Tartak tortur. Seria Niefortunnych Zdarzeń - Lemony Snicket - ebook
Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 18000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 128 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tartak tortur. Seria Niefortunnych Zdarzeń - Lemony Snicket

Drogi Czytelniku! Mam nadzieję, że dla własnego dobra nie zamierzasz czytać tej książki, o ile jesteś w nastroju na przyjemną przygodę z lekturą. W takim przypadku radzę Ci bezzwłocznie odłożyć TARTAK TORTUR, gdyż ze wszystkich książek opisujących nieszczęsne losy sierot Baudelaire, ta jest na razie najsmutniejsza. Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire zostają wysłani do Paltryville, do pracy w tartaku, gdzie za każdą kłodą drzewa czai się groza i nieszczęście.

Stronice tej książki – o czym powiadamiam Cię z żalem – roją się od takich przykrości jak: wielkie mechaniczne szczypce, niesmaczna zapiekanka, człowiek z obłokiem dymu zamiast głowy, hipnotyzerka, straszny wypadek zakończony uszkodzeniem ciała oraz kupony rabatowe.

Zobowiązałem się opisać do końca historię trójki nieszczęśliwych dzieci, ale Ty, Czytelniku, niczego nie obiecywałeś, więc jeśli wolisz przyjemniejsze opowiastki, nie krępuj się i wybierz coś innego. Z poważaniem, Lemony Snicket

 

Opinie o ebooku Tartak tortur. Seria Niefortunnych Zdarzeń - Lemony Snicket

Fragment ebooka Tartak tortur. Seria Niefortunnych Zdarzeń - Lemony Snicket








*

Tytuł serii: A Series of Unfortunate Events

Tytuł oryginału: The Miserable Mill

Text copyright © 2000 by Lemony Snicket

Illustrations copyright © 2000 by Brett Helquist

First Edition, 2000 HarperCollins

Published by arrangement with HarperCollins Children’s Books, a division of HarperCollins Publishers, Inc.

From A Series of Unfortunate Events. The Miserable Mill

by Lemony Snicket.

Cover illustration copyright © 2000 Brett Helquist.

Published by Egmont Books Limited, London and used with permission.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.

Warszawa 2002

Redakcja: Hanna Baltyn

Korekta: Anna Sidorek, Anna Jutta-Walenko, Agnieszka Sprycha

Wydanie ósme, Warszawa 2014

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00 www.egmont.pl/ksiazki

ISBN: 978-83-281-0171-5

Skład opracowanie typograficzne: SEPIA, Warszawa

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

*


Dla Beatrycze

Moja miłość fruwała jak motyl

dopadł nietoperz śmierci.

Jak mawia Emma Montana McElroy i inni poeci:

To już koniec, drogie dzieci”.


ROZDZIAŁ

Może kiedyś – a nawet całkiem niedługo – czytając książkę, zauważycie, że pierwsze zdanie bardzo często mówi nam, jakiego rodzaju historii możemy się dalej spodziewać. Jeśli, na przykład, książka zaczyna się zdaniem: „Dawno, dawno temu w dziupli na drzewie żyła sobie rodzina sprytnych małych wiewiórek” – to prawdopodobnie pełno w niej będzie zwierząt, które mówią ludzkim głosem i płatają rozmaite figle. Jeżeli pierwsze zdanie brzmi: „Emilka usiadła przy stole i spojrzała na stertę naleśników z jagodami przygotowanych przez mamę, ale tak się denerwowała wyjazdem na obóz letni, że nie mogła przełknąć ani kęsa” – to na ogół czeka nas opowieść o szampańskich wakacjach grupy chichotliwych dziewczynek. A jeżeli książkę otwiera zdanie: „Gary obwąchiwał skórę swojej nowiutkiej rękawicy baseballowej, spoglądając niecierpliwie na róg ulicy, skąd miał nadejść jego najlepszy przyjaciel Larry” – to na pewno przeczytamy historię o spoconych chłopcach, którzy walczą o trofea sportowe. W ten sposób każdy, kto lubi złośliwe psoty, problemy dziewcząt albo trofea sportowe, od razu wie, którą z tych książek ma wybrać, a które może spokojnie odłożyć.

Naszą książkę rozpoczyna zdanie: „Sieroty Baudelaire wpatrywały się przez brudne okno pociągu w ponurą czerń Przebrzmiałej Puszczy, zastanawiając się, czy w ich życiu nastąpi kiedykolwiek zmiana na lepsze”. Po tym zdaniu powinniście poznać, że historia, która teraz nastąpi, różni się zasadniczo od powieści o Garym, o Emilce i o rodzinie psotnych wiewiórek. A to z tego prostego powodu, że życie Wioletki, Klausa i Słoneczka Baudelaire różni się zasadniczo od życia większości ludzi, głównie pod względem liczby niepowodzeń, katastrof i wszelkich okropieństw. Dzieci te nie mają czasu na psoty, gdyż nieszczęście stale depcze im po piętach. Nie wyjeżdżają na szampańskie wakacje, odkąd straciły rodziców w strasznym pożarze. A jedynym trofeum, jakie mogłyby zdobyć, byłby Puchar Pechowca albo coś w tym rodzaju. To oczywiście haniebna niesprawiedliwość, że Baudelaire’owie mają tyle kłopotów, ale tak im się ułożyło i koniec. A teraz, skoro już wiecie, że pierwsze zdanie tej historii brzmi: „Sieroty Baudelaire wpatrywały się przez brudne okno pociągu w ponurą czerń Przebrzmiałej Puszczy, zastanawiając się, czy w ich życiu nastąpi kiedykolwiek zmiana na lepsze” – zdecydujcie sami, czy nie lepiej uniknąć niemiłej historii i odłożyć tę książkę.

Sieroty Baudelaire wpatrywały się przez brudne okno pociągu w ponurą czerń Przebrzmiałej Puszczy, zastanawiając się, czy w ich życiu nastąpi kiedykolwiek zmiana na lepsze. Skrzekliwy głośnik obwieścił przed chwilą, że za parę minut pociąg dojedzie do miasteczka Paltryville, gdzie mieszkał ich nowy opiekun. Dzieci nie umiały sobie wyobrazić, kto chciałby mieszkać w tak ponurej i niepokojącej okolicy. Najstarsza z Baudelaire’ów, czternastoletnia Wioletka, spoglądała na drzewa: niesamowicie wysokie i praktycznie pozbawione bocznych gałęzi, drzewa te przypominały raczej metalowe rury. Wioletka była wynalazczynią i stale projektowała w myślach jakieś maszyny i urządzenia, a gdy szczególnie chciała się skupić, związywała włosy wstążką. Patrząc na drzewa, zaczęła obmyślać mechanizm, który pozwoliłby człowiekowi wspiąć się na dowolny pień, nawet całkiem gładki. Klaus, który miał dwanaście lat, obserwował leśne poszycie, upstrzone brunatnymi łatami mchów. Klaus nade wszystko lubił czytać: w tej chwili usiłował sobie przypomnieć, co czytał o mchach Paltryville i czy którekolwiek z nich są jadalne. A Słoneczko, które było jeszcze dzidziusiem, patrzyło w brudnoszare niebo, wiszące ciężko nad lasem jak mokry sweter. Słoneczko miało cztery ostre ząbki i interesowało się głównie tym, co można nimi ugryźć, więc ciekawe było, co znajdzie do gryzienia w nowej okolicy. Jednak ani wysiłki wynalazcze Wioletki, ani rozmyślania Klausa o mchach, ani gimnastyka szczęki, którą uprawiało Słoneczko, na nic się nie zdały: Przebrzmiała Puszcza nie podsuwała żadnych pomysłów. Dzieci zwątpiły, czy mogą tu liczyć na przyjemny nowy dom.

– Przepiękny las – zauważył pan Poe i zakaszlał w białą chusteczkę. Pan Poe był bankierem nadzorującym sprawy rodziny Baudelaire od czasu pożaru, ale muszę wam zdradzić, że niezbyt dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków. Miał dwa główne zadania: zapewnić dzieciom dobry dom i strzec wielkiego majątku, który pozostawili im w spadku rodzice. Jak dotąd jednak każdy znaleziony przez niego dom okazywał się katastrofą, co tu oznacza: „jedną wielką tragedią i oszustwem z udziałem Hrabiego Olafa”. Hrabia Olaf był podłym osobnikiem, który dybał na fortunę Baudelaire’ów i dla jej zdobycia uciekał się do wszelkich podstępnych sztuczek. Parokrotnie był bliski sukcesu, lecz za każdym razem sieroty Baudelaire w porę demaskowały jego plan – i za każdym razem Hrabia Olaf uciekał. A pan Poe tylko kaszlał w chusteczkę. W tej chwili eskortował dzieci do Paltryville, lecz informuję was z przykrością, że i tu zjawi się ponownie Hrabia Olaf, z kolejnym podłym planem, a pan Poe znów okaże się kompletnie niezdatny do pomocy. – Przepiękny las – powtórzył, gdy się wykaszlał. – Czuję, że tu znajdziecie porządny dom. Mam przynajmniej nadzieję, że tak będzie, bo awansowałem ostatnio w Mecenacie Mnożenia Mamony. Zostałem Wiceprezesem Do Spraw Bilonu, więc będę miał jeszcze więcej pracy niż dotychczas. Gdyby i tutaj wam się nie układało, będę musiał do czasu znalezienia następnego domu umieścić was w szkole z internatem. Dlatego radzę: sprawujcie się jak najlepiej.

– Oczywiście, proszę pana – obiecała Wioletka, powstrzymując się od uwagi, że ona sama i jej rodzeństwo zawsze dotąd sprawowali się jak najlepiej, a i tak nic im to nie pomogło.

– Jak się nazywa nasz nowy opiekun? – spytał Klaus. – Nie mówił nam pan tego jeszcze.

Pan Poe wyciągnął z kieszeni karteczkę i spojrzał w nią, mrużąc oczy.

– Nazywa się pan Wuz... pan Qui... nie umiem tego wymówić. To jakieś bardzo długie i skomplikowane nazwisko.

– Wolno spojrzeć? Może ja będę umiał je odczytać – zaoferował się Klaus.

– Nie, nie. – Pan Poe szybko schował karteczkę. – To zbyt skomplikowane nawet dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka.

– Gand! – pisnęło Słoneczko, które jak większość niemowląt Słoneczko posługiwało się głównie dźwiękami trudnymi do przetłumaczenia. Tym razem mogło mieć na myśli coś w sensie: „Przecież Klaus czytuje wiele skomplikowanych książek!”.

– On sam wam powie, jak macie się do niego zwracać – ciągnął pan Poe, jakby nie usłyszał wypowiedzi Słoneczka. – Znajdziecie go w biurze głównym Tartaku Szczęsna Woń, który mieści się podobno niedaleko stacji.

– Czy to znaczy, że pan z nami nie pójdzie? – zdziwiła się Wioletka.

– Nie – odparł pan Poe i znów zakaszlał w chusteczkę. – Pociąg zatrzymuje się w Paltryville tylko raz dziennie, więc jeśli wysiądę, będę musiał zostać tu na noc i znów stracę cały dzień w banku. Dostarczę was tylko na dworzec i wracam.

Sieroty Baudelaire z niepokojem wyjrzały przez okno. Nie było im przyjemnie usłyszeć, że zostaną dostarczone w obce miejsce jak jakaś pizza, a nie jak trójka dzieci, które nie mają nikogo na świecie.

– A jeśli zjawi się Hrabia Olaf? – spytał cicho Klaus. – Odgrażał się, że znajdzie nas wszędzie.

– Podałem panu Bek... panu Duy... podałem waszemu nowemu opiekunowi szczegółowy rysopis Hrabiego Olafa – rzekł pan Poe. – Więc gdyby nawet, co jest absolutnie niedorzeczne, Hrabia Olaf zjawił się w Paltryville, pan Sho... pan Gek... natychmiast powiadomi władze.

– Przecież Hrabia Olaf zawsze występuje w przebraniu – przypomniała mu Wioletka. – Często trudno go poznać. Właściwie jedyny pewny znak rozpoznawczy to wytatuowane oko na kostce nogi.

– Wspomniałem w rysopisie o tatuażu – zniecierpliwił się pan Poe.

– A co z asystentami Hrabiego Olafa? – spytał Klaus. – Zwykle wozi z sobą przynajmniej jednego pomocnika do brudnej roboty.

– Wszystkich opisałem dokładnie panu... Wszystkich opisałem dokładnie właścicielowi tartaku. – Na potwierdzenie swoich słów pan Poe odliczył na palcach przerażających asystentów Olafa: – Hakoręki. Łysy z długim nosem. Dwie kobiety upudrowane na biało. I ten otyły, ni to mężczyzna, ni kobieta. Wasz nowy opiekun został powiadomiony o nich wszystkich, a gdyby mimo to wynikły jakieś problemy, pamiętajcie, że możecie się w każdej chwili skontaktować ze mną lub którymś z moich wspólników w Mecenacie Mnożenia Mamony.

– Kaska! – burknęło Słoneczko. Zapewne miało to znaczyć: „Marna z tego pociecha” – ale nikt nie usłyszał Słoneczka, gdyż zagłuszył je gwizd pociągu dojeżdżającego do stacji Paltryville.

– No, jesteśmy na miejscu! – obwieścił pan Poe i zanim dzieci się zorientowały, już stały na peronie, patrząc, jak pociąg odjeżdża z powrotem w czerń Przebrzmiałej Puszczy.

Oddalał się pospiesznie, dudniąc coraz ciszej, aż wkrótce znikł im z oczu i trójka dzieci została naprawdę samiuteńka.

– Chodźmy – powiedziała Wioletka i podniosła niedużą torbę, w której mieściły się nieliczne ubrania wszystkich trojga. – Trzeba znaleźć Tartak Szczęsna Woń. Tam poznamy wreszcie nowego opiekuna.

– Albo chociaż jego nazwisko – burknął Klaus, biorąc Słoneczko za rękę.

Gdy planujecie wakacje, może wam się przydać przewodnik turystyczny, czyli książeczka zawierająca spis ciekawych i przyjemnych miejsc do zwiedzania, oraz użyteczne wskazówki dla przyjezdnych. Miasteczka Paltryville nie ma jednak w żadnym przewodniku, a wędrując jego jedyną ulicą, sieroty Baudelaire bez trudu zrozumiały ten brak. Po każdej stronie ulicy znajdowało się parę sklepów, ale żaden nie miał okna wystawowego. Na maszcie flagowym przed budynkiem poczty dyndał zamiast flagi stary but. Naprzeciwko poczty, po drugiej stronie ulicy, zaczynał się wysoki drewniany płot, który biegł aż do końca ulicy. Płot miał w połowie wysoką bramę, również drewnianą, z kostropatym i oślizgłym napisem „Tartak Szczęsna Woń”. A wzdłuż krawężnika, gdzie należałoby się spodziewać szpaleru drzew, piętrzyły się wielkie sterty starych gazet. Krótko mówiąc: wszystko, co w innych miastach jest ciekawe albo miłe, w Paltryville było nieciekawe i niemiłe. Gdyby miasteczko to figurowało w przewodniku turystycznym, jedyna użyteczna wskazówka dla przyjezdnych brzmiałaby: „Wyjedź stąd jak najprędzej”. Tego, oczywiście, trójka młodych Baudelaire’ów zrobić nie mogła. Wioletka westchnęła tylko i poprowadziła młodsze rodzeństwo ku drewnianej bramie. Właśnie miała zapukać, gdy Klaus dotknął jej ramienia i spytał:

– Widzisz?

– Widzę – odpowiedziała Wioletka.

Sądziła, że Klaus mówi o napisie „Tartak Szczęsna Woń”. Dopiero z bliska wyjaśniło się, dlaczego litery wyglądają na kostropate i oślizgłe: ulepione były z niezliczonej ilości kawałków wyplutej gumy do żucia, poprzylepianych grubą warstwą do desek bramy. Jeśli nie liczyć ułożonego ze zdechłych małp napisu „Strzeż się!”, który widziałem swego czasu na własne oczy, „Tartak Szczęsna Woń” był najobrzydliwszym napisem na świecie. Wioletka myślała, że brat na to właśnie zwraca jej uwagę. Lecz gdy odwróciła się, aby mu odpowiedzieć, stwierdziła, że Klaus wcale nie patrzy na bramę, tylko gdzieś dalej, w sam koniec ulicy.

– Widzisz? – spytał ponownie.

Wioletka zdążyła już zauważyć, o co naprawdę mu chodziło. Oboje wpatrywali się ze zgrozą w budynek na samym końcu jedynej ulicy Paltryville. Słoneczko, które dotąd zajmowało się badaniem co ciekawszych śladów zębów odciśniętych w gumach do żucia, także odwróciło główkę i ujrzało, co trzeba. Przez kilka chwil Baudelaire’owie nie mówili nic, tylko patrzyli.

– To na pewno zbieg okoliczności – odezwała się w końcu Wioletka.

– Oczywiście – potwierdził Klaus. – Zwyczajny zbieg okoliczności.

– Warni – przytaknęło im Słoneczko, chociaż samo w to nie wierzyło.

Żadne z Baudelaire’ów nie uwierzyło w zbieg okoliczności. Dom na końcu ulicy był doskonale widoczny spod bramy tartaku. Jak wszystkie inne domy w tym miasteczku nie miał okien, tylko okrągłe drzwi pośrodku fasady. Uwagę dzieci przyciągnął jednak jego osobliwy kształt i sposób, w jaki był pomalowany. Bryła budynku była z grubsza owalna, a z dachu sterczały cienkie, koślawe patyki. W samym środku brązowawego owalu widniało duże białe koło, a w tym białym kole – mniejsze zielone koło, w którym czarne schodki prowadziły do małych okrągłych drzwiczek pomalowanych na czarno i stanowiących czarne centrum zielonego koła. Krótko mówiąc: dom ten wyglądał jak oko.

Dzieci spojrzały na siebie, potem na dziwny dom, a potem znów na siebie i pokręciły smutno głowami. Mimo usilnych starań nie potrafiły uwierzyć w zbieg okoliczności, który sprawił, że w miejscowości, gdzie miały zamieszkać, stał dom wiernie przypominający tatuaż na nodze Hrabiego Olafa.


ROZDZIAŁ

O wiele, wiele gorzej jest otrzymać złą wiadomość na piśmie niż ustnie – na pewno sami rozumiecie dlaczego. Gdy ktoś przekazuje nam złą wiadomość ustnie, słyszymy ją raz – i koniec. Kiedy natomiast dostajemy złą wieść na piśmie – czy to w liście, czy w gazecie, czy wypisaną flamastrem na ręku – za każdym razem gdy na nią spojrzymy, czujemy się tak, jakbyśmy otrzymali ją na nowo. Ja, na przykład, kochałem kiedyś kobietę, która z różnych powodów nie mogła wyjść za mnie za mąż. Gdyby powiedziała mi to osobiście, byłoby mi, rzecz jasna, bardzo smutno, ale w końcu jakoś bym się pocieszył. Ona jednak wolała napisać dwustustronicową książkę, w której przedstawiła tę złą wiadomość z pracowicie opisanymi szczegółami, wpędzając mnie w stały, bezbrzeżny smutek. Kiedy gołąb pocztowy przyniósł mi egzemplarz tej książki, czytałem ją przez całą noc – i od tamtej pory czytam ją w kółko: moja ukochana Beatrycze co dzień i co noc przynosi mi wciąż tę samą złą wiadomość.

Sieroty Baudelaire pukały i pukały w drewnianą bramę, celując ostrożnie, aby przypadkiem nie dotknąć liter z gumy do żucia – ale nikt nie otwierał. W końcu same nacisnęły klamkę i okazało się, że brama nie jest zaryglowana. Za bramą rozciągał się wielki plac gołej ziemi, a na ziemi leżała koperta z wypisanym na maszynie słowem „Baudelaire”. Klaus podniósł ją, otworzył i znalazł w środku kartkę tej oto treści:

Zawiadomienie

Adresat: Sieroty Baudelaire

Nadawca: Tartak Szczęsna Woń

Dotyczy: Waszego Przyjazdu

W załączeniu znajdziecie plan Tartaku Szczęsna Woń z zaznaczonym barakiem, w którym macie zamieszkać wszyscy troje, bez opłaty. Jutro rano proszę stawić się do pracy wraz z innymi robotnikami. Właściciel Tartaku Szczęsna Woń oczekuje, że wykażecie się wydajnością i efektywnością.

– Co znaczą te dwa ostatnie słowa: „wydajnością” i „efektywnością”? – spytała Wioletka, zaglądając Klausowi przez ramię.

– „Wydajność” i „efektywność” znaczą właściwie to samo – odpowiedział Klaus, który znał wiele mądrych słów, gdyż przeczytał masę książek. – Krótko mówiąc: „ciężka praca”.

– Ale pan Poe nie wspominał nic o tym, że mamy pracować w tartaku – zauważyła zdumiona Wioletka. – Myślałam, że mamy tu po prostu zamieszkać.

Klaus przyjrzał się z namysłem odręcznej mapce, przytwierdzonej do listu kawałkiem wyplutej gumy do żucia.

– To dosyć prosty plan – powiedział. – Barak znajduje się na wprost, między magazynem a halą tartaku.

Wioletka podniosła wzrok i ujrzała po drugiej stronie dziedzińca szary budynek bez okien.

– Ja nie chcę mieszkać między magazynem a halą tartaku – skrzywiła się.

– Niewesoło to wygląda – przyznał Klaus. – Ale nigdy nic nie wiadomo. Może w tartaku są skomplikowane maszyny, które cię zainteresują.

– To prawda – zgodziła się Wioletka. – Nigdy nic nie wiadomo. Może znajdzie się tam też twarde drewno, które zainteresuje Słoneczko.

– Snewi! – pisnęło Słoneczko.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.