Tak być musiało - Józef Rogosz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 230 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tak być musiało - Józef Rogosz

Tak być musiało” to powieść Józefa Rogosza z 1876 roku. Józef Atanazy Rogosz (1844–1896) był polskim pisarzem, wydawcą i publicystą. Brał udział w walkach powstania styczniowego, po którym wyemigrował. Przebywał głównie we Włoszech i Francji. Po powrocie do kraju osiedlił się we Lwowie. Współpracował z „Gazetą Narodową” i „Dziennikiem Polskim”. Był założycielem „Tygodnia Literackiego, Artystycznego, Naukowego i Społecznego” oraz właścicielem księgarni wydawniczej. Po przeprowadzce w okolice Krakowa założył czasopismo „Głos Narodu”. Początkowo był związany z obozem liberalno-demokratycznym, następnie jego poglądy skierowały się w stronę nacjonalizmu. Jako pisarz debiutował w 1861 roku poematami „Olga” i „Pojednanie”. W jego dorobku znalazły się także takie utwory jak „Marzyciele” (1881), „Ostatni karmazyn” (1883), „Motory życia” (1884), „Ostatni szaraczek” (1884), „Dla idei” (1885), „Kalejdoskop” (1891), „Grabarze” (1892), „W piekle galicyjskim” (1896). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Tak być musiało - Józef Rogosz

Fragment ebooka Tak być musiało - Józef Rogosz






Spis treści

  1. Część I
  2. Rozdział I
  3. Rozdział II
  4. Rozdział III
  5. Rozdział IV
  6. Rozdział V
  7. Rozdział VI
  8. Rozdział VII
  9. Rozdział VIII
  10. Rozdział IX
  11. Rozdział X
  12. Część II
  13. Rozdział I
  14. Rozdział II
  15. Rozdział III
  16. Rozdział IV
  17. Rozdział V
  18. Rozdział VI
  19. Rozdział VII
  20. Rozdział VIII
  21. Rozdział IX
  22. Rozdział X
  23. Kolofon

Część I


Rozdział I

Quisquis suae fortunae faber

– Jak tu pięknie i wesoło... a w duszy tak smutno! – myślało dziewczę o włosach jasnych, oku niebieskim i czole spokojnym.

– Doprawdy, tak mi smutno, a bez przyczyny – dodała półgłosem, rzucając przeciągłe spojrzenie w świat daleki, który przed nią się roztaczał.

Siedziała na ławeczce drewnianej, na końcu cienistej alei lipowej. Na lewo aleja biegła do gazonu zdobiącego fronton obszernego dworu wiejskiego, na prawo ostatnie jej drzewa rzucały cień na mur niewysoki, za którym ciągnęły się łany i lasy, przecięte nasypem drogi żelaznej i rwącą rzeką, która płynęła aż z gór owych, widnych w oddaleniu mil kilku.

Dziewczę pochyliło główkę, a wsparłszy ją na dłoni, okiem spokojnym wpatrywało się w arabeski, które na piasku rysowała jej prawa rączka końcem białej parasolki. Sukienka na niej także była biała, tylko niebieska wstążeczka obwijająca kresę a la Maria Stuart, i tegoż koloru przepaska we włosach, przerywały monotonność ubrania. A pięknie jej było w tym stroju porannym, bo młodości, gdy się z nią skojarzy wdzięk wrodzony, we wszystkim pięknie.

Czemu na twarzy dziewiczej osiadł smutek taki? Ona sama nie wiedziała... i nie raz bardzo ją to dziwiło, że jeden poranek witał ją wesołą drugi zamyśloną.

Miała lat siedemnaście!

Z zadumy obudził ją świst nadjeżdżającej lokomotywy. Szybko powstawszy zbliżyła się do muru, a zasłaniając się parasolką od natrętnych promieni słońca, które wzbiło się już dość wysoko, przypatrywała się długiemu szeregowi wozów, które powoli toczyły się ku stacji, widnej na boku, o kilka tysięcy kroków. Pociąg był towarowy.

Z ręką na murze, stała patrząc przed siebie jak by bezmyślnie, a ptaki do koła świegotały na gałęziach, lipy rozlewały woń miodową i wietrzyk pochylał kłosy falujące na łanach obszernych.

Od strony dworu zbliżał się tymczasem mężczyzna słuszny i szczupły. Twarz jego była łagodna mimo wąsów sumiastych, a w oczach nie zgasi jeszcze dawny płomień, chociaż włosy jak śnieg białe wydobywały się spod słomianego kapelusza. Szedł zaś krokiem wymierzonym i trzymał się prosto, jak by za młodu wojskowo sługiwał.

Dziewczę nie słyszało cichych kroków na piasku, którym aleja starannie była wysypana, i obróciło się dopiero usłyszawszy głos za sobą:

– Dzień dobry, Toniu, dzień dobry! Czy godzi się w dniu tak uroczystym nawet nie spytać o ojca? Szukam cię od kwadransa...

– Przepraszam cię, ojczulku – odrzekła córka – ale gdym do ogrodu wychodziła, Grześ powiedział mi, że tatko pojechał do Romanówki.

– I uszczęśliwiona, że nie będziesz potrzebowała nudzić się ze mną, pobiegłaś dumać... O, filutko, to egoizm!

– Teraz ja bym się powinna zapytać, czy godzi się ojczulku oceniać mnie tak surowo? – odparła dziewczyna z uśmiechem.

A dziwny byt ten uśmiech. Niby wesoły, niby figlarny, rzekłbyś nawet nieświadomie zalotny – a jednak po za tą wesołością, bystre oko mogło dostrzec jak by mgłę melancholii.

– No, no, nie gniewaj się dziecię! – zawołał starzec, biorąc głowę córki w swoje dłonie i wpatrując się w jej oczy niebieskie – Grześ prawdę ci powiedział. Do Romanówki sam dziś jeździłem, aby na folwarku wydać dyspozycje i pocztą odebrać, która dziś była bardzo obfita.

– Są jakie listy?

– Są do nas wszystkich.

– A od Edmunda?

– I od Edmunda, ale o tym potem... Toniu moja droga – mówił dalej starzec siadając na ławeczce – dziś twoje urodziny, więc cóż ci życzyć w dniu tak uroczystym?

– Kochaj mnie tylko ojczulku, a będzie to najpiękniejszym życzeniem, bo wszystkie moje pragnienia będą spełnione.

– Wszystkie?... Miłość ojca to jeszcze nie wszystko moje dziecię! Ona sama nie zapewni ci szczęścia, a ja przede wszystkim pragnę twego szczęścia.

– O, ja wiem, żeś ty dobry, mój ojcze! – zawołało dziewczę, przyciskając usta do szorstkiej ojca ręki.

Starzec pocałował córkę w czoło, a łza, która mu z oka spadła na jej włosy jasne, zamykała w sobie wszystkie jego życzenie i całe błogosławieństwo.

– I cóż Edmund pisze? – zapytała Tonią po chwili, wpatrując się w ojca uważnie.

– Nic nadzwyczajnego... ukończył studia podróżami znudził się, przynajmniej tak twierdzi, i...

– I co?

– Zgadnij.

– Nie wiem.

– I prawdopodobnie dziś do nas przyjedzie.

– Dziś?! – zawołała Tonią na w pół z radością, a na w pół ze zdziwieniem, i na bladej jej twarzy ukazał się rumieniec lekki, ale tak lekki, że osłabione oko starca nie mogło go dojrzeć.

– Tak mi się zdaje, bo list wysiał z Wiednia, więc jest już z powrotem. Zresztą gdyby nie miał zamiaru dziś przyjechać, byłby załączył życzenia dla ciebie.

– Jak to, więc o mnie ani wspomniał?

– I owszem... jak zawsze przysyła ci swoje ukłony.

– Ukłony... – powtórzyła Tonia machinalnie, a odwróciwszy głowę patrzyła czas jakiś na szczyty gór, rysujące się na widnokręgu. Potem rzekła głośniej:

– Jak ci się zdaje ojczulku, czy z Edmundem powinnam być jak dawniej?

– A dlaczegóżby nie? Wychowaliście się razem, on ciebie uważał za siostrę, ty jego...

– Prawda – przerwała Tonia – ale nie widzieliśmy się blisko rok, więc może nie wypada... Mama utrzymuje, że panienka w moim wieku...

– No, no, jakoś to będzie! – odparł starzec całując ją w czoło.

– Toniu! Toniu! – dał się słyszeć głos silny, kobiecy, z przeciwległego końca alei.

– Mama mię woła, do widzenia ojczulku! Ale... gdzie listy dla mnie?

– Jest tylko jeden, zdaje mi się od pani Herminy, zostawiłem go na biurku w twoim pokoju.

– Antosiu! – dało się słyszeć jeszcze silniejsze wołanie.

– Ach! Mama już się gniewa – szepnęła panienka, a pożegnawszy ojca odeszła krokiem przyspieszonym.

Na terasie narożnej, z której był widok z jednej strony na ogród, z drugiej na dziedziniec, okolony murowanymi zabudowaniami, stała osoba czterdziestokilkuletnia, niskiego wzrostu i wcale dobrej tuszy. Strój był na niej poranny, skromny, domowy. Tylko biały czepeczek, ugamirowany pąsową wstążeczką, kłócił się z twarzą równego koloru. Wsparłszy się o balustradę, patrzyła w głąb alei.

– Ach! Toniu, jak ty każesz długo na siebie czekać! – zawołała, ujrzawszy córkę nad chodzącą. – Ja wołam i piersi sobie zrywam, a ty idziesz jak byś nóg nie miała.

Córka nic nie odpowiedziawszy wbiegła szybko na terasę od strony dziedzińca.

– Przepraszam cię mateczko – rzekła całując ją w rękę – ale chwilę z ojcem rozmawiałam.

– Że też wy zawsze macie z sobą do gadania, jak gdybyście się sto razy na dzień nie widzieli. Ja wołam i wołam, mało mi pierś nie pęknie, a wiesz przecie, że na piersi coraz bardziej zapadam.

Tusza i cera twarzy mówiącej wcale tego nie potwierdzały. Tonią milczała.

– Już jedenasta, czas pomyśleć o toalecie.

– Ach, mateczko, mnie się zdaje, że mojej toalecie nic nie brakuje.

– Co, w tym muślinie?

– Dziś tak gorąco!

– Ależ Toniu, cóż by świat na to powiedział? Moja córka nie może przedstawić się jak pierwsza lepsza szlachcianka lub popadianka. Dziś właśnie kończysz lat siedemnaście, trzeba zatem przyzwoicie pokazać się światu. Weźmiesz...

Mówiąca nagle przerwała, gdyż w tej chwili bystre i wiecznie biegające jej oko, padło na małą wiejską dziewczynę, która wyszedłszy ze stajni, szła szybko przez dziedziniec, ukrywając coś pod fartuszkiem.

– Iwonka! – zawołała głosem donośnym – Poczekaj! Co ty tam niesiesz? Pewnie mleko dla jakiegoś parobka! Poczekaj, dam ja tobie!

– Proszę jaśnie pani – odrzekła dziewczyna w narzeczu małoruskim zatrzymując się pod terasą i trwożliwie oczy w dół spuszczając – to próżny garnuszek dla pani Pędrackiej.

– Aha, próżny garnuszek, zapytam ja się... Ale wynosiłaś coś do stajni?

– Nie, proszę jaśnie pani.

– To idźże, czemu stoisz jak gęś! – i gniewnie ręką machnęła.

Dziewczyna odeszła, a pani zwróciła się znowu do córki.

– O czym to mówiłam? Aha... Weźmiesz więc tę suknię pompadur, którą przywiozłam przed tygodniem i ten złoty garnitur, który ojciec darował ci zeszłego roku na imieniny. Dziś skończyłaś siedemnaście lat i w świat wchodzisz.

– Prawda, moja mateczko, ale ja się boję bym w tej sukni materialnej z długim ogonem śmiesznie nie wyglądała.

– O patrzcie, dziś mędrsze jajo jak kura! Czy to ja nie wiem, jaki dla ciebie strój najwłaściwszy? Przecie będziemy mieli mnóstwo gości zjedzie się całe sąsiedztwo, a hrabia Dziunio także nas odwidzi. Nie chciałabym by o mnie miał złe wyobrażenie, bo za córkę tylko matka odpowiada.

– A mnie się zdaje, że sukienka myśli nowa...

– Dosyć tego Toniu! Jak cię widzą, takcie piszą! Już ja wiem najlepiej co komu przystoi. Ubierz się więc...

Nie dokończyła, bo tuż za sobą usłyszała dźwięk padających talerzy. Zelektryzowana pobiegła do okna, które z kredensu wychodziło na terasę.

– O ty Grześku, niezgrabo, znowu coś stłukłeś! Na rany boskie pewnie moją porcelanę... Co ja mam z tymi ludźmi? Muszę ich wszystkich wypędzić, bo umrę ze zgryzoty!

– Proszę jaśnie pani, dwa talerze zsunęły się, ale żaden się nie stłukł.

– Szczęście twoje, bo byłabym ci strąciła z zasługi. A jak będziesz Pawłowi pomagał przy herbacie to nie gap się niezgrabo, boś znowu gotów oblać kapotem suknię pani hrabinie... Toniu – dodała wracając od okna – w sukni pompadur będzie ci bardzo do twarzy, a jak hrabia Dziunio zbliży się do ciebie, to staraj się rozmawiać z nim jak najdłużej i być dla niego bardzo grzeczną.

– Alboż ja dla niego byłam kiedy niegrzeczną?

– Nie, moja Toniu, tego nie twierdzę, ale uważałam kilka razy, że co prędzej chciałaś się go pozbyć.

– Bo mnie niesłychanie nudzi... O niczym nie można z nim mówić tylko o koniach i psach, a ja się na tym nic nie rozumiem.

– Nie powinnaś dziwić się moja Toniu, to dobry ton. Hrabia Dziunio bywa w takich towarzystwach, że z pewnością wie co wypada.

– Być może – odrzekła Tonią kwaśno – ale Hermina, która jest także hrabiną i obeznaną z formami wielkiego świata, podziela najzupełniej moje zdanie i nazywa go próżnym arogantem.

– Et... pani Hermina to znowu co innego... Ja pewna, że hrabia jej nie nadskakuje.

– Wątpię... mnie się raczej zdaje, że chciałby, ale ona trzyma go z daleka.

– Ho, ho, Toniu, gdzieś ty się nauczyła takiego rozumu? Dopiero pół roku jak z pensji wróciłaś, a już robisz uwagi jak osoba dojrzała. Czy to tylko nie nauki pani Herminy? Przyznam się żeby mi się to bardzo nie podobało.

– Niech mateczka będzie spokojna – odpowiedziała Tonia poważnie, a głos jej brzmiał stanowczo – nauki Herminy są tak szlachetne, że mogą wyjść tylko na moją korzyść. Nie znam osoby lepszej i rozumniejszej.

Matka chciała coś odpowiedzieć, lecz na przeciwległym końcu podwórza dał się słyszeć łoskot, i w tej samej chwili, przez w pół otwarte drzwi od stajni wypadło źrebię, i w dzikich skokach rzuciło się ku bramie ogrodowej, dokąd je wabiła zieleń pokrywająca gazon i rabaty.

– Janie! Walenty! Grześku! Iwonka! – zaczęła krzyczeć matka pięknej Toni – zamykajcie bramę! Na rany boskie, co ja mam z tymi ludźmi! To ty Iwonka zostawiłaś od stajni drzwi otwarte. Poczekaj, dam ja tobie! A ty Walenty coś robił, żeś źrebięcia nie pilnował? O mój Boże! To same darmozjady, oni mnie do grobu wpędzą! Janie, zamykaj bramę, bo mi źrebię kwiaty potratuje!

– Kasiu, nie irytuj się tak, Kasiu! – dał się słyszeć głos poważny znanego nam już starca, który wracał z ogrodu.

– Nie irytuj się, dobrze ci mówić, ale gdybym ja tu nie pilnowała, toby wszystko marnie poszło.

– Przecież nie stało się żadne nieszczęście. Wielka rzecz, że źrebię wybiegło. Złapią i odprowadzą.

I w rzeczy samej, służba zwołana donośnym głosem swojej pani, zamknęła bramę od ogrodu i sprawcę awantury odprowadza do stajni. Tymczasem Tonia, korzystając z ogólnego zamieszania, pobiegła do swego pokoiku.

Na biurku znalazła list od Herminy. Skromny monogram, biały papier i pismo dość duże, a kończaste, świadczyły, że list pochodził od osoby dobrze wychowanej. Pani Hermina wynurzając obawę, że gwałtowna migrena może jej nie pozwoli uścisnąć kochanej Toni w dniu jej urodzin, posyłała swoje życzenia wypowiedziane szczerze, i bez przesadnej sentymentalności. Kończąc, załączyła także życzenia od wujaszka, który sam nie pisze, gdyż właśnie pracuje nad bardzo ważnym, rozdziałem w swojej „Kronice świata”.

– Szkoda, że nie przyjedzie – szepnęła Tonią, list do szufladki chowając, a otworzywszy okno, wychodzące na ogród, usiadła przy nim i głowę wsparła na białej rączce.

Nie długo trwało a weszła matka krokami przyspieszonym.

– Toniu, czemuś mi nie powiedziała, że Edmund ma dziś przyjechać?

– Bo nie miałam czasu. Zresztą nie ma nic pewnego. Tatko tylko przypuszcza.

– Ej, wy się coś zmawiacie! Pamiętaj Toniu, abyś go przyjęła zimno, jak najzimniej, i niech cię Bóg uchowa mówić mu „ty”.

– A jak?

– Przecie wiesz, że tego chłopca nie lubię.

– Wiem, mateczko, ale nie wiem za co... Wszak on mamę tak poważa.

– Poważa... piękne mi poważanie! Chodzi z ojcem całym! Godzinami, bawi się z tobą, a mnie traktuje, jakbym tu była klucznicą, a nie panią domu. Młody człowiek, który starszych nie szanuje, nic nie wart. Moje przeczucia nigdy mię nie zawodzą. Dlatego jeśli kochasz twoją matkę i chcesz doznać błogosławieństwa boskiego, słuchaj mojej woli.

– Ale już rok prawie jak Edmund nie był w domu, więc może się odmienił... może teraz będzie tylko z mamcią rozmawiał.

– Czego się Jaś nie nauczył, tego się Jan pewnie nie nauczy. Pamiętaj Toniu! – dodała podnosząc palec do góry na znak ostrzeżenia. – A teraz zajmij się toaletą, zaraz ci tu Julcię przyszłe.

Tak być musiało.


Rozdział II

Pan Kazimierz Zawilski był jedynym synem bardzo zacnych rodziców, którzy pod Karpatami posiadali kilka wiosek dobrze zagospodarowanych. Rodzice kochali i pieścili Kazia, a Kazio po śmierci ojca, który go wcześnie odumarł, zajmując się gospodarstwem zajeżdżał konie i namiętnie polował. Przywar nie miał żadnych, chyba, że wstręt do książki nazwiemy przywarą. Ale tą przywarą odznaczała się do niedawna cała młódź szlachecka, a pan Kazimierz był jej wiernym przedstawicielem.

Gdy dobiegał pełnoletniości, matka, którą siły z każdym dniem opuszczały, zaczęła go prosić, by sobie wybrał życia towarzyszkę. Syn uznawszy te uwagi za słuszne, pojął w sąsiedztwie panienkę cnotliwą i piękną, do której szczerze się przywiązał, będąc nawzajem kochanym. Trzy lata żyli przykładnie i szczęśliwie, ale po trzech latach pan Kazimierz został wdowcem bezdzietnym.

Od tego czasu posmutniał, prawie stetryczał. Na próżno matka starała się synowi żal wyperswadować. Na próżno namawiała go do powtórnych związków – pan Kazimierz był głuchym na perswazje i rady.

Wybuchła wojna. Pan Kazimierz wziął kilku chłopaków dworskich, a pożegnawszy matkę, która długo nie mogła rozłączyć się z jedynakiem, wyruszył na wojnę. Bił się rok cały, dosłużył się stopnia majora, ale podczas wzięcia stolicy raniony odłamem granatu, padł bezprzytomny i przeszło pół roku odleżał potem w lazarecie.

Odzyskawszy zdrowie, wrócił do domu, ale tu zastał wszystko inaczej jak zostawił. Matka umarła przed pół rokiem zostawiając synowi majątek i błogosławieństwo. Rządca gospodarzył myśląc więcej o swoich korzyściach niż o właścicielu, o którym wieści zaginęły, a służba przyjęta w ostatnich czasach, powitała dziedzica jak człowieka obcego. Jedyną osobą, która zaraz na wstępie okazała panu Kazimierzowi niekłamaną życzliwość, była klucznica, pani Barbara Krzywicka, wdowa po szlachcicu zagrodowym. Służyła ona we Wolicy od lat kilkunastu, więc pana Kazimierza pamiętała bardzo młodym.

Pani Barbara miała córkę, Kasię, nie tyle ładną, co gospodarną. Nasz major nie zwracał z początku na nią uwagi, ale gdy pewnej nocy pani Barbara po ośmiodniowej chorobie na zapalenie płuc przeniosła się do wieczności, pan Kazimierz, widząc, że teraz sam zostanie, poszedł do oficyn, a stanąwszy przed sierotą, rzekł ze łzami w oczach:

– Panno Katarzyno, Bóg wziął ci matkę, a mnie przyjaciółkę. Odtąd nie będę miał przy sobie duszy życzliwej, a że i tobie byłoby może przykro szukać gdzie indziej obowiązku, więc obejm obowiązki po matce. A co, zgoda?

Kasia została. Upłynęło lat kilkanaście. Naszemu majorowi szron włosy przyprószył, i rany coraz bardziej zaczynały dokuczać. Z Kasi zaś, z tej małej, piętnastoletniej Kasi, zrobiła się bardzo poważna panna Katarzyna, która już od dawna pragnęła zamienić swoje nazwisko na jakie inne, byle nie pospolite. Wprawdzie w tym czasie zgłaszali się leśniczowie, ekonomowie i pisarze prowentowi, ale panna Katarzyna pomna na swój klejnot szlachecki, każdemu bez ogródek odpowiadała, że za „byle kogo wyjść nie może”. W miarę jak lat przybywało, ubywało konkurentów, a gdy trzeci krzyżyk zanotowała w tajemniczym kalendarzyku panieńskiego żywota, z niemałym strachem postrzegła, że już od dwóch lat nie było kandydata do kosza.

Koło pana Kazimierza chodziła tymczasem jak to mówią na palcach. Rodzona siostra nie mogłaby okazywać więcej pieczołowitości. Ilekroć jątrzyły się dawne blizny, całymi nocami czuwała przy jego łożu i nieraz zdarzyło się, że chory przymknąwszy oczy ze znużenia, słyszał na własne uszy, jak panna Katarzyna uklęknąwszy na boku modliła się, głośno prosząc dlań o zdrowie. Czyż człowiek zacny mógłby na to być obojętnym? Pan Kazimierz był też wdzięcznym prawdziwie i nieraz mówił do córki pani Barbary.

– Wierz mi panno Katarzyno, gdyby nie ty, może byłbym już dawno umarł. Co bym ja począł, gdyby mnie ciebie brakło?

Właśnie gdy te słowa dwudziesty piąty raz powtórzył, panna Katarzyna westchnęła głęboko, a potem spuściwszy oczy szepnęła:

– A jednak panie majorze, może już niezadługo będę musiała pański dom opuścić.

Pan Kazimierz wypatrzył się na nią ze zdziwieniem.

– Co też pani mówisz, panno Katarzyno, alboż ci to źle w moim domu? Wszak nieraz powtarzałem, że gdybyś i za mąż wyszła zostawiłbym was oboje.

– Wiem, że pan major bardzo łaskaw, ale pan major zapomina, że dziewczynie służącej u nieżonatego, nie tak łatwo wyjść dobrze za mąż...

– Ej, co też panna pleciesz! Jam stary, schorowany... chybaby ten Boga w sercu nie miał, kto by mógł plotki rozsiewać. Ot przesłyszało się coś pannie Katarzynie i kwita!

– Mnie się nie przesłyszało... źli ludzie ciągle się nami zajmują...

– Oszaleli! Przecie panna Katarzyna sama wiesz najlepiej, że to nieprawda.

– Jużci że wiem, ale ludzie wierzyć nie chcą. Właśnie dziś była u mnie klucznica z Warwanowiec i tyle mi nagadała, żem potem dwie godziny płakała. Mnie przykro porzucić pana majora, bardzo przykro, ale Bóg świadkiem, że muszę... Dobra sława, to dla biednej dziewczyny skarb największy.

– Nie przeczę panno Katarzyno, nie przeczę – odparł pan Kazimierz i zamyślił się głęboko.

O czym myślał? O zasługach tej dziewczyny, która lat kilkanaście strawiła przy jego boku, o swoim usposobieniu skwaszonym, o zdrowiu, które domagało się bezustannej opieki dobrej kobiety, wreszcie o przyszłości samotnej, która go czekała. Tej przyszłości lękał się najbardziej, żyjąc tak długo w zupełnym odosobnieniu od świata bał się nowych stosunków, nowych ludzi.

Pół godziny myślał, a po pół godzinie rzekł poważnie.

– Rozumiem twoje obawy panno Katarzyno, i bardzo mi się podoba, żeś mi szczerą prawdę powiedziała. Da Bóg jutro odpowiem ci na wszystko.

Nazajutrz w południe pan Kazimierz nie wezwał jej do siebie, ale sam poszedł do oficyny i kto by temu dał wiarę, formalnie oświadczył się o jej rękę.

– Wprawdzie jestem już stary i schorzały – mówił między innymi – ale za to potrafię być mężem uczciwszym niż niejeden furfant. Rodziny nie mam by mi wyrzucała, że biorę dziewczynę biedną. Widoków na przyszłość także nie mam, szlachcianką jesteś panna po mieczu i kądzieli, gospodarstwa umiesz pilnować, a że i sama nie jesteś bardzo młodziutką, więc mam nadzieję, że głupstwa nie będą ci w głowie. Oto masz mnie jakim jestem. Jeżeli przystaniesz panno Katarzyno, do sześciu tygodni odprawimy wesele.

Nie trudno się domyśleć, że na żołnierskie to przemówienie panna Katarzyna zapłoniona po białka oczu odpowiedziała potwierdzająco. Wprawdzie służba szeptała sobie potem na ucho, że panna Katarzyna sama tę kabałę od dawna ukartowała, ale ponieważ nie mamy daru odgadywania cudzych tajemnic, więc chcemy wierzyć, że ostatnia jej rozmowa z majorem była szczerą.

W rzeczy samej, do sześciu tygodni, ku wielkiemu zgorszeniu całej okolicy, odbył się w Romanówce ślub, a wesele we dworze we Wolicy, największej posiadłości majora, gdzie nowożeńcy stale zamieszkali.

Człowiek strzela – pan Bóg kule nosi. Kto by się spodziewał, że pan Kazimierz Zawilski, tak wcześnie złamany i do świata zniechęcony, odżyje dopiero w jesieni swojego życia. I odżył nie sztucznie, ale pełną piersią, bo do roku żona powiła mu córkę, której na chrzcie dano imię Antosia, a którą później przez skrócenie zaczęto nazywać Tonią.

Wprawdzie pani Katarzyna nie należała do osób, które w pożyciu domowym wielką przyjemność sprawiają – wprawdzie wskutek wychowania i dawnego stanowiska w mowie swojej i całym postępowaniu zachowała bardzo wiele wspomnień, które nawet tak mało wymagającemu majorowi nie raz dokuczyły, ale on na to nie zważał i wszystko jej przebaczał, bo w zamian za drobne przykrości przyniosła mu skarb cały – dziecię.

Gospodarna, zapobiegliwa, uczciwa, mogłaby się nawet nazywać żoną wzorową, gdyby nie narowy, które byłby z niej wykorzenił mąż inny, chcący oddać się edukacji żony, ale których bądź nie chciał bądź nie umiał oduczyć jej pan Kazimierz. Najpierw pani Katarzyna była niesłychanie gderliwą, za co odpowiedzialność spada na całą służbę dworską, która najłagodniejszą nawet klucznicę musi zrobić gderliwą – a po wtóre wiecznie się jej zdawało, że każdy chce jej wytykać niskie pochodzenie, skutkiem czego pozowała, jak by na świat przyszła nie w oficynie, lecz w komnatach karmazynem obitych.

Często zdarza się, że gdy mężczyzna we wieku majora, ożeni się z kobietą energiczną a o kilkanaście lat młodszą od siebie, ona zawojuje go najzupełniej, tak że tylko jej wola jest jego wolą. Rozminęlibyśmy się z prawdą, gdybyśmy twierdzili, że pani Katarzyna nie miała takich zamiarów. Owszem, jak ślimak rożki, tak ona w tym kierunku wytężała nieraz cały swój spryt kobiecy, lecz nigdy jej się to w zupełności nie udało. W drobnostkach mąż ustępował dla świętego spokoju, ale w rzeczach ważnych miał zawsze swoją wolę.

Przekonała się o tym w pierwszym zaraz roku pożycia małżeńskiego.

Pan Kazimierz miał na Mazurach starego przyjaciela i towarzysza broni, pana Macieja Krzemieńskiego, który w smutnej pamięci roku 1846 zginął razem z żoną. Po zabitych zostało się dziecię, chłopczyk sześcioletni, który podczas rzezi cudem ocalał. Zacny major postanowił wziąć do siebie małego Edmunda i zająć się jego edukacją. Plan ten pani Katarzynie bardzo się nie podobał. Czy bała się może, by dla obcego dziecka ojciec nie zapomniał o własnej córce, która w tym czasie na świat przyszła? Mąż nie słuchając uwag żony, pojechał, przywiózł chłopca i zaczął się nim zajmować jak własnym dzieckiem.

Pani Katarzyna podrażniona tym niepowodzeniem, nie mogła odtąd przebaczyć Mundziowi, że w brew jej woli zamieszkał we Wolicy.

A mały Mundzio niczym nie zasłużył sobie na jej niechęć. Chociaż temperament miał gorący, powiedziałbym nawet ognisty, był posłuszny, nikomu żadnej przykrości nie wyrządził i chętnie spełniał każdy rozkaz starszych. Ile razy na dzień mógł oderwać się od książki biegł do maleńkiej Toni i jak by nie był chłopcem, lecz dziewczynką, która już na świat przychodzi z uczuciami macierzyńskimi, kołysał dziecko całymi godzinami, nucąc na tony najrozmaitsze ludowe pieśni, których niegdyś uczyła go piastunka. Dziecię spało, a gdy się zbudziło i dużymi niebieskimi oczyma spojrzało na Mundzia, którego czarne oczy jak dwie gwiazdy odbijały od smagłej cery, zaraz uśmiech pojawiał się na usteczkach Toni i drobne jej rączęta szukały szyi przybranego braciszka. Cichy ten obrazek napełniał zawsze szczęściem serce pana Kazimierza.

We Wolicy kilka lat grobowa panowała cisza – przerywana chyba zrzędzeniem pani domu, która rozumiejąc się dobrze na stosunkach służbowych wszędzie zaglądała, do wszystkiego się mieszając. Nie była też z nikogo zadowoloną, z wyjątkiem pani Pędrackiej, teraźniejszej klucznicy, która sprytem i pochlebstwami potrafiła sobie zaskarbić jej względy. Ją jedną pani zaszczycała swoim zaufaniem, z nią jedną naradzała się we wszystkich stanowczych chwilach życia.

Z sąsiedztwa rzadko kto zajrzał do Wolicy, bo długo nie chciano pani Zawilskiej przebaczyć jej pochodzenia, a i major sam lubiący przede wszystkim zacisze domowe i rozumiejący dobrze, że Kasią nie można się pochwalić, unikaj towarzystwa. Dopiero, gdy dzieci podrosły, gdy ich szczebioty i zabawy ożywiły smutny dotąd dwór i ogród, gdy Edmund otrzymał guwernera, a Tonią bonę, kobietę bardzo miłą i wykształcona, i gdy dzięki tym osobom pani majorowa „o świat się otarła”, dopiero wtedy sąsiedztwo zaczęło się zbliżać do majora, zapraszać go do siebie i zjeżdżać do Wolicy. Pan Kazimierz jak przedtem był obojętnym na niechęć tych, z którymi ścisłe stosunki nigdy go nie łączyły, tak teraz nie zwracał uwagi na ich atencje. Natomiast pani Katarzyna była tym niezmiernie uradowaną, gdyż jak Pędracka utrzymywała, świat poznał się na jej wartości.

Sąsiedzi przyjeżdżali więc chętnie, a chociaż pan Damazy wracając do domu często rzucał uwagę, że gdy pani majorowa mówi, czuć od niej jeszcze zapach mleka i sera, a gdy idzie przez salon, brakuje jej tylko kluczy, by była w dawnej roli, mimo to nikt tych słów nie brał tak jak brzmiały, zwłaszcza że sąsiedzi wiedzieli, iż pan Damazy dlatego pozuje na arystokratę, że jedna z najdalszych jego kuzynek wyszła za jakiegoś hrabiego, który cierpiąc na nieszkodliwe pomieszanie zmysłów, zamiast pójść do domu obłąkanych, ożenił się z nią nie wiedząc jak i kiedy.