Talizman z jeziora - Agnieszka Kumor - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Talizman z jeziora - Agnieszka Kumor

Talizman z jeziora to baśń ery internetowej. Dla młodych, którym spieszno do dojrzałości, i dla starszych, którzy patrzą na świat oczami dzieci.
Grupa przyjaciół uruchamia tajemny mechanizm czasu. Po wielu nadzwyczajnych przygodach odszukają Emmę i Thomasa. Tych dwoje przed laty bardzo się kochało, ale ich drogi poplątał los. Czy uda się połączyć ich na nowo? Przyjaźń, ciekawość i żądza przygody prowadzą naszych bohaterów z biblioteki rosyjskiej w Paryżu do klasztoru buddyjskiego w górach Japonii, a stamtąd do Edynburga i Warszawy. Szczypta magii otworzy przed nimi drzwi, których istnienia nawet nie podejrzewali...
Już wyszliśmy z dzieciństwa, już zagarnął nas kołowrót codziennych obowiązków, ale przeczucie baśni wciąż idzie za nami, idzie we śnie i na jawie, więc nie dziwimy się, kiedy nawiedzają nas duchy dawności. Nie dziwimy się, bo za nimi tęsknimy i chcemy, żeby raz jeszcze ogarnęło nas rozmarzenie i poprowadziło w krainę fantazji. Na co dzień trzeźwi i rzeczowi, wierzymy teraz autorce tej fantastycznej opowieści, że w tak dobrze jej znanym, zbadanym wszerz i wzdłuż Paryżu, kryją się tajemnice uchodźców z całkiem innych światów, że znaleźć tu można więcej niż Luwr i wieżę Eiffla, niż Notre Dame i Montmartre: wystarczy pchnąć zwyczajne drzwi zwyczajnej na pozór biblioteki, aby otoczyła nas mgła dawności i tajemnicy, atmosfera srebrnych sanek i śnieżnej rosyjskiej zimy. Może odżyje w nas Jezioro Łabędzie, a może urok, jaki rzucił na nas kiedyś pan Jan Christian Andersen? Przyjazne to są uroki... Joanna Kulmowa

Opinie o ebooku Talizman z jeziora - Agnieszka Kumor

Fragment ebooka Talizman z jeziora - Agnieszka Kumor





Informacje o książce


Rozdział I

Dawno, dawno temu… a ściślej w czasach, gdy nawet w naszych najśmielszych wyobrażeniach Internet jeszcze nie istniał, poszukiwania rosyjskiego wydania pewnej sztuki teatralnej zawiodły mnie do Biblioteki Turgieniewa w Paryżu. A było to tak...

Niewyjaśnionym zrządzeniem losu, którego ulubionym zajęciem jest plątać ludzkie drogi, znalazłam się w stolicy Francji. Byłam aktorką i reżyser przedstawienia, w którym miałam zagrać, poprosił o oryginalny tekst sztuki. Chciał go porównać z francuskim tłumaczeniem i poznać lepiej użyte przez autora sformułowania. Próby do spektaklu odbywały się w narodowym centrum dramatycznym na północnym przedmieściu; dojazdy okazały się uciążliwe przedmieście nieciekawe, za to praca – fascynująca. Obiecałam wydobyć tekst choćby spod ziemi i służyć konsultacją. Zadanie okazało się jednak trudniejsze, niż przypuszczałam. W dwóch księgarniach rosyjskich powiedziano mi, że sztuki tej od dawna już nie wznawiano. Moje szanse gwałtownie stopniały. Do tego sąsiedzi Rosjanie zmęczeni zimową aurą Paryża wyjechali na miesiąc na wieś. W nie najlepszym stanie ducha wróciłam z bezowocnych poszukiwań do domu. Otwierając drzwi do mieszkania, zauważyłam leżącą na słomiance wizytówkę. Musiała wypaść z torby, kiedy wyjmowałam klucze. Biblioteka Turgieniewa – odczytałam wydrukowany wypukłą elegancką czcionką napis. Może dał mi ją sprzedawca w jednej z tych księgarń, które odwiedziłam? Na odwrocie wizytówki znalazłam godziny otwarcia i adres: 11, rue Valence, w piątej dzielnicy. Tej samej, gdzie stoi najsłynniejszy paryski uniwersytet Sorbona oraz liczne jej wydziały. W średniowieczu wykłady odbywały się wyłącznie po łacinie. Pozostała nazwa – Dzielnica Łacińska. Postanowiłam udać się tam niezwłocznie.

Było smutne, bezsłoneczne popołudnie lutego. Dni skurczyły się niczym pomarszczona skórka rodzynki i nic nie zapowiadało pierwszych ciepłych dni marca, które miały po nich nastąpić. Otuliłam głowę i szyję grubym szalem i ruszyłam do metra. Ze stacji, gdzie wysiadłam, miałam jeszcze niedługi odcinek pieszo. Stanęłam wreszcie pod widniejącym na wizytówce adresem. Stara mosiężna tablica w dwóch językach – po francusku i po rosyjsku – obwieszczała, że, istotnie, w budynku znajduje się biblioteka, lecz nic nie wskazywało, gdzie jej szukać. Ot, szara dziewiętnastowieczna kamienica, jakich wiele w Paryżu. Wśród tabliczek z nazwiskami lokatorów dojrzałam wreszcie odpowiedni przycisk. Nie wahając się dłużej, nacisnęłam go. Zamiast odpowiedzi dało się słyszeć brzęczenie blokady zwalniającej ciężkie drzwi. Popchnęłam je i przekroczywszy wysoki próg, znalazłam się na niedużej klatce schodowej. Z jedynej żarówki, ukrytej w nieforemnym kloszu, sączyło się blade światło. Czyściutko wypastowane schody po prawej stronie prowadziły na wyższe piętra. Nie bardzo wiedziałam, na którym szukać biblioteki, ale ruszyłam wolno pod górę, licząc, że w końcu na nią trafię.

I rzeczywiście, na pierwszym piętrze na drzwiach jednego z mieszkań przeczytałam: Biblioteka Turgieniewa. Drzwi były uchylone. Jakby na mnie czekały. Weszłam do środka. Za wąziutkim, drewnianym kontuarem stał niewysoki jegomość w nieokreślonym wieku. Właściwie widać było tylko jego głowę i położone na płask dłonie, które opierał na blacie. Wydał mi się tak samo przykurzony, jak stojące tam meble. Przy drzwiach zauważyłam nieduży stolik, tradycyjne wyposażenie przedpokoju. Zazwyczaj stoi na nim telefon lub można tam rzucić po wejściu klucze od mieszkania, by znaleźć je, wychodząc. Z tutejszego stolika, zamiast kluczy, można było wziąć wizytówkę biblioteki z adresem i godzinami otwarcia. Odruchowo sięgnęłam po wizytówkę... ale przecież miałam już jedną! Zawahałam się i cofnęłam rękę. Mój gest śledziły znad kontuaru uważne małe oczka bibliotekarza. Patrzyły pytająco znad okularów w rogowej oprawce, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że ich właściciel ma coś innego do roboty, niż przyglądać się skrępowaniu gościa. W istocie, nie bardzo wiedziałam, w jakim języku wyrazić cel mojej wizyty, który jednakowoż nie mógł być inny, jak wypożyczenie książki. – Czym mogę służyć? – bibliotekarz podjął decyzję za mnie, zagajając po francusku. – Gorące serce... – powtórzył z namysłem, kiedy już wyłuszczyłam powód mej wizyty. – Poszukamy w katalogu, ale zdziwiłbym się, gdybyśmy tego nie mieli.

Jegomość miał widać w zwyczaju mówić do siebie, gdyż jego monolog nabierał kolorów. Pierwsze, niezbyt sympatyczne wrażenie, jakie na mnie sprawił, rozwiało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Ojciec rosyjskiej komedii rodzajowej, niezrównany obserwator – mój rozmówca monologował w najlepsze z nosem utkwionym w szufladzie z kartami książek. – Jest! – wykrzyknął wreszcie, a w jego głosie zabrzmiała nuta triumfu, jak gdyby znalazł tam autora we własnej osobie. – „Promień światła w państwie ciemności..." – rzucił z dumą, zbliżając się do kontuaru z fiszką w dłoni. Najwyraźniej cytował czyjeś zdanie o moim dramaturgu. – Aleksander Ostrowski. – Dla wzmocnienia efektu położył przede mną kartę książki.

Gdybym nie wiedziała, że autor Burzy nie żył od z górą stu dwudziestu lat, gotowa byłam pomyśleć, że właśnie stoi przede mną.

– Aleksander Nikołajewicz Ostrowski – powtórzył jegomość, pukając palcem w sygnaturę. Nie czekając, aż zdążę rzucić na nią okiem lub choćby skomentować znalezisko, zaordynował: – Proszę zaczekać.

I ruszył w kierunku regału, na którym stały szeregi książek w jednakowych szarych okładkach, ale nie zatrzymał się przy nim, lecz powędrował w głąb biblioteki. Pozostałam sama i mogłam wreszcie przyjrzeć się temu niebywałemu miejscu. Wysokie okna podzielone listewkami na mniejsze prostokąty, drewniana, skrzypiąca pod nogami podłoga z ułożoną w jodełkę, pociemniałą ze starości klepką, wykładane drewnianą boazerią ściany... Wszystko to pozwalało przypuszczać, że na bibliotekę przerobiono duże, stare mieszkanie. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam, musiało być dawniej przedpokojem. Bibliotekarz nie zamknął za sobą drzwi, prowadzących do dalszych części; widziałam szeregi regałów, ciągnące się dalej i dalej w takich samych pokojach. Reszta ginęła w ciemności. Za kilkoma zamkniętymi drzwiami, jak można było podejrzewać, kryły się kolejne zbiory.

Wtem przez uchylony pod sufitem lufcik wleciała do środka ważka. Niebywałe, ważka w lutym?! W lecie to co innego, ale w środku zimy? Nie wiem dlaczego, od razu pomyślałam o Dzwoneczku, złośliwej przyjaciółce Piotrusia Pana. „Wyobraźnia wodzi mnie na manowce", próbowałam poskromić jej swobodny strumień. Ważka zatrzymała się w powietrzu, jak to ważki mają w zwyczaju, po czym, pokonując widoczne wahanie, zatoczyła przed moim nosem szeroki łuk, jakby zapraszając do pójścia jej śladem. Ruszyłam opornie, bo przecież polecenie bibliotekarza było jednoznaczne – miałam na niego zaczekać. Zwolniłam haczyk tkwiący w drzwiczkach obok kontuaru, zamknęłam je za sobą i, rzuciwszy na blat mój szal na znak, że ja tu jeszcze wrócę, zagłębiłam się w czeluściach biblioteki.

Nie chcąc od razu wpaść na mojego jegomościa i narazić się na (słuszne skądinąd) obsztorcowanie, nacisnęłam klamkę w pierwszych drzwiach po lewej stronie. Pomieszczenie znajdujące się za nimi było nieduże, rzekłbyś – dziecięcy pokój w przeszłości. Okna zostały zamurowane, na szafce przy jednej ze ścian paliła się stara lampa w mosiężnej obudowie w formie tańczącej panny z koszem owoców na głowie. Środek pokoju zajmował podwójny regał z książkami. Powiodłam dłonią po szarych grzbietach i doznałam wrażenia, że światło w pokoju nabrało intensywności. W rogu, nad nieużywanym od lat kominkiem wisiało piękne, stare lustro w rzeźbionej ramie. Pozłota w wielu miejscach odprysła, na kryształowej tafli pojawiły się czarne plamy. Dojrzałam swoje odbicie. Ale zamiast się przybliżać w miarę pokonywania przestrzeni, moja sylwetka zaczęła się przeraźliwie oddalać. Widziałam siebie z coraz dalszej i dalszej perspektywy, aż zaniepokoiłam się nie na żarty. Usłyszałam cichutkie brzęczenie skrzydełek obok ucha i w tym samym momencie niemiłe uczucie oddalania znikło.

W głębi lustra dostrzegłam nieznajomą dziewczynkę. Mogła mieć dziesięć, dwanaście lat...

Już piąty raz przemierzała niewielką przestrzeń sklepu, w którym na drewnianych stołach ułożono kolorowe ozdoby na choinkę. Wybór był ogromny, kręciło jej się w głowie. Nęciły czerwone dzwoneczki o srebrzystym dźwięku, śmieszyła zadzierzysta baba w zielonej chustce, trzymająca drewnianą chochlę w dłoni, błękitne blaski rzucała kula z równiutkimi śnieżnymi motywami wymalowanymi na miejscu ziemskich równoleżników... Nie mogła się zdecydować.

– Możemy kupić wszystkie trzy? – zapytała na migi matkę, siedzącą pod ścianą, w kąciku przerobionym na niewielki salon herbaciany. Z rudymi jak ogień prostymi włosami do ramion, które odziedziczyła po niej córka, przypominała stojącego obok anioła. Zielonooka, o ładnej twarzy i zaróżowionych ciepłem policzkach trzydziestokilkulatka. Dokoła, na obitych czerwoną materią ścianach pyszniły się secesyjne abażury lamp. W ich łagodnym świetle twarze gości nabierały złotego koloru, jak leżące w koszykach bombki. Słodki zapach gorącej czekolady snuł się w powietrzu. Matka i córka znalazły się tutaj przez przypadek, przygnane grudniowym mrozem szukały przytulnej kawiarni, a odkryły magiczny świat Bożego Narodzenia. Od samego patrzenia robiło się cieplej! Zanim padła odpowiedź, uwagę dziewczynki przykuł niezwykle przystojny święty Mikołaj w purpurowym płaszczu, narzuconym na bogato wykończoną, kasztanową bluzę i tegoż koloru spodnie. Brzegi stroju lśniły złotą lamówką, potężny brzuch opinał czarny pas z wielką złotą klamrą, dopasowany kolorem do wysokich czarnych butów z cholewami. Dziewczynka zauważyła na jego plecach mały brązowy plecak; na przekór legendzie święty podróżował z niewielkim bagażem podręcznym; główny z darami pozostawił w saniach pod opieką reniferów i wpadł tu, poniekąd incognito. To dopiero święty Mikołaj pełną gębą! Wspaniała prezencja podyktowała niestety wysoką cenę zabawki. Zafrasowana wróciła do stolika.

– Chciałaś powiedzieć cztery? – pytanie matki uprzedziło kiełkującą już pokusę. Utarł się między nimi prywatny żart: na prośbę o kupno tego czy tamtego drobiazgu matka odpowiadała zazwyczaj „Emilko, nie nuuudź". – Ciekawe, ile czasu przetrzyma ta delikatna skorupka...? – dodała mimochodem. Podeszły do kasy.

– Nie mają państwo niedużego drzewka? – spytała mama.

Córka nie posiadała się z dumy, że ma tak domyślną mamę. Mieszkały w kawalerce, do której mogła się zmieścić jedynie miniaturka choinki. Jeśli miały się zdecydować, to właśnie tu i teraz, w sklepie przy Schneidergasse w Bazylei, w królestwie Johanna Wannera, największego producenta ręcznie wyrabianych ozdób na choinkę, co (niestety) uzasadniało ich cenę. Szwajcarskie świecidełka zwróciły uwagę królowej angielskiej i mieszkańców Białego Domu, zawisły na gigantycznej choince w Central Parku w Nowym Jorku. Cały świat podziwiał kunszt mistrza z Bazylei! Okazało się, że z choinek pozostał jedynie mocno sfatygowany egzemplarz wystawowy, a podniecona wcześniejszą godziną zamknięcia sklepu sprzedawczyni nie miała najmniejszej ochoty przekopywać o tej porze magazynu. Na ogromnym zegarze ściennym wybiła za kwadrans szósta. Sprzedawczyni aż podskoczyła, kiedy do dźwięku zegara dołączyły trzy krótkie uderzenia katedralnego dzwonu. Jej podenerwowana koleżanka nakrywała jeden ze stołów śnieżnobiałym obrusem na wieczorne przyjęcie, dając wszystkim do zrozumienia, że czas powrócić do rzeczywistości. – Jeszcze trafimy na coś odpowiedniego. – Matka położyła banknot na ladzie.

– Proszę zapytać w głównym sklepie przy ulicy Spalenberg – powiedziała sprzedawczyni, nerwowym uśmiechem pokrywając rozgorączkowanie. – To niedaleko, pierwsza przecznica w prawo.

Pognały jak na skrzydłach. Uczniowie ze szkoły organistów dawali koncert u świętego Leonarda. Miały spędzić wieczór w towarzystwie Bacha i jego „mistrza w cieniu" Buxtehudego. Ponoć Jan Sebastian pokonał pieszo czterysta kilometrów, dzielących Arnstadt od Lubeki, by go posłuchać. Czekała na nie napowietrzna muzyka sfer, co nie znaczy, że miały zrezygnować z kupienia drzewka. Delikatne brzmienie dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami obwieściło ich wejście. Od razu ujrzały przedmiot swych westchnień w dorodnym wydaniu. Pozostawał mały szkopuł: nie miały już franków szwajcarskich, chciały zapłacić kartą płatniczą.

Z zaplecza wyłonił się niewysoki, starszy pan z kapeluszem w dłoni i powoli zmierzał do wyjścia. Sprzedawczyni zamieniła z nim szeptem kilka zdań, pan skinął głową i wyszedł. Transakcja była możliwa, szybko zapłaciły, porwały torbę z choineczką i wypadły na ulicę. Przed witryną pobliskiego antykwariatu natknęły się na owego jegomościa, którego wzięły za kierownika sklepu.

Na pierwszy rzut oka miał około siedemdziesiątki. Niewysoka, wyprostowana sylwetka w długim płaszczu z gabardyny, znad płaskiego, futrzanego kołnierza patrzyły szaroniebieskie oczy. Na gładko ogolonej twarzy błąkał się nostalgiczny uśmiech. Nadal z kapeluszem w ręce wpatrywał się w wystawę: kręciła się tam nieduża metalowa zabawka w złotym kolorze. Rozgrzane powietrze z czterech zapalonych świeczek wprawiało w ruch wiatraczek, aniołki zawieszone na jego ramionach, jak na karuzeli, bębniły delikatnie w perkusyjne talerze wielkości monety. – Nasza zabawka! – wykrzyknęła z niedowierzaniem Emilia, wskazując na wystawę.

– To bardzo stary egzemplarz, grubo przedwojenny – powiedział starszy pan. – Pochodzi ze Szwecji.

– Tak jak nasza – odpowiedziała niezbita z tropu dziewczynka. – Ale jest już prawie czarna od dymu i starości, mama dostała ją w prezencie, kiedy była w moim wieku.

– Niestety brakuje jednej części, bez której aniołki nie kwapią się do dzwonienia – powiedziała matka; jakiś szósty zmysł podpowiadał jej... że mają oto przed sobą samego Johanna Wannera. – Nie dysponujemy tak starymi przedmiotami jak ten tutaj, ale może dobiorą coś panie z naszych ozdób. – Jegomość uśmiechnął się.

– Mieszka pan w niezwykłym mieście, właśnie zwiedziłyśmy starówkę; na każdym domu nad drzwiami umieszczono nazwiska właścicieli i lata, w których mieszkali. Są daty z czternastego, piętnastego, szesnastego i siedemnastego wieku; to imponujące. – Skąd panie przyjechały? – Jesteśmy z Polski, ale mieszkamy w Paryżu.

– Piękny kraj, srodze doświadczony. – Uśmiech pokrył ledwo wyczuwalny smutek.

Po tej szybkiej wymianie zdań zapadło niezręczne milczenie. Nagle kobieta rozpromieniła się, jakby przypomniała sobie coś, czym warto było podzielić się z tajemniczym nieznajomym: – Czy wie pan, że w Bazylei mieszka pewien wielki Polak. Krystian Zimerman, pianista światowej sławy?

– Nie miałem o tym pojęcia. Polska to kraj artystów. Kochają tam teatr. No i muzykę. – Starszy pan ukłonił się i spokojnym krokiem ruszył dalej. Z kieszeni płaszcza wysunął mu się pompon... mikołajowej czapki. Emilka nie była pewna, czy jej mama również to zauważyła, a może tylko jej się zdawało? W słabo oświetlonej uliczce majaczyła już tylko ciemna postać tajemniczego jegomościa, aż znikła zupełnie.

One jeszcze przez chwilę pozostały pod jego urokiem. Pierwsza odezwała się matka:

– Emilko – zaczęła uroczyście – coś mi mówi, że poznałyśmy właśnie pana Wannera.

– Myślisz, że to był on?

– Zapytajmy w sklepie.

Małe śledztwo poparte zakupem dzwoniącej zabawki rozwiało resztki niepewności. To był rzeczywiście Johann Wanner we własnej osobie! Największy na świecie producent ozdób na choinkę, z którym gawędziły przed witryną antykwariatu w Bazylei.

Jakiś czas szły w milczeniu. Wąska uliczka wykładana kocimi łbami wspinała się ku majaczącej w oddali wieży kościoła reformowanego.

– Czy święty Mikołaj istnieje naprawdę? – spytała córka, powracając do wszczętej rankiem debaty. Jak dotychczas – nierozstrzygniętej.

– Z pewnością istniał w historii. Był biskupem Miry. Opiekował się dziećmi, ofiarowując im prezenty.

– A dziś?

– Co masz na myśli?

– No, czy żyje do dziś?

– Umarł w połowie czwartego wieku, w południowo-zachodniej Turcji zachował się jego grób.

– To już go nie ma? – na twarzy Emilii pojawił się cień rozczarowania.

– To zależy od ciebie... – Głos matki zaintrygował ją. – Pamiętasz Opowieść wigilijną Karola Dickensa? Zły skąpiec Scrooge zmienił się pod wpływem wizyt duchów Minionych, Obecnych i Przyszłych Świąt Bożego Narodzenia. Kiedy co roku na nowo otwieramy im nasze serce, budzą się do życia dobre duchy, a z zimnej Laponii powraca Mikołaj. Cieszy nas ubieranie choinki, kupowanie prezentów, ukrywanie ich przed najbliższymi, by nie znaleźli ich przedwcześnie. Ale jeśli duch Bożego Narodzenia nie ma do nas dostępu, święta są jeszcze jednym dniem w roku, a my staliśmy się okropnie dorośli. Wielka jest potęga wyobraźni – zakończyła matka i mrugnęła porozumiewawczo. Córce wydało się, że ma oto przed sobą małą, psotną dziewczynkę i bardzo jej to nowe wcielenie mamy odpowiadało. Przyśpieszyły kroku, zbliżał się czas koncertu. Kiedy przekraczały próg świątyni, Emilia pomyślała, że dobrze mieć mamę nie do końca dorosłą i spotkać własnego świętego Mikołaja.


Rozdział II

– Jeszcze chwileczkę! – wołanie z drugiego końca biblioteki wyrwało mnie z zadumy. Intensywne światło przygasło, a ja w lustrze ponownie ujrzałam swoje odbicie. Pośpiesznie wróciłam do holu wejściowego, by nie budzić podejrzeń starszego pana. – Nic nie szkodzi, mam dużo czasu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Była trzecia po południu; reżyser próbował dziś akt trzeci, w którym nie brałam udziału. Miałam więc pół dnia dla siebie. Odczekawszy stosowną chwilę, postanowiłam dokładniej obejrzeć dziwny pokój. Nacisnęłam ponownie klamkę..., ale drzwi tym razem nie ustąpiły. Tkwiły zamknięte na głucho, urągając prawom fizyki i rzeczywistości.

– Tylko co nią jest: moja tutaj wizyta, czy to, co przed chwilą zobaczyłam? – mruknęłam do siebie i, chcąc nie chcąc, wróciłam za kontuar.

– Interesują panią nasze wnętrza? – Łysawa głowa bibliotekarza wychynęła zza najbliższego regału. Nie spodziewałam się go tak szybko. – Biblioteka była kiedyś wielkim mieszkaniem, liczącym (razem z pomieszczeniami dla służby) kilkanaście pokoi. Po wojnie kupił je pewien nabywca, podzielił na kilka mniejszych i osobno wynajmował. W oficynie mieszkało kilka rodzin, pewna matka z córką (chyba były z Polski, tak jak pani). Niewykluczone, że ich dzieci założyły dziś własne rodziny... Nie przypominam sobie, żebym mówiła mu, skąd pochodzę. Spojrzałam głębiej w oczy ukryte za grubymi szkłami okularów. Powędrowały szybko ku leżącej na kontuarze książce. Rosyjskie wydanie Gorącego serca z początku XX wieku.

– Może interesuje panią komentarz Mikołaja Dobrolubowa?

– zagadnął niewinnie jegomość.

– A ma go pan we francuskim tłumaczeniu?

– Poszukamy.

Zanim się obejrzałam, biblioteczne otchłanie znów wchłonęły mego rozmówcę. Dopiero teraz skojarzyłam. „Promień światła w państwie ciemności", tak dziewiętnastowieczny krytyk literatury, rzeczony Dobrolubow, napisał o jednej ze sztuk Ostrowskiego. Chodziło właśnie o Gorące serce.

Badania literackie intrygowały mnie jednak mniej niż tajemnicze wnętrza biblioteki. Przecież nie śniłam. Postanowiłam rozwikłać ukrytą w nich zagadkę. Tym razem wybór padł na drzwi po prawej stronie holu. Nacisnęłam klamkę, ustąpiły. Pokój zalany był słońcem. Jego mocne promienie wpadały przez duże, prostokątne okno, wypełniające ścianę na wprost wejścia. Trzy pozostałe ściany pomieszczenia zajmowały regały z książkami różnej grubości i wielkości. Sięgnęłam po skoroszyt w brązowej okładce: rzędy równiutko wydrukowanych nut. Duettino na skrzypce i wiolonczelę. Nie byłam w stanie rozszyfrować melodii, ale już sam tytuł brzmiał zachęcająco. Gwar dochodzący z ulicy stał się mocniejszy, podeszłam do okna. Z kamienicy naprzeciwko wyglądał mężczyzna; mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Dostrzegłam krótko ostrzyżone, ledwo dotknięte siwizną włosy i długie, wąskie palce pianisty...

Mijał trzeci rok, a on ciągle nie mógł przyzwyczaić się do nowego mieszkania. Czuł się w nim tak, jakby był tylko przejazdem. Co zresztą odzwierciedlało jego tryb życia – dzielił je między Paryż, Sztokholm i Warszawę. Taki już los kompozytora, westchnął, spoglądając z góry na pustą o tej porze ulicę; dawnych mecenasów zastąpili dyrektorzy filharmonii i towarzystw muzycznych, rozdzielający zamówienia.

– Ciągle o coś muszę zabiegać – mruknął w przypływie rozgoryczenia.

Nie bardzo wiedział, do kogo zwrócić się z tym wyrzutem. Wypowiadając go na głos, utwierdzał się w przeświadczeniu o niesprawiedliwości życia. Swojego życia, oczywiście. Bo innym, był o tym przekonany, żyło się łatwiej. W oczekiwaniu na odmianę tego stanu rzeczy nie kupował nowych mebli. Stare, wciąż przydatne i w dobrym stanie, ustawił pod jedną ze ścian w salonie, co stwarzało dziwne wrażenie pustki w pozostałej części mieszkania. Niepotrzebnie kupił aż trzy pokoje, w starej kawalerce czuł się równie dobrze. I było mniej sprzątania. Jego mistrzowie na pewno nie zawracali sobie głowy podobnymi problemami. Westchnął. Czuł nadchodzącą starość. Żył przecież dłużej i od Poulenca, i Debussy’ego. Nie mówiąc o Mendelssohnie Bartholdym. Miał do niego słabość. Trzydzieści osiem lat życia, a jaki dorobek kompozytorski. Jakby przeczuwał, że nie będzie mu dane wiele czasu.

Dziesięć minut odpoczynku, na jaki sobie pozwolił w pisaniu nowego koncertu, dobiegało właśnie końca. Miał sprawdzony od lat system pracy. Pobudka, mycie, golenie, śniadanie. Pisanie do dwunastej, z małą przerwą w połowie, jeśli praca szła jak po grudzie. Ranek zawsze dłużył się niemiłosiernie. Temu, kto wymyślił powiedzenie „męka twórcza", pewnie doskwierał kręgosłup... Potem obiad, krótka sjesta i znowu praca od czwartej do ósmej. Po południu czas szybciej płynął. Wreszcie kolacja, sprawy administracyjne, jak nazywał domowe obowiązki, i – spanie. Tak wyglądał normalny dzień, chyba że czekało go jakieś nagranie czy inne zajęcia nadprogramowe.

Niekiedy nie robił przerwy na posiłek i komponowanie przeciągało się do późna w nocy. Zdawało mu się wówczas, że u ramion rosną mu skrzydła – całe z materii światła. Czuł ich lekkość i moc. Czuł wewnętrzną radość. Ale wtedy, na przekór niej, starał się przejąć swych słuchaczy smutkiem. Lub melancholią, chwytającą za serce nagłym skurczem. Jak to przykre kłucie w boku, kiedy próbował uprawiać ranne bieganie, ulegając powszechnej modzie. Potem przestał. Wspomnienie zostało, próbował przetworzyć je w muzykę. Nic ma nic wyższego od muzyki, mawiał Mendelssohn. Słowa nie są potrzebne, gdyż emocje, jakie niesie muzyka, rozumieją wszyscy, w każdym miejscu na ziemi. Kochał muzykę, była jego życiem. Tylko dlaczego tak gorzkim? I czemu ciągle musiał o wszystko zabiegać? – powróciło natrętnie brzęczące nad uchem pytanie.

Na elektronicznym zegarze ustawionym pośrodku biurka dochodziła jedenasta. Obok stał bukiet zaostrzonych równiutko ołówków. Złamał dziś tylko cztery. Niewiele. Już dawno powinien był wrócić do komponowania. Nie spojrzał nawet na stertę koszul, oczekujących jego zlitowania. Prasowanie będzie musiało zaczekać.

– „Piszmy więc, piszmy" – powtórzył pod nosem kwestię Anieli ze Ślubów panieńskich. Lubił teatralne cytaty. Przypominały mu jego własne początki, kiedy komponował na scenę. Błogosławiony czas czystej sztuki i kłopotów materialnych. Czas młodości. Musiał się śpieszyć z tym koncertem, jeśli chciał zdążyć przed wyznaczonym przez radio terminem.

Samotny posiłek zabrał mu wraz z przygotowaniem zaledwie pół godziny. Duszona cukinia w plasterkach, do tego odfiletowana przez sprzedawcę na targu rybka opieczona z przyprawami w folii i podsmażony na patelni ryż z poprzedniego obiadu. Odżywiał się dietetycznie, alkohol odstawił już dawno. Schudł mocno, zbladł nieco, ale mu to nie przeszkadzało. Czuł się lekko i dobrze w tym nowym wcieleniu. Nie miał tylko komu o tym powiedzieć, lecz nie skarżył się. Samotność była jego starą znajomą.

– Poobiednia drzemka to jest to, co tygrysy lubią najbardziej – zacytował niezupełnie dokładnie ulubionego autora z dzieciństwa i zapadł w sen niby zawinięte w pieluszki niemowlę. Śnił, że idzie aleją cmentarza. Rozpoznał od razu warszawskie Powązki. Marmurowe nagrobki z nazwiskami działaczy politycznych z jego lat młodzieńczych, ale również artyści, poeci, ludzie teatru, pisarze. Cmentarz Wojskowy.

– O, Tuwim. – Uśmiechnął się, ujrzawszy czarny, nieforemny kamień z chudymi, wydłużonymi literami. Po raz pierwszy pokazała mu go matka. „Zapamiętaj, synku, ten pan był wielkim polskim poetą", powiedziała wtedy.

Spojrzał pod nogi – opadłe liście z drzew. Czerwone, zielone, żółte. Złota polska jesień. We Francji mówią na nią „indiańskie lato". Oryginalny termin, ukuty przed dwustu laty w Pensylwanii, przez Nową Anglię dotarł do Kanady. A stamtąd powędrował pewnie przez ocean do Francji. Choć od lat mieszkał w Paryżu, lubił polskie określenie. Kiedy je wypowiadał, w myślach lub na głos, miał przed oczami rozleniwioną słońcem, ale już rześką nad ranem i wieczorami aurę. Taką jak dziś. Z głębi alei, na całej jej szerokości, wynurzył się kondukt żałobny.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com