Testament Eleonory - Artur Daniel Grabowski - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Testament Eleonory ebook

Artur Daniel Grabowski

3.72222222222222 (18)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Testament Eleonory - Artur Daniel Grabowski

„Bo jak śmierć potężna jest miłość...”

Thomas Michel, młody dziennikarz z Görlitz, dowiaduje się, że jego dobra znajoma Eleonora hrabina von Albertstein zmarła w niezwykłych okolicznościach. Jej kancelaria prawna powiadamia go, że hrabina zostawiła do niego list, który ma odmienić jego życie. Thomas jedzie więc do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd do starego mrocznego zamczyska, rodowej posiadłości von Albersteinów, by tam zmierzyć się z tajemnicami przeszłości, swoim losem i… mordercą.

Artur Daniel Grabowski (ur. 1981 r. w Lubaniu) – dziennikarz regionalnego dwutygodnika „Ziemia Lubańska”, mieszkający w Olszynie na Dolnym Śląsku. Autor artykułów o tematyce społeczno-samorządowej oraz historycznej. Studiował historię i teologię w Zielonej Górze, Legnicy i Wrocławiu. Jego pasją jest historia regionu, religioznawstwo oraz fotografia. Już jako nastolatek poznał niezwykły świat przygód Pana Samochodzika, by potem samemu odkrywać zagadki przeszłości i to nie tylko w książkach. Z fascynacją zaczytuje się w powieściach Maxime’a Chattama, Sama Bourne’a, czy Deana Koontza, oddając się mrocznej przygodzie z odrobiną dreszczyku.

Opinie o ebooku Testament Eleonory - Artur Daniel Grabowski

Fragment ebooka Testament Eleonory - Artur Daniel Grabowski

Artur Daniel Grabowski

Testament Eleonory

Edeltraud Michel
z wdzięcznością

Jesteśmy stworzeni z dwóch kontrastujących idei:
miłości i strachu.
Wybierz jedną z nich i żyj.

Axl Rose

Bo jak śmierć potężna jest miłość...
Pieśń nad Pieśniami 8, 6

1

Letni skwar sierpniowego dnia dobiegał końca. Rześki powiew wiatru smagał już tu i ówdzie, przynosząc ukojenie i odpoczynek. Zachodzące słońce rozlewało ciepły, złocisto-szkarłatny blask, delikatnie otulając kilka niewielkich chmur na nieboskłonie i roztaczając niezwykłą, nostalgiczną aurę. Właściwie to były ostatnie podrygi lata, co dawało się już powoli odczuć. Thomas stał przy otwartym na oścież oknie swojego mieszkania, znajdującego się na peryferiach Görlitz, pięćdziesięciotysięcznego nadgranicznego wchodnioniemieckiego miasta, i obserwował to wieczorne zjawisko z wielkim zainteresowaniem. Atmosfera niezwykłości bardzo mu się udzieliła i chętnie wracał myślami do wydarzeń minionego dnia, który jak na sobotę był dość pracowity. Lubił przesiadywać wieczorami i oglądać ostatnie promienie słonecznego blasku. To dawało mu poczucie spokoju i wprowadzało w nastrój relaksu. Za nic w świecie nie oddałby tej chwili. I właśnie dlatego, kiedy szukał mieszkania, tak bardzo ucieszył się, że trafiło mu się właśnie to przytulne, w spokojnej okolicy, z daleka od miejskiego zgiełku, prawie jak na wsi. Miał tu zaciszny taras, na którym często przesiadywał, czytając książki i przygotowując materiały do pracy. Lubił swoje lokum, choć mimo wszystko było w nim pusto. Brakowało mu obecności tego „kogoś”, kto ożywiłby życiową przestrzeń swoją niebanalną osobowością, życzliwością i dowcipem. Nie miał jednak na tyle odwagi, by to zmienić.

Thomas był niezbyt wysokim, wysportowanym trzydziestolatkiem o pociągłej, poważnej twarzy, z lekko przystrzyżonymi gęstymi włosami w ciemnym odcieniu blond. Miał doskonale ukształtowaną sylwetkę oraz ciepły, niski głos. Jego przeszywające spojrzenie przyciągało i sugerowało, że ma się do czynienia z kimś, kto zna swoją wartość. Lubił wyprawy rowerowe i górskie wędrówki. Ubierał się zawsze gustownie i elegancko. To wszystko razem niejednokrotnie robiło piorunujące wrażenie na płci przeciwnej. Jednak był trochę nieśmiały i nie wychylał się za bardzo. I choć cenił sobie towarzystwo ludzi, bardziej wolał samotność oraz obcowanie z książką i dobrą muzyką, która stanowiła jego osobiste antidotum na wszelkie smutki i niepowodzenia. Często odczuwał bowiem lęk przed jutrem i ludźmi, z którymi nieustannie musiał się zadawać.

W końcu można odetchnąć. Ta sobota była wyjątkowo męcząca pomyślał, wpatrując się w ostatnie promienie słońca, i powoli zaczął zabierać się za przygotowanie kolacji. Przez cały dzień chodziła mu po głowie jajecznica na boczku, taka, jaką zawsze robiła mu w dzieciństwie babcia. Wyjął z szafki starą sprawdzoną w kuchennych bojach patelnię i miał już kroić boczek, by położyć go na rozgrzanym tłuszczu, gdy z wieczornych rozmyślań wyrwał go telefon.

Kto może dzwonić o tej porze? zastanawiał się na głos. Na wyświetlaczu komórki pojawiła się informacja, że numer jest zastrzeżony, co jeszcze bardziej go zaintrygowało. Odłożył na bok kuchenne przybory, wytarł dłonie w ścierkę i wziął aparat.

Tak, słucham.

Dobry wieczór odezwał się kobiecy głos w słuchawce. Czy mogę rozmawiać z panem Thomasem Michelem?

Dobry wieczór. To ja, a o co chodzi?

Hm... Jak to panu powiedzieć...

Może zdecyduje się pani w końcu wydusić coś z siebie? odburknął Thomas. Trochę późno na zawracanie głowy. Miałem ciężki dzień i w końcu chciałbym odpocząć, więc proszę się streszczać.

No cóż, bardzo przepraszam, że przeszkadzam powiedziała nieznajoma. Sprawa jednak jest dość pilna. Nazywam się Kathy Brück i dzwonię do pana z Frankfurtu nad Menem z kancelarii adwokackiej Brück & Kunick. Pańska znajoma, Eleonora hrabina von Albertstein, nie żyje zakomunikowała w końcu.

Co proszę? Jak to możliwe? Kim pani jest? Nie rozumiem... Jeszcze dziś z nią rozmawiałem przez telefon odpowiedział, opadając na kuchenny stołek. Przecież pani Eleonora nie była jeszcze taka stara i miała się całkiem dobrze.

Bardzo mi przykro... odparła Kathy Brück, a Thomasowi zrobiło się słabo. Tak jak powiedziałam, jestem z kancelarii adwokackiej. Jakiś czas temu hrabina poleciła nam skontaktować się z panem na wypadek jej śmierci, stąd właśnie mój telefon. Na chwilę Kathy Brück zamilkła, zastanawiając się, jak przedstawić sytuację zaskoczonemu Thomasowi. Jest jeszcze jeden bardzo ważny szczegół, o którym muszę panu powiedzieć. Musi pan koniecznie przyjechać do Frankfurtu i to jak najszybciej. Hrabina pozostawiła list, który powinien pana zainteresować. Może zmienić pana życie.

Zmienić moje życie? Może mi pani, droga Kathy, powiedzieć coś więcej i przestać być tak zagadkową?

Niestety, tyle musi panu wystarczyć. Przynajmniej na razie. Proszę do nas niezwłocznie przyjechać. Ta sprawa nie może czekać.

Thomas miał w głowie mętlik. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął słowo po słowie analizować treść rozmowy. Nie miał zielonego pojęcia, co mogło się stać. Odejście, właściwie nagła śmierć hrabiny, z którą przyjaźnił się od ponad dziesięciu lat, była dla niego szokiem. W jednej chwili nostalgiczny wieczór zmienił się w koszmar.

Halo, panie Michel! Jest pan tam?

Tak, tak. Jestem. Czy może mi pani jeszcze powiedzieć, jak zmarła? zapytał, kiedy zebrał się w sobie.

To dość skomplikowane... W tej chwili trudno cokolwiek powiedzieć. Sprawę bada policja usłyszał w słuchawce. Niech pan przyjedzie na Rhein-Strasse

45. Szczegółowe instrukcje otrzyma pan w mailu. Dobrze, dziękuję. W takim razie do zobaczenia odpowiedziała Kathy Brück, kończąc rozmowę.

Thomas poczuł się zdruzgotany. Wiadomość o śmierci tak bliskiej przyjaciółki była dla niego ciosem, którego się nie spodziewał. I choć liczył się z tym, że kiedyś to nastąpi, to jednak fakt ten okazał się trudny do zaakceptowania. Bił się z myślami, od których roiło mu się w głowie. Nie wiedział, co robić. Jak teraz, w nawale różnych zajęć, wyrwać się, pojechać do Frankfurtu i, co wydawało mu się najważniejsze, zrozumieć, o co chodzi z tym tajemniczym listem? Nie miał pojęcia, czy szef da mu tych kilka dni wolnego, by mógł uporać się ze wszystkim.

Śmierć Eleonory von Albertstein stanowiła dla niego zagadkę. A skoro zajmuje się nią policja, to z pewnością chodzi tu o coś więcej. Rozważał różne ewentualności, ale każda wydawała mu się niedorzeczna.

Zabójstwo? Nie, to niemożliwe rozmyślał Thomas. Przecież hrabina była bardzo serdeczną i całkowicie nikomu niewadzącą, pogodną kobietą. Fakt, posiadała majątek, ale przecież większości Niemców nie brak niczego.

Mimo przytłaczającego smutku postanowił skontaktować się ze swoją bliską koleżanką z pracy, Martą Thein. Poznali się trzy lata temu, kiedy rozpoczęła staż w redakcji pisma „Stadt Nachrichten”, w którym Thomas odpowiedzialny był za kontakty z lokalnymi władzami i jeszcze kilka innych spraw. Od razu wpadli sobie w oko i całkiem dobrze układała im się współpraca. Thomas cierpliwie wprowadzał Martę w tajniki dziennikarskiej pracy, a ona odwzajemniała mu się ciepłem i ze zrozumieniem tolerowała jego samotniczy tryb życia. cechowało nowoczesne podejście i otwartość na świat, on zaś, jako zdeklarowany konserwatysta, stronił od niepotrzebnego zamieszania. Razem przeszli już niejedno, ale Thomas nigdy nie zdecydował się na to, by się z nią związać, wypełniając tym samym ową pustkę w swojej przestrzeni życiowej. Liczył na to, że Marta poradzi mu, co ma robić, i pomoże w przygotowaniach do wyjazdu. On sam nie miał do tego głowy. Zresztą podróż stanowiła dla niego wielkie wyzwanie, głównie ze względu na odległość. Ostatnim razem był we Frankfurcie pięć lat temu w czerwcu. Panowały wtedy równie wysokie temperatury jak obecnego lata. Nowoczesna metropolia zrobiła na nim jak zawsze ogromne wrażenie, a wizyta w niej okazała się czymś więcej niż tylko wakacjami u dobrodusznej starszej pani. Zresztą hrabina od lat pełniła rolę jego powierniczki i wspierała we wszystkim. Jej stratę odczuł więc niezwykle boleśnie. Teraz pozostał sam, bez rodziny (matki nie znał, ojciec zapił się na śmierć, a ukochana babcia zmarła półtora roku temu) i bez przyjaciół... no, może poza Martą.

Hej, mam do ciebie prośbę powiedział nieśmiałym głosem Thomas, gdy po dłuższym czasie oczekiwania Marta w końcu odezwała się po drugiej stronie linii telefonicznej. Czy mogłabyś do mnie przyjechać? Albo nie. To ja do ciebie przyjadę!

Thomas, co się dzieje? Masz taki dziwny głos przestraszyła się Marta.

Czy mogę przyjechać na noc? Nie chcę być sam, wszystko wyjaśnię, jak przyjadę nalegał mężczyzna. Po prostu chcę... chcę pogadać.

No wiesz... ale już jest późno, bardzo późno.

Tak, wiem o tym, ale... ale nie chcę, nie mogę być tej nocy sam.

Przerażasz mnie, ale dobrze, przyjedź za pół godziny. Będę czekała przed domem.

Wielkie dzięki odparł Thomas, powoli szykując się już do wyjścia.

Wymarzoną w ciągu dnia kolację musiał przełożyć na inną okazję. Teraz ważniejsze było dla Thomasa to, by jak najszybciej stąd wyjechać i dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Założył w pośpiechu buty i marynarkę, a do kieszeni wsunął swoją komórkę. Raz jeszcze spojrzał na zegarek, który wskazywał już godzinę

23.15. Przez chwilę jeszcze się wahał, zastanawiając się, czy czegoś nie zapomniał, po czym chwycił swoją ulubioną białą czapkę z daszkiem i zdecydowanym, szybkim krokiem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Noc zaskoczyła go chłodem, ale nie zwracał na to uwagi. Chciał jak najszybciej dotrzeć do domu Marty, by powiedzieć jej o wieczornym telefonie, tajemniczej śmierci Eleonory i liście, który miał zmienić wszystko. Szybko pobiegł do centrum, by złapać jakąś taksówkę.

Mam szczęście pomyślał i poprosił kierowcę, by jechał do wsi oddalonej o siedem kilometrów na południowy zachód od jego miasta.

Podróż trwała zaledwie dziesięć minut. W drodze wracał myślami do tych chwil, które pięć lat temu spędził u Eleonory we Frankfurcie. Coś mu mówiło, że jej odejście nie było przypadkowe i to martwiło go najbardziej.

Thomas zapłacił taksówkarzowi za kurs i wysiadł z wozu. Marta już czekała. Od razu poczuł się lepiej, widząc przyjaciółkę, na którą zawsze mógł liczyć. Kiedy tylko go zobaczyła, podbiegła do niego, ujęła obie jego dłonie i troskliwie wpatrywała się w jego tonącą w mroku twarz. Czuła napięcie i ból, z jakim walczył. Jednak nie odważyła się zainicjować rozmowy. Nie znała sytuacji i nie wiedziała, jak Thomas zareaguje. Odezwała się dopiero po chwili, ostrożnie ważąc każde słowo. Bardzo lubiła Thomasa i wydawało się jej, że chyba nawet za bardzo. Pociągał nie tylko jako intelektualista czy kolega z pracy, ale tak po prostu, fizycznie.

Przestraszyłeś mnie, Thomas. Nigdy się tak nie zachowywałeś. Co się dzieje? spytała przyjaciela.

Nigdy nie miałem takiego telefonu jak dziś i nie wiem, co mam robić odparł zrezygnowany.

Zaraz pójdziemy do mnie. Zrobię ci coś do picia i jedzenia, jeśli chcesz, a potem wszystko mi opowiesz zakomenderowała Marta.

Jestem ci wdzięczny, że przystałaś na moją prośbę... Wcale nie musiałaś.

Dla mnie to żaden problem. Za to ty chyba rzeczywiście nie powinieneś być tej nocy sam.

Powolnym krokiem oboje zbliżali się do domu kobiety. Była to niewielka piętrowa kamienica, pomalowana na biało, z okiennicami w krwistoczerwonych barwach i skrzyniami kwiatów na okiennych parapetach. Dom w całości należał do Marty i jej rodziców, którzy kiedyś prowadzili tutaj niewielkie gospodarstwo. Ulicę rozświetlało zaledwie kilka lamp. Tu i ówdzie szczekały psy i czasem przez drogę przeleciał jakiś zabłąkany kot. Poza tym było bardzo spokojnie. Nieopodal, na wzgórzu wznosił się stary średniowieczny kościół wraz z cmentarzem otoczonym wysokim murem, którego widok teraz przyprawiał o dreszcze. Niebo iskrzyło się od gwiazd, a księżyc w pełni dodawał nocy tajemniczej magii. Jednak Thomasowi ta nadprzyrodzona atmosfera wcale się nie udzielała. Nie miał ochoty na flirty czy też dowcipne komentarze i Marta to wyczuwała. Bardzo lubił wyjazdy na wieś i chętnie tu przyjeżdżał, by odetchnąć od miejskiego zamieszania i pobyć z ulubioną koleżanką z pracy. Tym razem także chciał być tylko z nią. Pragnął poradzić się jej i uspokoić.

Kiedy weszli do domu, Thomas zwyczajem stałego bywalca rozgościł się na kanapie w salonie. Na kominku dopalało się kilka świec, które dodawały temu miejscu uroku. Marta tymczasem krzątała się przez chwilę w kuchni. Mężczyzna, półleżąc, starał się jakoś odprężyć. Nie było to łatwe. Zastanawiał się przez chwilę, dlaczego tak dotknęła go wiadomość o tej śmierci. Próbował wmówić sobie, że to przecież nic takiego. Ludzie rodzą się i umierają. To normalna kolej rzeczy. Normalna, ale nie tym razem, nie dla Thomasa. Rozłożył się wygodnie na kanapie, zamykając oczy. Wydawało mu się, że to wszystko jest jakąś dramatyczną pomyłką. Jutro obudzę się i wszystko będzie jak dawniej pomyślał.

Leżąc tak w zamyśleniu, przysnął. Było mu ciepło i przyjemnie. Przebudził się w chwili, kiedy poczuł, jak Marta starannie okrywa go kocem, ostrożnie dotyka jego włosów i całuje w czoło. Otworzył oczy i spojrzał na nią. W wyrazie jej twarzy dostrzegł zatroskanie... a może nie tylko to? Nic jednak nie powiedział, tylko ujął dłoń dziewczyny i czule przyłożył do ust, odwzajemniając jej serdeczny gest. Objął swoimi silnymi dłońmi, a ona bez słowa sprzeciwu przylgnęła do niego, tak jakby od dawna na chwilę czekała. Potem ujął rękoma jej twarz, zbliżył jej usta do swoich i delikatnie pocałował. Przyciągnął Martę bliżej siebie i powoli zaczął rozpinać guziki jej bluzki. Kiedy dotknął jej nagich, kształtnych piersi, poczuł, jak wzbiera w nim pożądanie. Wyglądało to tak, jakby oboje pozwolili, aby dotychczas tłumiona, wzajemna ekscytacja znalazła nagle ujście właśnie tej nocy. Thomas bardzo pragnął Marty, co starał się jej za wszelką cenę pokazać, a ona z rozkoszą poddawała się jego pieszczotom. W pewnym momencie, kiedy zsunął się niżej, pieszcząc półnagie ciało dziewczyny, ta spojrzała na niego swoim wyzywającym wzrokiem i nagle coś w niej pękło. Zrozumiała, że to wszystko dzieje się za szybko. Pomimo że całe zajście trwało zaledwie kilka minut, poczuła się winna, że wykorzystała słabość kolegi. Odsunęła się i zaczęła powoli zapinać bluzkę, podczas gdy mężczyzna wciąż jeszcze obdarowywał czułymi pocałunkami. Wstała z kanapy i odwróciła się na chwilę, opierając dłońmi o kominek.

Ale dlaczego... usłyszała zaskoczony głos Thomasa.

To moja wina. To ja cię sprowokowałam, choć nie powinnam. Przepraszam.

Byłaś wspaniała. Ja... koch...

Przepraszam, nie mogę. Jeszcze nie teraz...

Dawno chciałem ci powiedzieć, że... że no wiesz...

Tak, domyślałam się tego...

Marta zaproponowała w końcu, aby się czegoś napili. Nalała do szklanki porządną porcję ginu i podała go Thomasowi, który przez moment wpatrywał się w bezbarwny, klarowny napój alkoholowy. Jednym haustem opróżnił szklankę do dna, prosząc o kolejną dawkę trunku. Tymczasem dziewczyna, siedząc tuż obok w milczeniu, patrzyła na niego i rozmyślała nad tym, co się przed chwilą zdarzyło. Czuła się winna, że pozwoliła chłopakowi na odrobinę rozkoszy, dzieląc się z nim swoją intymnością. Ale chyba od dawna tego pragnęła...

Właściwie masz rację... Porozmawiajmy odezwał się w końcu Thomas.

Powiesz mi w końcu, co się dzieje? zapytała przyjaciółka. Kiedy do mnie dzwoniłeś, byłeś jakiś taki dziwny, obcy. Przestraszyłam się.

Co się dzieje? Hm... Sam chyba dobrze nie wiem. Muszę na kilka dni wyjechać do Frankfurtu.

Do Frankfurtu? Ale po co? dopytywała się Marta. A co z pracą, domem? Co z... nami?

Muszę tam jechać. Zadzwoniła dziś do mnie jakaś Kathy Brück z kancelarii adwokackiej tłumaczył Thomas. Podobno w dziwnych okolicznościach zmarła hrabina Eleonora von Albertstein. No wiesz... ta starsza pani, którą ostatni raz odwiedziłem pięć lat temu, przyjaciółka mojej rodziny.

Ach, hrabina Albertstein... powtórzyła Marta. No dobrze... Ona zmarła, ty byłeś z nią związany, ale co to wszystko znaczy?

Ta adwokat powiedziała mi, że zmarła pozostawiła jakiś tajemniczy list, który może zmienić w moim życiu wszystko.

Zmienić wszystko? O co tu chodzi?

Nie wiem. Ja też chciałem się tego od niej dowiedzieć, ale stwierdziła, że muszę koniecznie przyjechać, że to pilne i takie tam odparł Thomas. Najbardziej jednak martwi mnie, że stało się to tak nagle i że nie była to bynajmniej śmierć naturalna. A przecież jeszcze dziś przed południem z nią rozmawiałem...

Tak, pamiętam. Mówiłeś mi w redakcji, że umówiliście się na Boże Narodzenie. Ona tak się tym cieszyła, to było dla niej takie ważne. Zdaje się, że chciała ci coś dać lub powierzyć.

Thomas przytaknął i powoli spuścił głowę. Zakrył twarz rękoma, a kilka łez popłynęło mu po policzkach.

Chyba nikogo w życiu nie było mi tak szkoda jak Eleonory... To była taka ciepła i serdeczna kobieta.

Marta przysiadła się bliżej, objęła przyjaciela i przytuliła go mocno do siebie. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć ani czego od niej oczekiwał, a tym bardziej jak mogła mu pomóc. Wiedziała tylko jedno że bardzo jej teraz potrzebował.

Muszę tam jechać, ale co będzie dalej? To jakaś dziwna sytuacja.

Spędzili całą noc na kanapie w salonie, długo rozmawiając. W końcu oboje przysnęli. Thomas śnił o namiętnym zbliżeniu z Martą, o Eleonorze, jej przyjaźni, niezwykłej dobroci oraz majętności. Hrabina pochodziła z bardzo starej niemieckiej rodziny szlacheckiej. Była bogata, ale nie skąpa. Zawsze przychodziła mu z pomocą, kiedy tego potrzebował. To dzięki niej Thomas skończył studia dziennikarskie we Frankfurcie, by potem wrócić do rodzinnego miasta, kupić mieszkanie i zacząć pracę w jednej z czołowych lokalnych gazet. Pomogła mu spojrzeć na życie z innej perspektywy i odnaleźć właściwą drogę. Wcale nie było to łatwe, ale się udało. Pieniądze i wpływy kobiety, w połączeniu z jej wrodzoną dobrocią, otwierały każde drzwi. Thomas wiedział o tym, ale nie wykorzystywał tego. Nie chciał, by Eleonora myślała, że oprócz przyjaźni zależy mu na majątku. Cenił sobie jej wsparcie, ale wolał być niezależny. W redakcji okazał się nieoceniony w relacjach z władzami, ale nie tylko. Znał różne możliwości dotarcia do informacji i często stosował wiedzę w praktyce. Potem poznał Martę, z którą się zaprzyjaźnił, co zaowocowało tym, że stała się dla niego kimś szczególnym. Eleonora popierała znajomość, widząc, jak chłopak rozkwita pod wpływem młodej, niezwykle pięknej dziennikarki. Starała się zachęcić trzydziestolatka do bardziej odważnych kroków, ale on uparcie twierdził, że nie jest jeszcze gotowy i że łączy go z Martą tylko przyjaźń. do dzisiejszej nocy, która wyzwoliła skrywaną namiętność... Nie przyznawał się, że dręczą go demony przeszłości, z którymi nie potrafił sobie poradzić, że brakowało mu kobiecego pierwiastka w życiu. Teraz czuł, że otwierają się przed nim nowe drzwi, choć nie miał pojęcia, co czeka go za ich progiem. Śnił o Frankfurcie, tajemniczym liście Eleonory i nieznanej przyszłości...

2

Frankfurt nad Menem największe skupisko drapaczy chmur w Europie i siedziba światowej finansjery. Taki europejski Nowy Jork, w którym nowoczesna zabudowa nieodparcie kojarzy się z amerykańskim Manhattanem. Jego mieszkańcy ciągle za czymś biegną i czegoś szukają, niezależnie od pory dnia i nocy. Oddają się namiętnie pracy, rozkoszom kulturalnym, ale nie tylko. Świat rozrywki, o wielu barwach i odcieniach, krzyżuje się tu z krainą mamony, tworząc jedną, pasjonującą mozaikę. Mimo wszystko jest to miasto o wielkiej historii, znane jako dawna stolica koronacyjna niemieckich cesarzy, siedziba sejmów Rzeszy oraz kolebka prężnie rozwijającej się kultury, w której tworzył Goethe. Współczesność Frankfurtu stanowi więc sumę wszystkich poprzednich epok, doświadczeń wielu pokoleń i ich zmagań w kręgu polityki i gospodarki, pozostawiających swoje piętno na jego mieszkańcach. Całości dopełnia niepowtarzalny widok gór Taunus i wdzierającej się w sam środek miasta rzeki Men; jest to krajobraz, jakiego w innych miejscach na świecie po prostu nie sposób znaleźć.

Tego poranka Frankfurt wyglądał wyjątkowo bajecznie. Pomału gasły wielobarwne neony oraz kończyły się weekendowe imprezy... Wschód słońca z wolna przywracał właściwe proporcje życiu, które na nowo zaczęło rozbrzmiewać w określonym porządku. Gdzieś w oddali dało się jeszcze słyszeć syreny karetek pogotowia czy też policyjnych radiowozów. Była za kwadrans siódma. Kathy Brück zmierzała właśnie do swojej firmy, która znajdowała się kilka przecznic od jej domu. Skręciła na rogu Bettina i Rhein-Strasse, by otworzyć biuro i rozpocząć kolejny tydzień pracy kancelarii adwokackiej Brück & Kunick. Dzień zapowiadał się raczej standardowo, co wcale jej nie napawało szczególnym optymizmem. Klientów najczęściej wyłapywali inni. Dla Kathy i jej przyjaciela Willego Kunicka pozostawały stałe zlecenia. Głównie zajmowali się prowadzeniem spraw spadkowych i testamentami. Żadnych afer, żadnych spraw kryminalnych. Oczywiście poza sprawą Eleonory hrabiny von Albertstein. Jej nagła śmierć oznaczała odpływ znacznej sumy pieniędzy i stratę poważanego w towarzystwie klienta. Kathy jednak nie zamierzała roztkliwiać się nad tym deficytem, tylko zająć się realizacją swojego priorytetowego zadania, czyli zgodnie z dewizą firmy profesjonalnym, bezzwłocznym i w pełni uczciwym zadośćuczynieniem ostatniej woli zmarłej klientki.

Kathy była energiczną, czterdziestopięcioletnią kobietą, o długich, upiętych w kok kruczoczarnych włosach, zgrabnej figurze, radosnej, okrągłej twarzy z rozbieganymi bystrymi oczami i malutkim nosie, który ozdabiały okulary w masywnej, ciemnej rogowej oprawie. Prezentowała się zawsze jako osoba stanowcza, nielubiąca głupich żartów i ceniąca sobie porządek nie tylko wokół siebie, ale i w dokumentach. Z Frankfurtem związała się ponad dwadzieścia lat temu, kiedy zaczynała studia na wydziale prawa. Tutaj poznała doktora Willego Kunicka, swojego przyszłego wspólnika, którego wykładami z prawa spadkowego i skarbowego tak się zachwyciła, że po zakończeniu studiów postanowiła ubiegać się o etat w jego kancelarii. Prowadził wówczas przy Berliner-Strasse 76 i była to najbardziej znana kancelaria w całej Hesji. Głównie dlatego, że obsługiwała najbogatszych mieszkańców Frankfurtu, ale również z powodu pełnego profesjonalizmu oraz nieszablonowego podejścia do klienta, czym wzbudzała ogromne zaufanie. Kathy nie od razu została nagrodzona wspólnym szyldem i współwłaścicielskimi prawami. Stało się to dopiero wtedy, gdy udało jej się pogrążyć pewną bardzo wpływową korporację, której rada nadzorcza dopuściła się malwersacji finansowych i prania brudnych pieniędzy. To zrobiło tak ogromne wrażenie na jej szefie, że czyniąc z niej wspólnika, kazał, aby nazwisko Brück widniało na szyldzie jako pierwsze.

Tego ranka Kathy chciała jak najszybciej przygotować wszystkie dokumenty i omówić szczegółowo całą procedurę ze swoim wspólnikiem. A ponieważ po przeanalizowaniu akt stwierdziła, że wykonanie testamentu Eleonory von Albertstein może napotkać na nieoczekiwane trudności, których raczej wolałaby uniknąć, postanowiła się przygotować lepiej niż kiedykolwiek. Zamierzała także skontaktować się z komisarzem Andreasem Schultzem, który prowadził dochodzenie w sprawie dziwnej śmierci starszej pani, aby zebrać informacje dla rodziny i spadkobierców. Co prawda jeszcze za życia kobieta wspominała o swoich decyzjach, ale w ostatnich tygodniach zaktualizowała dokumenty, instruując zarazem, jak należy postąpić w wypadku jej odejścia. Dla prawników hrabiny nie było to jakieś wielkie zaskoczenie, gdyż takie sytuacje zdarzały się dość często. Nie przejmowali się tym do minionej soboty.

Kathy podeszła do frontowych drzwi przy Rhein- -Strasse 45. Wyciągnęła z torebki plik kluczy i próbowała odnaleźć ten właściwy. Przekręciła klucz w zamku i już miała wejść do biura, gdy nagle zauważyła wystającą spod progu niewielką białą kopertę. Schyliła się i podniosła ją, wkładając następnie do czarnej skórzanej teczki z dokumentami, którą trzymała w lewej ręce. Kiedy znalazła się przy swoim biurku, zajęła się przygotowaniem solidnej czarnej parzonej kawy w nadziei, że ta postawi na nogi, zapominając o znalezisku. Nie zdążyła się dobrze zakręcić, a we drzwiach stał już Willi Kunick.

Cześć, Kathy. A ty co tak wcześnie dziś zaczynasz pracę? zapytał wspólnik, zaskoczony widokiem rozkoszującej się kawą prawniczki. Czyżbyś nie mogła spać? A może brak ci odpowiedniej „przytulanki”?

Właściwie o to samo mogłabym zapytać ciebie odparowała Kathy, która nie znosiła tych chwil, kiedy Willi pozwalał sobie z niej tak ostro żartować.

Wiesz, że czeka nas dziś dużo pracy? Od soboty o tym myślę...

Tak, ta sprawa z hrabiną von Albertstein... Przejrzałam w domu kilka jej dokumentów i coś mi mówi, że może być ciekawie.

Sądzisz, że to jakaś śmierdząca sprawa? zapytał z zaciekawieniem Willi.

Nie nazwałabym tego w ten sposób, ale jestem niemal pewna, że życie napisało całkiem nietypowy scenariusz. Generalnie jest w porządku. Może więc po prostu się mylę oznajmiła adwokat.

Willi stanął przy biurku Kathy i patrzył na nią z zaciekawieniem.

W sobotę wieczorem dzwoniłam do niejakiego Thomasa Michela. No wiesz, tego, którego Eleonora kazała nam powiadomić po swojej śmierci dodała. I wiesz co? Zaskoczyła mnie jego reakcja. Zachowywał się jak ktoś, komu zmarła, no nie wiem... no jakby zmarła mu jakaś naprawdę bliska osoba.

Willi zaczął pobieżnie przeglądać dokumenty od hrabiny Eleonory von Albertstein. Jego uwagę zwróciła niewielka biała koperta. Na tle poszarzałych kartek, rękopisów i urzędowych adnotacji bardzo się wyróżniała.

A to co? zapytał Willi.

Znalazłam to dzisiaj pod drzwiami. Nie zdążyłam jej otworzyć... Właściwie to nawet o niej zapomniałam. Kathy wzruszyła ramionami i powróciła do delektowania się swoją poranną kawą. Może chcesz filiżankę czarnej? Dobrze ci zrobi z samego rana.

Nie, dziękuję. Może później powiedział Willi, biorąc do ręki kopertę, na której odwrocie zauważył odciśnięty symbol. Przypominał coś w rodzaju monogramu lub logotypu jakiś znak rozpoznawczy. Nie był to nadruk, więc Kathy mogła tego nie zauważyć. On jednak zaczął oglądać kopertę ze wszystkich stron, próbując rozszyfrować jego znaczenie.

Może byś w końcu otworzył kopertę, a nie gapił się na nią jak w święty obrazek i przekładał z ręki do ręki strofowała go wspólniczka, ciesząc się w duchu, że udało jej się odgryźć za uszczypliwe poranne powitanie. Nie bój się, to pewnie nic strasznego. Może jakiś list miłosny lub czek z całkiem interesującą kwotą dodała, śmiejąc się zaczepnie.

Okej, w porządku. Już otwieram, skoro jesteś taka ciekawa odpowiedział.

Willi wziął z biurka nóż do listów, zanurzył końcówkę wewnątrz koperty i powoli, delikatnie przejechał od jednego brzegu do drugiego, aby otworzyć. Wewnątrz znajdowała się niewielka biała kartka, na której widniało zaledwie pięć słów: „STRZEŻ SIĘ: ŚMIERĆ ZA ROGIEM”, złożonych z gazetowych wycinków. Willi pobladł i opadł na fotel obok swojego biurka. Nie uszło to oczywiście uwagi wspólniczki. Ona jednak znowu była przekonana, że to kolejny dowcip w jego wykonaniu, i zajęła się swoimi sprawami.

Czy naprawdę znalazłaś to pod drzwiami naszej kancelarii? dopytywał się niespokojnie Willi. Może chcesz mnie nastraszyć, odgryźć się za coś? To jakiś kawał czy co?

Ej, ale o co ci znowu chodzi? Co tam jest napisane? Chyba nie myślisz, że mam coś z tym wspólnego? żachnęła się Kathy.

Tu jest napisane „Strzeż się: śmierć za rogiem”, a na kopercie widnieje odcisk z monogramem „AASCHG” ozdobiony dziwacznymi owalami, kwiatkami czy czymś w tym stylu odparł Willi, opisując wspólniczce zawartość zagadkowej korespondencji. To mi wygląda na ostrzeżenie, ale przed czym czy raczej przed kim mam się strzec? A może mam z kimś na pieńku? dodał po chwili.

Nie wygłupiaj się. Najlepiej wrzuć to świństwo do niszczarki... Jakieś dzieciaki się zabawiają, a ty się przejmujesz. To po prostu śmieć, który wiatr przyniósł pod drzwi kancelarii prawniczka lekceważąco machnęła ręką. Albo nie! Dziś ma przecież przyjść do nas komisarz Schultz z policji kryminalnej. Skoro obawiasz się, że to coś do nas, to niech on to zobaczy i sam oceni skwitowała całe zajście panna Brück.

Po tych dość obcesowych słowach Willi Kunick posłusznie włożył kartkę z tajemniczym tekstem do koperty i odłożył na bok. Zbliżała się powoli godzina dziewiąta. Oboje więc postanowili zabrać się ostro do roboty, by zdążyć przejrzeć dokumenty i przedyskutować najistotniejsze kwestie jeszcze przed przyjściem komisarza. Musieli także uporządkować pozostałe papiery należące do zmarłej, o co hrabina usilnie prosiła jeszcze za życia. Chciała być w porządku wobec wszystkich, także jeśli chodzi o wszelkie kwestie formalne, które mogłyby pozostać do rozwiązania. I w tym miała pomóc właśnie kancelaria Brück & Kunick. Zadanie okazało się trudne, gdyż do spotkania ze spadkobiercami pozostało zaledwie kilka dni, a spraw prowadzonych przez Eleonorę było wcale niemało. Dwa kartony z rachunkami, kilkadziesiąt listów, poręczenia, darowizny i czego dusza zapragnie. Jednak to, co najważniejsze, zgodnie z wolą starszej kobiety, miało rozstrzygnąć się w ciągu miesiąca od jej śmierci. Chodziło przede wszystkim o to, aby ściągnąć do Frankfurtu wszystkich, których wymieniła w instrukcji, ale też o to, aby mieć czas na przeprowadzenie niezbędnych procedur.

Section0004

3

Z Zakładu Medycyny Sądowej na obrzeżach Frankfurtu do swojego biura przy Gutleutstrasse 112, nieopodal Dworca Głównego, komisarz Andreas Schultz wrócił późnym niedzielnym popołudniem. Spędził tam dobrych kilka godzin, próbując się czegoś dowiedzieć o nagłej śmierci Eleonory von Albertstein. To właśnie jemu przełożeni zlecili zadanie zbadania sprawy. Przede wszystkim dlatego, że był człowiekiem równie stanowczym, co spostrzegawczym. Chciano bowiem, aby tak delikatną sprawę jak tajemniczy zgon hrabiny wyjaśnić jak najprędzej, bez rozgłosu i wzbudzania niezdrowej sensacji. Z prosektorium przyjechał bez żadnego punktu zaczepienia, a teraz musiał przygotować raport, który powinien znaleźć się najpóźniej w poniedziałek rano na biurku szefa frankfurckiej policji kryminalnej Alexa Rittera.

Zaraz po informacji o śmierci hrabiny i przejęciu sprawy udał się swoim służbowym czarnym volkswagenem za miasto, do rezydencji, w której we wczesne sobotnie popołudnie znaleziono martwe ciało starszej kobiety. Widok, jaki zastał, nie należał do tych, które chciałoby się oglądać w środku weekendu, ale taka była specyfika jego pracy i w zasadzie nawet zdążył się już do tego przyzwyczaić.