Tak się nie robi - Edyta Łysiak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 324 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tak się nie robi - Edyta Łysiak

Kobieta nie powinna narzucać się facetowi. W tym widać pewną desperację. Taka panna chce od razu wyjść za mąż i strach się z taką związać, bo na pewno nie stosuje zabezpieczeń.

 

Marta, 35-letnia kobieta, podczas nieudanej zabawy sylwestrowej postanawia, że przyszłoroczny sylwester nie będzie już samotny. Zabiera się więc do realizacji swojego celu, poznając ludzi w różnorodnych miejscach, także na czatach, nie zawsze pisząc prawdę o sobie. Może dziś mi nie wychodzi przez to, że podaję się za nauczycielkę? Chyba one jednak nie mają wśród facetów najwyższego uznania, bo tyle jest wśród znajomych nauczycielek starych panien. Pewnie jeszcze cnotliwych w dodatku. No nic, jutro wymyślę coś innego. Może poszukam na forach internetowych, jaki zawód jest najbardziej fascynujący dla facetów…

 

Czy znalezienie chłopaka w przypadku, gdy już dawno przestało się być nastolatką jest proste? I czy tak naprawdę w życiu powinno chodzić tylko o to?

 

 

Tak się nie robi” to debiutancka powieść Edyty Łysiak. Zrodziła się z obserwacji ludzi i... samej siebie. Autorka, rocznik 1972, absolwentka Wydziału Politologii UMCS i Podyplomowych Studiów Rolniczych UP w Lublinie kilkanaście lat pracowała jako dziennikarka. Jej specjalnością było rolnictwo. Mieszka na wsi, w gminie Kazimierz Dolny.

Opinie o ebooku Tak się nie robi - Edyta Łysiak

Fragment ebooka Tak się nie robi - Edyta Łysiak

Edyta Łysiak

Tak się nie robi

Section0001

„Wszystkiego najlepszego w nowym roku... i żebyś wreszcie sobie kogoś znalazła” – tego mniej więcej podczas ostatniej zabawy sylwestrowej życzyli mi wszyscy znajomi z paczki. Nieznajomi też, niestety. Wśród par – pojedyncza osoba mocno rzuca się w oczy. Zwłaszcza jeśli tą osobą jest w dodatku podpita kobieta. Ale cóż robić, gdy wszyscy w klubie przytulają się do siebie, a didżej, jak na złość, od 21.00 do 23.55 puszcza same pościelowe kawałki. W sam raz dla par. Zresztą, to jeszcze nic w porównaniu z tym, co dzieje się chwilę po północy, kiedy wszyscy z kieliszkami szampana w dłoni składają sobie życzenia. A zanim pójdą do innych osób, najpierw składają je swojej drugiej połówce. Ta chwila, gdy stoisz jak ten debil na środku parkietu sama jak słup przy drodze, wydaje się trwać niemal wieczność.

Ze dwa razy Beata wyciągnęła mnie na parkiet, raz poprosił mnie Mariusz, ale jego żona spiorunowała go wzrokiem, więc zaraz odprowadził mnie do stolika.

Co w takim przypadku robi samotna i smutna kobieta? Pije wino. A gdy już skończy się wino, samotna i smutna kobieta sięga po wódkę. Nie bacząc na to, że przecież za czas jakiś, dokładnie o północy, samotna i smutna kobieta będzie tak jak inni piła szampana. A jak po północy, a konkretnie tak koło drugiej nad ranem, szampany ze wszystkich stolików zostaną dopite, samotna i smutna kobieta wypija wszystko, co jest pod ręką. Łącznie z octem do galarety.

Właściwie nie kobieta, a dziewczyna. Zgodnie z teorią mojego promotora od pracy magisterskiej dziewczyna staje się kobietą wtedy, gdy urodzi dziecko. Pamiętam, jak na te słowa kolega nieomal zadławił się własną śliną nad kolejnym rozdziałem pracy magisterskiej. A wyczyn to nie lada, bowiem dzień wcześniej spotykaliśmy się na tradycyjnej imprezie w akademiku. Rano mieliśmy totalnego kaca i mało śliny. Dziwne, że stare studenckie czasy przypomniały mi się w momencie rozpamiętywania sensu mojej własnej egzystencji. No jasne, że własna to moja, bo czyja miałaby być?

U mnie ani dziecka, ani nawet kogoś z kim chciałabym je mieć. Właściwie o dzieciach, mimo dawno przekroczonej trzydziestki, jakoś nie myślałam, ale o kimś do pokochania myślę coraz częściej. Może ściślej: o kimś takim, kto mnie by pokochał. Bo w ostatnim roku poznałam paru facetów, w których prawie się zakochałam. Ale bez wzajemności, niestety. Wtedy „niestety” – po paru tygodniach czy miesiącach okazuje się „na szczęście”.

Tak więc, gdy wszyscy życzyli mi tej drugiej połówki, postanowiłam sobie, że następnej zabawy sylwestrowej nie spędzę sama. To mocne i stanowcze postanowienie noworoczne, aby dodatkowo je wzmocnić, wpisałam w telefon komórkowy.

„W poryslym rojku nie bece sana” – odczytałam w swoim notatniku pierwszego dnia nowego roku, gdy już jako tako doszłam do siebie. Czyli około 19. Pewnie spałabym dalej, gdyby nie upierdliwie latająca dookoła mojej twarzy mucha. Ale nie tyle ta brzęcząca mucha podziałała na mnie pionizująco, ile dręcząca mnie myśl: „Cholera jasna!, co robi mucha w środku miasta, na piątym piętrze, w środku zimy, a dokładnie w Nowy Rok?!”. W wiadomościach właśnie leciały migawki z powitania nowego roku. „Ciekawe kiedy i jak włączyłam telewizor” – przeleciało mi przez głowę. Huczało w niej jak nad wodospadem, ale gdy wzięłam telefon do ręki, przypomniało mi się, co chciałam napisać. Mimo iż minęło zaledwie kilkanaście godzin od wpisania tego postanowienia, to jednak wodospad w głowie sprawił, że podeszłam do tego bez entuzjazmu. Głowa była najważniejsza. Wstałam powoli i delikatnie, wypiłam podwójny alka seltzer, wzięłam dwie tabletki od bólu głowy z krzyżykiem, po kwadransie zrobiłam sobie wodę z sodą. Poprawiłam litrowym opakowaniem soku jabłkowego i całą butelką wody gazowanej. W miarę przyzwoicie poczułam się po trzecim kubku barszczyku czerwonego, przyprawionego obficie octem i pieprzem. Boże, zawsze się pilnuję, żeby nie mieszać alkoholi, ale niestety – tym razem się nie udało.

Noworoczne postanowienie o szukaniu drugiej połówki postanowiłam zacząć wcielać w życie następnego dnia, bowiem jak wiadomo, jaki pierwszy dzień nowego roku, taki cały rok. Więc jeśli będę szukała pierwszego stycznia, to potem zejdzie mi na tym cały rok. A ja nie mam szukać, a znaleźć. Skutecznie i na dłuższy czas. To przecież takie proste, prawda?

– Jestem mądra, piękna, zgrabna i sympatyczna. Warto się we mnie zakochać – powtarzam sobie niczym mantrę zalecenia psychologów z licznych podręczników, które przeczytałam w styczniu.

Wiem, że miałam zacząć ostro, że rok ma tylko 12 miesięcy, ale przecież do każdej ważnej rzeczy trzeba być dobrze przygotowanym. Potrzebny jest też plan. Koniecznie zapisany – bez tego plan jest nieważny. Jakieś tam pierdoły w komórce się nie liczą. Muszą być cel i ścieżki realizacji. Cel rysuję na środku. No, może „rysuję” to za dużo powiedziane, bo nigdy nie byłam orłem z plastyki. Piątkę mam na świadectwie maturalnym tylko dlatego, że przyjaciółka robiła mi rysunki, a pan od plastyki mnie lubił. Bo niektóre rysunki trzeba było oddawać od razu, po zajęciach, dość niespodziewanie. Tak więc z tej części moich prac plastycznych miałam dostateczny. Z tych rysunków, które można było skończyć w domu, regularnie dostawałam piątki. Byłyby i szóstki, gdyby w czasach mojej edukacji była sześciostopniowa skala ocen. Wtenczas jednak obowiązywały tylko oceny od dwójek do piątek.

*

Tak więc teraz na środku wielkiego kartonu zakupionego w sklepie w artykułami dla artystów malarzy narysowałam człowieczka. Głowa, nogi, ręce. Równie dobrze mogłaby to być kobitka, zastanawiałam się więc nad dorysowaniem wąsów.

– A jak ci się sprawdzi, głupia idiotko? Trafi ci się facet z wąsami, a tych przecież nigdy nie lubiłaś – mruknęłam do siebie pod nosem i podpisałam człowieczka na środku kartonu: FACET.

Mniejszymi literami dopisałam z przodu: super. Nie, żeby to miało mniejsze znaczenie, tylko po prostu dlatego, że nie zmieściłyby mi się ścieżki realizacji. „Super” i „facet” są równie ważne. Czy ważne? Nieważne właściwie, najważniejsze jak dojść do tego celu. Kupić? Odkryć? Poznać? Dwie pierwsze drogi realizacji celu odpadają. Kupić można wszystko poza miłością. Odkryć też się nie da. To nie Ameryka, a ja nie Kolumb. Podkreślam jedyną do przyjęcia ścieżkę realizacji, czyli poznanie. Jak można kogoś poznać? Pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to Internet. Można też kogoś poznać w pracy, u znajomych, na ulicy, na zakupach, w księgarni, w klubie. Aż się uśmiechnęłam przy zapisywaniu tych możliwości. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, jak prostą sprawą jest zapoznawanie kogoś. Całe szczęście, że w sklepie dla plastyków kupiłam dwa kartony, bo na pierwszym dość szybko zabrakło mi miejsca do pisania. Ścieżki bowiem powinny być dokładnie opisane. Mogą być też wyrysowane, ale za trzy dni już nie pamiętałabym zapewne, co autor miał na myśli. Ooo, może się zapiszę na jakiś kurs plastyczny? Poszukam takich prowadzonych przez facetów.

Przeszukałam od razu strony z kursami w necie. Plastycznych nie było, ale może to i lepiej. Wybrałam te bezpłatne, realizowane ze środków Unii Europejskiej. Wydrukowałam dokumenty, jutro wypełnię w pracy i złożę. Zrobiło się już grubo po północy, więc z mocnym postanowieniem działania od jutra położyłam się spać. Mimo iż starałam się odgonić wszystkie myśli, zarówno złe, jak i dobre, sen długo nie nadchodził.

A jak już w końcu zasnęłam, śniły mi się jakieś koszmary. Moja kadrowa, zwana przez ogół w pracy „Kwaśną”, jadła ze mną obiad w stołówce. Dosłownie „ze mną”. Ze stojącego przede mną talerza wyjadała mi zupę pomidorową. Uśmiechając się przy tym serdecznie i paplając jak z najlepszą przyjaciółką. Nigdy wcześniej nie widziałam jej uśmiechu. Ale chyba nie jestem w tym osamotniona, pewnie nawet jej mąż i dzieci nie widzieli jej uśmiechniętego oblicza. Bo pozostała załoga z pracy to na pewno nie.

Najgorsze było to, że stołówkowa zupa miała idealnie niedogotowany makaron. Wyborne al dente. Udał się pani Halince jak nigdy.

Chyba logiczne, że obudziłam się wściekła i równie wściekła powlokłam się do pracy.

Ani tego dnia, ani przez cały tydzień nie było w barku pomidorowej. A kadrowej w pracy. Nie załatwiłam więc szkoleń ze środków unijnych, w dodatku te najciekawsze się zdezaktualizowały, bo termin zgłaszania się mijał w piątek. Kadrowa wróciła do pracy w następny poniedziałek. A w barku pojawiła się pomidorowa. Na wszelki wypadek, żeby nie zdarzyła się sytuacja ze snu sprzed tygodnia, zamówiłam z ryżem i siadłam najdalej od niej jak tylko się dało. Obok stolika związków zawodowych, przy którym rozprawiano z wielkim zaangażowaniem o planowanych zwolnieniach w firmie. Apetytu takie rozmowy mi nie dodawały, choć akurat powodów do zmartwień mieć nie powinnam. Podobno na setkę zatrudnionych pracowników zarząd wytypował do zwolnienia 12 osób. „Potrzeba oszczędności” – jak sarkastycznie wyjaśniała jedna ze związkowczyń. „To kogo oni zwolnią?” – myślałam intensywnie, przełykając kolejną łyżkę pomidorowej z rozgotowanym na miazgę ryżem. Blee, dlaczego tylko we śnie pani Halinka gotuje taką smaczną pomidorową?

Pięć osób w zarządzie, każdy z prezesów ma swoją własną sekretarkę plus nadsekretarka, zajmująca się głównie malowaniem paznokci i aktywnym uczestnictwem we wszystkich możliwych portalach społecznościowych, głównie po to, by zamieszczać tam znakomicie wyretuszowane zdjęcia swojej córki. A może rzeczywiście tak wyładniała? Nie wiem, nie widziałam jej już kilka dobrych lat. Kiedyś była niewysoką pryszczatą nastolatką z tłustymi strąkami zamiast włosów. Chyba wszyscy wyglądają tak samo w wieku 13 lat, różnią się co najwyżej długością owych strąków. Choć nie do końca ten młody człowiek, co ma krótkie włosy, jest chłopakiem, taka moda.

Zaniosłam talerz po zupie do okienka. Smaczna ona nie była, ale skoro zainwestowałam w nią 2,50, grzechem byłoby nie zjeść. Na drugie, za 10 złotych, jakoś nie miałam ochoty. W przeciwieństwie do grupy związkowców, którzy w najlepsze pałaszowali schabowe, nie przestając oczywiście rozmawiać o liście pracowników proponowanych do zwolnienia. Jakie to niesprawiedliwe – nie zwalnia się tych, którzy najmniej pracują, albo byle jak, a tych, na których zwolnienie zgodę wyrażą związkowcy. Podobno to już kolejna lista przez nich tworzona i pewnie nie ostatnia. Związkowcy konsultują się przy schaboszczakach, wytłuszczonymi paluchami wykreślają kolejne nazwiska, głównie swoich przyjaciół ze związków, i oddają zarządowi. Ci po raz kolejny wymyślają nowe nazwiska i tak będzie to trwało aż do poprawy sytuacji finansowej firmy. Jak pracuję tu od 12 lat, sytuacja powtarza się dość regularnie, głównie po kolejnej zmianie zarządu. A zmiany te dokonywane są mało regularnie, czasami zarząd zmieniał się po miesiącu, w innych przypadkach po roku czy dwóch. Za mojej kadencji takich proponowanych zwolnień było ze dwadzieścia. Oczywiście o pewnych ewentualnych ruchach mogłam nie wiedzieć jako szeregowy pracownik.

Chrzanić to. Po drodze zaszłam do kadrowej, aby podbić dwa ostatnie zaświadczenia o zatrudnieniu potrzebne mi na kursy. Niestety, została mi tylko efektywna sprzedaż i kurs prawa jazdy kategorii C. Albo D. Zapisy na języki obce, kurs asertywności i psychologiczny samorozwój zakończyły się już w piątek, a ze względu na atrakcyjność kursów nie sądzę, żeby przedłużyli termin składania wniosków. Cóż, hiszpański będzie musiał poczekać, a tymczasem nauczę się metod efektywnej sprzedaży. Siebie najlepiej. Kwaśna przyjęła mnie tradycyjnie z kwaśną miną, wściekła, że zawracam jej głowę zaledwie godzinę przed zakończeniem pracy. No tak, nie zauważyłam, że już pod drugiej. Do kadrowej najlepiej chodzić koło 9 rano. I tak do 9.15. Później bywa już wściekła i bardzo zmęczona. Bez względu na to, czy ma się do niej interes w poniedziałek, czy w piątek.

– Zostaw te papiery, porozmawiam z prezesem i koło piątku dam ci odpowiedź – wyciągnęła łaskawie nie wiedzieć czemu lewą dłoń, choć przecież była praworęczna.

– Jezu, Aśka, to tylko kilka pieczątek, zależy mi na tych kursach. Przyjęcia odbywają się tam na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Jak zaniosę w przyszły poniedziałek, może być już za późno. Kilka fajnych kursów już mi przepadło, bo nie było cię w tamtym tygodniu.

– Każdy ma prawo do urlopu. Tym bardziej zaległego – jej lewa dłoń stawała się coraz bardziej niecierpliwa. – Poza tym trzeba było myśleć wcześniej, na kurs asertywności i psychologicznego samorozwoju ja złożyłam dokumenty prawie miesiąc temu. Na język hiszpański w tamten poniedziałek. Więc sama jesteś sobie winna. Ale daj, podbiję ci jutro, bo już zamknęłam szufladę z pieczątkami.

Mówiąc to, jak gdyby uśmiechnęła się... A może była to tylko moja wyobraźnia.

Właściwie dobrze, że nie zdążyłam złożyć dokumentów na hiszpański i na te kursy asertywności i rozwoju psychologicznego, bo znając moje szczęście, trafiłabym na Kwaśną w grupie. Aż mnie wzdrygnęło na samą myśl. Po jaką cholerę takiej babie kurs asertywności? Nawet żaden z prezesów nie dorasta jej do pięt, biorąc pod uwagę tę cechę charakteru. A przecież aniołkami to oni nie są. Wręcz przeciwnie.

Koło 15, jak już wszystkie biurwy powlokły się do domu, mogłam nareszcie zacząć wypełniać swoje obowiązki. Lubiłam tę porę dnia. Cisza, spokój, w firmie tylko kilka osób sprawujących akurat w tym dniu dyżur. Gdybym była prezesem i gdyby nie ograniczała mnie ochrona związków zawodowych, czy jak to się tam fachowo nazywa, nie miałabym problemów z wytypowaniem do zwolnienia nawet 40 osób ze stuosobowej załogi. I jestem pewna, że spokojnie firma dalej działałaby bez zarzutu, w dodatku zaczęłaby przynosić w końcu jakieś dochody. Po pierwsze, po co tak duży zarząd? Wystarczyłby jeden szef – reszta do zwolnienia. Potem sekretarki na czele z nadsekretarką. Biedna, pewnie na dwa samochody musiałaby załadować wszystkie swoje graty z biurka, tyle ma w nim lakierów do paznokci i różnych innych niezbędnych do życia drobiazgów. Księgowe i inne biurwy też do wywalenia. Spokojnie wystarczyłaby jedna Małgosia. Jest ich tam z osiem, a i tak jak coś trzeba, to idzie się tylko do niej. Spokojnie kończyłam swoją pracę, wyliczając w międzyczasie kolejne osoby, które jako prezes zwolniłabym z firmy, aby ratować ją w trudnej sytuacji. Zgubiłam się gdzieś mniej więcej przy pięćdziesiątej osobie do zwolnienia. Cóż, nie posądzałam siebie o takie zdolności ekonomiczne.

Koło 21 wyszłam z pracy, odebrałam po drodze zamówioną chińszczyznę. Ryzykantką to ja nie jestem, jak zwykle wzięłam rybę w sosie słodko--kwaśnym. Z ryżem i surówką. O smaku karbidu, jak mówi moja kierowniczka, gdy zamawiamy chińszczyznę do pracy. Mnie tam wybitnie ta karbidowa surówka smakuje i zjadam nie tylko swoją porcję surówki, ale i kierowniczki. Nie doniosłam chińszczyzny do domu. Zatrzymałam się po drodze, i chociaż nie znoszę jednorazowych sztućców, pochłonęłam rybę razem z ryżem i surówką.

W domu otworzyłam wino za 9.90 z Biedronki. Znakomite w smaku, o ile znam się na winach. W końcu muszę zacząć oszczędzać. Po 12 latach w firmie dorobiłam się tylko używanego samochodu i paru dobrych kompletów ciuchów. No i butów. Właściwie najwięcej kasy wsadziłam w buty. Szkoda że nie dosłownie, bo na czarną godzinę można by z nich wyjmować pieniądze. A tak ani w butach, ani w skarpetach, ani tym bardziej w banku na koncie – żadnych oszczędności nie ma. Cholera, trzeba zacząć oszczędzać... Co kieliszek, to coraz lepiej smakuje to wino.

„I całe szczęście, że kupiłam tylko jedno” – pomyślałam na drugi dzień rano. Mam taki zwyczaj, że piję wszystko, co mam pod ręką. Dla bezpieczeństwa nie mam więc w domu alkoholu, poza buteleczką ouzo, którą dostałam od koleżanki z Grecji. Nigdy jednak nie byłam w takim stanie, żeby ją otworzyć. Na samą myśl o smaku ouzo dostaję drgawek. Piłam je litrami podczas urlopu w Grecji i też mi nie smakowało. Ale jak tradycja to tradycja. Grecy piją ouzo na co dzień, to przecież i ja spokojnie wytrwałam przez ten tydzień. Ale ani godziny dłużej. W każdym razie z całą pewnością nie mam skłonności do alkoholizmu, bo już dawno nie miałabym tej butelczyny z Grecji. A tak stoi spokojnie w barku i zarasta pleśnią. No prawie. Przekręciłam się na drugi bok, ale niestety dzwonek budzika w telefonie brutalnie przerwał mi dalszy sen.

Dzień w pracy zaczęłam od sprawdzenia poczty. Wow, ile maili. Najbardziej zaskoczył mnie list od „Czarującego” o treści:

Witaj, jestem zainteresowany spotkaniem z tobom. Odezwij się, kiedy masz czas. Najlepiej jeszcze dziś.

Lekko zaskoczona sprawdziłam pozostałe maile. Aaaaa, za dużo było tego wina wczoraj. Pod jego wpływem założyłam sobie wczoraj konto na portalu randkowym.

Nie tylko na jednym, jak się okazało koło południa. Czytałam właśnie kolejne maile, gdy Agata z sąsiedniego działu położyła przede mną małą zdobioną kopertę. Otworzyłam zaciekawiona. Znajdowało się w niej zaproszenie na ślub i na przyjęcie weselne. Oczywiście z osobą towarzyszącą. Jak ja to lubię. Uśmiechnęłam się do stojącej obok Agaty niczym nasza kadrowa, czyli usta do dołu w odpowiednim grymasie.

– Och Agatko, gratuluję i dziękuję – kto mnie znał, wiedział, że kłamię, bo mój głos zrobił się wyjątkowo piskliwy.

– Do końca przyszłego tygodnia musisz potwierdzić, czy będziesz i czy sama, czy z osobą towarzyszącą, bo koszt przyjęcia na jedną osobę to 140 złotych, a muszę skalkulować listę gości – formułkę, którą mi wygłosiła, słyszeli pewnie już wszyscy, tak była wyuczona.

Uśmiechnęłam się już w miarę normalnie i nawet nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo już wyszła. Byłam wściekła. Co za obyczaje?!

– Dopiero dzisiaj dostałaś od niej zaproszenie? – trajkotała Beata z pokoju Agaty, moja najlepsza koleżanka w pracy.

Ona swoje zaproszenie dostała w ubiegłym tygodniu i do piątku miała potwierdzić swoją obecność na przyjęciu. Ona akurat potwierdziła, ale kilka innych osób, też z terminu do ubiegłego piątku, odmówiło.

Jasne, czyli zrobiło się kilka wolnych miejsc z puli przeznaczonej na koleżanki z pracy i Agata postanowiła zaprosić mnie, żeby się nie zmarnowało jedzenie.

– A wiesz, jaki on przystojny?

– Kto?

– No, cały czas ci mówię o narzeczonym Agaty. Poznali się kilka miesięcy temu zaledwie. Na czacie, wyobraź sobie – zniżyła głos.

– Na czacie? Chyba żartujesz?! Byłam parę razy i tam nic oprócz jednorazowego seksu z żonatym facetem mi nie zaproponowano... Chyba że seks grupowy.

– No mnie też, ale ona jakieś miała szczęście. Facet wrócił z Kanady czy z Australii i był samotny. Bo jego rodzice już nie żyją. I tak się poznali i zakochali.

– To może warto iść, bo będą jego przystojni koledzy z tej Kanady czy z Australii?

– Właśnie tak szybko się wziął za Agatę, bo był samotny, więc raczej nie licz na nic.

– Józef Psujek – przeczytałam na zaproszeniu nazwisko pana młodego i roześmiałam się. – Agata Psujek będzie. Nieźle.

– Nie, on przyjmuje jej nazwisko. Będzie się nazywał Morawski. A używa drugiego imienia Piotr. Józef ma tylko w papierach, i w dodatku ma zmienić imię, przyjąć za pierwsze drugie.

Wejście kadrowej przerwało słowotok Beaty. Złapała jakieś dokumenty, które miała pod ręką, podziękowała za pomoc i wyszła. Nieźle to rozegrała. Właściwie większość tak robi, że sprawia wrażenie ciężko pracujących. Ja dzisiaj nawet nie sprawiam takiego wrażenia – doszłam do tego wniosku, patrząc na puste wyjątkowo biurko. Na ekranie komputera migała kolejna koperta informująca o nowej wiadomości w skrzynce.

– Podbiłam ci te zaświadczenia o pracy. Życzę powodzenia.

„Matko Boska, a skąd w niej tyle życzliwości?” – pomyślałam odkładając kartki na bok. Nie dość, że już podbiła, to w dodatku ze swojego pierwszego piętra pofatygowała się do drugiej części budynku, na drugie piętro. Bez windy.

Dopiero koło 19 miałam tyle czasu, żeby wypełnić pozostałe kwitki. Jutro rano przed pracą dostarczę je na miejsce. Na pocztę trudno liczyć. Niby to samo miasto, ale pewnie trzeba paru dni, żeby wszystko dotarło na miejsce. Starannie kaligrafowałam kolejne rubryczki, gdy nagle zerknęłam na potwierdzenie o zatrudnieniu: „pracownik znajduje się w okresie wypowiedzenia” i „zakład jest na etapie restrukturyzacji”. Co?! Chyba ją pogięło. To nie są kursy dla pracowników w okresie wypowiedzenia, tylko dla normalnych pracowników.

Nawet nie próbowałam dzwonić do kadrowej – musiałabym być co najmniej wiceprezesem, żeby raczyła o tej porze odebrać ode mnie telefon. Zadzwoniłam do Doroty, która zawsze wszystko wie i dodatkowo jest w komisji rewizyjnej jednego z ośmiu działających u nas związków zawodowych. I co ważne, mogę ją uważać za dobrą koleżankę. No, jedną z lepszych. W pierwszej piątce zmieściłaby się na pewno, choć nie w każdym wyścigu byłaby na podium.

– Nie podpisałaś wypowiedzenia? – była mocno zaskoczona moim pytaniem. – Z tego co wiem, podpisali wszyscy, którzy je dostali.

– Dorota?! Ale jakie wypowiedzenie? Ja się niczego nie spodziewam... To chyba jakaś pomyłka.

– Prezesi dostali kilkanaście propozycji. Część wykreślili z uwagi na rodzinę, dzieci i niskie zarobki. Co do ciebie zgodzili się od razu, bowiem jesteś sama i w dodatku dużo zarabiasz. Sytuacja firmy jest naprawdę zła i zgodnie z wolą zarządu musi dojść do restrukturyzacji.

– Kto jeszcze dostał oprócz mnie? – tylko tyle byłam w stanie wydukać.

– No wiesz... nie jestem upoważniona do udzielania ci takich informacji, ale myślałam, że wszyscy zainteresowani już wiedzą.

– Wyobraź sobie, że ja w pracy jestem zajęta głównie pracą, a nie plotkowaniem – wkurzyłam się już mocno.

– No wiesz Marta, tyle razy namawiałam cię do wstąpienia do naszego związku. Wiesz, że mieliśmy problem z liczbą członków. Bez problemu zostałabyś funkcyjną w związku i byłabyś kryta.

– Boże, Dorota, o czym ty mówisz? Miałam cię za przyjaciółkę... Wiesz dobrze, ile pracowałam na rozwój tej firmy i dlatego dużo zarabiałam. I właśnie z powodu pracy nie miałam czasu założyć rodziny.

– Jedyne wyjście to zwolnienie lekarskie – perorowała Beata w drodze do domu.

To znaczy, ja byłam w drodze do domu. Beata – już dawno po kolacji. Wcześniej zdążyła odrobić lekcje z dziećmi i przeczytać najmłodszemu dziecku kolejny rozdział z cyklu „Nigdy niekończące się opowieści dla dzieci”.

– Skąd ja wezmę zwolnienie? Zdrowa jestem.

– Możesz przecież jutro gorączki dostać. Nie pamiętasz metod ze szkoły? Surowe tarte ziemniaki czy proszek do pieczenia.

– No, pamiętam, ale na ile mnie to uchroni? Na tydzień, maksymalnie na dwa. Przecież w końcu będę musiała podpisać to wypowiedzenie.

Beatę nagle olśniło:

– Jezu, ale ja mam łeb pusty. Zapomniałam, że mój szwagier jest lekarzem. Rzadko się spotykamy, bo jest dość mocno zapracowany, ale to dobry, życzliwy człowiek, a co najważniejsze, moja siostra ma na niego genialny wpływ, więc jak go poprosi, murowane, że pomoże.

Beata rozłączyła się, żeby natychmiast zadzwonić do siostry, która mieszkała wprawdzie na sąsiedniej ulicy, ale w dzielnicy willowej i jakoś nie po drodze było im się spotykać. Ale grunt, że rodzinka pomoże. Ja na swoją nie miałam co liczyć. Nawet nie będę ich informować o planowanym, a raczej już pewnym, zwolnieniu z firmy, bo tylko bym się nasłuchała o swoim długim języku, pyskowaniu, niesubordynacji, wrednym charakterze i o tym, że „jak zwykle z nikim nie możesz się dogadać”. Kurczę, dogadywałam się jakoś przez 12 lat. Nie moja wina, że takie czasy, ale kto to zrozumie?!

Szwagier Beaty, okazało się, wyjechał na sympozjum naukowe do Bangladeszu czy do Bangkoku i wraca dopiero w przyszłą środę, ale że wszystko było już ugadane z siostrą, nie pozostało mi nic innego, jak przeczekać do przyszłej środy. Urlopu nie wezmę, nawet na żądanie, bo to tylko dwa dni. Proszku do pieczenia w szufladzie z przyprawami nie było, ale trudno się dziwić. Jedyne ciasto, jakie udało mi się w życiu popełnić, to sernik na zimno w siódmej klasie podstawówki, a jak wiadomo, do sernika na zimno proszku do pieczenia się nie dodaje... Wiadomo wszystkim dookoła, ale mnie wtedy akurat nie było wiadomo, bo pamiętam, że wsypałam nawet trzy łyżeczki proszku do pieczenia, żeby mój sernik miał gładką konsystencję. I miał, niekoniecznie po proszku. Miał też dość dziwny smak, jednak nie przyznałam się do tego proszku nikomu. Teraz wyjęłam więc z szafki mocno zwiędłe ziemniaki, obrałam i zaczęłam trzeć.

– Ooo, placki ziemniaczane... ale super, taką miałem ochotę, ale nie chciało mi się samemu robić – mój sąsiad z miejsca znalazł w lodówce cebulę i jajko. Pokroił, wymieszał i zaczął smażyć.

Znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że orłem w kuchni to ja nie jestem. Placki zjadłam z apetytem, nie powiem. Dopiero przy piątej dokładce uprzytomniłam sobie, że nie jadłam dziś nawet śniadania. Nie zdążyłam, przez tego kaca, a potem, w ciągu dnia nie miałam apetytu, ale trudno się temu dziwić. Do placków wypiliśmy... ouzo z mojego bareczku. Nawet nieźle weszło, biorąc pod uwagę dwuletnią niechęć do tego trunku. Oj, Marta, Marta, źle z tobą się dzieje.

Sąsiad, rocznik ‘88, poszedł się pakować, bowiem na drugi dzień odlatywał do Londynu do pracy. Gdzieś na budowie albo w piekarni. A może by tak polecieć razem z nim?

Do Londynu nie poleciałam, za to do łazienki i owszem. I to nie jeden raz. Nawet nie trzy. Licząc, zgubiłam się przy dziesiątym razie. A zresztą, jakie to miało znaczenie? Miałam podkrążone oczy. I to nawet nie na szaro, a na granatowo. Taki granat wpadający momentami w czerń. Do tego gorączka. Nie miałam termometru, ale na oko, a właściwie na dłoń mamy sąsiada, jakieś 38 stopni na bidę. I wciąż nie przestawałam ganiać do kibla. A sąsiad, spakowany, odjechał w stronę lotniska gdzieś około 5.30 rano. Cały i zdrowy. No cóż, inne pokolenie.

Zadzwoniłam do pracy:

– Cześć, jestem chora, zaraz idę do lekarza, pewnie dostanę zwolnienie, jakoś dostarczę w najbliższym czasie, pewnie podam przez kogoś.

– Jak to CHORA? – wyraźnie słyszałam dźwięk pilnika piłującego paznokcie nadsekretarki.

Że też te paznokcie jej nie odlecą. Mnie wystarczy, że umaluję raz w tygodniu i zmyję, a już robią się miękkie, rozdwajają się i łamią. Czasami są krótsze niż opuszki palców.

– Tak, chora, mam gorączkę i wymioty. Jakiś wirus.

– Aha. Dobrze. To wpadnij jak najszybciej, bo ja mam dla ciebie ważne pismo do odebrania. Nie zastałam cię wczoraj w pracy, więc nie mogłam ci dać, a to bardzo ważne.

– Jak to mnie nie zastałaś? Przecież cały czas byłam w pracy, aż do 19.

Gorączka wyraźnie mi wzrosła. Także i ciśnienie. Pilnik po drugiej stronie słuchawki zaczął pracować szybciej.

– No, nieważne. Nie było cię u mnie, więc nie miałam jak ci wręczyć pisma, a nie miałam czasu chodzić. Co się odwlecze, to nie uciecze. Jak przyniesiesz zwolnienie, to dam ci ten list polecony.

List?! To oni wypowiedzenia wysyłają pocztą?! I to poleconym??? Ciśnienie, jak mi się wydaje, dochodziło już w górnych granicach do 300 nawet, a gorączka osiągnęła już pewnie 40 stopni. Miałam wrażenie, że białko w organizmie zaczyna mi się delikatnie ścinać. Właściwie, bardziej idealnej pory na telefon do pracy nie było. Weszła mama sąsiada z lekarzem. Mój stan był tak zły, że nie nadawałam się na wizytę w przychodni zdrowia. Całe szczęście, bo lekarz odpowiedzialny za wizyty domowe miał na oko 112 lat i grube okulary na nosie. Właściwie nie musiałam mówić nic. Popatrzył, opukał, wypisał stertę recept i zwolnienie... na całe 10 dni. Hurrrrraaa! Do tego czasu wróci szwagier Beaty i będę miała dłuższe zwolnienie i spokojnie uda się rozwiązać problem mojego wypowiedzenia z pracy. Dorota mówiła, że byłam na liście, ale nikt poza prezesami i związkami tej listy nie widział, no i – co ważne – nie dostałam wczoraj wypowiedzenia, więc sama nie wiem. Głowa mi zaraz strzeli. Mama sąsiada zaoferowała się, że pójdzie do apteki po leki, a ja w tym czasie pogrążyłam się w słodkiej drzemce. To znaczy, w momencie zasypiania wydawała mi się słodka, bo biorąc pod uwagę moje sny, okazała się koszmarna. Skąd w mojej głowie biorą się takie głupie sny? I to nie tylko wtedy, gdy jestem chora czy po jakimś alkoholu.

We śnie nadsekretarka i kadrowa w megawysokich obcasach, bo sięgałam im zaledwie do ramienia, szły do mnie z wyciągniętymi rękami przez łąkę pełną czerwonych maków i żółtych kaczeńców. Nawet we śnie pomyślałam, że coś jest nie tak, bowiem kaczeńce kwitną na podmokłych łąkach i sporo wcześniej niż maki. Kadrowa i nadsekretarka coś niosły w tych wyciągniętych rękach, ale nie zdołałam dojrzeć co, bowiem jedna kępka żółtych kaczeńców, obok której akurat stąpałam, zamieniła się w bagno i zaczęłam się topić. Krzyczałam, łapałam dookoła, co tylko było pod ręką, ale bagno pochłaniało mnie coraz bardziej. W pewnym momencie widziałam tylko żółte łebki kaczeńców i wyglądające niczym wiedźmy kadrową i nadsekretarkę. Niby szły w moim kierunku, ale wcale się do mnie nie zbliżały.

Z tego koszmaru obudziła mnie mama sąsiada. Z ulgą usiadłam na łóżku. Czułam się zdecydowanie lepiej, mdłości i gorączka jakby ustąpiły.

– Cholera, na darmo wydałam 120 złotych – mruknęłam pod nosem, patrząc na rachunek z apteki.

Podziękowałam jednak mamie sąsiada wylewnie, i niby zmęczona, opadłam na poduszki...

*

– To będziesz gdzieś tak koło szóstej u nas? – byłam akurat zajęta przyrządzaniem sobie zupki chińskiej, gdy w słuchawce usłyszałam głos Beaty.

Zupka była gulaszowa, ale zapachem nie różniła się od kurczakowej, pomidorowej czy grzybowej. Z chińskich zupek nie znam tylko zapachu krewetkowej z racji niechęci do owoców morza. I wcale nie przekonuje mnie to, że w zupie krewetkowej jest tyle krewetek, ile niekiedy chmielu w piwie. Czytałam ostatnio artykuł o dodawaniu do piwa żółci zamiast chmielu i zniechęcił mnie on skutecznie do tego złocistego trunku.

Zamieszałam zupę w misce i zaklęłam w duchu, bo na śmierć zapomniałam o walentynkach. Zgodnie z tradycją, już od 7 lat co roku spędzam walentynki z dziećmi Beaty i Karola. Najpierw było ich dwoje, teraz trójka. Oni, jako wzorowe, wciąż kochające się małżeństwo, zawsze w walentynkowy wieczór wychodzą na kolację. Wcześniej są kwiaty, najczęściej jakiś wielki bukiet róż i prezent w postaci biżuterii. Beata biżuterii nie znosi, nawet obrączkę nosi od wielkiego dzwonu, ale mąż zawsze w walentynki wręcza jej kolejne kolczyki, pierścionki, zawieszki czy broszki. Mimo niechęci do biżuterii Beata, podobnie jak wszystkie moje zamężne czy zajęte koleżanki, celebruje to święto szczególnie, a ja... całe życie nie lubię walentynek. Kiedyś w czasach licealnych nie były modne, potem nie było z kim ich obchodzić, a osiem lat temu znienawidziłam to święto i najchętniej wymazałabym je z kalendarza.

Pojechałam wówczas do mojego chłopaka, który mieszkał w Londynie. Właściwie nie wykluczałam przeprowadzki tam, taka byłam zakochana. I poleciałam do niego właśnie w walentynki, szczęśliwa, że mam w końcu z kim i gdzie spędzać to głupie święto.

Nie czekał na mnie – okazało się po odebraniu bagażu na lotnisku... Przestraszyłam się. Nie o siebie, bo przecież doskonale znałam drogę do „naszego” domu, ale o niego. Co mu się stało?! Nic... na szczęście. Oddycham z ulgą po telefonie do Niego. Musiał zostać w pracy.

– Jedź do domu, znasz przecież drogę, tam ci ktoś otworzy – usłyszałam.

– Kto?

– Nie wiem, Daniel albo ktoś inny...

Pojechałam. Otworzyła mi nieładna blondynka w białych kozaczkach. To znaczy, według mnie nieładna. Towarzyska była wyjątkowo. Dużo opowiadała o braku pracy, o życiu z Nim... Nie wiem, skąd miałam siłę na pytania i na rozmowę. Bo na myśli czasu i miejsca w głowie miałam aż nadto. Nagle ogarnęła mnie przerażająca pustka. Coś na kształt otchłani. A w tej otchłani ja. Tylko ja. I nikogo więcej.

Zamieszkała z nim trzy dni po moim wyjeździe, na początku grudnia. A przecież był na święta w Polsce, spędziliśmy razem Sylwestra. Chciał mi zostawić swój samochód. Nagle uprzytomniłam sobie, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy jego telefony były coraz rzadsze, nasze rozmowy krótsze. Namawiał mnie, żebym przebukowała bilet na marzec, bo on ma dużo pracy i nie będzie miał czasu, aby się zająć mną i urządzaniem naszego mieszkania.

– Ach, miałam wyjechać na kwiatki poza Londyn, ale odwołali, że jednak nie ma pracy, więc dopiero w marcu może pojadę... – mówiła blondyna.

Aaa, dlatego miałam zmienić termin przylotu – o niczym bym się nie dowiedziała. Ciekawe, jak mnie przedstawił? Jako kuzynkę czy koleżankę? I czy w ogóle wcześniej powiedział o tym, że przyjedzie do Londynu ktoś taki jak ja. Czemu nie miał na tyle cywilnej odwagi, żeby powiedzieć mi prawdę?

– Rozgość się, czuj się dobrze, może chcesz skorzystać z lodówki czy łazienki, to proszę bardzo.

Nalałam wody po brzegi, prawie wrzątku. Nawet w takiej chwili rozśmieszyły mnie osobne krany. Gdy się zanurzyłam, nie było mi do śmiechu. Leżałam i widziałam moje kosmetyki, szczoteczkę do zębów i wykorzystany do połowy morski płyn do kąpieli. Wszystko, co zostawiłam w grudniu, bo przecież miałam tu wrócić. Dość szybko wyszłam z wanny, nawet nie czekałam, tak jak zawsze, do wystygnięcia wody.

Z lodówki skorzystać się nie dało, bo była zapchana po brzegi. Najmniej wyszukanymi owocami na półce były truskawki. Innych nie znałam nawet polskich nazw, nie mówiąc o angielskich. Zresztą w pokoju, gdzie miałam mieszkać, było zimno jak w lodówce, więc spokojnie całe żarcie mogłam trzymać w walizce. Usiadłam na łóżku, wyjęłam z walizki niebieski sweter. Owijał prezent walentynkowy dla Niego. Sam sobie go wybrał, gdy robiliśmy świąteczne zakupy w Polsce. Zatrzymał się obok wystawy i patrzył jak oczarowany. Nie wiedziałam, że w taki sposób można patrzeć na zegarek. Z czułością, żeby nie powiedzieć z miłością. Zapamiętałam to i dyskretnie kupiłam. Rzeczywiście ładny, a w dodatku był to jedyny egzemplarz i bałam się, że jakiś inny fanatyk tej marki mi go wykupi. Drogi był jak cholera, ale On też nie żałował na mnie pieniędzy. Teraz patrzyłam na ten zegarek z niechęcią.

Zadrżałam... chyba z zimna. Niepotrzebnie brałam kąpiel. W pokoju temperatura na pewno nie była pokojowa. Tak samo jak mój nastrój.

Nie wiedziałam co dalej... Bilet miałam tylko w jedną stronę, ze sobą walizkę ciuchów i rzeczy potrzebnych na teraz. Reszta miała dojechać w ciągu tygodnia, najwyżej dwóch. Większość z tego, co miałam w walizce, to były drobiazgi kupione w Polsce na nasze wspólne życie w Londynie. Mój pierwszy pobyt w Londynie, na przełomie listopada i grudnia, był swego rodzaju rekonesansem. Wystarczyły mi dwa tygodnie, aby wiedzieć, że właśnie tu chcę być i żyć. No, trochę więcej, dokładnie szesnaście dni i nocy. Ale to wystarczyło, żeby wiedzieć, że tylko Londyn może być moim miejscem na ziemi. To miasto totalnie mnie zaczarowała. Uwielbiałam wtapiać się w tłum na Oxford Street. Jeździłam wszystkimi liniami metra w najgorszych godzinach szczytu. Ze wschodu na zachód i z południa na północ. I odwrotnie. Londyn najlepiej poznałam z poziomu metra. Za to kompletnie nie radziłam sobie z autobusami. Nałogowo uprawiałam shopping i „pubbing”, jak opowiadałam żartobliwie po powrocie do Polski. Właściwie nie był to powrót do Polski, pojechałam tylko na kilka tygodni pozamykać swoje polskie sprawy, by po tym czasie wrócić do Londynu.

Może dzielnica, w której mieszkaliśmy na razie, nie była zbyt ciekawa, ale wierzyłam, że z czasem zamieszkam gdzieś w okolicy Notting Hill. „No tak – uśmiechnęłam się do swoich myśli – już na filmie z Hugh Grantem zakochałam się w Londynie...”

*

Jakże inaczej wyglądały teraz moje ukochane ulice Londynu. Jakoś tak bez blasku... A może to chodziło o mój blask, który utraciłam. Łaziłam bez celu, próbując zrozumieć i znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Notorycznie miałam łzy w oczach. Przypominały mi się miejsca i spędzane w Londynie kilka tygodni temu z Nim chwile. Dosłownie chwile, bo nie miał zbyt dużo wolnego czasu. Praca, praca, praca. Bo dla nas, bo mieszkanie, bo musimy oszczędzać. Ja spędzałam czas głównie w kuchni, czekając na niego z obiadem nawet kilka godzin. Ale miałam przynajmniej czas na próby kulinarne, bo nie zawsze wszystko udawało się za pierwszym razem, a zupki chińskie wstyd było podawać.

Z pubu zadzwoniłam w sprawie biletu powrotnego do Polski. Mogłam lecieć, ale dopiero za 17 dni i za cenę trzykrotnie wyższą niż w tę stronę. Autobusem choćby zaraz, ale ten odpadał ze względu na chorobę lokomocyjną. 17 dni to pikuś. Są sklepy, puby, ulice. Niestraszny był nawet deszcz. Najgorsze noce. Biorąc pod uwagę, że minionej, pierwszej nocy, niewiele spałam.

Siedziałam w tym pubie, sącząc piwo. Dookoła mnie głównie starsi panowie. I – nie licząc mnie – jedna pani. „No tak – zerknęłam na komórkę – o tej porze wszyscy młodsi pracują”. Wysłałam zdawkowego esemesa do kolegi, którego poznałam poprzednim razem. Oddzwonił natychmiast. Nawet nie zwróciłam uwagi na cenę połączenia, bo przecież miałam polską komórkę... jeszcze... Może da się wszystko odwołać – mówił – dobrze, że wzięłam urlop bezpłatny na rok, a nie od razu zwolniłam się z pracy... Piotrek sam z siebie zaproponował, abym tych kilkanaście dni spędziła u nich, na Wimbledonie. Pięknie tam było... połowa lutego, a tyle zieleni. W Polsce około 20 stopni mrozu. Musiałam zadzwonić do Beaty, opowiedzieć o wszystkim, a przede wszystkim poprosić o pieniądze na bilet powrotny. Z każdą kolejną minutą – ba! nawet sekundą – robiło się coraz łatwiej!!! Byłam, żyłam, a wszystko działo się jakby obok. Jakbym była widzem w teatrze jednego aktora, w którym tylko przypadkiem główna bohaterka wygląda tak samo jak ja.

Jego widziałam tylko chwilę, w momencie gdy zabierałam swoją walizkę. Była ciężka jak diabli, ale zdołałam wykrzyczeć:

– Zmarnowałeś mi dwa lata życia, ale już ani minuty dłużej!

Nawet na chwilę nie zajrzał do mojego lodowego pokoju. A może zajrzał, ale w tym czasie, gdy ja snułam się po ulicach Londynu.

Na kilkanaście nocy moim światem stał się materac na podłodze w międzynarodowym mieszkaniu Piotrka i jego znajomych. Oprócz Polaków mieszkały w nim także dwie Boliwijki i Hiszpanka. Pierwszej nocy płakałam straszliwie... przez kilka godzin... zamoczyłam chyba całą pościel w zasięgu oczu i nosa... Coś się we mnie otworzyło... Coś zamknęło. Raczej chyba w odwrotnej kolejności. Otworzyłam się na ludzi, na imprezy, otworzyłam się na Londyn. Miałam tyle czasu, że w końcu nauczyłam się jeździć londyńskimi autobusami. Choć początki były tragiczne. Z poziomu metra wszystko było zdecydowanie bliżej i wszystko działo się szybciej. Metrem jechałam kilka minut, a autobusem godzinę. I nie zawsze w dobrym kierunku. Ale za to była jakaś dodatkowa rozrywka, a nie tylko zakupy i puby. To tak za dnia, bo wieczory, gdy już wszyscy wracali z pracy, miałam zagospodarowane. Nie płakałam już więcej po pamiętnej pierwszej nocy. Nie miałam kiedy, tak naprawdę.

Pewnie gdyby to wszystko zdarzyło się innego dnia, nie byłoby tylu wspomnień.

– Czy ty mnie do cholery słuchasz?! – z zamyślenia wyrwał mnie głos Beaty.

Uuu, chyba długo byłam zamyślona, bo moja zupa zrobiła się już chłodna.

– Jasne, że słucham... A co mówiłaś?

– Żebyś położyła małego spać o 8 i nie dała się nabrać na jego słodkie minki, bo on, jakby mógł, wcale by nie chodził spać.

– A jak go zmuszę do spania?

– Normalnie. Kasza, bajka, zgasisz mu lampkę, przytulisz go i dasz radę.

I oczywiście dałam sobie radę ze Stachem, ale dopiero po 22, bez kaszy i mycia. Mnie przydałby się zimny prysznic, bo spociłam się jak mysz przy tym usypianiu. Dobrze, że starsze dzieci już spały, więc nikt mnie nie wyda, że tak mi nie szło. Nie umiem sobie radzić z dziećmi i już. Ani prośbą, ani groźbą. Najpierw chciał się bawić samochodami, potem kazał mnie poddać pomysł. Wybrałam zabawę w chowanego. Potem on – puzzle. Mało mnie szlag nie trafił, bo jakieś mega trudne wyciągnął. Nie szły mi jak cholera. Po układankach moja kolej – wymyśliłam zabawę w konika. Pomyślałam sobie, że jak go zmęczę, to szybciej padnie. Nie pomogło. Padł dopiero przy bajce o Kopciuszku. Nie myślałam, że usypianie dzieci jest tak wyczerpujące.

Po powrocie do domu w nagrodę zrobiłam sobie drinka i weszłam na czat.

– 21 to co? – pytam brutalnie pierwszego który odzywa się do mnie po zalogowaniu do pokoju Lublin.

– Wiek – odpowiada chłopczyna.

– To pa.

Nie mam ochoty ani siły rozpisywać się z małolatami nie wiadomo o czym. I tak nic z tego nie wyniknie, chłopak co najwyżej spuści się... tylko gdzie? Na klawiaturę? W kubek? Pod biurko?

Młodzieniec nie protestuje, nie tłumaczy się, nie błaga o parę słów. Nie czuję się nawet specjalnie zawiedziona, bo za chwilę odzywają się kolejni. Sponsor na stałe pyta, skąd jestem. Ja nie rozumiem, po jaką cholerę, skoro mam w nicku wyraźnie, że jestem po trzydziestce, odzywają się do mnie sponsorzy! Wiadomo, że sponsorzy poszukują takich, które mają maksymalnie 18 lat i 52 kilogramy wagi przy wzroście 175 centymetrów. „Imię i wiek podasz?” – to kolejne jego pytanie. Właściwie polecenie. „Podam” – odpisałam grzecznie i na tym zakończyła się nasza konwersacja. Pewnie nawet się nie zorientował, że nie podałam ani imienia, ani wieku.

Devil666 pisze, że ma 32 lata i pyta, czy mi pasuje. Jasne, z tego powodu, że on ma 32 lata, a ja 35, to już wyjdę za niego za mąż... Boże! Nie napiszę mu też, co lubię ani nie opiszę siebie...

– Rzuć jakiś temat, ja się dostosuję.

– Możemy o konkursie skoków w Engelbergu pogadać.

Jasne, że nie oglądał, bo nie miał czasu, i dopytuje się, jak poszło Polakom.

– Słabo – odpisuję jednym słowem.

– Można się było tego spodziewać.

„Spadaj, gościu – pomyślałam. – Co za Polak z ciebie, co za kibic, jak nie ma wiary w rodaków?”

– Jesteś sensowną osobą i chcesz czegoś poważnego? – pyta mnie kolejny.

– Jestem sensowną osobą, nie chcę byle czego – odpowiadam bez chwili wahania.

On też. Rozmowa nawet zaczyna się kleić, dopóki mu nie piszę, ile mam wzrostu.

– Nieważne, idę spać. Dobranoc.

Zatkało mnie nieco, ale to akurat nie na długo, bo tej nocy... spokojna nie zasnę... Najbardziej zirytował mnie gość z nickiem „wulgarny brutal”. Po pierwsze dlatego, że nie lubię wulgarnych, w dodatku brutali. A skoro tak się nazwał, musi taki być. Po drugie – nie, to już będzie po trzecie – wymądrzał się, że robi znakomitą zupę cebulową. Gdy próbowałam zakwestionować, że jego zupa nie przebije mojej (z zup z reguły wychodzi mi tylko cebulową, ale za to jest perfekcyjna), nie odpuścił. Potem zaczął coś o placu Pigalle i kasztanach, które na nim rosną. Wyjaśniłam mu, że nie rosną, tylko chodziło o takie do jedzenia. Dla przypomnienia obejrzałam swoje fotki z placu Pigalle. Kasztanów tam nie znalazłam, tylko latarnie. No i siebie sprzed kilku lat – na tych fotkach.

Boskiemu brunetowi dziękuję bez słowa. Po godzinie odzywa się sponsor na stałe:

– Słucham.

– Co słuchasz? – nie wiem, o co mu chodzi, bo dawno zamknęłam jego okienko.

– Piss? – wyskoczyło mi w kolejnym okienku.

Ojej. A co to? Może chodziło mu o całusa i chciał napisać „kiss”, a w sumie p i k całkiem niedaleko są na klawiaturze. Na wszelki wypadek sprawdzam w googlach co znaczy słowo „piss”. Wyskakuje mi jakiś milion stron pornograficznych. I wyjaśnienie, co oznacza owo słowo. Natychmiast zamykam okienko. Ale to nie jedyny perwersyjny facet dziś na czacie. Kolejny pyta, czy lubię anal, seks z kobietą i seks grupowy i czy lubię wulgarne słowa. Andrzej z Rzeszowa pyta, czy poswingowałabym z nim i jego żoną. Na szczęście przy okazji „piss” sprawdziłam też znaczenie słowa „swing”.

– Jak można swingować we trzy osoby tylko? – pytam.

On jednak jest doświadczony i wie lepiej. Nie dyskutowałam. Może nie wprowadzono jeszcze do Internetu najnowszego znaczenia słowa „swingowanie”, a ja po prostu się nie znam.

– A czemu taka mała? – pisze do mnie na gadu-gadu Rafał.

Trzeba było poznać kilkudziesięciu facetów w wieku od kilkunastu do kilkudziesięciu lat, aby przenieść się w rozmowie na gadu. Wysłałam mu fotkę.

– matko, jaki wybredny

– poproszę jeszcze;) miło się patrzy na piękną kobietę.

A jak miło się czyta takie słowa... rozmarzyłam się.

– jesteś?

– jestem

– bo zamilkłaś

– wodę piłam

– wódę? ;)