosić dewizę fortis, która była drugą częścią jego herbowego godła, ale niewielu szlachciców zasługiwało na przymiotnik fidelis,który stanowił jego część pierwszą. Tréville był jednym z tych ostatnich i jednocześnie wyjątkowych ludzi, którzy posłuszną bystrością, ślepym męstwem, szybkim okiem, prędką i gotową dłonią służyli po to, aby móc spokojnie patrzeć, z kogo król jest niezadowolony, a mieczem przeszywać tego, kto się królowi nie podobał. I nieważne, czy byłby to Besme, Maurevres, Pol – trot de Mére, czy wreszcie Vitry. Do tej chwili brakowało panu de Tréville okazji, czekał na nią z utęsknieniem i obiecywał sobie, że ją wykorzysta, jeżeli kiedykolwiek mu się nadarzy. Z powodu tych zalet Ludwik XIII mianował de Tréville’a kapitanem muszkieterów, którzy przez swoje poświęcenie, a raczej fanatyzm, byli dla króla tym, czym prywatni najemnicy dla Henryka III, a szkocka gwardia dla Ludwika XI.

Pod tym względem nie pozostawał w tyle również kardynał. Gdy zobaczył, jakim walecznym oddziałem otoczył się Ludwik XIII, ten drugi (a może pierwszy?) król Francji także chciał mieć swoją straż przyboczną. Stworzył własną gwardię przyboczną na wzór muszkieterów Ludwika XIII i często widziano, jak obydwaj współzawodnicy prześcigają się w szukaniu po całej Francji, a nawet i w obcych państwach ludzi doskonale władających bronią. Dlatego nieraz Richelieu, grając w szachy z Ludwikiem XIII, sprzeczał się z królem o zasługi swoich podwładnych. Każdy chwalił postawę i odwagę własnych ludzi, jawnie występując przeciw wszelkim sporom i pojedynkom, a zarazem skrycie podjudzając gwardzistów, aby się z sobą potykali, i doznając zmartwienia z porażki i radości ze zwycięstwa wiernych muszkieterów. Tak przynajmniej mówią nam pamiętniki człowieka, który miał udział w kilku klęskach i odznaczył się w wielu zwycięstwach.

De Tréville, znając dobrze ową słabą stronę swego pana, starał się nią manipulować i tej zręczności zawdzięczał długą i niezmierną łaskę króla, niemającego raczej opinii zbyt wiernego przyjaciela. Kapitan ze złośliwym uśmiechem kazał popisywać się swoim muszkieterom przed kardynałem Armandem Duplessis, co doprowadzało Jego Eminencję do takiej wściekłości, że aż posiwiałe wąsy jeżyły mu się ze złości. De Tréville znał doskonale istotę współczesnych mu wojen. Żyło się kosztem nieprzyjaciela, a gdy tego zabrakło – kosztem rodaków – niestety. Jego żołnierze tworzyli legion ochotników, prawdziwych drabów, niebojących się nikogo i niczego, prócz pana de Tréville.

Pełni animuszu muszkieterowie króla, a raczej pana de Tréville wypełniali oberże, zajazady, promenady, miejsca spacerów i zabaw publicznych, krzycząc, hałasując, podkręcając wąsy, brzęcząc szpadami, zaczepiając umyślnie straż kardynała, gdy taką napotkali, a potem w biały dzień, na gładkiej drodze potykając się z nią i okrywając przy tym tysiącami szyderstw. Nieraz padali ofiarą swojej pychy, ale umierali ze świadomością, że zostaną pomszczeni. Kiedy zabijali swoich przeciwników, byli pewni, że nie będą gnić w więzieniu, bo pan de Tréville szybko ich uwolni. Dlatego pan de Tréville był przez uwielbiających go muszkieterów sławiony i wynoszony pod niebiosa. I chociaż prawie wszyscy byli łotrami i złoczyńcami, to drżeli przed nim jak dzieci przed nauczycielem, byli posłuszni najmniejszemu jego skinieniu i gotowi raczej dać się zabić, niż zasłużyć na jakikolwiek zarzut z jego strony.

Pan de Tréville wykorzystywał muszkieterów najpierw dla króla i jego przyjaciół, potem dla siebie i swoich przyjaciół. Zauważmy przy tym, że w żadnych pamiętnikach owego czasu, a było ich mnóstwo, nie widzimy, aby ten zacny szlachcic był kiedykolwiek oskarżony przez swoich nieprzyjaciół, których miał wielu, tak między uczonymi, jak i wojskowymi. Nigdzie nie znajdujemy najmniejszej wzmianki, aby kiedykolwiek kazał sobie płacić za czynną pomoc swoich podwładnych. Mimo całej swojej chytrości, stawiającej go, jak by się wydawało, na równi z największymi intrygantami, został uczciwym człowiekiem. Ponadto, pomimo ciężkiej zbroi, jaką nosił, i nużących utarczek czyniących jego postać nieco zniekształconą, był nieustannie zdobywcą serc kobiecych, autorytetem w sprawach mody i jednym z najlepszych ówczesnych mówców. Mówiono o romansach de Tréville’a tak, jak dwadzieścia lat wcześniej o miłostkach Bassompierre’a, a to już znaczy bardzo wiele. Zatem kapitana muszkieterów wielbiono, kochano i bano się zarazem, co wynosiło go na szczyty powodzenia.

Ludwik XIV przyćmiewał swym blaskiem wszystkie gwiazdy i gwiazdeczki dworu, natomiast jego ojciec, słońce pluribus impar4,pozwalał błyszczeć własnym blaskiem każdemu ze swoich ulubieńców, zostawiając każdemu ze swoich dworzan jego splendor. Oprócz zebrań u króla i kardynała było wówczas w Paryżu około dwustu domów otwartych, w których warto było bywać. Takim był też dom pana de Tréville.

Dziedziniec jego pałacu stojącego przy ulicy Vieux-Colombier był podobny do obozu, który budzi się o szóstej rano latem, a o ósmej porą zimową. Pięćdziesięciu do sześćdziesięciu gotowych na wszystko muszkieterów, zmieniających się co jakiś czas, przechadzało się po dziedzińcu w pełnym uzbrojeniu. Po olbrzymich schodach, na miejscu których zmieściłaby się pokaźnych rozmiarów kamienica, przesuwało się w dół i w górę mnóstwo interesantów, proszących o jakąś łaskę, tłum prowincjonalnej szlachty pragnącej zaciągnąć się do wojska i lokajów z naszywkami na mundurach, przynoszących kapitanowi de Tréville przesyłki od swoich panów. W przedpokojach na długich, okrągłych ławach czekali wybrańcy, to znaczy ci, którzy zostali wezwani. Od rana do wieczora panował tam ciągły gwar, podczas gdy pan de Tréville w przyległym gabinecie przyjmował odwiedziny, wysłuchiwał zażaleń, wydawał rozkazy. Brakowało tylko, aby stanął w oknie i tak jak król z balkonu w Luwrze odbywał przegląd ludzi i wojska.

Tego dnia, kiedy przyszedł tu d’Artagnan, w przedpokoju kłębiło się wielu ludzi, liczba znaczna zwłaszcza dla człowieka przybyłego z prowincji. Nie wystraszyło to wcale Gaskończyka, gdyż w tej szczególnej epoce współziomkowie d’Artagnana mieli reputację ludzi niełatwo dających się zbić z tropu. Gdy tylko przestąpiło się ciężką bramę okutą olbrzymimi gwoździami, natychmiast otaczał człowieka tłum wojskowych kręcących się po dziedzińcu, wyzywających się, kłócących i żartujących między sobą. Żeby mieć szansę na przejście pośród tego tłumu, należało być oficerem, możnym panem lub piękną kobietą.

Wśród tej ciżby i tego nieładu nasz młodzian stąpał z bijącym sercem, przytrzymując swój długi rapier przy chudych nogach i trzymając rękę przy starym kapeluszu, z półuśmiechem charakteryzującym wieśniaka nadrabiającego miną. Kiedy tylko udawało mu się wyminąć jedną gromadę, czuł, że oddycha wolniej, widząc jednak wyraźnie, że się za nim oglądają, zawstydził się i po raz pierwszy w życiu stracił właściwą sobie i wszystkim Gaskończykom fantazję.

Doszedłszy do schodów, natrafił na przeszkodę dużo trudniejszą: czterech muszkieterów zabawiało się ćwiczeniami na pierwszych stopniach, a dziesięciu czy dwunastu ich kolegów czekało w sieni na swoją kolej.

Jeden z nich, stojąc na górze z wydobytą szpadą, blokował wejście, nie pozwalając dostać się wyżej trzem innym muszkieterom. Ci zaś starali się utorować sobie przejście własną bronią, robiąc to dość wprawnie. D’Artagnan myślał na początku, że są to ćwiczebne rapiery zakończone gałką, lecz wkrótce przekonał się po niektórych skaleczeniach, że broń była ostro zakończona. Po każdym draśnięciu nie tylko widzowie, ale także toczący pojedynek szermierze śmiali się jak szaleni.

Ten, który stał wyżej, doskonale bronił dostępu swoim przeciwnikom. Otoczono go kołem. Zasady były takie, że ten, kto odebrał cios, wypadał z zabawy, tracąc swoją kolejkę audiencji na rzecz tego, który potrafił go zranić. Po pięciu minutach trzech zostało draśniętych: jeden w rękę, drugi w policzek, trzeci w ucho, a ten, który stojąc na schodach, dosięgnął trzech, sam nie został zraniony i miał prawo szczycić się w pełni swoją zręcznością.

Ta zabawa niezmiernie zdziwiła naszego podróżnika, choć niełatwo zwykł się dziwić byle czemu. Widział w swojej prowincjonalnej ojczyźnie, gdzie głowy tak prędko się zapalają, wiele szermierczych ćwiczeń, lecz niezwykłość potyczki na schodach wydawała mu się większa niż wszystko, o czym dotąd słyszał, nawet w Gaskonii. Czuł się jak w sławnym kraju olbrzymów, gdzie przebywał Guliwer, wyobrażał sobie nawet niepokój, jaki mógł ten bohater odczuwać na widok ludzi o tyle większych od siebie. Najgorsze zaś było to, że d’Artagnan nie dotarł jeszcze do celu: przed nim znajdowały się bowiem sień i przedpokój.

W pierwszym pomieszczeniu już nie walczono, tylko opowiadano anegdoty o kobietach, w przedpokoju słychać było historie dworskie. W sieni d’Artagnan zarumienił się, a w przedpokoju zadrżał. Chociaż w swoich stronach uchodził za kobieciarza i był postrachem pokojówek, niebezpiecznym nawet dla pań, nie śnił jednak o takich rzeczach, jakie tutaj opowiadano o najwyżej postawionych osobach. Najbardziej zaskoczony był opowieściami o prywatnym życiu kardynała, stanowiącymi kanwę niemiłosiernie gorszących uszy młodzieńca historii. Muszkieterowie szydzili sobie z postury kardynała, drwili z jego kochanki, pani d’Aiguillon, śmiali się z jego siostrzenicy, a przede wszystkim obmyślali zasadzki na gwardzistów kardynała.

Gdy przypadkiem pośród tych żarcików dało się słyszeć imię króla, zamykały się wszystkie szydzące dotąd usta, towarzystwo niepewnie rozglądało się dookoła, patrząc z niepokojem na zasłonę od gabinetu pana de Tréville. Po chwili rozmowa wracała do spraw osób, których w tym środowisku nie lubiano, wytykając ich wady i znów niemiłosiernie drwiąc.

– Z pewnością ci wszyscy ludzie dostaną się do Bastylii5 albo na szubienicę – pomyślał ze strachem d’Artagnan. – Mnie też pewnie nie ujdzie na sucho. Co powiedziałby na to mój ojciec, który tak uroczyście nakazywał mi szacunek dla kardynała, gdyby wiedział, że przebywam w towarzystwie podobnych pogan?

Dlatego, jak łatwo się domyślić, d’Artagnan nie śmiał brać udziału w rozmowie, obserwował tylko pilnie, przysłuchiwał się, wytężał wszystkie zmysły, aby niczego nie uronić, i pomimo ojcowskich rad czul, że jego rozum i instynkt nakazywały mu raczej chwalić niż ganić rzeczy, których był świadkiem, a o których dotąd nie słyszał.

W końcu, ponieważ nie znał nikogo z dworzan pana de Tréville i pierwszy raz widziano go w tym miejscu, zapytano, czego sobie życzy. Na to pytanie d’Artagnan wymienił swoje nazwisko ze skromnością i podkreślając, że jest krajanem kapitana muszkieterów, poprosił służącego, aby mu pomógł uzyskać wizytę u pana de Tréville. Służący przyrzekł protekcjonalnie, że przedstawi jego prośbę w odpowiednim miejscu i czasie.

D’Artagnan, ochłonąwszy nieco po pierwszym zdziwieniu, postanowił przyjrzeć się ubraniom i twarzom niektórych osób.

W środku najbardziej ożywionego zbiorowiska stał wysoki muszkieter o wyniosłej postawie, zwracający na siebie uwagę oryginalnością ubioru. Nie miał na sobie munduru, który zresztą nie był obowiązkowy, zwłaszcza w okresie wielkiej swobody, ale błękitny, wytarty i poplamiony kaftan, a na nim przytrzymujący rękojeść szabli pas, przepyszny, ze złotym haftem, błyszczący jak tafla wody oświetlona promieniami południowego słońca. Długi płaszcz z karmazynowego aksamitu opadał z jego ramion, odsłaniając z przodu haftowany pas, do którego przypięty był olbrzymi rapier.

Muszkieter ten dopiero co wrócił z warty i skarżył się na przeziębienie, kaszlał przy tym niekiedy, jednak z widocznym przymusem. Rzekomo z powodu przeziębienia założył płaszcz i kiedy widział, jakie wrażenie jego strój robi na zgromadzonych, z dumą podkręcał swego wąsa. D’Artagnan stał cały zauroczony.

No cóż – rzekł muszkieter – taka moda. Wiem, że to głupstwo, ale moda jest modą. Zresztą, na coś przecież trzeba wydać uczciwie zarobione pieniądze.

– Ach, Portosie! – zawołał jeden z obecnych. – Przecież nie będziesz nam wmawiał, że ten pas zawdzięczasz ojcowskiej hojności, pewnie dostałeś go od tajemniczej damy, z którą spotkałem cię zeszłej niedzieli przy bramie Saint-Honoré.

– Nie, na honor i słowo szlachcica! Kupiłem go sam z moich własnych dochodów – odpowiedział ten, którego nazwano Portosem.

Tak jak ja kupiłem tę nową sakiewkę – rzekł inny muszkieter – za to, co mi wczoraj wsunęła do starej moja kochanka.

– Daję wam słowo – powiedział Portos – że dałem za niego dwanaście pistoli!

Zdziwienie wzrosło, choć powątpiewanie nie zniknęło.

– Przecież to prawda, Aramisie? – rzekł Portos, odwracając się do innego muszkietera.

Drugi muszkieter, nazwany Aramisem, stanowił całkowite przeciwieństwo człowieka dumnego ze swego nowego stroju. Był to młodzieniec dwudziestodwu – lub dwudziestotrzyletni, o naiwnym i słodkim wyrazie twarzy, z czarnymi oczami i łagodnymi różowymi policzkami, gładkimi jak morele w jesieni. Cienki wąs rysował się doskonale prostą linią nad górną wargą, ręce wydawały się obawiać zniżyć, aby nie wyskoczyły z nich żyłki. Młodzian ten niekiedy szczypał lekko końce uszu, aby cera na policzkach nabrała żywszej czerwieni i przejrzystości. Zwykle mówił mało i powoli, kłaniał się często, śmiał się cicho, pokazując swoje piękne zęby, o które, jak zresztą o wszystko inne, wydawał się bardzo dbać. Skinieniem głowy odpowiedział na pytanie przyjaciela.

To potwierdzające skinienie wydawało się usuwać wszelkie wątpliwości co do pasa i jego właściciela, chwalono go więc jeszcze przez chwilę, by najnaturalniej w świecie zmienić temat rozmowy na inny.

– Co myślicie o historii opowiedzianej przez koniuszego pana de Chalais? – zapytał inny muszkieter, nie pytając nikogo wprost, ale zwracając pytanie do wszystkich.

– A co opowiada? – zapytał wyniośle Portos.

– Opowiada, że odkrył w Brukseli Rocheforta, najbardziej zagorzałego stronnika kardynała, w habicie kapucyna. Ten przeklęty Rochefort, korzystając z przebrania, zażartował sobie z pana de Laignes jak z głupca, którym rzeczywiście jest.

– Jak z prawdziwego głupca – rzekł Portos. – Ale czy to pewne?

– Mówił mi o tym Aramis – odpowiedział muszkieter.

– Naprawdę?

– Ech! Wiesz dobrze, Portosie – rzekł Aramis. – Opowiadałem ci to wczoraj, nie mówmy więc już o tym.

– Nie mówmy o tym! Oto twoje zdanie! – zawołał Portos. – Nie mówmy o tym! Do pioruna, jak ty prędko wszystko kończysz! Jak to? Kardynał każe śledzić szlachcica i przy pomocy jakiegoś łotra ukraść mu jego korespondencję, a ten zbójca zręcznym podejściem i kradzieżą korespondencji przyczynia się do tego, że Chalais zostaje stracony pod głupim pretekstem zabicia króla i ożenienia królewskiego brata z królową. Nikt nie mógł rozwiązać tej zagadki, a ty, ku naszemu zdziwieniu, zawiadamiasz nas o tym wczoraj i kiedy jeszcze nie możemy się uspokoić, słysząc taką nowinę, mówisz dziś do nas: nie mówmy już o tym!

– A więc mówmy o tym, skoro tego chcecie – rzekł cierpliwie Aramis.

Ten Rochefort! – zawołał Portos. – Gdybym był koniuszym hrabiego de Chalais, odebrałby ode mnie dobrą pamiątkę!

– Tak, a ty miałbyś do czynienia z księciem Rouge – rzekł Aramis.

– A, książę Rouge, brawo, brawo, Czerwony Książę – zawołał Portos, klaszcząc w ręce i kiwając głową. – Książę Czerwony, wybornie. Och, puszczę w świat to wyrażenie, bądź pewny. Co za dowcip naszego Aramisa! Szkoda, że nie poszedłeś za swoim powołaniem, mój drogi! Byłbyś znakomitym opatem!

To tylko chwilowe opóźnienie – rzekł Aramis. – Kiedyś nim będę na pewno, wiesz dobrze, Portosie, że tylko dlatego ciągle uczę się teologii.

– Dotrzyma słowa – odezwał się Portos – i prędzej czy później zrobi, co mówi.

– Czeka jednak jeszcze na jedną rzecz, aby się ukłonić ostatecznie i włożyć znowu szatę mnicha pod mundurem – powiedział któryś z muszkieterów.

Na co czeka? – zapytał inny.

– Czeka, aż królowa da dziedzica Francji.

– Panowie, nie żartujmy z tego – rzekł Portos. – Dzięki Bogu, królowa jest jeszcze w wieku, w którym może go nam dać.

– Mówią, że pan Buckingham jest we Francji – rzekł Aramis z szyderczym uśmiechem, który nadawał temu zdaniu, na pozór nic nieznaczącemu, wyraz dość gorszący.

Aramisie, przyjacielu, tym razem nie masz racji – przerwał Portos. – Twój dowcip zawsze cię niesie za daleko. Gdyby cię usłyszał pan de Tréville, mogłoby cię to wiele kosztować.

– Czy chcesz mnie uczyć, Portosie? – krzyknął Aramis, w którego łagodnym oku mignęła błyskawica.

– Mój drogi, bądź muszkieterem albo opatem. Bądź jednym lub drugim, ale nie jednym i drugim – rzekł Portos. – Przecież Atos mówił ci niedawno, że chcesz jeść chleb z każdego pieca! Daj spokój, nie irytuj się, bo chyba nie zapomniałeś, jaką umowę zawarliśmy ty, Atos i ja. Bywasz u pani d’Aiguillon i zalecasz się do niej, chodzisz do pani de Bois-Tracy, kuzynki pani de Chevreuse, i mówią, że przyjmuje cię bardzo łaskawie. O, nie przyznawaj się do swojego szczęścia, nikt nie żąda twojej tajemnicy. Znamy twoją dyskrecję. Lecz, do pioruna, ponieważ masz taką cnotę, więc stosuj ją wtedy, gdy chodzi o Jej Królewską Mość6.

Królem i kardynałem niech się zajmuje, kto chce i jak chce, ale królowa jest święta i jeżeli mówi się o niej, to tylko dobrze!

– Portosie, nie baw się tylko w Katona7, uprzedzam cię – powiedział Aramis. – Wiesz, że nie lubię innych morałów, jak tylko z ust Atosa. Co do ciebie, mój drogi, masz zbyt bogaty pas, abyś był mocny w moralności. Jeśli mi się spodoba, będę opatem, tymczasem jestem muszkieterem i jako muszkieter mówię, co mi się podoba. A w tej chwili mam ochotę powiedzieć, że mnie okropnie nudzisz.

– Aramisie!

– Portosie!

– Ejże, panowie, panowie! – zawołano ze wszystkich stron.

Pan de Tréville czeka na pana d’Artagnana – przerwał lokaj, otwierając drzwi gabinetu.

W czasie tego anonsu drzwi stanęły otworem, wszyscy ucichli i wśród tego powszechnego milczenia młody Gaskończyk przeszedł część długiego przedpokoju i wszedł do kapitana muszkieterów, gratulując sobie z całego serca, że tak szczęśliwie wymyka się, nie czekając rozwiązania tej dziwnej sprzeczki.

===Cm1m5neM3x744QXBbs7MIA==

III | Posłuchanie

Pan de Tréville był właśnie w najgorszym humorze, jednak mimo to uprzejmie przywitał młodego człowieka kłaniającego się aż do ziemi. Z uśmiechem przyjął jego powitanie, bowiem bearneński akcent przypomniał mu jego młodość i rodzinne strony, podwójne wspomnienie, wywołujące miłe uczucie niezależnie od wieku. Lecz prawie natychmiast zbliżył się do przedpokoju i dając znak Gaskończykowi, jak gdyby prosił o pozwolenie zakończenia sprawy z innymi, zanim się z nim rozmówi, zawołał trzykrotnie, za każdym razem podnosząc głos, tak że przebiegł wszystkie tony od rozkazu do gniewu.

– Atos! Portos! Aramis!

Dwóch muszkieterów, z którymi już się zapoznaliśmy, noszących dwa ostatnie nazwiska, opuściło niezwłocznie zebranie i weszło do gabinetu. Drzwi zamknęły się za nimi natychmiast, gdy tylko przeszli przez próg. Ich postawa i wyraz twarzy, nie całkiem spokojny, łączący jednak swobodę z pewną uległością i powagą, wzbudziły w d’Artagnanie zachwyt. Widział w tych ludziach jakichś półbogów, a w ich dowódcy Zeusa olimpijskiego uzbrojonego we wszystkie swoje pioruny.

Kiedy dwaj muszkieterowie weszli, a drzwi zamknęły się za nimi, kiedy ludzie znajdujący się w przedpokoju, zaintrygowani tym wezwaniem, podnieśli znowu na chwilę uciszony szmer dochodzący aż do gabinetu, kiedy wreszcie kapitan w milczeniu i ze zmarszczonymi brwiami przeszedł trzy lub cztery razy swój gabinet, za każdym razem przechodząc przed Portosem i Aramisem, stojącymi nieruchomo i milcząco jak na paradzie, wtedy zatrzymał się nagle naprzeciw nich i zmierzył ich od stóp do głów rozgniewanym spojrzeniem.

– Czy wiecie, panowie, co wczoraj powiedział do mnie król – zawołał – i to wczoraj wieczór? Czy wiecie, panowie?

– Nie – odpowiedzieli po chwili milczenia dwaj muszkieterowie – nie, panie, nie wiemy.

– Ale mamy nadzieję, że wy, panie, uczynicie nam ten zaszczyt i powiecie – dodał Aramis swoim słodkim głosem, uprzejmie się kłaniając.

– Powiedział mi, że odtąd będzie wybierał swoich muszkieterów ze straży kardynała.

– Ze straży kardynała? A to dlaczego? – zapytał żywo Portos.

– Tak, tak, właśnie czemu? – rzekł de Tréville, coraz bardziej unosząc się gniewem. – Tak, Jego Królewska Mość miał rację, bo, na honor, to prawda, że muszkieterowie odgrywają coraz smutniejszą rolę na dworze. Kardynał opowiadał wczoraj królowi, że przedwczoraj ci przeklęci muszkieterowie, te fanfarony (tak was nazwał z silną ironią w głosie), ci rębacze, dodał, spoglądając na mnie swym tygrysim wzrokiem, tak długo się bawili w karczmie przy ulicy Féron, do tego stopnia za długo, że jego straż (myślałem, że roześmieje mi się w nos!) musiała aresztować awanturników! Do tysiąca diabłów, musicie coś wiedzieć o tym! Aresztować muszkieterów! Byliście tam, nie ma się co wypierać, poznano was i kardynał wymienił wasze nazwiska! Otóż to moja wina, tak, ja zawiniłem, ponieważ to ja wybierałem moich muszkieterów. No, powiedzże, Aramisie, dlaczego, do diabła, chciałeś ode mnie mundur, kiedy tak dobrze ci było w sutannie? Portosie, czy nie masz bogatego pasa? Zawieś sobie na nim słomiany miecz! A Atos? Nie widzę go, gdzie on jest?

– Panie – odpowiedział Aramis – on jest chory, bardzo chory.

– Chory, mówisz, bardzo chory? Co to za choroba?

– Boję się, czy to aby nie ospa – odpowiedział Portos, chcąc także wtrącić się do rozmowy. – Byłoby to wielkie nieszczęście, gdyż z pewnością oszpeciłaby mu twarz…

– Ospa! A to piękne nowinki mi opowiadacie! Atos chory na ospę, w jego wieku!… Nie… ale pewno ranny, może zabity. Ach, gdybym wiedział! Do miliona diabłów, panowie muszkieterowie, nie rozumiem, jak można w ten sposób włóczyć się po nieprzyzwoitych miejscach, jak można rozpoczynać kłótnie na ulicach i pojedynkować się na rozstajnych drogach! W końcu nie chcę, aby naśmiewano się ze straży kardynała, ma on odważnych, spokojnych i zręcznych ludzi, którzy nigdy nie zasługują na to, by ich aresztowano, i którzy pewnie nie pozwoliliby się aresztować, tego jestem pewien! Woleliby umrzeć, zginąć na miejscu, niż cofnąć się choćby o krok! Uciekać, chować się, wymykać, to zostało dla królewskich muszkieterów!…

Portos i Aramis zadrżeli z wściekłości. Chętnie udusiliby pana de Tréville, gdyby nie wiedzieli, że wszystko to robi z wielkiego do nich przywiązania. Tupali jednak nogą w kobierzec, zagryzali usta aż do krwi, ściskali z całą siłą uchwyty szpad. Jak powiedzieliśmy wcześniej, w przedpokoju słyszano, że pan de Tréville zawołał Atosa, Portosa i Aramisa, i bez trudu odgadnięto z brzmienia jego głosu, że był nadzwyczaj rozgniewany. Dziesięciu ciekawskich przyłożyło więc uszy do zasłony i do drzwi, by nie uronić ani słowa z przemówienia kapitana muszkieterów. To, co usłyszały uszy, powtarzały usta wszystkim zgromadzonym w przedpokoju. Tym samym znieważające muszkieterów słowa pana de Tréville rozniosły się po całym pałacu. W jednej chwili pałac, od drzwi kapitana aż do bramy, zawrzał.

– Muszkieterowie królewscy dają się aresztować gwardzistom kardynała! – mówił dalej pan de Tréville, równie wzburzony jak jego żołnierze, cedząc słowa i zagłębiając je jedne po drugich jak pchnięcia sztyletu w pierś. – Sześciu gwardzistów Jego Wielebności aresztowało sześciu muszkieterów Jego Królewskiej Mości! Do miliona diabłów! Wiem, co zrobię. W tej chwili pójdę do Luwru i będę prosił o uwolnienie mnie od dowództwa muszkieterów królewskich, a przyjmę rangę porucznika w przybocznej straży kardynała, a jeśli mi odmówi, do tysiąca piorunów, zostanę opatem!

Na te słowa zewnętrzny szmer zamienił się w krzyk, zewsząd słychać było tylko przekleństwa i bluźnierstwa. Pioruny i diabły krzyżowały się w powietrzu. D’Artagnan szukał jakiejś zasłony, za którą mógłby się ukryć, najchętniej wszedłby pod stół.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com