Tajemnica kapitału  - Hernando de Soto - ebook
Wydawca: Fijorr Publishing Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica kapitału - Hernando de Soto


Światowy bestseller, światowej sławy ekonomisty peruwiańskiego. Co prawda, peruwiański ekonomista brzmi, jak polskie dżinsy, Hernando de Soto jest absolwentem najlepszych szkół amerykańskich i europejskich, fundatorem Instytutu liberalnego w Limie, który świadczy usług doradcze prezydentom Rosji, Egiptu, Haiti, Brazylii, ale także USA i Finlandii. ksiązka odkrywa jedną z tajemnic współczesności, mianowicie, dlaczego jednym krajom udał się dobrobyt, a drugie ciągle brną w ubóstwo. De Soto podaje jasną, logiczną, a col ważne, prawdziwą odpowiedź. TA KSIĄŻKA jest lekturą olbowiązkową każdego inteligenta.


Tłumaczenie: Szymon Czarnik

Opinie o ebooku Tajemnica kapitału - Hernando de Soto

Fragment ebooka Tajemnica kapitału - Hernando de Soto








Hernando de Soto

Tajemnica kapitału

Dlaczego kapitalizm triumfuje na Zachodzie a zawodzi gdzie indziej

Tłumaczenie: Szymon Czarnik

Fijorr Publishing

Chicago - Warszawa 2002


Copyright for the Polish translation: Jan M. Małek


Copyright for the Polish edition: © 2002 Fijorr Publishing and Polish-American Foundation for Economic Research and Education

Oryginał w języku angielskim : The Mystery of Capital, Why Capitalism Triumphs in the West and Fails Everywhere Else

Copyright © 2000 by Hernando de Soto


Tłumaczenie na język polski: Szymon Czarnik

Redakcja: Jan M. Fijor i Jan M. Małek

Skład: Piktograf


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być reprodukowana jakimkolwiek sposobem (mechanicznym, elektronicznym, drogą fotokopii) bez pisemnego zezwolenia wydawców, z wyjątkiem recenzji czy referatów, w którym to wypadku recenzent czy referujący ma prawo przytaczać krótkie wyjątki z książki, nie przekraczające 100 słów.


ISBN 83-907621-6-1


Niniejsze wydanie ukazuje się dzięki finansowej pomocy ze strony PolishAmerican Foundation for Economic Education, P. O. Box 1475, Torrance, California 90505, USA


W sprawie dystrybucji kontakt elektroniczny z wydawcą pod adresami: fijorr@usa.com lub jfijor@prodigy.net


Wydanie pierwsze


Druk i oprawa: Drukarnia GS

Konwersja: Nexto Digital Services

Konwersja: Nexto Digital Services


Dedykacja

Marianowi Cornejo, który nauczył mnie twardo stąpać po ziemi,

i

Duncanowi Macdonald'owi, który nauczył mnie żeglować według gwiazd.




OD REDAKCJI
ZIEMIA, CZYLI MARTWY KAPITAŁ


Siedem mil na wschód od północnego cypla półwyspu Yukatan, w miejscu gdzie zlewają się wody Zatoki Meksykańskiej i Morza Karaibskiego, znajduje się malownicza wysepka Holbox. Podobno przed dwustu laty była schronieniem morskich rabusiów. Dzisiaj zamieszkuje ją niespełna trzysta rodzin, utrzymujących się głównie z rybołówstwa. Wielu z nich to potomkowie piratów, dla których wody Karaibów były niegdyś ulubionym terenem rozbojów. Wprawdzie XIX – wieczne dokumenty wspominają coś o pozostawionych na Holbox pirackich skarbach, zamożność wyspiarzy wskazuje raczej, że korsarskie łupy tkwią nadal w ziemi...

Mimo dogodnego położenia (w prostej linii zaledwie 70 km od międzynarodowego lotniska w Cancun), wyśmienitych walorów klimatycznych i środowiskowych, niezwykle bujnej flory, a zwłaszcza fauny – ponad 1000 gatunków ptactwa, tyle samo gatunków mariscos czyli owoców morza – Isla Holbox była jeszcze do niedawna miejscem nieznanym, niemal w ogóle nie uczęszczanym. Przed laty przyjeżdżał tam sam Jacques Cousteau, filmować rafy koralowe pobliskiej laguny Yalahau, lecz odkąd odkrył podziemne "pałace" z korali w pobliżu wyspy Roatan, u wybrzeży Hondurasu, przestał na Holbox zaglądać.

Dwa prymitywne, podupadłe hoteliki świeciły pustkami, służąc raczej jako pralnie pieniędzy, niż miejsce noclegu dla turystów. Jeszcze pięć, sześć lat temu jedynymi przybyszami na Isla Holbox byli zbieracze muszli, ortodoksyjni ekoturyści z Europy oraz bogaci Amerykanie, przylatujący tutaj awionetkami na połów tarponów, marlinów czy latających ryb, od których w okolicznych wodach wprost się kłębi. Na Holbox czekał na nich kapitan motorowego jachtu z Chetumal, którym wyruszali w morze. Amerykanów ani wyspa, ani znajdująca się na niej wioska rybacka, czy tym bardziej jej mieszkańcy nie interesowali. Chyba że natknął się na nich akurat, mówiący trochę po angielsku, Telesh czy Negro, ale i oni musieli mieć nie lada szczęście, gdyż jachty gringo zapuszczały się w morze znacznie dalej, niż płaskodenne łodzie holboxańskich rybaków. Po takim spotkaniu Amerykanie kiwali głowami zdumieni tym, jak ktoś może z takiej łodzi łowić ryby, rybacy nie mogli wyjść z podziwu, że ktoś tyle świata pokonuje, aby złowić rybę, której i tak nikt jeść nie chce...

Życie na Isla Holbox toczyło się monotonnie, z dnia na dzień, a dokładniej od wiatru do wiatru. Gdy nadchodził El Norte, wiatr od północy, a wraz z nim ławice mero, pargo czy hurel,a, ludzie niecierpliwie czekali aż wiatr ucichnie. Gdy przestawało wiać, z niepokojem wyczekiwali aż El Norte, a wraz z nim duża ryba, uderzy znowu i będą mogli wyruszyć na połów...

Zresztą, co to za połów. Rybołówstwo na Holbox było równie biedne, co sami rybacy. Z braku pieniędzy, sprzęt rybacki ograniczał się do dwunastostopowych łodzi, napędzanych najpierw siłą mięśni, później przy pomocy silników "Johnsona", sieci nylonowej i bojek ze styropianu. Nieco lepiej wiodło się tym, którzy nurkowali za homarem. Za kilo mięsa tego smakowitego skorupiaka płacono na giełdzie w Miami do 25 dol., ale i to się kończyło. Z czasem dobrali się do nich ekologowie, wymuszając ograniczenie kwot połowowych na ten przysmak ludzi z Północy. Nawet bez tego, homara zaczęło brakować. Chefo, który na homarach i caracoles, ślimakach morskich dorobił się pizzerii serwującej legendarną "pizzę z homarem", uważa, że chętnych dobrego zarobku jest więcej, niż ślimaków czy homarów. Siła robocza w okolicy tania, toteż kandydatów na nurków nie brakowało. Zwłaszcza po tym, jak w 1988 uderzył w Holbox morderczy huragan "Gilberto", który spustoszył wyspę, niszcząc większość stojących w marinie łodzi.

Nie inaczej było z rekinami, po które wypływali Holboxanie daleko za przylądek Cabo Catoche, w pobliże wód Kuby. Za mięso rekina bogaci pośrednicy z Progreso płacą dobrze, 2 dol. za kilo, ale ile tych kilogramów można złowić na takiej małej łodzi? Zresztą po tym, jak Marco stracił rękę w czasie wyciągania bestii z wody, niełatwo już było skompletować załogę. Gdyby stać ich było na większą łódź, na mocniejszy silnik, ale to wymagało kapitału. Tymczasem wszystko co posiadali to lichy, sklecony z drewna zapote domek, stawiany na skrawku komunalnego gruntu, należącego do ejido, wspólnoty ziemskiej – na kształt rezerwatów amerykańskich Indian – podarowanej wiosce w latach 1920. z nadania Reforma Agraria, powołanego dekretem prezydenta Plutarcho E. Callesa, urzędu do spraw reformy rolnej...

W podobnej sytuacji były wioski rybackie rozrzucone wzdłuż pasa nadbrzeżnego, znanego dzisiaj, jako Rivera Maya, od Holbox na zachód – po Meridę, oraz na południe, po Chetumal, stolicę stanu Quintana Roo...


* * *


Do połowy lat 1990. roku, ejido było jednym z głównych posiadaczy ziemi w Meksyku. Terenów należących do wspólnoty nie można było sprzedać, kupić, zamienić, zastawić – stanowiły klasyczny przykład "martwego kapitału". O ich przeznaczeniu decydowała Rada Ejido (ejidatarios), organ wybierany przez mieszkańców wspólnoty. Jej decyzji nie mógł zmienić powiat, miały z tym trudności nawet władze stanowe.

Ktoś, kto się na gruntach ejido urodził, albo kto postawił na nich swoją chatę, miał prawo mieszkać w niej aż do śmierci. Nikt mu nie mógł tego prawa odebrać. Jeśli umarł bezpotomnie, a spadkobiercy po jego śmierci trafili akurat na spokrewnionych bądź życzliwych ejidatarios, mogli uzyskać constancia, dokument gwarantujący przejście domu wraz z gruntem w ich posiadanie. Jeśli jednak nie zgodził się na to któryś z członków Rady, wioskę opuszczali, albo czekali na lepsze czasy. Pozostawiona po zmarłym scheda stawała się własnością społeczności lub – częściej – dzielili ją między sobą członkowie Rady.

Pod koniec lat 1990., ówczesny prezydent Meksyku, absolwent amerykańskiej uczelni z Ivy League, Ernesto Zedillo postanowił poruszyć skostniały układ własnościowy. Jaki cel przyświecał ówczesnemu prezydentowi, tego do końca nie wiadomo. Najprawdopodobniej chodziło o podatki. Ziemia należąca do ejido, jako niehipotekowalna, nie była opodatkowana. Miało to także złe strony dla samego ejido, które w ten sposób pozbawione było dotacji federalnych na infrastrukturę komunalną. W każdym razie ukazała się ustawa zezwalająca na federalizację gruntów ejido czyli na zmianę formy ich własności z komunalnej na prywatną, a więc hipotekowalną. W przypadku, gdyby wyraziła na to chęć i zgodę większość mieszkańców, Rada Ejido miała obowiązek zwrócić się do władz państwowych o przejęcie ziemi i wydanie indywidualnych dokumentów własnościowych.

Na atrakcyjnie położonych terenach ejidalnych, najpierw na wybrzeżu Pacyfiku, potem także na wschodnim wybrzeżu, zaczął się ruch. Perspektywa uwolnienia terenów należących do ejido przyciągnęła miejscowych i zagranicznych inwestorów, ceny ziemi zaczęły rosnąć w tempie wykładniczym, korzystali na tym mieszkańcy ejido, którzy mieli teraz kapitał, pracę oraz sposobność do robienia interesów...

Co prawda, przygotowanie referendum, złożenie odpowiednich podań do ministerstwa d/s reformy rolnej a także wydanie zezwolenia, to proces żmudny i długotrwały, w wielu wioskach czy wspólnotach odczytano go jako sygnał do wolnego obrotu ziemią. Kupowanie ziemi przed formalizacją jej statusu wiązało się z pewnym ryzykiem, ale się opłacało; niższa była cena gruntu.

Holbox to wprawdzie ponad 10,000 ha, ale gros powierzchni wyspy to bagna i tereny podmokłe, nie nadające sie do życia czy przeznaczenia turystycznego. Podobnie jest z plażą, która ma 60 km długości, ale na większości obszaru, od cywilizowanej części wyspy oddzielają ją niedostępne bagna.

Zwolnienie restrykcji obrotu ziemi ejidalnej spowodowało gwałtowny wzrost zainteresowania wyspą. Na Holbox zawrzało. W krótkim czasie, do końca 1999 roku wykupiono praktycznie wszystkie tereny plażowe. Cena parceli położonych nad wodą wzrosła z 1000 dol. za metr (szerokości) w styczniu-lutym 1998, do 3500-4000 dol. za metr w rok później. Holboxanie zaczęli się bogacić. Pojawiły się nowe łodzie, zwiększyły się połowy tiburones (rekinów), gwarantujące dochody na niespotykaną dotąd skalę. Zdarzały się dni, kiedy łodzie Chefo albo Cheli odławiały – w ciągu jednego tylko rejsu – tych morskich bestii za 2500 – 3000 dol. Takich dochodów nie dawały ani caracoles, pulpo czyli ośmiornica, ani nawet langosta czyli homar.

Alberto, osiedlony na Holbox Hiszpan, jedyny na wyspie przedsiębiorca budowlany miał ręce pełne roboty. Pojawiły się firmy budowlane z lądu – z Meridy, z Cancun. W ciągu zaledwie 2 lat postawiono na Holbox ponad 40 domów, odnowiono ponad 100 chat rybackich. Mieszkańcy wioski wystawili nowy kościół. W czynie społecznym – co w socjalistycznym Meksyku jest prawdziwym ewenementem, zwykle bowiem tutejsi ludzie spodziewają się interwencji rządowej nawet w sprawach osobistych – zburzono starą szkołę, aby zrobić miejsce pod nową.

Na wyspie pojawili się nowi mieszkańcy – ludzie interesu, politycy oraz osobistości show businessu. Tuż przed zakończeniem swojej kadencji, kilka hektarów gruntów zakupił na Isla Holbox prezydent Ernesto Zedillo. Na cyplu zachodnim, piekną posiadłość wybudował dyrektor dużego banku z Guadalajara. Obok niego zamieszkał Pablo Milanes – gwiazda salsy, za nim pojawił się inny bożyszcze rock latino – Marc Anthony, jego sąsiadem ma być sam Ricky Martin. Stali się oni atrakcją wyspy, dając równocześnie zatrudnienie wielu jej mieszkańcom...

W krótkim czasie otwarto bowiem kilkanaście sklepików, pięć nowych restauracji, dwie kawiarnie, w tym jedną – prowadzona przez Szwajcarkę, żonę nauczyciela z pobliskiego Kantunilkin – w stylu capuccino. Koniunktura przyciągnęła ludzi, którzy dostrzegli w Holbox szansę przekształcenia wyspy w atrakcyjny ośrodek ekoturystyczny. Spółka włosko-holenderska odnowiła stary hotel "Faro viejo", amerykańska nauczycielka uruchomiła warsztaty produkujące artesanias, wyroby artystyczne z muszli, dwa pensjonaty otworzyli Włosi, ośrodki cabańas zbudował Argentyńczyk, Niemiec, dwóch Polaków z Kanady, wśród inwestorów znalazł się także piszący te słowa, stając się udziałowcem niewielkiego hoteliku "Esmeralda".

W przekształcaniu wyspy nie zabrakło także Meksykanów, w tym samych mieszkańców wyspy; Amauri Villanueva i jego ośmiu braci kupili nowy, duży prom z prawdziwego zdarzenia, kucharz Perla założył dyskotekę, powstało kino, ośrodek zdrowia, wypożyczalnie wózków golfowych, rowerów, szkoła nurkowania, drogeria, emerytowany oficer armii meksykańskiej uruchomił lądowisko dla awionetek, a także regularne przeloty na trasie Isla Holbox – Cancun.

Biznesów byłoby znacznie więcej, gdyby nie koszty, które w Meksyku są wręcz astronomiczne. Kuriozalne są zwłaszcza opłaty notarialne; rejestracja spółki kosztuje prawie 15,000 peso, potwierdzenie kopii dowolnego dokumentu ok. 100 peso za stronę, upoważnienie notarialne to kolejne 10 – 20 tys. peso. Każda wizyta w urzędzie wiąże się z koniecznością wręczenia propinas, prezentu-łapówki, motywujących urzędników do pracy. Do tego dochodzą federalni inspektorzy od ochrony środowiska, gospodarki wodnej, planiści od zagospodarowania przestrzennego, księgowi, audytorzy podatkowi, skryby, adwokaci, których – wymuszone miejscowym prawem – serwisy idą w dziesiątki tysięcy peso każdy. Równie kosztowne są licencje, pozwolenie, zezwolenia, wizy etc. Wszystko to ma miejsce w kraju, gdzie minimalna płaca, którą pobiera ok. 40 proc. mieszkańców tego 100 milionowego narodu, wynosi ok. 900 peso miesięcznie. Pokojówka zarabia ok. 2000 peso miesięcznie, wzięty kucharz 4000 peso, lekarz ok. 5000 peso, policjant od 1000 do 2000 peso, a wysoki urzędnik państwowy... 3000 peso. Za jednego dolara w casa de cambio płacą niewiele ponad 9 peso.

Czy trudno teraz zrozumieć, dlaczego system jest aż tak skorumpowany? Meksyk to jedyny kraj świata, w którym gros pracowników państwowych utrzymuje się nie z podatków, lecz z łapówek...

Żeby robić interesy w Meksyku trzeba być naprawdę zamożnym człowiekiem. Tym bardziej, że sprawy urzędowe wleką się tam latami, przepisy są między sobą sprzeczne, najczęściej jednak ich nie ma, zaś decyzję wydaje urzędnik, uzależniając ją od swego własnego interesu, czyli wysokości propina.

Mimo tych wszystkich ułomności, federalizacja ziemi na Holbox była ogromnym postępem, niosącym ze sobą poprawę życia wieluset mieszkańców wyspy.


***


Zachęcony sukcesem Isla Holbox postanowiłem podobny zabieg zaproponować władzom gminy Wicko, opodal Łeby.

W czasach prl-u dominowało tu, zorganizowane w formie pegeerów, rolnictwo, z którego utrzymywało się ponad 50 proc. mieszkańców gminy. Z chwilą wprowadzenia transformacji ustrojowej po 1989 roku, i likwidacji gospodarstw uspołecznionych, ludzie ci w większości pozostali bez pracy. Od lat bezrobocie waha się od 40 do 60 proc. zdolnych do pracy mieszkańców gminy Wicko. Co prawda, część z popegeerowskiej ziemi znalazła się w rękach byłych pracowników uspołecznionych gospodarstw rolnych, ale nie zmieniło to w niczym ich sytuacji materialnej. Posiadane przez nich działki były niewielkie, brakowało kapitału na ich zagospodarowanie, nie bez znaczenia była także niska (piąta i szósta) klasa gruntów, a w związku z tym słaba wydajność plonów i wysokie koszty produkcji.

Sytuacji nie poprawiła masowa prywatyzacja dużej części popegeerowskich gruntów. Wprawdzie głównym jej użytkownikiem stali się przedsiębiorcy zagraniczni, na poły przemysłowe farmy holenderskie, irlandzkie czy niemieckie, które stać było na dokapitalizowanie produkcji, nawozy, meliorację, urządzenia i maszyny, to jednak inwestycje te wyeliminowały równocześnie pracę ludzką do minimum. Zatrudnienie na nich znalazła tylko niewielką część byłych pracowników pegeerów.

W normalnych warunkach wysokie bezrobocie powinno przyciągnąć do gminy Wicko przemysł czy inne gałęzie gospodarki, nie stało się tak jednak z kilku powodów. Po pierwsze, miejscowym bezrobotnym brak jest odpowiednich kwalifikacji, po drugie, i ten powód jest moim zdaniem znacznie ważniejszy, rolniczy charakter gimny uniemożliwia zagospodarowanie jej w dziedzinach pozarolniczych.

Zmiana przeznaczenia gruntów w ramach tzw. planu zagospodarowania przestrzennego jest w Polsce wciąż ogromnym problemem. Dość powiedzieć, że nawet posadzenie lasu na terenach rolnych napotyka sprzeciw władz, które na swoje usprawiedliwienie mają ileś tam ustaw zakazujących przeznaczania ziemi uprawnej na "cele pozarolnicze". Nawet jeśli ten jej "rolny" czy "uprawny" charakter budzi poważne zastrzeżenia. Tak jak właśnie w gminie Wicko, której skarbem czyli kapitałem nie jest rolnictwo, lecz... turystyka.

Gmina Wicko znajduje się na obszarach nadmorskich – wsie Sarbsk czy Ulinia, na przykład – dzieli od plaży niespełna dwa kilometry. Nie mówiąc o tym, że na terenie gminy znajdują się dwa dziewicze jeziora o najwyższej czystości wody – Łebskie oraz Sarbsk. Dzięki silnemu nawietrznieniu, na jeziorze Sarbsk odbywają się od lat międzynarodowe mistrzostwa w windsurfingu, zimą natomiast regaty bojerowe. Znaczną część obszaru gminy zajmuje Słowiński Park Narodowy, a także, obfitujące w grzyby, runo leśne i zwierzynę, ciągnące się kilkadziesiąt kilometrów na południe, Lasy Tucholskie.

Nie ma tam wielkich miast, ośrodków przemysłowych czy innych uciążliwości cywilizacyjnych, a jednocześnie do Gdańska jest niewiele ponad 100 km, do Słupska ok. 50 km. Tereny te znajdują się ponadto na historycznym szlaku hanzeatyckim, przyciągającym tutaj corocznie rzesze turystów głównie z Niemiec i Holandii. Powietrze jest czyste, klimat łagodny – słowem wymarzone miejsce dla rekreacji. Niemcy, w których posiadaniu znajdowały się te tereny przed wybuchem II wojny światowej, planowali zorganizować tam centrum agroturystyki...

Ze względu na swoją wyjątkowe położenie i walory uzdrowiskowe, gmina Wicko mogłaby stać się prawdziwą mekką spragnionych ciszy, czystości i niedrogiego wypoczynku tysięcy turystów. Na przeszkodzie stoją absurdalne przepisy własnościowe, zwłaszcza gdy chodzi o obrót ziemią. Ich zmiana leży w interesie wszystkich zainteresowanych stron; państwa, które pozbywa się w ten sposób problemów z łożeniem na zasiłki dla bezrobotnych; gminy, która osiągałaby z tego tytułu ogromne dochody, a zwłaszcza samych mieszkańców, którzy mieliby wreszcie stałe, pewne źródło utrzymania i żyli jak ludzie.

Moja propozycja była prosta. Zmienić w gminie Wicko, w trybie natychmiastowym, przeznaczenie ziemi. Uwolnić ją od absurdalnych, niczym nie uzasadnionych ograniczeń wynikających z planu zagospodarowania przestrzennego, tym bardziej, że gmina takiego planu właściwie nie posiada. Zamiast więc utrzymywać na siłę parohektarowe gospodarstwo rolne, jego właściciel mógłby swoją ziemię podzielić na działki rekreacyjne i sprzedać je za stosunkowo duże pieniądze. Taka zmiana przeznaczenia ziemi, z rolniczego na rekreacyjne, wiążę się z podniesieniem jej wartości, a co za tym idzie, z wyższym podatkiem katastralnym. Z moich kalkulacji wynika, że wspomniany wzrost wartości byłby co najmniej dziesięciokrotny. Wpływy podatkowe gminy wzrosłyby jeszcze znaczniej, gdyż grunty rolne klasy V i VI w ogóle zwolnione są od podatku. Pieniądze uzyskane z "racjonalizacji" przeznaczenia gruntów można by wykorzystać na rozwój bazy turystycznej...

Każdy mieszkaniec wioski, który by wyraził na to zgodę, otrzymałby pożyczkę hipoteczną na remont i podniesienie standardu swojego domostwa, aby tym samym sprostać wymogom ruchu turystycznego. Zamiast budować nowe hotele, motele czy pensjonaty, wyremontowanoby istniejące domostwa, podnosząc nie tylko ich wartość, lecz także standard życia mieszkańców. Pożyczki na ten cel, spłacanoby z części dochodów od turystów. Gwarancją wywiązania się ze spłaty pożyczki byłaby hipoteka zadłużonej nieruchomości.

W ten prosty sposób doszłoby do ożywienia martwego kapitału biedaków z gminy Wicko. Kapitał ten uruchomiłby lawinę kolejnych działań; nową infrastrukturę, nowe miejsca pracy, dał przykład innym regionom znajdującym się w stanie podobnego marazmu. Co więcej, aby proces ten uruchomić nie trzeba ani wielkich nakładów, ani kosztownych inwestycji, wystarczy zmiana przepisów. Zmiana kilku absurdalnych paragrafów. Na przeszkodzie stoi jednak szkodliwy monopol geodetów, planistów przestrzennych oraz notariuszy, którzy czynią to całe przedsięwzięcie niepraktycznym i nieopłacalnym.

Podział hektarowej działki rolnej na 10 działek rekreacyjnych, każda o powierzchni 1000 m. kw., wymaga sporządzenia rysunków geodezyjnych, których koszt parokrotnie przekracza wartość dzielonej ziemi. Wykonanie takiego rysunku to kwestia kilku godzin pracy technika czy kreślarza. Niestety, przepisy wymagają, aby robił to licencjonowany geodeta. Czy trudno się dziwić, że wobec braku konkurencji liczy on sobie za te parę kresek tak słono?

Wobec braku aktualnego gminnego planu zagospodarowania przestrzennego, obowiązek jego wykonania spoczywa na właścicieli dzielonej działki. Koszt takiego planu – wskutek monopolu planistów – to także wielokrotność wartości ziemi. Gwoździem do trumny są opłaty notarialne, których wysokość sięga połowy wartości dzielonej ziemi. Wobec takich wydatków, niewielu gospodarzy na dzielenie stać, a jeśli nawet stać, to mimo wszystko przestaje być ono opłacalne.

Polska nie jest krajem bogatym, Polacy nie są narodem zamożnym. Naszym największym kapitałem jest ziemia, która stanowi grubo ponad 50 proc. posiadanych przez nas zasobów. Półwiecze socjalizmu uczyniło z niej jednak "martwy kapitał". Należy go czym prędzej ożywić. Polscy politycy zamiast debatować nad sposobami obrzydzenia cudzoziemcom (i nie tylko) obrotu polską ziemią, powinni się zastanowić nad tym, co uczynić, aby kapitał ten przestał być martwy i zaczął przynosić jego posiadaczom – najbiedniejszym obywatelom tego kraju – konkretne i wymierne korzyści. Utrzymywanie istniejącego status quo, to utrzymywanie wiejskiej nędzy!

Mamy nadzieję, że książka Hernando de Soto "Tajemnice kapitału" uzmysłowi niektórym z naszych decydentów, że nie w wielkości budżetu, nie w zasiłkach, a tym bardziej nie w podatkach tkwi siła państwa, lecz w wolności i zamożności jego obywateli. Najwyższy czas, aby nas wreszcie uwolnić od, pętających inicjatywę i przedsiębiorczość, obniżających poziom życia, więzów prawnych. Pod tym względem nie różnimy się wiele od Meksyku, a gmina Wicko od ejido na Holbox. Skoro tam potrafili pójść po rozum do głowy, może potrafią także w gminie Wicko...

Jan M. Fijor

Isla Holbox, Meksyk - Sarbsk, Polska – zima 2002




Rozdział pierwszy
PIĘĆ TAJEMNIC KAPITAŁU



Sprawą kluczową jest ustalenie, dlaczego ten segment społeczeństwa przeszłości, który nie wahałbym się określić mianem kapitalistycznego, istniał jakby przykryty kloszem, zupełnie odcięty od reszty; dlaczego nie był w stanie rozwinąć się i podbić całego społeczeństwa? (...) [Co powodowało, że] znacząca stopa wzrostu kapitału możliwa była tylko w niektórych segmentach, a nie w całej gospodarce rynkowej owych czasów?

– Ferdynand Braudel, The Wheels of Commerce

[Koleje handlu]



Godzina największego triumfu kapitalizmu jest równocześnie godziną jego kryzysu. Ponad stuletnia rywalizacja polityczna tego systemu z komunizmem zakończyła się wraz z upadkiem Muru Berlińskiego. Kapitalizm pozostał jako jedyny możliwy sposób racjonalnej organizacji nowoczesnej gospodarki. W tym momencie historii żaden odpowiedzialny naród nie ma innego wyboru niż kapitalizm. Przeto kraje Trzeciego Świata i byłe kraje komunistyczne – z różną dozą entuzjazmu – równoważą swe budżety, obcinają subsydia, przychylnie traktują obce inwestycje i obniżają bariery celne.

Ich wysiłki wieńczy jednak gorzkie rozczarowanie. Od Rosji po Wenezuelę ostatnie pięciolecie XX wieku to okres ekonomicznych bolączek, spadających dochodów, niepewności i rozgoryczenia; w ostrych słowach malezyjskiego premiera Mahathira Mohamada jest to okres "głodu, zamieszek i rabunku". Niedawno w artykule wstępnym w New York Times stwierdzono wręcz: "Mechanizmy rynkowe, zachwalane przez Zachód po wygraniu przezeń zimnej wojny, w większej części świata wyparte zostały przez rynkową brutalność, wrogość do kapitalizmu i zagrożenia wynikające z niestabilności". Trzeba zaś mieć świadomość, że triumf kapitalizmu ograniczony wyłącznie do krajów Zachodu to recepta na ekonomiczną i polityczną katastrofę.

Amerykanie, cieszący się zarówno pokojem, jak i dobrobytem, zbyt łatwo bagatelizują zamęt, jaki panuje gdzie indziej. Jak można mówić o kryzysie kapitalizmu, kiedy wskaźnik Dow Jonesa wspina się wyżej niż słynny alpinista sir Edmund Hillary? Przyglądając się innym krajom, Amerykanie widzą dokonujący się w nich postęp, nawet jeśli jest on powolny i nierównomierny. Czyż nie można zjeść Big Maca* w Moskwie, wypożyczyć kaset video od Blockbustera** w Szanghaju, lub podpiąć się do Internetu w Caracas?

Ale nawet w pełnych optymizmu Stanach Zjednoczonych dochodzą do głosu złe myśli. Amerykanie wiedzą, że Kolumbia znajduje się na skraju krwawej wojny domowej między partyzantką handlarzy narkotyków a brutalnymi oddziałami milicyjnymi; wiedzą o przedłużającej się rebelii na południu Meksyku; wiedzą, że wymuszony azjatycki wzrost gospodarczy zaczyna szybko zamieniać się w korupcję i chaos. W Ameryce Łacińskiej słabnie akceptacja dla wolnego rynku: poparcie dla prywatyzacji spadło w maju 2000 roku z 46 do 36%. Najsmutniejsze zaś jest to, że kapitalizm nie spełnia pokładanych w nim nadziei również w krajach postkomunistycznych, gdzie ludzie związani ze starymi reżimami szykują się do przejęcia władzy. Amerykanie zaczynają się domyślać, że jedną z przyczyn trwającego w ich kraju już dziesięć lat boom,u jest fakt, że im mniej bezpiecznie wygląda reszta świata, tym atrakcyjniejszą lokatą dla międzynarodowego kapitału są amerykańskie akcje i obligacje.

W środowiskach biznesu na Zachodzie narasta przekonanie, że porażka reform kapitalistycznych w większości biednych krajów doprowadzi ostatecznie do recesji bogatych gospodarek. Miliony inwestorów przekonały się boleśnie, po tym jak zainwestowane przez nich środki po prostu wyparowały, że globalizacja to ulica dwukierunkowa: jeśli Trzeci Świat i byłe kraje komunistyczne nie mogą uciec przed wpływami Zachodu, to i Zachód nie może się odciąć od wpływu tych krajów na niego. Ruchy wrogie kapitalizmowi zyskiwały na sile także w krajach bogatych. Zamieszki w Seattle podczas spotkania Światowej Organizacji Handlu (WTO) w grudniu 1999 roku, i kilka miesięcy później, podczas konferencji MFW i Banku Światowego w Waszyngtonie, niezależnie od zróżnicowanych motywów protestów, pokazały złość, jaką wzbudza rozprzestrzeniający się kapitalizm. Przypomniano sobie przestrogi formułowane przez historyka gospodarki Karola Polanyi,ego, że wolny rynek może obrócić się przeciw społeczeństwu i prowadzić do faszyzmu. Japonia już zmaga się z największą depresją od czasu Wielkiego Kryzysu. Zachodni Europejczycy głosują zaś na polityków, którzy obiecują im "trzecią drogę" – odrzucającą to, co w pewnym francuskim bestsellerze określono jako L,Horreur économique.

Te alarmujące sygnały, choć wywołują pewien niepokój, jak na razie skłoniły amerykańskich i europejskich przywódców jedynie do powtarzania reszcie świata tych samych nużących wykładów: stabilizujcie swoje waluty, bądźcie twardzi, ignorujcie zamieszki żywnościowe i czekajcie cierpliwie, aż zagraniczni inwestorzy wrócą.

Inwestycje zagraniczne to oczywiście bardzo dobra rzecz. Im ich więcej, tym lepiej. Stabilna waluta to również coś dobrego, podobnie jak wolny handel, przejrzyste praktyki bankowe, prywatyzacja państwowego przemysłu i każde inne lekarstwo w zachodniej apteczce. Wciąż jednak zapominamy, że globalny kapitalizm wypróbowywany był już wcześniej. W Ameryce Łacińskiej, na przykład, reformy mające na celu stworzenie systemu kapitalistycznego podejmowano przynajmniej czterokrotnie od czasu uniezależnienia się od Hiszpanii w latach dwudziestych XIX wieku. Za każdym razem, po początkowej euforii, Latynosi wycofywali się z polityki kapitalistycznej i wolnorynkowej. Te lekarstwa to najwyraźniej za mało. Biorąc pod uwagę ich dotychczasową skuteczność, można by wręcz stwierdzić, że w ogóle nie nadają się one do leczenia czegokolwiek.

Gdy środki te okazują się nieskuteczne, przedstawiciele świata zachodniego najczęściej nie kwestionują samych środków, lecz obarczają winą społeczeństwa Trzeciego Świata za ich brak ducha przedsiębiorczości i dążeń rynkowych. Jeśli narody te nie potrafią zapewnić sobie powodzenia mimo wszystkich światłych rad, to znak, że coś musi być z nimi nie w porządku. Zabrakło im protestanckiej reformacji, zaszkodził im europejski kolonializm lub mają zbyt niski iloraz inteligencji. Zauważmy jednak, że Japonia, Szwajcaria i Kalifornia różnią się między sobą nie mniej niż Chiny, Estonia i Dolna Kalifornia*. Sugerowanie, że za sukces tych pierwszych i porażkę tych drugich odpowiadają różnice kulturowe, jest co najmniej obraźliwe – a na pewno nieprzekonujące. Różnica bogactwa między Zachodem a resztą świata jest stanowczo zbyt wielka, by można ją było wytłumaczyć jedynie kulturą. Większość ludzi pożąda owoców kapitału; niektórzy nawet tak bardzo, że – jak dzieci Sancheza** czy syn Chruszczowa – po prostu uciekają do krajów zachodnich.

Miasta Trzeciego Świata i byłych krajów komunistycznych przepełnione są ludźmi przedsiębiorczymi. Nie uda wam się przejść przez środkowowschodni rynek, dotrzeć do jakiejś wioski w Ameryce Łacińskiej, czy wsiąść do taksówki w Moskwie, żeby nie zaczepił was ktoś, kto będzie chciał ubić z wami interes. Mieszkańcy tych krajów mają talent, entuzjazm i zdumiewającą smykałkę do biznesu. Potrafią opanować i stosować współczesne technologie. W przeciwnym razie amerykańskie przedsiębiorstwa nie walczyłyby z nielegalnym wykorzystywaniem swych patentów za granicą, ani też rząd Stanów Zjednoczonych nie robiłby wszystkiego, aby nowoczesne technologie wojenne nie wpadły w ręce Trzeciego Świata. Rynki to starożytna i uniwersalna tradycja: Chrystus przegonił kupców ze świątyni dwa tysiące lat temu, zaś Meksykanie przynosili swe towary na rynek na długo przed przybyciem Kolumba do Ameryki.

Jeśli jednak ludność krajów przechodzących do kapitalizmu nie składa się z godnych pożałowania żebraków, nie jest beznadziejnie przywiązana do przestarzałych technologii, ani nie jest bezkrytycznym więźniem dysfunkcjonalnej kultury, to co w takim razie sprawia, że kapitalizm nie jest w stanie zapewnić jej takiego samego bogactwa, jakie zapewnił Zachodowi? Dlaczego kapitalizm rozkwita tylko na Zachodzie, jakby trzymany tam był pod szklanym kloszem?

W niniejszej książce mam zamiar wykazać, że główną przeszkodą uniemożliwiającą reszcie świata czerpanie korzyści z kapitalizmu jest niezdolność tej reszty świata do wytwarzania kapitału. Kapitał to siła, która podnosi wydajność pracy i tworzy bogactwo narodów. To życiodajna krew systemu kapitalistycznego, fundament postępu – i wydaje się, że właśnie tej jednej rzeczy biedne kraje świata nie są w stanie dla siebie wytworzyć, bez względu na zapał, z jakim ich obywatele angażują się we wszystkie rodzaje aktywności charakterystyczne dla gospodarki kapitalistycznej.

Pokażę także, przy użyciu faktów i liczb, jakie zebrałem wraz ze swoim zespołem badawczym, odwiedzając miasta i wsie Azji, Afryki, Środkowego Wschodu i Ameryki Łacińskiej, że większość biednych już posiada zasoby niezbędne do tego, by zapewnić sukces kapitalizmu. Nawet w najbiedniejszych krajach biedni ludzie oszczędzają. Wartość oszczędności zgromadzonych przez biednych jest w gruncie rzeczy olbrzymia – to 40-krotność całej zagranicznej pomocy uzyskanej przez kraje całego świata od 1945 roku. Na przykład, w Egipcie bogactwo, jakie zgromadzili biedni, warte jest 55 razy tyle, co suma wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych, jakie zostały tam kiedykolwiek odnotowane, włączając w to Kanał Sueski i Tamę Asuańską. Na Haiti, najbiedniejszym kraju Ameryki Łacińskiej, całkowity majątek biednych jest ponad 150 razy większy niż wartość wszystkich inwestycji zagranicznych, jakie miały tam miejsce od momentu uniezależnienia się od Francji i uzyskania przez Haiti niepodległości w 1804 roku. Gdyby Stany Zjednoczone podniosły swój budżet przeznaczony na pomoc zagraniczną do poziomu sugerowanego przez Narody Zjednoczone – czyli do 0,7 procenta dochodu krajowego – to temu najbogatszemu krajowi na zie mi, przekazanie biednym zasobów odpowiadających tym, jakie ci już posiadają, zabrałoby ponad 150 lat.

Niestety zasoby te mają bardzo ułomną postać: są to domy wybudowane na ziemi, do której prawa własności nie są poświadczone odpowiednimi dokumentami; są to nie zarejestrowane przedsiębiorstwa z nieokreśloną odpowiedzialnością; są to gałęzie gospodarki zlokalizowane w miejscach niewidocznych dla finansistów i inwestorów. Ponieważ prawa do tego typu majątku nie są właściwie udokumentowane, zasobów tych nie da się łatwo przekształcić w kapitał; nie można ich sprzedać poza wąskim kręgiem lokalnym, gdzie ludzie znają się i ufają sobie nawzajem; nie można ich wykorzystać ani jako zastawu pod pożyczkę, ani jako udziału w inwestycji.

Na Zachodzie, dla odmiany, każda parcela, każdy budynek, każdy ważniejszy element wyposażenia reprezentowany jest przez dokument własności, będący widomym znakiem wszechobecnego, ukrytego procesu, który łączy wszystkie te zasoby z resztą gospodarki. Dzięki temu "procesowi reprezentacji" majątek może, obok swej egzystencji materialnej, wieść niewidoczny, równoległy żywot. Może być chociażby użyty jako poręczenie kredytu. W Stanach Zjednoczonych zastaw hipoteczny pod dom przedsiębiorcy jest głównym źródłem funduszów dla nowych przedsiębiorstw. Aktywa takie dają także wgląd w historię kredytową właściciela i przedstawiają wiarygodny adres dla egzekwowania długów i poboru podatków. Są warunkiem rzetelnych i powszechnych usług publicznych oraz umożliwiają emisję papierów wartościowych (takich chociażby, jak obligacje hipoteczne), które potem mogą zostać zredyskontowane i sprzedane na rynku wtórnym. Dzięki temu procesowi Zachód ożywia majątek i sprawia, że wytwarza on kapitał.

W Trzecim Świecie oraz państwach postkomunistycznych brak jest tego procesu reprezentacji. W rezultacie większość tych krajów jest niedokapitalizowana – w tym samym sensie, w jakim niedokapitalizowana jest firma, która wypuszcza mniej papierów wartościowych, niż pozwalałyby na to jej dochody i majątek. Przedsiębiorstwa biednych są bardzo podobne do korporacji, które nie mogą emitować akcji i obligacji dla pozyskania nowych inwestycji i pieniędzy. Pozbawione reprezentacji, ich zasoby to martwy kapitał.

Biedni mieszkańcy tych krajów – pięć szóstych ludzkości – mają własność, lecz nie mają procesu, który umożliwiałby reprezentację ich własności i wytworzenie kapitału. Mają domy, lecz brak im tytułów; mają plony, ale brak im kontraktów; mają przedsiębiorstwa, lecz brak im zarejestrowanych statutów. To nieobecność tych podstawowych reprezentacji wyjaśnia, dlaczego społeczeństwa, które przejęły każdy inny zachodni wynalazek, od spinacza do papieru po reaktor atomowy, nie były w stanie wytworzyć kapitału w ilości wystarczającej do tego, by kapitalizm zaczął dobrze funkcjonować w ich kraju.

Oto tajemnica kapitału. Aby ją rozwikłać, trzeba zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Zachodu są w stanie – dzięki reprezentacji majątku przez odpowiednie tytuły własności – dostrzec i wydobyć z niego kapitał. Jednym z największych wyzwań stojących przed ludzkim umysłem jest zrozumienie i uzyskanie dostępu do tych rzeczy, o których wiemy, że istnieją, lecz których nie możemy zobaczyć. Nie wszystko, co rzeczywiste i użyteczne, jest namacalne i widzialne. Czas, dla przykładu, jest realny, lecz można nim efektywnie zarządzać tylko wówczas, gdy reprezentowany jest on przez zegar lub kalendarz. Na przestrzeni wieków ludzie wytwarzali systemy reprezentacji – pismo, notację muzyczną, zapis księgowy – po to, by ogarnąć umysłem to, czego ludzkie ręce nigdy nie mogłyby dotknąć. Tak samo wielcy praktycy kapitalizmu, począwszy od twórców zintegrowanych systemów tytułów własności oraz papierów wartościowych emitowanych przez osoby prawne, na Michale Milkenie* kończąc, potrafili – dzięki wynalezieniu nowych sposobów na reprezentację niewidzialnego potencjału, zaklętego w gromadzonych przez nas zasobach – odkryć i wydobyć kapitał z czegoś, co inni postrzegali wyłącznie jako nieużytki.

Właśnie w tej chwili otaczają was fale ukraińskiej, chińskiej i brazylijskiej telewizji, której nie możecie obejrzeć. Tak samo otoczeni jesteście zasobami, które w niedostrzegalny sposób są źródłem kapitału. Tak jak fale ukraińskiej telewizji są stanowczo zbyt słabe, abyście mogli je bezpośrednio odczuć, lecz mogą zostać zamienione w dostępny zmysłom obraz i dźwięk przy pomocy telewizora, tak kapitał może zostać wydobyty i przetworzony z zasobów. Lecz tylko Zachód dysponuje procesem przemiany, niezbędnym do przekształcenia niewidzialnego w widzialne. To właśnie ta różnica tłumaczy, dlaczego kraje Zachodu potrafią wytwarzać kapitał, zaś kraje Trzeciego Świata i państwa postkomunistyczne nie.

Brak tego procesu w biedniejszych regionach globu, gdzie żyje dwie trzecie ludzkości, nie jest wynikiem jakiejś monopolistycznej zachodniej konspiracji. Wynika to raczej stąd, że przedstawiciele Zachodu tak przywykli do tego mechanizmu, że w ogóle utracili świadomość jego istnienia. Mimo jego wszechobecności, nikt go nie dostrzega – nawet Amerykanie, Europejczycy i Japończycy, którzy umiejętności korzystania z niego zawdzięczają całe swe bogactwo. Chodzi o niejawną, ukrytą głęboko w ich systemach własności infrastrukturę prawną, w której własność jako taka stanowi jedynie czubek góry lodowej. Cała reszta tej góry to skomplikowany proces, za sprawą którego ludzie są w stanie przetworzyć zasoby i pracę w kapitał. Proces ten nie został w żaden sposób zaprojektowany i nie znajdziecie jego opisu w żadnym podręczniku. Jego początki są niejasne, a jego znaczenie pogrzebane głęboko w ekonomicznej podświadomości zachodnich społeczeństw kapitalistycznych.

Jak coś tak ważnego mogło umknąć naszej uwadze? Nie jest niczym niezwykłym, że wiemy jak używać pewnych przedmiotów, nie wiedząc dlaczego one działają. Żeglarze używali magnetycznych kompasów na długo zanim powstała zadowalająca teoria magnetyzmu. Hodowcy zwierząt dysponowali praktyczną wiedzą z zakresu genetyki na długo zanim Grzegorz Mendel wyłożył jej podstawowe zasady. Czy mieszkańcy Zachodu, rozwijającego się dzięki obfitości kapitału, naprawdę zdają sobie sprawę, skąd ten kapitał się bierze? Bo jeśli nie, to zawsze istnieje ryzyko, że nieświadomie zniszczą źródło swej własnej potęgi. Wiedza o rzeczywistej genezie kapitału będzie także potrzebna Zachodowi, by mógł ochronić siebie i resztę świata w chwili, gdy obecny dobrobyt ustąpi miejsca nieuchronnemu kryzysowi. Wówczas znów usłyszymy pytanie, które zawsze pada podczas międzynarodowych kryzysów: kto zapłaci za wyjście z dołka?

Jak dotąd kraje zachodnie beztrosko brały swój system wytwarzania kapitału za coś zupełnie oczywistego i nie zawracały sobie głowy dokumentacją jego historii. Ta historia musi zostać odtworzona. Niniejsza książka jest próbą wznowienia badań nad źródłem kapitału; dzięki nim będzie można ustalić i zlikwidować przyczyny problemów gospodarczych w biednych krajach. Problemy te nie mają bowiem nic wspólnego ani z niedostatkami kultury, ani z dziedzictwem genetycznym. Czy ktokolwiek sugerowałby istnienie "kulturowego" pokrewieństwa między mieszkańcami Ameryki Łacińskiej a Rosjanami? A mimo to w ostatnim dziesięcioleciu, odkąd w obydwu regionach zaczęto budować kapitalizm bez kapitału, dzielili oni te same problemy polityczne, społeczne i gospodarcze: jaskrawe nierówności, szarą strefę, wszechobecne mafie, niestabilność polityczną, drenaż kapitału, jawną pogardę dla prawa. Problemy te nie pojawiły się jednak po raz pierwszy ani w prawosławnych klasztorach, ani na ścieżkach Inków.

To samo miało miejsce w Stanach Zjednoczonych w 1783 roku, gdy prezydent Jerzy Waszyngton narzekał na "bandytów (...) ściągających z tego kraju samą śmietankę kosztem wielu". Owymi "bandytami" byli dzicy osadnicy i drobni nielegalni przedsiębiorcy, zajmujący ziemię, która nie była ich własnością. Przez następne sto lat walczyli oni o legalizację swego prawa do ziemi. Z podobnych powodów toczyli między sobą wojny górnicy, prawo własnościowe było bowiem różne w poszczególnych miastach i obozach. Egzekwowanie praw własności doprowadziło do takich niepokojów społecznych i antagonizmów w całych młodych Stanach Zjednoczonych, że Naczelny Sędzia Sądu Najwyższego, Józef Story, zastanawiał się w 1820 roku, czy prawnicy będą kiedykolwiek w stanie te problemy rozwiązać.

Nielegalne zajmowanie ziemi i budynków, bandytyzm oraz jawna pogarda dla prawa – czy to nie brzmi znajomo? Amerykanie i Europejczycy mają w zwyczaju powtarzać innym krajom świata: "musicie bardziej upodobnić się do nas". W rzeczywistości kraje te są bardzo podobne do Stanów Zjednoczonych sprzed stu lat, kiedy te również nie były krajem rozwiniętym. Niegdyś zachodni politycy stali przed tymi samymi dramatycznymi wyzwaniami, przed którymi stoją dziś przywódcy państw rozwijających się i postkomunistycznych. Lecz następcy zachodnich polityków nie pamiętają już o czasach, kiedy pionierom zdobywającym Amerykański Zachód brakowało kapitału, ponieważ tylko nieliczni spośród nich dysponowali tytułem własności do ziem, które zasiedlali, i dóbr, które znajdowały się w ich posiadaniu; o czasach, gdy Adam Smith robił zakupy na czarnym rynku, zaś angielscy ulicznicy wygrzebywali jednopensowe monety wyrzucane przez roześmianych podróżnych na błotniste brzegi Tamizy; o czasach, gdy technokraci JanaChrzciciela Colberta * skazali na śmierć 16 tysięcy drobnych przedsiębiorców, których jedyną zbrodnią była produkcja i import tkanin bawełnianych, co było pogwałceniem francuskich regulacji przemysłowych.

Ta przeszłość jest teraźniejszością wielu narodów. Społeczeństwa Zachodu włączyły biednych w swe gospodarki z tak świetnym rezultatem, że zagubiły nawet pamięć o tym, w jaki sposób się to dokonało; w jaki sposób zaczęło się tworzenie kapitału w czasach, o których amerykański historyk, Gordon Wood, pisał: "w społeczeństwie i kulturze dokonywało się coś wielkiego, co uwalniało aspiracje i energię zwykłych ludzi na skalę niespotykaną wcześniej w amerykańskiej historii"1. "Coś wielkiego" to fakt, że Amerykanie i Europejczycy byli o krok od ustanowienia powszechnego, formalnego prawa własności i zapoczątkowania tkwiącego w tym prawie procesu przemiany, który umożliwił im tworzenie kapitału. Był to moment zwrotny, gdy Zachód ostatecznie znalazł się na drodze do udanego kapitalizmu – gdy przestał być ekskluzywnym klubem i stał się powszechną kulturą; gdy wzbudzający strach "bandyci" Jerzego Waszyngtona zamienili się w ukochanych pionierów, których tak hołubi dziś amerykańska kultura.


* * *


Ten paradoks jest równie oczywisty, co zdumiewający: kapitał, zupełnie kluczowy składnik zachodniego postępu gospodarczego, jest tym składnikiem, któremu poświęcono najmniej uwagi. To zaniedbanie pogrążyło kapitał we mgle tajemnicy – a właściwie pięciu tajemnic powiązanych ze sobą.



Tajemnica brakującej informacji

Organizacje charytatywne tak wymownie przekonują nas o niedoli i beznadziei biednych tego świata, że właściwie nikt nie zajął się zbadaniem ich zdolności do gromadzenia majątku. W ciągu ostatnich 5 lat XX wieku, wraz z setką moich kolegów z sześciu różnych krajów zamknęliśmy nasze książki a otworzyliśmy oczy – i wyszliśmy na ulice i w opłotki czterech kontynentów, aby policzyć, ile udało się zaoszczędzić najbiedniejszym segmentom społeczeństwa. Liczba ta jest olbrzymia, lecz również olbrzymia jej część to martwy kapitał.



Tajemnica kapitału

To kluczowa tajemnica i centralny problem tej książki. Kapitał to temat, który fascynował myślicieli przez minione trzy wieki. Marks stwierdził, że trzeba wyjść poza fizykę, by dotknąć "kury, która znosi złote jajka"; Adam Smfith czuł, że aby dosięgnąć tejże kury, trzeba stworzyć "coś w rodzaju zawieszonego w powietrzu gościńca"* . Nikt nam jednak nie powiedział, gdzie ta kura się ukrywa. Czym jest kapitał, w jaki sposób powstaje i jak wiąże się z pieniędzmi?



Tajemnica świadomości politycznej

Jeśli na świecie jest tak wiele martwego kapitału, w rękach tak wielu biednych ludzi, to czemu rządy nie próbowały uwolnić tego potencjalnego bogactwa?

Po prostu dlatego, że prawda o ubogich mogła ukazać się naszym oczom dopiero w ciągu ostatnich czterdziestu lat, gdy miliardy ludzi na całym świecie zaczęły przechodzić od życia zorganizowanego na małą skalę do życia zorganizowanego na wielką skalę. Ta migracja do miast doprowadziła do gwałtownego podziału pracy i rozprzestrzenienia się w biedniejszych krajach rewolucji przemysłowo-handlowej, która – co jest wręcz nie do wiary – pozostaje zupełnie niezauważona.



Brakujące lekcje z historii Stanów Zjednoczonych

To, co dzieje się obecnie w Trzecim Świecie i byłych krajach komunistycznych, miało już miejsce wcześniej w Europie i Ameryce Północnej. Na nieszczęście byliśmy tak zahipnotyzowani niepowodzeniami, które spotkały tak wiele krajów na drodze do kapitalizmu, że zapomnieliśmy, jak naprawdę dokonały tego kraje kapitalistyczne, którym się powiodło. Przez lata odwiedzałem urzędników i polityków w krajach rozwiniętych, od Alaski po Tokio, lecz nie potrafili oni udzielić mi żadnej odpowiedzi. Przepis na kapitalizm pozostawał tajemnicą. Aż w końcu znalazłem odpowiedź w ich książkach do historii; za najlepszy przykład może tu posłużyć historia Stanów Zjednoczonych.



Tajemnica klęski prawa: dlaczego prawo własności nie sprawdza się poza Zachodem

Od XIX wieku różne narody kopiowały prawa Zachodu, by dać swym obywatelom strukturę instytucjonalną umożliwiającą wytwarzanie bogactwa. Dzisiaj wciąż kopiują te prawa, lecz w oczywisty sposób nie przynosi to spodziewanych rezultatów. Większość obywateli w dalszym ciągu nie jest w stanie wykorzystać prawa, by zamienić swe oszczędności w kapitał. Dlaczego tak się dzieje i czego potrzeba, by prawo zaczęło funkcjonować, pozostaje tajemnicą.

Rozwiązaniu każdej z tych tajemnic poświęciłem kolejne rozdziały tej książki.


* * *


Nadszedł czas, by odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kapitalizm triumfuje na Zachodzie i ponosi porażki praktycznie wszędzie indziej. Jako że znikły już wszystkie dające się zaakceptować alternatywy wobec kapitalizmu, mamy wreszcie sposobność przyjrzeć się kapitałowi uważnie i bez emocji.






Rozdział drugi
TAJEMNICA BRAKUJĄCEJ INFORMACJI



Nauka ekonomii przez lata stawała się coraz bardziej abstrakcyjna i oderwana od zdarzeń mających miejsce w rzeczywistym świecie. Ekonomiści na ogół nie badają, jak działa prawdziwy system gospodarczy. Oni na ten temat teoretyzują. Jak zauważył podczas jednego ze spotkań angielski ekonomista, Ely Devons: "Gdyby ekonomiści chcieli przestudiować konia, nie poszliby pooglądać sobie koni. Siedzieliby w swych rozprawach i mówili do siebie: »Co bym zrobił, gdybym był koniem?«"

– Ronald H. Coase, The Task of the Society

[Zadanie społeczeństwa]



Wyobraźcie sobie kraj, w którym nikt nie jest w stanie ustalić, kto co posiada, adresy nie mogą być zweryfikowane, ludzi nie można zmusić do spłacenia długów, zasobów nie da się w wygodny sposób spieniężyć, majątek nie może być podzielony na udziały, opisy aktywów nie są znormalizowane i nie można ich łatwo porównywać ze sobą, zaś zasady rządzące własnością prywatną różnią się w zależności od okolicy, a nawet od ulic jednego miasta. Właśnie wczuliście się w życie państwa rozwijającego się lub byłego kraju komunistycznego, a ściślej – wyobraziliście sobie życie, jakie toczy 80% obywateli, oddzielonych tak ostro od "uzachodnionej" elity, jak niegdyś czarni i biali mieszkańcy Afryki Południowej rozdzieleni byli przez apartheid.

Ta 80-procentowa większość nie jest, jak często wyobrażają to sobie mieszkańcy Zachodu, beznadziejnie zubożała. Pomimo swego oczywistego ubóstwa, nawet ci, którzy żyją w warunkach najwięk szych nierówności, posiadają o wiele więcej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażano. To, co posiadają, nie jest jednakowoż reprezentowane w sposób, który pozwalałby na wytworzenie wartości dodatkowej. Kiedy wychodzicie na zewnątrz, przekraczając próg hotelu Nile Hilton w Kairze, stolicy Egiptu, nie z ostawiacie za sobą świata zaawansowanych technologii, pełnego faksów i maszyn do robienia lodów, telewizji i antybiotyków. Mieszkańcy Kairu mają dostęp do wszystkich tych rzeczy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com