Tomasz Ford - Piotr Mularczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 257 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tomasz Ford - Piotr Mularczyk

Gdańsk, godzina dziewiąta, Zakład Karny. Tylko minuty dzielą Romana Krzywickiego od pełni szczęścia. Jeszcze kilka minut i minie strach. Jeszcze kilka minut i swoją odsiadkę zakończy Andriej Bohun, który za sprawą Tomasza Forda został zamknięty na pięć lat do więzienia. Co kryje się w tym niepozornym mężczyźnie, że morderca boi się go jak dziecko?

 

Chałupy. Tomasz Ford rozpoczął właśnie kolejny piękny dzień wypełniony unikaniem natrętnej sąsiadki i wylegiwaniem się w nadmorskim słońcu. Pozornie cudowny dzień, który jeszcze się nie skończył...

 

Czy prywatny detektyw poradzi sobie z kolejnym zadaniem? Czy zemsta na pewno jest słodka? Co mogą skrywać ruiny Westerplatte? Wciągający, pełen zwrotów akcji kryminał, który nie pozwoli zasnąć.

Opinie o ebooku Tomasz Ford - Piotr Mularczyk

Fragment ebooka Tomasz Ford - Piotr Mularczyk





Strona redakcyjna


Rozdział I

Był piękny czerwcowy poranek, gdy detektyw Tomasz Ford leżał na trawie i podziwiał piękno nadmorskiego krajobrazu. Jego wzrok skupiony był na białych jak śnieg chmurach, które przesuwały się powolutku po błękitnym niebie. Rozłożył się na środku trawnika, w miejscu gdzie najmocniej i najdłużej świeciło słońce. O tej porze nie było jeszcze wczasowiczów, więc mógł sobie trochę pofolgować. Wynajmował dobudówkę u kobiety, która prowadziła gospodarstwo agroturystyczne. Razem z mężem posiadała dość duży teren przy swoim domu w Chałupach, który wykorzystali na postawienie kilku domków dla wypoczywających oraz zadaszony namiot, piłkarzyki, grill i kilka innych rzeczy, które uprzyjemniają ludziom wypoczynek.

Mężczyzna nie przepadał za właścicielką, która wciąż się go czepiała. Źle zaparkowany samochód, niezapłacony czynsz w terminie oraz samo pokazywanie się wczasowiczom to tylko niewielka część długiej listy pretensji, które niemalże bez przerwy słyszał od swojej sąsiadki. Przeciwieństwa się przyciągają. Jej mąż, Janusz Lubecki, był miłym i kulturalnym mężczyzną po pięćdziesiątce, który unikał wszelkiego rodzaju konfliktów, zwłaszcza ze swoją żoną. Człowiek „do rany przyłóż”. W przeciwieństwie do swojej żony Janusz lubił Tomasza. Uważał go za porządnego człowieka. Wielokrotnie stawał w obronie detektywa, gdy ten był szykanowany przez panią Helenę. Drugą osobą, która była do niego przyjaźnie nastawiona była Iga, córka właścicieli. Niska dwudziestopięciolatka wyglądała dość niepozornie, ale pod ładną buzią krył się twardy i silny charakter. Pracowała w Komendzie Miejskiej Policji w Gdańsku jako „kryminalny”. Miała rękę do komputerów oraz wspaniały talent dedukcyjny. Nierzadko pomagała Tomaszowi w rozwiązywaniu różnych spraw. Policyjna gwiazda wielu ludziom potrafiła skutecznie „rozwiązać” język.

Sam detektyw nie narzekał na brak, ale też i nadmiar pracy – był średnio zajęty. Kilka dni temu zakończył sprawę w dużej firmie, w której zaczęły znikać duże sumy pieniędzy oraz sprzęty, które w niej produkowano. Przestępcą okazał się jeden z członków zarządu, który pociągnął za sobą czterech innych wspólników. Sprawdziło się w tym przypadku powiedzenie, że najciemniej jest pod latarnią. Nikt nie spodziewałby się, że ktoś na takim stanowisku, będzie okradał własną firmę, żeby zarobić jeszcze więcej. To tylko jedna z niewielu ciekawych spraw, z którymi detektyw miał do czynienia. Przeważnie ścigał niewiernych małżonków, poszukiwał wnuków, którzy wyjechali wiele lat temu i nie dawali znaku życia. Ochraniał również kilku bogatych ludzi, poszukiwał porwanych dzieci, a nawet raz znalazł sprawcę zastraszania jednego z najbogatszych ludzi w Gdańsku.

Nie narzekał na swój zawód. Cieszył się z tego, co robił. W chwilach takich, jak ta, czuł się jak w raju. Zero problemów, zero stresu... Nawet zima, nieodśnieżone drogi, czy siarczysty mróz były dla niego urokliwe i miały swój specyficzny klimat. Uwielbiał długie spacery po plaży, obojętnie o jakiej porze roku. Do morza nie miał daleko – dzieliły go od niego jedynie ulica oraz fragment lasu. Lubił odpoczywać w ten sposób. Nie wiedział, jak długo będzie trwała ta sielanka, więc starał się nie myśleć o niczym i cieszyć się chwilą.

Po kilku minutach ciszy usłyszał, w odległości kilkunastu metrów, doskonale sobie znany głos sąsiadki. Głośno wzdychając, oparł się na łokciu, obrócił głowę w tył i zobaczył zbliżająca się w jego stronę panią Helenę Lubecką. Jak zawsze ubrana była elegancko. Miała na sobie białą bluzkę i pasujące do góry spodnie za kolana.

– Witam, pani Heleno – powiedział z radością detektyw. Wiedział, że jego okazywanie radości, nie ma większego sensu, bo prędzej czy później ton rozmowy zostanie zmieniony na mniej przyjemny. – Przepiękny dzień na spacer, prawda?- Niech pan sobie daruje te sztuczne uprzejmości – odpowiedziała jak zawsze ironicznie. Jej głos brzmiał szorstko i mało przyjemnie.

– Jeszcze nie ma wczasowiczów, więc chyba mogę sobie pozwolić na ekstrawagancję, jaką jest leżenie na trawie...- Myli się pan! Wczoraj wieczorem przyjechało młode małżeństwo spod Wrocławia, tylko z samego rana pojechali zwiedzać Trójmiasto.

– Nie mieli ze mną styczności, więc chyba wszystko w porządku.

– Ale gdyby nie moja interwencja, pewnie leżałby pan tutaj do samego wieczora, a gdy młodzi wróciliby, nawet nie zauważyłbyś ich i nie mówiąc już o powiedzeniu im chociażby „Dzień dobry”. Tomasz nie był taki, jak wydawał się być sąsiadce, ale jego wyjaśnienia nic by nie dały. Dla każdej osoby, która przyjechała do Chałup, był nadzwyczaj uprzejmy i traktował ją jakby był jednym z nich. Nie obchodziły go ich poglądy polityczne, opinie o wydarzeniach na świecie, ani wyznanie. Do państwa Lubeckich nie przyjeżdżali „źli ludzie”. Byli to przeważnie pracownicy służby zdrowia niższego szczebla, nauczyciele, strażacy. Ludzie, którzy po całym roku wytężonej i ciężkiej pracy szukali ciszy, spokoju, pięknych widoków i miłego towarzystwa. Bogaci prawnicy, lekarze, biznesmeni, czy właściciele firm wypoczywali w dużych i ekskluzywnych ośrodkach wczasowych albo apartamentowcach lub hotelach z bezpośrednim dostępem do plaży.

– W takim razie dziękuję za zwrócenie mi uwagi. – Dalsza walka nie miała sensu.

– I...?

– Nie rozumiem?!- Pozwoliłam panu się tu wylegiwać?

– I przepraszam, że nie zapytałem pani o zgodę.

– Właśnie! Ale nic się nie stało. – Z ironicznym uśmiechem zakończyła rozmowę, odwróciła się i poszła w stronę domu.

– I przepraszam, że naraziłem młodych małżonków na widok swojej osoby – powiedział cicho, wykrzywiając usta i parodiując panią Helenę. – Przeze mnie mogliby już nie mieć dzieci, bo mój widok powoduje niepłodność, ślepotę i padaczkę – dodał. Tomasz nienawidził przepraszać, za każdą głupotę, ale już raz, po powrocie do domu, znalazł swoje rzeczy spakowane i wystawione przed drzwi. Wolał zatem nie ryzykować. Wiedział, że teraz będzie obserwowany do momentu, aż nie usunie się ze środka trawnika.

Wstał, podniósł koc, wytrzepał go, złożył i rzucił na drewnianą bujaną ławkę. Nie miał pomysłu na spędzenie reszty dnia. Było jeszcze zbyt zimno, żeby się kąpać, więc został mu tylko spacer. Poszedł plażą wzdłuż zatoki. Mijając pola namiotowe, widział, jak ich właściciele przygotowują się na przyjmowanie gości. Wypożyczalnie sprzętu wodnego rozkładały wysokie chorągiewki, które przypominały wyglądem wąskie żagle z nadrukami swoich sponsorów. Jedni pracownicy sprawdzali stan desek windsurfingowych, a inni rozładowywali niewielką ciężarówkę z napisem „Kitesurfing – zone”. Zaczęli przyjeżdżać instruktorzy sportów wodnych razem ze swoimi rodzinami, by spędzić dwa miesiące nad morzem za wysoką pensję. Tomasz nie korzystał nigdy z ich usług. Uwielbiał pływać kajakiem. Nie musiał płacić za jego wypożyczanie, bo był on własnością państwa Lubeckich i mogli z niego korzystać wczasowicze, więc po części on sam. Oczywiście, musiał pytać o pozwolenie gospodyni, ale tak naprawdę nigdy tego nie robił. Gdy kończył pływać, zostawiał go w takim stanie, w jakim go zastał. Musiał bardzo uważać. Kiedyś został przyłapany przez panią Helenę na spłukiwaniu z kajaka słonej wody. Musiał wysłuchać długiego kazania na temat tego, że sprzęt na jej terenie jest do dyspozycji wczasowiczów, a nie jego.

Na wodach zatoki pokazali się już pierwsi surferzy. Wyglądali jak z obrazka. Słońce odbijało się w wodzie, mewy szybowały na niebie, a Tomasza naszła niespodziewana ochota, by zostać jednym z nich. Miał czasem takie fale natchnienia, które powodowały, że chciał robić coś, czego nigdy nie robił. Kiedyś zobaczył mężczyznę na motolotni, oczywiście zaczął się tym interesować. Jego emocje zmalały, gdy zobaczył cenę silnika, spadochronu oraz samego kursu. Czuł, że windsurfing byłby jednak czymś innym. Miał ochotę odkryć w sobie kolejną pasję.

Przechodząc obok jednej z wypożyczalni, dostrzegł bar zrobiony w stylu znanym z filmów, których akcja dzieje się w Kalifornii albo na Bahama. Niewielka drewniana budka, z dachem z wysuszonych liści palmy samym wyglądem zachęcała do jej odwiedzenia. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął dokładnie pięć złotych. Nie wytrzymał i poszedł w stronę baru. Usiadł przy ladzie, a barman natychmiast podał mu butelkę piwa.

– Póki co mamy tylko to.

– Już cię wygoniła? – usłyszał, gdy tylko wziął pierwszy łyk napoju. Spojrzał w prawo i zobaczył niską blondynkę ubraną w jasne bermudy i czerwoną flanelową koszulę. Kobieta również trzymała w dłoni butelkę.

– Bo nie uwierzę w to, że sam tu poszedłeś. – Była to Iga Lubecka, córka gospodarzy domu, w którym mieszkał Ford, i ostatnia osoba, której by się tu spodziewał.

– Wygoniła mnie – odpowiedział z lekkim zażenowaniem Tomasz.

– Tak myślałam.

– A co ty tutaj robisz?

– Próbuję zapomnieć o tym, co widziałam wczoraj, a nie chcę, żeby matka wmawiała mi, że jestem alkoholiczką. – Iga nie miała problemów z alkoholem, ale Ford był świadkiem niejednej już awantury spowodowanej tym, że dziewczyna piła napój wysokoprocentowy, więc nie mógł jej się dziwić.

– A co to było?

– Jesteś detektywem i raczej nie miałeś kontaktu z czymś takim... – W tym momencie wzięła duży łyk alkoholu, po czym zrobiła głęboki wdech. – Kilka dni temu zaginęła młoda dziewczyna, która przyjechała tu z przyjaciółmi na weekend. Wyszła do kiosku po papierosy i nie wróciła. Wczoraj dostaliśmy cynk od jakiegoś faceta, że ktoś leży w krzakach. Gdy tam przyjechaliśmy, zobaczyliśmy okropnie zmasakrowane zwłoki. Po twarzy ciężko było rozpoznać, kim była osoba. Nikt by nie poznał nawet własnego brata, gdyby tak wyglądał... – Dziewczyna przerwała, po czym wlepiła wzrok w tablicę ogłoszeń wiszącą za barem i zaczęła kręcić palcem kółka na ladzie. – Nie wytrzymałam. Poprosiłam o oddanie tej sprawy komuś innemu. – W jej głosie było słychać, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale nie wie jak. – Boję się, że siądzie mi psychika – powiedziała to ze śmiechem, a gdy popatrzyła na swojego rozmówcę, ten zobaczył, że łzy zaczęły lecieć jej z oczu. – Za każdym razem, gdy każą mi gdzieś jechać, oczyma wyobraźni widzę człowieka, który został zabity jakiś czas temu i już niewiele z niego zostało. W większości przypadków są to tylko ludzie, którzy podcięli sobie żyły albo mają dziurę w głowie, ale samo wyobrażenie tego, co mogę zobaczyć wystarcza.

– Prosiłaś o przeniesienie?

– Heh... Myślisz, że to takie proste? Nie jestem córką komendanta ani nikogo ważnego, więc moje podania są rozpatrywane w normalnym tempie i niestety ze skutkiem negatywnym.

– Mogę ci jakoś pomóc?

– Dobre słowo albo krótka rozmowa powinny wystarczyć.

– Przyjdź do mnie, kiedy tylko będziesz miała ochotę. – Podniósł swoją butelkę do góry i dodał: – To ci w niczym nie pomoże.

– Wiem. Nie boję się, że zostanę alkoholiczką, tylko że zwariuję.

– Znajdź sobie jakieś hobby.

– Jakie? Pływanie kajakiem, który ty ciągle okupujesz? Nie mam zresztą ci tego za złe... – Rozumiem. – Spojrzał za siebie i przypomniał sobie o swoim pomyśle. – Ostatnio myślałem o windsurfingu... – Piszę się! – odpowiedziała bez zastanowienia. – Ile kosztuje sprzęt?

– Na dobry początek... dwa tysiące.

– Uczciwa cena. – Dziewczyna odstawiła pustą już butelkę i biorąc głęboki wdech, postanowiła wstać. Gdy tylko jej stopy poczuły ziemię, natychmiast zachwiała się i gdyby nie lada, której się chwyciła, upadłaby. Tomasz natychmiast rzucił się jej na ratunek.

– Chyba trochę przegięłaś. – Mężczyzna z trudem posadził pijaną Igę z powrotem na stołek. Była jak gumowy manekin, który waży całkiem sporo. – Jedno piwo tak cię wzięło?

– To było szóste – zaczynała bełkotać i trochę ciężko było ją zrozumieć.

– Szóste? To od której tu siedzisz?

– Bo ja wiem... Od samego rana – po wydukaniu tego zdania, oparła się rękami o bar i zasnęła.

Gdy tylko detektyw usłyszał odgłosy głośnego chrapania, które wydawała z siebie dziewczyna, wiedział, że to już koniec. Nie widział jej nigdy w takim stanie, więc nie wiedział, ile potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie. Mógł co prawda zanieść ją do domu, ale wolał oszczędzić jej awantury z własną matką. Próby budzenia nic nie dały, ponieważ dziewczyna spała jak zabita. Domyślił się, że spędzi tutaj dobre kilka godzin.

Nie zorientował się, gdy sam usnął. Obudził go dźwięk przekładanych skrzynek ze szklanymi butelkami w środku. Gdy spojrzał na zegarek, zobaczył, że jest już późne popołudnie.

– Ciebie też nieźle wzięło. – Tomasz spojrzał na dziewczynę, która trzymała na czole mały ręcznik, a obok niej stała duża butelka wody.

– W nocy nie mogłem spać – powiedział, powoli stając na nogi. – Jak się czujesz?

– Kiepsko, ale już byłam na plaży. – Obróciła się i wskazała palcem na zatokę.

– Czyli nogi doszły do siebie?

– Tak... – Wzięła spory łyk wody. – Ale czuję się okropnie.

– Wracamy?

– Chętnie, tylko że mama jest w domu...

– To może się przejdziemy? Trochę się przewietrzysz.

– Dobry pomysł – odpowiedziała, po czym oboje wstali i ruszyli w stronę morza.

Wiał delikatny wiatr i mimo stosunkowo niskiej temperatury znaleźli się amatorzy kąpieli w zimnej wodzie. Tomaszowi przyszedł go głowy pewien pomysł, gdy pomyślał sobie o kłótni, jaka spotka Igę, kiedy ta wróci w takim stanie do domu. Chciał podzielić się z nią swoją myślą.

– Może popływasz?

– Zwariowałeś?

– Poczujesz się lepiej. Wytrzeźwiejesz i zostanie ci tylko boląca głowa, ale na to są inne sposoby. – Zatrzymali się. Dziewczyna spojrzała w stronę wody. Po chwili zastanowienia Iga rozebrała się z prędkością błyskawicy i równie szybko wbiegła do morza.

W wodzie zachowywała się jak mała dziewczynka, dla której pluskanie się w Bałtyku jest główną atrakcją wakacji. W pewnej chwili Ford ponownie zaczął się martwić o swoją przyjaciółkę. Nigdy nie widział, żeby dziewczyna miała jakiekolwiek problemy z alkoholem, ale to, co zobaczył dziś, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Nie tylko chciał jej oszczędzić awantury, ale pragnął również uchronić ją samą przed zgubnym nałogiem. Musiał z nią porozmawiać, nie wiedział tylko jak miał to zrobić. Spróbował sobie wyobrazić to, z czym Iga spotykała się niemalże na co dzień w pracy. Nie było to łatwe, ale jednocześnie zrozumiał w czym rzecz. Nikt nie dałby sobie rady z widokiem zwłok wyciągniętych z jeziora, które leżały na jego dnie dobre kilka tygodni. Miał wrażenie, że istnieją lepsze sposoby radzenia sobie z tym, niż zaglądanie do kieliszka. Postanowił namówić ją na rozmowę z psychologiem, ale i sam postanowił działać. Nie wiedział dlaczego, ale czuł się za nią odpowiedzialny.

Po kwadransie „pływania” dziewczyna wróciła na brzeg. Wychodząc z wody, wyglądała jak modelka z kolorowego pisma. Krople spływały po jej idealnym ciele, a rękoma odgarniała z twarzy swoje długie blond włosy. Nie była przygotowana na kąpiel. Miała na sobie czarną bieliznę, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak strój kąpielowy. Podeszła do niego bliżej. Tomasz poczuł się przez chwilę jak James Bond, który właśnie spotkał kobietę, od której miał wyciągnąć jakieś informacje w wiadomy sposób. Iga podniosła z piasku spodnie i koszulę, po czym założyła je na siebie.

– Coś wspaniałego – powiedziała, przeczesując włosy palcami. – Spróbujesz?

– Innym razem – odparł, patrząc na dziewczynę, która wyglądała jak nowo narodzona. – Lepiej ci?

– Zdecydowanie! – potwierdziła. To była szansa, żeby z nią porozmawiać.

Tomasz nie mógł złożyć zdania. Chciał jej to powiedzieć, ale nie wiedział, jak to zrobić, nie chciał jej niczym urazić.

– Ile razy to się zdarzyło? – zaczął śmiertelnie poważne Tomasz.

– Masz na myśli kąpiel? – Iga wyglądała na szczęśliwą, jak nigdy przedtem.

– Mam na myśli to przy barze... – Dziewczynie natychmiast zrzedła mina.

– Jedno piwo od czasu do czasu... Taka sytuacja, jak przy zatoce, nigdy wcześniej nie miała miejsca...- Boję się o ciebie.

– Nie ma powodu. Ty nigdy nie miałeś takiej ochoty, żeby upić się w sztok?

– Czasami.

– Sam widzisz...

– Może idź do psychologa?

– Zaczynasz mówić jak moja matka. To była pierwsza taka sytuacja i obiecuję ci, że ostatnia. – Te słowa sprawiły, że Ford był pewien tego, co powiedziała. Wierzył, że skoro tak mówi, to tak będzie.

– Iga... ufam ci.

– Słusznie. Znam umiar... Dziś tylko...

– Jasne. – Przestał się o nią bać, jak ręką odjął. Przez chwilę był zdziwiony, że tak łatwo poszło, ale cieszył się, że mu się udało. – Nigdy więcej?

– Nie – odpowiedziała. Podali sobie ręce, uśmiechnęli się i żwawym krokiem ruszyli w stronę domu.

Gdy tylko stanęli przy furtce, drzwiami wejściowymi wyskoczyła z domu pani Lubecka. Iga przestraszyła się, że czeka ją kolejna awantura, a Tomasz pomyślał, że znów coś zrobił źle.

– Zwariowałaś? – Pani Helena uwielbiała krzyczeć na ludzi, ilekroć była ku temu jakaś okazja.

– Co ja zrobiłam? – zapytała przerażona Iga.

– Nie ma cię cały dzień, a gdy w końcu raczysz wrócić, przychodzisz z... tym człowiekiem! – Lubecka mówiła takim tonem, jakby co najmniej oboje spalili pół Chałup.

– Mamo... Tomek szedł ulicą i po prostu spotkaliśmy się po drodze, to wszystko. – Nastała długa i niezręczna cisza. Młodzi bali się ją przerwać, a ich rozmówczyni mroziła swoim wzrokiem coraz bardziej, z każdą sekundą mocniej.

– Powiedzmy, że ci wierzę. – Kobieta uspokoiła się. Pojęła, że to, co mówi jej córka, może być prawdą. Bez słowa odwróciła się do nich plecami i spokojnym już krokiem weszła do domu.

Tomasz z Igą wymienili spojrzenia. Nic nie musieli mówić, wszystko było jasne. Dziewczyna chciała go przeprosić, ale jego spojrzenie mówiło: „Nic nie szkodzi”. Darowali sobie uprzejmości.

– Co dalej? – zapytał detektyw.

– Ja wracam do siebie. Trochę mnie boli głowa. – Dziewczyna skrzywiła się z lekkim uśmiechem.

– W takim razie ja idę popływać.

– Kiedy zamawiamy sprzęt do windsurfingu?

– Jak uzbierasz pieniądze, zgłoś się do mnie. – Ford uśmiechnął się i poszedł w stronę swojego domku. – Życzę miłych snów.

– Przydadzą się.

Detektyw wszedł do swojej dobudówki, która dzieliła taras z domem rodziny Lubeckich. Jego drzwi wejściowe, były naprzeciwko drzwi balkonowych pani Heleny. Czasem musiał uważać, żeby nie zostać przez nią przyłapanym na przyjmowaniu klientów, zwłaszcza kobiet, w swoim lokum. Jego sąsiadka twierdziła, że sprowadza on do jej domu prostytutki i naraża ją na różnego rodzaju niebezpieczeństwa związane z takim zachowaniem.

Jego domek składał się z jednego pokoju, kuchni i łazienki. Był dostosowany do przyjęcia pięcioosobowej rodziny, więc posiadał wszystkie wygody. Przeczytał kiedyś ogłoszenie w gazecie, że jest do wynajęcia domek w Chałupach, więc się zgłosił i tym sposobem mieszka tam już dwa lata.

Szybko przebrał się w strój odpowiedni do pływania i wybiegł czym prędzej z domu. Nie chciał spotkać pani Lubeckiej, u której dziś wystarczająco już sobie nagrabił. Pobiegł na plażę, wypchnął kajak, wsiadł do niego i oddalił się od brzegu. Gdy pływał, przychodziły mu do głowy najlepsze i najsensowniejsze pomysły. Może to głupie, ale po długim relaksie w kajaku domyślił się, kto mógł porwać jedenastoletnią dziewczynkę, której szukał w zeszłe wakacje. Mniejsza z tym, kto to był, ale detektyw faktycznie miał racje. Wypłyną na środek zatoki, odłożył wiosło, włożył nogi do wody i odprężył się. Podziwiał kremowe, bezchmurne niebo, na którym słońce chyliło się ku zachodowi. Uwielbiał pływać dla zwykłej przyjemności.

W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że o czymś zapomniał. To było coś ważnego i nie wiedział dlaczego, ale kojarzyło mu się to z młodym małżeństwem z Wrocławia. Zamyślił się tak bardzo, że nie zauważył późnej godziny. Czym prędzej popłynął w stronę plaży państwa Lubeckich. Gdy zaciągał kajak na jednopoziomowy wieszak, była już dziewiąta. Miał nadzieję, że nie zwróci niczyjej uwagi swoim powrotem. Gdy przeszedł obok tylnego wejścia do głównego domu, poczuł się bezpieczny. Jego radość nie trwała długo. Wchodząc po schodkach prowadzących na taras, na ich szczycie zobaczył panią Helenę, która stała z założonymi rękoma i patrzyła na mężczyznę badawczo.

– Dobry wieczór. – Tomasz miał nadzieję, na bezbolesną rozmowę.

– Dlaczego korzysta pan z kajaka bez pozwolenia? – spytała kobieta.

– Nie chciałem pani denerwować swoją osobą po wcześniejszym zajściu – skłamał.

– Dlaczego pan po prostu nie zapyta? – To zdanie sprawiło, że Ford poczuł się, jakby był w ukrytej kamerze. Zaczął nawet podejrzewać, że zza rogu wyskoczy ktoś z kamerą i krzyknie: „Mamy cię!”.

– Kilkakrotnie spotkałem się z odmową z pani strony, więc pozwalam sobie... – Następnym razem niech pan po prostu zapyta. To nie jest trudne. Dobranoc. – Kobieta po tych słowach odwróciła się i weszła drzwiami balkonowymi do swojego domu.

– To nie jest trudne... – Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. – Niesamowite... Ludzie potrafią się zmienić – mówił sam do siebie. Nie mogąc się nadziwić, powolnym krokiem wrócił do siebie.

Przekraczając próg domu, poczuł się bardzo zmęczony. Ściągnął z siebie ubranie jeszcze w przedpokoju, wszedł pod prysznic i zrobił sobie lodowatą kąpiel. Nie chciało mu się nawet robić kolacji. Przecierając oczy, położył się na łóżku i gdy tylko dotknął głową poduszki, natychmiast zasnął. Kiedy był zmęczony, nie myślał o niczym. Musiało to być coś naprawdę nadzwyczajnego, żeby było inaczej. Śniło mu się, że ponownie siedzi w kajaku i próbuje sobie przypomnieć o czymś ważnym, a na brzegu stoją wczasowicze z Wrocławia i machają do niego. Nie miał zamiaru do nich płynąć, nawet ich nie znał. Dziwiąc się, pomachał parze i ponownie wrócił do swoich rozmyślań o ważnej rzeczy, o której zapomniał.


Rozdział II

Następny dzień, około godziny dziewiątej w Zakładzie Karnym w Gdańsku zaczął się jak każdy inny. W celi numer szesnaście siedziało dwóch więźniów. Jednym z nich był Roman Krzywicki. Młody, wysoki i nadnaturalnie umięśniony mężczyzna, który odsiadywał wyrok dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności za wielokrotne włamania, pobicia oraz morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Był całkowicie łysy, a za sam już wygląd mógłby dostać dwa razy większy wyrok. Na prawym ramieniu miał tatuaż, który ciągnął się od szyi aż do nadgarstka. Była to kobra na tle płomienia. Natomiast na szyi świecił się łańcuch z ogniwami grubości kciuka, na którym wisiał bogato zdobiony srebrny krzyż. Krzywicki zdecydowanie nie był właściwą osobą do noszenia tego symbolu.

Drugim więźniem był Andriej Bohun, trzydziestosiedmioletni Ukrainiec. Był niski i miał charakterystyczny wąs, delikatny zarost, a także długie, mocno przetłuszczone włosy oraz, podobnie jak jego kompan, gruby łańcuch, który nosił na lewym nadgarstku. Został on pięć lat temu złapany przez Tomasza Forda za handel narkotykami. Detektyw chciał mu udowodnić jeszcze porwanie oraz gwałt, ale na to zabrakło mu dowodów. Andriej właśnie dziś wychodził.

– Cieszysz się? – zapytał Roman, robiąc kolejną serię pompek. Miał niski chrapliwy głos, który przyprawiłby o dreszcze każdego.

– Bardzo. – Andriej mówił normalnie, ale z charakterystycznym ukraińskim akcentem. Zaciągał zupełnie tak samo, jak Polacy z dawnych kresów wschodnich. – Stracone pięć lat... ale odzyskam je.

– Jak? Zamrozisz się? – Krzywicki nie ustawał w swoich ćwiczeniach. Rozmowa nie sprawiała mu trudności.

– Siedziałem już wiele razy, za gówniane rzeczy. Zacząłem w wieku czternastu lat. W szkole nikt mi nie podskoczył. Zwłaszcza po tym, jak udusiłem Michaiła ze swojej klasy. – Jego głos brzmiał bardzo pewnie. Po usłyszeniu tego zdania Roman na chwilę przestał ćwiczyć. Powoli wstał i usiadł na swojej pryczy. Poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić.

– Udusiłeś? – Starał się brzmieć jak twardziel, ale wyraźnie mu to nie wychodziło.

– Ta. Rok wcześniej poniżył mnie przy całej szkole. – W ty momencie wyjął z kieszeni papierosy i zapalił jednego. – Było mi strasznie wstyd... zwłaszcza przed Anastazją. – Romanowi nawet nie przeszło przez myśl pytanie swojego rozmówcy, na czym polegało to upokorzenie.

– Dlaczego nie zrobiłeś tego od razu?

– Trochę ciężko było mi się oswoić z moimi planami... ale było warto. Rok później zabiłem go na oczach trochę mniejszej publiki niż on mnie upokorzył. Nie uciekałem. Pozwoliłem się złapać i wsadzić... Jak to się u was nazywa? Do poprawczaka!- Ile siedziałeś?

– Ze względu na wiek oraz na to, że mój pradziadek aktywnie uczestniczył w życiu partii... Wiesz, co to wtedy znaczyło?

– Wiem. – Roman wolał mu się nie sprzeciwiać. Nie wiedział dlaczego, ale bał się go, jak mało czego na świecie.

– Dostałem tylko rok. Do dziś mi się to śni. Ten zakład był wylęgarnią patologicznych typów. Chłopcy, którzy zrobili coś niechcący i należeli do tych grzecznych wychodzili stamtąd jako mężczyźni o twardych jak głaz charakterach i byli zdolni do wszystkiego. Dla nich zabić było jak splunięcie... Nauczyli mnie tego samego. – Mężczyzna mówił to z zupełnym spokojem. – Mniej więcej w połowie odsiadki czepił się mnie Dmitrij. Nikt nie chciał mieć z nim do czynienia. Wszyscy bali się go jak ognia. Wielokrotnie słyszałem, jak... znęcał się seksualnie na kim się tylko dało. Nie chciałem trafić do jego „kolekcji”. Któregoś razu ukradłem nóż z kuchni. W nocy podciąłem mu gardło. To nie było trudne.

– Nie miałeś wyrzutów sumienia?

– Nie. Na korytarzach słyszałem od wielu ludzi, że cieszą się ze śmierci Dmitrija.

– Tak po prostu poderżnąłeś mu gardło?

– W pierwszej chwili przeraziłem się, jak jego krew zabryzgała mi całą twarz. Odruchowo włożyłem mu nóż do ręki, a sam pobiegłem do łazienki się umyć. Bałem się wrócić do pokoju... Gdy do niego wszedłem, wskoczyłem do swojego łóżka i natychmiast zasnąłem. Rano...

– Co jeszcze zrobiłeś? – przerwał mu zaciekawiony rozmówca.

– Morderstwa na zlecenie, porwania, gwałty, handel żywym towarem, bronią, narkotykami oraz moje ulubione... przesłuchania.

– Jakie przesłuchania?

– Wiesz, jak NKWD przesłuchiwało więźniów... albo wasze SB?

– Tak. Dlaczego to tak lubiłeś?

– Gdy klient był wystarczająco zmasakrowany, wysyłało się zdjęcie rodzinie... A ja wyobrażałem sobie, co musieli czuć. – Po tym zdaniu Krzywicki zbladł jak ściana. Swojego współwięźnia od dawna uważał za nienormalnego, ale to przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Cieszył się, że jego współwięzień już wychodzi.

– A jaki masz plan zemsty na tym detektywie?

– Jeszcze nie wiem... Poobserwuję go trochę... Ostrzegę o swojej obecności i... zobaczymy.

W tej samej chwili, od zewnątrz, skobel w drzwiach celi stuknął, otworzyły się i stanął w nich mężczyzna w białym kitlu roznoszący śniadanie. Obydwaj mężczyźni wstali i podeszli do niego. Roman przepuścił kolegę z celi przodem. Wolał mu się nie narażać nawet przy misce. Nie mógł doczekać się chwili, w której Andriej opuści celę numer szesnaście, a on znów zostanie królem tego pomieszczenia.

Tomasza obudziły promienie słońca, które weszły do jego pokoju przez niezasłonięte okna. Gdy otworzył oczy, oślepiły go. Lubił takie dni, jak ten. Nie przejmował się, że zła pogoda pokrzyżuje jakieś jego plany. W deszcz nudził się niemiłosiernie. Czasem zdarzyło mu się odwiedzić państwa Lubeckich. Mimo że nie miał do nich daleko, nie przepadał za wychodzeniem gdziekolwiek, gdy padało. Wtedy lubił usiąść z kubkiem gorącej herbaty przy dobrej książce lub filmie.

Nie lubił wcześnie wstawać bez powodu. Wyleciało mu z głowy to, że dzień wcześniej próbował sobie coś przypomnieć. Zaczynał właśnie zasypiać na nowo, gdy usłyszał bardzo głośny dźwięk, który przypominał wiercenie. Nie mając zamiaru sprawdzać źródła hałasu, nakrył głowę poduszką. W pewnej chwili zabrakło mu powietrza. Szybko zdjął ją z twarzy i wziął kilka głębszych oddechów. Miał wrażenie, że już nie uśnie. Gwałtownie wstał z łóżka i będąc w samych bokserkach, wybiegł na dwór. Szedł z przymrużonymi oczyma. Słońce świeciło bardziej niż się tego spodziewał. Nie założył nawet butów. Lubił spać bez standardowej piżamy. Gdy robiło się chłodniej, do krótkich spodenek zakładał koszulkę. Tomasz był wysportowanym i dobrze umięśnionym mężczyzną. Kajak oraz zwykłe pływanie, nie szły na marne.

Wiercenie dochodziło z garażu, który był tuż pod mieszkaniem Forda. Gdy stanął w otwartych na oścież drzwiach, zobaczył klęczącego przy ścianie starszego mężczyznę z wiertarką.

– Przepraszam! – krzyknął detektyw, zatykając sobie uszy. Robotnik nie zareagował. – Przepraszam! – Mężczyzna w końcu przestał wiercić i odwrócił się w stronę zaspanego i trochę zdenerwowanego Tomasza.

– Witam – powiedział mężczyzna, wstając z kolan. Był to pan Janusz, mąż pani Heleny. Średniego wzrostu, całkowicie łysy mężczyzna ubrany był w zieloną flanelową koszulę oraz granatowy dres.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie za wcześnie na prace budowlane?

– Panie Tomku, ja również leżałbym teraz w łóżku i przewracał się na drugi bok, gdyby nie moja żona. – To zdanie wyjaśniało wszystko. Pani Helena kazała mu uprzykrzyć życie Tomasza Forda. – Helena kazała mi bez żadnych protestów powiesić półkę, którą obiecałem się zająć w zeszłe wakacje.

– Rozumiem.

– Wczorajszego dnia, po rozmowie z panem, narzekała, że bierze pan kajak bez pytania.

– Kiedyś zapytałem, to mi nie pozwoliła, więc nie widziałem sensu w tym, żeby po raz kolejny pytać pańską żonę o pozwolenie...

– Nic nie szkodzi. To trudna kobieta, ale musiałem ją za coś pokochać.

– Słucham?

– Musiałem ją za coś pokochać. Nie pamiętam, co to było, ale... Teraz się zmieniła. Ma czasem spokojne dni. Jest miła, uprzejma i kulturalna... – Tomasz robił również za psychologa. Dość często wysłuchiwał żalów pana Janusza na temat pani Lubeckiej. Nie miał mu tego za złe. Był jedyną osobą poza Igą, która nie miała do niego żadnych pretensji oraz zażaleń. Za to jakim był człowiekiem, nie można było go nie wysłuchać.

– Wczoraj wieczorem, gdy wracałem z pływania, w dość delikatny sposób powiedziała mi, żebym pytał o pozwolenie.

– Zbyt długo rozmawiamy. – Pan Janusz wyraźnie się zdenerwował. – Zaraz przyjdzie i zacznie marudzić. – Tomasz przez chwilę poczuł się jak w obozie albo jakimś więzieniu, gdzie przekroczenie wyznaczonego czasu rozmowy skutkuje karcerem lub fizycznym wyperswadowaniem, żeby więcej tego nie robić.

– Panie Januszu... – Mężczyzna jednak nie zwracał uwagi na detektywa i pośpiesznie wrócił do swojej pracy. Wiertło poszło w ruch. Tomasz rozumiał jego zachowanie. Uśmiechnął się do pana Lubeckiego i nie chcąc się narazić na spotkanie z panią Heleną, szybko opuścił progi garażu.

Kilka minut później siedząc z nogami opartymi o parapet i podziwiając słońce odbijające się w wodzie, usłyszał pukanie do drzwi. Był ciekaw kto to mógł być.

– Kolejny klient? – zapytał sam siebie. Podniósł się z krzesła i poszedł w stronę drzwi. Przechodząc przez krótką loggię, zobaczył za przeszklonymi drzwiami Igę. Domyślił się, że chodzi o rozmowę. Cieszył się, że przyszła do niego, a nie do wódki albo innego trunku. Miał zamiar nie pytać jej o pracę ani o to czy ostatnio piła.

– Cześć! – Dziewczyna przywitała go z szerokim uśmiechem. – Masz chwilę?

– Jasne... zapraszam. – Tomasz otworzył szerzej drzwi, a dziewczyna weszła do środka. – Siadaj. – Policjantka usiadła na łóżku. – Chcesz coś do picia... Przepraszam. – Uświadomił sobie, co powiedział.

– Nic nie szkodzi. Masz wodę? – odparła dziewczyna.- Sekundę. – Ford wszedł do kuchni, wyjął z szafki szklankę i nalał do niej lodowatej wody wyjętej prosto z lodówki.

– Dzięki – podziękowała, po czym wzięła spory łyk i odetchnęła z ulgą. – Tego mi było trzeba.

– Co cię sprowadza?

– Uśmiejesz się... – powiedziała i w jednej chwili posmutniała. – Naszła mnie ochota na whisky. – Tomasz doskonale wiedział w czym rzecz. – Już kiedyś miałam okazję ją spróbować...

– Iga – przerwał jej detektyw. – Nie wnikaj w to.

– Chciałam przyjść do ciebie, bo bałam się, że sięgnę po butelkę – odpowiedziała szybko.

– Słusznie zrobiłaś. – Po tym zdaniu nastąpiła niezręczna cisza. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. W pewnym momencie Ford usłyszał dźwięk silnika, który nie zmieniał swojej częstotliwości. Nikt przeważnie się tu nie zatrzymywał, chyba że był to listonosz lub ktoś, kto szukał kwatery na kilka dni. Zaczęło go to zastanawiać. – Przepraszam na chwilę – powiedział, po czym odwrócił się i poszedł w stronę drzwi. Za szybą zobaczył czarną jak noc Hondę Civic, która podobna była do UFO. Nie widział, kto jest w środku. Za plecami poczuł obecność Igi.

– Mafia? – spytała cicho dziewczyna.

– Nie wiem. – Tomasz nie przypominał sobie, żeby zaczynał z kimś z mafii.

– Może jakiś mąż, który chce się zemścić za to, że przyłapałeś go z kochanką?

– Nie pomagasz mi.

– Przepraszam. – Dziewczynie poprawił się humor. Detektyw poczuł, jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej. Bał się, że z samochodu wysiądzie kilku mężczyzn, którzy ostrzelają dom. Może to przeczucie, a może naoglądał się za dużo filmów.

Kierowca auta zgasił silnik i otworzył drzwi. Nadal nie było widać, kto jest w środku.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.