TAJEMNICZY OGRÓD - 978-83-7731-084-7 - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka TAJEMNICZY OGRÓD - 978-83-7731-084-7

TAJEMNICZY OGRÓD jest jednym z nieprzeniknionych literackich sekretów. Nie tylko

dlatego (choć również), że opowiada tajemniczą historię (choć opowiada) i nie

dlatego, że nie wszystkie przedstawione w niej zdarzenia dają się logicznie wyjaśnić

(a nie dają), lecz przede wszystkim dlatego, że to książka, która nie potrafi się…

zestarzeć. Ciągle jest czytana, lubiana, wydawana. Historia Mary Lennox i jej

przyjaciół znana jest i opowiadana na całym świecie – różnymi językami i na różne

sposoby: filmowana, rysowana, zmieniana na komiksy, gry i puzzle, wystawiana w

teatrze, śpiewana, malowana… Znawcy nazywają takie utwory „arcydziełami”, choć nikt

nie potrafi wyjaśnić, w czym tkwi ich siła, gdzie kryje się ich sekret. A on… siedzi

w środku! I nie daje się złapać…

Opinie o ebooku TAJEMNICZY OGRÓD - 978-83-7731-084-7

Fragment ebooka TAJEMNICZY OGRÓD - 978-83-7731-084-7






ROZDZIAŁ I

NIKT NIE ZOSTAŁ

Kiedy Mary Lennox odesłano do Dworu Misselthwaite, żeby zamieszkała z wujem, wszyscy twierdzili, że jest najniesympatyczniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziano. Była to niestety prawda. Miała drobną twarz i chude ciało, cieniutkie jasne włosy i kwaśną minę. Włosy były żółtawe, tak jak i buzia, gdyż Mary przyszła na świat w Indiach i ciągle cierpiała na różne choroby. Jej ojciec piastował urząd w brytyjskiej administracji i stale był zajęty, ponadto sam niedomagał, matka zaś była wielką pięknością, która dbała tylko o to, żeby chodzić na przyjęcia i zażywać rozrywek w wesołym towarzystwie. Córeczka wcale nie była jej potrzebna, a gdy się urodziła, została oddana pod opiekę ajah, hinduskiej niańki, której dano do zrozumienia, że jeśli chce sprawić przyjemność memsahib, powinna trzymać Mary jak najdalej od niej. Trzymano więc Mary z daleka, kiedy była chorowitym, płaczliwym i brzydkim niemowlęciem, a kiedy stała się chorowitym, płaczliwym i brzydkim szkrabem, nic się w tej materii nie zmieniło. Nie pamiętała, by kiedykolwiek oglądała z bliska inne twarze, oprócz ciemnego oblicza ajah i twarzy innych hinduskich służących, a ponieważ ci byli jej zawsze posłuszni i ustępowali we wszystkim – a to z tej przyczyny, że memsahib bardzo by się gniewała, gdyby przeszkadzał jej płacz dziecka – kiedy Mary osiągnęła wiek sześciu lat, stała się tak despotycznym i samolubnym wstręciuchem, jakiego świat nie widział. Młoda angielska guwernantka, która przyjechała, by nauczyć ją czytać i pisać, nie lubiła jej tak bardzo, że zrezygnowała z posady po trzech miesiącach, a kiedy w jej miejsce pojawiły się inne, odchodziły jeszcze szybciej niż pierwsza. Gdyby więc Mary nie postanowiła, że naprawdę chce się nauczyć czytać, nigdy nie nauczono by jej abecadła.

Pewnego straszliwie upalnego poranka, gdy miała mniej więcej dziewięć lat, obudziła się bardzo poirytowana i wpadła w jeszcze większą irytację, przekonawszy się, że służącą, która stoi przy łóżku, nie jest jej ajah.

– Po co przyszłaś? – zapytała obcą kobietę. – Nie pozwolę ci zostać. Przyślij mi moją ajah!

Służąca wyglądała na przestraszoną i wydukała, że ajah nie może przyjść, a kiedy Mary dostała spazmów i zaczęła ją kopać i bić, wpadła w jeszcze większe przerażenie i powtarzała w kółko, że ajah nie może przyjść do missie sahib.

Tego ranka w powietrzu wisiało coś złowróżbnego. Nic nie odbywało się w ustalonym porządku, brakowało kilku hinduskich służących, a ci, którzy dali się dojrzeć, znikali lub spieszyli się gdzieś z popielatymi ze strachu twarzami. Jednak nikt niczego jej nie wytłumaczył, a ajah nie przyszła. Mary zostawiono samą sobie przez cały ranek, aż w końcu wyszła do ogrodu i zaczęła się bawić samotnie pod drzewem blisko werandy. Udawała, że tworzy kwiatową rabatę, wsadzała duże szkarłatne kwiaty hibiskusa w kopczyki ziemi, czując cały czas narastającą złość i mamrocząc pod nosem rzeczy, jakie powie, i wyzwiska, jakimi obrzuci Saidie, kiedy ta wróci.

– Świnia! Świnia! Córka świni! – sapała, gdyż nazwanie Hindusa świnią jest najgorszą obelgą.

Zgrzytała zębami i powtarzała to raz za razem, kiedy usłyszała matkę wychodzącą z kimś na werandę. Towarzyszył jej przystojny młody mężczyzna. Zatrzymali się i rozmawiali ze sobą dziwnie przyciszonymi głosami. Mary znała przystojnego mężczyznę o chłopięcym wyglądzie. Słyszała, że był młodym oficerem, który właśnie przypłynął z Anglii. Dziewczynka zerkała na niego, jednak przede wszystkim wpatrywała się w matkę. Zawsze tak robiła, kiedy tylko miała okazję ją ujrzeć, gdyż memsahib – Mary zwykła używać tego miana znacznie częściej od innych – była wysoką, szczupłą i śliczną osobą, noszącą najładniejsze sukienki. Miała jedwabiste loki i delikatny nosek, który często krzywił się wzgardliwie, oraz wielkie wesołe oczy. Wszystkie jej sukienki były cienkie i powiewne, i – jak mówiła Mary – „bardzo koronkowe”. Tego ranka sukienka matki wyglądała jeszcze bardziej koronkowo niż zwykle, lecz w oczach nie było widać zwykłej wesołości. Oczy te były szeroko otwarte, przestraszone i uniesione pytająco ku chłopięcej twarzy przystojnego oficera.

– Czy jest aż tak niedobrze? Och, doprawdy? – Mary usłyszała jej pytanie.

– Jest strasznie – odpowiedział drżącym głosem młody mężczyzna. – Strasznie, pani Lennox. Powinna była pani wyjechać w góry przed dwoma tygodniami.

Memsahib załamała ręce.

– Och, wiem, że powinnam! – wykrzyknęła. – Zostałam tylko po to, żeby pójść na to niedorzeczne przyjęcie. Jakaż jestem niemądra!

W tej samej chwili w chatach służących rozległ się tak głośny lament, że matka chwyciła młodego oficera za rękę, a Mary zadrżała na całym ciele. Zawodzenie stało się jeszcze przeraźliwsze.

– A cóż to takiego? Co to? – zapytała pani Lennox.

– Ktoś umarł – odpowiedział młokos. – Nie wspomniała pani, że dotknęło to już służbę.

– Nie wiedziałam! – zawołała memsahib. – Proszę ze mną! Proszę ze mną! – Odwróciła się i wbiegła do domu.

Po tym wszystkim działy się zatrważające rzeczy, a Mary poznała wreszcie przyczynę tajemniczych wydarzeń poranka. Wybuchła epidemia najgroźniejszej odmiany cholery, a ludzie padali jak muchy. W nocy rozchorowała się ajah, a lament służących, jaki dał się słyszeć w chatach, był spowodowany jej śmiercią. Do następnego dnia zmarło troje innych ze służby, a reszta rozbiegła się przerażona. Wszędzie było widać oznaki paniki, a w każdym bungalowie umierali chorzy.

Podczas zamieszania i zamętu dnia drugiego Mary ukryła się w pokoju dziecięcym, a wszyscy o niej zapomnieli. Nikt o niej nie myślał, nikt jej nie potrzebował, a wokół rozgrywały się przedziwne sceny, o których nie miała pojęcia. Przez cały dzień na przemian płakała i spała. Wiedziała tylko, że wszyscy są chorzy, i słyszała tajemnicze przerażające odgłosy. Raz zakradła się do jadalni, która była całkiem pusta, choć na stole widać było niedokończony posiłek, a krzesła i talerze wyglądały tak, jakby je odsunięto w pośpiechu, gdy jedzący zerwali się nagle od stołu z niepojętej przyczyny. Dziewczynka zjadła kilka owoców i herbatników, a ponieważ była spragniona, wypiła niemal pełny kieliszek wina. Wino było słodkie, a Mary nie znała jego mocy. Wkrótce jednak poczuła się bardzo senna, więc wróciła do pokoju i zamknęła się w nim ponownie, przestraszona krzykami, jakie dobiegały z chat, i odgłosami gorączkowej bieganiny. Tak bardzo chciało jej się spać od wypitego wina, że nie była w stanie zapanować nad opadającymi powie kami i położyła się na łóżku, zapomniawszy o bożym świecie na długi czas.

Wiele rzeczy wydarzyło się podczas tych godzin, które przespała jak kamień – nie obudziło jej ani zawodzenie, ani hałas przy wnoszeniu i wynoszeniu czegoś z bungalowu.

Po przebudzeniu leżała, wpatrując się w ścianę. W domu panował niezmącony spokój. Nie pamiętała, by kiedykolwiek było w nim tak cicho. Nie słyszała ani głosów, ani kroków i zastanawiała się, czy wszyscy już wydobrzeli po chorobie i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Zastanawiała się także, kto się nią zajmie po śmierci ajah. Przyjdzie pewnie jakaś nowa ajah, która może opowie jej nowe bajki. Mary znudziły się już te stare. Nie płakała po śmierci niani. Nie była uczuciową dziewczynką i nigdy nie przejmowała się specjalnie innymi. Hałas, pośpiech i lamenty z powodu cholery przestraszyły ją, ale była zła, bo nikt nie pamiętał, że żyje. Wszystkich ogarnął tak wielki przestrach, że nikt nie pomyślał o dziewczynce, za którą nie przepadano. Wyglądało na to, że kiedy ludzie zapadają na cholerę, pamiętają tylko o sobie. Lecz jeśli wszyscy już wyzdrowieli, z pewnością ktoś sobie o niej przypomni i zacznie jej szukać.

Jednak nikt nie przyszedł jej szukać, a kiedy leżała, wyczekując, dom stawał się coraz cichszy i cichszy. Usłyszała jakiś szelest na macie i, gdy opuściła wzrok, ujrzała pełznącego małego węża, wpatrującego się w nią oczkami jak paciorki. Nie przestraszyła się, bo był to nieszkodliwy mały gad, który nie mógł zrobić jej krzywdy, a spieszyło mu się, żeby wypełznąć z pokoju. Wślizgnął się pod drzwi na jej oczach.

– Jak tu dziwnie cicho – powiedziała. – Wygląda na to, że w całym domu nie ma nikogo, oprócz mnie i węża.

I niemal w następnej chwili usłyszała kroki na dziedzińcu, a potem na werandzie. Były to męskie kroki, a mężczyźni weszli do bungalowu i rozmawiali przyciszonymi głosami. Nikt nie wyszedł im na spotkanie, nikt ich nie powitał, więc otwierali drzwi i zaglądali do pokojów.

– Co za spustoszenie! – usłyszała jakiś głos. – I ta piękna, prześliczna kobieta! Podejrzewam, że i dziecko. Mówiono mi o dziecku, choć nikt go nigdy nie widział.

Kiedy po kilku minutach otworzyli drzwi, Mary stała na środku bawialni. Wyglądała szkaradnie, była zła i spoglądała z ukosa, gdyż zaczęła być głodna i czuła się haniebnie zaniedbana. Pierwszym mężczyzną, który wszedł do środka, był potężny oficer, którego kiedyś widziała w towarzystwie taty. Wyglądał na zmęczonego i zafrasowanego, a kiedy ją ujrzał, był tak zdumiony, że niemal odskoczył od drzwi.

– Barney! – zawołał. – Tu jest dziecko! Pozostałe samo jedno dziecko! W takim miejscu! Któż to jest, na litość boską?

– Nazywam się Mary Lennox – odpowiedziała dziewczynka, prostując się sztywno. Doszła do wniosku, że mężczyzna zachował się bardzo nieuprzejmie, nazywając ojcowski bungalow „takim miejscem”. – Usnęłam, kiedy wszyscy zachorowali na cholerę, i dopiero się obudziłam. Dlaczego nikt nie przyszedł?

– To dziecko, którego nikt nie widział! – wykrzyknął mężczyzna, odwracając się do towarzyszy. – Naprawdę o niej zapomniano!

– Dlaczego o mnie zapomniano? – spytała Mary, tupiąc nogą. – Dlaczego nikt nie przyszedł?

Młody człowiek, który nazywał się Barney, spojrzał na nią zasmuconym wzrokiem. Mary wydało się nawet, że mruga, jakby chciał powstrzymać łzy.

– Biedactwo! – powiedział. – Nikt nie został, nikt nie mógł przyjść.

W ten dziwny i niespodziewany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ojca ani matki, że oboje nie żyją i wyniesiono ich nocą, i że tych kilku hinduskich służących, którzy nie umarli, opuściło dom tak szybko, jak się dało, nie pamiętając zupełnie o kimś takim jak missie sahib. To dlatego w domu było tak cicho. Cały bungalow naprawdę opustoszał – została w nim tylko Mary i wąż.


ROZDZIAŁ II

PRZEKORNICKA PANNA MARY

Mary lubiła przyglądać się mamie z daleka, uważała, że jest bardzo ładna, ale ponieważ prawie w ogóle jej nie znała, nie można było się spodziewać, żeby ją kochała albo żeby za nią tęskniła, kiedy mama odeszła. W gruncie rzeczy w ogóle za nią nie tęskniła, a ponieważ należała do dziewczynek pochłoniętych wyłącznie własną osobą, myślała teraz tylko o sobie, tak jak zawsze. Gdyby była starsza, świadomość tego, że została sama na świecie, musiałaby bez wątpienia bardzo ją zaniepokoić, ale była mała i ponieważ zawsze się nią opiekowano, więc wydawało się jej, że tak już pozostanie. Myślała o tym, że wolałaby wiedzieć, czy trafi do miłej rodziny, która będzie dla niej uprzejma i pozwoli jej na wszystko, tak jak kiedyś ajah i inni hinduscy służący.

Wiedziała, że nie zostanie w domu angielskiego duchownego, do którego zabrano ją na początku. Nie chciała w nim zostać. Duchowny był ubogi i miał pięcioro potomstwa. Wszystkie dzieci były niemal w tym samym wieku i chodziły w sfatygowanych ubrankach, ciągle też kłóciły się z innymi i wyrywały sobie zabawki. Mary znienawidziła ich niechlujny dom i była dla nich tak niemiła, że już po dwóch dniach nikt nie chciał się z nią więcej bawić. Drugiego dnia wymyślili dla niej przezwisko, które doprowadzało ją do wściekłości.

To Basil wpadł na ten pomysł. Basil był chłopcem o zuchwałych niebieskich oczach i zadartym nosie i nie przypadł Mary do gustu. Tego dnia bawiła się pod drzewem – tak jak wtedy, gdy wybuchła cholera. Stawiała babki i wytyczała ścieżki do ogrodu, gdy nadszedł Basil, który stanął w pobliżu, żeby się przyglądać. Nagle coś go zaintrygowało i zaproponował:

– A może ułożyłabyś tutaj kopczyk z kamieni, że to niby skalny ogródek? – powiedział. – O tu, w środku. – Pochylił się, żeby pokazać.

– Odejdź! – krzyknęła Mary. – Nie życzę sobie wtrącania się jakichś chłopaków! Idź sobie!

Basil złościł się przez chwilę, a potem zaczął ją przedrzeźniać. Zawsze przedrzeźniał siostry. Jął tańczyć wokół Mary, stroić miny, śpiewać i szydzić.

 

Przekornicka panna Mary

Ma w ogródku dzwonki cztery

I wianuszki ze stokrotek

Ukryte za żywopłotem.

 

Wyśpiewywał to tak długo, aż usłyszały go inne dzieci i też zaczęły się z niej wyśmiewać. Im bardziej złościła się Mary, tym głośniej śpiewały „Przekornicka panna Mary”, a potem, aż do końca jej pobytu w rodzinie, przezywały ją „Przekornicką panną Mary” między sobą, a często i przy niej.

– Odeślą cię do domu – powiedział Basil – pod koniec tygodnia. I bardzo jesteśmy z tego zadowoleni.

– Ja również jestem z tego zadowolona – odpowiedziała Mary. – A gdzie jest dom?

– Ona nie wie, gdzie jest dom! – wykrzyknął Basil z szyderczą wyższością siedmiolatka. – W Anglii, ma się rozumieć. Mieszka tam nasza babcia, a w zeszłym roku wysłano do niej naszą siostrę, Mabel. Ale ty nie jedziesz do babci. Nie masz babci. Jedziesz do wuja, który nazywa się Archibald Craven.

– Nigdy o nim nie słyszałam – rzuciła Mary.

– Wiem o tym – odparł Basil. – Nigdy o niczym nie słyszałaś. Dziewczyny nigdy o niczym nie słyszą. Ja za to słyszałem, jak rozmawiali o nim rodzice. Mieszka w domu na wsi, wielkim, opuszczonym i starym, i nikt się do niego nie zbliża. Jest tak zły, że nikomu na to nie pozwala, a nawet gdyby pozwolił, nikt by tego nie zrobił. Jest garbusem i wygląda szkaradnie.

– Nie wierzę ci – odpowiedziała Mary. Odwróciła się do niego plecami i zatkała palcami uszy, bo nie chciała go więcej słuchać.

Ale później dużo o tym myślała. A kiedy pani Crawford powiedziała jej tamtego wieczoru, że za kilka dni popłynie do Anglii i spotka się ze swoim wujem, panem Archibaldem Cravenem, który mieszka w Dworze Misselthwaite, przyjęła to z tak kamienną twarzą i tak uporczywym brakiem zainteresowania, że nie wiedziano, co o tym myśleć. Wszyscy chcieli być dla niej mili, lecz kiedy pani Crawford próbowała pocałować ją w policzek, Mary odwróciła głowę, po czym zadarła ją wysoko, gdy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.

– To taka brzydka dziewczynka – powiedziała później pani Crawford ze współczuciem. – A jej matka była tak powabnym stworzeniem. Miała również urocze maniery, a Mary jest w obejściu najbardziej przykrym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałam. Dzieci nazwały ją „Przekornicką panną Mary”, a choć to bardzo niegrzeczne z ich strony, nie można się z tym nie zgodzić. Doprawdy, gdyby jej matka spoglądała tymi ślicznymi oczami częściej w głąb dziecięcego pokoju i prezentowała córeczce swoje maniery, Mary zdobyłaby nieco powabu i ogłady. To bardzo przykre, że gdy to urodziwe stworzenie odeszło, wielu nie wiedziało nawet, że ma dziecko. Obawiam się – westchnęła pani Crawford – że sama mogła o tym zapomnieć. Kiedy umarła hinduska niania, nikt się nie zatroszczył o dziecko. I pomyśleć, że cała służba uciekła i zostawiła ją samą w opuszczonym domu! Pułkownik McGrew wspomniał, że o mało nie padł z wrażenia, kiedy otworzył drzwi i zobaczył ją samą na środku pokoju.

Mary odbyła długą podróż do Anglii pod opieką żony oficera, która wiozła do szkoły z internatem własne dzieci. Dama ta była tak bardzo pochłonięta swoim synkiem i córeczką, że z ulgą oddała Mary w ręce kobiety przysłanej do Londynu przez pana Archibalda Cravena. Kobieta ta była gospodynią w Dworze Misselthwaite i nazywała się pani Medlock. Była tęgą niewiastą o bardzo rumianych policzkach i świdrujących czarnych oczach. Miała na sobie jaskrawo fioletową suknię, czarną jedwabną mantylkę z koronkowym wykończeniem oraz czarny czepek z fioletowymi kwiatkami z aksamitu, które prostowały się i drżały, kiedy poruszała głową. Wcale nie spodobała się Mary, ale nie było w tym niczego nadzwyczajnego, gdyż bardzo rzadko podobał się jej ktokolwiek. A poza tym było jasne, że pani Medlock niewiele sobie z niej robi.

– Słowo daję, że przysłali nam tu brzydactwo nad brzydactwami! – zawołała gospodyni. – A mówili, że jej matka była taką pięknością! Niewiele z tego odziedziczyła, nieprawdaż, proszę pani?

– Niewątpliwie wyładnieje wraz z wiekiem – odpowiedziała dobrodusznie żona oficera. – Gdyby nie ta żółtawa cera i nadąsana mina, miałaby dość znośne rysy. Dzieci bardzo się zmieniają.

– W takim razie będzie musiała mocno się zmienić – orzekła pani Medlock. – A gdyby mnie kto pytał, to w Misselthwaite nie ma niczego, co służyłoby dobrze dzieciom.

Uznały, że Mary niczego nie słyszy, gdyż stała w pewnym oddaleniu pod oknem w hotelowym pokoju, gdzie się zatrzymały. Przyglądała się przejeżdżającym omnibusom i dorożkom oraz ludziom, ale słyszała wszystko całkiem wyraźnie i poczuła zaciekawienie wujem i miejscem, w którym on mieszka. Cóż to był za dom i jaki okaże się wuj? Co oznacza słowo „garbus”? Nigdy nie widziała kogoś takiego. Może w Indiach nie było garbusów.

Od czasu jak zaczęła mieszkać w domach obcych ludzi i nie miała przy sobie niani czuła się samotna, a do głowy przychodziły jej dziwne, całkiem dla niej nowe myśli. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego nigdy nikomu na niej nie zależało, nawet kiedy mama i tata byli jeszcze na świecie. Inne dzieci należały do swoich rodziców, a ona nigdy nie była czyjąś małą dziewczynką. Miała służbę, miała jedzenie i sukienki, ale nikt nigdy nie zwracał na nią uwagi. Nie wiedziała, że działo się tak dlatego, że była niesympatycznym dzieckiem, a sama nie miała przecież najmniejszego pojęcia, że była niemiła. Często wydawało się jej, że inni są dla niej nieuprzejmi, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że może jest wobec nich taka sama.

Uznała, że pani Medlock jest najprzykrzejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziała – kobietą o pospolitej, nalanej twarzy, w pospolitym, niegustownym czepku. Kiedy następnego dnia wyruszały w podróż do Yorkshire, szła przez dworzec kolejowy do wagonu z wysoko uniesioną głową, trzymając się jak najdalej od gospodyni, gdyż nie chciała, by ktokolwiek pomyślał, że ma coś wspólnego z panią Medlock. Myśl o tym, że ktoś mógłby ją wziąć za córkę tej kobiety, wprawiała ją w wielką złość.

Pani Medlock natomiast w ogóle nie przejmowała się jej obecnością i jej nastrojami. Należała do kobiet, które „nie tolerują żadnych brewerii”. Tak przynajmniej powiedziałaby każdemu, kto by ją o to zapytał. Nie chciała wyjeżdżać do Londynu akurat w tym samym czasie, w którym córka jej siostry, Marii, wychodziła za mąż, ale miała wygodną i dobrze płatną posadę w Misselthwaite, a jedynym sposobem na jej zachowanie było bezdyskusyjne wykonywanie poleceń pana Archibalda Cravena. Nigdy nie ośmieliła się niczego kwestionować.

„Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę – oznajmił pan Craven w swój lakonicznie oschły sposób. – Kapitan Lennox był bratem mojej żony, więc stałem się opiekunem jego córki. Dziecko należy sprowadzić tutaj. Musi pani pojechać do Londynu i przywieźć ją do domu”.

Zatem pani Medlock spakowała kuferek i wyruszyła w podróż.

Mary usiadła w kącie wagonu – bardzo brzydka i bardzo rozdrażniona. Nie miała nic do czytania ani do oglądania, więc złożyła drobne dłonie w czarnych rękawiczkach na podołku. Czarna sukienka sprawiała, że Mary wydawała się jeszcze bardziej żółta niż zwykle, a jej cienkie jasne włoski wysuwały się spod czarnego kapelusika z krepy.

„Nigdy w życiu nie widziałam szpetniejszej pannicy”, pomyślała pani Medlock. (W Yorkshire słowo „szpetny” oznacza również „zepsuty” i „rozkapryszony”). Nigdy nie widziała dziecka, które siedziałoby tak nieruchomo i nic nie robiło. Pani Medlock znużyło się wreszcie wpatrywanie się w dziewczynkę i odezwała się do niej przesadnie surowym tonem.

– Jak chcesz, mogę ci powiedzieć, dokąd jedziemy – oznajmiła. – Czy wiesz coś o swoim wuju?

– Nie – odpowiedziała Mary.

– Twoi rodzice nigdy ci o nim nie opowiadali?

– Nie – odrzekła Mary, marszcząc brwi. Zmarszczyła brwi, ponieważ przypomniała sobie, że ani tata, ani mama nigdy nie rozmawiali z nią o niczym konkretnym. Z całą pewnością nigdy niczego jej nie opowiadali.

– Hm – odchrząknęła pani Medlock, patrząc na tę dziwną obojętną twarzyczkę. Nie odzywała się przez kilka następnych chwil, a potem zaczęła od nowa: – Dobrze byłoby się czegoś dowiedzieć, żeby się przygotować. Bo jedziesz do osobliwego miejsca.

Mary nie odpowiedziała, a pani Medlock zaniepokoiła się tą pozorną obojętnością, ale wziąwszy głęboki oddech, mówiła dalej:

– Bo też jest to wspaniały wielki dom na swój posępny sposób, a pan Craven jest na swój sposób z niego dumny, pewnie równie posępnie. Dom liczy sześćset lat i stoi na skraju wrzosowiska, i ma ponad sto pokojów, choć większość z nich jest na stałe zamknięta. Są w nim obrazy i piękne stare meble, i różne rzeczy, które były tam od wieków, a wokół domu jest wielki park i ogrody, i drzewa z gałęziami sięgającymi ziemi, przynajmniej niektóre drzewa… – przerwała i wzięła kolejny oddech. – Ale poza tym nie ma tam nic innego – urwała nagle.

Mary – wbrew sobie – zaczęła jej słuchać. Wszystko, o czym mówiła pani Medlock, w ogóle nie przypominało Indii, a każda nowość była dla niej dosyć interesująca. Ale nie miała zamiaru okazywać za ciekawienia. Było to jedno z jej nieszczęsnych, przykrych przyzwyczajeń. Siedziała więc dalej nieruchomo.

– I co? – zapytała pani Medlock. – Co o tym myślisz?

– Nic – odparła Mary. – Nie znam takich miejsc.

Pani Medlock parsknęła śmiechem.

– No nie! – powiedziała. – Zachowujesz się jak stara zrzęda! Nic cię nie ciekawi?

– To bez znaczenia – odrzekła Mary – czy mnie ciekawi, czy nie.

– Co do tego akurat masz rację – przyznała pani Medlock. – To nie ma najmniejszego znaczenia. Nie mam też najmniejszego pojęcia, po co chcą cię trzymać w Misselthwaite, chyba tylko po to, że tak jest najprościej. On na pewno nie będzie zawracał sobie tobą głowy – tego możesz być pewna. Nigdy nikim nie zawraca sobie głowy.

Ugryzła się w język, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś w samą porę.

– Ma krzywe plecy – dodała. – I przez to wszystko mu się w życiu popsuło. Wyrósł na zgorzkniałego młodzieńca i nic mu nie pomogły ani pieniądze, ani wielki pałac, póki się nie ożenił.

Mary odwróciła ku niej wzrok, choć chciała sprawiać wrażenie obojętnej. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że garbus mógłby mieć żonę, więc była nieco zaskoczona. Pani Medlock natychmiast to zauważyła, a ponieważ była gadatliwą niewiastą, podjęła wątek ze wzmożonym zapałem. Tak czy inaczej nie miała nic innego do roboty.

– Jego żona była najczulszym i najśliczniejszym stworzeniem, a on poszedłby za nią w ogień. Nikt nie przypuszczał, że za niego wyjdzie, ale tak zrobiła, choć ludzie mówili, że tylko dla pieniędzy. Ale to nieprawda… nieprawda… – zarzekała się. – A kiedy umarła…

Mary wzdrygnęła się mimowolnie.

– Och, umarła? – wykrzyknęła, choć wcale nie chciała. Przypomniała sobie właśnie francuską bajkę, którą niegdyś czytała. Bajka ta nosiła tytuł Riquet a la houppe i mówiła o nieszczęsnym garbusie i pięknej księżniczce. Nagle zrobiło się jej żal pana Archibalda Cravena.

– Owszem, umarła – odpowiedziała pani Medlock. – A on po tym wszystkim zdziwaczał jeszcze bardziej. O nikogo nie dba. Z nikim się nie spotyka. Najczęściej wyjeżdża, a kiedy wraca do dworu, zamyka się w zachodnim skrzydle i dopuszcza do siebie tylko Pitchera. Pitcher jest już bardzo stary i zajmował się nim, kiedy pan Craven był mały, więc dobrze go zna.

Opowieść ta brzmiała zupełnie jak z książki, ale nie poprawiła humoru Mary. Dom o stu pokojach, z których niemal wszystkie są zamknięte na cztery spusty, stojący na skraju wrzosowiska – czymkolwiek jest owo wrzosowisko – wydawał się jej czymś strasznym. A do tego jeszcze pan Craven o krzywych plecach, który zamyka się w zachodnim skrzydle! Wyjrzała przez okno z zaciśniętymi ustami i jakby na zamówienie zaczął padać deszcz – padał skośnymi strugami, które rozpryskiwały się i spływały po szybach. Gdyby żyła śliczna żona pana Cravena, pobyt w dworze byłby radośniejszy, a wujenka mogłaby zastąpić Mary matkę i biegać na przyjęcia cała w koronkach. Ale już jej tam nie ma.

– Powinnaś się liczyć z tym, że go nie zobaczysz, bo idę o zakład, że nie wyjdzie ci na spotkanie – mówiła pani Medlock. – I nie licz też na to, że pojawi się służba, żeby zabawiać cię rozmową. Będziesz musiała sama się bawić i sama się sobą zajmować. Dowiesz się, w których pokojach możesz przebywać, a do których wchodzić nie wolno. Wokół dworu jest dosyć ogrodów. Ale zabraniam ci szwendać się po domu i wtykać wszędzie nos. Pan Craven tego nie cierpi.

– Nie mam zamiaru nigdzie wtykać nosa – odpowiedziała mała Mary z przekorną miną. A choć przed chwilą zrobiło się jej żal pana Archibalda Cravena, teraz przestała go żałować i pomyślała, że jest tak nieprzyjemny, że zasługuje na wszystko, co go spotkało.

Odwróciła oczy ku zalanym deszczem szybom wagonu kolejowego i zapatrzyła się w ponurą ulewę, która wyglądała tak, jakby nigdy nie miała się skończyć. Wpatrywała się w nią tak długo i tak uparcie, że posępna szarość pod jej powiekami stała się coraz cięższa i cięższa, aż wreszcie Mary usnęła.


ROZDZIAŁ III

ZA WRZOSOWISKIEM

Spała przez długi czas, a kiedy się obudziła, pani Medlock kupiła na jednym z kolejowych dworców kosz z drugim śniadaniem i zjadły kurczaka, wołowinę na zimno i chleb z masłem, popijając wszystko gorącą herbatą. Deszcz lał strumieniami, a wszyscy pasażerowie na peronie byli ubrani w mokre i śliskie przeciwdeszczowe peleryny. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a przy herbacie, kurczaku i wołowinie pani Medlock odzyskała humor. Zjadła bardzo dużo, a potem usnęła, a Mary siedziała i wpatrywała się w jej niegustowny czepek, który przekrzywił się na jedną stronę, po czym usnęła po raz drugi w kącie wagonu, ukołysana do snu szumem deszczu uderzającego o szyby. Kiedy się obudziła, było już dosyć ciemno. Pociąg stał na stacji, a pani Medlock potrząsała nią za ramię.

– Aleście twardo spali! – mówiła. – Czas otworzyć oczy. Jesteśmy na stacji Thwaite, a mamy jeszcze przed sobą kawał drogi.

Mary wstała i starała się nie zamykać oczu, kiedy pani Medlock zbierała pakunki. Nie zaoferowała pomocy, gdyż w Indiach służba zawsze zbierała i nosiła rzeczy, więc Mary wydawało się zupełnie naturalne, że jest wyręczana we wszystkim.

Stacyjka była mała i nikt na niej nie wysiadł z pociągu, oprócz Mary i pani Medlock. Zawiadowca odezwał się do gospodyni w szorstki, acz dobroduszny sposób, przeciągając dziwnie słowa, tak jak robią to w Yorkshire, o czym Mary dowiedziała się znacznie później.

– Widzę, żeście wrócili – powiedział. – I żeście przywieźli ze sobą tę małą.

– Ano tak, to ona – odpowiedziała pani Medlock, mówiąc z tutejszym akcentem i wskazując brodą przez ramię na Mary. – A jak wasza żona?

– Ano dobrze. Powóz czeka przed stacją.

Kryty powóz stał przy drodze przed krótkim niezadaszonym peronem. Mary zauważyła, że to elegancki pojazd, a do środka pomógł jej wsiąść nie mniej elegancki lokaj. Jego długa gumowana peleryna i wodoszczelne okrycie cylindra błyszczały i ociekały deszczem jak wszystko wokół, łącznie ze zwalistym zawiadowcą stacji.

Gdy lokaj zamknął drzwi, wspiął się na kozioł obok stangreta i pojechali, a dziewczynka rozsiadła się na wygodnych poduchach w rogu powozu, choć nie miała już zamiaru spać. Siedziała i wyglądała przez okno, chcąc przyjrzeć się drodze, po której wieziono ją do dziwnego miejsca, o którym mówiła pani Medlock. Nie była wcale bojaźliwym dzieckiem, więc trudno orzec, czy się bała, choć czuła, że nie wiadomo do końca, co może się jej przydarzyć w dworze o stu pokojach, z których niemal wszystkie są pozamykane na cztery spusty – dworze stojącym na skraju wrzosowiska.

– Co to jest wrzosowisko? – zapytała niespodzianie, zwracając się do pani Medlock.

– Wyjrzyj za okno za jakieś dziesięć minut, a zobaczysz – odpowiedziała gospodyni. – Musimy przejechać pięć mil przez wrzosowisko Missel, zanim dostaniemy się do dworu. Teraz niewiele zobaczysz, bo jest ciemna noc, ale coś tam wypatrzysz.

Mary nie zadawała już więcej pytań, tylko czekała w mrocznym kąciku powozu, wyglądając przez okno. Lampy rzucały promienie światła niezbyt daleko przed zaprzęgiem i w świetle tym majaczyły zarysy mijanej okolicy. Po opuszczeniu stacji przejechali przez maleńką wioskę i Mary widziała pomalowane na biało domki i światła gospody. Potem minęli kościół i probostwo, i małą sklepową wystawę w domku, w którym sprzedawano zabawki, słodycze i różne dziwne przedmioty. Później znaleźli się na gościńcu i zobaczyła żywopłoty i drzewa. Jeszcze później długo nic się nie zmieniało w okolicy, przez którą jechali – tak przynajmniej wydawało się Mary.

Wreszcie konie zwolniły, jakby wspinając się pod górę, i nagle zniknęły drzewa i krzaki. W gruncie rzeczy Mary nie mogła dostrzec niczego, poza gęstymi ciemnościami po obu stronach. Pochyliła się i przytknęła nos do szyby, a powóz nagle szarpnął.

– Oho! Jesteśmy już na wrzosowisku, nie ma co! – zawołała pani Medlock.

Lampy rzucały żółty blask na wyboisty gościniec, który przecinał krzaki i niskie zarośla, kończące się ogromną połacią ciemności rozciągającej się przed nimi i wokół nich. Wzmagał się wiatr, który szumiał jednostajnie, dziko i głucho.

– To… to nie jest morze, prawda? – zapytała Mary, wpatrując się w swą towarzyszkę.

– Ano nie – odpowiedziała pani Medlock. – Nie są to też pola ani góry, tylko całe połacie dzikich ostępów, na których nie rośnie nic oprócz wrzosów, janowca i żarnowca. Nie żyje tu też nic prócz dzikich koników i owiec.

– Mam wrażenie, że gdyby nalać tu wody, mogłoby to być morze – powiedziała Mary. – Szumi jak ocean.

– To wiatr szumi w zaroślach – odrzekła pani Medlock. – Na mój rozum to dzikie i ponure miejsce, choć niemało jest takich, którym się podoba, szczególnie jak kwitną wrzosy.

Jechali coraz dalej w ciemności, a choć deszcz ustał, wiatr hulał i gwizdał, i wydawał najosobliwsze odgłosy. Gościniec biegł pod górę i z góry, parokrotnie przejeżdżali po mostkach, pod którymi szumiała rwąca hałaśliwie woda. Mary miała wrażenie, że jazda nigdy się nie skończy i że to wielkie posępne wrzosowisko jest nieogarnioną połacią czarnego oceanu, który przemierza po skrawku stałego lądu.

„Nie podoba mi się tutaj”, mówiła do siebie. „Nie podoba mi się…”, i jeszcze bardziej zacisnęła wąskie wargi.

Konie wspinały się gościńcem na wzgórze, za którym wypatrzyła światła. Pani Medlock ujrzała je w tej samej chwili i wydała długie westchnienie ulgi.

– No naprawdę, cieszę się, widząc to migoczące światełko – wykrzyknęła. – Świeci się w oknie stróżówki. Zaraz wypijemy filiżankę dobrej herbaty, nie ma co.

To „zaraz”, o którym mówiła pani Medlock, trwało dosyć długo, bo gdy powóz przejechał przez parkową bramę, została im jeszcze do pokonania dwumilowa aleja, która za sprawą rosnących wzdłuż niej drzew (stykających się niemal koronami) przypominała długi ciemny loch.

Wyjechali z tego lochu na otwartą przestrzeń i stanęli przed niezwykle długim, niskim domostwem zbudowanym wokół kamiennego dziedzińca. Mary wydało się początkowo, że w żadnym oknie nie świeci się światło, ale kiedy wysiadła z powozu, zauważyła słabą poświatę w jednym z narożnych pokoi na piętrze.

Drzwi wejściowe były ogromne, a masywne dębowe skrzydła o osobliwym kształcie nabijane były grubymi żelaznymi ćwiekami i obramowane żelazem. Prowadziły do olbrzymiego westybulu, oświetlonego tak słabo, że Mary odechciało się nagle wpatrywać w oblicza na wiszących na ścianach portretach i przyglądać się postaciom w zbrojach. Kiedy stanęła na kamiennej posadzce, wydawała się bardzo mała i była tylko niepozorną, ubraną na czarno figurką, czując się przy tym tak mała, niepozorna i zagubiona, jak wyglądała.

Obok odźwiernego, który wpuścił je do środka, wyrósł schludnie odziany szczupły starzec.

– Należy zaprowadzić ją do pokoju – oznajmił schrypniętym głosem. – Nie chce jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.

– Ma się rozumieć, panie Pitcher – odpowiedziała pani Medlock. – Póki wiem, czego się po mnie spodziewa, jakoś sobie radzę.

– Zatem spodziewa się po pani – dodał pan Pitcher – aby zadbała o to, żeby mu nie przeszkadzano oraz żeby nie widział tego, czego nie chce widzieć.

Po tej rozmowie poprowadzono Mary Lennox szerokimi schodami na górę, a dalej przez długi hol do kolejnych, krótszych schodów i znów korytarzem i jeszcze jednym, aż wreszcie otwarto przed nią drzwi i znalazła się w pokoju, w którym paliło się w kominku, a na stole stała kolacja.

– No to jesteś na swoim! – rzuciła bezceremonialnie pani Medlock. – Ten pokój i sąsiedni to twoje mieszkanie, w którym powinnaś pozostać. I lepiej, żebyś o tym pamiętała!

W ten sposób panna Mary przybyła do dworu Misselthwaite i nigdy dotąd nie czuła się tak „przekornicko” jak teraz.


ROZDZIAŁ IV

MARTA

Rano otworzyła oczy tylko dlatego, że do pokoju weszła młoda służąca, żeby rozpalić na kominku, i hałasowała przy wybieraniu popiołu, uklęknąwszy na chodniczku przed paleniskiem. Mary, nie wstając z łóżka, przyglądała się jej przez kilka chwil, a potem rozejrzała po pokoju. Nigdy nie widziała czegoś takiego i uznała, że pokój jest ciekawy, choć ponury. Ściany były obite tkaniną z wyhaftowanymi na niej scenami myśliwskimi. Pod drzewami stali dziwacznie ubrani ludzie, a w oddali widniały wieżyczki jakiegoś zamczyska. Wszędzie byli myśliwi, konie, psy i damy. Mary czuła się tak, jakby towarzyszyła im w lesie. Za głęboko osadzonym w ścianie oknem ujrzała olbrzymią, biegnącą pod górę połać ziemi, na której nie było drzew i która przypominała nieskończone ciemnofioletowe morze.

– Co to jest? – zapytała, wskazując za okno.

Marta – młoda pokojówka, która właśnie wstała z kolan – spojrzała na Mary i również wyciągnęła rękę.

– To tam? – spytała.

– Tak.

– To tam to wrzosowisko – odpowiedziała z przyjaznym uśmiechem. – Podoba się panience?

– Nie – odburknęła Mary. – Bardzo mi się nie podoba.

– To przez to, że panienka do niego nie nawykła – stwierdziła

Marta, odwracając się do paleniska. – Teraz wydaje się panience za duże i zbyt puste. Ale z czasem polubi je panienka na pewno.

– A ty je lubisz? – zapytała Mary.

– Ano tak! – odpowiedziała Marta, polerując z zapałem kratę paleniska. – Ja je uwielbiam! Bo wcale nie jest puste. Bo zawsze coś na nim rośnie i pachnie słodko. Bo jest najcudniejsze wiosną i latem, kiedy kwitną janowce, żarnowce i wrzos. Bo pachnie wtedy jak miód i pełno na nim świeżego powietrza, a niebo jest tak wysoko, a pszczoły bzyczą i skowronki śpiewają najradośniej! Oj, nie zamieniłabym tego wrzosowiska na nic innego!

Mary słuchała jej z powagą, choć na jej twarzy malował się wyraz zdziwienia. Hinduscy służący, z jakimi miała do czynienia, byli zupełnie inni. Posłuszni i uniżeni, nie ośmieliliby się rozmawiać z chlebodawcami jak równy z równym. Kłaniali się wpół i zwracali się do państwa, mówiąc „miłościwy panie” albo „miłościwa pani”, albo coś w tym rodzaju. Hinduskim służącym wydawało się polecenia i o nic się ich nie prosiło. Mówienie „proszę” i „dziękuję” nie należało do dobrego tonu, a Mary, kiedy była zła, często policzkowała swoją ajah. Zastanawiała się przez chwilę, jak zachowałaby się ta dziewczyna, gdyby ktoś ją spoliczkował. Była rosła, rumiana i dobroduszna, ale miała w sobie hardość, która kazała panience Mary przypuszczać, że mogłaby zrewanżować się pięknym za nadobne, gdyby komuś, a szczególnie małej dziewczynce, przyszło do głowy uderzyć ją w twarz.

– Jesteś dziwną służącą – oznajmiła wyniośle z wysokości poduszek.

Marta przysiadła na piętach ze szczotką ryżową w dłoni i roześmiała się, wcale niezmieszana.

– Ech, wiem o tym! – powiedziała. – Gdyby w Misselthwaite była jaśnie pani, nigdy nie wpuszczono by mnie na pokoje. Mogłabym co najwyżej zostać pomywaczką, ale nigdy nie trafiłabym na górę. Ja jestem prosta dziewczyna i za dużo gadam po naszemu, jak to się mówi w Yorkshire. Ale ten dom, choć taki wspaniały, jest inny. Bo nie ma tu ani jaśnie pana, ani jaśnie pani, a tylko pan Pitcher i pani Medlock. Pan Craven chce mieć ciągle święty spokój, kiedy jest akurat w domu, ale przeważnie go nie ma. Pani Medlock najęła mnie tu z czystej dobroci. Ale mi powiedziała, że gdyby w Misselthwaite było tak jak w innych dworach, nigdy nie trafiłabym na pokoje.

– Będziesz moją służącą? – zapytała Mary w zwykły, nieco władczy sposób, do którego przywykła w Indiach.

Marta wróciła do czyszczenia paleniska.

– Jestem służącą pani Medlock – odpowiedziała hardo. – A ona jest służącą pana Cravena. Ale mam tu robotę pokojówki i mam też usługiwać panience. Ale przy panience nie ma dużo do zrobienia…

– A kto mnie będzie ubierał? – zapytała Mary.

Marta znów przysiadła na piętach i wbiła wzrok w dziewczynkę. Ze zdumienia zaczęła mówić z wyraźnym akcentem z Yorkshire.

– A to panienka sama sie nie umi obdziać?! – wykrzyknęła.

– Co to znaczy? Nie rozumiem, co do mnie mówisz – odparła Mary.

– Ech, zapominam się… – poprawiła się Marta. – Pani Medlock kazała mi uważać na słowa, żeby panienka mnie zrozumiała. Pytałam się, czy panienka nie umie sama włożyć sukienki.

– Nie – odpowiedziała Mary z niemałym oburzeniem. – Nigdy w życiu sama nie wkładałam sukienki. Ubierała mnie zawsze moja niania.

– No tak… – mruknęła Marta, nie zdając sobie sprawy z własnego zuchwalstwa. – Więc najwyższa pora, żeby panienka się nauczyła. Wcześniej panienka nie mogła. Dobrze panience zrobi, jak się panienka nauczy sama się oporządzać. Mama zawsze mi mówiła, że nie ma najmniejszego pojęcia, jakim sposobem dzieci jaśnie państwa nie głupieją do szczętu od tego niańczenia, mycia i ubierania, i wyprowadzania na spacer jak szczenięta.

– W Indiach jest inaczej – odpowiedziała pogardliwie panienka Mary. Nie mogła znieść tej paplaniny.

Na Marcie nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Toć, sama widzę, że jest inaczej – mówiła dalej niemal ze współczuciem. – Chyba z tej przyczyny, że jest tam tylu czarnych, zamiast porządnych, białych ludzi. Kiedy usłyszałam, że panienka przyjeżdża z Indii, pomyślałam sobie, że i ona jest czarna…

Mary aż usiadła z wściekłości na łóżku.

– Co! – wykrzyknęła. – Co! Myślałaś, że jestem Hinduską?! Ty… ty córko świni!

Marta wbiła w nią wzrok i zrobiła groźną minę.

– Niech panienka uważa na słowa – mruknęła. – Nie musi się panienka tak złościć. Takich słów nie używają młode damy. Nie mam nic przeciwko czarnym. W nabożnych pismach można przeczytać, że są bardzo religijni. Piszą też w nich, że czarny to taki sam człowiek i nasz bliźni. Nigdy nie widziałam czarnego i nawet się uradowałam, że w końcu takiego zobaczę. Kiedy przyszłam rano napalić w kominku, podkradłam się do łóżka panienki i ostrożnie uchyliłam kołdrę. No i co się okazało… – dodała z rozczarowaniem – …że panienka wcale nie jest czarniejsza ode mnie, tylko trochę bardziej żółta.

Mary poczuła się tak upokorzona, że nawet nie starała się zapanować nad wybuchem wściekłości.

– Wzięłaś mnie za Hinduskę! Jak śmiałaś! Nic nie wiesz o Hindusach! To nie ludzie, tylko służba, która musi się kłaniać. Nic nie wiesz o Indiach. W ogóle nic nie wiesz!

Wpadła w takie wzburzenie – spokojny wzrok dziewczyny sprawiał, że czuła własną bezradność i nagłe przeraźliwe osamotnienie oraz oddalenie od wszystkiego, co rozumiała, i od miejsc, w których ją rozumiano – że rzuciła się twarzą na poduszkę i załkała rozdzierająco. Szlochała tak niepohamowanie, że dobroduszna Marta z Yorkshire przestraszyła się nieco – zrobiło się jej żal Mary. Podeszła do łóżka i pochyliła się nad dziewczynką.

– No nie, niech panienka tak nie płacze… – prosiła. – Nie trza tak płakać. Nie wiedziałam, że panienka tak się rozeźli. To prawda, że nic nie wiem o niczym, tak jak panienka mówiła. Proszę mi wybaczyć, panienko. I niech panienka nie płacze…

W osobliwej jorkszyrskiej gwarze i bezceremonialnym podejściu Marty kryło się coś kojącego i naprawdę przyjaznego, co wywarło dobroczynny wpływ na Mary, która powoli przestała zanosić się płaczem i ucichła. Marcie wyraźnie ulżyło.

– Teraz już pora, żeby panienka wstała – powiedziała. – Pani Medlock przykazała mi, żebym podawała panience śniadanie, podwieczorek i obiad w sąsiednim pokoju. Specjalnie zrobili z niego bawialnię dla panienki. Pomogę panience się ubrać, jak panienka wstanie. Jeśli sukienka zapina się z tyłu, to panienka sama się nie zapnie…

Kiedy Mary postanowiła ostatecznie wstać z łóżka, stwierdziła, że ubrania, jakie Marta wyjęła z szafy, nie były tymi, w których przyjechała poprzedniego wieczoru z panią Medlock.

– To nie moje rzeczy – rzuciła. – Moje są czarne.

Przyjrzała się uważniej grubemu białemu płaszczykowi z wełny i sukience, po czym dodała tonem chłodnej aprobaty:

– Te są ładniejsze od moich.

– I te panienka musi włożyć – orzekła Marta. – Pan Craven kazał pani Medlock kupić je dla panienki w Londynie. Powiedział jej tak: „Nie życzę sobie, aby po moim domu snuła się, niczym zbłąkana dusza, dziecko w czerni”. Tak jej powiedział. „To uczyniłoby dom jeszcze smutniejszym. Proszę ubierać ją kolorowo”. Mama mówiła, że wie, co miał na myśli. Mama zawsze wie, co ludzie mają na myśli. Ona też nie przepada za czernią.

– Nienawidzę czerni – dorzuciła Mary.

Podczas ubierania obie się czegoś nauczyły. Marta wprawdzie nieraz „zapinała guziczki” młodszym siostrom i braciom, ale nigdy w życiu nie widziała dziecka, które by podczas odziewania stało nieruchomo i czekało, aż wszystko się za nie zrobi, jakby nie miało rąk ani nóg.

– Czemu panienka sama nie założy trzewików? – zapytała Marta, gdy Mary spokojnie wystawiła stopę.

– Ajah zawsze zakładała mi buciki – odpowiedziała Mary, popatrując na nią ze zdziwieniem. – Taki panował zwyczaj.

Często powtarzała: „Taki panował zwyczaj”. Zdanie to słyszała bez przerwy z ust hinduskiej służby. Jeśli ktoś kazał Hindusowi zrobić coś, czego nie robili od tysięcy lat jego przodkowie, narażał się na pełne łagodnego wyrzutu spojrzenie i słowa: „To nie należy do zwyczaju”. Słowa te zamykały każdą sprawę.

Nie należało do zwyczaju, by panna Mary robiła cokolwiek podczas toalety, poza cierpliwym staniem i pozwalaniem na ubieranie się jak lalka, lecz teraz, zanim przygotowała się do śniadania, zaczęła podejrzewać, że jej życie w Misselthwaite doprowadzi do tego, że nauczy się wielu nowych rzeczy – takich jak samodzielne wkładanie trzewików i pończoch czy podnoszenie upuszczanych przedmiotów. Gdyby Marta była dobrze wyszkoloną pokojówką wykwintnej młodej damy, stałaby się bardziej uległa i okazywałaby więcej szacunku, wiedząc, że do niej należy szczotkowanie włosów, zapinanie trzewików, podnoszenie drobiazgów i odkładanie ich na miejsce. Była wszelako tylko prostą wieśniaczką z Yorkshire, wychowaną w chacie przy wrzosowisku, gdzie tłoczyła się gromadka drobnego potomstwa, któremu nigdy do głowy by nie przyszło, że można tylko zajmować się sobą i nie pomagać młodszym, będącym jeszcze niemowlętami przy matczynej piersi lub uczącymi się chodzić szkrabami, przewracającymi sprzęty.

Gdyby Mary Lennox była wesołym dzieckiem, gadatliwość Marty z pewnością by ją ucieszyła, ale ona tylko przysłuchiwała się służącej z chłodną obojętnością i dziwiła się jej brakowi ogłady. Początkowo w ogóle nie ciekawiło jej, o czym mówi Marta, ale stopniowo dobroduszna swojska paplanina pokojówki przykuła jej uwagę.

– Oj tak, powinna panienka zobaczyć ich wszystkich razem! – trajkotała. – Jest nas aż dwanaścioro, a tata zarabia tylko szesnaście szylingów na tydzień. I mówię panience, że mamie często trudno zapchać wszystkie gęby owsianką. Przez całe dnie latają i dokazują na wrzosowisku, a mama mówi, że nabierają ciała od tutejszego powietrza. Powiada, że żywią się trawą, jak dzikie koniki. Nasz Dick ma dwanaście lat i oswoił sobie dzikiego kuca na własność, jak mu się zdaje.

– Skąd go wziął? – zapytała Mary.

– A spotkał go na wrzosowisku, jak kuc był jeszcze źrebakiem, co biegał za klaczą, i zaczął go oswajać, karmiąc go okruszynami chleba i zrywając mu świeżą trawę. Konik go polubił i chodzi za nim krok w krok, i pozwala mu nawet wskakiwać na grzbiet. Dick to dobry chłopak i zwierzęta go lubią.

Mary nigdy nie miała na własność żadnego zwierzątka, a zawsze chciała mieć. Poczuła więc lekkie zaciekawienie Dickiem, a ponieważ nigdy nie interesowała się nikim poza sobą, był to pierwszy objaw zdrowej zmiany nastawienia.

Kiedy weszła do pokoju, który przeznaczono na jej bawialnię, stwierdziła, że niewiele różni się on od tego, w którym spała. Nie był to pokój dziecięcy, lecz pokój dorosłego – z ponurymi starymi obrazami, wiszącymi na ścianach, i ciężkimi, dębowymi krzesłami. Na stojącym na środku stole nakryto do smacznego pożywnego śniadania. Ale Mary nigdy nie miała apetytu, więc całkiem obojętnie zerknęła na pierwszy talerz postawiony przed nią przez Martę.

– Nie chcę tego – rzuciła.

– Nie smakuje panience owsianka?! – wykrzyknęła z niedowierzaniem Marta.

– Nie.

– Ale panienka nawet nie wie, jaka ona dobra! Z odrobinką syropu albo z łyżeczką cukru.

– Nie chcę – powtórzyła Mary.

– Ech… – zasępiła się Marta. – Nie mogę patrzeć na taką marnację. Gdyby przy tym stole usiadły nasze dzieciaki, spałaszowałyby wszystko przez pięć minut.

– Jak to? – zapytała oschle Mary.

– Jak to! – powtórzyła jak echo Marta. – A tak to, że przez całe życie latają z pustymi brzuchami! Są wygłodniałe jak młode wilki!

– Nie wiem, co to znaczy być wygłodniałym – odpowiedziała Mary z obojętnością, jaką niesie ze sobą tylko ignorancja.

Marta spojrzała na nią z oburzeniem.

– Dobrze, powiadam, zrobiłoby panience posmakowanie głodu. Klnę się na Boga! – wykrzyknęła z przejęciem. – Nie mam cierpliwości do ludzi, co tylko siedzą i patrzą się jak sroka w gnat na chleb z obkładem. Słowo daję! Och, gdyby tylko Dick i Phil, i Jane, i cała reszta mogli wziąć sobie wszystko, co tutaj stoi!

– Więc zabierz im to – zaproponowała Mary.

– To nie moje – odrzekła dumnie Marta. – I nie mam dzisiaj wychodnego. Mam wolne tylko raz w miesiącu, jak wszyscy. Wtedy biegnę do domu pomagać mamie, żeby choć raz mogła odpocząć.

Mary wypiła filiżankę herbaty i zjadła cienką grzankę z dżemem.

– Niech się panienka ciepło odzieje i biegnie pobawić się na dwór – mruknęła Marta. – Wyjdzie to panience na zdrowie i do obiadu wróci jej apetyt.

Mary podeszła do okna, za którym widać było ogrody, ścieżki i ogromne drzewa, ale wszystko wyglądało ponuro i wietrznie.

– Na dwór? Mam wyjść na dwór przy takiej pogodzie?

– Jak panienka nie chce wyjść na dwór, to może zostać w domu, tylko ciekawe, co panienka będzie tutaj robiła?

Mary rozejrzała się po pokoju. Nie było w nim niczego interesującego. Pani Medlock nie pomyślała o rozrywkach dla małej dziewczynki, kiedy przygotowywała bawialnię. Może zatem lepiej będzie wyjść i obejrzeć, jak wyglądają ogrody.

– Kto będzie mi towarzyszył? – zapytała.

Marta spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Sama panienka pójdzie – rzuciła. – Musi się panienka nauczyć bawić jak inne dzieci, co nie mają rodzeństwa. Nasz Dick chodzi sam na wrzosowisko i bawi się tam całymi godzinami. Dzięki temu oswoił kucyka. Znają go też tamtejsze owce, a ptaki przylatują jeść mu z ręki. Choć sam ma mało do jedzenia, zawsze zostawia jakieś okruszyny, żeby przywabić zwierzątka.

Mary nie zdawała sobie z tego sprawy, ale to właśnie wzmianka o Dicku skłoniła ją do wyjścia na dwór. Na dworze będą ptaki, choć trudno je porównać z kucami czy owcami Dicka. Tutejsze ptaki z pewnością są inne od tych, jakie widziała w Indiach, więc warto im się przyjrzeć.

Marta przyniosła jej płaszczyk, kapelusz i parę mocnych trzewików, a potem pokazała jej, którędy schodzi się na dół.

– Jak panienka pójdzie w tamtą stronę, dojdzie do ogrodów – powiedziała, pokazując palcem bramę między gęstymi żywopłotami. – Latem jest tam pełno kwiatów, ale teraz nic akurat nie kwitnie… – Zawahała się przez chwilę, po czym dodała: – Jeden z ogrodów jest zamknięty na klucz. Od dziesięciu lat nikt do niego nie zaglądał.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.