To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers - Valerie Lavson - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers ebook

Valerie Lavson

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 538 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers - Valerie Lavson

Niezwykła, a mało znana biografia Pamel Lyndon Travers (1899–1906), australijskiej pisarki i poetki, zainteresuje z pewnością nie tylko miłośników kultowej serii opowieści o Mary Poppins – niezwykłej niani z ulicy Czereśniowej.

Opinie o ebooku To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers - Valerie Lavson

Fragment ebooka To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers - Valerie Lavson

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Wstęp
CZĘŚĆ 1 / Nimfa _ 1899–1934
PROLOG. Moment między dniem a zmierzchem
ROZDZIAŁ 1. Prawdziwy pan Banks
ROZDZIAŁ 2. Ellie i Allora
ROZDZIAŁ 3. Stara Anglia w Australii
ROZDZIAŁ 4. Narodziny Pameli
ROZDZIAŁ 5. Zauroczenie Irlandią
ROZDZIAŁ 6. Kochankowie, guru i dziewczę przeźrocze
CZĘŚĆ 2 / Matka _ 1934–1965
PROLOG. Przyszła z nieba i na niebo powróciła
ROZDZIAŁ 7. Poppins i Pamela w Krainie Czarów
ROZDZIAŁ 8. Piękna noc na umieranie
ROZDZIAŁ 9. Podróże Camillusa
ROZDZIAŁ 10. Wrota do Mabeltown
ROZDZIAŁ 11. Monsieur Bon Bon mówi au revoir
ROZDZIAŁ 12. Teatr cieni
ROZDZIAŁ 13. Amerykanizacja Mary
CZEŚĆ 3 / Matrona _ 1965–1996
PROLOG. Stara kobieta w bujanym fotelu
ROZDZIAŁ 14. Matrona wśród śpiących królewien
ROZDZIAŁ 15. Szukając Pameli Travers
ROZDZIAŁ 16. Już cię nie strwożą pożogi słońca
Przypisy
Bibliografia
Pierwsze wydania książek P. L. Travers
Podziękowania
Karta redakcyjna

Mary Poppins, she wrote. The Life of P.L. Travers.

Copyright © 1999 by Valerie Lawson

Copyright © for the translation by Bogumiła Nawrot
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014

Dla Lucy i Annie

To, co zwiemy początkiem, to często jest kresem,
A dojście do kresu oznacza początek.
Kres jest tam, skąd wyruszamy. A każdy zwrot
I zdanie trafne (gdzie każde słowo jest u siebie w domu,
Zajmując swoje miejsce, aby wspierać inne,
Słowo ani nieśmiałe, ani zbyt dostojne,
Swobodne współdziałanie nowego ze starym,
Słowo potoczne, jasne, ale nie prostackie,
Słowo dokładne, ścisłe, lecz nie pedantyczne,
Cały korowód tańczący zgodnie).
Wers każdy i każda fraza początkiem i końcem,
Wiersz każdy epitafium. A wszelkie działanie
Krokiem pod topór, w ogień, w gardziel morza
Lub pod nieczytelny kamień: oto skąd wyruszamy.

Nie ustalimy w dociekaniach,
A kresem wszelkich naszych poszukiwań
Będzie dojście tam, skąd wyruszyliśmy
I poznanie tego miejsca po raz pierwszy.

T.S. Eliot, Cztery kwartety
[przeł. Krzysztof Boczkowski]

Wstęp

Kiedy poeta Ted Hughes otrzymał cały komplet książek o Mary Poppins, w liście z podziękowaniami do wydawcy, Collins, napisał:

„Żałuję, że moja żona, Sylvia Plath, ich nie zobaczyła, bo Mary Poppins była dobrą wróżką z czasów jej dzieciństwa. Dużo o niej mówiła”1.

Plath podświadomie wiedziała, że Mary Poppins nie tyle jest poczciwą, starą nianią, ile czarodziejką z bajki. Ukrywając się pod posta­cią angielskiej niani pchającej wózek w Kensington, Poppins była bardziej czarodziejska od matki chrzestnej z bajki o Kopciuszku, bardziej tajemnicza od dobrej wróżki z baśni o Śpiącej królewnie. Ale jest jeszcze jeden aspekt opowieści o Mary Poppins. Coś złowrogiego kryło się w niebieskich, okrągłych oczach i pod kubełkowatym kapeluszem. Jak napisała P.L. (Pamela) Travers, twórczyni Mary Poppins, na każdą dobrą wróżkę przypada zła czarownica, jej nieodzowna rywalka2.

W postaci Mary Poppins Travers zawarła coś więcej niż cukierkowatą nianię, którą znamy z filmu Walta Disneya z lat sześćdziesiątych. Popularność Poppins nie przeminęła, ponieważ jest zarówno dziwna, jak dobra, zarówno groźna, jak dająca poczucie bezpieczeństwa, zarówno surowa, jak wrażliwa, zarówno tajemnicza, jak rzeczowa. Skąd się wzięła, dokąd się udała? Dzieci państwa Banksów, jej podopieczni, wiedziały tylko jedno: przyszła z nieba i na niebo powróci.

Od opublikowania pierwszej książki w 1934 roku Mary Poppins zajęła stałe miejsce w kulturze popularnej wielu krajów, stała się niemal komiksową bohaterką; przyczynił się do tego też film Walta Disneya z 1964 roku, który ponownie wszedł na ekrany w 1973 i 1980 roku, a później ukazał się na kasetach wideo. Sześć książek o Mary Poppins nadal jest drukowanych, przetłumaczono je na kilkanaście języków. Słowa „Mary Poppins” stały się synonimem wyidealizowanej kobiety. Ostatnio niania pojawiła się w Simpsonach, przemieniona w Sherry Bobbins, która bez powodzenia próbuje zaprowadzić ład w tym zwariowanym domu. Nawet ten zabieg jej nie zniszczył. Przeciwnie, jeszcze zwiększył jej popularność.

Obraz Mary Poppins z parasolką lecącej nad dachami Londynu na trwałe zapisał się w naszej wyobraźni, ale sama idea tej postaci jest jeszcze donioślejsza, bo zakłada bezpieczne dzieciństwo i daje odpowiedź na odwieczny dylemat kobiet: jak ułożyć sobie życie, żeby zachować równowagę między realizacją własnych aspiracji a zaspokajaniem potrzeb rodziny.

Mary Poppins pojawiła się w domu Banksów w latach trzydziestych XX wieku, kiedy matki nie pracowały zawodowo. (W filmie pani Banks zostaje niezbyt rozgarniętą sufrażystką. Ten zabieg odzwierciedla punkt widzenia Walta Disneya na rodzący się w owym czasie feminizm). Pod koniec XX wieku większość kobiet pracuje zawodowo, a większość matek potrzebuje opiekunki do dziecka. Jeśli je na to stać, zatrudniają nianię; jeśli nie, rolę niani pełni pracownica przedszkola lub ośrodka opieki dziennej. Kimkolwiek jest opiekunka, rodzice mają mieszane uczucia wobec zastępczej matki.

Starają się myśleć pozytywnie, ale często wyczuwają albo wyobrażają sobie złą czarownicę ukrytą pod maską dobrej wróżki. Matki boją się, że niania skradnie serce albo dziecka, albo męża. (W kulturze popularnej niania często jest przedstawiana jako lalunia, która jedynie udaje, że pracuje, a w rzeczywistości podrywa męża, tak jak Fran Fine z serialu telewizyjnego, urodziwa niania Żydówka, której można pozazdrościć strojów).

Obawy rodziców pogłębiają barwne opowieści o prawdziwych nianiach, które doprowadzają do śmierci bezbronnych dzieci, potrząsając nimi. Opuszczając sale sądowe, nianie przypominają świeżo wyszorowane anielice, ich blond włosy przytrzymują opaski, ubrane w zgrabne kostiumy, a w ręku ściskają torebki.

W wytwórni Hammer Studios doskonale to rozumiano. W 1965 roku, rok po premierze filmu Mary Poppins, angielska wytwórnia specjalizująca się w horrorach zaprezentowała Nianię z Bette Davis w roli tytułowej. Davis wykreowała naprawdę budzącą strach wiedźmę. Zagrała niezwykle sugestywnie. Patrzyła złowrogo swoimi wyłupiastymi oczami spod czarnych rzęs. A na noc zaplatała włosy w warkocz zupełnie jak Mary Poppins.

W pierwszej scenie widzimy matkę, która uległa atakowi histerii. Jej syn ma wrócić do domu z zakładu dla nerwowo chorych, do którego trafił za sprawą oschłego ojca i nieszczęsnej matki. Chłopiec nie chce jeść ani spać, twierdząc, że niania zamierza go otruć albo utopić w wannie. Nie ulega wątpliwości, że coś strasznego spotkało jego młodszą siostrzyczkę. Niania grana przez Davis budzi niepokój i nieufność, kiedy traktuje nieudolną matkę jak dziecko. To karmi łyżką swoją panią, to zwraca się do niej „Madam”. Pod koniec filmu, kiedy dociera do nas, że niania jest psychopatką, Davis mówi: „Bycie nianią opiera się na zaufaniu”.

Ta niania to odwrotność Mary Poppins, przeciwstawienie czarnego charakteru białemu, zła dobru, złej czarownicy dobrej wróżce. Pojawia się, żeby zabić. Mary Poppins pojawia się, żeby wszystko naprawić, zaprowadzić porządek w miejsce nieładu, jedność w miejsce rozłamu. Kiedy zrobi, co do niej należy, Mary może wrócić do tajemniczego miejsca gdzieś w niebie.

Pamela Travers powiedziała kiedyś: „Kapłan zen, z którym zgłębiałam religię zen, oświadczył mi, że Mary Poppins pełna jest filo­zofii zen, że każda opowieść zen dotyczy jednego problemu zawierającego zagadkę. Czasami ta zagadka zostaje rozwiązana, a kiedy indziej nie. Nie ma to znaczenia; ważne, że jest”3.

To samo można powiedzieć o życiu samej Travers. Niemal wszyscy słyszeli o Mary Poppins, ale prawie nikt nic nie wie o Pameli Lyndon Travers. „Nie chcę zostać zaszufladkowana. Czuję do tego wstręt” powiedziała kiedyś w wywiadzie4. Oświadczyła, że nie życzy sobie, by napisano jej biografię. Może jak Oscar Wilde, który nazywał biografów „hienami cmentarnymi”, żywiła głęboką niechęć do wszystkich próbujących wściubiać nos w jej prywatne życie. „Nie pozwalam ludziom grzebać w moim życiu... Nie obnoszę się ze swoimi sprawami osobistymi” przechwalała się przyjacielowi5.

To prawda; przechowywała je w dokładnie opisanych kartonach. Gdyby Travers naprawdę zależało na zachowaniu anonimowości, zniszczyłaby prywatne listy, notatki, nagrania swoich wystąpień, oficjalnych i nieoficjalnych, oraz swoje zdjęcia. Tymczasem sprzedała wszystko, łącznie z prywatnymi dokumentami, Mitchell Library [Biblio­tece Mitchella. Wszystkie przypisy nieoznaczone inaczej pochodzą od tłumacza] w Sydney, gdzie dostęp do nich nie jest niczym uwarunkowany. Każde zdjęcie, list, wiersz i przypadkowe spostrzeżenie jest starannie przechowywane, a nawet opatrzone przypisem dla przyszłych czytelników. Ale może, zostawiając tak wielki skarb, Travers wolała sama zaszufladkować swoje życie, niż pozwolić, by inni je za nią interpretowali.

Mimo wyrażonego przez Travers życzenia, by nie napisano o niej biografii, uważam, że jej śmierć zmieniła reguły gry. Jestem tego samego zdania co biograf Michael Holroyd, który powiedział: „Rozróżniam prawa żywych i umarłych... Kiedy żyjemy, potrzebna nam nasza sentymentalność, nasze uniki, półprawdy i niewinne kłamstwa, by jakoś przejść przez życie. Po naszej śmierci obowiązują inne zasady”6.

Dla mnie Travers stawała się coraz bardziej fascynująca, gdy coraz lepiej poznawałam jej tajemnice. To ona mnie intrygowała, nie tematyka jej książek, chociaż lubiłam Mary Poppins jako dziecko i rozumiałam zarówno dobre, jak i złe strony posiadania niani. Naszą nianią była Hendy mieszkająca po sąsiedzku pani Henderson która piekła ciasteczka czekoladowe, zachowywała się, jak przystoi, była sprawiedliwa i szorstka. Całkowicie różniła się od mojej matki, sprawiającej wrażenie delikatniejszej, ale równie stanowczej. Moja matka pracowała zawodowo, co było ewenementem w Nowej Zelandii w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kochałam Hendy, chociaż czasem się jej bałam.

Zainteresowałam się Pamelą Travers, gdy dowiedziałam się, że jest Australijką. Tak jak ja była tancerką, aktorką i pisarką. „Polowanie na Pamelę” okazało się pięcioletnią podróżą pełną odkryć, która zaprowadziła mnie w niespodziewane miejsca zarówno w wymiarze geograficznym, jak i emocjonalnym. Najwspanialszą chwilą było samo wyruszenie w podróż, kiedy niewiele jeszcze wiedziałam. Napisałam do jej agenta. Odpisała mi sama Travers. Niebieski list lotniczy opatrzony był datą 22 sierpnia 1994 roku.

„Szanowna Pani Lawson!

Nie lubię opowiadać o swoim życiu prywatnym, ale chętnie porozmawiam z Panią o swojej twórczości”.

W dalszej części listu informowała, że złamała rękę, a jednocześnie częściowo straciła pamięć. Czy czytałam jej ostatnią książkę What the Bee Knows? List kończył się słowami: „Od jakiegoś czasu panują u nas takie upały, że pod wieczór często tęsknię za southerly buster7!”. Podyktowany osobie o dziecinnym charakterze pisma, list podpisany był drżącą ręką: „P.L. Travers”.

W mało znanym kalifornijskim wydawnictwie zamówiłam egzemplarz książki What the Bee Knows, ale szybko rzuciłam w kąt... Nie miałam wtedy czasu na rozważania Travers o mitologii i poszukiwania herosów.

Pewnego ranka osiemnaście miesięcy później obudziłam się ze świadomością, że nadszedł właściwy moment w moim życiu, by rozpocząć pracę nad książką. Niektóre rzeczy napisane przez Travers zapadły mi w pamięć. Zrozumiałam, co miała na myśli, mówiąc, że życie kobiety dzieli się na trzy etapy: „nimfy, matki, matrony”8 ponieważ wszystkie one współistniały we mnie, tak jak w jajnikach dziewczynki już wszystkie jajeczka, z których w przyszłości narodzą się jej dzieci.

Na poważnie ta podróż rozpoczęła się w czytelni Dixsona w Biblio­tece Mitchella w Sydney, idealnym miejscu na kontemplację, oazie spokoju, gdzie życie Travers ukazywało się moim oczom, gdy odwijałam z bibułki przewiązanej białą wstążką kolejne jej listy czy opowiadania sprzed lat.

W 1996 roku ponownie napisałam do jej agenta z prośbą, czy mogłabym się spotkać z Travers w Londynie na początku maja. Dostałam od niego odpowiedź, że Travers jest poważnie chora. Nazajutrz po otrzymaniu listu dowiedziałam się, że Travers zmarła. Napisałam jej nekrolog dla „Sydney Morning Herald”. W następnym tygodniu i tak pojechałam do Londynu, by relacjonować toczącą się w sądzie sprawę stanowiącą epilog napisanej przeze mnie książki o skandalu w kancelarii prawniczej. Spór załatwiono polubownie. Zdecydowanie nadeszła pora, żeby zająć się czymś nowym. Szłam Shawfield Street w Chelsea, gdzie Travers mieszkała przez ponad trzydzieści lat, równie przepełniona lękiem i smutkiem, co podekscytowana.

Myślałam o podróży Travers w 1924 roku z Sydney do Londynu, o jej nostalgicznym wspomnieniu: „jako dziecko zawsze czułam silne pragnienie wyjazdu do Anglii i Irlandii. Zbudowałam na tym całe swoje życie”9.

Shawfield Street jest krótka. Tamtego dnia wydała mi się jeszcze krótsza. Zbyt szybko znalazłam się przed różowymi drzwiami do domu Pameli i nacisnęłam dzwonek z nadzieją, że nikt mi nie otworzy. I rzeczywiście nikt mi nie otworzył. Nim dotarłam do Kings Road, wszystko wykrystalizowało się w moim umyśle: upływ czasu, podróże odbyte i nie, pewność, że teraz napisanie tej opowieści jest czymś koniecznym.

Następne trzy lata spędzone na szukaniu prawdy o Pameli Travers stały się celem samym w sobie, bo równie ważne okazały się same poszukiwania, jak ich ukończenie. Pod koniec 1997 roku wybrałam się do Nowego Meksyku, Waszyngtonu, Nowego Jorku i Bostonu, następnie do hrabstwa Donegal i Londynu, gdzie spotkałam się z synem Pameli, Camillusem Traversem. Mieszkał przy Shawfield Street 29, domu tak dobrze mi znanym jak stara fotografia, chociaż nigdy nie byłam w jego wnętrzu. Na górze mieścił się jej gabinet. Camillus zaprowadził mnie do niego. Wszystko wyglądało tam tak, jakby nikt niczego nie tknął od dnia śmierci pisarki.

Nie powinnam była wtedy wyjechać z Londynu. Gabinet Travers utkwił mi w pamięci, nie mogłam napisać książki, nie wracając tam.

Dziewięć miesięcy później znów poleciałam do Londynu. Przez cały dzień siedziałam za jej biurkiem, porządkując wszystko, grzebiąc w szufladach, wyciągając pożółkłe fotografie, fragmenty pamiętnika, zapiski na skrawkach papieru, zaprowadzając jaki taki ład, zbierając na stos spinacze i gumki. Byłam zupełnie sama. Camillus wyszedł wcześnie i wrócił do domu, kiedy już mnie nie było.

Któregoś dnia natrafiłam na jej stare płyty gramofonowe z muzyką skomponowaną do ćwiczeń wymyślonych przez jej guru, Gurdżijewa. Odtworzyłam jedną z nich. Muzyka fortepianowa okazała się bardziej kojąca, niż się tego spodziewałam. Tamtego dnia duch Pameli wrócił do tego pokoju. Pod koniec pierwszego tygodnia późnym rankiem nagły przeciąg zatrzasnął drzwi do jej gabinetu. Znów dało się wyczuć obecność Pameli. mi się włosy zjeżyły na karku.

Codziennie o zmierzchu szłam Kings Road, mijając ciąg sklepów z kosmetykami i modnymi ubraniami, jedną i drugą krętą ulicą do South Kensington, z jeszcze nieuporządkowanymi notatkami w teczce. Miałam wrażenie, że Pamela Travers otacza mnie ze wszystkich stron.


Travers powiedziała kiedyś, że u podstawy wszystkich wesołych książek tkwi smutek. Musiała mieć na myśli swój własny. Bo życie Pameli Travers obfitowało w smutne chwile. Wiedziała, że „czara smutku jest zawsze pełna. Dla dorosłego to dzban, dla dziecka naparstek, ale zawsze jest pełen”10.

Uważała, że „wszyscy czekamy na cud. Wszyscy musimy czuć, że jesteśmy zaczarowani i pewnego dnia ktoś machnie różdżką i księżniczka, którą naprawdę jesteśmy, w końcu wyłoni się spod łachmanów. Ale w rzeczywistości sami musimy machnąć różdżką. Gdybyśmy tylko potrafili się powstrzymać przed wiecznym umacnianiem naszych murów obronnych. Gdybyśmy się obnażyli i stanęli bezbronni. Och, potrzebujemy tego”11.

Potrzebowała tego, ale tego nie znalazła, z upływem lat tworząc coraz to nowe mury obronne i zakładając kolejne maski. Pisarz Salman Rushdie podsumował takie życie życie tylu z nas w komentarzu podczas wywiadu: „Żyjemy w świecie pełnym rozczarowań. Na początku mamy wielkie nadzieje i piękną niewinność dziecka, ale stwierdzamy, że świat nie jest wystarczająco dobry tak jak nasze życie i my sami. Lecz zdarzają się w życiu chwile, kiedy możemy doznać uczucia transcendencji, kiedy czujemy się częścią czegoś większego albo po prostu rośnie w nas serce”12.

Wierzę, że Travers doświadczała takiej cudownej transcendencji częściej niż inni. Zawsze następowało to niespodziewanie, kiedy szukała wzorca i znaczenia w swoim życiu. Jak powiedziała jednemu ze swych ulubionych pisarzy Jonathanowi Cottowi: „Jest cudowna linijka w wierszu Theodore’a Roethkego, która brzmi następująco: «dokąd iść, dowiesz się, idąc nie wcześniej» [przeł. Stanisław Barańczak]. Nie możesz się tego dowiedzieć, zanim wyruszysz, prawda? Kroczysz jakąś drogą i dowiadujesz się dokąd, idąc”13.

Jej życie okazało się znacznie bogatsze, niż przypuszczałam. Moje życie wzbogaciło się dzięki napisaniu tej książki.

Valerie Lawson

1 / Nimfa

1899–1934

Moment między dniem a zmierzchem... kiedy wszystko może się wydarzyć.1

ALLORA, LUTY 1907

Wracaj do domu, Lyndon... Lyndon, słyszysz? Już późno, prawie ciemno. Musisz mi pomóc przy dziecku.

Lyndon słyszała wołanie matki. Ale chciała się jeszcze nacieszyć zmierzchem tutaj, na zachwaszczonym polu tuż obok dużego domu. Leżała na wznak i gapiła się w niebo. Ostre źdźbła kłuły jej ramiona. Chciała, żeby sklepienie niebieskie spadło na nią, takie miękkie jak czyste prześcieradło, którym w soboty Kate Clancy zaściełała wysokie drewniane łóżko.

Wenus już wzeszła. Po jednej stronie nieboskłonu widziała Krzyż Południa, siedem gwiazd z konstelacji Plejad. Johnny, chłopak stajenny, powiedział jej, że te gwiazdy były kiedyś siedmioma siostrami Atlasa.

Lyndon czuła, że mogłaby poszybować ku błękitnej czaszy w górze. Mama ostrzegała ją, że jeśli nie będzie uważała, jej włosy zahaczą o gwiazdy. Chciała w to wierzyć, ale jej mama czasami wymyślała niestworzone historie.

Lyndon nigdy nikomu się nie zwierzyła, że słyszy śpiew gwiazd. Najbardziej kochała Plejady. A co, jeśli jedna z siedmiu sióstr uwolni się i spadnie na ziemię, wleci prosto do jej domu, gdzie matka i ojciec, Kate Clancy oraz jej małe siostrzyczki, Barbara i Moya? Miała nadzieję, że będzie to Maja, najbardziej niezwykła z sióstr.

Jeśli Lyndon wystarczająco długo poleży bez ruchu, może drzewa zapomną o jej obecności i zaczną szeptać między sobą. Plotkować! Lyndon wiedziała, że umilkną, gdy tylko zobaczą.

Lyndon!

Wstała i wygładziła kretonowy fartuszek. Dom jarzył się świat­łem świec i lamp naftowych. Lyndon niemal czuła zapach pory kąpieli, widziała duży kawałek mydła Sunlight. Matka będzie miała na sobie stanik, niemowlę będzie śliniło niebieską lamówkę wokół dekoltu. Kiedy Moya przestawała płakać, dorwawszy się do matczynej piersi, kiedy nikt nie rozchlapywał wody a konie zasypiały w stajni, Lyndon zaczynała nasłuchiwać odgłosów domu. Nocą rozlegały się trzaski, skrzypienie i westchnienia.

Lyndon przez cały dzień nosiła w kieszonce fartuszka trzypensówkę. Tuż przed pójściem spać wślizgnęła się do pokoju ojca i pokazała mu monetę. Obiecała, że rano kupi mu kilka gruszek.

Kilka gruszek! Właśnie o tym marzę! Travers Robert Goff wziął trzypensówkę i wsunął pod poduszkę.

Nazajutrz, kiedy Lyndon się obudziła, jej matka, Margaret, już nie spała. Pół leżała, pół siedziała na kanapie w salonie.

Tatuś odszedł do Bozi.

Rozdział 1

Prawdziwy pan Banks

Helen Lyndon Goff miała dwóch ojców: jednego prawdziwego, drugiego zmyślonego. Ślady ich obu można znaleźć u trzeciego ojca, całkowicie nieprawdziwego Jerzego Banksa, melancholijnej głowy rodziny w książkach o Mary Poppins [imiona postaci z serii książek o Mary Poppins noszą imiona, jakie w polskim wydaniu nadała im tłumaczka Irena Tuwim; również cytaty z tych książek bazują na tym przekładzie]. Pan Banks pracował w banku, ale reprezentował sobą coś więcej niż filar City of London, w meloniku, ze złożonym parasolem, narzekając na stan swoich finansów osobistych i chaos panujący w jego domu w Chelsea. Pan Banks zatrudnił Mary Poppins, żeby zaprowadziła ład w jego domu. I chociaż nigdy nie brał udziału w żadnej z jej szalonych przygód, podświadomie wiedział, że Mary Poppins jest czarodziejką.

Helen Lyndon Goff powiedziała, że wymyśliła zarówno Jerzego Banksa, jak i właściwie idealną Mary Poppins „głównie dla własnej przyjemności”. Pan Banks grał wiele ról. Był ojcem i kochankiem, o którym marzyła Lyndon, miewającym humory pracownikiem banku mieszkającym razem ze swoją rodziną w Londynie przy ulicy Czereśniowej Numer Siedemnaście, gdzie pewnego cudownego dnia wiatr ze wschodu przywiał Mary Poppins.

Jednak prawdziwym ojcem Helen Lyndon nie był pan Banks, tylko Travers Robert Goff. Daleko mu było do ideału. Lyndon wzięła od niego to, co najlepsze co zapamiętała z dzieciństwa a resztę wymyśliła. I tak powstał niejednorodny irlandzki bohater: wytworny, flegmatyczny i czarujący pan, ojciec, którego później opisywała innym jako przystojnego nadzorcę plantacji trzciny cukrowej w odległej podzwrotnikowej Australii, „na głębokiej prowincji”, jak nazywała. Urodzony w Irlandii, ten wyidealizowany, wymyślony ojciec przemierzał pola trzciny cukrowej na północy Queensland w białym, jedwabnym garniturze, miękkim, białym kapeluszu, ze złotymi kolczykami i szerokim, szkarłatnym pasem, otoczony przez wiernych służących. W wozowni stały pojazdy wszelkiego typu: czterokółka, elegancki kabriolet, stary howdah [lektyka do jazdy na słoniu] i eleganckie sanie obok furmanek, wozów drabiniastych i sulki1.

W rzeczywistości jej ojciec był kierownikiem banku, nim został zdegradowany na zwykłego urzędnika. Zmarł w wieku czterdziestu kilku lat, niespełniony, zostawiając rodzinę bez środków do życia, skazując na korzystanie z łaski bogatych, ale obojętnych krewnych. Travers Robert Goff za dużo pił i miał zbyt wygórowane ambicje, których nigdy nie zrealizował. W spuściźnie zostawił córce jedynie zaszczepione w jej umyśle przekonanie, że wcale nie jest Australijką, ale odmieńcem na antypodach, kobietą, której przeznaczeniem jest spędzić życie na poszukiwaniu baśni, poezji i romantyzmu w irlandzkich fantazjach jej ojca. Nawet posłużyła się jego imieniem jako swoim pseudonimem literackim. Zostawszy dziennikarką, pisarką, tancerką i aktorką, przedstawiała się jako Pamela Lyndon Travers.

Travers Goff był mitomanem. Im więcej wypił, tym bardziej romantyczne historie opowiadał swoim bliskim i przyjaciołom. Lubił się przechwalać, że jego życie nasiąkło celtyckim zmierzchem, krainą Yeatsa i George’a Williama Russella. Ale chociaż wielce podziwiał dziewiętnastowiecznych poetów i dramaturgów, najbardziej zakochany był w mitach starożytnej Irlandii i fikcyjnym uosobieniu Irlandii, uwiecznionym w jednoaktówce autorstwa Williama Butlera Yeatsa Cathleen, córka Houlihana. Ważne były wróżki, chochliki i elfy. Tęczowy Wąż jego przybranej ojczyzny nie miał żadnego znaczenia. Nawet w Australii „Irlandia spowijała go niczym płaszcz; podobnie jak James Joyce zawsze był zanurzony w Dublinie, nawet gdy bawił w Paryżu”2.

Helen Lyndon Goff wyznawała taką samą zasadę jak Mary Poppins: nigdy niczego nie wyjaśniać. Z całą pewnością nigdy nie wyjaś­niła, dlaczego wolała głosić wersję, że jej ojciec był nadzorcą plantacji trzciny cukrowej. Może z czystego snobizmu. Lyndon bardziej odpowiadało bycie córką dżentelmena farmera w tropikalnym buszu niż gryzipiórka w prowincjonalnym banku. Nie wnikając w przyczyny, nieprawdziwa wersja życiorysu jej ojca i jej własne wczesne lata w Australii prześladowały przez całe życie, a nawet po śmierci. W jej nekrologu zamieszczonym w „New York Timesie” napisano, że była córką plantatora trzciny cukrowej, natomiast autor jej nekrologu w „Guardianie” był przekonany, że była wnuczką premiera Queens­land, a zarazem założyciela jednej z największych firm australijskich Colonial Sugar Refining.

To zamieszanie było zrozumiałe, jeśli uwzględnić niechęć Goffa do ujawnienia swojego pochodzenia nawet własnej żonie. Powiedziała lekarzowi, który podpisał jego akt zgonu, że urodził się w hrabstwie Wexford w Irlandii. Sama Lyndon twierdziła: „Mój ojciec pochodził z bardzo starego irlandzkiego rodu, z irlandzkiej szlachty, ziemiaństwa... Był młodszym synem, a młodszych synów wysyłano na poznawanie świata... Nie wiem, co go skłoniło do wyjazdu do Australii. Był Irlandczykiem urodzonym w Anglii, a Irlandczycy to wielcy włóczędzy”3.

Goff urodził się w domu przy Queens Road w Deptford, dzielnicy Londynu, w grudniu 1863 roku jako drugi syn agenta okrętowego Henry’ego Lyndona Bradisha Goffa i jego żony Charlotte Cecylii. Miał jednak pewne związki z Irlandią, krewnych Davis-Goff, mieszkających w hrabstwie Wexford i w Galway w zachodniej Irlandii.

Jako młody, niespełna dwudziestoletni mężczyzna Travers Goff popłynął z Londynu na Cejlon, gdzie zajmował się uprawą herbaty, nim przeniósł się do Australii. Osiadł w Nowej Południowej Walii, a poźniej, około roku 1891, przeniósł się do kolonii Queensland. Możliwe, że nim się ożenił, pracował jako nadzorca na plantacji trzciny cukrowej. Na portrecie z 1896 roku, wykonanym w pracowni fotograficznej w Sydney, widzimy go z sumiastymi wąsami, siedzącego sztywno w białym garniturze, białych butach i hełmie korkowym. Podobnie ubierali się nadzorcy plantacji trzciny cukrowej w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Ale ten strój mógł również być nostalgicznym nawiązaniem do tych, które nosił na Cejlonie.

Travers Goff wyidealizowany ojciec Lyndon
Domowe archiwum rodziny Travers

Bez względu na to, czym początkowo zajmował się w Australii, Goff w żadnym mieście nie zagrzał dłużej miejsca. Jego nazwisko nie widnieje w żadnym spisie mieszkańców Nowej Południowej Walii i Queensland z lat osiemdziesiątych XIX wieku. Ale 23 lipca 1898 roku osiadł w Maryborough, gdzie zatrudnił się w Australian Joint Stock Bank. Jako dyrektor oddziału zarabiał dwieście pięćdziesiąt funtów rocznie, do tego otrzymywał dodatek na służącego w wysokości pięćdziesięciu funtów4.

Dla samotnego mężczyzny zamieszkanie w ładnym podzwrotnikowym mieście Maryborough nie było tragedią. Ten rzeczny port jakieś 250 kilometrów na północ od Brisbane wziął swoją nazwę od przepływającej przez niego rzeki Mary. Jak wiele nadmorskich miejscowości w Queensland Maryborough trochę przypominał kolonialny Cejlon swoją drewnianą zabudową koronkową, delikatną, by dało się znieść najgorsze, parne miesiące lata. Maryborough mog­ło się pochwalić ratuszem i zaprojektowanym na londyńską modłę Queens Park z drzewami ozdobnymi. Codziennie o pierwszej oddawano salwę z działa wydobytego z wraku statku, który zatonął w Cieś­ninie Torresa. W latach osiemdziesiątych XIX wieku w Maryborough działało Orchestra Society, wieczorem można było posłuchać koncertów, wybrać się do cyrku albo na wodewil, popływać rzeką przy świetle księżyca. Tuż przed przybyciem Goffa, w roku jubileuszu królowej Wiktorii, w mieście otwarto kino.

Maryborough opierało swoje istnienie na dwóch przemysłach: drzewnym i cukrowniczym. W latach 1870–1880 przemysł cukrowniczy przeżywał prawdziwy rozkwit; wokół miasta działało ponad czterdzieści cukrowni. Ale wraz z nadejściem suszy okres boomu się zakończył, plantatorzy byli zmuszeni zaciągać kredyty hipoteczne, nie mieli z czego spłacać pożyczek. Bankierzy, wśród nich dyrektorzy banku, w którym pracował Goff, niepokoili się niskimi cenami cukru i niepewną przyszłością przemysłu cukrowniczego. Zaczęli zajmować obciążone nieruchomości, dzielić plantacje i oferować je na sprzedaż.

Australijskie banki bardzo się rozwinęły w okresie boomu w latach osiemdziesiątych XIX wieku i Australian Joint Stock Bank nie był wyjątkiem. Kiedy Goff znalazł w nim zatrudnienie w 1898 roku, był to podobno trzeci pod względem wielkości bank w Nowej Połu­dniowej Walii i Queensland, ale jego dyrektorzy nadal doskonale pamiętali kryzys z początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. AJS Bank w dużym stopniu zdawał się na depozyty z Londynu. Problemy banków angielskich na początku lat dziewięćdziesiątych doprowadziły do zamknięcia AJS Bank w kwietniu 1893 roku. Wznowił działalność dwa miesiące później, po gruntownej reorganizacji5.

Te wzloty i upadki australijskich banków w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku wpływały na życie zawodowe i osobiste Traversa Goffa do samej jego śmierci. Lyndon do końca życia pamiętała przejścia ojca i problemy finansowe rodziny jej matki. I znalazło to swoje odbicie w portrecie Jerzego Banksa, który ma równie ambiwalentną osobowość jak jej ojciec. Stworzony przez Lyndon pan Banks jest człowiekiem, który wiecznie się zamartwiał i marzył o gwiazdach, ale musiał chodzić do banku codziennie z wyjątkiem niedziel i dni świątecznych. Tam zasiadał w wielkim fotelu przed wielkim biurkiem i robił pieniądze. Dzieci Banksów, być może tak jak mała Helen Lyndon, wyobrażały sobie, że sam wytwarza monety, wycina pensówki, szylingi i półkoronówki, a potem przynosi je do domu w małej czarnej teczce. Czasami, kiedy Jerzy Banks nie miał pieniędzy dla dzieci, mówił: „Bank rozbity”. Dwoje starszych dzieci Banksów, Janeczka i Michaś, skrupulatnie liczyło pieniądze wkładane do skarbonek, rozważne jak ich ojciec. „Cztery dwupensówki i sześć pensów, i jeden szyling”6.

W bardzo podobny sposób dorosła Lyndon analizowała swoje inwestycje, prosiła bankowców, prawników i agentów, by w kółko sprawdzali salda, wiecznie uważając, że nie ma dość pieniędzy. Jej obawy były wynikiem nie tylko problemów jej ojca, ale również głupich inwestycji wuja jej matki, Boyda Moreheada, syna surowego, rozważnego Szkota. Boyd był czarną owcą w obrotnej rodzinie Moreheadów, Szkotów, których Lyndon opisywała jako „bardzo bogatych”. Przechwalała się, że jej matka, Margaret Morehead, „pobierała nauki w Londynie i Paryżu, a póki nie wyszła za mąż, zawsze miała własną służącą”7. Po krewnych ze strony matki Lyndon odziedziczyła wrodzony snobizm i rozwagę. W przeciwieństwie do Goffów, o których przeszłości trudno coś konkretnego znaleźć, dzieje Moreheadów jak otwarta księga, ich nazwiska widnieją w słownikach biograficznych i aktach niektórych najstarszych australijskich firm.

Pierwszym Moreheadem, który osiedlił się w Australii, był Robert Archibald Alison Morehead, trzeci syn dziekana kościoła episkopalnego w Edynburgu. Morehead, producent szali i sukna, postanowił przeprowadzić się ze Szkocji do cieplejszego klimatu, obawiając się, że zachorował na gruźlicę. Pod koniec 1840 roku mianowano go dyrektorem Scottish Australian Company, a rok później przybył do Sydney razem ze swoją żoną, Helen Buchanan Dunlop. Miał wtedy dwadzieścia osiem lat. Wkrótce urodzili mu się synowie, Robert Charles w 1842 roku i Boyd Dunlop rok później. Rodzina przeniosła się do domu przy O’Connell Street 1 w sercu miasta. Jadalnia państwa Morehead sąsiadowała bezpośrednio z biurem Scottish Australian Company. Wkrótce po sąsiedzku otwarto Australian Club (tylko dla mężczyzn) i redakcję „Sydney Morning Herald”. W domu na O’Connell Street Helen Morehead urodziła jeszcze dwoje dzieci: Helen Christinę i najmłodszą Jane Katherine.

Moreheadowie podróżowali często i z klasą. Na pokładach liniow­ców P&O cała rodzina krążyła między Australią a Anglią. Chłopcy chodzili do szkół w Szkocji i do Sydney Grammar, dziewczynki uczyły się w domu. Życie przy O’Connell Street odcisnęło swoje piętno na życiu fikcyjnych Banksów z ulicy Czereśniowej Numer Siedemnaście. Lyndon jako dziecko słuchała opowieści o tym, jak wszystkie dzieci Moreheadów jadły obiad z rodzicami, ale wieczorny posiłek spożywały w pokoju do nauki z guwernantkami. Zatrudniano kucharkę, praczkę, pokojówkę i dziewczynę podającą do stołu. Naturalna u dzieci wesołość denerwowała ich ojca; lubiły go szokować, zjeżdżając po poręczach i wczesnym wieczorem śpiewając w łóżeczkach na cały głos, ich słyszeli urzędnicy bankowi pracujący na dole.

W 1861 roku Helen Morehead zmarła w wieku czterdziestu kilku lat i na jej męża spadł obowiązek wychowania czwórki nastoletnich dzieci. Najmłodszą, Jane, zaledwie trzynastoletnią, wysłano do szkoły z internatem mieszczącej się w okazałym domu Carthona w Darling Point. Jej starsza siostra Helen przejęła obowiązki pani domu i opiekunki dzieci. „W wieku piętnastu lat napisała później musiałam wziąć na siebie ciężar prowadzenia domu. Byłam przerażona koniecznością wydawania poleceń służbie i obawiam się, że nie najlepiej wywiązywałam się ze swoich obowiązków, ale starałam się najlepiej, jak mogłam, pomagać ojcu, a on pomagał mi na tyle, na ile potrafił”8. W przeciwieństwie do reszty swojego rodzeństwa nigdy nie wstąpiła w związki małżeńskie. Pierwszy opuścił rodzinny dom Robert, poślubiając w 1867 roku Marię Jacobs. Pięć lat później Jane wyszła za mąż za Anglika, Williama Rose’a. Boyd ożenił się w 1873 roku. Razem ze swoją młodą żoną, Annabellą Ranken, przeprowadził się do Brisbane. Niektórzy członkowie rodziny Moreheadów pojawili się pod różnymi postaciami na kartach książek o Mary Poppins. Dwójce dzieci Banksów, Janeczce i Amelce, swoich imion użyczyły Jane Morehead i Annabella Morehead.

Dostatnie dzieciństwo Moreheadowie zawdzięczali mądrym decyzjom swojego ojca. Robert Archibald Alison Morehead przybył do Sydney z trzydziestoma tysiącami funtów, by je zainwestować w imieniu Scottish Australian Company, i szybko zajął się udzielaniem pożyczek. Skupował długi hipoteczne i pożyczał na wysoki procent 12,5. Nazywał to „zbieraniem owoców kredytów hipotecznych”. Dzięki temu mógł nabyć nieruchomości w Sydney, Melbourne i na prowincji. Morehead zajął się również działalnością agencyjną i dawał zaliczki na produkcję rolniczą, głównie na wełnę. Rozwinął górnictwo węglowe w Newcastle, kupił ziemię w Queensland i Gulf Country, między innymi olbrzymią posiadłość Bowen Downs.

Przeszedł na emeryturę w 1884 roku, stworzywszy imperium biznesowe, w którego skład wchodziły holdingi rolnicze, nieruchomości w miastach i dochodowe kopalnie węgla9. Ale niestety w życiu osobistym nie wiodło mu się najlepiej. Nie tylko owdowiał, ale również pochował najstarszego syna, Roberta Charlesa. Robert, pracujący w firmie ojca, zmarł na gruźlicę w 1874 roku w wieku trzydziestu dwóch lat. (W dorosłym życiu Lyndon ciągle, chociaż bezpodstawnie, uważała, że zaraziła się gruźlicą, i jeździła po świecie w poszukiwaniu ciepłych, spokojnych miejsc).

Po przedwczesnej śmierci Roberta Charlesa Moreheada wdowa po nim, Maria, ponownie wyszła za mąż, a córkę, Margaret, oddano pod opiekę ciotki, starej panny. Taki nieplanowany obrót rzeczy i związane z tym testamenty dwójki Moreheadów mocno odcis­nęły się na życiu Margaret. Miało to również wpływ na wychowanie Lyndon, bo matka i córka znalazły się w kręgu oddziaływania kobiety będącej pierwowzorem postaci Mary Poppins.

Robert Charles Morehead wiedział, że umiera. Cztery dni przed śmiercią podpisał testament, wyznaczając ojca na powiernika swego majątku. Zostawił siedemset funtów na rachunku powierniczym dla swojej żony Marii i córeczki Margaret. W tym samym czasie jego ojciec, Robert Archibald Alison Morehead, też zmienił swoją ostatnią wolę. Jego powiernicy mieli wydzielić trzy tysiące funtów do zainwestowania przez jego syna Boyda i zięcia Williama Rose’a. Obaj mężczyźni mieli również być powiernikami majątku Marii i Margaret.

Sześć lat później, w 1870 roku, Maria ku wielkiemu niezadowoleniu starszego pana ponownie wyszła za mąż. W tym samym roku w kolejnym kodycylu Robert Archibald Alison Morehead zastrzegł, że Maria ma otrzymać jedynie pięćset funtów z jego majątku pod warunkiem, że „całkowicie zrezygnuje z opieki nad Margaret Agnes Morehead. Jeśli warunek ten nie zostanie spełniony, rzeczone pięćset funtów wejdzie w skład mojego ogólnego majątku”. Mała Margaret trafiła pod jego pieczę, stając się ofiarą bardzo napiętych stosunków między swoją matką a dziadkiem. Mieszkała ze swoją ciotką Helen i dziadkiem do jego śmierci w 1885 roku.

Tuż przed swoją śmiercią Morehead dodał ostatni kodycyl do swojego testamentu, dając Helen prawo do rozporządzania według własnej woli jej częścią jego majątku, wynoszącą piętnaście tysięcy funtów. Wraz z jego śmiercią miała jej przypaść „rola głowy rodu wraz ze wszystkimi wiążącymi się z tym przywilejami... którymi będzie się cieszyła, dopóki sama do niego nie dołączy w zaświatach”10.

Po śmierci dziadka Margaret Morehead nadal mieszkała ze swoją ciotką Helen i służącymi w Woollahrze, jednym z najbardziej atrakcyjnych przedmieść Sydney. Odtąd Margaret była wychowywana przez zastępczą matkę, którą nazywała „ciocią Ellie”. Ciocia Ellie wpoiła jej swoje życiowe zasady, jak również wyznawane przez siebie wartości, nawyki i powiedzonka. Margaret przekazała je swojej córce, Lyndon, która z kolei obdarzyła nimi Mary Poppins. Ale chociaż Margaret dorastała w atmosferze bezpieczeństwa i dostatku, stała się w pełni zależna od ciotki Helen, gdy jej wuj Boyd roztrwonił pieniądze zgromadzone na jej funduszu powierniczym.

Morehead senior był roztropny i powolny, natomiast Boyd był młodzieńcem szalonym, niecierpliwym i ambitnym. Tak bardzo był spragniony nowych doświadczeń, że nie ukończył uniwersytetu. Najpierw próbował szczęścia w kopalni złota, później zatrudnił się w Bank of New South Wales, skąd go zwolniono za niesubordynację. Ojciec pośpieszył mu na ratunek i Boyd objął zarząd nad Bowen Downs, należącym do Scottish Australian. Po ślubie ustatkował się, został członkiem Zgromadzenia Ustawodawczego Queensland, założył agencję kupiecką B.D. Morehead i Spółka. Boyd był zamieszany w skandal związany ze sprzedażą ziemi, ale nie przeszkodziło mu to zostać sekretarzem kolonii Queensland, a potem przez dwa lata, od końca 1888 roku, być premierem.

W okazałym domu Cintra w Bowen Hills w Brisbane żył wystawnie ze swoją żoną i siedmioma córkami, objeżdżając swoje wiejskie posiadłości i pilnując interesów w mieście. Od 1876 roku sprawował między innymi funkcję dyrektora Queensland National Bank11. Nie był to zwyczajny bank; stanowił raczej coś pomiędzy Bankiem Anglii a przepysznym pałacem siedzibą londyńskiego banku, jaki widzimy w filmowej wersji Mary Poppins. Bankiem Queensland National kierował Edward Drury, wspólnik sir Thomasa McIlwraitha, który w 1879 roku został premierem Queensland. Pełniąc funkcję, przeniósł konto rządu do Queensland National Bank.

Queensland National Bank był czymś więcej niż tylko bankiem administracji Queensland. Wprawdzie gromadził w Londynie fundusze dla Queensland, ale zarazem był skarbonką dla firm należących do członków rządu. Wśród jego udziałowców było osiemnastu członków Rady Ustawodawczej i Zgromadzenia Ustawodawczego. W 1891 roku władze Queensland i Bank Anglii poróżniły się w kwestii pożyczki, o którą starał się w Londynie rząd Queensland. Napięcie podkopało zaufanie Londynu zarówno do władz Queensland, jak i do samego Queensland National Bank, który musiał być wspierany rządowymi depozytami. Angielscy inwestorzy zaczęli wycofywać pieniądze i akcje banku znacznie straciły na wartości.

Jako dyrektor banku Boyd był zamieszany w aferę. Razem z innymi dyrektorami skupował akcje banku. Przez te wszystkie lata zainwestował znaczną część odziedziczonego przez siebie majątku oraz spadku swojej bratanicy Margaret w bankowe akcje i depozyty. W maju 1893 roku bank zamknął swoje podwoje, próbując przeprowadzić reorganizację. Pod koniec roku wznowił działalność, ale to, co spowodowało największe szkody, wyszło na jaw dopiero trzy lata później, po śmierci dyrektora naczelnego. Podczas kontroli okazało się, że bank jest niewypłacalny. W 1898 roku Moreheada i pozostałych dyrektorów banku oczyszczono z zarzutów niegospodarności. W banku przeprowadzono kolejne zmiany, ale wielu depozytariuszom jeszcze przez lata nie udawało się odzyskać swoich pieniędzy.

Dla klanu Moreheadów nie była to komfortowa sytuacja. Lyndon powiedziała później zaufanemu przyjacielowi, że wuj jej matki zainwestował pieniądze swoje i Margaret zbyt nierozważnie, więc kiedy jej matka wyszła za mąż, zostało jej bardzo niewiele ze spadku12.

Margaret wyrosła na nieśmiałą, ładną kobietę. Miała dwadzieścia kilka lat, kiedy poznała w Sydney Traversa Roberta Goffa, jeszcze zanim zatrudnił się w banku. Musiał sprawiać wrażenie solidnego, godnego zaufania, zdolnego do utrzymania rodziny. Poza tym wyglądał na człowieka obytego w świecie, podróżnika, który opowiadał jej, jak na Cejlonie codziennie wieczorem stroił się do kolacji niczym prawdziwy sahib otoczony służbą. Zabiegał o jej względy, śląc jej z Queens­land dowcipne, niefrasobliwe listy, wiele z nich wierszem. Postanowili wziąć ślub w rodzinnym mieście Boyda Moreheada, Brisbane, 9 listopada 1898 roku w ładnym anglikańskim kościele Wszystkich Świętych. Pannę młodą poprowadził do ołtarza wujek Boyd.

Dokładnie dziewięć miesięcy później, 9 sierpnia 1899 roku w Maryborough, w domu przylegającym do AJS Bank, urodziła się Helen Lyndon Goff. Otrzymała imię Helen po swojej prababce ze strony matki i stryjecznej babce. Ale nikt nigdy nie wołał na nią Helen, tylko Lyndon. To irlandzkie imię często nadawano w rodzinie jej ojca zarówno chłopcom, jak i dziewczynkom. Często zdrabniano je do Lindy albo Ginty. Cieszyła się, że nosi gaelickie imię, które oznacza wodę i kamień13.

Dwudziestomiesięczna Helen Lyndon Goff
Domowe archiwum rodziny Travers

Lyndon nigdy nie uważała się za Australijkę, lecz za córkę Irlandczyka i Szkotki. Kiedy była kobietą w średnim wieku, niemal wstydziła się tego, że urodziła się w Australii, tłumacząc, że był to „czysty przypadek”. Uważała Australię za „południową dzicz”, a siebie samą za wysiedleńca. Przemawiając w Bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych, zwróciła się do zgromadzonych osób: „Pamiętacie Murzynka [Williama] Blake’a? «urodziła mnie matka w południowej dziczy» [przeł. Jolanta Kozak]. Pod pewnym względem też byłam Murzynkiem, urodzonym w subtropikach”14.

Przeświadczona o tym, że urodziła się w niewłaściwym miejscu, Lyndon czuła potrzebę ucieczki od południowego słońca do mglistej Europy. To pragnienie podsycały jeszcze snute przez jej ojca romantyczne wizje Irlandii. Ale, jak w przypadku każdego dziecka, jej charakter ukształtował się na długo przed tym, gdy w wieku dwudziestu kilku lat udało jej się uciec z Australii. Osobowość Lyndon to wypadkowa obecności w jej życiu trójki dorosłych jej rodziców i stryjecznej babki Ellie oraz panujących między nimi stosunków. Żadne z tej trójki nie było z nią szczere, żadne nie wspierało jej ani nie kochało całym sercem.

Lyndon odbyła swoją pierwszą podróż w życiu wypełnionym podróżami jako niemowlę w ramionach matki. Pojechali pociągiem z Maryborough do Sydney, gdzie Lyndon po raz pierwszy zetknęła się ze swoją stryjeczną babką Ellie. Przez kolejnych dziesięć lat Ellie stanowiła podporę dla Lyndon, której ojciec był pierwszym z kilku bliskich jej mężczyzn nadużywających alkoholu, co niemal zniszczyło jej życie. Lyndon w późniejszym wieku wierzyła, że jej matka wcześnie po ślubie uświadomiła sobie, że Travers Goff za dużo pije. Zwyczaj „upijania się”, czego nauczył się na Cejlonie i co z czasem się pogłębiło, „kładł się cieniem na naszym życiu”, napisała15.

W 1900 roku, kiedy żona i dziecko wyjechały do cioci Ellie, Travers Goff z rozrzewnieniem wspominał okres zalotów do swej przyszłej żony. W pełnych miłości listach, słanych do Margaret do Sydney, pisał, że chciałby „zobaczyć je obie, i ciotki, i Emily oraz Elizę [pokojówki] skaczące wokół niej. Pomyśleć tylko: niemowlę w domu przy Albert Street 2 to coś niecodziennego! Bardzo się cieszę, że ciotki pokochały kruszynkę. Pani Goff, może być pani dumna ze swojej córki. Poczciwa Margaret, możesz sobie pogratulować w moim imieniu. Jak na nią wołają: maleństwo czy Lyndon? Bardzo ładnie ze strony ciotki, że dała ci taką drogą suknię. Jeśli chcesz, możesz ciotkę ode mnie pozdrowić. Szkoda mi cię, że musisz upinać włosy w kok, ale jak sama powiedziałaś, dobrze sprawiać przyjemność ciotce”16.

Goff wyraźnie podporządkowywał się woli „ciotki”, która zawsze wspierała materialnie jego żonę i córkę, a także chętnie je u siebie gościła. Lyndon od najmłodszych lat wysyłano często samą do ciotki Ellie albo innych krewnych, kiedy jej matka lub ojciec gdzieś się wybierali. Takie rozstania pomogły Lyndon osiągnąć pewną samodzielność i pobudziły jej specyficzną wyobraźnię. Raz, kiedy Margaret wyjechała z domu na długie wakacje, jej ojciec napisał do żony o „nowej zabawie” Lyndon. Od czwartego roku życia Lyndon udawała, że jest jedną z kwok w gospodarstwie, wysiadującą jajka i wodzącą pisklęta. Nie był to zwykły drób, ale przyjaciele domu, którym nadano nazwiska sąsiadów i przyjaciół Goffów, na przykład pani McKenzie albo pani Starke. Goff pisał: „Zaczyna swoją zabawę rano, kiedy tylko się obudzi, i bawi się, dopóki nie muszę wyjść do biura. Kontynuuje ją, gdy wracam po pracy do domu, i bawi się w nią, dopóki nie położy się spać”.

Przez większą część swego dzieciństwa Lyndon udawała kwokę wysiadującą jajka, zajętą czymś ważnym. Całymi godzinami siedziała z rękami przyciśniętymi do ciała17. „Nie może przyjść, znosi jajka” mówili jej bliscy i przyjaciele. Matka często wyciągała z jej kojca, ale zamiast wyśmiewać fantazje córeczki, czasami przyłączała się do zabawy. „Mówiłam ci nie raz, a setki razy: żadnego znoszenia jaj w porze obiadu”18.

Wizja samej siebie jako kwoki pasowała do teorii Lyndon, że aby coś pisać, trzeba najpierw to wysiedzieć, a żeby zostać prawdziwą kobietą, trzeba być matką. Kiedy osoby przeprowadzające z nią wywiady mówiły o natchnieniu, często im odpowiadała: „Nie znoszę słowa «kreatywny». Wysiadywacze. To jest właściwe określenie. Uważam, że wśród nas wysiadywacze. Dlatego zawsze byłam tak przywiązana do kur i gniazd. Nie z uwagi na jajka, ale rozmyś­lania podczas spokojnego wysiadywania”. W kuchni jej ostatniego londyńskiego mieszkania kredens był zastawiony ceramicznymi kurami19.

Takie zachowanie Lyndon nie było wyłącznie wynikiem jej samot­ności, ale formą obrony przed swego rodzaju oziębłością rodziców. Travers i Margaret Goffowie byli typowym produktem swoich czasów i miejsca. Rodzice z małych miasteczek na początku XX wieku uczyli swoje dzieci samowystarczalności i podporządkowania. Ale, co istotniejsze, Travers i Margaret mieli wysokie mniemanie o sobie. Jeśli rodzice „pierwszymi bogami dla dziecka i zasiewają w nim liczne ziarna na przyszłość”, jak napisała później Lyndon, to Goffowie zasiali w niej zbyt wiele wątpliwości i tajemniczości. Dawali wskazówki, ale były one zbyt oczywiste, zbyt ogólne, by na wiele się zdały. Lyndon kierowała się przysłowiami i zasadami głoszonymi przez swych rodziców, wersami wierszy, a także ich księgozbiorem, a potem to rozwijała, uciekając się do własnej wyobraźni, by nadać życiu sens.

Doszła do przekonania, że jej rodzice żyli w stanie, który W.B. Yeats nazwał w swym wierszu z 1919 roku zatytułowanym Modlitwa za córkę „niewinnością bez skazy”. „W naszym domu rodzinnym, jeśli respektowano czyjeś nastroje, to nie nasze”. Jej rodzice byli pochłonięci „swoim życiem, bardzo aktywnym, ważnym”, zostawiając dzieciom „pełną swobodę”. „Mogłam rosnąć w mroku, nieznana, niezauważana, jak ziarno w ziemi”. Nie przypominała sobie, by jej ojciec czy ktokolwiek inny coś jej tłumaczyli. Kiedy Lyndon płakała, Travers Goff mówił: „Niech płacze, potrzebny nam deszcz”. Widziała w swojej matce, kobiecie o obojętnej twarzy, osobę dobrą i wspaniałomyślną, z łagodnymi oczami łani, ale jako dziecko często się zastanawiała, „czy bardziej przypomina łanię, czy węża”20.

Margaret Goff właściwie nie chciała wiedzieć, co robi Lyndon. Raczej wydawała polecenia „najeżone godzinami”. Lyndon mówiła osobom, które przeprowadzały z nią wywiady, że jej rodzice nie byli mędrcami, ale kochali życie, co oznaczało, że „często zostawiali nas samym sobie”. Bardzo żałowała, że obie jej babki zmarły, zanim pojawiła się na świecie. Te mądre stare kobiety, jak je nazywała, „strażniczki tradycji”, mogły udzielić jej odpowiedzi na pytania, kim jest, dlaczego się urodziła, jak się urodziła zwykłe pytania, ale bardzo ważne dla każdego dziecka. „Spragniona byłam poważnych odpowiedzi, ale odpowiedzi otaczających mnie dorosłych mnie rozczarowywały... Myślałam sobie, że gdybym miała babkę, ona by znała odpowiedzi”21.

Goffowie prowadzili w Maryborough proste życie, bez żadnych ekstrawagancji, nie gonili za dobrami materialnymi. Lyndon miała kilka zabawek i swoich skarbów. Co tydzień dostawała od rodziców pensa; Lyndon nie znała wartości tajemniczej monety zwanej suwerenem, umieszczonej w małym, kwadratowym ustrojstwie przy dewizce ojca. Matka kupowała jej różne drobiazgi: kawałek niebieskiej wstążki albo delikatny wachlarz z błyszczącymi różyczkami. Jej lalki były zrobione z drewnianych łyżek, ale prowadziły awanturnicze życie. Zresztą nie rzeczy, lecz słowa poruszały Lyndon opowieści, ballady, gadki, którymi zabawiali się mieszkający w okolicy sąsiedzi.

Maryborough na początku XX wieku
Biblioteka Stanowa w Queensland

Jej matka wiecznie szafowała licznymi maksymami, które później trafiły do repertuaru Mary Poppins. Margaret lubiła mówić: „Jeśli coś warte jest zrobienia, należy to zrobić dobrze”. Jako dziecko Lyndon w to nie wierzyła. Większy wpływ na nią wywarł ojciec, a raczej wspomnienia o ojcu. Chociaż lubiła wspominać ojca z plantacji trzciny cukrowej, bystrego i dowcipnego Irlandczyka poetę, prawdziwy Goff potrafił być ckliwy i trudny, szczególnie gdy sobie wypił i zaczynał wspominać swoją „ojczyznę”. „Wychowywał mnie ojciec, który był bardzo sentymentalnym Irlandczykiem. Można było odnieść wrażenie, że tylko to, co irlandzkie, jest dobre, wszystko wokół było irlandzkie; jeśli mieliśmy konia, to nosił on irlandzkie imię i miał irlandzki rodowód, koronki do naszych ubiorów sprowadzano z Irlandii, mojemu dorastaniu towarzyszyło odrodzenie celtyckie, Yeats i cała reszta. Dlatego Australia nigdy nie była miejscem, gdzie chciałam być. Biegałam w promieniach słońca na południowej półkuli, ale mój wewnętrzny świat miał bardziej stonowane barwy... niezliczone odcienie zieleni w Irlandii, którą zdawali się zamieszkiwać wyłącznie poeci grający na harfie, ucinający sobie nawzajem głowy herosi i damy w welonach, siedzące na ziemi i zawodzące pieśni żałobne”22.

Z czasem Lyndon zobaczyła w nim człowieka pełnego typowego dla Irlandczyków poczucia niespełnienia, który nigdy nie znalazł tego, czego najbardziej pragnął. Był „dumny i wyniosły, nadzwyczaj wesoły i nadzwyczaj zabawny, lubił poezję, zawsze śpiewał i recytował wiersze, płacząc przy tym. Ale odkryłam również, że bywał melancholijny i smutny, że potrzebował kogoś, kto by go zrozumiał. Jego melan­cholia stanowiła drugą stronę jego irlandzkiej wesołości”, bardzo zaraźliwej. „Zawsze, kiedy się napił, opłakiwał drugie oblężenie Droghedy w 1649 roku [gdzie Cromwell dokonał masakry ludności cywilnej], wszyscy wokół czuli się osobiście temu winni. Był Irlandczykiem i we wszelkich sporach ostatnie słowo musiało należeć do niego, nawet, a może szczególnie, w sporach z dziećmi”.

Ucieczkę Lyndon stanowiły książki. Twierdziła, że umiała czytać w wieku trzech lat. Litery alfabetu poznawała stopniowo dzięki opakowaniom produktów używanych w domu, na przykład mydła Sunlight (ulubionego mydła Mary Poppins), używanego do „szorowania podłóg, prania ubrań i mycia dzieci”, stemplom na workach z mąką, etykietom na pudełeczkach z pigułkami Beechama albo słowom „Dziś kiermasz” na kościelnej tablicy ogłoszeń. Próbowała nawet odczytywać chińskie ideogramy na skrzyniach z herbatą23.

Kiedy Lyndon nauczyła się czytać, zrozumiała w końcu, że „grimy” to nie wyłącznie zmyślone historie opowiadane przez praczkę Goffów, Matildę. „Słynęła w całej okolicy ze snucia tych grimów”, a Lyndon sądziła, że to „ogólna nazwa opowieści, bajd”. Teraz się przekonała, że to dwa tomy baśni „grube, czerwone solidne księgi z szorstkimi, zadrukowanymi stronami w bibliotece mego ojca”24.

Lyndon wyjechała z Maryborough, kiedy miała trzy latka. Do końca życia pamiętała je takim, jakim pragnęła, żeby było. Z dwupiętrowego domu Goffów niedaleko rzeki Mary widziała cukrownię w Maryborough. Na zawsze zapadła jej w pamięć, nierozerwalnie łącząc się z plantacją trzciny cukrowej; przeniosła nawet do pozbawionego wody miasta w środku pól pszenicznych. „Mieszkaliśmy nad jeziorem wspominała kiedyś obok plantacji trzciny cukrowej... Nocą, kiedy świecił księżyc, widać było małe, jasne jezioro za polami trzciny cukrowej, blaszany dach cukrowni absorbował światło księżyca i gwiazd i roztaczał białawą poświatę, więc nasz dom i dach cukrowni zdawał się równy z poziomem ziemi”25.

W takiej baśniowej krainie plantacji trzciny cukrowej umieściła później akcję na poły autobiograficznych książek, których bohaterami była dwójka służących: Ah Wong (takie imię nosił chiński kucharz pracujący u Goffów w owym czasie na plantacjach trzciny cukrowej zwykle zatrudniano kucharzy Chińczyków) i Johnny Delaney (w taki sposób uczciła ich garbatego irlandzkiego stajennego i stolarza. Johnny Delaney był tak ważny, napisała Lyndon, że „kiedy byliśmy mali, sądziliśmy, że mamy troje rodziców: matkę, ojca i Johnny’ego”. Nauczył je, jak się chować przed Kate Clancy, „naszą straszną nianią”.

Dopiero znacznie później, i tylko tym, którym ufała, zwierzyła się, że te opowieści stanowiły zlepek jej wspomnień z dzieciństwa, i że nie wszystko, co w nich zawarła, należy traktować do końca serio.

Na początku 1902 roku Travers Goff został przeniesiony później Lyndon uważała to za degradację na nowe stanowisko w AJS Bank w Brisbane. Goffowie wyjechali na południe na początku roku. Będąc pracownikiem banku, a nie szefem oddziału, Travers Goff zarabiał rocznie pięćdziesiąt funtów mniej i odebrano mu dodatek na służących26. Rodzina zamieszkała przy Brisbane Street w Ipswich i tam w kwietniu tego samego roku przyszła na świat druga córka, Barbara Ierne (nazywana Biddy). To był początek wielkich zmian w rodzinie Goffów. Niebawem Travers Goff został zmuszony do zastępowania innych pracowników, gdy ci byli na urlopie: najpierw, w sierpniu 1903 roku, oddelegowano go do Clifton w Darling Downs, niedaleko Toowoomba, następnie w maju 1905 roku do oddziału banku w Killarney, na północny zachód od Brisbane. Bardzo to dezorganizowało życie rodzinne. Wtedy Margaret Goff była już w zaawansowanej ciąży z trzecim dzieckiem. Rodzina mieszkała w Heytor przy Lisson Grove w Wooloowin, Travers był oficjalnie zwykłym „urzędnikiem bankowym”27.

Zanim w lipcu 1905 roku urodziła się trzecia córka Goffów, Cicely Margaret (Moya), pięcioletnią wówczas Helen Lyndon wysłano do Sydney, żeby znów zamieszkała z ciocią Ellie. Właściwie nigdy do końca się nie dowiedziała, dlaczego odesłano do ciotki. Myślała, że może to dla niej nagroda. Tak czy inaczej, właśnie tak postanowiła to potraktować.

Podróż z Brisbane do Sydney trwała całą noc. Kierownik pociągu umieścił pięciolatkę na prowizorycznym posłaniu na półce bagażowej wagonu. Lyndon, nim zapadła w sen, słyszała odgłosy gwizdka, kiedy wagony sunęły w ciemnościach, widziała światła w oknach domów w małych osadach na trasie. Pociąg był żelazną nicią, ognistym naszyjnikiem łączącym matkę w Brisbane z ciotką Ellie w Sydney. Lubiła sobie wyobrażać, że Ellie osobiście wysłała po nią pociąg. Jej własna karoca zabierała do bezpiecznej przystani dobrej wróżki28. Wiele dzieci kurczowo trzyma się matki, nie mogąc znieść rozstania z nią. Jednak Helen Lyndon już wtedy była poszukiwaczką przygód.

MaryPoppins-10.html

 

Rozdział 2

Ellie i Allora

Stoi na peronie. Wysoka i chuda, z mocno zaciśniętymi ustami. Jej kapelusz niemal unosi się w powietrzu, dwa gołębie skrzydła obejmują główkę. Ciocia Ellie wspiera się na laseczce z kości słoniowej i hebanu. „Jesteś nareszcie!”. Pociąg spóźnił się dwie minuty. Znów to powitanie! Lyndon już je wcześniej słyszała. Ellie zawsze mówiła kontraltem. Według Lyndon takim głosem przemówił Tata Niedźwiedź, kiedy zobaczył, że ktoś zjadł jego owsiankę.

Szofer zaprowadził ciocię Ellie, jej pokojówkę Elizabeth i małą, jasnowłosą dziewczynkę do powozu, a następnie zawiózł je na Albert Street 2. Lyndon niewyraźnie zapamiętała specjalną tapetę – „jedna z najlepszych, jakie prawdopodobnie zobaczysz w życiu” – kolekcję zdjęć ustawioną w równych rzędach na pianinie, stolikach i kominku, sposób, w jaki panna Elizabeth narzekała na swoje „codzienne obowiązki”, szorując buzię Lyndon, aż robiła się czerwona, zakładając jej sukieneczki z falbankami i płaszczyki z futrzanymi kołnierzami. I jak kłuł ją wąs cioci Ellie, kiedy całowała ją na dobranoc.

Wspomnienie o cioci Ellie, buldogu o sentymentalnej duszy, pozostało bardziej żywe w pamięci dorosłej Lyndon niż obraz jej rodziców. W małej książeczce o życiu cioci Ellie opisała ją jako osobę surową i czułą, skrytą i dumną, nieodgadnioną i kochającą. Jej stryjeczna babka „kroczy cicho” na kartach opowieści o Mary Poppins1. Ellie użyczyła swoich manier niejednej kobiecie z książek o Mary Poppins. Nie tylko wcieliła się w sztywną i zaaferowaną postać samej Mary Poppins, ale jej cechy można odnaleźć również w budzącej grozę pannie Duduś – niani pana Banksa – oraz pannie Skowronek, aroganckiej, ale romantycznej sąsiadce Banksów. Panna Duduś i panna Skowronek – dwie fikcyjne kobiety w pewnym wieku, które nigdy nie wyszły za mąż – reprezentowały dwie strony charakteru cioci Ellie, apodyktycznej i łagodnej.

Podobnie jak panna Skowronek Ellie miała dwa psy, a raczej cały korowód psów, na które zawsze wołano Linker i Badger. Chociaż potrafiła odprawić dziecko jednym słowem, rozczulała się na widok „każdego szczekającego i merdającego ogonem czworonoga”. I podczas gdy psy często zajmowały najlepszą sypialnię, dziecko spało w pokoiku na poddaszu.

Kiedy Ellie była w dobrym nastroju, obdarowywała Lyndon prezentami kosztowniejszymi i bardziej niezwykłymi od drobiazgów, na jakie stać było jej rodziców. Na trzecie urodziny Ellie dała Lyndon cenny przedmiot, talerz z saskiej porcelany z trzema chłopczykami bawiącymi się w konie. Talerz pojawił się później w Feralnym piątku, opowiadaniu w tomie Mary Poppins wraca, jako prezent, który otrzymała pani Banks w dniu swoich chrzcin od ciotki Karoliny.

Podobno ciocia Ellie przeżyła zawód miłosny; zakochała się w jednym ze swoich kuzynów, członku parlamentu, ale uznała, że nie może go poślubić. Potem już nigdy nie spotkała właściwego mężczyzny, a swoje uczucia przelała na liczne siostrzenice i bratanków, pełniąc rolę osi, wokół której kręciła się rodzinna karuzela, i nad wszystkim zachowując kontrolę.

Starsza pani i Lyndon codziennie razem jadły obiad. Mała dziewczynka była wstrząśnięta tym, ile jej ciotka potrafi zjeść, może z tuzin brzoskwiń na jeden raz i prawie całą potrawkę, zostawiając tylko kości. Lepiej znała Ellie niż swoją drugą stryjeczną babkę, Jane. Ale obie zachowała w pamięci jako dwie wrony – podobnie jak siebie widziała jako kwokę – siedzące na płocie albo latające w górze, z minami, jakby „były absolutnie przekonane, pewne i niezbicie przeświadczone, że mają rację”, jak napisała w niepublikowanym artykule. Kiedy Lyndon stała się specjalistką w dziedzinie znaczeń i źródeł legend, zanim jeszcze napisała te słowa, wiedziała, że wrona to zwykle zły znak, zapowiedź nieszczęścia, ale może być również przebranym duszkiem, zwykle takim, który ma jakieś kłopoty.

Uznała, że stryjeczne babki są winne temu, że „nigdy nie mogła znieść jakiejkolwiek apodyktyczności”. „Przytłaczały swoją obecnością... wszystko bacznie obserwując... Przysięgłam sobie, że nigdy taka nie będę, kiedy dorosnę. Były apodyktyczne i nadal mnie prześladują... Były okrutne, chciały mieć świat tylko dla siebie”2. Kiedy się dowiedziała, że ciocia Jane utrzymuje się z własnych środków, Lyndon wyobrażała sobie, że potajemnie żywi się samą sobą, obgryza palce u rąk i nóg albo pożera jakiś narząd wewnętrzny.

Ciocia Ellie była kobietą potężną nie tylko w wyobrażeniach Lyndon. Naprawdę miała ugruntowaną pozycję i wpływy w Sydney. Ellie dożyła sędziwego wieku, zmarła w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat, była kobietą niezależną, która nigdy nie pozostawała na utrzymaniu żadnego mężczyzny poza własnym ojcem. Starannie pielęgnowała znajomości i pilnowała się, żeby nie stetryczeć; Ellie często odwiedzała Goffów w Queensland i ponad piętnaście razy udała się w podróż do Anglii i z powrotem.

W swoim testamencie Ellie ujawniła istotę zarówno swego charakteru, jak i kręgu społecznego. Sporządziła trzydzieści osobnych zapisów, kunsztownie i drobiazgowo przedstawiając wszystkie detale. To, co najbardziej kochała, podzieliła między swoją siostrę, bratanków, siostrzenice i ich dzieci, a także przyjaciół, wśród nich Knoxów, założycieli Colonial Sugar Refining Company, mieszkających niedaleko Albert Street w rezydencji Fiona.

Wśród zapisanych przedmiotów, które mogłyby pochodzić z torby Mary Poppins, był zegar podróżny, neseser podróżny i dywanik podróżny, srebrny pierścień do serwetki, przesiewacz do cukru pudru, imbryk do herbaty, pojemnik na herbatę oraz łyżka, łyżeczki i szczypce do cukru, serwis herbaciany z duńskiej porcelany, zdjęcia w ramkach, dwie duże kamee, oszklony barek, waga do listów, kremowo-złoty serwis Wedgwood, flakonik z rżniętego szkła i srebra na sole trzeźwiące, flakon na perfumy ze srebrną nakrętką, na obu wygrawerowano HCM, platerowane sztućce z herbem Moreheadów, miedziany rondel i chochla do smażenia konfitur, świecznik, rosyjski kubek pamiątkowy, wazony Worcester i złoty naparstek w etui.

Ellie zostawiła również akcje, między innymi Australian Gas Light Company i Colonial Sugar Refining Company, z których miała rocznie sto pięćdziesiąt funtów dywidend. Akcje rozdzieliła między Lyndon, jej siostrę Cicely Margaret (Moyę) oraz inne siostrzenice i ich dzieci. Ostatecznie córki Goffów otrzymały również akcje Ellie w Commercial Banking Company of Sydney.

Lyndon po swoich piątych urodzinach, spędzanych przy Albert Street z Ellie, wymieniała rodzicom prezenty, jakie dostała, w listach pisanych niepewną rączką, ale starannie. Listy są jasno sformułowane, czuć w nich milczącą obecność Ellie, nadzorującej pierwsze próby epistolograficzne pięciolatki. Pytała mamę, czy jej najmłodsza siostrzyczka ma niebieskie oczy i kręcone włoski (jak ona), czy płakała podczas chrztu, czy Biddy polubiła swoją nową siostrzyczkę, na którą od samego początku mówiono Moya.

Rodzice Lyndon już jej powiedzieli, że będą nazywać swoją nowo­ narodzoną córeczkę Moya, co – jak jej wyjaśnili – jest irlandzką wersją imienia Maria. Travers Goff skrycie marzył o synu, któremu chciał dać imiona Brian Travers. Odpisał swojej córeczce, że dowiedział się od cioci Ellie, że Lyndon stała się „bardzo grubiutka. Czyli, mała kobietko, będziesz wyglądała jak świnka, kiedy znów wrócisz do domu. Ale nic nie szkodzi, wszyscy bardzo się ucieszymy, gdy cię znowu zobaczymy po wspaniałych, długich wakacjach. Ponieważ niebawem wrócisz, nie wyślemy ci prezentu urodzinowego. Dostaniesz go, kiedy przyjedziesz do domu”3.

Po powrocie do domu „gruba” dziewczynka ledwo zdążyła odpakować prezent, kiedy matka poinformowała ją, że musi zamieszkać u przyjaciół, dopóki wszystko się nie uspokoi. Malutka Moya wymagała całej jej uwagi. Później Lyndon napisała, że zawsze cierpiała z powodu tego, że była najstarsza z rodzeństwa.

Trzy miesiące po urodzeniu się najmłodszej córeczki Traversa Goffa znów przeniesiono, tym razem do oddziału Australian Joint Stock Bank w Allorze, małej miejscowości w głębi kraju, w Darling Downs, 80 kilometrów od Toowoomba na południu Queensland. Rozpoczął pracę jako dyrektor banku 16 października 1905 roku. Następnych osiemnaście miesięcy było najbardziej krytycznych we wczesnym dzieciństwie Lyndon. Większość jej dziecięcych wspomnień pochodzi z tego okresu, z miejscowości położonej daleko w głębi Darling Downs, gdzie niespodziewana tragedia miała zmienić bieg jej życia. Żyła wówczas w Allorze niezwykle intensywnie, co często poprzedza albo wielki triumf, albo wielkie rozczarowanie.

Allora była idealnym miejscem do snucia marzeń. Spokojnym, z dala od czegokolwiek, przeraźliwie zimnym w zimę, upalnym latem – te skrajności pobudzały jej wyobraźnię, kiedy siedziała przed kominkiem i spoglądała na płomienie albo latem leżała na trawie i patrzyła w niebo po zachodzie słońca. W Allorze Lyndon dokuczała pustka i samotność. Ta melodyjna nazwa miała bardzo prozaiczne korzenie – pochodziła od słowa gnallarah, które w języku Aborygenów oznacza „bagniste miejsce”.

Australian Joint Stock Bank miał oddział w Allorze od prawie trzydziestu lat, w budynku przy głównej ulicy, Herbert Street. Dyrektor wraz z rodziną mieszkali w domu przylegającym do banku, całość okalała weranda, typowy element architektury Queensland. Latem słońce opalało mieszkańców na ciemny brąz. Cień zapewniały jedynie werandy i parasole. Ale zimą po domu dyrektora banku hulał wiatr bardziej dokuczliwy niż na wybrzeżu; pokojówki starały się, by we wszystkich wysokich pomieszczeniach, połączonych szerokim, chłodnym korytarzem, płonął ogień w kominkach.

Dwie starsze córki Goffów lubiły się bawić w ciepłej kuchni, a latem – na dużym, porośniętym chwastami polu na tyłach domu. O zmierzchu ich koleżanki i koledzy rozchodzili się do swych domów, ich nawoływania stawały się coraz cichsze w miarę, jak biegli przez pola i ogrody. Obie dziewczynki nadal do siebie krzyczały, kładąc się do łóżek, i cichły dopiero, gdy zmorzył je sen.

Dom rodziny Goffów, Allora, Queensland Zdjęcie wykonane przez Valerie Lawson w 1996 roku

Przed zamknięciem oczu Lyndon obserwowała cienie pełgające po ścianie, zakrzywiające się i sunące po suficie. Co to za stukanie w ścianę, co to za szmery, skrzypienie, jęki? Bała się, że za drzwiami sypialni ukrywa się sędziwy marynarz albo okrutny kapitan armii i drapie ołówkiem w ścianę; ma na sobie czerwone spodnie, niebieski kaftan z porwanymi epoletami, stoi na ugiętych nogach, bo kolana bolą go od dawnej rany po kuli4. Matka zapewniała ją, że te odgłosy wydaje drewniany dom „przeciągający się po upalnym dniu”. „Spójrz – mówiła, otwierając drzwi. – Nikogo tu nie ma i dobrze o tym wiesz!”. Ale cały kłopot polegał na tym, że matka miała na myśli prawdziwego kapitana. Tymczasem kapitan siedział w głowie Lyndon, a jej głowa nie była drzwiami, które matka mogła otworzyć5. Stwierdziła, że potrafi stwarzać w myślach najbardziej przerażające potwory z równą łatwością, co całą plejadę postaci z bajek. Duszki, olbrzymy i dżiny kroczyły6 po ziemi tak blisko jak jej cień.

W ogrodzie i na polu za domem robiła malutkie parki dla biednych ludzi. Liliputy siedziały na źdźbłach trawy i piły herbatę. Uważała, że w ich oczach przypomina olbrzymią chmurę. Jej palec był równie duży i groźny jak lew7. Park trafił do rozdziału Park w parku w czwartej książce o Mary Poppins, Mary Poppins w parku, w której Janeczka Banks robi malutki park dla biednych ludzi. Wszyscy żyją tam w zgodzie i nigdy się ze sobą nie kłócą. Kwiaty imitowały drzewa, patyczki – ławki, plastelinowe ludziki mieszkały w domkach i bawiły się w wesołych miasteczkach. „Z pasją robiłam te miniaturowe parki, nie większe niż trzydzieści na trzydzieści centymetrów, w całym naszym ogrodzie8. Noga dorosłego mogła w każdej chwili zniszczyć ten zmyślony świat.

Lyndon czuła się bliżej związana ze zwierzętami niż z ludźmi; pilnowała się, żeby nie nadepnąć na mrówkę ani żuczka. Mogli to być przebrani książęta. Była też bardzo mocno związana z wymyślonym przez siebie przyjacielem, dzieckiem w jej wieku i jej wzrostu. Nazywała go po prostu Przyjaciel. Kochała duże pole, rzadko porośnięte spalonymi słońcem drzewami, otoczone drewnianym płotem. To pole później przeistoczy się w park Chelsea, gdzie tak często chodziły dzieci Banksów z Mary Poppins. Tam drewniany płot zastąpiło eleganckie ogrodzenie z kutego żelaza, mizerną trawę na polu – soczysty trawnik, który trzeba było podlewać, a kukabury – słowiki. Pieczarki pośrodku pola przemieniły się w karuzelę9.

Lyndon czuła się otoczona duchami drzew, trawą i kamieniami, ale przede wszystkim otoczona przez gwiazdy. W Allorze gwiazdy na nocnym niebie zdają się być bliżej niż w Brisbane, tak blisko, że Lyndon wydawało się, że słyszy ich śpiew10. Johnny Delaney, jeden z pracowników zatrudnianych przez jej ojca, nauczył Lyndon podstawowych wiadomości o gwiazdozbiorach, „aż mogła czytać południowe niebo nocą jak książkę”11. Nieboskłon zdawał się „niebieskim przedmieściem... zamieszkałym przez krąg przyjaciół”, wśród nich były dwa Wskaźniki Krzyża Południa, Warkocz Bereniki, Wenus i Orion ze swym Pasem12. Jej ulubioną gwiazdą była Gwiazda Wieczorna, czyli Wenus.

Lubiła sobie wyobrażać liczne towarzystwo bawiące się na niebie. Przyjaciele i członkowie rodzin z pewnością spotykają się i tańczą. Znała Kastora i Polluksa, braci herosów przemienionych w gwiazdy, żeby na zawsze mogli pozostać razem. Lyndon miała nadzieję, że tak samo stanie się z jej rodzicami13. Herosi i stworzenia ze starożytnej Grecji, którzy dali swoje imiona gwiazdozbiorom, były jej pierwszym zetknięciem się z mitologią, która z czasem stała się dla niej źródłem pocieszenia, a w późniejszym życiu – obsesją.

Widok nocnego nieba był jednocześnie przyjazny i wszechogarniający, ale nim ciemny błękit pojawił się na niebie, trzeba było odczekać godzinkę lub trochę dłużej. Zmierzch. Zmrok. Dla Lyndon była to pora melancholii, czasem paniki, kiedy „długie promienie słońca kładły się na ziemię niczym paski na grzbiecie zebry”14. „Czy słońce jutro wzejdzie?” to jedno z pytań, które zadawała rodzicom. „Naturalnie...”. „Gdyby ktoś wiedział i rozumiał, jak byłam zatroskana o słońce, ogromnie by mi to pomogło”15. Uciekała do oświetlonego domu, by szukać tam pocieszenia16.

Trudno ocenić, ile z tego niepokoju zrodziło się jednak w późniejszym życiu. Z całą pewnością brzmiało to romantycznie. Już będąc osobą dorosłą, Lyndon pisała o zmierzchu jako o najlepszej porze dzieciństwa, kiedy wszystko mogło się zdarzyć i się zdarzało, kiedy po skończonej zabawie dziecko wyrusza samotnie na „jarzącej się fali zmierzchu, jego duszę ogarnia uczucie melancholii i słodyczy”17. To przeświadczenie wzmocnił jeszcze ukochany przez nią wiersz autorstwa irlandzkiego poety George’a Williama Russella, który opisał dziecko bawiące się o zmierzchu i chwilę, kiedy dorośli wyrywają je z marzeń.

Jeszcze nie wołaj swego wędrowniczka, Choć późną porę mamy. Właśnie przypuścił pierwszy szturm Do niewidzialnej bramy. Bądź cicho, gdy puka lekko, w godzinie Gdy z fatum gramy.

[przeł. Bohdan Zadura]

Takie marzenia, napisała, można przeszmuglować do domu i zachować w jakiejś sekretnej szafce. Jego ojca też intrygował zmierzch. Stał obok niej z zadartą głową, wypatrując pierwszej gwiazdy na niebie18. W takiej chwili dziecko snuje plany na przyszłość, a dla Lyndon, przyszłej pisarki, uczucie romantyzmu było podwójnie cudowne, bo „budowała magazyn, z którego będzie mogła czerpać skarby”19. Ale Lyndon podążyła jeszcze dalej tą romantyczną aleją. Twierdziła, że jej własna podróż i poszukiwanie sensu istnienia zrodziły się o zmierzchu20.

Nocne niebo i zachód słońca stały się motywem przewodnim jej artykułów i książek. Opowieści w książkach o Mary Poppins pełne są historyjek o dzieciach Banksów bawiących się pod gwiazdami, sama Poppins przybywa spośród gwiazd i unosi się szlakiem gwiezdnego pyłu, różne dzieci w jej artykułach zastanawiają się, co jest po drugiej stronie księżyca. Dlaczego czasami księżyc przypomina rogalik?

Lyndon mówiła, że była najszczęśliwsza, kiedy mieszkała w domach z oknami, przez które mogła oglądać zachód słońca21, i uważała, że najlepiej jej się pisze o zmierzchu. Często cytowała innych pisarzy myślących podobnie, między innymi Georges’a Simenona, który powiedział, że jego dzieci bały się zachodu słońca, i autorkę książek dla dzieci, Beatrix Potter, której z czasem stała się wielbicielką. Fascynacja ciemnością i strach przed nią towarzyszyły jej do późnych lat życia. Ogarniała ją panika, kiedy w teatrze gasło światło22.

Lyndon rozmyślała również o melancholii, która ogarniała ją o zmierzchu, wyobrażając sobie, jak czuje się dorosły rozczarowany zmarnowanym dniem albo – co gorsze – zmarnowanym życiem. Podczas każdego zachodu słońca myślała, że musi być coś jeszcze23. Lyndon nie wiedziała, czym jest owo coś, ale... „póki wieje wiatr i niebo jest błękitne, pójdę i to znajdę... Chwytałam się każdej okazji, która pozwoliłaby mi wyruszyć w drogę”24.

Najpierw mogły ją zainspirować wędrówki Cyganów. Lyndon słyszała, że chodzili po świecie i kradli dzieci. Opowieść, którą często powtarzała, zawsze brzmiała tak samo: grupa przypominających zjawy wysokich mężczyzn w niebieskich szatach i zakwefionych kobiet, może muzułmanek, obozowała w spiczastych namiotach niedaleko jej domu. Lyndon kręciła się w pobliżu, mając nadzieję, że ją ktoś zabierze niczym okazyjny towar, jak mawiała. Lyndon zaproponowała najbardziej dostojnemu mężczyźnie jeden swój sandałek. Uważnie go obejrzał, po czym bez słowa oddał go jej i kazał wracać do domu. Czy to prawdziwa historia, czy zmyślona, zawiera w sobie podtekst erotyczny, jakby mężczyzna sprawdzał, co młoda dziewczyna ma do zaoferowania, ale stwierdził, że się nie nadaje. „Nie zabrali mnie!” – zakomunikowała swoim rodzicom. „I nic dziwnego” – odparli Margaret i Travers.

Znalazła więc ucieczkę w książkach. Jeden z mieszkających w Anglii krewnych Moreheadów przysłał jej specjalne wydanie Children’s Encyclopedia wraz z listem niejakiego pana Artura Mee reklamującego sprzedaż kolejnych książek. Napisany odręcznie list zaczynał się od słów „Drogie dziecko”. Uznała go za pierwszy list miłosny, jaki otrzymała. Jednak dorośli bezlitośnie zapewniali ją, że pismo sporządzono na jakiejś maszynie i otrzymały je tysiące dzieci. Lyndon im nie uwierzyła. Przyjaciel jej nie zawiedzie. Napisała do pana Mee, wyjaśniła, kim jest, poprosiła go o pieniądze na bilet do Anglii. „Odpowiedź długo nie nadchodziła, a kiedy w końcu nadeszła, nie zadowoliła mnie. Zganiono mnie za zawracanie głowy drogiemu panu Mee”25.

Ilustracja z Children’s Encyclopedia Artura Mee wydanej w 1908 roku

Lyndon przeczytała już wszystkie baśnie, „klasyczne pozycje, przy których należało płakać i które należało hołubić”: Królową Śniegu, Małą syrenę, Śpiącą królewnę, Kopciuszka, pełne nimf, wiedźm i postaci silnych matek. Te opowieści sprawiały, że krew ścinała jej się w żyłach ze strachu i zachwytu, kiedy kobiety wymierzały sprawiedliwość albo znajdowały miłość. Lyndon wolała odważne dziewczyny, jak gęsiareczkę i Śpiącą królewnę, niż bezwolne postaci. Wszystkie czarne charaktery, karły, olbrzymy i macochy, złe wróżki, smoki i czarownice nie opuściły jej do końca życia. Szczególnie lubiła niegodziwe wiedźmy. Matka dziwiła się, dlaczego Lyndon woli karła Titelitury, kiedy córka młynarza jest „znacznie sympatyczniejsza”. Owszem, znacznie sympatyczniejsza, ale jaka nudna. Lyndon fascynowały w opowieściach złe moce, czarne owce w rodzinie, złe wróżki. Baśnie braci Grimm były ponure, w przeciwieństwie do nijakich, przesłodzonych baśni Hansa Christiana Andersena. Czasami zastanawiała się, czy ona też nie jest przypadkiem złą wróżką, jedną ze „stronnictwa Diabła”, jak Blake wyraził się o Miltonie26.

Po przeczytaniu baśni braci Grimm zabrała się do pozostałych pozycji z księgozbioru jej rodziców, zawierającego książki Dickensa i Scotta, Szekspira, Tennysona i poetów irlandzkich. Książek dla dzieci Beatrix Potter, Alicji w Krainie Czarów Lewisa i Herojów, czyli Klechd greckich o bohaterach