Tempo di Roma - Alexis Curvers - ebook
Wydawca: Austeria Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 459 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tempo di Roma - Alexis Curvers

„Jeśli wybierasz się do Rzymu, najważniejszą i bezwzględną regułą winna być lektura Tempo di Roma

„Tempo di Roma” to jedna z tych powieści, w których miasto nie jest tylko tłem, ale jedną z postaci, bohaterem równoprawnym z ludźmi, a może nawet od nich ważniejszym.

Bywają książki, które, choć może nie zdobędą szerokiej popularności, szybko stają się ulubioną lekturą kręgu wtajemniczonych. Przekazywane z rąk do rąk, stopniowo krąg ten poszerzają, a ich znajomość służy za znak rozpoznawczy ukrytej wspólnoty, pozwala nawiązać nić porozumienia z kimś zupełnie obcym. Taki właśnie los wróżę nieznanej dotąd u nas powieści belgijskiego pisarza.

Co powiedziawszy, podkreślić trzeba, że powieść „Tempo di Roma” bestsellerem, owszem, była. Wydana w 1957 roku, przyniosła Alexisowi Curversowi (1906–1992) sukces, kilka nagród, przekłady na inne języki i uważana jest za najważniejsze dzieło w jego dorobku. Sześć lat później zekranizował ją Denys de La Patelliere, z udziałem Charles’a Aznavoura, Arletty (sławnej dzięki filmom Marcela Carné) i Gregora von Rezzori, aktora i pisarza („Gronostaj z Czernopola”).

[…]

Narrator książki, młody człowiek bez pieniędzy i z bagażem wojennych przeżyć (był wśród nich pobyt w obozie jenieckim pod Szczecinem), pochodzący z nienazwanego francuskojęzycznego miasta na północy, trafia do Włoch, do Mediolanu. Stamtąd, trochę przypadkiem, wyjeżdża do Rzymu; impulsem jest właśnie wspomniany obraz, który właścicielce, zaprzyjaźnionej z narratorem markizie Mandriolino, podarował podobno sam Mussolini. Zaczyna się melancholijna komedia, podszyta chwilami dramatem, odgrywana na wielkiej scenie Miasta.

Pojawiają się na niej postacie najróżniejszego autoramentu, od drobnych złodziejaszków po angielskiego arystokratę, rzymską hrabinę i pewnego biskupa in partibus infidelium, od reemigranta, który powrócił z belgijskiej kopalni z połamanymi nogami oraz żoną-prostytutką i workiem pełnym rupieci z zamkniętego burdelu, po ambasadora Stanów Zjednoczonych i jego angielską żonę. Ściąga też z Mediolanu markiza Mandriolino z młodym kochankiem imieniem Orfeo. Owładnięta ideą stworzenia zakonu, który zająłby się, śladem Franciszka z Asyżu, prawami naszych Braci Mniejszych, pragnie do niej przekonać swego kuzyna Eugeniusza – czyli Eugeniusza Pacellego, papieża Piusa XII. Niezrównany jest fragment, w którym relacjonuje swoje plany, a jej słowa przerywane są co chwila, niby w operze komicznej, komentarzami biskupa i... papugi, wszystko zaś rozgrywa się w niemal nierzeczywistej, teatralnej scenerii barokowego placu Sant’Ignazio.

Narrator, choć w Rzymie po raz pierwszy, dzięki wcześniejszym studiom szybko zaczyna sobie radzić jako przewodnik zagranicznych gości. Wykonuje tę pracę oczywiście nielegalnie, co rychło ściąga nań kłopoty. Zakochuje się w młodej i pięknej Geronimie i planują ślub, choć przyszła teściowa nieufnie traktuje obcego. On sam zaś, wcale o tym nie wiedząc, jest obiektem miłości tym większej, że niewypowiedzianej i właściwie niemożliwej; dowie się o niej dopiero po niespodziewanej śmierci kochającego...

Wszystkim tym powikłaniom przygląda się milcząco wieczny Rzym, dotknięty wprawdzie latami wojny, a wcześniej przeorany za sprawą ambicji Mussoliniego – trwają jeszcze prace przy via della Conziliazione, która z woli dyktatora zastąpiła plątaninę uliczek Borgo, otwierając widok na Bazylikę – mimo to jakby zawieszony w bezczasie, obojętny wobec zmian. „Tempo di Roma” to jedna z tych powieści, w których miasto nie jest tylko tłem, ale jedną z postaci, bohaterem równoprawnym z ludźmi, a może nawet od nich ważniejszym.

[…] Piękna książka: i jako lektura, i jako dzieło sztuki edytorskiej!"

"Tygodnik Powszechny"

Opinie o ebooku Tempo di Roma - Alexis Curvers

Fragment ebooka Tempo di Roma - Alexis Curvers









 

 

 

 

 

 

 

ALEXIS CURVERS

TEMPO DI ROMA

 

 

 

 

Przekład
Elżbieta Jogałła


 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału:
Tempo di Roma
© Editions Robert Laffont 1954

 

© Copyright for the Polish translation by Elżbieta Jogałła
© Copyright for the Polish edition: Wydawnictwo Austeria

 

Redakcja:
Maria Kania

 

Korekta:
Grzegorz Małek

 

Projekt okładki:
Emilia Majtka

 

Skład i łamanie:
Maria Gromek

 

Konwersja do formatów epub i mobi:
Karolina Wałaszek

 

La publication de cet ouvrage a été encouragée par une subvention accordée par la Communauté française de Belgique.

 

Wydanie tej książki umożliwiła subwencja przyznana przez Wspólnotę Francuską Belgii.

 

Kraków • Budapeszt 2013

 

ISBN: 978-83-7866-052-1

 

Wydawnictwo Austeria
Klezmerhojs sp. z o.o.
31-053 Kraków, ul. Szeroka 6
tel. (12) 411 12 45
austeria@austeria.eu
www.austeria.eu


 

 

 

 

 

 

 

Pani Marie de Vivier


 

 

 

 

 

 

 

Rzym to miejsce przyjemnego pobytu: wszystko cię tu bawi. Zdaje się, że nawet kamienie mówią. Nie masz nigdy dość oglądania.

 

Montesquieu

...Widać tu tradycje wielkości, do której nie dorastamy my, nędzni barbarzyńcy[1].

 

Chateaubriand

W Rzymie marzysz o szczęściu zaspokajając swe namiętności; każdy podąża za porywami własnej duszy, a dusza w najmniejszym stopniu nie skłania go do zawodów, jakimi człowiek zarabia na życie. W postępowaniu szewca nie ma niczego niskiego czy ograniczonego, a jeśli jutro los obdarzyłby go wielką fortuną, w najlepszym towarzystwie byłby na swoim miejscu. Co najwyżej wyróżniałby się energią.

 

Stendhal

 

[1] Chateaubriand, Pamiętniki zza grobu PIW, Warszawa 1991. Wybór, przekład i komentarze Joanna Guze.


 

 

 

 

 

 

 

Tempo di Roma


1.

 

 

 

 

Zajrzyj mi w serce, a zobaczysz

że wypisano w nim:

Italia.

Robert Browning

 

W pewnym sensie lepiej bym zrobił zostając w Mediolanie. To prawda, ale wtedy wydarzyłyby się inne rzeczy: o tym się łatwo zapomina. W Mediolanie prawdopodobnie siedziałbym w więzieniu. Ale moje serce nie byłoby tak strasznie pogrążone, jak dzisiaj.

Można by oczywiście powiedzieć, że lepiej bym zrobił zostając w kraju, u matki. Z pewnością przyzwyczaiłbym się do tego, co zwykło się nazywać rozsądkiem, do wypucowanej płyty kuchennej, do frytek i piwa: a może nawet do ołowianego nieba i do bezwzględnego braku piękna. Tylu innych poprzestaje na tym i, jak się zdaje, wcale od tego nie umiera. Ale ja, na samą myśl, czuję jak włosy mi się jeżą na głowie. W Mediolanie nie było źle: słońce, kolory, monumentalne piękno, ogrody stworzone dla przyjemności oka, a ponadto pewien rodzaj zmysłu praktycznego i na ogół czyste toalety. Policja miała ręce pełne roboty.

W 1944, kiedy front włoski, niczym gigantyczna sieć ciągnięta w górę rzeki, skierował się na północ, wielka rzesza chłopców wątpliwego autoramentu, którzy nie chcieli, by operacje wojenne zaskoczyły ich w domu, a zarazem pragnąc uniknąć porachunków, jakie potem miały nastąpić, znalazła schronienie w ciemnych zaułkach Mediolanu, który poza kryjówką ofiarował im nieoczekiwane możliwości, jakie niesie z sobą wielkie miasto. Natychmiast zaczęli rozwijać swoje talenty. Wszystkie dialekty Italii i Obojga Sycylii rozbrzmiewały podczas wieczornych dyskusji na placu przed katedrą; jednakże uwagę ciekawych przechodniów przyciągały zwłaszcza gesty, spektakl, w którym szybkie ruchy rąk były nie mniej obce niż słowa. Kiedy zjawiała się policja, na miejscu byli już tylko mediolańczycy. Plac wyludniał się w mgnieniu oka. Po „nalocie” tylko nieporuszeni Amerykanie spacerowali udając, że podziwiają oświetloną katedrę. Opustoszały plac odzyskiwał swoje cudowne proporcje.

Znalazłem się tam przypadkiem, na skutek wojny, za którą wlokłem się przez całą prawie Europę; niekiedy byłem jeńcem, czasem ochotnikiem, najczęściej jednak nie wiedziałem, którym z nich jestem, ani po czyjej stronie. Zdawałem sobie sprawę, że zbyt zdecydowane przekonania stępiają instynkt samozachowawczy i stanowią przeszkodę dla wolności. Moje niezdecydowanie przyniosło mi szczęście, przestałem się więc go wstydzić. Jego wagę odkryłem w Italii, która została moją ziemią obiecaną. Życie jest tu lekkie i piękne. Zakochałem się w Mediolanie.

Od razu związałem się z Enrikiem. Całe dni spędzał w cieniu Zamku i stamtąd wyruszał na ekspedycje, które początkowo, choć łatwe i owocne, były dość niewinne. Amerykanie, czarni i biali, dostarczali nam towaru, który upłynnialiśmy bez trudu. W zamian dostarczaliśmy im kobiet i wszystkiego co chcieli. Zaznaliśmy dobrobytu. Po nocach spędzanych w ruinach, w których Enrico wyszukiwał niezawodne kryjówki, wynajęliśmy pierwsze piętro w na poły zrujnowanym budynku. Nad wielkim ośmiobocznym pokojem wisiał plafon pokryty freskami. Chciałem tam ustawić łóżka, by co rano otwierać oczy na amorki i boginie wirujące nad naszymi głowami. Gdybym był papieżem, zrobiłbym sobie sypialnię w Kaplicy Sykstyńskiej. Malowany sufit ma sens tylko dla leżącego widza. Enrico jednak był innego zdania. Musiałem go siłą powstrzymać od zamalowania wapnem wszystkich niebiańskich postaci na sklepieniu. Twierdził, że nie pasują do nowoczesnego stylu interesów i wyglądają niepoważnie w oczach biznesmenów, których przyjmowaliśmy. Salon z ośmiorgiem drzwi służył nam więc za magazyn. Spiętrzone skrzynie przysłaniały nieraz zwiewną postać Apollona, którego ciało, poprzecinane bezużytecznymi kablami elektrycznymi, stopniowo czerniało od dymu świec i naszych niezliczonych papierosów.

W krótkim czasie rynek się nasycił. Interesy, choć nadal owocne, uległy spowolnieniu. Enrico mawiał, że stracił serce do tych kombinacji przez nazbyt licznych pośredników. To prawda, coraz częściej ci, którzy dawniej handlowali złotem, kokainą czy samochodami, zmuszeni byli czatować w okolicy La Scali czy zdobionego kolumnami Palazzo Marino, na podróżnego na tyle naiwnego, żeby poświęcił im choćby chwilę uwagi. Wystarczyła sekunda, by nieszczęśnik przepadł. Eskortowano go, proponując grzecznie wszelkie usługi, odgadywano najdrobniejsze zachcianki. W końcu oddalał się szczęśliwy i zadowolony, dzierżąc sztukę materiału czy kolekcję obscenicznych fotografii, z portfelem wypchanym fałszywymi banknotami tysiąclirowymi, albo wręcz bez portfela. To właśnie przydarzyło się bardzo bogatemu Portugalczykowi, któremu Virgilio i Alfredo odegrali, pewnego wieczoru na opustoszałym viale, komedię tak świetnie obmyśloną, że bawił się równie dobrze jak my.

Ze ściśniętym sercem myślę, jak zamartwiałby się mój ojciec, gdyby wiedział, że kiedyś będę wmieszany w podobne afery. Biedak, wypruwał sobie żyły, by mi zapewnić edukację!... Jako dziecko lubiłem malarstwo i muzykę. Czy jak wszyscy rozsądni rodzice uważał, że to nie są żadne zawody, czy też wnikliwiej potrafił ocenić, że moje zdolności są całkiem przeciętne, nie wiem. Wymógł jednak na mnie, bym przede wszystkim i do końca przeszedł kurs historii sztuki. Te studia unicestwiły wprawdzie moje pragnienia zostania artystą, ale nie pozbawiły mnie cech, które odróżniają ludzi tak zwanych normalnych od artystów. W moich oczach właśnie działalność artystów jest w pełni normalna i ona jedna warta jest trudu.

Enrico, Alfredo, Virgile i ich kumple ze swojego szelmostwa uczynili sztukę. Już to samo było piękne. Powiem więcej, to było trudniejsze od pędzla czy skrzypiec. W końcu każdy uprawia taką sztukę, na jaką go stać. Czyż nie prościej byłoby tego Portugalczyka po prostu ogłuszyć? A oni chcieli zapracować na swój zysk, układając sprytne, prześliczne imbroglio[1], tak że człowiek wiedział za co płaci. Obdarowali go najpiękniejszym wspomnieniem z Włoch. Gdyby Virgile lub Alfredo, przez jakąś niezręczność, obudzili u niego choćby cień podejrzenia, jestem przekonany, że przed rzuceniem się do ucieczki, przeprosiliby, jak aktor, który zapomniawszy tekstu po raz ostatni skłania się przed publicznością, by opuścić scenę pod gradem dojrzałych pomidorów. Tak właśnie postąpili, tyle że nazajutrz.

Następnego dnia Portugalczyk, okradziony, lecz w znakomitym humorze, pił espresso na tarasie galerii Wiktora Emanuela, kiedy nagle poderwał się wytrzeszczając oczy, bo zobaczył idących spokojnie Virgilia i Alfreda. To kelner, który go obsługiwał, opowiedział potem całą scenę Enricowi.

Chłopcy nie mieli czasu zareagować. Za ich plecami policjant już zsiadał z roweru i wyciągał kilka par kajdanków. Aresztując ich, pokazywał Portugalczykowi i wszystkim gapiom, za pomocą przerażających min, straszne kary, jakie miały spotkać złoczyńców. Po chwili odzyskał olimpijski spokój i niewielka grupka skierowała się godnym krokiem w stronę Piazza de Mercati. Chmara dzieci podniecona dźwiękiem łańcuchów biegła za nimi.

Enrico zdenerwował się tą historią. Jego zdaniem ośmieszała nas wszystkich, ponieważ akcję głupio przeprowadzono, i nawet gdyby wszystko się powiodło, zysk był naprawdę niewielki. Później jednak on sam uczestniczył w jeszcze marniejszych przedsięwzięciach.

W pobliżu dworca znaliśmy skromny hotelik, obdarzony wielkim i rzucającym się w oczy szyldem. Podróżni szukający noclegu kierowali się wprost do baru, który mieścił się na parterze budynku, nic bowiem nie wskazywało na to, że bar jest całkiem niezależny od hotelu. Tenże zajmował wyższe piętra, a wchodziło się do niego przez boczne drzwi.

Pociągi przywoziły każdego dnia do Mediolanu chmary Włochów, którzy uciekając przed nędzą i bezrobociem wyjechali pracować w kopalniach Francji czy Belgii. Wyruszali pełni nadziei, skuszeni obietnicami pośredników; przeżywszy rok czy dwa w piwnicach i barakach czarnych przedmieść, tak dobrze mi znanych, wracali na miesięczny urlop, przywożąc z północnego Eldorado resztki oszczędności, uchronione przed dziewkami i szynkarzami, oraz wielkie toboły żywności dla rodzin. Mieli zazwyczaj chore płuca i przepełniała ich czułość dla odnalezionej ojczyzny.

Jeden z naganiaczy Enrica, ustawiony przy wyjściu z dworca, wybierał któregoś z takich mężczyzn, oceniając go po chłopskim wyglądzie i zasobności bagaży. Udając zainteresowanie warunkami emigracji, zaczepiał go i prowadził do baru naprzeciw dworca pod kolorowym szyldem hotelu. Czasami podróżny, nieufny, rezygnował z zaproszenia wymawiając się bliskim pociągiem do Kalabrii czy Veneto. Naganiacz, zdając sprawę ze swej porażki, mówił z podziwem:

– Był ode mnie sprytniejszy!

Wszyscy z zachwytem kiwali głowami, bo zgodnie uważano spryt za sztukę i oznakę wybitnej inteligencji.

Przeważnie jednak nieszczęśnik, wzruszony tak miłym powitaniem na ojczystej ziemi, przystawał na propozycję. Przedstawiano go wtedy klientowi o porządnym, choć nieco swobodnym wyglądzie. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że właśnie zszedł na chwilę ze swojego pokoju. Siedziało z nim paru przyjaciół. Zamawiano litr wina, potem drugi, na cześć emigranta.

Nigdy się nie dowiedziałem, jakie interesy i wspaniałe zyski proponowano mu gdy się napił: po godzinie nie miał już szwajcarskich czy belgijskich pieniędzy ani najcenniejszych przedmiotów z bagażu. Zapewniano go, że to wszystko na niewiele się przyda w dalekiej rodzinnej wiosce, podczas gdy tutaj, w Mediolanie, gdzie życie jest drogie, zapłacą mu o wiele lepiej i to w dolarach, które wszędzie odsprzeda za znakomitą cenę. W międzyczasie biesiadnicy kolejno wstawali. Każdy zabierał część łupu, wkładał czapkę i wychodził ostentacyjnie drzwiami prowadzącymi na ulicę. Ten, który nie miał czapki i grał rolę gościa hotelowego, zostawał do końca. Przeliczał ponownie walutę, wkładał ją do kieszeni, sprawdzał skrupulatnie słupek liczb, starannie zapisywany w miarę jak biedak powierzał mu swój majątek. Targowano się tylko dla pozoru, suma opiewała więc na setki tysięcy lirów, które przeliczano na dolary, po całkiem niezłym kursie. Kalabryjczyk czy triesteńczyk, olśniony taką okazją, nie odczuwał niepokoju, kiedy rozmówca żegnał go, mówiąc:

– Dolary mam w pokoju. Przepraszam na chwilę.

Facet nonszalancko przechodził przez bar, jakby był u siebie, rzucał dowcip kasjerce i wychodził drzwiami w głębi sali, które prowadziły do toalety. Gdy znalazł się na podwórku, uciekał przez bramę wychodzącą na sąsiednią ulicę i znikał.

Byłem tam przypadkiem, kiedy jeden taki skok się udał. Nie uczestniczyłem w nim, ale wiedziałem. Na moment krytyczny Enrico zapraszał jako klientów do baru osoby, które, ściśle mówiąc, nie były jego wspólnikami, ale bałyby się mu sprzeciwić. To dotyczyło także mnie. Do końca miałem nadzieję, że coś ostrzeże chłopca, którego właśnie rabowano. Ale wszystko poszło jak po maśle. Otępiony winem i dwiema nocami spędzonymi na kolejowym korytarzu, siedział teraz sam na krześle wśród odchudzonych walizek, z wzrokiem pełnym marzycielskiego światła, podkreślanego jeszcze czarną obwódką niezmywalnego flamandzkiego węgla na powiekach. Z niezmąconym spokojem uśmiechał się myśląc o swojej rodzinie z okolic Udine, która z radością i dumą czekała na jego powrót w bogactwie i sławie.

Odwrócił głowę, kiedy drzwi w głębi znów się otworzyły: to tylko kelner wracał z tacą. Potem w zamyśleniu spojrzał na zegar: czekał już od siedmiu czy ośmiu minut. Opuścił głowę, pochylił się i trwał tak oparty o stół, jak ktoś, kto zasypia lub głęboko się zastanawia.

Czułem się strasznie. Słychać było jak przelatują muchy. Miałem wrażenie, że za moment, w barze, w którym cisza stała się nie do zniesienia, wybuchnie bomba. Wiedziałem jednak, że zarówno zostając, jak wychodząc, zwrócę na siebie uwagę. Nie zastanawiając się dłużej, szybko opuściłem moje miejsce, wyszedłem przez drzwi w głębi sali i zamknąłem się w toalecie.

Tam właśnie usłyszałem okrzyki wściekłości wieśniaka z Udine dobiegające z klatki schodowej. Poszedł za mną, zobaczył podwórko, bramę otwartą na ulicę i w jednej chwili zrozumiał wszystko. Już tylko dla zasady wbiegł po schodach do albergo[2], szarpiąc na każdym piętrze drzwi do windy, jak gdyby tam mógł się ukryć złodziej. Drzwi te były zamknięte na kłódkę, od której klucz miał każdy z lokatorów, jako że okolica była raczej podejrzana. Na górze hotelarz nawet go nie wpuścił: z całą tą sprawą nie miał nic wspólnego, nikt nie znał mężczyzny od dolarów. Nieszczęśnik zbiegał po schodach wzywając pomocy. Zaciekawione twarze pokazały się w oknach na podwórzu, skąd, o dwa kroki ode mnie, dobiegał nieprzerwany lament.

Nadbiegło paru klientów z baru i personel hotelowy, powodując zamieszanie, które wykorzystałem by zniknąć. Słyszałem jeszcze jak wiejski głos przerywany szlochem opowiada całą historię. Sklepienie bramy miało niezłą akustykę i jeszcze długo potem ten głos mnie prześladował.

Spotkałem Enrica tego samego wieczoru. Dzielił łupy. Wyglądał na człowieka sytego i zmęczonego, ale w jakiś sposób czujnego. Podał mi, w pudełku, którego markę rozpoznałem, kawałek piernika. Pudełko przypominało świętego Mikołaja z mojego dzieciństwa.

– Nie, dziękuję Enrico – powiedziałem. – Nie jestem głodny.

– Naprawdę?

– W każdym razie nie będę już jadł chleba z tego pieca.

– Co cię ugryzło?

– Doskonale wiesz, Enrico.

– Przestałeś się zgadzać?

– Zgadzałem się na robienie ładnych rzeczy. Przychodzi jednak chwila, w której ładne rzeczy stają się brzydkie. Nie umiecie się w porę zatrzymać. Dziś po południu oglądałem nowy akt twojej sztuki. O jeden za dużo. Naprawdę paskudny. Równie paskudny, jak kiedy wypowiedzieliście wojnę Francji, czy kiedy zamordowaliście Mussoliniego. Krótko mówiąc, nie gram już w to.

Spodziewałem się, że Enrico będzie bronił honoru narodowego lub potraktuje mnie jak mięczaka czy świętoszka. Raz jeszcze dane mi było przekonać się o niezawodnej włoskiej elegancji: zamilkł i patrzył na mnie ze smutkiem. To było nasze pożegnanie.

Zatrzymano go trochę później, z jakiegoś innego powodu. Rozprawa, na którą nieopatrznie przyszedłem, przyciągnęła wielki tłum. Enrico, jak wszyscy, był dawnym faszystą podszytym antyfaszystą w starym stylu. Miał przyjaciół wszędzie. Pośród ogólnych emocji dowodził przed sędzią swojej niewinności i usprawiedliwiał swoje uczynki.

– Przed wojną żyłem sobie spokojnie w Afryce – oznajmił. – Miałem dom, dobrą pracę, palmy i karczochy, które co wieczór podlewałem. Włożono mi na plecy karabin maszynowy, po czym parę razy przemierzyłem pustynię wzdłuż i wszerz. Potem, w ciągu sześciu tygodni, idąc tylko nocami, pokonałem dwieście pięćdziesiąt kilometrów pośród tygrysów i leopardów, żeby uciec czarnuchom i oddać się w ręce Anglików. Ci ostatni wydzielali mi po pięć papierosów dziennie i zawieźli do ukochanej Italii, gdzie znalazłem siedemnaście osób z mojej rodziny stłoczonych w piwnicy, a przed biurami zatrudnienia co dzień rano tysiące oczekujących. Myślę, że w Afryce moje karczochy już dawno umarły z pragnienia. Proszę, by Wasza Wysokość rozwiała moje wątpliwości: staję tutaj jako oskarżony czy jako oskarżyciel, jako złodziej czy jako okradziony?

Rozległo się parę oklasków. Sam sędzia wymachując dzwonkiem, potakiwał głową, jak znawca, który w duchu szepce: bravo, bravo. Matka Enrica, która w przeddzień przyjechała ze swojej wioski, zeznając płakała rzewnie i wzywała na przemian Madonnę, świętą Ritę i świętego Augustyna. Wyrok był łagodny.

Większość przyjaciół Enrica była już spalona. Na szczęście opuściliśmy, nie zostawiając śladów, pałac napowietrznego Apollona. Byłem jednak zdany na łaskę jakiejś niedyskrecji czy łapanki, których coraz więcej robiono w okolicach dworca. Większość podejrzanych wymykała się bez trudu, ale złapani byli mniej lub bardziej związani z bandą Enrica. Nie można mi było postawić żadnych poważnych zarzutów. Bałem się jednak, że ktoś zażąda ode mnie wyjaśnień. Cudzoziemiec nigdy nie może być pewny, że jest w porządku. I jeśli lata wojny nauczyły mnie czegoś, to właśnie obrzydzenia do policji i do wszelkiego z nią kontaktu, a było to obrzydzenie tak paniczne, że zdarzało mi się postępować absurdalnie. Czasem wysyłam trochę pieniędzy matce; są jej bardzo potrzebne, bo dom został poważnie zniszczony i podobno tylko dwa pokoje nadają się do zamieszkania. Powiedziano mi, że powinienem przekazać swoje oszczędności drogą legalną. Tyle że musiałbym pójść do banku, wypełnić formularze, uzyskać zaświadczenia. Wolę posłużyć się czarnym rynkiem. Wywożenie pieniędzy to przemyt. Narażam się tym na inne kłopoty, ale proceder ten wydaje mi się pewniejszy i w gruncie rzeczy bardziej moralny. Wiarygodność przemytników, na których zdaję się bez żadnych gwarancji, budzi we mnie mniej obaw niż przychylność władz. Jak dotąd nie miałem powodu do narzekania. W chwili, o której mówię, nie miałem już ani grosza.

Zdecydowałem jak najprędzej opuścić Mediolan. Wyjeżdżałem nie bez żalu. Pożegnania są dla mnie trudne. Poza tym Brera była nadal zamknięta, a ja chciałem zobaczyć Zaślubiny Najświętszej Maryi Panny[3]. Jednakże same muzea niewiele mnie obchodzą. Kiedy zdecydowałem, że sam nie będę tworzyć potrzebnego mi piękna, nie szukam go w cudzych dziełach. Dzieła sztuki przypominają mi zdradzone powołanie i powodują gorzkie wyrzuty sumienia. Pozostała mi już tylko uroda życia, piękno w stanie czystym.

Poszedłem do mojej znajomej, markizy Mandriolino. Robiłem z nią interesy. Chociaż wtedy była marksistką, dostarczyła nam kiedyś biżuterię w zamian za cysternę paliwa lotniczego. Od kiedy wynajęła swój rozwalający się pałac pewnej włoskiej rodzinie, która wróciła z Argentyny straszliwie wzbogacona, stała się spokojniejsza. Znalazłem ją na dziesiątym piętrze wieżowca, pośród stalowych mebli, zajętą namydlaniem i szorowaniem kilku sztuk swojej menażerii, w chwili obecnej składającej się z trzech psów, siedmiu kotów, tuzina papug, mieszkańców sporego akwarium, oraz jednego jeża.

– Lala – powiedziałem – to za dużo. Trzeba się przywiązać do jednego gatunku zwierząt i poświęcić mu się bez reszty.

– Myślę – odpowiedziała po prostu – że przywłaszczę sobie niebawem parkę wiewiórek. Nie zamknę ich jednak w klatce. Będą miały wszędzie huśtawki i będą skakać po wszystkich pokojach. Już chciałabym, żeby mieszkanie było gotowe!

Z dawnych skarbów pałacu Mandriolino pozostał tylko jeden De Chirico, ofiarowany niegdyś damie przez Mussoliniego. Bańka piany przyczepiła się do obrazu, na który patrzyłem. Lala się przeżegnała i wymierzyła klapsa zbyt energicznie otrząsającemu się pekińczykowi. Wytarłem pianę chusteczką.

Troppo gentile[4] – powiedziała. To oznacza wizytę i złą wiadomość.

– Wizyta to ja – odparłem. – A teraz zła wiadomość: wyjeżdżam.

Bravo! – zawołała. – Upodabniasz się do Włochów. Masz ogień w tyłku. Jak Michał Anioł, Rossini i inni: ciągle w podróży, od republiki do tyranii, od entuzjazmu do abnegacji, od triumfu do wygnania, nie trwając w niczym, chyba że chodzi o nich samych. Cudzoziemcy uważają nas za płochych, ale jest przeciwnie. Często zmieniamy zdanie, zaczynamy coraz to nowe projekty, ale znaczy to, że nasze dusze nie zmieniają się.

– Do twarzy ci z paradoksem, markizo.

– Cicho, smarkaczu! Są rzeczy, których barbarzyńca z Północy nigdy nie zrozumie. A propos, dokąd jedziesz?

– Zastanawiam się – odpowiedziałem. – Może do Neapolu?

– Neapol! Nie, moje dziecko. Neapol jest dla ciebie za mocny. Najlepszy przyjaciel ukradnie ci tam koszulę. Radzę ci zatrzymać się w Rzymie. To już będzie nieźle. Tak, Rzym to jest coś dla ciebie... A poza tym, czyż kropla mydlin nie spadła na De Chirico? Ten obraz nazywa się Tempo di Roma[5]. W Rzymie, tak, mój drogi, właśnie w Rzymie zdjął go ze ściany, żeby mi go dać. Tarzał się u moich stóp jak dzikie zwierzę. Jimmy, przeznaczenie ci odpowiedziało: Rzym.

Nie miałem zastrzeżeń. Nie mogłem oderwać oczu od obrazu, który był ceną cnoty markizy, a dla mnie rozwianiem wszelkich wątpliwości. Dwa rzędy zwalonych kolumn pośród uroczystej i białej samotności prowadziły mój wzrok ku szaremu morzu pod błękitnym niebem z marmuru. Choć wiedziałem, że ten pejzaż był całkowicie wymyślony, jak krajobraz księżycowy, dla mnie idealnie emanował tym wszystkim, co nazwa Rzym, Roma, przywodziła mi na myśl: uwielbienie, lęk, szczęście. Wydał mi się doskonałą reprezentacją nie tyle miasta, ile mojego o nim od najwcześniejszego dzieciństwa wyobrażenia. Był dla mnie silniejszy niż przeczucie, bardziej obiecujący niż najdoskonalsza propaganda, tak wymowny, że od razu zdecydowałem się pójść za radą mojej przyjaciółki.

Gdy oddawałem się rozmyślaniom, ona kończyła toaletę zwierzaków. Następnie zdjęła biały gumowy fartuch, opuściła rękawy bluzki, poprawiła niesforne loki i włożyła żakiet od kremowego kostiumu. Widziałem ją już w wydekoltowanej sukni pod szkarłatnymi i chwiejnymi łukami pałacu Mandriolino, przystrojoną w rodzinne klejnoty, które wzbudzały szacunek i chciwość kupców. Stwierdziłem, że w uniformie sekretarki, z krótko obciętymi włosami, miała tę samą klasę. Stojąc w szklanej klatce, która przypominała klinikę weterynaryjną, jawiła mi się na przemian jak pogromca, jak zabobonna dziewuszka, awanturnica w niełasce, sybilla wypowiadająca przepowiednię, Orfeusz czy nawet młoda Madonna, jak ją czasem malowano pośród obłaskawionych zwierząt. Psy i koty o błyszczącej sierści otaczały ją hałaśliwym kołem, a ona spoglądała na nie z prawdziwą dobrocią, co pędzel takiego Giorgiona czy Gozzoli mógłby uwiecznić jako Najświętszą Pannę z papugami czy Madonnę z jeżem. Uderzający był kontrast między serdecznym ożywieniem, jakie panowało w mieszkaniu, a rozpaczliwą tajemnicą, którą przesycony był, oddzielony od nas złotą ramą, świat De Chirico.

– Zabiję te wszystkie wstrętne zwierzaki – powiedziała Lala marzycielskim tonem. – Zabiję je, jeśli kiedyś wezmę kochanka.

Zdanie to sprawiło, że nie wypowiedziałem pytań, płynących z prawdziwego rozczulenia. Ona to przewidziała, i pewnie już z góry uznała je za śmieszne. Miała rację. Pożyteczne adresy, listy polecające, których wolała mi nie dawać, i tak na nic by się nie przydały, chyba że na spłycenie przygody, która miała pozostać czysta. Byłem jej wdzięczny za to, że swoją brutalnością ochroniła mnie przed fałszywym krokiem. A ona była wdzięczna, że ją zrozumiałem, i nie oparła się, kiedy pocałowałem ją w usta. Żadne z nas nie pragnęło więcej. Nasze pożegnanie było bardzo pogodne.

Wyjeżdżałem kilka dni później, sprzedawszy prawie wszystko, co miałem i zabierając resztę w żeglarskim worku. Przedstawiono mi bezrobotnego komiwojażera, który jechał do Rzymu w poszukiwaniu pracy. Miał motocykl i zgodził się zabrać mnie jako pasażera pod warunkiem, że wezmę na siebie koszty mieszkania i jedzenia. Moje serce biło mocno i zarazem ściskało się, kiedy ruszaliśmy spod Porta Romana pewnego pięknego poranka koło jedenastej; umówieni byliśmy na ósmą.

Nie dojechaliśmy jeszcze do Piacenzy, kiedy zauważyłem u mojego towarzysza pierwsze oznaki głodu. Był grubym, milczącym mężczyzną, nazywał się Ambrucci i wydawało się, że wie czego chce. Jechaliśmy, ciasno przytuleni, piękną i prostą drogą, a nasz lekki pojazd od czasu do czasu strzelał, co nie było objawem ani złego humoru, ani konieczności. Ot tak, by wyrazić przyjemność. Worek wcale mi nie ciążył. Płynął wraz z nami niesiony wiatrem. Wśród pól uprawnych po horyzont, między dwoma rzędami pozbawionych cienia drzew pełniących straż po obu stronach drogi, niebo błyskało zmysłowymi obrazami, które kołysanie motoru mąciło i wyostrzało na przemian. Żałowałem, że nie doprowadziłem do logicznego zakończenia pocałunku, na który pozwoliła Lala. Dobre pomysły przychodzą mi zwykle za późno.

Ambrucci miał zalety człowieka małomównego. Parę okrzyków zachwytu, jakie wydałem, gdy przejeżdżaliśmy przez miasteczko o monumentalnych kolumnadach i fontannach, zdradziły mu moje słabości. Zatrzymaliśmy się w Piacenzy, przed rycerzami z brązu, których nieopatrznie oglądałem chodząc wokół placu, zostawiwszy mojemu towarzyszowi trud znalezienia restauracji. Wybrał najlepiej położoną, to znaczy najdroższą, i wrócił po dwu minutach mówiąc, że posiłek jest zamówiony. Zasiedliśmy przy oknie wychodzącym na plac, jak książęta na tarasie pałacu i zjedliśmy fantastyczny posiłek. Dla mnie to było wielkie życie. Piliśmy musujące Lambrusco, które ostatecznie mnie pokonało. Tak dalece, że przy płaceniu rachunku uregulowałem wszystko hojnym gestem, który zaowocował lepką uniżonością kelnera i nieoczekiwaną sympatią Ambrucciego.

– Następnym razem – powiedział – dasz mi pieniądze i ja zapłacę. Ty nie masz wprawy.

Tego samego wieczoru jedliśmy w jeszcze piękniejszej dekoracji. Jedzenie było równie doskonałe. Na licznych postojach uczyłem się porównywać zalety poszczególnych winnic znaczących naszą drogę, rodzaje bułeczek, które nam podawano: to w kształcie żółwia, to kwiatu, albo jak zawiązana serwetka. Jedliśmy razem już dwa czy trzy razy. Pary lwów z różowego granitu, niedbale wyciągnięte przed portalami niezliczonych lombardzkich kościołów, oddawały nam cześć.

Byłem jak pijany. Rachunek zadziwił mnie już tego pierwszego wieczoru, taki był niski. Prawdę mówiąc, nie były to rachunki. Ambrucci z grzeczności rzucał okiem na kartę, jeśli mu ją podawano, ale na końcu zdecydowanym ruchem kładł na stole sumę, odliczoną wedle jego własnych kalkulacji i wyprowadzał mnie z restauracji bez słowa wyjaśnienia, żegnany zresztą zawsze z wielką sympatią. Ambrucci był stale głodny. Ciągle mu się chciało pić. Ponieważ uznał, że i tak wszyscy będą mnie nacinać, postanowił robić to sam. Tłumaczyłem sobie, że podróż, w której miałem utopić wszystkie moje pieniądze, choć kolej była o tyle tańsza i szybsza, była dla mnie w gruncie rzeczy, dzięki niemu, darem nieba.

Czyż tak nie było? Mój towarzysz miał instynktowną, choć niemą znajomość wszystkiego, co w głębi duszy nazywał ciekawością artystyczną. Proponował mi niezliczone objazdy, z których żaden, muszę to przyznać, mnie nie rozczarował. Dotąd przemieszczałem się pod przymusem i wiecznie poganiany. On mnie nauczył, że można również podróżować dla czystej przyjemności. Ten rodzaj wędrówki jest sztuką o tyle trudniejszą i przynoszącą zyski, że kieruje nią jedynie przypadek. Nie przypuszczałem nawet, że już niedługo znajomość takiej sztuki bardzo mi się przyda.

Dojechaliśmy dopiero do Modeny, a ja czułem się w tej podróży świetnie, jakby zadomowiony. Ambrucci tak umiejętnie przeplatał odpoczynek, zakręty, perspektywy i nawet wspomnienia, że zdawało mi się, że wędrówka ta nie ma ani początku, ani końca. Czasem budził się we mnie człowiek Północy. Patrzyłem na mapę i mówiłem:

– Nie dojedziemy nigdy.

Z przerażeniem liczyłem dni, w czasie których będę jeszcze musiał płacić. Spokój Ambrucciego był niezmącony. Trochę mnie uspokoił wybierając na noc Carpi, gdzie miał coś do załatwienia. Miasteczko skupiało wokół wielkiego placu katedrę, biskupstwo, teatr, palazzo pubblico[6] i na szczęście jeden tylko, bardzo skromny hotel. W przeciwieństwie do wielu turystów, Ambrucci był skąpy, gdy chodziło o mieszkanie, natomiast nie szczędził na przyjemności dnia.

Już pierwszego ranka, kiedy jeszcze nie upłynęły dwadzieścia cztery godziny naszej jazdy, zdałem sobie sprawę, jak wspaniale zapowiadają się te dni podróży z Ambruccim. Stałem wtedy na wewnętrznym balkonie oberży, nad kwadratowym podworcem, rozbrzmiewającym porannymi odgłosami kuchni, hotelu i kurnika, i oddawałem się porannej toalecie ze swobodą człowieka przywykłego do takich miejsc. Inni mieszkańcy pojawiali się na balkonie, jedni całkiem ubrani, inni z pędzlem do golenia w ręku, i nawoływali się radośnie z jednego piętra na drugie. Na dole dzieci wyruszały do szkoły, kobiety krzątały się po podworcu, zawiązując obszerne fartuchy. Pukano do drzwi pokojów. Podawano wielkie kubki kawy z mlekiem z kawałkami chleba. Kiedy ci Włosi śpią? Hałasy trwały do drugiej nad ranem; o ósmej z radia wylewały się arie operowe. Czterdzieści osób utworzyło krąg w sali, w której wypełniałem kwestionariusz hotelowy: przez chwilę myślałem, że to statyści sprowadzeni przez właściciela. Mój nieważny paszport przechodził z ręki do ręki. Na próżno szukali w nim imion moich rodziców. Umieszczenie paternita i maternita jest obowiązkowe we Włoszech, tak że każde stwierdzenie tożsamości staje się aktem oddania synowskiego. Tłumaczyłem, że mój ojciec nie żyje, a matka pozostała w ojczyźnie zniszczonej przez wojnę. Opowiedzieli mi o zbombardowaniu Modeny. Carpi ocalało per miracolo[7]. Myślałem o rodzicach i ogarnął mnie smutek.

Żal mi było stąd wyjeżdżać. Mało brakowało, a byłbym prosił Ambrucciego, żeby przedłużył nasz postój. Sądził, że sprawia mi przyjemność, oznajmiając na ten właśnie dzień decydujący etap. Jego palec drżał, kiedy wskazywał na mapie liczne objazdy, którymi zamierzał urozmaicić naszą trasę, załatwiając przy okazji swoje interesy. Był przedstawicielem pewnej marki świec. A przynajmniej spodziewał się nim zostać po udanym okresie próbnym. Poprzedniego wieczoru towarzyszyłem mu do jednego klienta w Carpi. Choć mówiono tam o wszystkim oprócz świec, szturchnął mnie przy wyjściu i zapewnił, że sprawa jest załatwiona, a zamówienie ma w garści. Żona klienta poczęstowała nas kawą. Kupiłem papierosy w pobliskim sklepiku, a przechodząc znów tamtędy pozdrowiłem sprzedawczynię jak starą znajomą. Odpowiedziała mi uśmiechem. Przeszliśmy się pod kolumnadą placu. Ludzie, których minęliśmy dwa lub trzy razy, znaleźli się teraz w oberży, by nas w milczeniu pozdrowić i zaspokoić swoją ciekawość. W moim krótkim życiu opuściłem już wiele miejsc i osób, których miałem nigdy więcej nie zobaczyć. Jednakże nie przywykłem do rozstań. Gdybym posłuchał własnych pragnień, poprosiłbym mieszkańców Carpi, by każdy z nich opowiedział mi swoją historię i by pisywali potem regularnie. Zdarzało mi się budzić w nocy z płaczem, bo śniły mi się twarze spotkane nie wiem już gdzie i w jakich okolicznościach. Zapamiętałem tylko ich rysy, odgadłem tajemnicę, polubiłem uśmiech; byli realni, ale jak cienie błagali, bym o nich nie zapomniał. Wiedziałem również, że mieszkańcy Carpi, o których wiedziałem tylko tyle, ile zdradziło mi kilka spojrzeń wymienionych w ciągu paru godzin, powrócą w moich snach i nie będę mógł im odmówić tej nieśmiertelności, którą już w chwili pożegnania byłem im winien.

Do twarzy z Modeny i z Carpi doszły kolejno twarze z Bolonii, Arezzo, Sieny, San Quirico, Radicofani, gdzie mieliśmy defekt. Padał deszcz. Jakiś wieśniak i jego żona pod wielkim bladozielonym parasolem wyłonili się jakby z ruin obronnego zamku i w milczeniu podeszli, by nam pomóc. Znów mogliśmy ruszyć w drogę. Samotność wokół nas stawała się nieogarniona. Nieliczne wioski, jakie mijaliśmy, zdawały się opuszczone. Każda z nich jednak ukazywała nam wieżę kościoła, kolumny czy fontannę zaprojektowaną przez jakiegoś ucznia Rafaela czy Bramantego. Te oznaki godności i szlachetnej kurtuazji towarzyszyły nam w czasie wędrówki przez Italię trudną, nieznaną i głęboko prymitywną. Wszystko zdawało się nierzeczywiste, może dlatego że wstawaliśmy za późno i prawie zawsze jechaliśmy pod słońce. Z nieba spływała na świat cudowna i przejrzysta jasność, która sprawiała, że wydawał się dziwnie niewinny.

Podziwiałem urodę drogi, pewność linii obejmującej miejscowości, bogactwo kamienia, jakim była pokryta. Wiła się jak marmurowy dywan, haftowany po bokach mozaiką traw i złotych kwiatów, wśród których dominowały jasnożółte mlecze. Była szeroka, gładka i książęca aż po zapomniane wioski, gdzie świadkami jej niepotrzebnego przepychu mogły być tylko rzadkie kępy drzew czy zaprzęg bawoli. Mijaliśmy grupki robotników o brązowych torsach, zalewających smołą lśniące kamienie na poboczu drogi.

Od czasu do czasu, nie odwracając się, Ambrucci podnosił rękę, by wskazać mi zakręt, wzniesienie, czy świeżo odnowiony most, którego gładkie kamienie miały świeżość chleba, a łuk i podpory nadawały wysuszonemu potokowi styl starego sztychu Poussina. Ambrucci nie znał Poussina. Pokazywał mi rzeczy, które jemu wydawały się piękne. I one naprawdę były piękne. Inżynierowie, którzy je zaprojektowali, robotnicy, którzy je budowali, chcieli, by były piękne, przede wszystkim piękne. A ponieważ były piękne, nie brakowało im niczego. Były w dodatku wygodne i mocne. Najlepsze mosty, najlepsze akwedukty, najlepsze motocykle są dziełem narodu artystów, spacerowiczów, mandolinistów. Nie dziwi mnie to. Całkiem inaczej jest u barbarzyńców, którzy są przekonani, że należy „zrezygnować z piękna na rzecz praktyczności”, jak mówi się w moich stronach, i wskutek tego żyją w niewygodzie i brzydocie. Biedni barbarzyńcy, tacy z siebie zadowoleni!

Wjechaliśmy w rzymski pejzaż. Białe góry odsunęły się, poszerzając przestrzeń, w której czuliśmy się coraz mniejsi i otoczeni uroczystą pustką. Oddychaliśmy powietrzem ciężkim i smutnym jak zapach wystygłego kadzidła. Ziemia, wyczerpana przez wieki okrutnej dominacji, ukazywała nam prawie pustynne obrazy, przerywane gdzieniegdzie kępami szalonej zieleni, zabłąkanym stadem czy stromą winnicą. Te ozdobniki surowego pejzażu pozwalały przeczuwać niewidzialną obecność miasta. Ani tramwaje, ani letniskowe wille nie zapowiadały jego bliskości. Okolica miała jednak jakąś prymitywną wielkość. Chłopi jadący na małych konikach lub na osłach przyglądali się nam i znikali w listowiu. Rozmawiali półgłosem.

Tego wieczoru jedliśmy kolację w Acquapendente, sami w XVIII-wiecznej sali balowej, przerobionej z XV-wiecznego baptysterium. To był czwarty, a może piąty dzień naszej podróży. Ambrucci, jak zwykle, zapłacił w moim imieniu i pogrążył się w notesie z adresami: jutrzejszą trasę w okolicach Civitavecchia i Viterbo układał wedle listy klientów. Zawołałem kelnerkę i zamówiłem drugą butelkę wina Est! Est! Est![8] Młoda, chuderlawa dziewczyna była w tej oberży chyba jedyną żywą duszą. Obserwowałem ją przez otwarte drzwi do kuchni, jak pracowała z zatroskaną miną, prostymi jasnymi włosami prawie dotykając blachy. Otarła czoło i podeszła z butelką. Nie wiem, co mi się stało. Otworzyłem portfel, złożyłem we czworo cienki plik banknotów, które tam znalazłem i zdecydowanie włożyłem go w dłoń dziewczyny. Jej ręka, której jasną skórę znaczyły resztki tłuszczu, znieruchomiała. Spojrzała na pieniądze, po czym podniosła oczy z niedowierzaniem.

Per lei[9] – powiedziałem.

Ambrucci spojrzał na pieniądze, a potem zaraz na mnie. Schował notes. Dziewczyna zamknęła dłoń, wsunęła ją szybko do kieszeni fartucha i wracając do kuchni wydała lekki okrzyk zadowolenia. Coś między przekleństwem i chrząknięciem. W ten sposób usłyszeliśmy jej głos: był chropawy i gardłowy. Napełniłem kieliszki.

– Tak więc – stwierdził Ambrucci – nasza podróż dobiegła końca.

– Nie mamy już ani grosza – zauważyłem wesoło.

– Doskonale – odparł. – Znajdziemy się w Rzymie przed świtem. Nie wiem, jak panu dziękować za towarzystwo. Nigdy nie zapomnę tej podróży.

– Ja jej też nie zapomnę – powiedziałem.

Ruszyliśmy w drogę. Było ciemno. Byliśmy szczęśliwi i wolni. Nie musiałem się o nic martwić: ani o pieniądze na dzień następny, bo Ambrucci zniweczył moje skrupulatne obliczenia za pomocą swojego notesu, ciekawych objazdów, dzieł sztuki, kompetencji gastronomicznych, zmysłu, pozwalającego mu odkryć w sercu najpiękniejszego krajobrazu miły daszek opleciony winoroślą dającą delikatny cień i najdoskonalsze wino podawane przez usłużne dziewczyny; ani o odgadywanie zamiarów mojego tajemniczego towarzysza, ani o próbę zrozumienia ulotnego i zmieniającego się z godziny na godzinę pejzażu. Pejzaż ten, szlachetny i zwodniczy jak głos sybilli, które go zamieszkiwały, umykał przede mną, a jednocześnie ścigał mnie niezapomnianym echem. Nie musiałem już żyć poza czasem. Ambrucciemu również ulżyło. Nie wiedząc, czy jestem głupkiem, czy wariatem, zastanawiał się zapewne przez cały czas, jak długo będę tolerował ten żart. W oberży w Acquapendente, pod zdumionym spojrzeniem kelnerki o tłustych włosach, otrzymał odpowiedź.

W czasie tego ostatniego, nocnego etapu otaczał mnie zaskakującymi względami. Byłem zmęczony, on tryskał energią. Przylepiony do wielkiego nieruchomego ciała zasnąłem, jak sądzę, parę razy z głową na jego ramieniu. Mógłby mnie tak wieźć na koniec świata. Byłem odprężony i ufny. Nie było księżyca. Zające, jeże nieruchomiały na chwilę w smudze cyklopowego światła. Ambrucci wymijał je o włos. Powiedziałem mu, myśląc o markizie Mandriolino, że lubię zwierzęta.

Noc minęła mi jak w półśnie. Zbudziłem się na dobre o świcie, kiedy usłyszałem chrzęst żwiru pod nagle zatrzymanymi kołami. Przeciągnąłem się i stanąłem na ziemi. Wokół mnie lekka mgła spowijała drzewa, stoliki i krzesła. Ambrucci walił w jakieś drzwi, stukał w okno. Po chwili wrócił i oznajmił radośnie:

– Gino przyniesie nam kawy.

Z zamkniętego domu dobiegały pierwsze odgłosy przebudzenia, a ja rozglądałem się po nieruchomym ogrodzie. Naprzeciw budynku ciągnęła się na wysokości pasa balustrada z białawych cegieł. Zbliżyłem się do niej kierowany przez Ambrucciego, który chwycił mnie za ramię, jakby chciał robić honory domu. Był to rodzaj sporego rustykalnego hotelu, urządzonego z wyrafinowaną starannością. Kiedy zaprosił mnie, bym obmył sobie twarz w lodowatej wodzie wylewającej się z pyszczka marmurowego delfina, zrozumiałem, że Ambrucci odwrócił role i teraz on jest gospodarzem. Kiedyśmy się wytarli, oparłem się o poręcz i spojrzałem w białą przepaść rozciągającą się u naszych stóp. W rozdarciach mgły widziałem dalekie wzniesienia pokryte rudą i wysuszoną roślinnością. Na prawo widać było nowoczesne domy o zdecydowanych krawędziach, jak kostki cukru. Ptaki milczały w oczekiwaniu na słońce, którego pierwsze świetliste promienie przenikały mgłę. Gino otwarł drzwi i zawołał, że kawa jest gotowa. Zapytałem:

– Gdzie my jesteśmy?

– Na Monte Mario – odpowiedział Ambrucci, odchodząc.

– A ta dziura, tam w dole?

Zatrzymał się, i z szerokim, pańskim gestem oznajmił:

– To Rzym.

 

 

 

[1] imbroglio (wł.) – oszustwo, galimatias.

[2] albergo (wł.) – hotel.

[3] Sposalizio della Vergine (1504) – obraz Rafaela Santi.

[4] troppo gentile (wł.) – niepotrzebnie się fatygujesz.

[5] Tempo di Roma (wł.) – Rzymski czas, rzymskie tempo, rzymski rytm, rzymska pogoda...

[6] palazzo pubblico (wł.) – ratusz.

[7] per miracolo (wł.) – cudem.

[8] Est! Est! Est! – białe wino z okolic Orvieto.

[9] per lei (wł.) – dla pani.


2.

 

 

 

 

Włosi są z pozoru szaleńcami.

Paul Morand

 

We Włoszech istnieją odległe zakątki, ale nie ma prowincji. Najmniejsze miasteczko kroczy z koroną na głowie, równe innym. Rzymianie nie są elegantsi od florentczyków, ani smuklejsi od mieszkańców Mediolanu, nie mówią ładniej od tych ze Sieny i nie ruszają się godniej od wenecjan; neapolitańczycy są bardziej pewni siebie. Tyle że rzymianie są zamyśleni. Zbyt wiele widzieli. Mają spojrzenie wyostrzone jak stal, żywe jak błyskawica i silne jak marmur: można się o nie uderzyć. By obudzić ich uprzejmość, trzeba przemawiać słowami precyzyjnie dobranymi, krótkimi zdaniami. Po tym poznałem, że znalazłem się w stolicy, nie Italii, ale bardzo starego i bardzo szczególnego świata. Wielu rzeczy musiałem się uczyć na nowo.

Byłem mały, kiedy nasz proboszcz, który przychodził na pogawędki do mojego ojca, opowiedział nam o inauguracji sierocińca. W ceremonii brał udział nuncjusz papieski. Na końcu proboszcz podsunął mu księgę do podpisu. Wtedy zobaczono, że na pierwszej stronie widniał już wpis biskupa diecezjalnego, który parę miesięcy wcześniej poświęcił kamień węgielny. Proboszcz nie widział w tym problemu. Ale nuncjusz, z piórem w ręku, zrobił zdegustowaną minę, którą nasz proboszcz komicznie naśladował, jak człowiek, który musi przełknąć gorzkie lekarstwo. Nuncjusz mimo wszystko się wpisał i gdy oddawał pióro, uśmiechał się z zadowoleniem i odzyskanym spokojem: by nikt nie mógł powiedzieć, że podpisał się za biskupem, wpisał swój tekst na tytułowej stronie. Mój ojciec nie śmiał się z tego; powiedział, że nuncjusz powinien był myśleć tylko o sierotach.

Przypomniała mi się ta historia parę dni temu w komisariacie na Zatybrzu, gdzie stawiłem się jako świadek w kolejnej sprawie Sir Cravena. Kiedy zapisywano moje zeznanie, wyjąłem papierosy i machinalnie wyciągnąłem jednego do policjanta, który mnie przyprowadził, a drugiego do komisarza, który pisał. Komisarz podniósł leniwie głowę, piękną i godną antyku, i zaczął się rozglądać na wszystkie strony wymachując piórem w powietrzu i krzywiąc się, jakby go złapała kolka. W jednej chwili, po tylu latach, zobaczyłem i rozpoznałem na jego twarzy minę obrażonego nuncjusza, tak jak go naśladował proboszcz. To podobieństwo było ostrzeżeniem, o sekundę spóźnionym, że uchybienie hierarchii w stosunku do rzymianina powoduje u niego ostry ból, prawdziwą torturę fizyczną. Roztargniony policjant, którego błędem było przyjęcie papierosa przed komisarzem, na próżno usiłował ukryć go w kieszeni, wyciągając jednocześnie zapalniczkę, by podać szefowi ogień. Skonfundowany, już się obawiał o awans. Komisarz znów był kurtuazyjny. Ale wszyscy świadkowie zrozumieli, że Sir Craven nigdy nie odzyska skradzionej walizki.

A zresztą dobrze mu tak. Ten miły facet zmęczył już wszystkich, poza sobą samym, swoimi nieustannymi przygodami. Ponieważ spaceruje po Rzymie wystrojony, a nie unika podejrzanych miejsc, ukradziono mu już prawie wszystko, i to parokrotnie: jednego dnia rękawiczki, nazajutrz maszynę do pisania Underwooda, a raz nawet trzewiki koloru kremowego, gdy spał na stopniach Koloseum. Opowiada nam te historie z czymś w rodzaju spokojnej dumy, tonem takim, jakby mówił o swawolach, i wyraża niezadowolenie kiedy pytamy, czemu upiera się, by za każdym razem wnosić skargę.

– Tak jest fair play – odpowiada.

Kiedy wchodzi do komisariatu jak prawdziwy światowiec, z białym jedwabnym szalem niedbale przerzuconym przez ramię, zawsze ktoś zadaje mu pytanie:

– Panie Craven, a jak było tym razem?

On nie wie. Nie ma w tym jego winy. Częstuje wszystkich papierosami. Nigdy jednak nie myli kolejności. Mówią, że rodzina przysyła mu z Anglii zapasy Cravenów A. Stąd jego przezwisko, pod którym jest znany w Rzymie. Mówią też, że walizą dyplomatyczną dostaje tyle forsy, ile mu potrzeba. Ktoś pozbawiony taktu zarzucił mu kiedyś, że demoralizuje Włochy swoją niefrasobliwością.

– W końcu – powiedział – wolę przeznaczyć resztki fortuny na rozrywki ludu rzymskiego niż na utrzymanie laburzystów.

To, co w przypadku Sir Cravena jest rzeczywiście dziwne, to że nie sposób dostrzec u niego żadnej namiętności, jako że wariactwo namiętnością nie jest. Jednakże policja ma na niego oko, a ja tego nie lubię. Gdybym mógł, unikałbym jego towarzystwa. Kiedy przesiaduje godzinami w naszym warsztacie, ściąga na nas niewątpliwe kłopoty. A w warsztacie wszyscy mamy się czego obawiać. Sir Craven przychodzi rano, wita się z każdym z osobna, oddaje drobne przysługi i uczestniczy w komentowaniu wydarzeń sportowych. Pilnuje smarowania amerykańskich samochodów, tak jakby warsztat i samochody były jego własnością. W południe przesiaduje na tarasie pobliskiego baru. Często też przebywa tam wieczorem, kiedy zaczyna się nocna zmiana.

Tam właśnie spotkaliśmy go z Ambruccim, zjeżdżając z Monte Mario. Okrążyliśmy Watykan, przejechali Tyber i trochę błądzili w geometrycznym przedmieściu na północy Rzymu. Kawiarnia Gina była już daleko. Usiedliśmy koło Sir Cravena, który właśnie pił pierwszą poranną kawę. Espresso, które zamówił Ambrucci, było natomiast ostatnim w naszej podróży. Rozkoszowałem się chwilą przyjazdu; za nami, w chłodnej czeluści baru maszyny połyskiwały jak platynowe kolumny. Ambrucci, zmuszając mnie do udziału w rozmowie, jaką nawiązał z naszym sąsiadem, zepsuł mi tę chwilę. Zrozumiał, że gadatliwy Anglik stanowi jego szansę. Szczęśliwy, że może mnie zostawić z kim innym, powiedział, że się spieszy. Udało mi się ukryć zdziwienie. Pożegnał nas jak prawdziwy przyjaciel i na motorze uwolnionym od pasażera szybko odjechał w stronę centrum miasta, o którym nie wiedziałem jeszcze nic, poznałem tylko zapach i poranny hałas via Flaminia, gdzie przypadek zakończył naszą wspólną podróż ustawiając Sir Cravena jako boga Terminusa[10]. Najnaturalniej w świecie poszedłem z nim do warsztatu. Wystarczyło przejść przez ulicę.

Ileż to razy od tamtej chwili pytałem wzrokiem triumfalną Bramę, wznoszącą się na końcu ulicy, podobną do dekoracji barokowego teatru, w którym kurtyna nigdy się nie podnosi. By obejrzeć spektakl, trzeba się prześlizgnąć pod kurtyną i przejść, jak Ambrucci, przez szczelinę, przez którą piesi i pojazdy wciskają się do Nowego Jeruzalem równie zręcznie, jak wielbłąd przez ucho igielne. Nigdy później Porta del Popolo nie odpowiedziała mi lepiej niż tego poranka, kiedy niczego nie wiedząc, nie mając pojęcia dokąd pójść, rzucony jak skórka pomarańczy w podmiejski rozgardiasz, delektując się wspaniałą chwilą wytchnienia, lecz obawiając się jeszcze zaufać obcemu, teraz milczącemu, który będzie musiał zapłacić za nasze zamówienie, oglądałem ten wysoki portal obiecujący piękne dni, szczelinę ledwie uchyloną na złotą tajemnicę mojej przyszłości, jego uroczysty wystrój, fryz zdobiony trofeami i liśćmi z kamienia, który grzmiał w pełnym słońcu jak powitalny dźwięk trąby. Za murami trwało święto. Życie jest świętem. Taką odpowiedź dała mi Porta del Popolo.

Powitalny napis, jaki zdobił jej szczyt, wydał mi się zbyt gładki by mógł być uczciwy. Felici Faustoque Ingressui[11]: obawiałem się tego powitania, na które nie zasługiwałem. Przypomniałem sobie, że młody Grétry, oszalały z entuzjazmu, tędy wjechał do Rzymu. Dla niego obietnica Bramy spełniła się. On jednak był artystą, miał bogatych protektorów, i stypendium w kieszeni. Ja miałem tylko wątpliwą reputację, która być może już tu dotarła. Ani papierów, ani uregulowanego prawa pobytu. Brama, kusicielka, trwała przede mną, jednocześnie otwarta jak paszcza wilka i przymknięta jak pułapka. Zdecydowałem, że nie rzucę się w nią na oślep. Postanowiłem spędzić tyle czasu, ile będzie trzeba, spacerując powoli po tej via Flaminia jak publikanin w perystylu świątyni. Zdecydowanie lepiej się czułem tu gdzie byłem, niż w najświętszym przybytku.

Pierwsze dni były bardzo trudne. Myślę, że brakowało mi Ambrucciego. Nie miałem nic do jedzenia. Krążyłem wokół warsztatu, wypatrując przybycia lub wyjścia Sir Cravena, od którego oczekiwałem jakiejś rady. On jednak odpowiadał mi po prostu, z miną człowieka wpatrującego się w horyzont:

– Nigdy o nic nie proś. Wait and see [12].

Nie przychodziło mi nawet do głowy, by popróbować znaleźć coś w okolicach Stazione Termini[13] czy Piazza Colonna, miejscach uznanych za niebezpieczne, o których Enrico powiedział, że są ośrodkiem rzymskiego handlu. Dopóki nie znajdę pracy, będę się poruszał po mieście z poczuciem niepewności. Doświadczenia mediolańskie były aż nadto wystarczające. Tak więc Porta del Popolo, jak zaczarowana granica, nie pozwalała mi wkroczyć do zakazanego miasta, dokąd, pozbawiony talizmanu w postaci rzetelnego powodu, mógłbym wejść jedynie chwiejnym krokiem. Niekiedy tylko, jako towarzysz Sir Cravena, nieśmiało podążałem za nim trochę poza wyznaczony szaniec, na środek Piazza del Popolo. Wewnętrzna strona Bramy, widziana stąd, była tylko zamknięciem pozbawionym wypukłości, szarawym elementem rdzawo-zielonych murów okalających ten plac, który tak różni się od via Flaminia jak widok oświetlonej sceny różni się od przyjemnego jej wyglądu zanim zabrzmi gong. Wreszcie miałem widok na scenę. Byłem olśniony. Miałem ochotę bić brawo i krzyczeć, milczeć i umierać. A przecież to był dopiero początek pierwszego aktu. Ten doskonały owal jest zaledwie progiem Rzymu, ale w oczach barbarzyńcy przybywającego z Północy, którego kusi i poraża zarazem, jawi się jako cały splendor Rzymu.

– Czemu nie poszukasz pracy w mieście? – pytał mój nowy przyjaciel.

– Z ciekawości – odpowiedziałem ukrywając moje prawdziwe obawy.

– Z ciekawości czego?

– Przypadek miał z pewnością jakiś cel porzucając mnie na via Flaminia, przed warsztatem, na tarasie baru, w którym pan zdawał się na mnie czekać. Nie opuszczę via Flaminia, dopóki przypadek nie ujawni mi wszystkiego. Może właśnie tutaj wygram szczęśliwy los na loterii? Niech pan sobie spróbuje wyobrazić, że mój numer wychodzi, a mnie już tu nie ma!

Sir Craven zwrócił się do mnie z sympatią.

– Masz rację – powiedział. – Włochy są ostatnim krajem, w którym przypadek funkcjonuje jeszcze w dość swobodny sposób, pod warunkiem, że mu się nie sprzeciwiamy. Dlatego tkwię tu jeszcze, choć obdzierają mnie ze skóry. Czekam. Po prostu czekam. Wszędzie gdzie indziej czekanie stało się niemożliwe.

Spacerowaliśmy wokół obelisku, przy szemrzących basenach, skąd niekiedy spadały na nas krople zimnej wody.

– Ten plac nie wydaje się ogromny – ciągnął Sir Craven. – Jednakże samochody i autobusy tak mało zajmują na nim miejsca, jak powozy na starych sztychach: karety, zaprzęgi, konie i przechodnie, których sylwetki artyści zmniejszali, by powiększyć perspektywę. To arcydzieło proporcji. A przecież Piazza del Popolo jest dziełem przypadku.

– Ale ludzie – wtrąciłem – pomogli mu trochę.

– Tak: Ramzes II, August, Sykstus V...

– I Napoleon – dodałem.

– Jeśli chcesz żyć w Rzymie – przerwał Sir Craven – nie wymawiaj tego imienia. Za parę lat znów się będzie mówić o Mussolinim; o Napoleonie nigdy. Między nami, Bonaparte bardziej zasługuje na szacunek jako architekt rzymski niż jako dyktator Europy. To właśnie najtrudniej jest mu wybaczyć. Jednakże przypadek musiał się w to wmieszać, by ten gentleman zakończył, po trzydziestu wiekach, właśnie w tym określonym miejscu, inscenizację zainaugurowaną u brzegów Nilu przez jednego z faraonów.

– Być może, między tyranami istnieją szczególne powiązania...

– Oczywiście! August był czymś w rodzaju Hitlera. A Sykstus V, ten fanatyczny starzec!... Proszę zauważ, że mimo takich patronów plac ten nazywa się po prostu Placem Ludu. Przypadek w Rzymie często płata figle.

– A czy lud jest tutaj? – zapytałem.

– Pod ziemią – powiedział Sir Craven. – Zadeptany, rozgnieciony, pokonany, jak wszędzie. Ale w końcu, od czasu do czasu, pozwala mu się odetchnąć świeżym powietrzem i cieszyć się zapachem kwiatów, dla których dotąd był tylko nawozem.

W cieniu, od strony Pincio, kobiety siedzące na rozkładanych krzesełkach robiły na drutach i plotkowały z godnością, podczas gdy dzieciarnia goniła się na schodach kościoła Santa Maria del Popolo lub szturmem atakowała grupę białych posągów, które, zwrócone plecami do muru, pod spiętrzoną zielenią parku stały podobne kwadrydze gotowej ruszyć w głąb cyrku, ale oślepionej nagle zbyt jaskrawym słońcem. Sir Craven zapewnił mnie, że ta neoklasyczna rzeźba nie jest nic warta, podobnie jak frontony i kopuły kościołów Santa Maria dei Miracoli i Santa Maria in Montesanto, między którymi rozpoczyna się via del Corso. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że trzy kościoły idealnie zlewają się z placem: były niewidoczne.

– Te bliźniacze kościoły są bez sensu – kontynuował Sir Craven. – I żadnego obelisku świata nie można nazwać pięknym. Jak się dobrze przyjrzeć, znajdziesz niewiele pięknych rzeczy w Rzymie, nieporównanie mniej niż we Florencji. W Rzymie na każdą rzecz trzeba patrzeć z daleka. Bernini wszystko tu poprawiał, a był kawalarzem. Przyznasz sam, że nie jest w najlepszym guście wciąganie obelisku na grzbiet słonia, który zresztą przypomina raczej przebranego pudelka, jak można to obejrzeć przed kościołem Santa Maria sopra Minerva. A jednak Piazza Minerva jest wyjątkowo ładna, ona także wydaje się duża, choć jest mała, przeciwnie do placu, na którym stoimy. Wszystkie rzymskie place są w złym guście, a pomimo to idealnie piękne. Proszę spojrzeć! Patrz dobrze i długo na Piazza del Popolo, ale nie zatrzymując wzroku na niczym, niech twój wzrok wiruje wraz z placem, a niebawem wpadniesz w ekstazę. To co jest w Rzymie piękne i co przewyższa wszystko, to sam Rzym.

Słuchałem. Byłem głodny. Wirowałem. Zrozumiałem, że mierne elementy mogą stworzyć wysublimowaną całość, tak jak w Mediolanie pojąłem, że Enrico i jego przyjaciele paskudnymi czynami tworzyli dzieła sztuki. Tu było tak samo.

– Trwaj w ekstazie i nie zapominaj tego zachwycającego miasta, które pachnie winem i kadzidłem, a zbudowane jest na krwi i na gównie – zakończył Sir Craven tonem kogoś, kto żałuje, że powiedział za dużo.

Opuścił mnie nagle z lodowatą miną. Rzeczywiście powiedział zbyt wiele i odsłonił przede mną część swojej tajemnicy, która w ostatecznym rozrachunku niewiele różniła się od mojej. Byłem znów sam, pełen niepokoju, na placu nazbyt pięknym, jak ktoś, kto w dzień przyjęcia wślizgnął się do pałacu bez zaproszenia. Przeszedłem z powrotem pod Bramą. Via Flaminia wiernie wyciągała do mnie macierzyńskie ramiona, szare i nieskończenie długie, kołyszące przechodnia mechanicznym ruchem. Jej łono niestety było jałowe i wyschnięte jak pomarszczone jabłko, które niekiedy dostawałem od przekupki. Znali mnie już w dzielnicy. Przemierzałem chodniki krokiem inspektora. Ludzi to nie dziwiło. Krążyć, sprawdzać, mieć nadzieję, to zajęcia zwyczajne dla wszystkich Włochów. Może obawiali się mnie, ale nie dawali tego po sobie poznać. Może brali mnie za zakochanego. Spojrzenie zakochanego, który cierpi i pragnie, podobne jest do spojrzenia szpiega.

Pod wieczór wchodziłem po skarpie parku aż do Fontanny Eskulapa. Opierałem się o pień drzewa. Przede mną przechadzały się pary, które rozluźniały uścisk, by w strumieniu światła pokonać jezdnię. Patrole policyjne krążyły niestrudzenie. Zakochani ciągle się przemieszczali, na próżno szukając jakiegoś zakątka nie zaludnionego przez podejrzane cienie. A tak naśmiewano się z Mussoliniego, gdy zlikwidował ławki w parkach! Pruderyjna Republika nie zastąpiła ich niczym. Przynajmniej nie tutaj.

Wracałem na via Flaminia. Z polecenia Sir Cravena, Orestes, nocny stróż w warsztacie, pozwalał mi się przespać przez parę godzin na siedzeniu jakiejś lancii, jak tylko brama warsztatu zatrzasnęła się za ostatnim klientem. Rano, przed otwarciem, budził mnie klaksonem. Przyznawał, że minimum snu to konieczność, ale jako Kalabryjczyk nie twierdził, że życie bez jedzenia jest czymś nadzwyczajnym. Czasem jednak częstował mnie gumą do żucia, jeśli ją miał.

Po trzech lub czterech takich nocach nastąpiło nieuniknione. Obudziłem się z uczuciem, najpierw błogości, a potem przerażenia, że zbyt długo leniuchuję w łóżku. Nie normalny dźwięk klaksonu, ale gwar pomieszanych głosów powoli wyciągał mnie z objęć dobroczynnego snu. Myślałem, że głos należy, jeśli nie do anioła, to do Orestesa, który tym razem z szacunkiem potraktował mój sen. Niestety otwarłem oczy. W lusterku wstecznym zobaczyłem Orestesa na drugim końcu warsztatu, dokładnie pod zegarem wskazującym wpół do dziewiątej, a nie wpół do piątej, jak przez chwilę wyglądały wskazówki odwrócone w lustrze. Orestes zapomniał mnie zbudzić. Słyszałem głos właściciela lancii, który o dwa kroki ode mnie mówił:

– Na pewno znajdzie pan kogoś, kto zna niemiecki.

Inny głos mu odpowiedział:

– Ale ja nie chcę byle kogo. Gdyby tylko przyszedł Sir Craven! On by z pewnością coś wymyślił!

Podniosłem się trochę i zobaczyłem właściciela warsztatu. Prowadząc rozmowę patrzył na mnie groźnie.

– Nie ma pan nikogo? – nalegał. – O dziesiątej przyjdą ci Szwajcarzy. Przecież nie mogę ich tak po prostu odesłać!

Zgięty w pół pod kierownicą samochodu zastanawiałem się, czy też raczej bardzo szybko zrozumiałem dlaczego tak przedłużał rozmowę, która z pewnością drażniła właściciela lancii. Ten ostatni, obrócony tyłem, nie widział mnie, ale już trzymał rękę na klamce drzwi. Zdecydowanie chciał jak najszybciej opuścić warsztat. Sytuacja była nie do uratowania. Podniosłem się gwałtownie, uruchomiłem silnik i ryzykując, że zahaczę któregoś z osłupiałych mężczyzn, na wstecznym biegu wyprowadziłem płynnie auto na podwórze. Wyskoczyłem z pojazdu, złapałem szmatę i energicznie wytarłem przednią szybę, po czym, kiedy nadbiegł klient, otworzyłem mu uroczyście drzwi. Bez zastanowienia opadł na jeszcze ciepłe siedzenie. Silnik pracował. Zaskoczony takimi względami mężczyzna pogrzebał w kieszeni i wręczył mi dwa dziesięciolirowe banknoty. Ukłoniłem się i głośno krzyknąłem:

– Bitte schön. Danke schön, mein Herr![14]

Właściciel warsztatu stanął jak wryty, choć biegł w moją stronę niczym śmiercionośny pocisk. Prawdopodobnie wziął mnie za nadzwyczaj bezczelnego złodzieja samochodów. Czekał na odjazd klienta, by się ze mną rozprawić. Ale ten, zanim wjechał w via Flaminia, odwrócił się do niego i zawołał:

– Ecco, e qui il vostro Tedesco![15]

Właściciel wpatrywał się teraz we mnie z zimną wściekłością, pomieszaną z podziwem, jaki żywimy dla zręcznego gracza, który nas wystrychnął na dudka. Orestes, choć zdecydowany, że będzie się trzymał z daleka od całej sprawy, ukazał się w rogu podwórza i nie przerywając pracy powiedział:

– E bravo.[16]

Znaczyło to, że jestem nie tylko sprytnym kompanem, ale zarazem uczciwym chłopakiem. Obie te cechy nie wykluczały się nawzajem, pod warunkiem, że nikt nie zażąda wyjaśnień. Orestes za mnie ręczył. Nie było ważne, czy jestem międzynarodowym awanturnikiem, czy włóczęgą i byłym więźniem niemieckim: takich pytań się w Rzymie nie zadaje. Było jasne, że potrafię się zręcznie wywinąć z opresji i tylko to się liczyło. Zagrałem i wygrałem. Na myśl o kawałku pizzy, którą zakupię za dwadzieścia lirów, serce biło mi mocno i pomagało znieść pełne wahania spojrzenie właściciela warsztatu. Postanowiłem zażądać kolejnych dwudziestu lirów za nieokreśloną jeszcze przysługę, o jaką zamierzał mnie poprosić. Mimo marnej aparycji byłem poliglotą.

– W czym – zapytałem – mógłbym Panu pomóc?

– A co potrafisz, povero ignorante[17]? – zagrzmiał.

W zgiełku via Flaminia koło fortuny toczyło się z hukiem, ale jego ruch wydał mi się zwolniony, jak w chwili, kiedy ma wyjść numer. Czułem, że bogowie są ze mną. Zatrzymałem oddech, by nie osłabnąć, wypiąłem pierś w szmatławym ubraniu i tonem człowieka, którego nie dosięgnie żadna obelga, oznajmiłem:

– Signore, jestem doktorem sztuk i archeologii.

Powtórzyłem to zdanie po niemiecku i po francusku. Byłem gotów przetłumaczyć je na łacinę, kiedy rzymski uśmiech rozjaśnił lekko twarz mojego rozmówcy, który ucinając prezentację mojej wiedzy dobrodusznie rozkazał:

– Idź się ogolić. Masz tu sto lirów. Kiedy wrócisz, dostaniesz krawat. Kto zbudował Bazylikę Świętego Piotra?

– Michał Anioł – odparłem – i Bramante.

– A Koloseum?

– Tytus – powiedziałem na wszelki wypadek.

– Myślałem, że Neron.

– Koloseum nie zbudowano w ciągu jednego dnia – oświadczyłem groźnie.

– Basta, dottore. Basta cosi. Me ne frego. Adesso, via! E fa presto! [18]

Orestes zbliżył się i po każdej mojej odpowiedzi potakiwał, zadowolony: bravo, bravo. Dzień się nieźle zaczynał.

U fryzjera dołączył do mnie Sir Craven i wytłumaczył mi wreszcie, o co chodzi. Agencja turystyczna Roma in un giorno[19] miała tylu klientów, że tego ranka poprosiła przez telefon nasz warsztat, żeby zająć się 30 mieszkańcami Zurychu wracającymi z Sycylii. Nie dość im było, że nocowali tam w osterii typu: „Czy tych dwóch też trzeba zabić?”, że wracali bez grosza, za to pełni błogosławieństw; pragnęli zwiedzić Rzym, ostatni etap ich podróży. Mieli tylko jeden dzień. Warsztat dysponował autokarem z kierowcą. Brakowało tylko przewodnika: to byłem ja.

– Ależ – powiedziałem Sir Cravenovi – ja nigdy nie byłem w Rzymie!

Non fa niente[20]. Oni także tu nie byli – odpowiedział spokojnie. – Zawieź ich na Forum, do Term, do Watykanu, na Janikulum i do Fontanny di Trevi, niech tam wrzucą monety. Nie będą mieli czasu na zadawanie pytań. Wieczorem przywieziesz ich skonanych.

Kiedy wróciłem do warsztatu odświeżony i syty, Orestes z pomocą Paolina, kierowcy, kończył właśnie pucować czerwony autobus. Sam szef zawiązał mi amerykański krawat w kolorze mrożonej kawy poprzecinany pistacjowymi paskami, co sprawiło, że stał się pomimo wszystko włoski, bowiem zieleń była kolorem Italii. U pobliskiego bukinisty pożyczyłem stary francuski bedeker. Nogi mi drżały. Upewniłem się, że Paolino zna przynajmniej trasę, którą mieliśmy jechać. Byliśmy w Rzymie i nikt nic nie mówił. Wyobraziłem sobie, jak wyglądałaby podobna scena w Parmie czy w Carpi i towarzyszące jej wybuchy paplaniny, rad i auguri[21]. Tutaj każdy działał na własne konto. Tylko gesty przytakiwały, szybkie i precyzyjne. Orestes chyłkiem rzucał w moją stronę nieco zaniepokojone spojrzenia. Szef był dziwnie ożywiony.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.